Wykładowcy i naukowcy w sieci SB

Źródło: Rzeczpospolita: Akademicy w sieci SB
26.03.2007

Po 1956 roku najważniejszym środkiem werbunku w środowiskach akademickich był paszport. Ale znam też przypadek osoby, która jako TW doszła do stanowiska rektora jednej z uczelni wyłącznie z nienawiści do innego profesora, którego chciała zniszczyć donosami – mówi znany historyk i politolog w rozmowie z Joanną Lichocką

Rz: Co pan myśli, kiedy słyszy pan protesty środowisk akademickich przeciw składaniu oświadczeń lustracyjnych?

Antoni Dudek: Ja złożyłem oświadczenie lustracyjne na Uniwersytecie Jagiellońskim i nie mam poczucia, że jakieś moje prawa osobiste zostały naruszone, choć rozumiem, że ktoś może czuć inaczej. Byłem przeciwny modelowi lustracji, który zakłada składanie oświadczeń na tak wielką skalę. Jestem za otwarciem archiwów, by wszystkie dokumenty, z zastrzeżeniem sfery intymnej, były dostępne dla wszystkich zainteresowanych. Senaty uczelni wyższych po zapoznaniu się z ustaleniami, które poczyniliby historycy lub dziennikarze, musiałyby podejmować indywidualne decyzje, czy chcą mieć w swoim gronie danego konfidenta SB.

Skąd tak gwałtowny protest pracowników wyższych uczelni?

Dla niektórych to część protestu przeciw obecnemu układowi rządzącemu. Inni uważają rzeczywiście, że coś się niedobrego dzieje, i nie chcą dowodzić, że nie są wielbłądem. I są tacy, którzy chronią swoją przeszłość. Na Uniwersytecie Jagiellońskim nie słychać tak gwałtownych protestów jak na przykład na Uniwersytecie Warszawskim, bo na krakowskiej uczelni już ujawniono wielu współpracowników SB, w tym dyrektora Instytutu Historii. Na większości polskich uczelni jednak wciąż występuje niepisana presja środowiska naukowego, by się tym po prostu nie zajmować.

Czy można oszacować, ile osób ze środowiska naukowego mogło być uwikłanych we współpracę z SB?

Nikt w SB nie prowadził tak szczegółowych statystyk. Mamy jednak dane z połowy lat 70. o wykształceniu tajnych współpracowników SB w całym kraju. O ile wśród ogółu społeczeństwa około 4 proc. ludzi miało wtedy wyższe wykształcenie, to wśród TW było ich 37 proc.

Niewykształceni mniej interesowali SB?

Chłop z zapadłej wsi był mało atrakcyjnym współpracownikiem, bo czego esbecy mogli się od niego dowiedzieć? Nauczyciele akademiccy, lekarze, prawnicy, dziennikarze mieli większe skłonności do kontestowania ustroju. Tam był ferment opozycyjny, kontakty z Zachodem. Środowiska te kształtowały też postawy społeczne i SB chciała mieć przez nie wpływy.

Jak duże były te wpływy?

W całej Polsce od połowy lat 40. liczba agentów systematycznie wzrastała. W 1956 r. sieć gwałtownie się załamała. Potem znowu była odbudowywana. Na uczelniach ważną cezurą jest Marzec ’68, bo kierownictwo bezpieki i partii dochodzi do wniosku, że za mało wiedziało o tym, co się dzieje w szkołach wyższych. W konsekwencji zaczęła się znacząca rozbudowa agentury. Apogeum przypada na lata 80. Mamy dane z lat 1981 – 1983, które mówią, że w warszawskich szkołach wyższych liczba tajnych współpracowników wzrosła z 58 do 124. A tajny współpracownik to tylko jedna z kategorii. I tak na przykład w Krakowie w 1981 roku na UJ działało 18 tajnych współpracowników, 25 kontaktów operacyjnych i 11 kontaktów służbowych. Tajny współpracownik był najwyższą formą współpracy agenturalnej, ale zgodnie z instrukcjami pracy operacyjnej, które obowiązywały po 1970 roku, nie można było jako TW rejestrować członków PZPR. Oni zostawali kontaktami operacyjnymi. Z 25 kontaktów operacyjnych 90 proc. to z pewnością członkowie PZPR. Wreszcie kontakty służbowe – to najbardziej dyskusyjny rodzaj agentury. Były to osoby funkcyjne – dziekani, prodziekani czy nawet prorektorzy, czyli ludzie, którzy z racji sprawowanej funkcji spotykali się z oficerami SB. Ale nie oznacza to, że każdy, kto zajmował funkcję kierowniczą, był kontaktem służbowym. Stawał się nim ten, kto wyraźnie wykazywał większą chęć do rozmowy z SB niż inny. Gdy dawał sygnały gotowości udzielania informacji, to był rejestrowany.

