Prawo do samoobrony

Źródło: Rzeczpospolita: Święte prawo do samoobrony
21.04.2007

Nawet sprzedaż pluszowych miśków podlega w Stanach Zjednoczonych surowszym restrykcjom niż zakup najbardziej niebezpiecznej broni. Mimo masakry w Blacksburgu nic się w tym względzie nie zmieni, bo dla Amerykanów nie ma wolności bez prawa do posiadania broni

W takich momentach człowiek mówi to, co naprawdę czuje. Parę godzin przed naszym spotkaniem Alec Calhoun, dwudziestoletni student Politechniki w Blacksburgu, ledwo uniknął śmierci. Skoczył z drugiego piętra budynku Wydziału Techniki Inżynieryjnej i był ostatnim, któremu się udało umknąć przed strzałami oszalałego koreańskiego studenta. Gdy pytam, czy po tym, co przeżył, nie stał się przeciwnikiem swobodnej sprzedaży broni w Ameryce, Alec nie ma jednak żadnych wątpliwości. – Mamy długą tradycję posiadania przez obywateli broni palnej. To definiuje naszą tożsamość. A tragedie zdarzałyby się, nawet gdyby obowiązywał zakaz. Nie można w imię bezpieczeństwa ograniczać wolności – mówi spokojnym głosem.

Uczciwy musi się bronić

Tego wieczoru w pogrążonym w żalu kampusie Politechniki nie usłyszę ani jednej innej opinii. Sarah Walker, wolontariuszka, która niedawno skończyła opatrywać rannych, powoli popija z dużego kubka gorącą herbatę. Próbuje odzyskać nieco równowagi po tragicznych doświadczeniach dnia. Ale gdy przychodzi do pytań o prawo do posiadania broni, przyjmuje ten sam ton, co Alec. – Mieszkam w sąsiednim hrabstwie. To wiejska okolica, bezludzie. Gdy byłam mała, czułam się spokojnie, wiedząc, że tata ma w szufladzie pistolet. Szczególnie, kiedy w telewizji mówiono o jakimś przestępcy, który krąży po okolicy. Ten, kto jest zły, i tak zawsze zdobędzie broń. A ci, którzy są uczciwi, muszą się jakoś bronić – tłumaczy. W lokalnym pubie, gdzie mieszkańcy zwykle sennego Blacksburga przy piwie lubią spędzać wieczór, na oko 50-letnia kobieta, która przedstawia się jako Susan, przyznaje, że w domu ma dwa pistolety. Tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś przyszedł po jej własność. I nie pozwoli, aby ktokolwiek tę broń jej odebrał.

Psychologowie przyznają, że Cho był podręcznikowym przykładem człowieka, który nigdy nie powinienmieć kontaktu z pistoletem. Od kiedy zaczął studia w Blacksburgu, wielokrotnie zdradzał objawy braku równowagi psychicznej. Zawsze samotny, zamknięty, nie odpowiadał nawet na powitania kolegów. Zdarzało mu się za to molestować koleżanki, za co trafił nawet na dwie doby do miejscowego komisariatu. Wiadomo, że brał leki antydepresyjne. Lucinda Roy, do niedawna dziekan anglistyki, którą studiował późniejszy zabójca, była tak zaszokowana agresją zawartą w jego wypracowaniach, że poleciła jednej z nauczycielek podjąć z nim indywidualne zajęcia. Koledzy Koreańczyka z roku, a także ci, którzy z nim dzielili pokój w akademiku, przyznają, że nieraz się zastanawiali, czy to szaleństwo nie skończy się masakrą na uczelni.

Taki schludny klient

Jednak mimo tych sygnałów, gdy 9 lutego Cho poszedł do znajdującego się naprzeciwko uczelni lombardu, aby kupić półautomatyczny pistolet Walther P22, który w ciągu paru sekund jest w stanie wypluć z siebie 10 naboi bez przeładowania, sprzedawca poprosił go jedynie o dwa dowody tożsamości ze zdjęciem i sprawdził w bazie komputerowej, czy nie był karany. Ta sama sytuacja powtórzyła się 16 marca w specjalistycznym sklepie z bronią w sąsiednim miasteczku Roanoke. Z tą tylko różnicą, że broń, którą wybrał Cho, była jeszcze groźniejsza. Pistolet Glock 19 służył już do zabicia 12 uczniów i nauczycielki w szkole Colombine przed ośmiu laty i jest zdaniem znawców „seksowny, poręczny, miły w dotyku i łatwy do ukrycia”. Wprawny użytkownik jest w stanie załadować go w ciągu paru sekund i właściwie nawet większa grupa potencjalnych ofiar nie ma żadnej szansy na unieszkodliwienie napastnika.

