Zabijanie dzieci trwa – Indie

Źródło: Rzeczpospolita: Indyjskie obyczaje okrutne dla dziewczynek
30.07.2007

Coraz częściej rodzice wolą zabić swoją córkę, niż ciułać potem na jej ślubny posag. Przepisy, które miały to zmienić, przegrały z tradycją. Dziś w kraju zaczyna brakować kobiet

Niedawno w szpitalach w indyjskiej stolicy Delhi przeprowadzono badania w celu sprawdzenia, ile rodzi się dziewczynek, a ilu chłopców. Wynik był przerażający – nie znaleziono bowiem ani jednej dziewczynki. Statystyki ogólnokrajowe również są zatrważające – według szacunków demografów w Indiach brakuje już 50 milionów kobiet, a na 1000 mężczyzn przypada zaledwie 927 kobiet – to o prawie 100 mniej niż w krajach wysoko rozwiniętych czy w Afryce.

Wina nowych technologii

Choć chłopcy zawsze byli preferowani w indyjskim społeczeństwie, nigdy dotąd dziewczynki nie były tak masowo mordowane. Dzięki nowym technologiom umożliwiającym wykrywanie płci płodu i łatwe dokonanie aborcji coraz więcej rodziców, nie chcąc mieć córki, decyduje się na przerwanie ciąży.

– Kiedyś przeprowadzano je głównie w miastach, w drogich klinikach. Dziś stały się dostępne nawet dla uboższych warstw społecznych na głębokiej prowincji. Dzięki specjalnym objazdowym klinikom, które podróżują po całym kraju, można tanio usunąć ciążę – mówi „Rz” prawnik Colin Gonsalves, dyrektor India Centre for Human Rights and Law, organizacji zajmującej się obroną praw kobiet. Pacjentek nie zrażają nawet fatalne warunki higieniczne panujące w klinikach. – Choć nagminnie dochodzi w nich do zakażeń, chęć dokonania aborcji jest silniejsza -dodaje Gonsalves.

Za drogi posag

Mimo rozwoju technologii nie zmienia się mentalność indyjskiego społeczeństwa. A preferowanie synów jest w indyjskiej kulturze głęboko zakorzenione i, dodatkowo, stymulowane rozwojem gospodarczym. Kobieta w Indiach zawsze uznawana była za istotę gorszą od mężczyzny. To się nie zmieniło.

To nasynu na przykład spoczywa obowiązek pochówku rodziców, w którym córka nie może nawet uczestniczyć. Ale główną przyczyną zabijania dziewczynek jest fakt, że wydanie córki za mąż jest często zbyt kosztowne. -W naszej kulturze obowiązuje obyczaj hojnego posagu, który panna młoda wnosi do domu narzeczonego. Dla uboższych rodzin stanowi nawet większość majątku. A wraz z bogaceniem się naszego społeczeństwa coraz większą wagę przykłada się do akumulacji majątku. Dlatego rodzice są coraz mniej chętni, by oddawać dochody innym – tłumaczy prawnik.

Nieporadność rządu

Indyjski rząd już kilka lat temu wprowadził zakaz badania płci płodu i dokonywania aborcji. Nikt jednak nie egzekwuje tego prawa. Dlatego absurdalny wydaje się najnowszy pomysł minister ds. rozwoju kobiet i dzieci Renuki Chowdhury. Zaproponowała ona, żeby każda ciężarna kobieta była rejestrowana w lokalnym urzędzie, a gdyby chciała usunąć ciążę, musiałaby uzyskać rządowe pozwolenie. Jej obowiązkiem byłoby również zgłoszenie urodzenia dziecka. Krytycy tego pomysłu zarzucają minister próbę ograniczenia praw jednostki i stworzenie kolejnego pola dla szerzenia korupcji.

-Niestety, kultury nie da się zmienić samym prawem -ubolewa Gonsalves. Jego zdaniem trzeba konsekwentnie edukować społeczeństwo i uświadamiać mu, że uśmiercanie dziewczynek jest społecznie i gospodarczo szkodliwe.
MARTYNA OKONIEWSKA

Reklamy

Ile nas kosztowało wyzwolenie w 1945r. przez Sowietów

Źródło: Rzeczpospolita: Haracz za „wyzwolenie” Polski
21.07.2007

Polska poniosła w czasie II wojny światowej niewątpliwie największe straty ludzkie i materialne w przeliczeniu na jednego mieszkańca. Zdecydowana większość tych strat była skutkiem systematycznego terroru niemieckiego, czego symbolem, obok wymordowania około 5 milionów polskich obywateli, była zagłada Warszawy. Straty ludności stolicy Polski przewyższały kilkakrotnie straty całej Francji, nie mówiąc o innych okupowanych krajach zachodnich czy Czechosłowacji. Podobnie rzecz się miała ze stratami materialnymi.

Wydawać by się więc mogło, że właśnie Polska miała nie tylko wyjątkowe moralne, ale też polityczne prawo do odszkodowań wojennych kosztem pokonanych Niemiec. Jednakże za sprawą „wyzwolicieli” sowieckich, którzy potraktowali zrujnowany kraj jako należny im łup wojenny, nie dane było Polsce uzyskać choćby symbolicznej rekompensaty za poniesione straty. Brytyjczycy i Amerykanie przyjęli tę sytuację do wiadomości bez większych sprzeciwów.

Węgiel za pół darmo

Podczas konferencji wielkiej trójki w Poczdamie latem 1945 roku uzgodniono, że Niemcy zapłacą 20 miliardów dolarów reparacji wojennych. Połowa tej kwoty miała przypaść Związkowi Radzieckiemu, który poniósł w liczbach absolutnych największe straty ludzkie. Niewątpliwie to Armia Czerwona pokonała Wehrmacht. Wkład wojsk amerykańskich i brytyjskich był co prawda znaczący, ale na pewno nie decydujący. Natomiast francuski wysiłek wojenny był zgoła nikły – polski przewyższał go zdecydowanie mimo mniejszego potencjału ludzkiego i gospodarczego.

W Poczdamie uzgodniono, że polskie żądania reparacyjne zostaną zaspokojone z części, która przypadła Związkowi Radzieckiemu. 16 sierpnia 1945 roku została podpisana w Moskwie dwustronna umowa -pomiędzy marionetkowym rządem „polskim” (Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej) a rządem sowieckim -o odszkodowaniach za wyrządzone przez Niemców straty.

W myśl tej umowy Związek Radziecki zrzekł się wszelkich roszczeń do mienia niemieckiego i innych aktywów na całym terenie Polski. Ponadto ustalono, że przekaże Polsce15 proc. ze swojej części masy reparacyjnej, czyli 1,5 miliarda dolarów. Równocześnie jednak rząd „polski” zobowiązał się do corocznych dostaw węgla po specjalnych cenach (na poziomie ok. 10 proc. cen światowych) w wysokości 8 milionów ton w roku 1946, po 13 milionów ton w następnych czterech latach (1947 – 1950) oraz po 12 milionów ton w kolejnych. Strona sowiecka narzuciła cenę w wysokości 1,22 dolara zatonę węgla oraz 1,44 dolara za tonę koksu. W tej sytuacji nawet ów „polski” rząd chciał w ogóle zrezygnować z „reparacji”. Lecz dopiero w marcu 1947 r. Stalin zgodził się na zmniejszenie dostaw węgla o połowę. Jednak równocześnie zostały zredukowane o połowę odszkodowania, jakie miała uzyskać Polska, z 15 do 7,5 proc, całej sowieckiej masy reparacyjnej.

Straty wynikające z dostaw węgla do Związku Radzieckiego w latach 1946 – 1953 po zaniżonych cenach i tak były ogromne. Gdyby Polska sprzedała ten węgiel na rynku światowym, uzyskałaby około 836 milionów dolarów więcej. A co zyskała w zamian? Według wewnętrznych danych sowieckich wartość dostaw do Polski z tytułu reparacji wyniosły do 1 stycznia 1950 roku 186,5 miliona dolarów. Było to 5,6 proc. otrzymanych do tego czasu przez Związek Radziecki reparacji, które wyniosły 3326,4 miliona dolarów. W sumie do1953 roku, kiedy zakończyły się wypłaty reparacyjne, Polska otrzymała – także według danych sowieckich – urządzenia i towary na sumę 228,3 miliona dolarów (a miała dostać na kwotę 750 milionów dolarów). Jest jednak wątpliwe, czy te liczby są prawidłowe, ponieważ strona polska nie miała możliwości ich zweryfikowania. Ponadto, gospodarka sowiecka miała wybitnie „księżycowy” charakter, co oznaczało, że także ceny produktów były ustalane arbitralnie, bez związku z ich rzeczywistą, wolnorynkową wartością.

Realizacja reparacji wojennych za zniszczenia spowodowane przez okupację niemiecką była dla Polski w istocie ogromnym obciążeniem. Polska, zamiast zyskać, straciła około 600 milionów dolarów. Suma ogromna w tamtych czasach, zwłaszcza dla tak zrujnowanego kraju. Kiedy państwa zachodnie otrzymywały pomoc w ramach planu Marshalla – także zachodnie Niemcy – Polska płaciła haracz sowieckim „wyzwolicielom”.

Największy rabunek XX wieku

Nie były to jedyne straty spowodowane celową i systematyczną polityką „gospodarczą” sowieckich „wyzwolicieli”. Jak wspomniano, Związek Radziecki zrzekł się 16 sierpnia 1945 roku roszczeń do mienia niemieckiego i innych aktywów niemieckich na terenie całej Polski, w tym także na nowych ziemiach zachodnich. Jednak wcześniej, od lutego do sierpnia 1945 roku, teren dzisiejszej Polski był obszarem zapewne największej, obok terenów przyszłej NRD, systematycznej akcji rabunkowej w historii XX wieku. Sowieckie trofiejne komanda demontowały i wywoziły całe fabryki, elektrownie, młyny, urządzenia, tory kolejowe, stacje telefoniczne, rzeźnie, surowce, półfabrykaty, bydło, z całej „wyzwolonej” Polski. Rabunek ten był zaplanowany i przeprowadzany systematycznie na osobiste polecenie Stalina. Najbardziej atrakcyjnym kąskiem dla Sowietów był przemysł Górnego Śląska. Już 31 stycznia 1945 r. Stalin wydał rozporządzenie, aby rozpoznać stan przemysłu na Śląsku. W tym samym dniu marszałek Żukow zameldował Stalinowi, że zakłady przemysłowe na terenach właśnie wyzwolonej Polski prawie nie ucierpiały, ponieważ Niemcy nie mieli czasu, aby je zniszczyć, a tym bardziej ewakuować. Podobnie było na pozostałych terenach na wschód od Odry.

W lutym 1945 r. Państwowy Komitet Obrony (Gosudarstwiennyj Komitet Oborony – GKO), który skupiał całą władzę w Związku Radzieckim do momentu rozwiązania 4 września 1945 roku, wydelegował do Polski, głównie na Górny Śląsk, komisje ekspertów, których zadaniem była rejestracja wszystkich ważnych zakładów i urządzeń przemysłowych.

