Waleczny jak francuz

Francuzi nie chcieli walczyć i ginąć za Gdańsk. Przekonaj się dlaczego. Obejrzyj.

Reklamy

Burzenie Kościołów czas rozpocząć

Źródło: Le Monde: Czy wolno zburzyć kościół?
27.09.2007

Nie jest pewne, czy prace zaczną się przed wyborami samorządowymi zapowiedzianymi na marzec 2008 roku, ale mer Valanjou (w departamencie Maine-et-Loire) jest zdecydowany: wieżyczka i dzwonnica kościoła świętego Marcina z Joué znikną z panoramy miasta. Taką decyzję podjęła jeszcze wiosną rada miejska. Głosowało za tym szesnastu radnych, jeden był przeciw. – Mamy trzy kościoły dla dwóch tysięcy mieszkańców. Roczny średni koszt utrzymania takiego przybytku wynosi 12 tysięcy euro. Władze miasta nie mają środków na finansowanie robót remontowych – stwierdza po prostu Bernard Briodeau.

Mer przyznaje, że decyzja była trudna, sprzeciw zgłosiła jedna z miejscowych partii. Ale Briodeau nie żałuje, że zajął się tą sprawą. – Rozumiem symboliczne znaczenie tego miejsca, moje własne dzieci były tu chrzczone. Ale przestańmy ciągle mówić o dziedzictwie. W departamencie jest ponad 300 kościołów tego typu. U świętego Marcina tylko dolna część świątyni pochodzi z XV wieku i nigdy nie było mowy o jej zburzeniu. Rozbiórka górnej części kościoła będzie kosztowała około 280 tysięcy euro. Mer właśnie szuka tych pieniędzy, liczy na subwencje.

Podobnie jak Valanjou tysiące francuskich gmin musi radzić sobie z kosztami utrzymania miejsc kultu zbudowanych przed wejściem w życie ustawy z 1905 roku (wprowadza ona zasadę rozdziału Kościoła od państwa, zgodnie z tym prawem właścicielami świątyń zbudowanych przed tą datą są społeczności lokalne – przyp. Onet). Dlatego los tych obiektów jest niepewny. We Francji jest 100 tysięcy budynków sakralnych, a 13 tys. z nich zostało uznanych przez ministerstwo kultury za zabytki. Polityka łączenia parafii spowodowana spadkiem liczby wiernych oddających się praktykom religijnym pociągnęła za sobą całkowite lub częściowe zamknięcie setek kościołów.

A jednak zaledwie dziesięć z nich jest bezpośrednio zagrożonych rozbiórką. I tylko kilka gmin przeszło do czynów rozbudowując przy tym inne miejsce kultu, lepiej odpowiadające potrzebom miejscowej ludności. – Od dziesięciu lat rozbiórka kościoła nie jest już tematem tabu – mówi Alain Guinberteau, założyciel strony internetowej 40000clochers.com, zajmujący się katalogowaniem i dokumentacją fotograficzną francuskich kościołów.

Niedawno powstałe stowarzyszenie, które prowadzi działalność na rzecz zachowania dziedzictwa religijnego i aktywnie walczy o ocalenie kościołów, ocenia, że „znaczna część spośród 100 tysięcy budowli sakralnych może stać się bezpańska w ciągu najbliższych trzydziestu lat”. OPR i jego honorowa przewodnicząca Bernadette Chirac starają się, wspólnie z garstką lokalnych stowarzyszeń ochrony dziedzictwa, podtrzymywać miejscowe tradycje i wartości. Według sondażu opublikowanego w czasopiśmie „Le Pelerin” („Pielgrzym”) z 13 września i podanego do wiadomości publicznej dwa dni wcześniej, podczas konferencji zorganizowanej w senacie w ramach Dni Dziedzictwa 67 procent pytanych uznało, że należy starać się „zachować jak największą liczbę kościołów”. (…)

Podobnie jak inni przedstawiciele środowisk katolickich, Elie Geffray, ksiądz i zastępca burmistrza w Eréac jest przekonany, że „znalezienie nowego przeznaczenia dla miejsc kultu to warunek ich przetrwania”. Jest to tym ważniejsze, że stan techniczny setek świątyń, budowanych pospiesznie w XIX wieku, by potwierdzić wpływy Kościoła katolickiego w kraju, a dziś niewykorzystywanych, będzie się szybko pogarszać. We Francji zamiana (na sposób anglosaski) obiektów sakralnych w budynki prywatne o najdziwniejszych funkcjach – lofty, bary czy nocne kluby – wydaje się jednak wykluczona. Podobnie jak przekazanie kościołów innym kultom, tak jak to się zdarzyło ostatnio w Anglii, gdy kościół metodystów został przekształcony w meczet.

