Znikł portret przywódcy – gdzie jest Putin?

Źródło: Rzeczpospolita: Znikł portret przywódcy
23.03.2007

Najlepsi detektywi już trzeci dzień szukają złodziei, którzy skradli portret rosyjskiego przywódcy z domu kultury we wsi Naryszkino w obwodzie penzeńskim. Władze nie wykluczają, że doszło do dywersji politycznej, a dyrekcja placówki odwołała wszystkie imprezy

Portret Putin

Incydent opisali wczoraj dziennikarze „Nowych Izwiestii”. – Sami się zastanówcie. Jacyś nikczemnicy przedostali się do domu kultury, przeszli obok drogiego sprzętu i zdjęli wiszącego na ścianie Putina. Poco był im potrzebny? – dzielił się z gazetą swoimi przemyśleniami przedstawiciel penzeńskiej administracji. Jego zdaniem sprawcami kradzieży nie mogli być zwykli miejscowi chuligani. -To jest sprawa o wiele bardziej poważna – podkreślił urzędnik.

Na wieść o popełnionym przestępstwie na nogi postawiono całą milicję obwodu penzeńskiego. Mimo że wartość skradzionej fotografii z wizerunkiem głowy państwa nie przekracza 300 rubli (ok. 35 złotych) i można ją nabyć w każdej rosyjskiej księgarni, do wsi Naryszkino przybyli najlepsi detektywi. Oświadczyli, że znalezienie sprawców kradzieży traktują jako sprawę honoru. Prywatnie przyznawali jednak, że po prostu są ciekawi, poco dokonano kradzieży.

Zamknięte do odwołania

Dyrektorka wiejskiego ośrodka wyraźnie nie mogła się otrząsnąć po tak zuchwałym przestępstwie. – Nigdy nie mieliśmy stróża. Nigdy nam przecież do głowy nie przyszło, że ktoś może podnieść rękę na Władimira Władimirowicza – skarżyła się dziennikarzom.

Chociaż oprócz portretu rosyjskiego przywódcy nic nie zginęło, praca jedynego w Naryszkinie ośrodka kultury została sparaliżowana. Dyrekcja zamknęła go do odwołania. – Ludzie przyjdą na koncert, zobaczą, że Putin zniknął ze ściany, i pomyślą, że nasz stosunek do prezydenta się zmienił – wytłumaczyli „Nowym Izwiestiom” decyzję o tymczasowym odwołaniu wszystkich imprez.

– To przypomina teatr absurdu – komentuje dla „Rz” całe zamieszanie Igor Czubajs, dyrektor Centrum Studiów Rosji w moskiewskim Instytucie Przyjaźni Narodów. Według niego jedynym racjonalnym wytłumaczeniem nieadekwatnej reakcji penzeńskich władz na drobny incydent jest to, że w świadomości prowincjonalnych urzędników osoba Putina zaczęła być utożsamiana z pojęciem rosyjskiej państwowości, a jego portrety zaczęły ją symbolizować.

– Wobec braku spójnej ideologii czy wspólnego systemu wartości czynnikiem jednoczącym rosyjskie społeczeństwo stała się postać obecnego prezydenta -mówi moskiewski ekspert w rozmowie z „Rzeczpospolitą”.

Kult jednostki

Igor Czubajs podkreśla, że nieustanne propagowanie w mediach sukcesów Kremla oraz wyeliminowanie z rosyjskiej przestrzeni informacyjnej głosów krytycznych doprowadziło do ukształtowania się w Rosji reżimu politycznego opartego na kulcie jednostki.

– Tym się właśnie tłumaczy fenomen niezmiennie wysokich notowań Putina w sondażach – twierdzi nasz rozmówca.

O sile miłości Rosjan do przywódcy świadczą rozmaite badania socjologiczne. Według danych renomowanego Centrum Lewady co dziesiąty Rosjanin chciałby, żeby w jego miejscowości pojawił się pomnik Putina, a piętnaście procent przyznaje się do posiadania w domu portretu prezydenta lub deklaruje chęć nabycia podobizny przywódcy.
ANDRZEJ PISALNIK z Moskwy

Reklamy

Lękliwość chrześcijan

Źródło: Rzeczpospolita: Lękliwość chrześcijan, oddanie muzułmanów
17.03.2007

Tym razem nie napiszę nic o lustracji. Ani o pani prezydentowej, ojcu Rydzyku, aborcji czy Giertychu. Ba, nawet o Janie Rokicie nie wspomnę. Są bowiem sprawy ważne i ważniejsze. A do tych drugich, mniemam, należy to, co wydarzyło się, a raczej wydarza się, w Hiszpanii.

Jest to, jak myślą niektórzy, kraj katolicki. Otóż w nim to właśnie pewien artysta fotograf, którego imienia i nazwiska nie wspomnę, postanowił cztery lata temu zrobić serię zdjęć. Znalazły się na nich sceny biblijne w wersji porno. Mieszkańcy Estremadury mogli obejrzeć pornograficzną pietę lub też masturbującego się Chrystusa. Obrzydliwe, nieprawdaż? Mało tego. Przemyślny autor wywiesił swoje dzieła w miejscowym kościele. Wyobrażają sobie to państwo? Szczegóły anatomii świętych postaci, erotyczne zdjęcia najdroższych katolickiemu sercu świętych? Miejscowy biskup zaprotestował dopiero wtedy, gdy zdjęcia zaalarmowały wiernych. Zresztą, protest nie był szczególnie głośny. Hierarcha wie, co mu wolno, a czego nie. Dopilnował, by zdjęcia zniknęły ze świątyni. A to, że zawierający je katalog wydany za publiczne pieniądze nadal można było kupić, już mu nie przeszkadzało.

Wszyscy żyliby w zgodzie i szczęściu, gdyby nie drobny fakt: w związku z majowymi wyborami lokalnymi o katalogu przypomniał sobie polityk opozycyjnej Partii Ludowej, który zaatakował rząd Estremadury. I tak zdjęcia trafiły do internetowych wydań ogólnokrajowych gazet. I co? I nic. Jedynie prezydent regionu wyraził ubolewanie wobec tych, którzy poczuli się dotknięci publikacją. Zgrabna, pojemna formuła, trzeba przyznać. Artysta nie zamierza za nic przepraszać, a ci, którzy go krytykują, słyszą, że zachowują się niczym inkwizytorzy. Wolność artysty, a choćby i pseudoartysty, to rzecz święta.

Kilkanaście miesięcy temu opublikowanie przez duńską gazetę „Jyllands-Posten” karykatur Mahometa, przecież nie wulgarnych, nie obscenicznych, doprowadziło do masowych demonstracji i ataków muzułmanów na ambasady. Nie twierdzę, że takie zachowania są do obrony. Wszakże kiedy patrzę na lękliwość i obojętność chrześcijan, zaczynam doceniać oddanie muzułmanów.
Paweł Lisicki

Źródło: Rzeczpospolita: Kościół nie pozwoli obrażać katolików
17.03.2007

Hiszpański Kościół katolicki wzywa do pociągnięcia do odpowiedzialności winnych rozpowszechnienia pornograficznych zdjęć o tematyce religijnej.

„Z całą stanowczością domagamy się szacunku dla wiary katolickiej, jej obrazów i znaków” – czytamy w nocie Konferencji Episkopatu. O obscenicznych zdjęciach José Antonio Montoyi, fotografika z Estremadury, pisaliśmy w „Rz” 15 i 16 marca. Sprawę ujawniła prawicowa Partia Ludowa oburzona tym, że nieprzyzwoity katalog został opublikowany przez wydawnictwa rządu Estremadury i opatrzony wstępem lokalnego ministra kultury. Znalazły się w nim sceny biblijne w wersji erotycznej i cytaty z Nowego Testamentu. Jest Chrystus masturbujący się i Chrystus ukazany jako naga kobieta, pytający uczniów: A dla was kim jestem? Maria pieszcząca lubieżnie zdjęte z krzyża ciało syna. „To godne pożałowanie bluźnierstwa” – piszą biskupi. „Nigdy nie odmawiamy przebaczenia tym, którzy nas obrażają, ale nie jest ono możliwe bez sprawiedliwości” – dodają.