W aparacie GKO została powołana specjalna struktura zajmująca się zdobyczami wojennymi. 25 lutego 1945 r. Stalin, przewodniczący GKO, wydał rozporządzenie nr 7590 o stworzeniu Komitetu Specjalnego przy GKO pod kierownictwem Georgija Malenkowa, jednego ze swoich najbliższych współpracowników. Zadanie Komitetu Specjalnego zostało sformułowane w punkcie 2 rozporządzenia: „a) Ustalenie i rejestracja podlegających wywozowi do ZSSR z terytorium Niemiec, a także z terytorium Polski (według rozporządzenia GKO nr 7558 z 20 lutego tego roku) urządzeń, szyn kolejowych, parowozów, wagonów, statków parowych oraz innych rodzajów środków transportu, surowców oraz gotowych produktów”.

Komitet Specjalny otrzymał ponadto za zadanie zorganizowanie demontażu i wywozu tych urządzeń i materiałów do Związku Radzieckiego.

Pięć dni wcześniej, 20 lutego1945 r., Stalin wydał wspomniane rozporządzenie nr 7558 dotyczące spraw polskich. Punkt 6b stanowił, że wywozowi do Związku Radzieckiego z terytorium Polski podlegają te urządzenia, materiały oraz produkty konieczne doprowadzenia wojny, które pochodzą z niemieckich zakładów lub też zakładów rozbudowanych przez Niemców w czasie wojny. Dotyczyło to także zakładów na ziemiach niemieckich, które miały wejść w skład Polski. Rozporządzenie nr 7558 regulowało te kwestie całościowo, bez względu na to, czy chodziło o ziemie Polski (formalnie sojusznika!) czy Niemiec.

Tym samym wszystkie fabryki i zakłady na terenach niemieckich, które miały wejść w skład Polski, oraz cały przemysł ciężki (metalurgiczny, zbrojeniowy, chemiczny itd.) na terenie Polski zostały uznane za zdobycz wojenną i podlegały wywozowi do Związku Radzieckiego. W czasie wojny Niemcy rozbudowywali istniejące polskie zakłady dla potrzeb wojennych na terenie całej Polski, a zwłaszcza na Górnym Śląsku. Tereny te były bowiem względnie bezpieczne przed bombardowaniami alianckimi oraz leżały stosunkowo blisko frontu wschodniego. Ponadto należy podkreślić, że definicja „na potrzeby prowadzenia wojny” oznaczała praktycznie cały przemysł, ponieważ w czasie wojny cała gospodarka pracuje na potrzeby frontu.

Stal, rtęć i turbiny

Już 2 marca1945 r. Stalin podpisał siedem pierwszych rozporządzeń dotyczących demontażu i wywozu całych zakładów z terenów Polski, a przygotowanych przez zespół Malenkowa. Pierwsze rozporządzenie, nr 7608, dotyczyło urządzeń z walcowni rur w Gliwicach (Oberhütte Rohlstahlwerke), które zostały wywiezione do zakładów imienia Lenina w Dniepropietrowsku. Następne dwa rozporządzenia dotyczyły urządzeń z Julienhütte w Bobrku koło Bytomia, które wywieziono do zakładu imienia Dzierżyńskiego, również w Dniepropietrowsku, oraz z walcowni w Łabędach, które trafiły do zakładów Dnieprospecstal wmieście Zaporoże.

Rozporządzenie nr 7611 dotyczyło wywozu z Górnego Śląska stali walcowanej, w sumie 26 tysięcy ton, 2 tysięcy ton rur i 4 tysięcy 560 ton innych rodzajów stali. Rozporządzenie nr 7612 dotyczyło wywozu 86 ton rtęci z Chrzanowa. Rozporządzenie nr 7614 regulowało wywóz ze Śląska 19 turbin o mocy 507 tysięcy kilowatów oraz 32 kotłów wysokociśnieniowych.

Następne rozporządzenia dotyczące demontażu i wywózek Stalin podpisał 6 marca. Dotyczyły one między innymi fabryki sztucznego kauczuku w Oświęcimiu, fabryki dynamitu w Bydgoszczy, 2000 km linii kolejowych wraz z całym oporządzeniem (stacje, łączność itd.), urządzeń z zakładów zbrojeniowych Osthütte oraz Graf Renard w Sosnowcu. A także innych urządzeń z zakładów w Gliwicach, Dąbrowie Górniczej, Siemianowicach, Zgodzie, Chorzowie, Częstochowie oraz Katowicach.

Do lipca 1945 r. Stalin podpisał setki rozporządzeń dotyczących demontażu i wywozu urządzeń, fabryk, surowców, produktów i półfabrykatów z terenu całej Polski. Zajął się także bydłem, owcami i końmi. 9 marca 1945 roku wydał rozporządzenie nr 7768 o przegnaniu z Niemiec (dzisiejszych zachodnich terenów Polski) oraz z Polski 487 tysięcy sztuk „zdobycznego” bydła oraz 100 tysięcy „zdobycznych” owiec. Dla zabezpieczenia tego przedsięwzięcia polecił zarekwirować 10 tysięcy koni oraz 4 tysiące pojazdów konnych. Pięć dni później wydał jeszcze rozporządzenie nr 7815 o przegonieniu kolejnych 44 tysięcy 600 „zdobycznych” koni z Niemiec (z dzisiejszych zachodnich terenów Polski) oraz z Polski.

Duża część – zapewne większość -urządzeń i sprzętu o mniejszej wartości została zdemontowana bez odpowiednich rozporządzeń z centrali. Demontowane i wywożone były nie tylko urządzenia i sprzęt z przemysłu zbrojeniowego, ciężkiego oraz chemicznego, lecz także środki łączności (np. centrale telefoniczne), transportu (kolej wąskotorowa), elektrownie, także te małe, urządzenia portowe w Gdyni, Gdańsku i Szczecinie, zakłady przemysłu żywnościowego (rzeźnie, młyny, tartaki, mleczarnie, fabryki konserw rybnych), tekstylnego, obuwniczego itd. Czyli wszystko, co tylko przedstawiało jakąkolwiek wartość.

Masa zdemontowanych i wywiezionych z terenów Polski (tych nowych i tych starych) urządzeń, sprzętu i materiałów była ogromna. Według danych sowieckich do 2 sierpnia 1945 roku wywieziono jako zdobycz wojenną 1 milion 821 tysięcy ton urządzeń, sprzętu, a także różnych cennych materiałów, czyli 145 tysięcy 680 wagonów kolejowych. Jest to jednak liczba dalece niepełna. Nie zawiera między innymi dostaw węgla z Polski do Związku Radzieckiego oraz do Berlina w roku 1945. Za dostarczony wtedy polski węgiel Niemcy płacili Związkowi Radzieckiemu produktami przemysłowymi. Liczby te nie zawierają także wspomnianych już wcześniej setek tysięcy bydła i koni przegonionych na teren Związku Radzieckiego.

Szczególnie wartościowe urządzenia, np. ze śląskich kombinatów chemicznych, transportowano drogą powietrzną. Specjalnie w tym celu Stalin wydał 15 maja rozporządzenie nr 8571 o rozbudowie lotnisk w Lisiczańsku, Kemerowie i Stalingradzie. Dzień później wydał jeszcze rozporządzenie nr 8587 o oczyszczeniu i rozminowaniu Odry, Szprewy, dolnego biegu Wisły wraz z kanałami Prus Wschodnich, co miało zabezpieczyć wywóz zdobycznej flotylli rzecznej oraz „trofiejnych” urządzeń i materiałów. Rząd „polski” dostał polecenie mobilizacji 8 tysięcy pracowników, którzy mieli pracować przy oczyszczaniu Odry i Wisły, natomiast NKWD miał przydzielić do tego celu 60 tysięcy jeńców wojennych.

Poza tym Sowieci wywozili z byłych terenów niemieckich i z Polski meble, sedesy, umywalki, wanny, dywany, obrazy i inne cenne rzeczy. Z Białorusi i Ukrainy sowieccy aparatczycy wysyłali całe komanda, które „organizowały” i przewoziły „trofiejny” sprzęt i towary do prywatnych celów sowieckich towarzyszy. Oficerowie Armii Czerwonej robili to na skalę wręcz masową. Natomiast zwykli żołnierze nie mieli takich możliwości. Im pozostały zegarki, pierścionki, obrączki, które można było przewieźć w bagażu podręcznym.

W obliczu tych wszystkich faktów żądania odszkodowań, które wysuwa Pruskie Powiernictwo w stosunku do Polski, muszą być ocenione jako prowokacja. Rząd niemiecki co prawda umywa ręce, twierdząc, że nie ma z nimi nic wspólnego i ich nie popiera. Ale część opinii publicznej w Niemczech co najmniej sympatyzuje z żądaniami Pruskiego Powiernictwa. W Niemczech panuje bowiem szeroko rozpowszechnione przekonanie, że Polska zyskała gospodarczo dzięki przesunięciu granic o 200 km na zachód i przejęciu stosunkowo dobrze uprzemysłowionych terenów niemieckich.

Natomiast wiedza o sowieckich rabunkach jest szczątkowa nawet w samej Polsce, a poza jej granicami, w tym także w Niemczech, żadna. Strona rosyjska zaś do dzisiaj dba, żeby żadne „nieodpowiednie” dokumenty nie ujrzały światła dziennego, ponieważ inaczej przedstawiałby się wtedy ogólny bilans polsko-radzieckiej „przyjaźni”. Upadłby wtedy mit o”wyzwoleniu” Polski, za które Polacy mają być dozgonnie wdzięczni nie tylko Związkowi Radzieckiemu, ale także dzisiejszej, putinowskiej Rosji.
Bogdan Musiał
Dr hab. Bogdan Musiał jest pracownikiem Biura Edukacji Publicznej IPN

Zbiorowe samobójstwo w Japonii – epidemia

Źródło: Rzeczpospolita: Umrzyjmy razem
21.07.2007

10 marca 2006 r. w zalesionej okolicy na terenie prefektury Saitama w pobliżu Tokio znaleziono samochód. Okna miał szczelnie zaklejone taśmą. Wezwani na miejsce śledczy znaleźli aż za dobrze sobie znany widok: plastikowa torba ze śladami rozgniecionych pastylek nasennych i piecyk na węgiel drzewny, który, tląc się, wchłonął cały tlen z samochodu i udusił zamkniętą w środku piątkę młodzieńców oraz kobietę.

Jak we śnie

Kiedy zjawiłem się w komisariacie policji w Saitama dwa tygodnie później, jego rzecznik z początku nie chciał rozmawiać o najnowszym przypadku grupowego samobójstwa w prefekturze. Podczas pierwszych dwóch tygodni mojego pobytu w Japonii w lasach naokoło Tokio znaleziono pięć samochodów ze zwłokami. Jak bardzo spowszedniała już ta makabra, świadczy fakt, że lokalne gazety poświęciły temu zaledwie krótkie notki.