Na szczeblu krajowym przedstawiciele Kościoła katolickiego wolą nalegać na społeczności lokalne, by podejmowały wysiłki dla zachowania świątyń. – Burzenie kościołów jest zjawiskiem wtórnym – stwierdza jeden z członków episkopatu. – Ich przyszłość zależy od tego, na ile obecność katolicyzmu będzie uznawana w naszym społeczeństwie – powiedział monsignore Claude Dagens podczas konferencji zorganizowanej w senacie. – Przekazanie kościoła muzułmanom nie wchodzi w rachubę – uważa biskup Angouleme, który spotkał się z taką prośbą kilka lat temu. – Przeznaczenie miejsca kultu religijnego jest w sposób trwały związane z historią: świątynia katolicka została zbudowana dla kultu katolickiego. To nie przeszkadza nam popierać budowy stosownych miejsc kultu muzułmańskiego.

Majątek po ofiarach Holokaustu – mały skandal

Źródło: Rzeczpospolita: Żydzi z USA oszukują ocalałych?
26.09.2007

Żydowska Komisja Roszczeń Majątkowych wobec Niemiec (Claims Conference) ma przetrzymywać na swoich kontach gigantyczne sumy. Pieniądze te należą się ocalałym z Holokaustu

„Jedijot Achronot”, czołowy izraelski dziennik, który opisał sprawę, powołał się na raport sporządzony na polecenie izraelskiego Ministerstwa ds. Emerytów. Według ustaleń księgowych, którzy sporządzili dokument, nowojorska organizacja posiada ruchome aktywa warte co najmniej miliard dolarów. Do tego dochodzi wielka ilość rozrzuconych po całym świecie nieruchomości. Ich wartość jest jednak trudna do oszacowania.

Sprawa jest o tyle szokująca, że celem działania Claims Conference – jak można przeczytać na stronie internetowej organizacji – jest „zabezpieczenie odszkodowań dla ocalałych z Holokaustu”. Materialna sytuacja dużej części spośród 200 – 250 tysięcy izraelskich ocalałych jest zaś dramatyczna.

Wystarczy 10 procent

Ocenia się, że około 80 tysięcy z nich żyje poniżej granicy ubóstwa. Nie mają pieniędzy na leki, ubrania, abonament telewizyjny i radiowy, a w skrajnych przypadkach na jedzenie. Według szacunków przytoczonych przez „Jedijot Achronot” wystarczyłoby 10 procent pieniędzy chomikowanych przez Claims Conference, żeby raz na zawsze rozwiązać wszystkie bolączki ocalałych.

Tymczasem – według autorów raportu – organizacja nie kwapi się do pomocy ludziom, w imieniu których odzyskała pieniądze od rządu Niemiec, i przejmuje nieruchomości należące przed wojną do Żydów. Sumy przekazywane ocalałym w Izraelu są niewielkie. Wyjątkowo wysokie są zaś tzw. koszta własne Claims Conference. Na przykład w 2004 roku miały one wynieść blisko 27 milionów dolarów.

Kierujący organizacją Gideon Taylor (niedawno odwiedził Polskę i negocjował rekompensaty za znacjonalizowane przez PRL mienie żydowskie) zarabia 50 tysięcy dolarów miesięcznie. – Dla izraelskiego ocalałego jest to niewyobrażalna suma – powiedział „Rz” znany izraelski dziennikarz i pisarz Eliahu Salpeter.

Jego zdaniem zasady, na których funkcjonuje Claims Conference, powinny ulec całkowitej zmianie. – Ta organizacja powinna być bardziej transparentna. Powinna dokładnie informować o swoich wydatkach i przychodach -uważa Salpeter, który zgadza się, że do ocalałych trafia „zdecydowanie za mało pieniędzy”.

Podobnego zdania jest ściśle powiązana z Claims Conference Agencja Żydowska, wpływowa rządowa organizacja, odpowiedzialna m.in. za sprowadzanie żydowskich imigrantów do Izraela. -Nie ma żadnego sensu trzymać tych wielkich sum na kontach. Powinny zostać rozdzielone pomiędzy tych, którzy na to zasłużyli, którzy tyle wycierpieli – powiedział „Rz” rzecznik agencji Michael Jankelowitz.

Jego zdaniem izraelskim ocalałym powinno się przekazywać znacznie więcej pieniędzy niż tym, którzy żyją na terenie byłego Związku Radzieckiego. – Siła nabywcza dolara jest tu pięć razy słabsza. A nasi ocalali dostają tyle samo co tamci -podkreślił.