Bluźniercze zdjęcia nie są jedynymi „dziełami sztuki”, które w ostatnim czasie obraziły uczucia religijne hiszpańskich chrześcijan. Na ekrany kin wszedł właśnie film „Teresa. Ciało Chrystusa”, w którym mistyczne więzi świętej Teresy z Jezusem zostały przedstawione jako stosunek cielesny. Bulwersujący jest też promujący film plakat. Przedstawia nagą kobietę, którą obejmuje przebita gwoździem ręka. Episkopat uznał plakat za czystą prowokację.

Niedawno Hiszpania odniosła sukces, zmuszając włoską firmę Dolce & Gabbana do wycofania z tego kraju seksistowskich reklam. Należy mieć nadzieję, że rzecznicy prawa chrześcijan do poszanowania ich wiary okażą się w Hiszpanii równie skuteczni, jak obrońcy praw kobiet.
Małgorzata Tryc-Ostrowska

„Małżeństwa” homoseksualistów

Źródło: Rzeczpospolita: Szwecja coraz bliżej „małżeństw” gejów
22.03.2007

Szwedzka komisja rządowa złożyła wniosek, aby pary homoseksualne od 1 stycznia 2008 roku mogły zawierać związki małżeńskie. Jeżeli projekt ten zostanie zaakceptowany nastąpi ostateczne zrównanie par homoseksualnych z heteroseksualnymi.

Obecnie, choć szwedzcy geje cieszą się pełnią praw (m.in. mogą adoptować dzieci)ich związki określane są jako „partnerskie”, a nie jako „małżeństwa”. Zdaniem komisji nowe prawo będzie dowodem na to, że ogół społeczeństwa ostatecznie zaakceptował homoseksualistów.

Co ciekawe, na błogosławienie par homoseksualnych zgodę wyraził Kościół luterańsko-ewangelicki. Na razie jednak pastorzy, którzy nie będą chcieli udzielać homoseksualnych ślubów, nie będą do tego zmuszani. Tę ostatnią decyzję ostro skrytykował Ogólnokrajowy Związek Równouprawnienia Seksualnego. Według organizacji pozostawienie w tej sprawie księżom prawa wyboru jest aktem dyskryminacji mniejszości seksualnej.

Przeciwko propozycji ostro wystąpiła natomiast chrześcijańska demokracja. – Ta ustawa nie ma prawa bytu -powiedziała „Rz” chadecka deputowana Yvonne Andersson. -Pojęcie małżeństwa jest głęboko zakorzenione w naszej kulturze. Po co to zmieniać? – dodała.
Anna Nowacka-Isaksson ze Sztokholmu

Atak na wolność słowa czy moralne oczyszczenie – lustracja dziennikarzy

Źródło: Rzeczpospolita: Atak na wolność słowa czy moralne oczyszczenie
17.03.2007

„Lustracja dziennikarzy, obywatelski obowiązek czy naruszenie prawa?” – pod takim tytułem odbyła się w piątek w redakcji „Rzeczpospolitej” debata publicystów. – Zorganizowaliśmy tę debatę, bo sprawa lustracji głęboko podzieliła środowisko dziennikarskie – tłumaczył Paweł Lisicki, redaktor naczelny „Rzeczpospolitej”. Powstały dwa listy otwarte. Pierwszy podpisały osoby wyrażające wątpliwości związane ze składaniem oświadczeń lustracyjnych. Sygnatariusze drugiego twierdzą, że oświadczenia nie są niczym złym i mogą się okazać pożyteczne

Czy współpraca z SB i zatajenie tego faktu ma wpływ na wiarygodność dziennikarza? Czy były agent SB, którego współpraca z komunistycznymi służbami specjalnymi jest nadal niejawna, ma moralne prawo do bycia dziennikarzem? – pytał Lisicki.

Jacek Żakowski („Polityka”): – Nie może istnieć demokratyczne państwo i społeczeństwo bez zapewnienia wolności słowa, w tym wolności mediów. Dlatego dziennikarzem ma prawo być każdy, nawet morderca. Oczywiście są pewne dziedziny, gdzie niechętnie korzystałbym z usług osób, które w przeszłości wykazały się słabością charakteru. Istnieje bowiem obawa, że taki dziennikarz mógłby wyrażać opinie pod jakąś presją. W przypadku dziennikarzy związanych ze służbami specjalnymi PRL powstaje pytanie, czy można uważać za wiarygodne informacje, które przekazują. Dla mnie agenturalna przeszłość nie jest najważniejszym kryterium wiarygodności. Są ważniejsze, np. polityczne powiązania dziennikarzy oraz ich związki z grupami nacisku. Bardzo łatwo zauważyć niesamodzielność intelektualną dziennikarzy. Myślę np. o publikowaniu tzw. kontrolowanych przecieków.

Paweł Lisicki: – Porównuje pan dziennikarzy, którzy korzystają z przecieków, do tajnych współpracowników komunistycznych służb specjalnych?

Żakowski: – Nie. Mówię tylko, że dziś istnieją czynniki znacznie mocniej wpływające na wiarygodność i rzetelność dziennikarzy niż współpraca z SB kilkanaście lat temu. Podkreślam: ja lustracji się nie boję. Zachęcam wszystkich do zbadania zawartości mojej teczki

Lisicki: – Były agent ma moralne prawo bycia dziennikarzem?

Piotr Zaremba („Dziennik”): – Dziennikarz, który przyzna się do współpracy, nie straci prawa wykonywania zawodu. Zresztą i tak nie przygotowano procedury, wedle której można by za to usunąć dziennikarza z redakcji. Chodzi tylko o to, by jego czytelnicy o tym wiedzieli. To wiedza bardzo przydatna, bo wielu dziennikarzy pretenduje do bycia autorytetem. Uważam, że nie może nim być osoba z tak poważną skazą w życiorysie.

Osoby, które kwestionują lustrację, powtarzają argument, że powinni ją przeprowadzać czytelnicy, a nie państwo. Ale jak czytelnicy mają poznać przeszłość dziennikarzy bez udziału państwa? To IPN jest dysponentem materiałów, na podstawie których możemy próbować dociec prawdy. Bez pomocy państwa nie przeprowadzimy lustracji. Nie wyobrażam sobie lustrowania jednej redakcji przez drugą. Gdyby dziennikarze „Dziennika” zaczęli lustrować kolegów z „Gazety Wyborczej”, pojawiłby się zarzut o nieuczciwą konkurencję oraz agresję. Nie widzę ścieżki lustracyjnej, która zadowoliłaby przeciwników lustracji.

Lisicki: – Przytoczę państwu fragment listu redaktorów naczelnych „Gazety Wyborczej”, który opublikowali, rozstając się z Lesławem Maleszką:

„Nikt ze środowiska „Gazety” nie znał prawdziwej przeszłości Leszka Maleszki. Znaliśmy kogoś innego. Dzisiaj musimy się zmierzyć z faktem, że przez wiele lat cieszył się w zespole autorytetem znakomitego redaktora i autora. Ogłaszał na naszych łamach teksty, do których publikowania – dzisiaj już to wiemy – nie miał tytułu moralnego”. Czy zatajona współpraca z komunistycznymi służbami specjalnymi jest poważną skazą na wiarygodności dziennikarskiej?

Tomasz Lis (Polsat): – Maleszka jest użyteczną pałą, która służy zwolennikom lustracji do mitologizowania problemu, który tak naprawdę jest marginalny. Może w 1989 lub 1990 roku odpowiedź na pytanie postawione przez redaktora Lisickiego byłaby o wiele ważniejsza. Dziś efekty lustracji dziennikarzy będą tak samo oszałamiające jak ujawnienie „strasznych” agentów WSI, którzy mieli opleść Polskę i paraliżować funkcjonowanie państwa.