– Nie wiemy, czy ofiary się znały albo jak się poznały -mówi rzecznik. Samobójstwo nie jest przestępstwem, więc śledczym trudno jest uzasadnić podjęcie dochodzenia. – Minęło już 15 dni, a my nawet nie wiemy, gdzie ci ludzie się ze sobą zetknęli i czy w związku z tym incydentem doszło do złamania prawa.

W latach 2003 – 2005 odnotowano w Japonii 61 przypadków grupowego samobójstwa przygotowanego przez Internet. Straciło w nich życie 180 ludzi. Z wyjątkiem dwóch wszystkie odbyły się wedle tego samego wzorca: ofiary spotykają się w sieci, korzystając z pseudonimów, następnie łykają środki nasenne i z pomocą brykietów i taśmy zamieniają samochód w komorę gazową na kółkach.

Kiedy przeglądałem policyjne papiery w herbaciarni obok komisariatu, dołączył do mnie młody reporter gazety „Mainichi Shimbun”, który zajmował się grupowymi samobójstwami przez Internet od lutego 2003 r. Wtedy to w pierwszym przypadku zarejestrowanym przez oficjalne statystyki troje ludzi zabiło się wmieście Iruma, paląc brykiety w pustym mieszkaniu. 26-latek Michio Sakai miał kłopoty ze znalezieniem pracy. Założył listę dyskusyjną zbiorowych samobójców, dzięki której spotkał dwie 24letnie kobiety.

– Skąd przyszedł im do głowy pomysł z węglem drzewnym? -pytam.

-W Internecie krążą opowieści, że ten sposób przypomina śmierć we śnie i jest bezbolesny – tłumaczy.

Funkcje pokoju śmierci pełniło tradycyjne pomieszczenie tatami, pokryte folią, chroniącą maty na podłodze. Piecyki z tlącym się węglem stały w każdym kącie, a ciała leżały obok siebie na środku. Kobiety przyniosły ze sobą śpiwory. Gogle na oczach miały chronić przed gryzącym dymem. – Nie byłem w stanie tego pojąć – kończył swoją opowieść reporter. – Jak możesz zakończyć życie z kimś, kogo nigdy wcześniej nawet nie spotkałeś?

Wypadek z ludzkich przyczyn

Samobójstwo, w chrześcijańskim nauczaniu zwane grzechem przeciwko Duchowi św., zajmuje zupełnie inne miejsce w wyobraźni Zachodu niż w Japonii, gdzie rozprucie sobie brzucha specjalnym mieczem było przez wieki uznawane za właściwą reakcję na hańbę. W swoim klasycznym studium francuski socjolog Emile Durkheim przeprowadził wyraźne rozróżnienie między pozbawieniem się życia w Europie a dominującymi jego zdaniem w Japonii altruistycznymi formami samobójstwa. Ponure wcielenie koncepcji Durkheima stanowili podczas II wojny piloci kamikaze. Trzech największych japońskich pisarzy II połowy zeszłego wieku -nobliści Yasunari Kawabata i Kenzaburo Oe oraz uczeń Kawabaty Yukio Mishima – często zajmowali się tematem samobójstwa. Kawabata i Mishima zginęli z własnej ręki.

Japońskie władze nie od razu zareagowały z niepokojem na narastającą w całym kraju falę poszukiwaczy śmierci, z powodu której wskaźnik samobójstw rósł przez ostatnie 10 lat o 5 proc. rocznie. Może być ich jeszcze więcej, bowiem wiele z nich zgłasza się jako nieszczęśliwe wypadki, by uniknąć problemów z wypłatą polisy ubezpieczeniowej dla rodziny. Podczas 10 tygodni spędzonych w Tokio dwukrotnie z otępienia w porannym tłoku wyrywał mnie rzeczowy komunikat z głośnika, ogłaszający opóźnienie z powodu „wypadku z przyczyn ludzkich” – co jest oficjalnym eufemizmem stosowanym, gdy człowiek rzuci się na tory.

Wielu Japończyków kładzie wzrost samobójstw na karb krachu gospodarczego z początku lat 90., kiedy setki tysięcy ludzi traciło pracę i wpadało w pułapkę zadłużenia. Ale ludzie nadal się zabijają w coraz większej liczbie, pomimo że stan gospodarki od tego czasu znacznie się poprawił.

Grupowe samobójstwa w Internecie są jednak czymś szczególnym, bowiem nie mają żadnych precedensów w obyczajach społecznych tego kraju. W lecie 2004 r. Japonia postanowiła zająć się niepokojącym nowym zjawiskiem w typowy dla siebie sposób. W wyniku sugestii tzw. policji krajowej – instytucji doradczej dla lokalnych prefektur – doszło do nieformalnych spotkań konsorcjum dostawców usług internetowych. W Tokio spotkałem Kazuhiko Yoshidę, człowieka odpowiedzialnego w tym ciele za cyberprzestępczość.

– Przez pół roku spotkaliśmy się osiem razy, żeby ustalić, czy powinniśmy wydać jakieś wytyczne. Osiem następnych spotkań zajęło nam ich napisanie. Żeby uruchomić procedurę – tłumaczy Yoshida – internauta musi użyć słowa „śmierć”, podać miejsce i metodę przeprowadzenia samobójstwa. Rozmowa musi mieć miejsce na stronie poświęconej grupowemu rozstawaniu się ze światem. Jeśli wszystkie te kryteria są spełnione, policja ma prawo poprosić providera o dane użytkownika po dane przy rejestracji.

Na razie Yoshida może pochwalić się 12 przypadkami udaremnionych samobójstw.

Zamiast kotów

Jeśli szalone ożywienie kultury samobójczej można związać z konkretnym zdarzeniem, to jest nim publikacja w 1993 r. „Poradnika samobójcy doskonałego” autorstwa Wataru Tsurumiego. To charyzmatyczna postać mająca status medialnej sławy na równi z gwiazdkami popu i postaciami z kultowych kreskówek. Wyraża iście nabokowowską obojętność wobec konsekwencji swojego pisarstwa. Do dziśksiążka dostarczyła 2 milionom zrozpaczonych bądź tylko ciekawskich czytelników techniczne detale dziesięciu metod odebrania sobie życia, relacje o samobójstwach wielkich postaci oraz mnóstwo historyjek obrazkowych sugerujących, że jest to akt bezbolesny i społecznie akceptowalny. – Żadne prawa ani religia nie mówią nam, że to coś złego. A jeśli chodzi o samobójstwa grupowe, to zanim nastał Internet, ludzie pisali listy, dzwonili do siebie, to zawsze należało do naszej kultury -mówił niedawno w wywiadzie.

Podczas gdy na Zachodzie samobójstwo uznaje się na ogół za absurdalny akt ludzi zrozpaczonych czy nieuleczalnie chorych, to w Japonii jest to mniej lub bardziej racjonalna decyzja, którą mogą podjąć zarówno pojedynczy ludzie, jak i grupy. To, co szokuje w obecnej epidemii, to nie tyle ich grupowy aspekt, ale to, że ludzie postanawiają się rozstać z życiem w towarzystwie obcych.

Podobnie jak zjawisko zamachów samobójczych w świecie muzułmańskim, japońskich grup nie da się wytłumaczyć po prostu ubóstwem, kiepską edukacją czy innymi społecznymi bolączkami. Wiele ofiar zbiorowych samobójstw chodziło do dobrych szkół, dorastało w pełnych rodzinach i wyglądało na przeciętnych obywateli najbogatszej i najbezpieczniejszej demokracji w Azji. Japończyków łączy z mentalnością arabską gwałtowny lęk przed hańbą i wielki podziw dla męczenników.

Kiedy kultury przychylnie nastawione do samobójstwa stykają się z Internetem, puszczają istniejące wcześniej hamulce i ograniczenia. Sieć ułatwia spotykanie się marginalnym grupkom z dala od wścibskich oczu rodziców, małżonków, policji. Kiedy już zaistnieją wirtualnie, łatwo przyciągać im nowych członków spośród krążącej bez celu po sieci populacji samotnych, sfrustrowanych dusz, których pełno w każdej epoce i kulturze. Zamiast spędzać czas na modlitwie, słuchaniu ponurej muzyki, czytaniu książek, szydełkowaniu czy hodowaniu mnóstwa kotów, wrażliwe i niestabilne jednostki socjalizują się w wirtualnych wspólnotach, choćby takich, które popychają swoich członków do śmierci.

W cieniu tatusia

Najbardziej wpływowym produktem kultury ostatniego dziesięciolecia jest w Japonii serial filmów animowanych „Neon Genesis Evangelion”, nadany po raz pierwszy przez państwową telewizję w sezonie 1995/6. Odcisnęły one takie piętno na ludziach przed czterdziestką, jak niegdyś na Zachodzie Beatlesi czy „Gwiezdne wojny”. Jest to mroczna, rwana opowieść o postapokaliptycznych przygodach czterech okaleczonych dzieci. Z pomocą potężnych najnowszych technologii starają się one uchronić to, co ocalało z Ziemi przed 17 nieśmiertelnymi aniołami siejącymi grozę i zniszczenie, chcącymi unicestwić rodzaj ludzki.

Filmy te, wyróżniające się nie tyle jakością animacji, ile mrocznym tematem i nielinearną narracją, są często określane przez artystów i teoretyków jako szczytowy wykwit japońskiej kultury popularnej. Pisano, że wpłynęły na określenie ról płciowych i postawy wobec przyrody. Dały początek obsesyjnej i szalenie dochodowej subkulturze otaku. Dziesiątki tysięcy młodocianych jej fanów spędzają czas na odgadywaniu głębszej treści serialu i kolekcjonowaniu pornograficznych komiksów z jego bohaterkami.

Reżyser „Evangelion” Hideaki Anno ubrany w wojskowy uniform patrzy na mnie spode łba ze zdezelowanej kanapy w swoim biurze. W kraju, gdzie konformizm wciąż jest cnotą, Anno wyróżnia się swoim wyglądem gniewnego hobbita w przyciemnionych okularach. Zanim stworzył kultowe anime, przeszedł przez czteroletni okres depresji, spędzony w większości samotnie w zamkniętym pokoju. Cztery lata temu sprzedał prawa do wersji aktorskiej serialu producentowi współpracującemu z Weta Workshop, firmie zatrudniającej m.in. reżysera „Władcy pierścieni” Petera Jacksona. W rozmowie z Anno interesuje mnie szczególnie Rei, depresyjna dziewczyna, której wielkie oczy, kształtne ciało i nieobecny wyraz twarzy złożyły się na pierwowzór kobiecej postaci w wielu filmach anime ostatnich lat.

