Jak skutecznie odebrać przywileje byłym esbekom

Źródło: Rzeczpospolita: Jak skutecznie odebrać przywileje byłym esbekom
02.04.2007

Argumentujmy – podobnie jak robili to Niemcy – że obniżanie emerytur byłym esbekom nie jest atakiem politycznym ani sądem zwycięzców nad zwyciężonymi. Przeciwnie, to zawyżanie płac i emerytur w PRL było działaniem politycznym i ideologicznym. Dzisiejsze obniżanie emerytur jest jak najbardziej zgodne z konstytucją – pisze publicysta „Tygodnika Powszechnego” Wojciech Pięciak

Polskę czeka wkrótce kolejna bitwa o przeszłość, przy której mogą zblednąć dotychczasowe spory o lustrację. Konflikt ten nadciąga powoli, niemal niezauważenie. Ale jest nieuchronny, jeśli PiS poważnie potraktuje swój projekt deubekizacji.

Stroną sporu staną się ludzie, którzy przez kilkanaście minionych lat pozostawali w cieniu i byli traktowani jak niegroźny relikt przeszłości – byli funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa PRL. Nie bardzo wiadomo, kim są dzisiaj, co robią, ani czy są zorganizowani? A warto byłoby to wiedzieć, skoro wkrótce wkroczą na pierwszy plan publicznej debaty. Bez wątpienia będzie ona gorąca, gdyż projekt tzw. ustawy deubekizacyjnej uderzy w ich najczulszy punkt – w stan posiadania.

Można przypuszczać, że byli esbecy nie przejmą się tymi elementami projektu deubekizacji, które zmierzają do napiętnowania ich niegdysiejszej roli, ani nawet zakazem sprawowania funkcji publicznej przez ileś lat. Nie pozostaną natomiast obojętni wobec próby odebrania im przywilejów.

Esbecy pewnie będą mogli liczyć na wsparcie również tych uczestników publicznej debaty, którzy przed 1989 r. stali po drugiej stronie barykady.

Po pierwsze skuteczność

Jak zatem skutecznie przeprowadzić ustawowe obniżenie emerytur byłych esbeków? Skutecznie, czyli tak, aby projekt ten nie tylko przeszedł przez parlament, ale ostał się w sądach, w Trybunale Konstytucyjnym?

Skutecznie, czyli aby uzyskał najszerszy konsens społeczny. Skutecznie, czyli tak, aby maksymalnie utrudnić zadanie tym, którzy będą krytykować obniżanie esbeckich emerytur, sięgając np. po argument, że jest to łamanie zasady praworządności.

Na razie wygląda na to, że politycy PiS robią wszystko, by ułatwić zadanie swym adwersarzom. Sięgają zwykle po argument moralny. Dominuje wątek winy i odpowiedzialności. Argumentacja taka jest, rzecz jasna, merytorycznie słuszna, ale samo posiadanie racji nie gwarantuje sukcesu, a ograniczanie się tylko do niej może okazać się kontrproduktywne.

Już słyszymy głosy – głównie polityków SLD, którzy zapowiedzieli, że ustawę deubekizacyjną skierują do Trybunału Konstytucyjnego – że nie można stosować odpowiedzialności zbiorowej, że skoro obniżenie emerytur jest karą, to bardzo proszę, ale powinna ona być zindywidualizowana i rozstrzygać powinien tu sąd, że nie można ograniczać praw nabytych. Wkrótce pojawi też zapewne jeszcze jeden: że przepisy emerytalne nie mogą zastępować prawa karnego. Prawda, że brzmi to mądrze i przekonująco?

Jak zatem przekonywać do emerytalnej deubekizacji? I czy obniżenie emerytur do poziomu najniższego (co zakłada projekt PiS) rzeczywiście jest najskuteczniejszym pomysłem?

Deubekizacja za miedzą

Szukając odpowiedzi na te pytania, sięgnijmy po przykład kraju, który z deubekizacją uporał się już dawno (choć nie używano tam takiego określenia). I zrobił to skutecznie. Mowa o Niemczech. Powiedzmy wprost: rozwiązania, które przyjęto w Niemczech, warto naśladować. I to z kilku powodów.