Mamy jeszcze jakieś dane?

Na Politechnice Warszawskiej w 1982 roku było 49 tajnych współpracowników i prawdopodobnie jeszcze więcej kontaktów operacyjnych. W tej grupie są zarówno studenci, jak i pracownicy administracji oraz nauczyciele akademiccy. Ale jaka była proporcja poszczególnych grup, możemy spróbować się dowiedzieć na przykładzie agentury na KUL w Lublinie. W 1983 roku było tam 39 TW. W 1988 roku liczba ta wzrosła do 50, z czego 23 było pracownikami naukowymi. Ale te dane nie obejmują wywiadu cywilnego, czyli Departamentu I MSW. Wywiad miał na uczelniach niezależną sieć nieuwzględnioną w danych, które podałem.

Jakie jeszcze rodzaje specsłużb PRL zajmowały się wyższymi uczelniami?

Najbardziej znaczące uniwersytety były przedmiotem zainteresowania kontrwywiadu i wywiadu, bo tam było dużo kontaktów zagranicznych. Mniejsze ośrodki były domeną Departamentu III, który zajmował się rozpracowywaniem opozycji i środowisk inteligenckich. A KUL zajmował się Departament IV, bo to uczelnia kościelna.

Wielu naukowców mówi, że rutyną było podpisywanie zobowiązania przed wyjazdem za granicę i składanie raportów po powrocie. Że każdy musiał tak robić.

Nieprawda. Nie każdy nauczyciel akademicki, który wyjeżdżał za granicę, musiał być zwerbowany. Wiele osób wyjeżdżało, choć nigdy niczego nie podpisało. Ale były i takie, które nigdzie nie wyjeżdżały, bo nie chciały niczego podpisać. Jedno jest prawdą – po 1956 roku najważniejszym środkiem werbunku w środowiskach akademickich był paszport. Były też inne – wypadek samochodowy, sprawy obyczajowe, ale też i chęć awansu. Znam przypadek osoby, która doszła do stanowiska rektora jednej z najważniejszych uczelni w Polsce i była tajnym współpracownikiem wyłącznie z nienawiści do innego profesora, którego chciała zniszczyć donosami.

Ta sprawa została ujawniona i opisana?

Wciąż czeka na swojego autora, choć w PRL była to postać znana, piastowała wysokie godności państwowe. Warto natomiast pamiętać, że wywiad PRL zajmował się przede wszystkim środowiskami polonijnymi oraz tzw. ośrodkami dywersji ideologicznej. Historyk, który chciał pojechać do Instytutu Sikorskiego czy Instytutu Piłsudskiego, był w znacznie gorszej sytuacji od biologa, który jechał do Francji albo do Szwecji, by się zajmować badaniami DNA.

Były uczelnie bardziej i mniej zinfiltrowane? Bardziej lub mniej „czerwone”? Do jakiego stopnia elita intelektualna PRL była świadomie kształtowana?