Lustracja jest elementem budowania w Polsce państwa strachu. Państwa szantażu. W czasach stalinowskich było coś takiego jak agent obiektywny – nie jest, ale mógłby być, a więc obiektywnie jest. Dziś mamy coś na zasadzie odwrotnej: jeszcze nie został ktoś wykluczony z głównego nurtu społeczeństwa, ale może być. Bo jest homoseksualistą, bo ma nieodpowiednie poglądy, bo można go zaszachować lustracją. Więc niech pamięta, że jest to możliwe.

Lisicki: – Czy rzeczywiście sprawa lustracyjna jest pozorna, a składanie oświadczeń niebezpieczne z punktu widzenia wolności słowa i praw obywatelskich?

Joanna Lichocka („Rzeczpospolita”): – Mam poczucie, że ta debata jest wtórna do tego, co o lustracji powiedziano przez ostatnie 15 lat. Teza, że lustracja jest robiona po to, by wyjąć jakąś grupę obywateli spod prawa, by tworzyć grupę wykluczonych, też nie jest nowa.

Lis: – To nie znaczy, że nie jest słuszna.

Lichocka: – Myślę, że zgodzisz się ze zdaniem, które teraz przeczytam: „Apele o rozliczenie PRL z iście inkwizytorską pasją wzywające do dekomunizacji i lustracji zrealizować by można jedynie w stanie stanu wyjątkowego i zawieszenia swobód obywatelskich”.

To napisał Maleszka w 1995 roku na łamach „GW”. Czy rzeczywiście nie warto lustrować dziennikarzy, którzy mają wpływ na to, co myślą Polacy? Czy nie warto przyjrzeć się temu, kim byli ludzie, którzy formułowali takie zdania? Czy nie warto poszukać związków i uzależnień, które mogą dyktować takie, a nie inne opinie o rzeczywistości? Gdyby Bronisław Wildstein nie napisał tekstu o Maleszce, ten prawdopodobnie do dziś publikowałby w „GW” i pewnie dołączył do waszej akcji nieskładania oświadczeń lustracyjnych, czując się upokorzony takim żądaniem.

Żakowski: Nie ma tu nikogo, kto powiedział, że nie złoży oświadczenia.

Lis: – Nie powiedziałem, że lustracja dziennikarzy jest nieistotna. Jeśli ktoś był kanalią, to nie może pisać o polityce i zajmować się lustracją ze względu na poczucie elementarnej przyzwoitości. Ale Grzegorz Piotrowski może być dziennikarzem „Faktów i Mitów”. Paskudny esbek może być fantastycznym komentatorem skoków Małysza.

Lisicki: – Co w składaniu oświadczeń lustracyjnych jest upokarzające?

Katarzyna Kolenda-Zaleska (TVN): – To, że państwo zmusza mnie do tłumaczenia się z tego, co robiłam w przeszłości. Jeśli złożę oświadczenie, to co to zmienia? Jeżeli mamy się lustrować to składajmy zeznania majątkowe i poddajmy się takim samym obostrzeniom jak parlamentarzyści. Sprawa Maleszki była dla mnie wstrząsem. Był dla mnie nauczycielem. Pod wpływem ujawnienia jego przeszłości wiele zmieniło się w moim myśleniu o lustracji. Ale Maleszka nie został ujawniony w trybie lustracji.

Żakowski: – Żaden poważny agent nie został ujawniony w trybie lustracji. Budujecie fikcję.

Kolenda-Zaleska: – Ciekawe jest poznać naszą przeszłość w latach komunistycznej dyktatury. Tylko nie odpowiada mi takie prowadzenie lustracji, że ci, którzy się wtedy uwikłali, są grzesznikami i dziś nie mają prawa uczestniczyć w życiu publicznym.

Krzysztof Skowroński (PR Trójka): – Zatajenie współpracy i sama współpraca mają wpływ na wiarygodność dziennikarzy. Współpraca z SB była czynem niegodnym. Nie widzę więc powodu, czemu ludzie, którzy się tego dopuścili, mieliby być dziennikarzami w wolnej Polsce. Przecież nasz zawód polega na tym, że potrafimy bezkompromisowo powiedzieć o wielu rzeczach. Jak może być wiarygodny ktoś, kto nie potrafi powiedzieć prawdy o sobie? Podpisanie oświadczenia nikomu nie uwłacza, ani nie narusza niczyjej godności. Dziwię się Ewie Milewicz. Nie zgadzam się również z Jackiem Żakowskim, który twierdzi że każdy może być dziennikarzem. Jestem przekonany, że morderca nie
znalazł by pracy w redakcji Polityki.

Żakowski: A zna Pan kraj w którym istnieje grupa obywateli nie mogących korzystać z wolności słowa i wypowiedzi?

Lisicki: – Czy oświadczenie lustracyjne można nazwać lojalką? Czy lustracja przypomina weryfikację z czasów PRL? Czy taka analogia nie prowadzi do zamazania różnic między dyktaturą i demokracją?

Stanisław Janecki („Wprost”): – Zrównanie PRL z IV RP pozwala nam powiedzieć – oni czyli władza są nam narzuceni. Ich ogląd świata jest oglądem niesłusznym, ich moralność jest nie obowiązująca, a ich prawa nie są prawomocne, więc nie musimy ich przestrzegać. Polska już nie jest PRL, nie mamy moralnego prawa podważać prawomocnie wybranych władz i praw przez nie tworzonych tylko dlatego, że tak nam się wydaje. Prawo jest sprawiedliwe, kiedy wszyscy go przestrzegają, nie ma prawa idealnego.

Lis: – Musimy je szanować nawet wtedy, gdy Trybunał Konstytucyjny stwierdzi, że prawo zostało przyjęte ze złamaniem konstytucji?

Janecki: – Dopóki Trybunał Konstytucyjny lub sądy nie podważą prawa jest ono prawomocne. W przypadku ustawy lustracyjnej nie mamy na razie żadnego orzeczenia. Nie można więc jej kwestionować, bo inaczej wszystkie przepisy staną się nieegzekwowalne.

Dołożę do młota, jakim jest tu Maleszka, jeszcze dwa: ks. Michała Czajkowskiego i Andrzeja Szczypiorskiego. Wszystkie te osoby formułowały niezwykle ostre sądy moralne wobec innych. Potem okazały się współpracownikami bezpieki.

Lisicki: – Ale czy obecny proces lustracyjny może się kojarzyć z weryfikacją z czasów PRL? Jaka jest różnica między PRL a współczesną Polską?

Żakowski: – Jeżeli ktoś mówi, że PRL i III RP to to samo, to jest chory na głowę. Ewolucja systemu politycznego w Polsce przebiega w kierunku demokracji ograniczającej się do systemu elektoralnego. Zmierzamy w kierunku okresowej dyktatury, mającej legitymizację wyborczą. Do państwa opartego na brutalnym wymuszaniu dyscypliny przez osoby aktualne sprawujące władzę. To jest szalenie niebezpieczne. Jeśli ktoś chwyta do ręki kawałek tortu, to uważa, że może robić co chce. Dyrektor Krzysztof Czabański, (prezes radia publicznego przyp. red.) może wyrzucać z pracy dziennikarzy, którzy mu się nie podobają, bo dostał do ręki ten tort. To jest konkwistadorskie myślenie o państwie. Kolejne grupy przychodzą i rabują co chcą. Wszystko to zmierza do ograniczenia samodzielności i obalenia autorytetów.

Reformy kodeksowe zmierzają do ograniczenia swobód. Nowe propozycje dotyczące prawa prasowego służą zwiększeniu kontroli. A na końcu tego wszystkiego nie będzie PRL – bo to oczywiście niemożliwe – ale inny system ograniczonej wolności przypominający np. system rosyjski.

Ustawa lustracyjna to prosta droga w tym kierunku, bo oddaje setki tysięcy Polaków w dyskrecjonalną władzę urzędników IPN. Każdy z tej grupy jest zagrożony. W ustawie znajdują się kategorie współpracy, które są kompletnie nie zrozumiałe. Nie tylko dla zwykłych ludzi ale i dla fachowców. Nie wiadomo na przykład czy do oświadczenia dziennikarze powinni wpisać współpracę z cenzurą, bo wszystko będzie zależeć od intencji, z którymi redaktor poddawał artykuł kontroli. Państwo nie może zastawiać takich pułapek na obywateli, bo to z pewnością będzie wykorzystane przez kogoś do szantażu i ograniczenia naszej wolności.