Po pierwsze: chyba nikt w Polsce nie zakwestionuje faktu, że Niemcy są modelowym przykładem praworządnego państwa prawa. Nie do obrony byłaby więc teza, że niemiecka deubekizacja emerytalna, która obroniła się przed tamtejszym Trybunałem Konstytucyjnym, gwałci zasadę praworządności.

Po drugie: Niemcy ten problem przeanalizowali naprawdę głęboko. Nie mieli zresztą innego wyjścia: gdy w 1990 r. NRD zjednoczyła się z Republiką Federalną, trzeba było poradzić sobie z dostosowaniem wschodnioniemieckich systemów socjalnych do systemu zjednoczonych Niemiec. Musiano też odpowiedzieć sobie na pytanie, co zrobić z całą gamą przywilejów emerytalnych, z których w NRD korzystali ludzie tworzący nomenklaturę partyjno-państwową i aparat terroru.

Trzeci powód ma charakter historyczny. I w ten sposób dochodzimy do problemu skutecznej argumentacji. Otóż, sytuacja komunistycznych Niemiec wschodnich była bardzo podobna do PRL. W obu krajach (w ogóle w państwach bloku) rządzący chętnie szermowali hasłem sprawiedliwości społecznej i równości; po 1945 r. było ono jednym z ich filarów legitymizujących nowy system.

W istocie ani PRL, ani NRD nie były krajami równości i sprawiedliwości. Przeciwnie, system szybko wygenerował własną kastę ludzi uprzywilejowanych. Zaliczali się do niej także pracownicy aparatu terroru, którzy byli znacznie lepiej opłacani niż zwykli obywatele. Esbeckie wynagrodzenia (i ich emerytury) były znacznie wyższe od wynagrodzeń (emerytur) zwykłych ludzi, gdyż nie było to de facto wynagrodzenie za pracę, lecz premia za wierność systemowi, w tym za zwalczanie tych, którzy się na ten system nie godzili.

Już w PRL była to sytuacja niesprawiedliwa, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że środki na zapewnienie tej premii pochodziły z pieniędzy wypracowanych przez ogół obywateli. Tak perfidnie funkcjonował komunistyczny system redystrybucji dóbr: miliony ludzi wypracowywały dochód narodowy, który rządzący wykorzystywali do utrzymywania tychże milionów w zniewoleniu.

Droga przez mękę

Jakie konkretne rozwiązania przyjęli Niemcy? Dochodzenie do końcowego modelu okazało się prawną drogą przez mękę – trwało 15 lat i toczyło się głównie na salach sądowych – sądów powszechnych, administracyjnych, a także Sądu Najwyższego zfinałem w postaci dwóch orzeczeń Federalnego Trybunału Konstytucyjnego (w roku 1999 i 2004).

Początkowo, zaraz po 1990 r. – gdy integrowano enerdowski system emerytalny z systemem RFN – emerytury dawnych pracowników SB (w Niemczech nazywano ją Stasi) ustalono na bardzo niskim poziomie. Podobnie surowo potraktowano także innych beneficjentów systemu władzy w NRD, których, mówiąc najogólniej, obejmowały rozmaite tzw. specjalne systemy emerytalne.

Potem mnóstwo osób – byli esbecy i przedstawiciele nomenklatury – zaskarżyło te przepisy. Nie wchodząc w szczegóły, efekt końcowy był taki, że sądy, a na końcu także Trybunał Konstytucyjny, zakwestionowały część rozwiązań przyjętych w 1990 r. i stopniowo podnosiły wysokość emerytur dla większości tych tzw. nomenklaturowych grup zawodowych. Z jednym wyjątkiem: byłych pracowników Stasi i tych funkcjonariuszy aparatu partyjno-państwowego, którzy w hierarchii służbowej nadzorowali bezpiekę. W ich przypadku Trybunał Konstytucyjny RFN uznał, że znaczące obniżenie emerytur jest zgodne z zasadami praworządności, gdyż już w NRD zarobki tych ludzi były niesprawiedliwie wysokie i nieadekwatne do ich kwalifikacji i pracy. Po kilkunastu latach sporów wschodnioniemieccy esbecy dostają emerytury w takiej wysokości, jak przeciętny obywatel byłej NRD.