– Rei zdaje sobie sprawę, że nawet jeśli umrze, ktoś inny ją zastąpi, więc nie ceni życia zbyt wysoko – opowiada Anno, zapadając się coraz głębiej w kanapę. – Istnienie, obecność Rei, ta namacalna obecność, jest bardzo efemeryczna. Ma tylko minimum niezbędnych rzeczy. Jest w jakiś sposób skrzywdzona, nie potrzebuje przyjaciół.

Zdaniem Anno wielka fascynacja postaciami takimi jak Rei to produkt wypaczonego świata wyobraźni, jaki powstał po klęsce Japonii w II wojnie. – Przegraliśmy z Amerykanami i od tego czasu jesteśmy wychowywani w sposób, który nie tworzy ludzi dorosłych. Nawet dla mojego pokolenia 40latków, a także dla ludzi starszych, nie istnieje rozsądny model dorosłego człowieka. Wielu intelektualistów i artystów podziela teorię, że klęska wojenna pozbawiła kraj niepodległości i doprowadziła do powstania kraju wiecznych dzieci, zmuszonych żyć pod ochroną amerykańskiego tatusia. To także motyw przewodni wielu filmów animowanych, w których sprawiedliwy rząd okazuje się tylko fasadą kryjącą złowrogie, potężniejsze siły.

Anno wygląda przez okno. – Nie widzę tu w Japonii żadnych dorosłych -mówi wzruszając ramionami. – Jeszcze 30 lat temu nie spotkałby pan w metrze ludzi w drodze do pracy czytających mangę i pornografię bez żadnego skrępowania. Dawniej wstydziliby się wyciągnąć książkę z komiksami czy świńskimi obrazkami. Jesteśmy krajem dzieci.

Podcięta ręka w górę!

Dzieci z pokolenia Anno spotykają się na przykład w klubie Loft Plus One. Dzisiejsza okazja to promocja książki Karin Amamiya, urodziwej piosenkarki prawicowego punk rocka, która ostatnio wciela się w rolę kulturowej prowokatorki. Właśnie wydała pamiętnik poświęcony podcinaniu żył – co się stało ostatnio modne wśród młodych dziewczyn. Widok w podziemiach klubu przypomina koszmarną wersję popołudniowych programów rozrywkowych w telewizji. Kobieta o imieniu Akira w kostiumie imitującym skórę jaszczurki i słomkowym kapeluszu śpiewa przy gitarze piosenkę „Trudno jest przeżyć życie”. Pod sceną samotna licealistka pali jointa. Jest ubrana w romantyczny kostium w stylu zwanym „gothic lolita” – ma rozpiętą na tiurniurze spódnicę i koronkowy czepek nagłowie. Tę część wieczoru prowadzi pisarz o pseudonimie Con Isshow, po przetłumaczeniu „nieskończone teraz”. Jest czołowym japońskim ekspertem do spraw społecznych zachowań młodzieży, mimo -a może właśnie dlatego – że nie udało mu się skończyć studiów.

Zaczyna swoisty apel: – Podcinacze żył, podnieście rękę! Łykacze tabletek, podnieście rękę! Hikkomori, czyli ci, którzy nie wychodzicie z waszych pokojów, podnieście rękę! – a dzieci posłusznie wykonują polecenia. – Ci którzy próbowali shudan jihatsu, czyli zbiorowego samobójstwa, podnieście rękę! – w najdalszym kącie sali samotny chłopak w brązowym swetrze wstaje, a potem chowa się, jakby nie chciał ściągać na siebie uwagi.

Po jakimś czasie odnajduję go i wychodzimy razem z klubu. Ma niecałe 30 lat, nazywa się Toji i mieszka w Shizouka. Idziemy przez obskurną dzielnicę Shinjuku, labirynt pornoklubów i budek z makaronem. Dochodzimy wreszcie do chińskiej restauracji, znanej ze znakomitych pierogów, ulubionego miejsca spotkań tajwańskich gangsterów.

Sekta bez guru

Opowieść, jaką snuje Toji o swojej fascynacji samobójstwem, przypomina mi typową historię indoktrynacji w sekcie – z tą różnicą, że nie ma tu złowrogiego przywódcy, który przekonuje wyznawców, żeby zapisali mu swój ziemski majątek i wypili zatruty napój owocowy w południowoamerykańskiej dżungli. Toji opisuje całkiem beznamiętnym głosem, jak narastała w nim obsesja na punkcie internetowych czatów, uzależnienie przypominające inne nałogi. Równie dobrze mógłby recytować tablicę okresową pierwiastków. Na studiach ciekawiła go polityka i ekonomia, ale nie potrafił nawiązywać przyjaźni i podrywać kobiet. Kiedy skończył uczelnię w 1997 r. wciąż był prawiczkiem. Zaczął pracować jako akwizytor pożyczek dla małych firm. Nie lubił tej pracy i marzył, żeby ją rzucić. Wieczorami wracał do domu rodzinnego i surfował po sieci w tym samym pokoju, w którym mieszkał od dzieciństwa.

Był fanem Ayumi Hamasaki, drugorzędnej aktorki i gwiazdki pop, znanej ze starannie wystudiowanego erotyzmu i banalnych piosenek, które nagrywa pod tuzinem pseudonimów. Przez dwa lata odwiedzał regularnie jej internetowy fanklub i często udzielał się na forach, nie nawiązał jednak z nikim trwałej relacji. Czując się coraz gorzej, zaczął odwiedzać strony poświęcone samobójstwu.

– W pracy nie ukladało się dobrze i pomyślałem, że lepiej się zabić, niż pokazywać swoją durną osobę innym. Chciałem, żeby myśleli o mnie jak o dobrym człowieku, więc swoje uczucia trzymałem głęboko ukryte.

Rzucił co prawda pracę, znalazł nową, ale fascynacja samobójstwem rosła coraz bardziej. Podobała mu się myśl, żeby zabić się z innymi, choćby całkiem obcymi, bo brakowało mu odwagi: – Zaciekawiła mnie idea, żeby umrzeć z innymi, w bezbolesny sposób od zatrucia tlenkiem węgla. – Z początku odwiedzał strony poświęcone szukaniu towarzyszy samobójstwa tylko po 20 minut, chcąc ograniczyć kontakt z przygnębiającymi treściami, ale jednocześnie gnany był ciekawością, czy znajdzie pasującą mu grupę. Zaczął myśleć o sprawie pod kątem praktycznym. Miejsce musiało być nieodległe, zastanawiał się też, jaka jest optymalna wielkość grupy i czy uda się zdobyć dość pigułek, bowiem w Japonii nawet słabo działające środki narkotyczne są pod ścisłą kontrolą.

Dwa tygodnie po naszym pierwszym spotkaniu Toji wysłał mi esemesa, że zgadza się na drugą rozmowę. Jak pisał, jego plany posunęły się dalej. Wsiadłem w szybki pociąg do Hara, gdzie spotkaliśmy się na dworcu. Mówił przytomnie i bystro, ale jakby z drugiej strony przepaści, bez tych uśmiechów, modulacji i mimiki, która cechuje normalną konwersację.

Jako dziecko zbierał kolejowe rozkłady jazdy i wstawał wcześnie, aby robić zdjęcia pociągom przejeżdżającym przez miasto. Kiedy dorósł i dostał pierwszą pracę, jego rodzice powiedzieli mu, że jako chłopiec myślał o posadzie na kolei. Oczekiwali od niego, że zdobędzie jednak porządny zawód i kiedyś założy rodzinę.

– To takie bolesne – powiedział, wreszcie pokazując po raz pierwszy i jedyny jakieś uczucia. To, czego brakowało w jego życiu, jak sądził, to pasji. Gdyby ją miał, mógłby lekko przejść przez życie. Raz brał leki antydepresyjne, ale przestał, kiedy w jego szpitalu zmienił się lekarz i nowy wydał mu się odpychający.

– Według niego branie tych proszków to to samo, co zastrzyki insuliny dla cukrzyka. Ale ponieważ ludzie wokół niego tak nie myślą, jest zmuszony myśleć tak samo jak oni i trzymać się z dala od leków – wyjaśnił mi mój tłumacz.

Toji to osoba, której zamożne, podszyte coraz większą niepewnością, ale wciąż poddane rygorom społeczeństwo XXI-wiecznej Japonii nie może dać odpowiedniego miejsca. Tego samego dnia pojechaliśmy do jego mieszkania. Pokój, w którym mieszka od zawsze, miał nagie ściany, małe łóżko, półkę z książkami i nową konsolę PlayStation2 na podłodze. Jego siostra, która mieszka na parterze, nie ma chłopaka i nigdy nie wpuszcza brata do swojego pokoju.

Przez ten czas, który minął od naszego poprzedniego spotkania, odwiedzał ulubione strony dla samobójców dwa, trzy razy w tygodniu po około 10 minut. Kiedy się na nich loguje, jak opowiada, znika pustka i przygnębienie, widzi jasny cel swojego życia. Wkrótce, zapewnił, znajdzie towarzyszy równie poważnie myślących o śmierci, którzy przygarną go do grupy.
David Samuels
(C) David Samuels (Wylie Agency/Syndykat Autorów), tł. PB Tekst ukazał się w majowym numerze „The Atlantic Monthly”

Islamiści we Włoszech

Źródło: Rzeczpospolita: Włoska szkoła zamachowców
23.07.2007

Szkołę zlikwidowali w sobotę włoscy policjanci. Śledztwo toczyło się od listopada 2006 roku. Podsłuch i kamery włoskie służby zainstalowały w meczecie, a raczej liczącym 60 metrów kwadratowych domu modlitwy na przedmieściach Perugii w Ponte Felcino.

Chodzi o niewinnie wyglądające mieszkanie na parterze tuż obok siedziby partii socjalistycznej z jednej, a ośrodkiem zdrowia z drugiej strony. Policjanci podsłuchiwali również telefony komórkowe pochodzącego z Maroka imama Mustafy el Krochiego i jego pretorianów. Okazało się, że w domu modlitwy poza godzinami przeznaczonymi na rozmowy o Allahu imam prowadził również zajęcia, które trudno nazwać inaczej jak „szkołą terroryzmu”. Najważniejsze włoskie dzienniki w niedzielę takim właśnie tytułem opatrzyły pierwsze trzy strony swoich doniesień na ten temat.

Zajęcia z teorii i praktyki terroru

El Krochi, z zawodu murarz, ma 41 lat. We w Włoszech mieszka od 1989 roku. Ma marokańską żonę i trójkę dzieci. Od pięciu lat jest imamem w domu modlitwy. Włoskie służby walczące z terroryzmem zauważyły, że szczególnie interesuje się stronami internetowymi islamskich fanatyków, a kiedy w ubiegłym roku wyjechał na chwilę do Maroka i po powrocie niesłychanie się internetowo uaktywnił, założono mu wszelkie możliwe podsłuchy. Okazało się, że imam najpierw ściągał ze stron integralistów wszelkie możliwe teksty i filmy, a potem sporządzał z nich podpórkę swoich kazań i wykładów. Podczas spełniania swoich religijnych obowiązków miał się na baczności, ale potem, w pomieszczeniu obok, prowadził zajęcia z teorii i praktyki terroryzmu.

