Wykładowcy i naukowcy w sieci SB

Źródło: Rzeczpospolita: Akademicy w sieci SB
26.03.2007

Po 1956 roku najważniejszym środkiem werbunku w środowiskach akademickich był paszport. Ale znam też przypadek osoby, która jako TW doszła do stanowiska rektora jednej z uczelni wyłącznie z nienawiści do innego profesora, którego chciała zniszczyć donosami – mówi znany historyk i politolog w rozmowie z Joanną Lichocką

Rz: Co pan myśli, kiedy słyszy pan protesty środowisk akademickich przeciw składaniu oświadczeń lustracyjnych?

Antoni Dudek: Ja złożyłem oświadczenie lustracyjne na Uniwersytecie Jagiellońskim i nie mam poczucia, że jakieś moje prawa osobiste zostały naruszone, choć rozumiem, że ktoś może czuć inaczej. Byłem przeciwny modelowi lustracji, który zakłada składanie oświadczeń na tak wielką skalę. Jestem za otwarciem archiwów, by wszystkie dokumenty, z zastrzeżeniem sfery intymnej, były dostępne dla wszystkich zainteresowanych. Senaty uczelni wyższych po zapoznaniu się z ustaleniami, które poczyniliby historycy lub dziennikarze, musiałyby podejmować indywidualne decyzje, czy chcą mieć w swoim gronie danego konfidenta SB.

Skąd tak gwałtowny protest pracowników wyższych uczelni?

Dla niektórych to część protestu przeciw obecnemu układowi rządzącemu. Inni uważają rzeczywiście, że coś się niedobrego dzieje, i nie chcą dowodzić, że nie są wielbłądem. I są tacy, którzy chronią swoją przeszłość. Na Uniwersytecie Jagiellońskim nie słychać tak gwałtownych protestów jak na przykład na Uniwersytecie Warszawskim, bo na krakowskiej uczelni już ujawniono wielu współpracowników SB, w tym dyrektora Instytutu Historii. Na większości polskich uczelni jednak wciąż występuje niepisana presja środowiska naukowego, by się tym po prostu nie zajmować.

Czy można oszacować, ile osób ze środowiska naukowego mogło być uwikłanych we współpracę z SB?

Nikt w SB nie prowadził tak szczegółowych statystyk. Mamy jednak dane z połowy lat 70. o wykształceniu tajnych współpracowników SB w całym kraju. O ile wśród ogółu społeczeństwa około 4 proc. ludzi miało wtedy wyższe wykształcenie, to wśród TW było ich 37 proc.

Niewykształceni mniej interesowali SB?

Chłop z zapadłej wsi był mało atrakcyjnym współpracownikiem, bo czego esbecy mogli się od niego dowiedzieć? Nauczyciele akademiccy, lekarze, prawnicy, dziennikarze mieli większe skłonności do kontestowania ustroju. Tam był ferment opozycyjny, kontakty z Zachodem. Środowiska te kształtowały też postawy społeczne i SB chciała mieć przez nie wpływy.

Jak duże były te wpływy?

W całej Polsce od połowy lat 40. liczba agentów systematycznie wzrastała. W 1956 r. sieć gwałtownie się załamała. Potem znowu była odbudowywana. Na uczelniach ważną cezurą jest Marzec ’68, bo kierownictwo bezpieki i partii dochodzi do wniosku, że za mało wiedziało o tym, co się dzieje w szkołach wyższych. W konsekwencji zaczęła się znacząca rozbudowa agentury. Apogeum przypada na lata 80. Mamy dane z lat 1981 – 1983, które mówią, że w warszawskich szkołach wyższych liczba tajnych współpracowników wzrosła z 58 do 124. A tajny współpracownik to tylko jedna z kategorii. I tak na przykład w Krakowie w 1981 roku na UJ działało 18 tajnych współpracowników, 25 kontaktów operacyjnych i 11 kontaktów służbowych. Tajny współpracownik był najwyższą formą współpracy agenturalnej, ale zgodnie z instrukcjami pracy operacyjnej, które obowiązywały po 1970 roku, nie można było jako TW rejestrować członków PZPR. Oni zostawali kontaktami operacyjnymi. Z 25 kontaktów operacyjnych 90 proc. to z pewnością członkowie PZPR. Wreszcie kontakty służbowe – to najbardziej dyskusyjny rodzaj agentury. Były to osoby funkcyjne – dziekani, prodziekani czy nawet prorektorzy, czyli ludzie, którzy z racji sprawowanej funkcji spotykali się z oficerami SB. Ale nie oznacza to, że każdy, kto zajmował funkcję kierowniczą, był kontaktem służbowym. Stawał się nim ten, kto wyraźnie wykazywał większą chęć do rozmowy z SB niż inny. Gdy dawał sygnały gotowości udzielania informacji, to był rejestrowany.

Mamy jeszcze jakieś dane?

Na Politechnice Warszawskiej w 1982 roku było 49 tajnych współpracowników i prawdopodobnie jeszcze więcej kontaktów operacyjnych. W tej grupie są zarówno studenci, jak i pracownicy administracji oraz nauczyciele akademiccy. Ale jaka była proporcja poszczególnych grup, możemy spróbować się dowiedzieć na przykładzie agentury na KUL w Lublinie. W 1983 roku było tam 39 TW. W 1988 roku liczba ta wzrosła do 50, z czego 23 było pracownikami naukowymi. Ale te dane nie obejmują wywiadu cywilnego, czyli Departamentu I MSW. Wywiad miał na uczelniach niezależną sieć nieuwzględnioną w danych, które podałem.

Jakie jeszcze rodzaje specsłużb PRL zajmowały się wyższymi uczelniami?