Lisicki: – Znajdujemy się w trakcie procesu ograniczania wolności?

Skowroński: – Z Polskiego Radia zostało zwolnionych 295 osób, z czego 256 odeszło w trybie porozumienia, a nie zwolnienia. W większości są to osoby w wieku przedemerytalnym lub emerytalnym. Te zmiany służą uzdrowieniu instytucji. Gdy przyszedłem do Polskiego Radia było tam 300 dyrektorów i każdy miał sekretarkę.

Nie wiem dlaczego Polskie Radio nie miałoby mieć prawa stanowienia o swojej polityce kadrowej. Nie ma też nic złego w tym, że jednym z kryteriów delegowania do zwolnienia są związki redaktorów z poprzednim systemem. Jeżeli przy tych zwolnieniach ktoś czuje się pokrzywdzony, to może zwrócić się do związków zawodowych.

Nie widzę zagrożeń, które dostrzega Żakowski. Przecież mamy demokratyczne instytucje, wolne media i kapitalizm. Opozycja dysponuje ogromną siłą. Teraz jest po prostu moment, by robić rzeczy, których nie udało się zrealizować przez ostatnie 17 lat. Po co komplikować proste sprawy. Jeśli Trybunał Konstytucyjny orzeknie, że ustawa lustracyjna jest niezgodna z konstytucją to Sejm będzie musiał poprawić wadliwe zapisy. I tyle. Alarmowano, że PiS zawłaszczy Trybunał Konstytucyjny i Rzecznika Praw Obywatelskich przy okazji zmian personalnych w tych instytucjach. I co? Okazuje się, że nie zawłaszczył.

Lisicki: – Proszę Tomasza Lisa, by wytłumaczył, na czym polega państwo szantażu.

Lis: – Lustracja jest tylko małym elementem w tej układance. Ze spółek Skarbu Państwa wywalani są menedżerowie, bo są kompetentni ale nie nasi. Odzyskiwane jest Ministerstwo Spraw Zagranicznych, Minister Sprawiedliwości przekreśla obowiązującą od dwóch tysięcy lat zasadę domniemania niewinności, bank centralny przejmuje człowiek, który nie potrafi wydukać odpowiedzi na żadne pytanie, Trybunał Konstytucyjny – ostatni bastion obrony przed samowolą władzy – nieustannie podawany jest presji. Czy to jest zwiększanie obszaru wolności?
W te reguły gry wpisuje się lustracja. Nie chodzi o to by zlustrować, tylko by lustrować. Żeby mieć młot, którym zawsze można komuś przyłożyć: za rok, za dwa lata, a może za dziesięć.

Zaremba: Widzę zagrożenie państwem elektoralnym, w którym rządzący są ograniczani w zbyt małym stopniu. Ale po 1989 roku cały czas byliśmy taką demokracją. Raz były okresy lepsze, raz gorsze. Mimo to nie pamiętam by tygodnik „Polityka” rysował czarny obraz mediów publicznych z okresu rządów najpierw Ryszarda Miazka, a później Roberta Kwiatkowskiego. Ustawę lustracyjną uchwaliły wszystkie partie w parlamencie, poza SLD. IPN nie jest tą częścią państwa, która poddaje się naciskom politycznym.

Żakowski: A te 21 tomów akt dotyczące 21 wysokich funkcjonariuszy państwowych, które nie dotarły do sędziego Włodzimierza Olszewskiego choć je zamówił? A minister Andrzej Krawczyk i dziwne podróże jego akt? IPN nie jest całkiem bezstronną instytucją.

Zaremba: – Mam wrażenie, że IPN nie jest zawłaszczoną instytucją, a Kaczyńscy nie byli entuzjastami tej ustawy lustracyjnej. Ustawę skonstruowali młodzi posłowie kilku partii, potem była łagodzona przez prezydenta. Nie widzę, by był to element polityki rządu. To wy, przeciwnicy lustracji, zrobiliście z tego sprawę ostrego sporu politycznego. Mówicie: ci, co są za lustracją, są za rządem, a ci, co są jej przeciw, są automatycznie oponentami rządu. To, że lustracja będzie przeprowadzona, było wiadomo od dawna i tę ideę popierało wiele osób nieutożsamiających się z PiS.

Żakowski: -To nie jest bunt przeciw PiS.

Zaremba: – Jest. Twierdzę tak na podstawie wypowiedzi osób, które podpisały list przeciw lustracji.

Lis: – To ja dodam: opozycja pod wodzą PO jest niemrawa, żałosna, nieskuteczna i leniwa. A posłowie PO współodpowiadają za beznadziejny knot prawny, jaki uchwalono w Sejmie. Ponoszą taką samą odpowiedzialność jak posłowie PiS. Marzyłem o szarpnięciu cugli i rozwaleniu wszystkiego, co było w Polsce złe przed październikiem 2005 roku. Ale nie wiedziałem, że PiS prześcignie SLD.

Żakowski: W naszym liście krytykujemy model rozwiązywania sporu historycznego. A nie dyskutujemy czy rozwiązywać spór.

Janecki: We Włoszech krytykowano Berlusconiego i twierdzono, że jego rządy to katastrofa. A dziś Włosi chcą odsunąć Prodiego od władzy i oddać rządy Berlusconiemu. W Polsce będzie tak samo.

Lichocka: Do tej pory nie można było zrobić lustracji, która by odpowiadała wszystkim, bo był przeciwko temu ogromny protest, także wielu publicystów.

Lisicki: Czy powstawanie takich listów i angażowanie się dziennikarzy w spór o lustrację jest akcją parapolityczną? Czy to dobrze, że dziennikarze w takich akcjach uczestniczą, czy to jest ich rola?

Katarzyna Kolenda-Zalewska: Nie mam poczucia, że uczestniczyłam w czymś złym. Dziennikarze mogą zabrać głos w tej sprawie, skoro dotyczą ich przepisy ustawy. Jesteśmy normalną grupą zawodową. Uważam, że mamy prawo wypowiadać się we własnej sprawie. Dyskusja po naszym liście poszła jednak za daleko. W kontrliście czytam, że nasza deklaracja otwiera wiele dramatycznych pytań o naszą przeszłość. O co Krzysiu chciałeś mnie zapytać, czy byłam agentem? To po prostu jest wredne. To jest właśnie ta atmosfera, o której mówił Tomasz Lis. Rzuca się oskarżenie: ci którzy kwestionują tę ustawę i jej legalizm mają coś na sumieniu.

Lichocka: Uczestniczyłam w powstawaniu tego listu. Nie ma tu żadnej insynuacji, nie było to intencja autorów. Pytania o powody odmowy są zadawane przez naszych odbiorców. Uprzedzę twoje pytanie Kasiu, Ewa Milewicz jest dla nas wszystkich osobą bardzo szlachetną, o wielkich zasługach w walce z komuną.

Zaremba: Dziwi mnie postawa tych co uznali oświadczenia za upokarzające. Pamiętam dobrze debatę na temat ustawy lustracyjnej. Wtedy nikt z dziennikarzy się tymi oświadczeniami nie zainteresował. A to był właściwy moment, by się w tej sprawie wypowiedzieć. Są osoby, które zawsze popierają ideę lustracji, ale nie tę która aktualnie jest przeprowadzana.