Tym zajmowała się PZPR. Byli wyznaczeni towarzysze, którzy prowadzili politykę kadrową uczelni. W drugiej połowie lat 80. studiowałem historię na UJ i nie mogłem wyjść ze zdumienia, że wśród wykładowców jest magister w wieku przedemerytalnym. Nazywał się Andrzej Kozanecki i dobiegał sześćdziesiątki. Nie rozumiałem, dlaczego magister w tym wieku wciąż pracuje na uczelni, dlaczego jest otoczony szacunkiem starszej kadry i dlaczego prowadzi ćwiczenia z historii PRL. Dopiero kilka lat później z akt krakowskiej PZPR się dowiedziałem, że był on na przełomie lat 60. i 70. sekretarzem komitetu krakowskiego PZPR i głównym architektem polityki kadrowej w krakowskich szkołach wyższych. Decydował o akceptacji wniosków o profesurę czy o wydaniu paszportu na wyjazd zagraniczny. W stanie wojennym został I sekretarzem PZPR na uniwersytecie. Na UJ trzymano go jeszcze w latach 90. Tego typu towarzyszy na uczelniach było więcej.

Z tego, co pan mówi, środowisko naukowe ma poważny problem z rozliczeniem się z przeszłością.

Tu są dwie kwestie. Pierwsza to sprawa tajnej współpracy z SB. Druga – zupełnie jawnej współpracy z reżimem PRL, co po roku 1989 odkreślono grubą kreską. Pomijając likwidację Akademii Nauk Społecznych przy KC PZPR, szkoły partyjnej, której wykładowcy rozeszli się zresztą bez większych problemów po innych szkołach wyższych, nie przeprowadzono żadnych procedur weryfikacyjnych. W NRD po 1989 roku od razu zwolniono niemal wszystkich wykładowców nauk społecznych i pokrewnych. Podobnie w Czechach. Tymczasem szkolnictwo wyższe w III RP uległo swoistej petryfikacji, a wielu ludzi skompromitowanych w czasach PRL wciąż odgrywa w nim istotną rolę.

Jest na to sposób?

Trzeba liczyć na proces biologicznej wymiany. Czas na gruntowną zmianę elit akademickich był po roku 1989. Usuwanie teraz kogoś z uczelni tylko dlatego, że przed 1989 rokiem był gorliwym marksistą, byłoby absurdalne, zwłaszcza że on już przecież dawno zmienił poglądy. Sensowniejsze wydaje się wprowadzenie takiego modelu kariery akademickiej, który pozwoliłby na szybszy awans i samodzielność młodych naukowców, a zarazem wyeliminował tych profesorów, którzy swoją karierę w większym stopniu zawdzięczają partii czy bezpiece niż rzeczywistym dokonaniom naukowym.

Czemu tego jeszcze nikt nie opisał?

Jest presja środowiskowa. Poza tym to wymaga przedarcia się przez ogromną liczbę dokumentów. Łatwo jest opisać konkretną sprawę, jeśli zachowała się teczka pracy agenta, natomiast pisanie przekrojowych zagadnień, np. opisanie dużego uniwersytetu, jest zadaniem ogromnym. Materiały są rozproszone, trzeba je jak mozaikę zbierać i układać. Historycy zaczęli to robić dopiero teraz. Dane, które podałem, pochodzą z badań nad KUL, UJ i środowiskami akademickimi w Warszawie. W ciągu roku, dwóch możemy się spodziewać pierwszych publikacji.
Rozmawiała Joanna Lichocka

Antoni Dudek jest politologiem i historykiem z UJ, doradcą prezesa IPN. Ostatnio wyszła jego książka „Historia polityczna Polski 1989 2005”

Reklamy

Zagrożenia dla Kościoła w Polsce

Źródło: Rzeczpospolita: Szukając korzeni zła
17.03.2007

Czy Kościołowi w Polsce grozi powtórka ze skandali homoseksualnych w Ameryce i Irlandii? Niekoniecznie, jeśli trafnie zdiagnozuje się sytuację i zacznie stosować narzucone przez Stolicę Apostolską zasady postępowania

Gdy jeszcze kilkanaście miesięcy temu rozmawiałem z polskimi duchownymi o watykańskiej deklaracji zakazującej wyświęcania homoseksualistów na duchownych, wydawało się, że ta sprawa wprost nas nie dotyczy. Większość księży sugerowała, że jest to problem Amerykanów, którzy tolerują w seminariach subkulturę gejowską i nie aprobują katolickiego nauczania w tej kwestii. Tylko nieliczni przyznawali wówczas (a i to raczej półsłówkami), że problem ten niebawem może pojawić się i w Polsce.