Sprzedawca w Raonoke, nagabywany przez dziennikarzy największych stacji telewizyjnych, próbując się usprawiedliwiać, wspominał, że Cho „wyglądał bardzo schludnie, spokojnie, nieszkodliwie” i „nie było żadnych powodów, aby mu odmówić”. Takie tłumaczenie nie było jednak konieczne: transakcja była legalna. W Wirginii zasady sprzedaży broni należą do najbardziej liberalnych w Stanach Zjednoczonych. To już południe Ameryki, kraina, gdzie dla ludzi nieufnych wobec władzy niezależność jest najważniejsza. Dlatego choć broń może tu kupić tylko osoba pełnoletnia, prawo do jej noszenia i używania ma także nastolatek.

Wśród nielicznych ograniczeń jest zakaz zakupu broni w mniejszym odstępie niż miesiąc, ale tylko po ty, aby uniknąć hurtowego handlu poza legalnym obiegiem. Broni nie wolno też wnosić na teren obiektów publicznych, takich jak uczelnie, ale to już przepis, który próbuje obalić potężna National Rifle Assiociation. – Gdyby tego dnia ktoś z wykładowców czy studentów miał przy sobie broń, być może zginęłoby o 10, 20 czy 30 osób mniej. Studenci nie padaliby zabijani jak kaczki. Mogliby sami zastrzelić szaleńca – tłumaczy asystentka na uczelni Dana Thompson.
Przeciw sąsiadowi

Poważni badacze już od dawna udowodnili, że to nieprawda. W żadnym kraju zachodnim nie ma tak wiele broni jak w Ameryce, ale jednocześnie żaden też nie jest tak niebezpieczny. Dokładnych danych nie ma, bo próby ustanowienia przez prezydenta Clintona ogólnokrajowego spisu posiadaczy broni spełzły na niczym, gdy NRA rozpoczęła kampanię przeciwko „łamaniu wolności obywatelskich”.

Nawet po 11 września nie wprowadzono obowiązku rejestracji produkcji broni, jej sprzedaży i użytkowania. Jedynie z sondaży wiadomo, że co druga amerykańska rodzina ma w domu przynajmniej jeden pistolet. Łącznie Amerykanie posiadają od 150 do 200 milionów strzelb, pistoletów, karabinów maszynowych.

Z tej broni co roku ginie około 30 tysięcy osób. Młody człowiek ma w Stanach Zjednoczonych dwanaście razy większą szansę paść ofiarą zabójstwa niż mieszkaniec 25 innych rozwiniętych krajów zachodnich. Najwięcej zabójstw dokonują czarnoskórzy mężczyźni, a zaraz potem Latynosi. W takich metropoliach jak Chicago w grupie Murzynów poniżej 30 lat nie ma częstszej przyczyny zgonów niż postrzał z broni palnej.

Z powodu swobody handlu bronią przynajmniej w takim samym stopniu cierpią biali bogaci Amerykanie. Dzieje się tak dlatego, bo częściej niż do morderstw (prawie 11 tysięcy w minionym roku) pistolety i karabiny służą do popełnienia samobójstwa (16,5 tysiąca). Ofiarami przechowywanej w domowych szufladach broni padają także dzieci. W zeszłym roku z powodu nieuważnego obchodzenia się z nią śmierć poniosło ponad tysiąc osób.

Wbrew temu, co sądzą mieszkańcy Blacksburga, statystycznie rzecz ujmując, ich pistolety mają czterokrotnie większą szansę zostać użyte do dokonania rodzinnych czy sąsiedzkich porachunków niż do obrony przed intruzem. Aż jedenaście razy jest też większe prawdopodobieństwo, że posłużą do popełnienia samobójstwa. Jeśli wziąć pod uwagę koszty leczenia rannych, renty dla wdów, nakłady na więzienia i dodatkowe jednostki policji, koszty rozpowszechnienia na wielką skalę broni w amerykańskim społeczeństwie przekraczają 20 miliardów dolarów rocznie.

Kandydaci na strzelnicy

Michael Beard, założyciel i prezes największego stowarzyszenia przeciwników swobodnego użycia broni Coalition to Stop Gun Violence, zrozumiał to bardzo wcześnie. Gdy miał dziewięć lat, jego najlepszy kolega ze szkolnej i kościelnej ławki w wiosce w Ohio zabił się w trakcie zabawy pistoletem ojca. Tragedie spowodowane bronią palną już Bearda nie opuszczały. Najgorzej było w latach 60. Pracował dla senatora Johna F. Kennedy’ego, który niedługo po zdobyciu prezydentury padł ofiarą zamachowca w Dallas. Był współpracownikiem Martina Luthera Kinga, zabitego w kwietniu 1968 roku w motelu pod Memphis. Zaangażował się w kampanię wyborczą Roberta Kennedy’ego, który parę tygodni później padł ofiarą zabójcy.

– Od przeszło 50 lat walczę o zaostrzenie prawa do posiadania broni.Ale przez ten czas przepisy właściwie niewiele się zmieniły. Jeśli dziś zabójstw jest mniej, to tylko dlatego, że amerykańskie społeczeństwo staje się coraz bardziej zurbanizowane, a to na wsi było zawsze najwięcej broni – mówi „Rz”. Dziś Beard nie ma już złudzeń. I choć Amerykanie przeżywają w tym tygodniu szok z powodu tragedii w Blacksburgu, CSGV nawet nie myśli podjąć kampanii na rzecz wprowadzenia restrykcji na wzór Europy: zdaniem prezesa organizacji nie ma na to szans.