Alicja Tysiąc – zakładniczka feministek

Źródło: Rzeczpospolita: Alicja Tysiąc – zakładniczka feministek
21.03.2007

Skoro nie lekarze powinni podjąć decyzję o tym, czy należy przerwać ciążę Alicji Tysiąc, to kto? Etycy, filozofowie, prawnicy, politycy? Kto ma zasiąść w trybunale podejmującym decyzję, czy dziecko przyjdzie na świat, czy jego szczątki wylądują w kuble na odpadki? – pyta publicysta

Europejski Trybunał Praw Człowieka nie mógł wybrać lepszego momentu by ogłosić wyrok w procesie przeciw Polsce, wytoczonym przez Alicję Tysiąc. Orzeczenie to bowiem wpada w sam środek polskiej batalii o konstytucyjne gwarancje życia dla nienarodzonych. Wyrok najlepiej pokazuje jak uzasadnione są starania parlamentarzystów, by w Polskiej Konstytucji znalazło się trwałe potwierdzenie godności człowieka i prawa do życia od momentu poczęcia. Wszystko to sprawia że dziś najlepszymi sojusznikami środowisk pro-life stają się sędziowie ze Strasburga i feministyczne organizacje proaborcyjne.
Wada wzroku ceną za życie

Alicja Tysiąc skarży polskie państwo, ponieważ uważa że należała się jej aborcja. Można by powiedzieć… przeszła jej koło nosa. Matka, twierdzi że ze jej przypadek kwalifikował się do rozstrzygnięcia które opisują wyjątki w ustawie chroniącej życie. Wystarczającym uzasadnieniem przerwania ciąży miała być choroba oczu i groźba pogorszenia się wzroku, a także przeprowadzone wcześniej dwa cesarskie cięcia. Okazało się że nawet profesor Romuald Dębski (wtedy krajowego konsultanta d.s. ginekologii), którego trudno podejrzewać o to, że jest fanatycznym działaczem pro life, nie skierował jej na podstawie tych przesłanek na dokonanie – jak to mówi sama zainteresowana – „legalnej aborcji”. Faktycznie po urodzeniu dziecka nastąpiło pogorszenie wzroku i mama skierowała sprawę do sądu. Polskie sądy we wszystkich instancjach uznały skargę za nieuzasadnioną. Według biegłych nie było medycznych przeciwwskazań do donoszenia dziecka i porodu przez cesarskie cięcie, a pogorszenie ostrości wzroku dwa miesiące po porodzie „nie wskazuje na związek z ciążą, jest prostym skutkiem postępującej wady wzroku”.
Mafia czyli sektor prywatny

Roszczenia pani Alicji wsparły organizacje proaborcyjne z Wandą Nowicką na czele. Prócz potrzebnego chorej matce trójki dzieci materialnego wsparcia (za co należą się brawa), feministyczna Federacja na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny nakłoniła w 2005 roku panią Alicję do złożenia skargi na Polskę do Europejskiego Trybunału. We wtorek sąd uznał skargę i orzekł wysokość odszkodowania 25 tys. euro.

W opinii dołączonej do skargi jako przykładem dyskryminacji podano fakt, że polskie prawo nie przewiduje instancji odwoławczej od decyzji lekarzy. Ponieważ niedokonanie aborcji nazwano w przypadku Alicji Tysiąc gorszą ochroną zdrowia ciężarnej kobiety, w porównaniu z innymi pacjentami – więc to też jawna dyskryminacja.

Dalej jako przykład łamania praw człowieka, uznano że „ograniczony dostęp do aborcji dotyka przede wszystkim kobiety w gorszej sytuacji finansowej, które nie mają możliwości korzystania z usług prywatnego sektora zdrowia. Zachodzi więc sytuacja nierównego traktowania kobiet ze względu na ich sytuacje finansową”. Tę opinię musiałem przeczytać kilka razy, zanim pojąłem że według środowisk proaborcyjnych, przerywanie ciąży jest lepszą ochroną zdrowia. Można by powiedzieć że wręcz jest terapią, łamaniem praw człowieka nazwano niemożność popełnienia przestępstwa, jakim jest nielegalne dokonanie aborcji, a dalej działającą w Polsce mafię aborcyjną tutaj określono jako „prywatny sektor zdrowia”.
Odwoławczy trybunał aborcyjny

Trybunał uzasadnia wyrok podkreśla brak instancji odwoławczej. A przecież sama Alicja Tysiąc mówi, że była u niejednego specjalisty. W sprawie jej stanu zdrowia, zanim trafiła do krajowego konsultanta d.s. ginekologii, wypowiedziało się wielu lekarzy. Rzecz w tym, że opinie medyków nie spełniały oczekiwań pani Alicji. Dla stojących za nią feministycznych organizacji proaborcyjnych, wyrok Trybunału otwiera więc pole do działań, by powołać instancję odwoławczą. Ale – skoro kwestionowana jest opinia środowisk medycznych, bo to one przecież oceniły przypadek pani Alicji – kto zdaniem Trybunału, feministek i Fundacji Helsińskiej, ma rozstrzygnąć spór?

Jak wyobrażają sobie te środowiska instytucję, ten trybunał aborcyjny, który podejmie decyzję: czy przerywamy ciążę, czy nie; czy dziecko przyjdzie na świat, czy jego szczątki wylądują w kuble na odpadki? Jeżeli lekarze nie mają racji, to kto zasiądzie w tym trybunale: etycy, filozofowie, prawnicy, politycy? Bo przecież nie księża… Kto ich będzie delegował, czy będzie to kolegium powoływane kadencyjnie, przez Sejm, prezydenta, organizacje pozarządowe?
Odszkodowanie za kształt biustu

Można puścić wodze fantazji. Skoro dziś aborcję nazwano zdrowiem reprodukcyjnym, a przerwanie ciąży lepszą zdrowia ochroną, w oparciu o jaki język, jakie sformułowania, będą uzgadniać stanowisko członkowie tej ważnej instytucji. Co będzie nazwane zagrożeniem życia, co uszczerbkiem zdrowia, jeśli takie kłopoty mamy uzgodnieniem znaczenia słów? Alicja Tysiąc mało nie straciła wzroku, dziś widzi tylko na odległość 1,5 metra. Czy gdyby mogła widzieć na odległość dwóch, odstąpiła by od zamiaru przerwania ciąży? Różnica ilu dioptrii pozwoliła by zadecydować czy przerwać życie dziecka? Jaki rodzaj schorzeń będzie kwalifikował matki do przerwania ciąży, czy również niedomogi psychiczne? Złe samopoczucie? Uszczerbek na urodzie i związany z tym stres?

Wyobrażam sobie jakim koszmarem może być życie młodej mamy, jeżeli po cesarskim cięciu, nie będzie mogła na mieście pokazać gołego pępka… Albo jak straszne może być cierpienie tych matek, które po ciąży i porodzie będą miały rozstępy na skórze lub gorszy kształt biustu…
Feministki ingerują w prywatne życie

Pytania dedykuje tym księżom biskupom, liderom opinii, posłom, którzy mówią że są za ochrona życia, ale nie chcą naruszać kompromisu i rozpętywać aborcyjnej wojny. Ekscelencje i panowie posłowie, ta wojna czy chcecie czy nie, cały czas się toczy. Obserwując aktywność państwa w konfrontacji z różnymi europejskimi instytucjami, choćby na przykładzie konfliktu o obwodnice w dolinie Rospudy, może okazać się niebawem, że najskuteczniejszą ochroną życia dzieci w łonie matki, będzie wpisanie ludzkiej ciąży, tak jak rozlewisk Rospudy, do europejskiego programu ochrony przyrody Natura 2000.

Europejski trybunał uzasadnia, że pogwałcono prawa człowieka, bo państwo uniemożliwiając aborcję pogwałciło prawo do prywatności – ingeruje w prywatne życie. Po stokroć to orzeczenie można zastosować do działań Wandy Nowickiej i jej środowiska.

Helsińska Fundacja Praw Człowieka i feministki biorą jako zakładników matkę i trójkę dzieci. Rodzinna Alicji Tysiąc jest użyta tu przez federację do ideologicznej batalii. Czy wplątanie ich w proces, nie gwałci intymności życia rodzinnego, nie wystawia na próbę relacje matką a dziećmi? Jest ordynarną polityczną rozgrywką, w której nie liczy się nic.