Jak może być poważny, pokazują na razie pogłoski. Trzech suspendowanych (w odniesieniu do jednego z nich karę zawieszono) duchownych w Płocku to dopiero początek – sugerują coraz częściej w prywatnych rozmowach księża i świeccy z innych diecezji. Już teraz wymienia się przynajmniej trzy miasta, w których sytuacja ma być równie poważna, a może nawet poważniejsza niż w Płocku. Nieoficjalnie przyznaje się, że w jednej z ważniejszych metropolii w Polsce księża są typowani na parafie ze względu na swoją orientację, w innej diecezji zdecydowana większość pracowników kurii ma mieć nieukrywane preferencje homoseksualne.

Czy tak rzeczywiście jest, trudno na tym etapie oceniać. Jeśli jednak choćby część tych rewelacji okaże się prawdziwa, Kościół w Polsce stanie wobec kolejnego kryzysu, którego skala może przyćmić nawet to, z czym mieliśmy do czynienia w sprawach lustracyjnych. Czy tak się stanie, zależy w znaczącym stopniu od tego, czy wcześniej uda się zaadaptować i zastosować watykańskie procedury postępowania z księżmi, którzy popełniają nadużycia seksualne wobec nieletnich lub nawet pełnoletnich pozostających wobec nich w służbowej czy hierarchicznej zależności.

Zero tolerancji

Procedury te zaś są jasne. W przypadku pojawienia się jakichkolwiek pogłosek o przestępstwach seksualnych duchownego musi zostać o tym poinformowana Kongregacja Nauki Wiary. Jeśli zaczynają się one w najmniejszym stopniu potwierdzać, konieczne jest odsunięcie podejrzewanego o nie duchownego od pracy duszpasterskiej z dziećmi, a jeśli zostaną ostatecznie potwierdzone, następuje suspensa, a następnie ostateczne wydalenie ze stanu duchownego.

I nie chodzi tu tylko o prawne oczyszczenie czy pozbycie się problemu, ale o zachowanie poprawnego rozumienia urzędu kapłańskiego. Ksiądz przez sam fakt swoich święceń na najgłębszym poziomie staje się ikoną Chrystusa. Istotą jego służby nie jest więc bycie urzędnikiem kultu religijnego, ale uobecnienie przez swoją posługę obecności Bożej. „Istotą rzeczy nie jest kara, lecz ikonografia. Ksiądz, który seksualnie wykorzystuje dzieci, okrutnie oszpecił siebie jako żywe przedstawienie Chrystusa (…) Czyż notoryczne grzechy tego rodzaju nie czynią człowieka niezdolnym do objawiania w sobie tego duchowego ojcostwa, które jest istotą katolickiego kapłaństwa?” – retorycznie pyta katolicki myśliciel i teolog George Weigel w pracy „Odwaga bycia katolikiem”.

Sporne w tej kwestii pozostaje więc nie tyle to, czy wydalać ze stanu duchownego przestępców seksualnych, ile to, kogo uznać za przestępcę. Czy jednorazowy akt molestowania homoseksualnego licealisty powinien skutkować usunięciem ze stanu duchownego, czy też w takiej sytuacji można nałożyć pokutę i zaufać księdzu? Zdaniem kard. Avery’ego Dullesa może to wystarczyć, ale tylko jeśli upadek był jednorazowy, a później nastąpiła wieloletnia nienaganna służba.