„Wszyscy muzułmanie wejdą do raju, natomiast włoscy niewierni będą się smażyć w piekle, a tych wszystkich, którzy nie rozumieją naszej religii, należy poddać torturom” -opowiadał imam. Dużo czasu poświęcał też opowieściom o „stanowiącym uosobienie szatana” amerykańskim prezydencie George’u W. Bushu i konieczności wymordowania wszystkich Żydów. Wykładom ideologiczno-religijnym towarzyszyły zajęcia praktyczne. Tu słuchacze akademii zbrodni mogli usłyszeć, jak te cele osiągnąć. Imam pokazywał filmy instruujące, jak zrobić bombę ze składników, które można kupić w sklepach oraz gdzie i jak najlepiej ją podłożyć: w supermarkecie, na przystanku autobusowym czy też w samolocie. Ba! Przełożony domu modlitwy organizował nawet kursy walki wręcz.

Imam do dzieci: atakujcie włoskich rówieśników

Jednak największe oburzenie Włochów wzbudziło to, co imam opowiadał i pokazywał muzułmańskim dzieciom islamskich rodzin w Perugii. Zainstalowane kamery włoskich służb specjalnych zarejestrowały taki fragment kazania: „Macie atakować swoich włoskich rówieśników, aż uznają waszą wyższość, aż wypłynie z nich ostatnia kropla krwi. Musicie zademonstrować swoją wyższość nad chrześcijanami i Żydami!”. El Krochi pokazywał również dzieciom, w tym własnej kilkuletniej córce, ściągnięte z Internetu filmy z egzekucji „niewiernych” w Iraku lub Afganistanie, komentując: „Zabij go! O, tak! Allah jest wielki!”.

Imama i jego dwóch najbliższych współpracowników aresztowano. Włoskie służby uznały, że czas działać, bowiem w domu modlitwy w Perugii znajdowały się już składniki do skonstruowania bomb oraz zapalniki. Kolejnych kilkunastu Arabów jest poszukiwanych. Analiza połączeń telefonicznych wskazuje, że imam z Perugii miał kontakt z iracką Faludżą oraz z jednym z zamachowców z madryckiego metra. Co gorsza, nie do końca wiadomo, czy islamiści z Perugii to lokalni zeloci islamskiej wojny, czy element wielkiego międzynarodowego spisku.

Włochów szczególnie przeraża to, że imam el Krochi stał się wojownikiem świętej islamskiej wojny, mimo że mieszka we Włoszech od 18 lat. Już pojawiły się głosy włoskich mediów i wielu polityków, by przestać finansować włoskie meczety, domy modlitwy i centra kultury islamskiej, bo są to w gruncie rzeczy tykające bomby zegarowe.

A jest ich w sumie, oczywiście tylko tych legalnych, 696. Liczbę wyznawców islamu we Włoszech szacuje się na 800 tysięcy (w tym10 tys. rodowitych Włochów, a najczęściej Włoszek), ale co najmniej pół miliona, w tym poszukiwani przez włoskie służby wykładowcy i studenci terrorystycznej szkoły w Perugii, przebywa we Włoszech nielegalnie.

W związku z oskarżeniem o działalność terrorystyczną od zamachów z 2 września aresztowano we Włoszech blisko 300 osób pochodzących z krajów islamskich. Większość wydalono, a skazano ponad 50 osób.
PIOTR KOWALCZUK z Rzymu

Pranie mózgów skutecznie zmienia ludzi w zabójców

Bardzo trudno jest nam walczyć z islamskimi fanatykami, którzy zagrażają naszemu życiu i swobodom obywatelskim, z dwóch przede wszystkim powodów. Po pierwsze – świat polityki, intelektualiści i dziennikarze wciąż tłumaczą i usprawiedliwiają coraz częstsze seanse nienawiści świętą zasadą swobody wypowiedzi. Po drugie – trudno nam zrozumieć, że prawdziwą bronią globalnego islamskiego terroryzmu nie są ładunki wybuchowe ani pistolety, tylko pranie mózgów, które przekształca słuchaczy w roboty śmierci.

Jeśli chodzi o Ponte Felcino, gdzie działała rozbita przez policję szkoła terroryzmu, tylko dwa procent z 5 tysięcy mieszkańców dzielnicy jest Włochami. Zgadzając się na istnienie tego typu gett, sami się prosimy o kłopoty.

Magdi Allam jest muzułmaninem, zastępcą redaktora naczelnego dziennika „Corriere della Sera”

Program Atomowy Iranu

Źródło: Rzeczpospolita: Tarcza nie ma żadnego związku z Iranem
19.07.2007

ROZMOWA z Hadi Faradżwand ambasadorem Iranu w Polsce

Rz: Amerykanie mówią, że chcą wybudować tarczę antyrakietową, żeby chronić siebie i Europejczyków między innymi przed Iranem. Czy Iran jest zagrożeniem dla Ameryki i Europy?

HADI FARADŻWAND: Pomysł tarczy nie jest nowy. To poprawiona wersja projektu, który pojawił się już za prezydenta Reagana. Za Clintona zaczęto ponownie o nim myśleć, a decyzja o realizacji to czasy Busha. Gdy projekt powstawał, nie było jeszcze mowy o zagrożeniu ze strony Iranu. Także teraz techniczna strona projektu wyraźnie wskazuje, że służy on osiągnięciu strategicznej przewagi nad innymi krajami, prawdopodobnie Rosją i Chinami. Iran nie ma rakiet, które mogłyby razić cele w Stanach Zjednoczonych czy w Europie. To, że Amerykanie wymieniają Iran w kontekście projektu tarczy antyrakietowej, jest po prostu posunięciem propagandowym.

Teraz Iran nie ma takich rakiet. Ale Amerykanom chodzi o przeciwstawienie się temu, co będzie zagrożeniem za 10 czy 15 lat.

Iran nie ma zamiaru pracować nad tego typu pociskami czy rakietami. Mówienie o zagrożeniu w przyszłości jest nieuzasadnione.

Część amerykańskiej tarczy antyrakietowej zapewne powstanie w Polsce. Jak to wpłynie na stosunki irańsko-polskie?

Sam fakt, że Polska decyduje się na budowę systemu obrony antyrakietowej, to jej wewnętrzna sprawa. Natomiast deklaracji politycznych, że tarcza jest wymierzona przeciw Iranowi, oczywiście byśmy sobie nie życzyli. Tym bardziej że władze Polski dobrze wiedzą, że tak naprawdę ten system nie służy przeciwstawieniu się zagrożeniu ze strony Iranu.

Mówi pan, że Iran nie stanowi zagrożenia dla żadnego państwa. Jednak prezydent Ahmadineżad zapowiada wymazanie z mapy Izraela. W mediach zachodnich pojawiają się też spekulacje, że Iran ma zamiar militarnie się zaangażować w sąsiednim Iraku.

Iran w ciągu ostatnich 200 lat nigdy na nikogo nie napadł. Słowa prezydenta zostały zinterpretowane z myślą o określonym efekcie propagandowym. Jeżeli zaś chodzi o Irak, to nasza polityka nie służy żadnym innym celom niż zapewnieniu pokoju. Najlepszy dowód to przyjęcie propozycji bezpośrednich rozmów z USA poświęconych dalszej stabilizacji w Iraku.

Jak naprawdę brzmiały słowa dotyczące Izraela?

Nie było żadnych wypowiedzi sugerujących, że Iran zamierza zniszczyć Izrael czy dokonać jakiejkolwiek agresji. Z drugiej strony żaden kraj nie może przyjąć okupacji jako podstawy swego istnienia. Jesteśmy zwolennikami demokratycznego rozwiązania problemu Izraela. Polegałoby to na tym, że wszyscy mieszkający tu od pokoleń – Żydzi, muzułmanie i chrześcijanie, a także Palestyńczycy, którzy są na wygnaniu – określiliby w referendum przyszłość tego terytorium i rodzaj rządów.

Przejdźmy do irańskiego programu atomowego. Ostatnio pojawiły się doniesienia, że Teheran jest skłonny do jego spowolnienia. Czy zaczyna się zgadzać z krytyką, że program nuklearny burzy spokój w świecie?

Program atomowy Iranu ma charakter pokojowy. Potwierdzała to wielokrotnie Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej. Iran, posiadając już pokojową energię jądrową, mógłby się przyczynić do rozwoju współpracy gospodarczej w regionie. I w rezultacie do zwiększenia stabilizacji. Iran zawsze współpracował z MAEA. Kwestia spowolnienia czy zatrzymania programu z zasady nie jest rozpatrywana.

Wcześniej inspektorzy MAEA nie byli dopuszczani do obiektów atomowych w Iranie, a plomby zakładane przez Agencję były zrywane. Program atomowy Iranu w ogóle jest tajemniczy. I pewnie stąd podejrzenia, że ma cele nie tylko pokojowe.

Nie mają one zupełnie pokrycia w faktach. Iran pozwalał inspektorom Agencji na dokonywanie inspekcji w każdym miejscu, w którym sobie życzyli. Dotyczy to również miejsc o charakterze militarnym. Nasz program nuklearny jest całkowicie pod kontrolą MAEA i Iran będzie kontynuował współpracę z tą instytucją w zakresie nadzoru nad programem.

Reprezentuje pan kraj, który Amerykanie zaliczyli do osi zła, kraj, który ma wizerunek fundamentalistycznego i zagrażającego światu. Czy dyplomaci z Iranu mają w związku z tym utrudnioną pracę, czują się izolowani?

Szczycę się, że jestem przedstawicielem wielkiego kraju. W żaden sposób nie jesteśmy izolowani. Takie postrzeganie Iranu wynika z tego, że USA tak nas przedstawiają. Ale Ameryka to nie jest cały świat. Mamy dobre stosunki z wieloma państwami, rozwija się nasza współpraca gospodarcza ze wszystkimi krajami, między innymi z państwami europejskimi. Ostatnio na przykład podpisaliśmy 30-miliardowy kontrakt na dostawę gazu do Austrii.
rozmawiał Jerzy Haszczyński

Masturbacja dla małych dzieci – zalecana

Źródło: Rzeczpospolita: Władze zachęcają do zabawy w doktora
09.07.2007

„Ojcowie nie poświęcają łechtaczce i waginie córki wystarczająco uwagi. Zbyt rzadko ich pieszczoty obejmują te rejony ciała. A tylko w ten sposób dziewczynki mogą rozwinąć poczucie dumy ze swej płci” -czytamy w broszurze „Miłość, ciało i zabawy w doktora” wydanej przez Federalne Centrum Oświaty Zdrowotnej (BZgA). Jest skierowana do rodziców dzieci w wieku od roku do trzech lat.

Według autorów dla zdrowego rozwoju dziewczynki istotne jest, żeby ojciec okazywał jej, jak bardzo jest dumny z tego, że jest dziewczynką. Najlepiej za pomocą rąk: „Dziecko dotyka wszystkich części ciała ojca. Czasami podniecając go. Ojciec powinien robić tak samo”.