Furda dobro dziecka, dobro rodziny, intymność pani Alicji. Działaczki w ideologicznej pasji nie dostrzegają tego co widzi każdy. Sprawa ta będzie mieć psychiczne konsekwencje dla córki i rodzeństwa, które niebawem sobie uświadomi jak wielkim nieszczęściem dla matki było jej przyjście na świat? To wszystko nie ważne. Wanda Nowicka zaprzęga rodzinę pani Alicji do forsowania projektu uchylenia prawnej ochrony życia. Trudno znaleźć przykład równie instrumentalnego traktowania ludzkiego dramatu. Czy wobec tak brutalnej i ingerencji w prywatne życie rodziny� nie powinno się przyjrzeć jak gwałcone są tu prawa człowieka. Czy dostrzega to Helsińska Fundacja i sędziowie wysokiego trybunału?
Żarty się skończyły

Ale w tym nieszczęściu widzę pozytywy. Trybunał w Strasburgu i organizacje proaborcyjne stają się chcąc nie chcąc, sprzymierzeńcami życia poczętego. Uspołeczniają, niejako upaństwawiają, macierzyństwo. Przenosząc na państwo odpowiedzialność za problemy związane z urodzeniem dziecka (odszkodowanie 25 000 euro), tym samym czynią odpowiedzialnymi nas wszystkich, całą wspólnotę. Potwierdzają w ten sposób, że każde życie (również to w łonie matki), każde urodzenie obywatela, jest faktem społecznym o istotnych dla państwa konsekwencjach. Czy nie tym samym kierował się Roman Giertych zgłaszając projekt becikowego?

Sędziowie ze Strasburga i proaborcyjne organizacje oddają też nieocenioną przysługę marszałkowi Markowi Jurkowi ponieważ pokazują, że żarty się skończyły. Oto widać jak krucha, w konfrontacji z europejskimi instancjami, okazuje się nasza ustawa chroniąca życie.
Nikt nie rodzi się bohaterem

Moja mama powinna być milionerką, bo tak przeliczyłem odszkodowanie za dziewięć urodzeń, które przeżyła. W siermiężnych warunkach PRL-u, przy niedostatkach w jakich przyszło żyć naszej wielodzietnej rodzinie, miała kłopoty z tarczycą, traciła zęby, przybierała na wadze, cierpiała bóle kręgosłupa. Potem, na skutek nowotworu, usunięto jej pierś. Po latach rak odezwał się znowu i sprawił, że w wieku 67 lat zmarła.

Jak miliony matek, poświęciła karierę zawodową, zdrowie i w końcu życie, swoim dzieciom. Nikt nie rodzi się bohaterem, nie można też wymagać heroizmu od pani Alicji, ale żałuję że zanim Wanda Nowicka nakłoniła ją do procesu przed europejskim trybunałem, pani Alicja nie spotkała nikogo takiego jak moja mama.

Jan Pospieszalski

Szariat w Niemczech – czyli prawo do bicia żony

Źródło: Rzeczpospolita: Niemiecka sędzia: wolno bić nieposłuszną żonę
22.03.2007

Bił ją, wyzywał, groził śmiercią. 26-letnia Niemka pochodzenia marokańskiego chciała się pozbyć brutalnego męża i wystąpiła o rozwód. Jej podanie zostało jednak odrzucone przez sąd administracyjny we Frankfurcie nad Menem. Pani sędzia – powołując się w wyroku na Koran – uznała, że mąż ma prawo bić żonę.

Rozwód był jedynym wyjściem dla młodej kobiety. Od sześciu lat jej mąż 32-letni Marokańczyk regularnie bił ją do nieprzytomności. Kobieta raz po raz trafiała do szpitala. Od 2006 roku, gdy doszło do szczególnie brutalnego pobicia, para żyła w separacji. Mąż jednak nadal prześladował kobietę, grożąc jej śmiercią.

Adwokat kobiety Barbara Becker-Rojczyk była przekonana, że sąd udzieli rozwodu ze względu na „szczególne okrucieństwo” męża. – Życie mojej klientki było zagrożone -powiedziała dziennikowi „Frankfurter Rundschau”. W październiku zeszłego roku kobieta poprosiła o rozwód w sądzie administracyjnym we Frankfurcie.

W styczniu otrzymała jednak zaskakujący list od sędzi. „W Koranie jest napisane, że mężczyzna ma prawo bić kobietę. Ponieważ składająca podanie pochodzi z islamskiego kręgu kulturowego, wiedziała, co ją czeka, zawierając małżeństwo z muzułmaninem” – napisała. „Mężczyzna działał zgodnie ze swoimi przekonaniami religijnymi. Składająca podanie skrzywdziła go przyjmując zachodni styl życia. Bijąc ją, bronił swego honoru. Nie może być więc mowy o rozwodzie z powodu szczególnego okrucieństwa” -podkreśliła w liście.

– To skandal, że niemiecki sąd zamiast stosować prawo, powołał sie na Koran – oburza się Becker-Rojczyk, która zażądała wykluczenia sędzi z procesu. Wczoraj faktycznie została ona zawieszona. – Nic z tego nie rozumiem. Ja po prostu chciałam okazać szacunek religii wyznawanej przez małżonków -mówi sędzia.
Aleksandra Rybińska

Czy Litwie grozi los rosyjskiego satelity?

Źródło: Rzeczpospolita: Czy Litwie grozi los rosyjskiego satelity?
22.03.2007

Rosja próbuje wpłynąć na życie polityczne Litwy – wynika ze śledztwa litewskiego Departamentu Bezpieczeństwa Państwa

Cały raport liczy 1,5 tysiąca stron. Sejmowa Komisja Bezpieczeństwa i Obrony ujawniła jednak jedynie 180. Ale już lektura tego fragmentu pokazuje wyraźnie, że Rosja przez litewską spółkę gazową Dujotiekana, pośredniczącą w dostawach rosyjskiego gazu, aktywnie uczestniczy w litewskiej polityce.

Czym jest Dujotiekana? Litewskie media ustaliły, że spółka powstała przy udziale rosyjskich służb specjalnych i zagraża bezpieczeństwu narodowemu Litwy. Każdy projekt uzgadnia z Moskwą, między innymi z prezesem Rosyjskich Kolei Żelaznych Władimirem Jakuninem. Miała wpływ na przykład na tworzenie litewskiej koalicji rządzącej.

W kraju zawrzało. – Litwie grozi los swoistego satelity Rosji. Niestety, ciągle jest w przestrzeni europejskiej tylko jedną nogą – stwierdził Gitanas Nauseda, doradca prezesa banku SEB Vilniaus Bankas. Dodał, że jeżeli Litwie zabraknie sił, by przeciwstawić się rosyjskiej presji, skutki polityczne i gospodarcze będą bardzo bolesne.

Litwa próbuje się jednak przeciwstawiać. Jako przykład Nauseda podaje sprzedaż rafinerii w Możejkach polskiemu PKN Orlen.

– Rosja doskonale wiedziała, że Litwa oraz inne kraje, które znajdowały się niegdyś w sowieckiej strefie wpływów, wcześniej czy później wejdą do NATO czy UE i zawczasu się do tego przygotowała – powiedziała „Rz” wiceprzewodnicząca Litewskich Konserwatystów Rasa Juknevičiene. – Starała się, aby utrzymać swoje wpływy w ich ważnych strukturach, a co za tym idzie utrzymać kontrolę nad tymi państwami – dodała.

Według niej Moskwa „obsadziła swoimi ludźmi” kluczowe stanowiska w litewskiej polityce i biznesie. -Nie oszukujmy się Dujotiekanato nie jedyna taka firma. Najważniejszy dla Kremla jest jednak sektor energetyczny. Tam dobrze rozumieją, że dzisiaj znacznie więcej można osiągnąć nie za pomocą czołgów, ale dzięki gazowej lub naftowej rurze – oświadczyła Juknevičiene.

Podobne działania podejmowane są również w pozostałych dwóch państwach bałtyckich. – Rosja próbuje wpłynąć na życie polityczne Łotwy poprzez gospodarkę, partie polityczne i media. W ostatnim czasie wybuchły u nas głośne skandale dotyczące polityków, którzy bezpośrednio przyjmowali pieniądze z Moskwy – powiedział „Rz” Aivars Ozolins z łotewskiej gazety „Diena”.

