Nowa Lewica czyli środowisko „Krytyki Politycznej”

Dzieła Lenina traktują ze śmiertelną powagą i liczą, że nie narażą się tym na śmieszność. O postkomunistach mówią: „nie nasz cyrk, nie nasze małpy”. Mają średnio niewiele ponad 20 lat, wytyczone ścieżki kariery oraz własne pismo – „Krytykę Polityczną”

Droga, którą codziennie pokonują, uzmysławia im, jak wiele jeszcze jest do zrobienia. Żeby wejść do lokalu „Krytyki Politycznej” na pierwszym piętrze budynku przy Chmielnej w Warszawie, muszą minąć kilka par drzwi ze znakami „K+M+B”. W kamienicy, której front wypełniają drogie butiki, wiekowi lokatorzy manifestują przywiązanie do starego porządku. Nowa lewica rodzi się tam, gdzie konserwatyzm i liberalizm demonstrują dziś swoją obecność.

W przestronnym wnętrzu zamienili 60-metrowy salon w salę konferencyjną z wysięgnikami do kamer. Nowe czasy potrzebują nowych technologii. Podczas spotkań, a spotykają się tu wszyscy ze wszystkimi, tłok na korytarzach tworzy atmosferę. Tyle o bazie. W pokoiku Sławomira Sierakowskiego rodzi się nadbudowa. Redaktor naczelny „Krytyki Politycznej”, przypalając papierosa, mówi: – Celem jest stworzenie formacji lewicowej z prawdziwego zdarzenia. Przez oddziaływanie intelektualne we wszystkich sferach życia publicznego: w kulturze, filozoficznych sporach i ekonomii.

Doktoranci rewolucji

Założyciel „Krytyki” ma 27 lat, gładko zaczesane włosy i wyraziste poglądy. W chwilach wolnych pisze doktorat o politycznych implikacjach współczesnej filozofii francuskiej. A wszystko to pośród rozłożonych „Szewców” (razem z Janem Klatą wystawiają teraz sztukę Witkacego), kawy, dezodorantu i dwóch popielniczek zapełnionych petami. – Nasz wybór jest zarazem wyborem stylu życia, w którym się czyta, pisze, dyskutuje, ale także pije wódkę i tańczy – wyjaśnia.

Dorota Głażewska, drobna blondynka z naukowym zacięciem, bada na Uniwersytecie Warszawskim zaangażowanie społeczne. W „Krytyce” odpowiada za stronę organizacyjną – strony internetowe, Klub Krytyki Politycznej i ogólnie za życie środowiska. To wszystko sprawia, że wpada na Chmielną od razu po zajęciach na uczelni, a pracę często kończy tak, by na Ursynów odwiozło ją ostatnie metro. Maciej Gdula, 29-latek, to syn Andrzeja – byłego wiceministra spraw wewnętrznych i szefa Wydziału Społeczno-Prawnego w KC PZPR, a później doradcy prezydenta Kwaśniewskiego. Maciej w czasach młodzieńczych był punkiem, nosił irokeza i – jak mówi – ciągle ma w sobie poczucie niezgody. Choć z czasem bunt mu się ustatecznił. Po lekturze piątego numeru „Krytyki Politycznej” napisał artykuł o systemie edukacji i wsiąkł w środowisko. – „Krytyce” poświęcam cały wolny czas – przyznaje. Jest w tym liczącym kilkanaście osób towarzystwie jedynym prominenckim dzieckiem. Ale deklaruje: – Aleksander Kwaśniewski nie jest bohaterem mojego romansu. – Co na to ojciec? – Cóż, pewnie jest mu przykro.

Nowa lewica jest dziś z założenia antyeseldowska. Prawie taka, jaką by sobie wymarzyła prawica. Sierakowski: – Paradoksalnie prawa strona sceny politycznej jest mi często bliższa niż lewa. Łączy nas sprzeciw wobec liberalnego frazesu i wyobrażenia dopuszczające głębsze zmiany polityczne. Wśród polityków prawicy jest wielu intelektualistów – Jan Rokita, Ludwik Dorn, Marek Jurek. I choć nie podzielam ich poglądów, rozmowa z nimi będzie interesująca.