Z broszury można się dowiedzieć, że matki często nadają penisowi syna pieszczotliwe nazwy. Organy seksualne dziewczynki pozostają jednak bezimienne. W ten sposób dziewczynka ma się czuć gorsza od chłopca. Ojcowie powinni więc z czułością mówić o waginie córki, nazywając ją na przykład „kubeczkiem miodu.”

Autorzy broszury radzą rodzicom, aby pozwalali dzieciom na”nieograniczoną masturbację”. „Kiedy dziewczynka wkłada sobie przedmioty do waginy, rodzic powinien tylko wtedy interweniować, kiedy istnieje ryzyko, że zrobi sobie krzywdę. Na przykład kiedy jej wargi sromowe są już spuchnięte od ocierania się o fotel. Wtedy trzeba powiedzieć dziecku, że nie powinno się kaleczyć. Tłumacząc równocześnie, że stymulacja genitaliów jest całkowicie w porządku” – czytamy.

Nie dla zahamowań

Masturbacja i dotykanie genitaliów przez rodziców ma zapobiec zahamowaniom seksualnym dziecka w wieku dorosłym: „Dzieci powinny się nauczyć, że nie ma czegoś takiego jak wstydliwe części ciała. Ciało to dom, z którego trzeba być dumnym”.

Piosenki o waginie

BZgA ma także dobre rady dla rodziców nieco starszych dzieci. Niedawno urząd wydał poradnik na temat rozwoju seksualnego przedszkolaków. Rodzice dowiadują się, że naśladowanie ruchów kopulacyjnych jest wskazane dla rozwoju czterolatka.

Wraz z poradnikiem urząd rozsyła książeczkę z piosenkami pod tytułem „Nos, brzuch i pupa”. Jedna z nich, brzmi następująco: „Kiedy dotykam mego ciała, odkrywam, co mam. Mam waginę, bo jestem dziewczynką. Ona nie tylko służy do siusiania. Kiedy ją dotykam, czuje przyjemne mrowienie”.

Broszura BZgA należy do lektur obowiązkowych w dziewięciu landach niemieckich. Stosuje się ją podczas szkolenia wychowawców w żłobkach, przedszkolach oraz szkołach podstawowych. Poleca ją nawet wiele organizacji oficjalnie walczących z pedofilią. Tak jak Niemiecki Związek ds. Ochrony Dzieci (Kinderschutzbund). BZgA, która jest podporządkowana Ministerstwu ds. Rodziny, co roku rozsyła miliony egzemplarzy 40-stronicowej książeczki.

Perwersyjny umysł

Odmienne opinie można jednak znaleźć na licznych niemieckich forach internetowych. „Przerażające”, „perwersyjne” lub „szokujące” – te słowa pojawiają się najczęściej w wypowiedziach internautów.

Podobnego zdania są psycholodzy. – To patologiczne spojrzenie na rzeczywistość. Dzieci nie powinno się uświadamiać w taki sposób. Trzeba mieć perwersyjny umysł, żeby coś takiego napisać -powiedział „Rz” jeden z wykładowców psychologii klinicznej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.

BZgA odpiera zarzuty. – Dzieci są stworzeniami seksualnymi i szukają ciągle zaspokojenia swych potrzeb – powiedział „Rz” urzędnik BZgA Eckhardt Scheffer. – Źli nie są rodzice, którzy na to pozwalają, lecz ci, którym się to źle kojarzy.
ALEKSANDRA RYBIŃSKA

Nowoczesne wychowanie

ECKHARDT SCHEFFER, Federalne Centrum Oświaty Zdrowotnej (BZgA)

Przed publikacją poradnika skonsultowaliśmy się z rodzicami, wychowawcami oraz psychologami dziecięcymi. 93 procent z nich oceniło go pozytywnie. Kiedy mówimy o dotykaniu genitaliów dzieci, chodzi nam o to, żeby dziecko nie dorastało w przekonaniu, że jego genitalia są obłożone tabu, że są czymś, czego nie wolno dotykać, czymś, co nie istnieje. To prowadzi do zaburzeń w późniejszym życiu. Podświadomie dziecko będzie miało więcej zahamowań seksualnych niż jego rówieśnicy wychowani bardziej liberalnie. Dlatego trzeba pozwolić dzieciom na masturbację. Nie wolno w tym widzieć erotyzmu, tylko naturalne zachowanie dziecka.

ANNA PRZYMONT, psycholog dziecięcy

Rodzice powinni dziecku poświęcać czas i uczucia. Pieszczoty są ważne, jednak nie powinny polegać na dotykaniu genitaliów. Nie ulega wątpliwości, że dzieci w tym wieku się masturbują. Zaspokajają w ten sposób pierwotne potrzeby. Pozwalanie im na to spowoduje jednak, że będą się masturbować cały czas. Aż do uzależnienia. Często kończy się to zaburzeniem emocjonalnym. To, co napisano w tej broszurze, jest wulgarne i graniczy z pedofilią.

Inne ciekawe artykuły:
Po homoseksualizmie czas na legalizację pedofilii
Wpływ reklamy na zachowanie dzieci
Geje pedofile
Dyskusja o zmianach w oświacie w tym o edukacji seksualnej

Vaclav Klaus o integracji europejskiej, tarczy antyrakietowej i ekologach

Źródło: Rzeczpospolita: Frustrują mnie ambicje unijnych polityków
05.07.2007

Prezydent Czech Vaclav Klaus o integracji europejskiej, tarczy antyrakietowej i ekologach

Rz: Czy za pana kadencji na pałacu prezydenckim zawiśnie flaga UE?

Vaclav Klaus: Nie widzę powodu do tego i jest to moje niezmienne stanowisko. Ostatni szczyt Unii tylko utwierdził mnie w tym przekonaniu. W preambule nowego traktatu nie ma przecież słowa o unijnej fladze.

Często wspomina pan, że jest sfrustrowany tym, co dzieje się w Unii. Czy sytuacja w Europie jest dziś tak dramatyczna?

Europa jako kontynent istnieje, tak jak istniała wieki temu. I nie ona mnie frustruje. Frustrujące są ambicje Unii Europejskiej, jej polityków i ustawodawców, którzy chcą centralizować, sterować nami z góry. Dlatego trzeba rozróżniać Unię i Europę. To absolutnie podstawowa sprawa. Europa to obszar geograficzny. Unię Europejską stworzył człowiek.

Czy istnienie takiej organizacji w ogóle ma sens?

Potrzebujemy integracji europejskiej, ale pod tym pojęciem rozumiem liberalizację, usunięcie wszelkich barier, granic, zagwarantowanie wolności działania i wolności człowieka. Potrzebujemy też jak najmniej prawnych ograniczeń i zasad, jak zachowywać się w organizacji, jaką jest UE. To oznacza dla mnie termin „integracja europejska”. Zjednoczenie Europy to zupełnie inny proces. Nie uważam, by było konieczne ani bardzo użyteczne.

Chciałby pan, aby Czechy wystąpiły z Unii, gdyby było to możliwe?

Taki problem nie istnieje. Należymy do Europy i musimy brać udział w europejskiej integracji.

Dlaczego Czechy zdecydowały się poprzeć Polskę podczas ostatniego szczytu Unii w Brukseli?

Uważamy Polskę za przyjaciela. Muszę przyznać, że sam – gdy chcę zabrać głos podczas unijnych szczytów – staram się zawsze rozejrzeć się, czy ktoś będzie gotów podnieść rękę, by powiedzieć: zgadzam się z panem.

Czy ma dla pana znaczenie to, że w Polsce rządzi prawica?

W pełni respektuję suwerenność Polski i nie oceniam jej polityki wewnętrznej. Nie interesują mnie problemy szkolnictwa czy strajki lekarzy. Dla mnie ważne jest, jak Polska zachowuje się podczas unijnych spotkań, jaka jest jej pozycja w Europie. I mogę zdecydowanie powiedzieć, że o wiele bardziej podoba mi się pozycja Polski Lecha Kaczyńskiego niż poprzedniego prezydenta. Według mojej własnej terminologii Aleksander Kwaśniewski był zdecydowanym zwolennikiem federacji europejskiej, który popierał zjednoczenie Europy. Kaczyński jest bliżej mojego stanowiska, że naród i państwo to podstawy integracji UE. Ale podkreślam: to moja terminologia. Obaj prezydenci jej nie używają.

Widziałby pan Polskę w roli mocarstwa regionalnego?

Polska jest większym krajem niż inne w regionie i z tego powodu odgrywa większą rolę. Ale to tyle. Europa Środkowo-Wschodnia nie jest zorganizowana tak, by dać jednemu państwu większą władzę. Niech tak pozostanie.

Czesi i Polacy mają podobne problemy w kontaktach z USA: tarcza antyrakietowa, zniesienie wiz. Może rządy obu państw mogłyby lepiej współpracować w tym zakresie?

Nie chcę składać żadnych deklaracji, ale to nie byłaby najlepsza strategia. Negocjujmy oddzielnie, ale starajmy się wzajemnie rozumieć nasze racje, informować o naszych postępach, wspierać, gdy mamy takie same poglądy.

Czy nasze kraje potrzebują tarczy antyrakietowej?

Nie chcę teraz wypowiadać ostrzejszych słów niż podczas wizyty prezydenta Busha w Pradze. Powiem tylko, że znacznie bardziej jestem zainteresowany budową tarczy jako symbolicznym gestem wyrażającym dobre stosunki transatlantyckie oraz utrzymanie i wzmocnienie stosunków czesko-amerykańskich. Nie chcemy być całkowicie uzależnieni od UE. Dla zachowania równowagi chcemy mieć silnego sojusznika w Ameryce.

A jakim sojusznikiem jest Polska?

Polska była dla mnie zawsze bardzo przyjaznym krajem. Ja i żona kochamy narty. Jednak odkąd otworzyły się granice Zachodu, częściej bywam w Austrii niż w Polsce; z Pragi jadę tam samochodem trzy godziny. Ale w czasach komunizmu Polska była krajem, który odwiedzałem częściej niż jakikolwiek inny. Najpierw jako koszykarz pod koniec lat 50. z kadrą juniorów rozgrywałem mecze w Polsce. Potem przyjeżdżałem jako pracownik Czechosłowackiej Akademii Nauk. Pod koniec lat 70. i w latach 80. sytuacja w Czechosłowacji była bardzo trudna i mogliśmy uczestniczyć w międzynarodowych konferencjach tylko w Polsce i na Węgrzech. Odwiedziłem też Polskę we wrześniu 1989 roku, gdy powstał pierwszy niekomunistyczny rząd. Miałem wtedy jechać w niedzielę nocnym pociągiem, ale weekend spędzałem w naszym domku w południowych Czechach. To stary farmerski dom. Nie było telewizora, nie słuchaliśmy radia, nie czytałem gazety. O tym, że powstał rząd Mazowieckiego, dowiedziałem się dopiero na dworcu w Warszawie, gdy kolega po mnie nie wyszedł, bo został członkiem gabinetu. Wielu ministrów było zresztą moimi kolegami. Dlatego mój stosunek do Polski jest inny niż przeciętnego człowieka.