Łotewski dziennikarz podkreśla, że w rękach rosyjskich agentów znalazła się również duża część mediów. -Warto wspomnieć o rosyjskiej firmie Severostal, największej spedycji w regionie, która posiada filie w Łotwie i w Estonii. Kiedy estoński parlament w lutym zadecydował, że sowieckie pomniki mają zniknąć z ulic, firma ta zagroziła blokadą wszystkich dróg w kraju. To samo mogą zrobić u nas – powiedział Ozolins.
k.z.,r. mic., ryb, pap

Dziecko to nie człowiek – prawo do dzieciobójstwa

Źródło: Rzeczpospolita: Dziecko to nie człowiek
21.03.2007

Współczesne prawo zakłada poznawczy agnostycyzm i niechęć do antropologicznych czy filozoficznych rozstrzygnięć. Państwo – deklarują współcześni prawnicy i politycy – nie powinno rozstrzygać kwestii światopoglądowych czy filozoficznych. Szczególnie mocno ten argument brzmi przy okazji debaty o ochronie życia od poczęcia do naturalnej śmierci. Zwolennicy dopuszczalności aborcji czy eutanazji wprost stwierdzają, że państwo nie ma prawa podejmować światopoglądowych i filozoficznych decyzji za swoich obywateli, decydując np., w którym momencie rozpoczyna się ludzkie życie i komu przysługują ludzkie prawa.

Ten agnostycyzm jest jednak pozorny. W istocie bowiem zdecydowana większość współcześnie funkcjonujących systemów prawnych – jeśli nie w teorii, to w praktyce – jasno określa, kiedy rozpoczyna się życie ludzkie. Tą granicą jest zazwyczaj moment narodzin. I doskonale pokazuje to wczorajszy wyrok Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu w sprawie Alicji Tysiąc. Sędziowie (niejednogłośnie, co trzeba przyznać) uznali, że odmawiając wykonania aborcji z przyczyn zdrowotnych, Polska złamała konwencję praw człowieka i podstawowych wolności i przyznali jej odszkodowanie za straty moralne w wysokości 25 tysięcy euro. Powodem odszkodowania ma być naruszenie przez Polskę prawa do poszanowania życia prywatnego kobiety.

Aborcja jako usługa

Pozostawiając na boku skutki prawne tego wyroku, warto zastanowić się, jakie rozumienie człowieczeństwa jest w nim (nieważne czy świadomie) zawarte. Odszkodowanie dla Alicji Tysiąc zostało przyznane na podstawie zapisów chroniących jej prawo do życia prywatnego, co oznacza – w europejskim systemie prawnym – także prawo do wyboru leczenia. Tego prawa mieli ją pozbawić lekarze, uznając, że możliwość pogorszenia się wzroku nie jest wystarczającym powodem do usprawiedliwienia aborcji.

Sędziowie Trybunału, wydając taki a nie inny wyrok, uznali zatem aborcję za zabieg leczniczy. Zabicie nienarodzonego dziecka stało się dla nich nie dramatycznym konfliktem wartości, a jedynie prawem do wyboru techniki leczenia osoby chorej. Oznacza to w istocie, że dziecko poczęte pozbawione jest dla sędziów jakichkolwiek uprawnień osoby ludzkiej. Jego usunięcie jest traktowane jak usunięcie wyrostka robaczkowego, a nie jak pozbawienie życia odrębnego, choć zależnego w swoim istnieniu od matki, człowieka.

Bez wątpliwości

Usprawiedliwieniem dla takiego założenia nie może być niemożność ustalenia, kiedy zaczyna się życie ludzkie. Uczciwie stosowany w tej sprawie agnostycyzm poznawczy (albo zawieszenie sądu w sprawie człowieczeństwa płodu) wymógłby bowiem na sędziachochronę życia płodu w sytuacji, gdy nie zachodzi konflikt życie dziecka – życie matki. Stara prawna zasada głosi bowiem, że w przypadku jakichkolwiek wątpliwości należy je interpretować na korzyść oskarżonego (a w tym wypadku oskarżonym pozostaje dziecko poczęte).

Nic takiego nie miało miejsca, bowiem – i trzeba to otwarcie powiedzieć – zdecydowana większość ludzi akceptujących prawo kobiety do aborcji przyjmuje w kwestii życia poczętego nie postawę agnostyczną, ale twardo metafizyczną. Dla nich dziecko poczęte nie jest człowiekiem, a przynajmniej nie jest nim w pełni. Takie twarde i jednoznaczne rozstrzygnięcia metafizyczne zakładane są zresztą w przypadku niemal każdego wyroku (takiego jak w sprawie Alicji Tysiąc) czy każdej ustawy zakładającej prawo kobiety do aborcji.

Nie zmieniają tego nawet amerykańskie wyroki, które w przypadku zamordowania kobiety w ciąży dopuszczają możliwość skazania mordercy za podwójne zabójstwo. Nie zmieniają, bo taki wyrok nie jest normą, a orzekany jest w sytuacji, gdy domaga się tego rodzina ofiary. Wtedy zaś jedynym kryterium człowieczeństwa pozostaje subiektywne odczucie męża i ojca, ewentualnie rodziców i dziadków. Jeśli są oni przekonani o człowieczeństwie dziecka, mogą się domagać podwójnego wyroku. Jeśli nie, to nie ma o nim mowy.

Prawo do dzieciobójstwa

Taka praktyka prawna oznacza w istocie uzależnienie definicji człowieczeństwa od umowy społecznej. Człowiekiem staje się ten, kogo za człowieka uznaje najbliższa rodzina. Jakie mogą być tego moralne i prawne konsekwencje – nie trzeba się nawet zastanawiać. To już wiadomo. Posługując się takim stylem myślenia, lekarze w Wielkiej Brytanii usprawiedliwili – już w 1981 roku – zabójstwo Johna Pearsona. Chłopiec urodził się z zespołem Downa, a matka, gdy ją o tym poinformowano, powiedziała: „Nie chcę tego dziecka”. Lekarz zakazał więc karmienia noworodka i polecił, by podawano mu tylko środek przeciwbólowy. Po kilku godzinach dziecko poszarzało, a po dwóch dniach zmarło. Lekarz został uniewinniony.

Peter Singer, znany bioetyk, idzie jeszcze dalej i postuluje, by prawo do zlikwidowania swojego dziecka przyznać każdej parze małżeńskiej. Człowiekiem, jego zdaniem, czyni nas opinia innych, a nie nasza natura. Dlatego Zachód powinien, według niego, jak najszybciej zacząć uczyć się od kultur barbarzyńskich, które dopuszczają dzieciobójstwo.

Szokujące? Zapewne! Tyle że jest to po prostu konsekwentne rozwinięcie fundamentalnych założeń leżących u podstaw proaborcyjnych orzeczeń zachodnich sądów. W tym także Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Takie są (i zapewne będą) konsekwencje przyjęcia uzasadnienia odszkodowania dla Alicji Tysiąc. Pora zacząć się przygotowywać do życia w takim świecie.
Tomasz P. Terlikowski

Kontrowersje wokół sprawy Alicji Tysiąc – opinie

Źródło: Rzeczpospolita: Kontrowersje wokół sprawy Alicji Tysiąc
21.03.2007

Prof. Bogdan Chazan były krajowy konsultant ds. ginekologii i położnictwa

Pani Alicja Tysiąc decyzję o aborcji podjęła po konsultacji ze swoim lekarzem rodzinnym. To on poinformował, że ciąża i poród pogorszą jej chorobę wzroku – krótkowzroczność. Z tą opinią, która zapewne wywołała w niej niepotrzebny zupełnie niepokój, zwróciła się do ginekologa z prośbą o aborcję.

Nie dziwi mnie wcale jego odmowa, ponieważ w tym przypadku, w świetle prawa polskiego, nie było żadnych przesłanek uzasadniających usunięcie ciąży. Potwierdziła to także opinia krajowego konsultanta do spraw okulistyki prof. Jerzego Szaflika. Argumentował on, że krótkowzroczność nie jest powodem nawet do wykonania cesarskiego cięcia. Powołując się na fachową literaturę, ciąża ani poród nie mają żadnego wpływu na choroby oczu, a zatem nie mogą stanowić zagrożenia dla zdrowia i życia pacjentki.