W Polsce jednak na razie większym problemem niż nadmierna surowość, przed którą ostrzega kard. Dulles, wydaje się nadmierna pobłażliwość wobec księży, którym udowodniono przestępstwa seksualne. O wiele częstsze pozostaje u nas załatwianie sprawy po amerykańsku, czyli przenoszenie duchownego do innej parafii i próba ukrywania jego skłonności przed wiernymi.

Pasterze chroniący wilki

Niewiele wskazuje, by w polskich diecezjach zalecenia Stolicy Apostolskiej były rzeczywiście realizowane. Pokazuje to przykład Płocka, gdzie ordynariusza informowano o nieodpowiednich zachowaniach seksualnych swoich podwładnych, ale ignorował te sygnały. I to mimo iż dokumenty watykańskie jasno stanowią, że już samo pojawienie się pogłosek o molestowaniu seksualnym nieletnich jest powodem nie tylko do rozpoczęcia procedur wyjaśniających, ale również do poinformowania o tym Stolicy Apostolskiej.

Blokowanie przepływu takich informacji lub co gorsza tuszowanie spraw przez biskupa może (a niekiedy powinno) stać się powodem jego odwołania. Pewien typ zaniechania staje się bowiem współuczestnictwem, które uniemożliwia dalsze wypełnianie posługi biskupiej. Nie może być bowiem pasterzem ktoś, kto chroni wilki porywające młode owieczki – by posłużyć się starą metaforą. Niestety, jak pokazują działania Stolicy Apostolskiej, w tej kwestii jest ona o wiele ostrożniejsza. Kard. Bernard Law został wprawdzie odwołany ze stolicy biskupiej, kiedy ujawniono, że po wybuchu skandalu seksualnego w swojej diecezji próbował go tuszować, ale inni biskupi pozostali na swoich stanowiskach. W Polsce, choć w krycie abp. Juliusza Paetza zamieszanych było kilku czołowych hierarchów (choćby tych, którzy nie przekazali listu z dokumentacją sprawy Janowi Pawłowi II), nikt nie poniósł najmniejszych konsekwencji.

Ikona Chrystusa

Ukaranie winnych jednak nie wystarczy. Konieczne jest jeszcze zdiagnozowanie przyczyn pojawienia się takich problemów w polskim Kościele. W tej kwestii nie wystarczy posiłkowanie się twierdzeniami sformułowanymi już przez amerykańskich badaczy problemu. Polska sytuacja jest zupełnie inna. Polscy duchowni i teolodzy wciąż nie mają problemów z głoszeniem ortodoksyjnej nauki Kościoła w dziedzinie moralności, a lobby gejowskie nie wkroczyło jeszcze do duszpasterstw czy seminariów.

Jedyną cechą wspólną sytuacji w Polsce i Stanach Zjednoczonych czy Irlandii pozostaje widoczny w każdym z tych krajów postępujący kryzys tożsamości duchownych. Już bowiem nawet poprawne zrozumienie, czym jest katolickie kapłaństwo i jaka jest jego istota, w zasadzie powinno uniemożliwić wieloletnie wykorzystywanie nieletnich przez księży czy tym bardziej jego tolerowanie przez przełożonych. „Człowiek, który rzeczywiście wierzy, że jest tym, kim jest, zgodnie z nauką Kościoła katolickiego jako ksiądz – żywą ikoną Jezusa Chrystusa Syna Bożego – nie zachowuje się jak seksualny napastnik. Nie może zachowywać się w ten sposób. Owszem grzeszy. Owszem jest glinianym naczyniem przechowującym wielki nadprzyrodzony skarb: może wygłosić nieciekawe kazanie, jego wybór muzyki na niedzielną mszę może być godny ubolewania, może czasem udzielić złej porady. Ale nie wykorzystuje swojego urzędu, by uwodzić i wykorzystywać seksualnie nieletnich” – podkreśla cytowany już Weigel.