Co jest dziś największym zagrożeniem dla Europy?

Centralizacja procesu decyzyjnego w UE. Coraz większym problemem jest też demokracja. To dla mnie stokroć ważniejsze niż zagrożenie dostaw ropy z jakiegoś kraju.

A jeśli chodzi o tradycyjne wartości?

Nie widzę bezpośredniego związku z UE. Chociaż być może jest jeden, hipotetyczny. Myślę o osłabieniu państwa narodowego, co oznacza również osłabienie wielu tradycyjnych wartości. W tym sensie dalsze zjednoczenie Europy może przyczynić się do zmian w systemie wartości.

Jaka jest rola imigrantów?

Napływ imigrantów zmienia Europę. Czechy należą do tych szczęśliwych krajów, w których liczba imigrantów jest stosunkowo niska, choć znacznie większa niż kiedyś. Ostatnio 15 kilometrów pod Pragą grałem w tenisa z przyjaciółmi. Tam, gdzie jedliśmy kolację, była grupa 20 – 25 Chińczyków z dziećmi. Takiej grupy Azjatów dziesięć lat temu nie spotkałoby się nawet w centrum Pragi. To pokazuje fundamentalną, radykalną zmianę.

Pana zdaniem imigranci zagrażają Europie?

Widzę takie zagrożenie. Nie jestem jednak zły na imigrantów, lecz na Europejczyków, którzy ich sprowadzili. Istnieją dwie grupy Europejczyków odpowiedzialnych za przybycie milionów cudzoziemców na nasz kontynent. Pierwsza to ideolodzy, którzy przez ostatnie trzy dekady promują doktrynę wielokulturowości, przekonują, że każdy jest w porządku, że każdy może być naszym sąsiadem. Uważam ją za złą, chybioną. Druga grupa to europejscy socjaliści, którzy stworzyli państwa socjalne i uprawiają politykę społeczną, która nie motywuje do pracy Europejczyków. To oni stworzyli system, w którym bogatsi Europejczycy nie chcą wykonywać pewnych prac. Dlatego potrzebni są imigranci. To nie islamscy ideolodzy czy al Kaida jest odpowiedzialna za imigrantów i problemy z nimi związane. To Europejczycy.

Mówi pan, że nie ma nic przeciwko homoseksualistom, lecz homoseksualizmowi. Lubi pan kobiety, ale nie feminizm. Czy jest pan przeciwko wszystkim -izmom?

Jestem klasycznym liberałem, zdecydowanie przeciwnym wszelkim -izmom oraz osobom, które próbują przeforsować te ideologie i wartości. W tym sensie bliżej mi do stanowiska Polski niż innym politykom. Wielokulturowość jest bardzo złą ideologią. Opowiadam się za perfekcyjnymi sąsiedzkimi stosunkami. Mam dom i lubię mieć dobrych sąsiadów. Gdy zapomnisz kupić sól, możesz zapukać do drzwi obok i pożyczyć. Dzieci sąsiada bawią się z twoimi dziećmi. Ale drzwi naszych mieszkań są zamknięte na klucz. Jeśli chcę porozmawiać z sąsiadem, muszę zapukać lub zadzwonić. A wielokulturowość likwiduje nie tylko zamek, lecz i drzwi, lub sugeruje, by zawsze pozostały one otwarte.

Homoseksualiści i feministki powinni więc głosić swoje hasła w domu, a nie starać się za ich pomocą zbawiać świat?

Mam wiele ostrych poglądów. Nie chcę walczyć ze wszystkimi, z którymi się nie zgadzam. Dlatego dziś wystarczy mi walka z europeizmem, ekologizmem i wielokulturowością.

Podobno uważa pan dzisiejszych ekologicznych fanatyków za większe zagrożenie od komunistów?

Nie mówię, że stanowią większe zagrożenie. Tyle, że komunizm nie stanowi dziś realnej groźby dla świata; zagrożeniem dlań jest ideologia ekologizmu. Napisałem książkę, której podtytuł brzmi: „Co jest większym zagrożeniem? klimat czy wolność”. I jestem coraz bardziej przekonany, że dla wielu środowisk zagrożeniem nie jest klimat, ale wolność. Ekologiczni fanatycy wykorzystują hasła ochrony środowiska, by nas kontrolować, by rządzić światem, wpływać na nasze życie w sposób, który jest absolutnie nie do przyjęcia dla wolnych ludzi. Trzeba zniszczyć histerię wokół tej ideologii.

Jak?

Jeżdżę po świecie, udzielam wywiadów, piszę. Moja książka ukazała się sześć tygodni temu i wciąż jest na pierwszym miejscu na liście bestsellerów w Czechach.

Czy naukowcy uważają pana za szaleńca?

Nie. Otrzymuję od nich setki e-maili. Poza tym ekologia to nie jest kwestia naukowa. Hasła, które głosi G8 czy UE, dotyczące zmiany klimatu są szalone i irracjonalne.

W sondażach popularności i zaufania bije pan na głowę innych polityków. Co takiego ma w sobie Vaclav Klaus?

Osobowość. Mam poglądy, których nie zmienią ataki wpływowych gazet i polityków. Wszyscy wiedzą, że nie jestem jak chorągiewka i nie zmieniam zdania, jak wieje wiatr. Jeżdżę po kraju, odwiedzam ludzi, można mnie spotkać na nartach w Karkonoszach.

Słynie pan z wypowiedzi niepoprawnych politycznie. Często uprzedza pan: teraz powiem coś, co będzie politycznie niepoprawne. Zawsze pod prąd?

Polityczna poprawność to tragedia. Podczas wizyty w Islandii premier powiedział o mnie: Vaclav Klaus jest bardzo często politycznie niepoprawny, ale najczęściej jest poprawnym politykiem. To trafia w sedno i bardzo mi się podoba.
rozmawiała w Pradze Katarzyna Zuchowicz

————

Inne artykuły /wypowiedzi prezydenta Czech Vaclav Klausa

Prawdziwa twarz przedstawicieli Unii Europejskiej – skandaliczne zachowanie parlamentarzystów europejskich na spotkaniu z Prezydentem Vaclavem Klausem

Madry człowiek Vaclav Klaus – prezydent Czech

Głos Wolności – rozmowa z Vaclavem Klausem

Vaclav Klaus o integracji europejskiej, tarczy antyrakietowej i ekologach

Traktat Reformujący EU- Konstytucja Europejska

Reklamę pełna seksu – płacimy wszyscy

Źródło: Rzeczpospolita: Bruksela funduje reklamę pełną seksu
03.07.2007

Unia zapłaciła za półminutowy filmik zawierający aż 18 erotycznych scen. Ma to być reklama europejskiej kinematografii.

Przy narastającym dźwięku nerwowej muzyki instrumentów smyczkowych seks, między innymi w samochodzie i toalecie, uprawiają na zmianę pary heteroseksualne, geje i lesbijki.

Robią to tak dziarsko, że na półkach trzęsą się butelki z alkoholem, a nawet rozbija się auto. Film kończy się scenami, którym towarzyszą odgłosy orgazmu, po czym pojawia się napis: „Let’s come together” (Przeżyjmy to razem). „Come” to po angielsku m.in. orgazm. Na zakończenie można przeczytać: „Miliony miłośników kina każdego roku podziwiają europejskie filmy. Europa wspiera europejskie kino”.

Eurodeputowany LPR Maciej Giertych jest oburzony. -Ta reklama jest po prostu wulgarna. Ale z unijnej kasy jest fundowanych tak wiele idiotycznych rzeczy, że jeden krótki film jest w tym towarzystwie dość mało bulwersujący. W gruncie rzeczy zupełnie mnie on nie dziwi -mówi „Rz”.

Komisja Europejska odpiera zarzuty. Unijni urzędnicy, z którymi rozmawialiśmy, podkreślają, że kampania reklamowa została zaprezentowana w lutym na festiwalu filmowym w Berlinie. Zapewniają, że spotkała się z bardzo pozytywną reakcją kilku tysięcy widzów. Poza tym reklamówki oceniali nie tylko widzowie, ale także ministrowie kultury państw Unii. – Nie mogłem być na festiwalu, bo byłem w Brukseli -mówi „Rz” minister Kazimierz Michał Ujazdowski. Jak udało się nam ustalić, w zastępstwie pojechał wiceminister Krzysztof Olendzki.

Komisja Europejska ma do wydania 700 milionów euro w latach 2007 – 2013 na promocję europejskiej kultury. To właśnie z tych pieniędzy sfinansowano serię spotów reklamowych promujących kinematografię. W tym, który wzbudził kontrowersje, wykorzystano sceny erotyczne ze znanych europejskich filmów, m.in. z „Amelii” Jean-Pierre’a Jeuneta, „Wszystko o mojej matce” Pedra Almodovara, a także filmów Bernarda Bertolucciego i Larsa von Triera. Fragmenty wybrała i zmontowała zewnętrzna firma na zlecenie komisarz ds. społeczeństwa informacyjnego i mediów Viviane Reding.

Unijne pieniądze są również wydawane na tłumaczenie filmów i wspieranie ich dystrybucji. Urzędnicy Komisji Europejskiej przekonują, że tylko w ten sposób można wypromować takie europejskie produkcje jak „Amelia”. Romantyczna komedia cieszyła się w ojczystej Francji wielkim powodzeniem, ale dopiero przy wsparciu Unii udało się ten sukces powtórzyć za granicą.
WOJCIECH LORENZ, PIOTR KOWALCZUK

Filmy można obejrzeć na stronie http://ec.europa.eu/information_society/media/overview/clips/index_en.htm

Cyberterroryzm – co to jest?

Źródło: Rzeczpospolita: Uwaga na cyberterroryzm
03.07.2007

ROZMOWA Dr Agnieszka Bógdał-Brzezińska, specjalistką ds. bezpieczeństwa informacyjnego

Rz: Niedawne wydarzenia w Estonii, kiedy to przez działania hakerów na kilka tygodni zostały zablokowane internetowe strony władz Estonii, banków i mediów, to dowód, że cyberterroryzm jest realnym zagrożeniem dla bezpieczeństwa państwa?

Agnieszka Bógdał-Brzezińska: Poziom ocyfrowania społeczeństwa i organów rządowych Estonii przewyższa średnią statystyczną krajów środkowo- i wschodnioeuropejskich, a kraj ten znajduje się w elicie państw wykorzystujących najnowsze technologie. W takich przypadkach, dzięki rozbudowaniu struktury informatycznej, dokonanie ataków cybernetycznych jest łatwiejsze. Nie zdziwiło mnie więc, że wśród różnych form protestu, który wyrażali Rosjanie wobec przeniesienia pomnika żołnierzy radzieckich, użyto ataku cybernetycznego. Wiadomo było, że Estończycy są w tej sferze wrażliwi.