Ludzie „Krytyki” w większości związani są z Wydziałem Socjologii i Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Ireneusz Krzemiński, profesor na tym wydziale i liberał, komentuje z ironią: – Sławomir Sierakowski dostał jakieś fundusze i poświęcił się bardziej działalności polityczno-organizacyjnej, niż pisaniu doktoratu. Przyznaje jednak, że podziwia pracowitość grupy.

Sierakowski na pomysł, który uczynił go liderem nowej lewicy, wpadł cztery lata temu. U kolegów ze studiów zamówił kilka artykułów i z młodzieńczą śmiałością poprosił legendę „Solidarności” Zbigniewa Bujaka, którego poznał na seminariach Magdaleny Środy, o wyłożenie 10 tys. zł na druk pisma. – Dał nam swoje prywatne pieniądze i tak to poszło – wspomina. Pierwszy numer „Krytyki Politycznej” ukazał się w tysiącu egzemplarzy. A nawet z dodrukiem, bo część nakładu wykupił Adam Michnik. Dziś pismo wychodzi w 4 tys. egzemplarzy i sprzedawane na pniu, zostawiając miejsce na półkach dla sztandarowych tytułów starej lewicy, takich jak „Dziś” Mieczysława Rakowskiego.

Wyklęty powstań, bywalcu Le Madame

Środowisko skupione wokół „Krytyki Politycznej” liczy 200 – 300 osób, w większości młodych zapaleńców. W „Krytyce” spędzają swój wolny czas. Uczestniczą w feministycznych manifach, paradzie równości, odzyskują klub Le Madame. O takich jak oni Paul Johnson mówi: zawodowi rewolucjoniści. Wierzą w radykalne hasła i proste idee. Żądają natychmiastowej budowy drugiej Szwecji: – Trzeba opowiedzieć się wprost za budową Europy socjalnej, gdyż jest to jedyna droga do zrealizowania wartości socjaldemokratycznych – twierdzi Sierakowski. Ekonomiści, pytani o poglądy gospodarcze środowiska „Krytyki Politycznej”, wznoszą oczy ku niebu, wspominają Nikodema Dyzmę i przyznają, że na tle ekonomicznych pomysłów Sierakowskiego i jego kolegów Leszek Miller jawi się jako mąż stanu.

Z „Krytyką” identyfikują się jednak także znane w publicystyce postacie: Kinga Dunin, Agnieszka Graff, Jacek Żakowski, Kazimiera Szczuka. I coraz większa liczba artystów: Artur Żmijewski, Wilhelm Sasnal, Jan Klata. Nawet słynna palma Joanny Rajkowskiej, postawiona na rondzie de Gaulle’a za warszawskich rządów Lecha Kaczyńskiego, z założenia apolityczna, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przechyliła się na lewo.

Zasługą osobowości Sierakowskiego jest to, że potrafi indywidualności poskładać w dosyć zwartą grupę. Lider „Krytyki” ma biografię jakby skrojoną na potrzeby obrońcy proletariatu (wykluczonych – zgodnie z nową nomenklaturą lewicy). Chłopak z robotniczego blokowiska na Jelonkach, syn urzędniczki z fabryki Róży Luksemburg na Woli. Od dzieciństwa samodzielny, także finansowo. Korepetycje z matematyki, sprzątanie w lokalach Magdy Gessler, mycie okien w fabryce na Żeraniu i – o ironio – w wieżowcu zajmowanym dziś przez IPN przy Towarowej. – Jeździłem na 6 rano z robotnikami, wstawaliśmy z kolegą skatowani brzaskiem, to dawało poczucie satysfakcji – opowiada. Do tego harcerstwo. Twarda drużyna, w której trzeba było przebiec 15 km, zrobić 100 pompek, a oprócz tego, jak się chciało być „gościem”, mieć dobre oceny. No i czytać. – Nie piłem alkoholu i nie paliłem do 20. roku życia. Byliśmy twardzielami – mówi.