Stowarzyszenia byłych esbeków

Dodajmy, że byli funkcjonariusze Stasi byli aktywnymi uczestnikami tych sporów. O swoje emerytury walczyli czasem indywidualnie, ale czasem również grupowo – tworząc stowarzyszenia o tak wdzięcznych nazwach, jak Stowarzyszenie Praw Obywatelskich i Godności Człowieka albo Stowarzyszenie Pomocy Prawnej i Humanitarnej. Kreowali się na ofiary politycznych, rzekomo, prześladowań. Ale niezbyt skutecznie – mogli liczyć jedynie na wsparcie partii postkomunistycznej (PDS).

Znowelizowane regulacje emerytalne, które w 2005 r. ostatecznie przyjął Bundestag (realizując orzeczenie Trybunału z 2004 r.), nie zadowoliły nikogo – ani, rzecz jasna, byłych esbeków, ani ludzi z dawnej opozycji. Jednak kompromis ten zmniejszał choć trochę dysproporcje pomiędzy tym, jak wolne państwo traktuje ludzi, którzy kiedyś tworzyli aparat terroru, a tym, jak traktowani są poszkodowani przez komunizm.
Nie tylko polska Norymberga

Jeśli zatem politycy PiS chcą zapewnić swoim pomysłom szerokie poparcie społeczne, to powinni sięgnąć nie po argumentację w kategoriach winy (nawet jeśli wina esbeków jest oczywista), ale w kategoriach aksjologicznych i materialnych – z uwzględnieniem gospodarczo-społecznego kontekstu historycznego przed 1989 r.

To pewnie brzmi mniej efektownie niż hasło o polskiej Norymberdze, ale może być skuteczniejsze. Argumentujmy tak jak Niemcy: obniżamy emerytury esbekom, gdyż chcemy zlikwidować zjawisko znacznie zawyżonych świadczeń emerytalnych; zawyżonych niesprawiedliwe, w sposób nieuzasadniony i kosztem zwykłych ludzi – tak przed rokiem 1989, jak i dziś.

Argumentujmy – podobnie jak Niemcy – że obniżanie emerytur nie jest atakiem politycznym, sądem zwycięzców nad zwyciężonymi. Przeciwnie – to zawyżanie płac i emerytur w PRL było działaniem politycznym i ideologicznym. A ich dzisiejsze obniżanie jest jak najbardziej zgodne z konstytucją, gdyż ustawodawca ma podstawy do tego, aby wyjść z założenia, iż ludzie z SB pobierali zawyżone pensje, uzasadnione politycznie (to z werdyktu niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego). Zamiast wyważać drzwi, które ktoś już kiedyś otworzył, uczmy się od Niemców – zarówno na gruncie rozwiązań prawnych, jak i ich uzasadnienia.
Wojciech Pięciak
Autor jest redaktorem „Tygodnika Powszechnego”. Opublikował wiele książek o Niemczech i stosunkach polsko-niemieckich. Przygotowuje właśnie książkę o rozliczeniach z komunizmem w byłej NRD

Przeciwnicy lustracji agentami?

Źródło: Rzeczpospolita: Przeciwnicy lustracji agentami?
02.04.2007

Czy dwaj profesorowie Uniwersytetu Gdańskiego, przeciwnicy lustracji, mogli pracować dla PRL-owskich służb? Tak twierdzi tygodnik „Wprost”. Obaj naukowcy zaprzeczają

Spór o lustrację z tygodnia na tydzień nabiera rumieńców. Senaty kilku wyższych uczelni nie zostawiły na ustawie lustracyjnej suchej nitki. Podobnie organizacje zrzeszające rektorów (Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich i Konferencja Rektorów Uniwersytetów Polskich). Wszyscy uznali, że ustawa lustracyjna budzi wątpliwości konstytucyjne i etyczne.

Ale coraz głośniej odzywają się naukowcy, którzy popierają ustawę. W ubiegłym tygodniu41 pracowników naukowych UW napisało list, w którym uznali, że Senat UW wikła środowisko akademickie w politykę i sugeruje jego jednolitą postawę wobec lustracji – co według nich nie jest zgodne z prawdą.