Na czym konkretnie polegał ten cyberatak?

Było to klasyczne blokowanie serwerów rządowych przez e-mail bombing. Nie jest to nowy środek. Już w Meksyku w latach 90. dokonywano podobnych ataków, aby zwrócić uwagę opinii publicznej na działalność partyzantów zapatystowskich w stanie Chiapas. Dokonuje się protestacyjnej inwazji e-mailowej, która blokuje przez pewien czas zaatakowane serwery.

Czym różni się ten atak od poprzednich?

Pierwsze ataki miały charakter eksperymentalny i służyły dokształcaniu się grup hakerów. Rozwój technik służących atakom cyberterrorystycznym przybierał po prostu formę „wojen hakerskich” między grupami hakerów, które próbowały zdobyć w ten sposób zarówno popularność, jak i pewne umiejętności techniczne. Atak, z jakim mieliśmy do czynienia wobec Estonii, można uznać za atak spontaniczny, nie do końca przez rząd rosyjski sterowany. Nastąpiła wtórna aktywizacja środowiska społecznego, które rękami swojej „elity technologicznej” – hakerów usiłuje dać sygnał rządowi państwa trzeciego, że polityka tego kraju godzi w interes danego społeczeństwa. Odbywa się to z pominięciem szczebla rządowego. Niektóre państwa szkolą swoich rządowych, najczęściej wojskowych, hakerów, na potrzeby serwowania ataków państwom nieprzyjacielskim i prowadzącym politykę sprzeczną z interesem narodowym kraju.

Które?

Przodują tu Chiny, które zarówno wspierają, jak i szkolą hakerów. Chińska Republika Ludowa określana jest jako cyber rogue country, czyli przestępca cybernetyczny na szczeblu państwowym. Minister bezpieczeństwa publicznego Chin Jia Chunwang stwierdził w 2002 roku, że wirus komputerowy został stworzony jako narzędzie zorganizowanego masowego ataku. Siły zbrojne Chin kształcą hakerów wojskowych dokonujących ataków na systemy rządowe innych krajów, kontestujących politykę Pekinu. Dotyczy to serwerów amerykańskich, japońskich, południowokoreańskich, ale również tajwańskich, a także ugrupowań opozycyjnych, jak ruch wolnościowy wschodniego Turkiestanu czy tybetański ruch wyzwoleńczy. Chińczycy specjalizują się w dokonywaniu ataków hakerskich w warunkach pokoju, ale pokazują w ten sposób, że są gotowi używać tych technik także w przypadku konfliktu zbrojnego.

Jakie były najbardziej znane ataki cyberterrorystyczne?

Rosja, której obywatele byli nadawcami ataku cyberterrorystycznego wobec Estonii, sama przeżyła traumatyczny eksperyment hakerów na początku 1995 roku. Doszło wówczas do zachwiania równowagi systemu bankowego Federacji Rosyjskiej. Kaukascy hakerzy – prawdopodobnie Czeczeńcy – dokonali ataków w rosyjski system finansowy, uszczuplając jego zasoby o ok. 300 mln dolarów.

Które instytucje są najbardziej narażone na ataki?

Każdy sektor infrastruktury krytycznej, czyli gospodarki i życia społecznego, który został podłączony do sieci internetowej bądź jest sterowany internetowo, może zostać zaatakowany. W przypadku systemu nawigacji ruchem lotniczym może to doprowadzić do katastrof lotniczych, a systemu elektrowni – spowodować wyłączenia prądu.

Zagrożone są bardziej państwa czy firmy prywatne, duże korporacje?

Atrakcyjniejszym dla terrorystów, bo mniej odpornym i łatwiejszym celem są państwa. Korporacje nie są częstymi adresatami ataków. Wielkie transnarodowe firmy mają bardziej kompleksowo rozwinięte systemy zabezpieczeń. Państwa mogłyby kopiować pewne rozwiązania korporacji transnarodowych i czynią to, naśladując korporacyjne doświadczenia zarządzania wiedzą.

Na czym polegają główne techniki ataków?

Najczęstsze są blokady serwerów rządowych, bo one są najbardziej spektakularne i doprowadzają do zahamowania sprawności komunikacji między urzędami. Najważniejsze jest jednak to, o czym się nie pisze, przynajmniej w USA, ataki ingerujące w zasoby informacyjne organów bezpieczeństwa i tam dokonujące mutacji i modyfikacji danych, które mogą np. w skrajnej formie doprowadzić do zablokowania kodów dostępu do rakiet balistycznych, czy sterujących bronią masowego rażenia. Informacje na ten temat nie są zbyt chętnie udostępniane i nie bywają przedmiotem badań. Kraje rozwinięte starają się je ukrywać.

Jak wygląda ustawodawstwo w sprawie walki z cyberterroryzmem?

Najbardziej interesującym osiągnięciem jest konwencja w sprawie cyberprzestępczości Rady Europy. W jej przygotowaniu brali udział nie tylko informatycy, ale i prawnicy specjalizujący się w prawie karnym komputerowym. Ciekawe są regulacje w Australii i Nowej Zelandii, które dość wcześnie zajęły się ochroną bezpieczeństwa informacyjnego i zaczęły traktować APEC jako forum dyskusji o tych kwestiach i sprzeciwiały się narzucaniu przez USA ich własnych rozwiązań. ONZ od 1999 roku corocznie publikuje rezolucje w sprawie konieczności zapobiegania cyberprzestępczości. Trudno jednak walczyć z cyberterroryzmem, dopóki cała przestrzeń Internetu nie znajdzie się pod kontrolą jakiejś agendy ONZ, czemu sprzeciwiają się niestety USA.

Niektórzy uważają, że na szczęście.

W tej materii powinno się wszystko podporządkować instytucjom współpracy wielostronnej. To, że ICANN jest kontrolerem całej przestrzeni globalnego Internetu, nie jest dobrym rozwiązaniem.

ICANN gwarantuje obecną wolność w Internecie.

Często pełna wolność i kwestia bezpieczeństwa stoją w sprzeczności.

Obrońcy wolności w Internecie uważają, że państwa podnoszą kwestię cyberterroryzmu, chcąc nałożyć kaganiec na Internet.

W USA takie obawy się pojawiają. Regulacje prawne to jednak pierwszy krok do zrozumienia i upowszechnienia świadomości zagrożeń cyberprzestępczością. Wśród decydentów politycznych ta świadomość jest bardzo mała.

Rządy walczą o jak najlepszych informatyków, którzy mają działać w interesie bezpieczeństwa informacyjnego danego kraju. Można mówić o swoistym „najemnictwie informatycznym”, używając nazewnictwa wojskowego?

Mówi się o pokojowym najemnictwie informatyków wykształconych w Indiach, zagłębiu dobrze wykształconych specjalistów. Duża ich część znajduje pracę na Zachodzie, ale mogą być także wykorzystywani przez różnorodne internetowe grupy przestępcze.

Informatycy zyskują władzę kosztem polityków?

Możemy mówić o technokracji, jako synonimie władzy, którą można wzmacniać z wykorzystaniem nowoczesnych technologii. Informatyk programista, jeżeli staje się menedżerem wiedzy, może stać się niezbędnym doradcą nowoczesnego rządu. Posiada bowiem wiedzę techniczną, której nie posiada polityk. Informatycy to przyszła, potencjalna elita polityczna.

Przyszłe wojny mogą być cyberwojnami?

To nie jest kwestia przyszłości. Wojna w Zatoce Perskiej, jak i operacje prowadzone w Kosowie miały w sobie wiele cech wojen cybernetycznych. Z jednej strony hakerskie grupy protestu umieszczały na rządowych stronach USA i Serbii apele antywojenne, a z drugiej strony media – nośnik nowoczesnych technologii, np. CNN, stawały się narzędziem propagandy prowojennej. Sojusz państw rozwiniętych technologicznie z nowymi mediami pogłębi się, a przyszłość informatyki będzie rzutować na definiowanie mocarstwowości państwa. Świat zmierza w kierunku dominacji mocarstw technologicznych i informatycznych. Według politologa amerykańskiego Josepha S. Nye’a przyszłość USA jako światowego hegemona zależy od tego, do jakiego stopnia będą one zdolne wykorzystywać nowoczesne technologie do swojej pokojowej i wojennej polityki. Działalność Chin i Rosji wskazuje także na ten kierunek.

Jak mogłaby wyglądać cyberwojna przyszłości?

Trudno zaprzeczyć zaletom wojny z dużą przewagą środków cybernetycznych. Taki konflikt niesie ze sobą mniejsze straty demograficzne i jest nieprzewidywalny w zakresie metod, które mogą zostać użyte. Trudno jednak mówić o scenariuszu takiej wojny, ale za gen. Stanisławem Koziejem mogę powtórzyć, że cyberwojny będą coraz częściej uzupełniały tradycyjne metody walki.

Możemy sobie wyobrazić, że któregoś dnia na serwerach WhiteHouse.com, CNN.com, Microsoft.com i innych ważnych serwerach amerykańskich pojawia się nagle deklaracja wypowiedzenia wojny przez jakąś nieznaną organizację, poprzez pluskwy czy wirusy przestają działać sieci telefoniczne i zakłady energetyczne, a wszystkie światła na drogach stają się zielone w jednym momencie?

Nie widzę możliwości tak skoordynowanych działań w jednym momencie i istnienia sieci podmiotów o wspólnych celach, dostatecznie wyposażonych i przeszkolonych, by mogły taką akcję przeprowadzić. Taki atak przy założeniu, że przeciwko państwu narodowemu, które ma określone terytorium i populację, występuje niezdefiniowany terytorialnie podmiot typu al Kaida i dokonuje ataku, wykorzystując tylko cyberprzestrzeń bez poparcia środków fizycznych, nie przyniósłby sukcesu na dużą skale. Wojna prowadzona przez państwa lub sojusze państw wspomagana środkami cybernetycznymi jest w przyszłości prawdopodobna. Natomiast wojna prowadzona przez organizację terrorystyczną przeciwko państwu, ograniczona tylko do przestrzeni wirtualnej byłaby mało skuteczna i dlatego jest mało prawdopodobna.

Przy dzisiejszych możliwościach technicznych, a w przyszłości?

Przyszłość to wielkie nadzieje związane z postępem technologicznym. Ale będzie ona zależeć również od rozwoju świadomości zagrożeń dla bezpieczeństwa informatycznego. Jeśli powszechną praktyką staną się narodowe programy ochrony przed cyberterroryzmem, walka w cyberprzestrzeni pozostanie nadal środkiem tylko uzupełniającym tradycyjny terroryzm. Wielką nadzieję wiążę z inicjatywami międzynarodowymi i inspirującym wpływem strategii ramowych Unii Europejskiej i ONZ w tej kwestii.
rozmawiał Konrad Rajca