Na przełomie podstawówki i ogólniaka zainteresowali go Kuroń, Michnik, Miłosz. Zaczytywał się „Pierwszym krokiem w chmurach” Marka Hłaski. Fascynuje go charyzmatyczność okresu kontrkultury lat 50. i 60. Piękni dwudziestoletni, klimat spotkań w Kameralnej i listu 34, opozycji. No i opozycja lat 70. – Urodziłem się za późno – żałuje. Teraz pali trzy paczki dziennie, jakby chciał odtworzyć atmosferę rewolucji za pomocą tytoniowego dymu. I narzeka: – W latach 90. czasy się zrobiły nieromantyczne.

Ostatnia nadzieja czerwonych

Jednak to proza życia – kryzys SLD – sprawił, że jako lider młodego, niezależnego i bardzo nielicznego środowiska błyskawicznie odniósł sukces. Ma twarz rozpoznawalną na ulicy i nazwisko wyrobione w mediach. Dziś to on, jako przedstawiciel lewicy, komentuje publicznie sprawę tarczy antyrakietowej i szanse nowej inicjatywy politycznej Marka Jurka. Wojciech Olejniczak dzwoni do niego po rady. Niemodnie jest dziś nie znać Sierakowskiego.

A zaczynali od imprez w Radości. Domek odziedziczony po dziadkach (- Jak kiedyś dojdziemy do władzy, wprowadzimy 100-proc. prawo spadkowe i skończy się dziedziczenie – za żartami kryje się bezkompromisowość) stał się miejscem tzw. sabatów, na które przyjeżdżali m.in. Olga Tokarczuk, Maciej Nowak, Janek Klata, Paweł Demirski, Artur Żmijewski. Na tych imprezach michnikowszczyzna zaznajamiała się z pampersami. Mikołaj Lizut poznał Cezarego Michalskiego, tenże Michalski tańczył z polskimi feministkami, a Wojciech Olejniczak dyskutował na balkonie z Kazimierą Szczuką, co nawet oplotkował „Przekrój”. – Nagle wszyscy zaczęli z nami rozmawiać, traktować nas poważnie. To mnie przekonało, że jak się ma pomysł i działa grupowo, nie trzeba iść na kompromis, by funkcjonować w publicznej debacie – mówi Sierakowski.

Grupa „Krytyki Politycznej” całą ofensywę medialną oparła na założeniu, że to, co nienazwane, nie istnieje. Wzięli przykład ze środowiska konserwatystów – Marka Cichockiego, Tomasza Merty i Dariusza Gawina, którzy po wyborze Kwaśniewskiego na prezydenta utworzyli w 1995 r. Warszawski Klub Krytyki Politycznej. – Uznaliśmy, że musimy stworzyć środowisko, które będzie produkowało język polityczny. To jest fundament w polityce – przyznaje Sierakowski. Dzisiaj sam chce znaleźć szczepionkę na to, co współtworzyli Merta czy Cichocki. – Jeśli w Polsce mamy dziś język prawicy, konserwatywno-liberalny, a nie mamy języka lewicowego, to taki Wojciech Olejniczak, choćby chciał, niewiele może zrobić, bo staje przed oporem mediów i neoliberalnych ekspertów. Wszystko, co powie, będzie się kojarzyło z populizmem. Najpierw trzeba stworzyć warunki i możliwości do uprawiania lewicowej polityki.

Na salony „Krytyka Polityczna” weszła tak naprawdę po słynnym liście otwartym do obywateli Europy w sprawie traktatu konstytucyjnego Unii Europejskiej. Sprzeciwili się wysuniętemu wtedy przez Jana Rokitę hasłu „Nicea albo śmierć”. List podpisało 200 intelektualistów i Aleksander Kwaśniewski zaprosił ich do pałacu, a Jarosław Kaczyński nazwał grupę Sierakowskiego stowarzyszeniem białej flagi.

Lenin, Żiżek, Sierakowski

Środowisko jest dziś najbardziej cenione właśnie za tworzenie klimatu do dyskusji. Na liście gości znajduje się miejsce i dla Antoniego Dudka, i dla Jana Rokity, i dla Slavoja Żiżka. To w „Krytyce” postać kultowa. Drukują go prawie w każdym numerze, na ścianach do dziś wiszą zaproszenia na spotkanie, które odbyło się kilka miesięcy temu. Żiżek, o którym autor „Tygodnika Powszechnego” Michał Paweł Markowski napisał, że chciałby pisać o rzeczywistości, ale nie ma do niej dostępu, bo dla niego filozofia jest jedynie komentarzem do medialnych wydarzeń, uczy „Krytykę” myśleć radykalnie.