W obawie przed schizmą

Ten wspólny dla Polski i Stanów Zjednoczonych kryzys kapłańskiej tożsamości ma różne w obu tych krajach przyczyny. Amerykański katolicyzm przez lata był formowany przez teologów, którzy mniej lub bardziej otwarcie odrzucali nauczanie w kwestii teologii kapłaństwa oraz moralności katolickiej. Ich zachowanie było od 1968 roku tolerowane przez Pawła VI i jego następców, którzy obawiali się całkiem realnej schizmy.

Ta schizofreniczna sytuacja trwa zresztą również obecnie. Choć ponad rok temu Kongregacja Wychowania Chrześcijańskiego wydała dokument poświęcony zakazowi przyjmowania do stanu kapłańskiego homoseksualistów, spora część środowisk teologicznych w Stanach Zjednoczonych kontestuje ten zapis. A sam papież na swojego następcę w Kongregacji Nauki Wiary powołał abp. Williama Levadę, który przez 10 lat był ordynariuszem San Francisco (homoseksualnej stolicy świata) i nie zasłynął tam jako wytrwały propagator doktryny moralnej Kościoła. „Kłopotliwe dla tych, którzy patrzą na obecny pontyfikat z pełną nadziei uwagą, było też mianowanie przez Benedykta XVI George’a H. Niederauera na następcę Levady w San Francisco. Otóż w Salt Lake City biskup Niederauer cieszył się opinią, jak to się mówi, przyjaznego gejom” – zauważa ks. Richard J. Neuhaus w eseju „Rozejm roku 2005” opublikowanym w polskiej edycji „First Things”.

W Polsce nic takiego się nie dzieje. Ze świecą można by szukać teologów otwarcie kwestionujących nauczanie Kościoła w kwestiach moralnych czy sakramentów. A jednak poziom uwewnętrznienia tych prawd w umysłach kleryków i młodych kapłanów pozostaje często minimalny. Intelektualne zgłębianie prawd Kościoła, konieczne dla ich głębokiego przeżywania, nie jest bowiem najmocniejszą stroną polskiego katolicyzmu. Najlepiej pokazują to badania prof. Józefa Baniaka wśród byłych księży. Prawie 40 proc. badanych jako jeden z powodów odejścia z kapłaństwa podaje brak wiary w realność przeistoczenia. Jeśli zaś rzeczywiście tak jest – to powstaje pytanie, po co w ogóle przyjęli święcenia, i na ile duża jest grupa podobnie „niewierzących” duchownych pozostających w stanie kapłańskim?

Menedżerowie w koloratkach

Takie zaniedbanie formacyjne związane być może z dominującym modelem duszpasterskim, do jakiego przygotowuje się polskich kleryków. Mają być nie tyle przewodnikami duchowymi, pasterzami, ile ekspertami w dziedzinach wszelakich. Stosunkowo najrzadziej w kwestiach duchowych. Dlatego w wielu seminariach nie uczy się modlitwy kontemplacyjnej, nie próbuje wprowadzać w praktykę rozmaitych katolickich tradycji mistycznych. Wszystkie te wielkie techniki modlitewne zastąpić ma brewiarz. Ma, ale często nie zastępuje, bowiem jak wskazują cytowane już badania prof. Baniaka, gdy nadchodzi pierwszy poważniejszy kryzys, księża często najnormalniej w świecie przestają odmawiać swoje prawem przewidziane modlitwy. To zaś jest już pierwszy krok do upadku.

Wychowanie do modlitwy, ascezy, wyrzeczenia pozostać zatem powinny, poza formacją intelektualną, podstawowym elementem życia seminaryjnego. Nie ma powodów, by sprawdzone przez wieki sposoby radzenia sobie z pokusami (nawet jeśli są one tak nienowoczesne jak biczowanie, włosiennica czy lodowate prysznice), nie były nadal propagowane w seminariach. To, co pomagało w osiągnięciu świętości św. Franciszkowi czy Benedyktowi, może pomagać także ludziom współczesnym.