I rzeczywiście, żaden z głównych kandydatów biorących udział w kampanii do wyborów prezydenckich 2008 nie odważył się powiązać strzelaniny ze swobodą sprzedaży broni. – Ta tragedia nie może służyć do podważenia drugiej poprawki do konstytucji – oświadczył John McCain, nawiązując do ustawy sprzed dwustu lat gwarantującej każdemu prawo do samoobrony.

Rudy Giuliani, faworyt republikanów, który jako burmistrz Nowego Jorku wsławił się przywróceniem bezpieczeństwa w metropolii i wprowadzeniem najsurowszych zasad posiadania broni w Ameryce, teraz też zmienił poglądy. Jego zdaniem reguły sprzedaży karabinów i pistoletów powinny odpowiadać „lokalnym zwyczajom”. Czytaj: pozostać równie liberalne jak dotychczas. Nawet Mitt Romney, któremu mormońska religia nakazuje wyrzeczenie się przemocy, na wszelki wypadek zapisał się rok temu do NRA.

Nie inaczej jest wśród demokratów. Hillary Clinton, której mąż najwięcej zrobił dla ograniczenia handlu bronią spośród współczesnych prezydentów USA, w ostatnich dniach ani słowem nie wspomniała o konieczności zmiany obecnych przepisów. Podobnie jak jej główny konkurent do demokratycznej nominacji Barack Obama.

Żaden z głównych pretendentów do Białego Domu nie zapomniał przykrych doświadczeń Ala Gore’a. W 2000 roku przegrał on wybory w takich konserwatywnych stanach jak Arkansas, bo NRA przekonała głosujących, że „chce im odebrać broń”.

Nie inaczej na tragedię w Blacksburgu zareagowali demokraci w Kongresie. – Nie będziemy się spieszyli z żadnymi zmianami – zapowiedział Harry Reid, przywódca klubu w Senacie. Jego partii z trudem udało się jesienią minionego roku odzyskać większość w Kongresie, bo republikanie stracili swoich deputowanych w kilku konserwatywnych stanach jak Indiana. Tam jednak kandydat przeciwny swobodzie posiadania broni nie ma szans na zwycięstwo.

Lobby colta

Utrzymanie obecnych przepisów oznacza jednak de facto jeszcze większe zagrożenie dla publicznego bezpieczeństwa. Tak się dzieje przynajmniej z dwóch powodów. Pierwszym jest okresowy charakter wielu amerykańskich ustaw. Jeśli nie zostaną odnowione, po pewnym czasie ich działanie wygasa. Tak się stało z przyjętą za czasów Billa Clintona ustawą o zakazie sprzedaży bez specjalnego pozwolenia broni szturmowej, czyli takiej, która pozwala na wystrzelenie jednorazowo całej serii pocisków. Od końca 2004 roku swobodny zakup broni półautomatycznej znów jest więc możliwy. To dzięki temu Cho mógł kupić pistolety, z których w ciągu paru minut zabił kilkadziesiąt osób.

Innym powodem jest stały postęp w produkcji broni. Na amerykańskim rynku są już niezwykle skuteczne najnowsze wersje karabinów maszynowych, które niosą śmierć o wiele szybciej niż AK-47.

Organizacjom, takim jak Michaela Bearda, nie udaje się przekonać Amerykanów do powstrzymania tej tendencji, bo w USA prawo do posiadania broni jest uważane za najważniejszy atrybut wolności. Stany Zjednoczone uzyskały niepodległość od Wielkiej Brytanii w wyniku partyzanckiej wojny uzbrojonych obywateli. Przez dziesięciolecia w zachodniej części kraju to także sami obywatele, uzbrojeni w colty, wymierzali sprawiedliwość. Posiadanie broni stało się nieodłączną cechą skrajnie indywidualistycznego społeczeństwa, w którym ludzi łączy o wiele mniej niż w starych narodach Europy.

NRA ma status jednej z najbardziej wpływowych organizacji lobbystycznych w USA, na równi np. z główną instytucją lobby żydowskiego AIPAC. Przeszło 4 milionów członków z największym zaangażowaniem tropi wszelkie ograniczenia w prawie do swobodnego posiadania broni. Tylko w ostatnich latach za jej sprawą policja musiała oddać pistolety i karabiny gangom Nowego Orleanu, które opanowały zdewastowane huraganem Katrina miasto. NRA skutecznie dąży też do zniesienia zakazu noszenia pistoletów w San Francisco, mimo że większość mieszkańców miasta chce utrzymania takiego prawa. Potężna organizacja na swoją prezes wybrała cztery lata temu kobietę. Sandra Froman ma za zadanie przekonać Amerykanki, że noszenie broni służy także i ich bezpieczeństwu. Większość pań w Stanach Zjednoczonych na razie ma jeszcze co do tego pewne wątpliwości.
Jędrzej Bielecki z Blacksburga

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s