Lekarz ginekolog postąpił zgodnie z dostępną mu wiedzą medyczną i moim zdaniem nie można mu nic zarzucić. Natomiast to, że wada wzroku pani Tysiąc rzeczywiście się rozwinęła, nie jest tutaj żadnym argumentem. Postęp choroby został najprawdopodobniej spowodowany upływem czasu. Trudno powiedzieć, kto w całej tej sprawie zawinił. Z pewnością lekarze powinni szkolić się i więcej czytać, aby w przyszłości nie wprowadzać pacjentów w błąd.
Dr Jerzy Andrzej Wojciechowski specjalista od prawa europejskiego

Wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu to wyraźna czerwona kartka dla polskiego sądownictwa. Trybunał uznał, że zabieg usunięcia ciąży powinien zostać przeprowadzony ze względu na pogarszający się stan zdrowia pacjentki. Polskie prawo przewiduje przecież taką możliwość, a Trybunał wydaje orzeczenia wyłącznie w oparciu o prawo danego kraju.

Gdyby w Polsce był całkowity zakaz aborcji, który nie przewidywałby żadnych wyjątków, pani Tysiąc nie mogłaby się odwołać do Trybunału i nie byłoby całej sprawy. Nie jest tak, że prawo europejskie stoi ponad naszym, polskim. Tym bardziej że nie ma żadnych wspólnych ustaleń unijnych w sprawie aborcji.

Odwołanie się do strasburskiego Trybunału jest ostatnią deską ratunku dla obywatela, który czuje, że sądy w jego kraju potraktowały go źle czy niesprawiedliwie. Trybunał Praw Człowieka jest od tego, aby bazując na międzynarodowych konwencjach, sprawdzić, czy postępowanie sądowe zostało przeprowadzone zgodnie z prawem – w tym wypadku – prawem polskim. Pani Tysiąc jako obywatelka kraju należącego do Unii miała prawo, by w momencie, gdy nie mogła liczyć na realizację swoich podmiotowych praw we własnym kraju, zwrócić się do Strasburga.
Dr Witold Simon psychiatra, Instytut Psychiatrii i Neurologii w Warszawie

To smutna historia i szczerze współczuję pani Alicji Tysiąc. Zapewne czuła się bardzo osamotniona i bezradna. Nie neguję problemów ze wzrokiem pani Tysiąc, ale z doświadczenia wiem, że dosyć często za problemami zdrowotnymi kryją się trudności natury społecznej. Całą sprawę znam tylko z przekazów prasowych. I brakuje mi informacji, czy pani Tysiąc ma wsparcie ze strony rodziny i przyjaciół, czy ma pracę i jak radzi sobie w życiu. Czasami motywy decyzji o aborcji leżą głębiej.

Martwi to, jak w przyszłości ułożą się relacje pani Tysiąc z dzieckiem. Przypuszczam, że kiedy dowie się ono, co planowała matka, będzie potrzebowało rozmowy z psychologiem.

Psychologia rozwojowa mówi, iż dziecko – by prawidłowo się rozwijać – potrzebuje bezwarunkowej akceptacji. Dobrze, by czuło, że rodzice kochają je bez względu na stan zdrowia, zdolności intelektualne, urodę, płeć etc. Dziecko, u którego zakwestionowane zostało samo przyjście na świat, może potem nie radzić sobie z najprostszymi życiowymi sytuacjami, może czuć się gorsze od innych.

Niektóre dzieci doświadczają tzw. objawów osoby ocalonej, które wiążą się z lękiem wobec otoczenia oraz z ogromnym poczuciem winy, że przeze mnie mamusia jest chora, cierpi, musiała biegać po sądach, wydała dużo pieniędzy.
not. Kamila Baranowska

Żydzi biją Żydów – zawiniła policja

Źródło: Rzeczpospolita: Rabin pobity w Leżajsku
16.03.2007

Grupa rozwścieczonych ortodoksyjnych Żydów brutalnie pobiła jednego z najważniejszych austriackich rabinów. Przed linczem uratowali go polscy policjanci

Rabin Moishe Arye Friedman nie będzie miło wspominał pobytu w naszym kraju. W Leżajsku, gdzie brał udział w dorocznych uroczystościach na cześć XVIII-wiecznego cadyka Elimelecha Weissbluma, rzucił się na niego rozwścieczony tłum. Rabin był bity pięściami, a gdy upadł, brutalnie skopany.

Rabin Friedman z Mahmudem Ahmadineżadem
Rabin Friedman (z lewej) w ubiegłym roku spotkał się z Mahmudem Ahmadineżadem – prezydentem Iranu, który wzywa do usunięcia Izraela z mapy świata
AP/HASAN SARBAKHSHIAN

– Tłuczono mnie po całym ciele. Ci bandyci krzyczeli, że mnie zamordują. Byłem przerażony, byłem pewien, że to koniec – opowiada „Rz” rabin Friedman. Przed linczem uratował go patrol polskiej policji.

Czy rabin padł ofiarą przestępstwa na tle rasistowskim? Czy napadli go „polscy antysemici”? Nic podobnego. Zaatakowali go jego współwyznawcy – ortodoksyjni żydzi, w tym kilku rabinów.

Przyjaciel Ahmadineżada

Friedman należy do żydów antysyjonistów. Kilka miesięcy temu wziął udział w konferencji negacjonistów Holokaustu w Teheranie. Podczas imprezy obściskiwał się z prezydentem Iranu Mahmudem Ahmadineżadem, który wzywa do „wymazania Izraela z mapy świata”, a Zagładę nazywa mitem. Zdjęcia z tego spotkania obiegły cały świat.

-Z każdym ciosem, który mu zadawałem, czułem, jakbym przemawiał w imieniu sześciu milionów zamordowanych, zagazowanych Żydów. Stłukliśmy go tak, że długo to popamięta -powiedział „Rz” jeden z uczestników zajścia Jehuda Meszi-Zahaw. Przed wizytą w Leżajsku odwiedził wraz z kolegami Auschwitz. – Gdy go zobaczyliśmy następnego dnia, nie mogliśmy stać z założonymi rękami.

Meszi-Zahaw stoi na czele izraelskiej organizacji humanitarnej ZAKA, której członkowie zbierająszczątki ciał w miejscach, gdzie doszło do zamachów terrorystycznych.

Pobity rabin Friedman do dzisiaj przechodzi rekonwalescencję w jednej z wiedeńskich klinik. Boli go kręgosłup, głowa, jest cały posiniaczony. –To prawda, że policjanci mnie uratowali. Ale wcześniej przez dwadzieścia minut, kiedy mnie bito, nie reagowali – podkreśla. Dodaje, że zamierza pozwać polską policję do sądu.

Izrael musi zniknąć

Policjanci z Komendy Powiatowej w Leżajsku są tym oskarżeniem zaskoczeni. -Pierwsze słyszę. Interwencja była jak najbardziej prawidłowa – powiedziała „Rz” starsza aspirantka Barbara Królikowska. -Gdy tylko ci panowie zaczęli krzyczeć i szarpać poszkodowanego, wkroczyliśmy do akcji -podkreśla.

Pobicie w Polsce to niejedyny problem Friedmana. Niedawno z powodu jego poglądów z żydowskiej szkoły wyrzucono siedmioro jego dzieci. Musiał interweniować austriacki sąd. Rabin deklaruje jednak, że nie zamierza rezygnować ze swoich przekonań. -Izrael to agresywne państwo, które nie powinno istnieć. Im szybciej się rozpadnie, tym lepiej. Jego istnienie to obraza dla Boga -podkreśla.

Irytuje go też podejście większości współwyznawców do Zagłady. -Stała się ona dla nich nową religią. Zapominają o prawdziwym Bogu. Co więcej, za pomocą Holokaustu szantażują świat -przekonuje.
PIOTR ZYCHOWICZ