Również rada naukowa Instytutu Badań Literackich PAN przyjęła uchwałę, w której uznała ustawę lustracyjną za sprzeczną „z duchem litery demokratycznego państwa”. I tu votum separatum zgłosiło czworo wybitnych profesorów.
Nie mamy się czego wstydzić

Do listu 41 naukowców UW (popierających lustrację) dopisały się kolejne 33 osoby. W Krakowie swój własny list napisało 48 pracowników naukowych Uniwersytetu Jagiellońskiego, którzy złożyli już oświadczenia lustracyjne. Dlaczego? „(…) Uczyniliśmy tak nie tylko z tego powodu, że nie mamy się czego wstydzić, ale przede wszystkim dlatego, iż uważamy, że tak pracodawca, jak młodsi koledzy i studenci mają prawo wiedzieć, jak postępowaliśmy niegdyś jako osoby prywatne oraz jako nauczyciele akademiccy związani etyką zawodową i obywatelską” – napisali.

Z osobnym apelem do pracowników naukowych o jak najszybsze podpisanie oświadczeń lustracyjnych -dla przywrócenia autorytetu nauki i wiarygodności pracowników naukowych – zwrócili się w piątek prof. Barbara Otwinowska, prof. Anna Pawełczyńska, prof. Jacek Przygodzki i prof. Elżbieta Rekłajtis.

19 kwietnia o tym, jak powinna przebiegać lustracja uczonych, rektorzy mają rozmawiać z prezydentem Lechem Kaczyńskim.
TW Lek i TW Zydran

Wczoraj na swojej stronie internetowej tygodnik „Wprost” podał, że prof. Andrzej Ceynowa, rektor Uniwersytetu Gdańskiego, i prof. Józef Włodarski, dziekan Wydziału Filologiczno-Historycznego gdańskiej uczelni, współpracowali z SB. Obaj sprzeciwiają się lustracji.

Według tygodnika Włodarski i Ceynowa byli tajnymi współpracownikami służb aż do końca PRL. Włodarski podpisał zobowiązanie do współpracy jako student w 1974 r. Miał rozpracowywać młodzież hipisowską oraz środowiska o nastawieniu antykomunistycznym. Przyjął pseudonim Zydran. Włodarski za współpracę z SB miał brać pieniądze. Po ukończeniu studiów przejął go Departament II MSW -kontrwywiad. Wtedy zaczął się posługiwać pseudonimem Jan.
Zemsta pracowników IPN?

Włodarski zaprzecza, że współpracował z bezpieką. Uważa, że artykuł we „Wprost” to zemsta pracowników IPN za to, iż krytykuje lustrację.

Według tygodnika prof. Andrzej Ceynowa pracował dla kontrwywiadu jako TW Lek – m.in. relacjonował swoje rozmowy z goszczącymi w Gdańsku Amerykanami. Ceynowa po ukończeniu anglistyki wyjeżdżał często do USA. W czasie stanu wojennego przez rok przebywał w renomowanym Yale University.

Archiwa IPN są otwarte dla dziennikarzy od 15 marca. Czy „Wprost” mógł wciągu dwóch tygodni zdobyć materiały archiwalne na temat Ceynowy i Włodarskiego? Z informacji „Rz” wynika, że zachowana dokumentacja byłej SB dotycząca TW Lek jest niewielka. Fakt samej rejestracji w latach 80. jest bezsporny. Nie wiadomo, czy zachowały się zobowiązanie do współpracy, teczka pracy, teczka personalna i dokumentacja funduszu operacyjnego.

Ostatnio o Ceynowie zrobiło się głośno 21 marca, przy okazji lustracji naukowców. Profesor wpadł na „fortel lustracyjny”. Na czym miałby polegać? Tych naukowców,którzy nie chcieliby się zlustrować, mógłby na ich życzenie przekwalifikować na asystenta. A asystenci nie podlegają lustracji. – Ta forma lustracji jest niesprawiedliwa -mówił kilka dni temu Ceynowa „Gazecie Wyborczej”.

Prof. Józef Włodarski także w „Gazecie Wyborczej” mówił: – IPN nie może być po tylu latach wyrocznią. Archiwa są niewiarygodne.

Jeszcze przed ujawnieniem rewelacji „Wprost” gdański poseł PiS Jacek Kurski zwołał konferencję prasową. Wezwał TW Zydran i TW Lek do ujawnienia – ale nie podał, o kogo chodzi. – Nie może być tak, że pod pozorem buntu wykształciuchów unikną lustracji ludzie zamieszani we współpracę z bezpieką – powiedział „Rz” Kurski. – Ta sprawa pokazuje, że ludzie przeciwni lustracji tak naprawdę bronią swojej skóry.