Najbardziej znaczące uniwersytety były przedmiotem zainteresowania kontrwywiadu i wywiadu, bo tam było dużo kontaktów zagranicznych. Mniejsze ośrodki były domeną Departamentu III, który zajmował się rozpracowywaniem opozycji i środowisk inteligenckich. A KUL zajmował się Departament IV, bo to uczelnia kościelna.

Wielu naukowców mówi, że rutyną było podpisywanie zobowiązania przed wyjazdem za granicę i składanie raportów po powrocie. Że każdy musiał tak robić.

Nieprawda. Nie każdy nauczyciel akademicki, który wyjeżdżał za granicę, musiał być zwerbowany. Wiele osób wyjeżdżało, choć nigdy niczego nie podpisało. Ale były i takie, które nigdzie nie wyjeżdżały, bo nie chciały niczego podpisać. Jedno jest prawdą – po 1956 roku najważniejszym środkiem werbunku w środowiskach akademickich był paszport. Były też inne – wypadek samochodowy, sprawy obyczajowe, ale też i chęć awansu. Znam przypadek osoby, która doszła do stanowiska rektora jednej z najważniejszych uczelni w Polsce i była tajnym współpracownikiem wyłącznie z nienawiści do innego profesora, którego chciała zniszczyć donosami.

Ta sprawa została ujawniona i opisana?

Wciąż czeka na swojego autora, choć w PRL była to postać znana, piastowała wysokie godności państwowe. Warto natomiast pamiętać, że wywiad PRL zajmował się przede wszystkim środowiskami polonijnymi oraz tzw. ośrodkami dywersji ideologicznej. Historyk, który chciał pojechać do Instytutu Sikorskiego czy Instytutu Piłsudskiego, był w znacznie gorszej sytuacji od biologa, który jechał do Francji albo do Szwecji, by się zajmować badaniami DNA.

Były uczelnie bardziej i mniej zinfiltrowane? Bardziej lub mniej „czerwone”? Do jakiego stopnia elita intelektualna PRL była świadomie kształtowana?

Tym zajmowała się PZPR. Byli wyznaczeni towarzysze, którzy prowadzili politykę kadrową uczelni. W drugiej połowie lat 80. studiowałem historię na UJ i nie mogłem wyjść ze zdumienia, że wśród wykładowców jest magister w wieku przedemerytalnym. Nazywał się Andrzej Kozanecki i dobiegał sześćdziesiątki. Nie rozumiałem, dlaczego magister w tym wieku wciąż pracuje na uczelni, dlaczego jest otoczony szacunkiem starszej kadry i dlaczego prowadzi ćwiczenia z historii PRL. Dopiero kilka lat później z akt krakowskiej PZPR się dowiedziałem, że był on na przełomie lat 60. i 70. sekretarzem komitetu krakowskiego PZPR i głównym architektem polityki kadrowej w krakowskich szkołach wyższych. Decydował o akceptacji wniosków o profesurę czy o wydaniu paszportu na wyjazd zagraniczny. W stanie wojennym został I sekretarzem PZPR na uniwersytecie. Na UJ trzymano go jeszcze w latach 90. Tego typu towarzyszy na uczelniach było więcej.

Z tego, co pan mówi, środowisko naukowe ma poważny problem z rozliczeniem się z przeszłością.

Tu są dwie kwestie. Pierwsza to sprawa tajnej współpracy z SB. Druga – zupełnie jawnej współpracy z reżimem PRL, co po roku 1989 odkreślono grubą kreską. Pomijając likwidację Akademii Nauk Społecznych przy KC PZPR, szkoły partyjnej, której wykładowcy rozeszli się zresztą bez większych problemów po innych szkołach wyższych, nie przeprowadzono żadnych procedur weryfikacyjnych. W NRD po 1989 roku od razu zwolniono niemal wszystkich wykładowców nauk społecznych i pokrewnych. Podobnie w Czechach. Tymczasem szkolnictwo wyższe w III RP uległo swoistej petryfikacji, a wielu ludzi skompromitowanych w czasach PRL wciąż odgrywa w nim istotną rolę.

Jest na to sposób?

Trzeba liczyć na proces biologicznej wymiany. Czas na gruntowną zmianę elit akademickich był po roku 1989. Usuwanie teraz kogoś z uczelni tylko dlatego, że przed 1989 rokiem był gorliwym marksistą, byłoby absurdalne, zwłaszcza że on już przecież dawno zmienił poglądy. Sensowniejsze wydaje się wprowadzenie takiego modelu kariery akademickiej, który pozwoliłby na szybszy awans i samodzielność młodych naukowców, a zarazem wyeliminował tych profesorów, którzy swoją karierę w większym stopniu zawdzięczają partii czy bezpiece niż rzeczywistym dokonaniom naukowym.

Czemu tego jeszcze nikt nie opisał?

Jest presja środowiskowa. Poza tym to wymaga przedarcia się przez ogromną liczbę dokumentów. Łatwo jest opisać konkretną sprawę, jeśli zachowała się teczka pracy agenta, natomiast pisanie przekrojowych zagadnień, np. opisanie dużego uniwersytetu, jest zadaniem ogromnym. Materiały są rozproszone, trzeba je jak mozaikę zbierać i układać. Historycy zaczęli to robić dopiero teraz. Dane, które podałem, pochodzą z badań nad KUL, UJ i środowiskami akademickimi w Warszawie. W ciągu roku, dwóch możemy się spodziewać pierwszych publikacji.
Rozmawiała Joanna Lichocka

Antoni Dudek jest politologiem i historykiem z UJ, doradcą prezesa IPN. Ostatnio wyszła jego książka „Historia polityczna Polski 1989 2005”

Reklamy

One thought on “Wykładowcy i naukowcy w sieci SB

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s