Podobnie jest zresztą z zapobiegawczym znaczeniem stroju duchownego. Normalnemu uczciwemu mężczyźnie o wiele trudniej przychodzi działanie niegodne, jeśli ma zostać dokonane w stroju, który określa jego kapłańską godność. Dlatego zupełnie niezrozumiała pozostaje coraz powszechniejsza wśród młodych duchownych niechęć do manifestowania swojego powołania w stroju. Niechęć ta pozostaje zresztą w pewien sposób skorelowana z liberalizacją postaw moralnych…

Odzyskać męskość

Problemem wydaje się także w wielu seminariach wciąż brak pełnej formacji do bycia mężczyznami. Celibat kapłański przeżywany powinien być przez pewnych swojej męskości i dojrzałych ludzi. Nie powinien oznaczać jej wyparcia, ograniczenia, wykastrowania, ale dopełnienie w wolnym wyborze służby Bogu i Kościołowi. Aby jednak ten wybór był rzeczywiście dojrzały i wolny, musi być ściśle powiązany z męskością, która wyraża się w pragnieniu miłości z kobietą i posiadania z nią dzieci. Kto takiego pragnienia nie posiada, komu pragnień tych nie pozwolono dostrzec i wysublimować, nie może w sposób właściwy przeżywać kapłaństwa.

Jak wynika z moich rozmów z klerykami i młodymi księżmi, dla wielu rektorów i kierowników duchowych w polskich seminariach ideałem pozostaje chłopak, który nie odczuwa pragnień życia rodzinnego i bycia z kobietą. To zaś może oznaczać, że idealnym kandydatem do kapłaństwa pozostaje dla nich ktoś, kto może posiadać skłonności homoseksualne. Bo chyba tylko taki mężczyzna nie odczuwa dojmującego pragnienia posiadania rodziny, które złożyć można w ofierze celibatu Bogu i Kościołowi. Brak uświadomienia sobie tego elementu kapłaństwa rodzi nie tylko niebezpieczeństwo przepuszczania przez sita duchowe homoseksualistów, ale również sprawia, że wielu duchownych zatraca w posłudze duszpasterskiej męskość. Miękki głos, delikatne ruchy pozostają zbyt często najłatwiej rozpoznawalną częścią osobowości polskich księży.

Co dalej?

Przyczyn pojawienia się w polskim Kościele coraz bardziej widocznego problemu homoseksualizmu i związanego z nim wykorzystywania dzieci można by zapewne podać więcej. Jednak niezależnie od takich możliwości jedno pozostaje pewne: jeśli polska hierarchia rzeczywiście nie chce, by powtórzyła się tu sytuacja z Irlandii czy USA, konieczne jest jak najszybsze wprowadzenie w życie (a nie tylko w słowa) wypracowanych przy okazji tamtych dramatycznych sytuacji standardów zachowania.

Aktywni homoseksualiści (heteroseksualiści zresztą także), szczególnie ci molestujący nieletnich lub osoby pozostające wobec nich w zależnościach służbowych, powinni być wydalani ze stanu duchownego. Nie należy z tym czekać do momentu opisania sprawy przez media. Wymaga tego zarówno miłosierdzie wobec ich ofiar, jak i wobec nich samych. Tolerowanie zła może bowiem prowadzić do błędnego wniosku, że pozostaje ono jakimś dobrem.

Kolejnym krokiem powinno zaś być takie przekształcenie struktur kształcenia seminaryjnego, by zamiast urzędników kościelnych, często nie do końca dojrzałych, wydawały one świadomych swojej wiary kapłanów, którzy potrafią i chcą się modlić, nie wstydzą się sutanny i koloratki, a ukojenia szukają w modlitwie, a niekoniecznie w spotkaniach towarzyskich… W tradycji katolickiej można znaleźć wiele metod kształtowania takich charakterów. Trzeba tylko do nich sięgać. I nie bać się, że zostanie się oskarżonym o anachronizm czy przestarzałość. O wiele lepiej mieć księdza we włosiennicy, który umie się opanować, niż księdza, który ociera się w czasie mszy świętej o ministrantów!
Tomasz P. Terlikowski