Nawet jednak przeciwnicy ideologiczni „Krytyki Politycznej” przyznają, że w ludziach, którzy ją tworzą, jest pasja, głód intelektualny i żarliwość. Oraz operatywność. Żyją z darowizn, potrafią znaleźć sponsorów. PWN za darmo drukuje im pismo, a Ministerstwo Kultury dopiero teraz obiecało wciągnąć „Krytykę” na listę pism sponsorowanych. Sierakowski zasypia w redakcji o 7 rano przy włączonym telewizorze. Budzą go koledzy albo telefony. Współczesna bohema? Sierakowski się krzywi: – Bohema to mieszczańskie wymysły. Ale po chwili sam podkreśla, że obrazy związanego z „Krytyką” Wilhelma Sasnala kupują na świecie po 200 tysięcy dolarów.

Stworzyli własny salon, nie zatrzaskując sobie drzwi do innych. W trudnej sztuce lawirowania między sympatiami zwalczających się środowisk Sierakowski okazał się mistrzem. Z redaktorem naczelnym „Gazety Wyborczej” spotykał się regularnie, choć ich drogi ideowe w końcu się rozeszły: – Adam był trochę rozczarowany, że nie pragniemy kontynuować jego dorobku III RP, tylko budować wobec niego lewicową alternatywę. Ale jakby przypomniał sobie własną przeszłość, ruszył głową i wydobył się z oparów lustracji, tekstów o ranach na czole Konrada, myślę, że zrozumiał, iż sam na moim miejscu zachowałby się tak samo. Albo ma się poglądy, albo nie.

Za porażkę uznają fakt, że do tej pory nie udało im się zorganizować kilku stypendiów na wyjazd do Szwecji dla nieliberalnie myślących ekonomistów. – Gdyby tak stworzyć konkurs na najlepszą keynesistowską rozprawę naukową, założyć instytut, który co kwartał będzie wydawał raport… Po raz pierwszy w Polsce byłaby alternatywa dla Centrum im. Adama Smitha i Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową – rozmarza się Sierakowski.

Ludzie „Krytyki” lojalnie ostrzegają: jeśli dojdziemy do władzy, urządzimy tu prawdziwą systemową rewolucję. – Chodzi nam o zmianę głębszą – punktuje Kazimiera Szczuka. – Przywrócenie tradycyjnego podziału na prawicę, lewicę i centrum. O upolitycznienie kwestii uchodzących dziś za tematy zastępcze, jak prawa pracownicze, prawa kobiet, miejsce mniejszości, ochrona środowiska, położenie emigrantów. Debatę w sprawie zaangażowania Kościoła w życie publiczne i gospodarki liberalnej lub socjalnej.

I trudno ich lekceważyć. Jeden z młodych prawicowców – aktualnie wysoki urzędnik państwowy – pytany o Sierakowskiego, przytacza opowieść o starym Indianinie, który w początkach kolei żelaznej przeżył bolesne zderzenie z lokomotywą. Kiedy podczas rekonwalescencji usłyszał gwiżdżący czajnik, zerwał się z łóżka, zrzucił go na ziemię i zaczął deptać. Widząc zdumione spojrzenia obserwatorów, Indianin z przekonaniem oświadczył: – Trzeba zabić gada, póki mały. Pytanie, czy młode środowiska konserwatywno-liberalne mają dziś w sobie przenikliwość i zdecydowanie starego Indianina. ¦
Agnieszka Rybak

Źródło: Rzeczpospolita: Rewolucja z dostawą do domu
28.04.2007

Reklamy

2 thoughts on “Nowa Lewica czyli środowisko „Krytyki Politycznej”

  1. ruchh 7 kwietnia 2008 / 19:20

    czy ja śnie, czy czy pierwszy raz w życiu czytam ogrupie , która jest odzwierciedleniem moich przemyśleń i dążeń.
    Może dlatego ,że zbyt długo żyje w Starachowicach.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s