Niedługo będzie za późno

Tych, którzy przeżyli Zagładę, jest w Izraelu coraz mniej: ocenia się, że co roku umiera około 10 procent z nich. Oznacza to, że niedługo może być za późno. Claims Conference nie będzie miała komu wypłacać gromadzonych środków.

Organizacja zdecydowanie odrzuca oskarżenia. Przekonuje, że nie może rozdać wszystkich pieniędzy, bo wprowadza w życie długofalowe projekty mające pomóc ocalałym.
Piotr Zychowicz

——————————–

Hillary Kessler-Godin, dyrektor komunikacji Claims Conference

To zupełnie bezpodstawne oskarżenia. Po wypłaceniu przyznawanych przez nas grantów na początku 2006 roku mieliśmy 313 milionów dolarów, a nie żaden miliard. Zatwierdziliśmy już plan, zgodnie z którym rozprowadzimy je przez najbliższe trzy lata. Jesteśmy jedyną organizacją, która finansuje opiekę domową dla ocalałych. Według niezależnych raportów pomoc ta będzie niezbędna jeszcze przez 10 – 15 lat. Oczywiście będziemy mieli kolejne wpływy z odzyskiwanych w Niemczech nieruchomości, ale ten dochód będzie malał. Nie możemy więc wszystkiego wydać naraz.
Colette Avital, izraelska parlamentarzystka, była szefowa Komisji ds. Ocalałych w Knesecie

Raport jest szokujący, choć, mówiąc szczerze, nie był dla mnie specjalnym zaskoczeniem. Powołując Claims Conference, stworzyliśmy potwora. Frankensteina, który obrócił się teraz przeciwko nam. Niegdyś organizacja ta robiła bardzo dużo dobrego. Nadal w wielu sprawach jest bardzo pomocna. Niestety, ostatnio się pogubiła. Przeznacza coraz większe sumy na projekty edukacyjne, na przykład „badanie żydowskiego dziedzictwa w krajach Europy”, a zapomina o tym, co najważniejsze. O ocalałych z Holokaustu. To oni powinni być priorytetem.

Wolność słowa ponad wszystko

Źródło: Rzeczpospolita: Bluźniercze kolaże
21.09.2007

Biskupi Ibizy stanowczo zaprotestowali przeciwko wystawie prac łączących tematykę religijną z pornografią homoseksualną.

Episkopat ma tym większe powody do oburzenia, że miejscem ekspozycji jest dawny kościół w mieście Ibiza, udostępniony przez diecezję lokalnemu Muzeum Sztuki Współczesnej. O całej sprawie poinformował wczoraj hiszpański dziennik „ABC”.

Biskupom chodzi o trzy kolaże będące fragmentem wystawy „Jedziemy na Ibizę” przedstawiającej prace 25 Holendrów, którzy w ciągu ostatniego półwiecza mieli cokolwiek wspólnego z tą hiszpańską wyspą w archipelagu Balearów. Kolaże zostały skomponowane z wycinków prasowych. Podobizny Chrystusa i Jana Pawła II są wmontowane w sceny homoseksualnych orgii. „Nieżyjący papież jest sodomizowany” – pisze „ABC”.

We wtorek wystawę odwiedził biskup Vicente Juan Segura i nakazał jej zamknięcie. Podkreślał, że chociaż w kościele od dziesięciu lat nie są odprawiane żadne nabożeństwa, to pozostał on miejscem konsekrowanym. Biskupi w opublikowanym komunikacie żądają „natychmiastowego usunięcia obrazów, które obrażają uczucia katolików”. Ubolewają, że wbrew umowie zawartej z muzeum, któremu diecezja odstąpiła kościół w 1997 roku, nikt nie konsultował z nimi zawartości ekspozycji.

„Nie ulega wątpliwości, że zostaliśmy obrażeni we własnym domu” – komentował cytowany przez „ABC” rzecznik lokalnego episkopatu José Luis Moya. Katolicy stanowią 70 procent wśród 114 tysięcy mieszkańców wyspy.

Wystawa na Ibizie to kolejna w ostatnich miesiącach tego rodzaju prowokacja w katolickiej Hiszpanii. „Rzeczpospolita” pisała już o katalogu ze zdjęciami fotografika z Estremadury przedstawiającymi sceny biblijne w wersji pornograficznej i o podobnej treści rysunkach katalońskiego autora komiksów. W obu przypadkach raniące katolików publikacje zostały wydane dzięki życzliwości i hojności lokalnych władz. Protesty hiszpańskiego Kościoła niewiele dały.
mt-o

Prawo do wyboru bycia gejem

Źródło: Rzeczpospolita: Gejów prawo do wyboru
18.09.2007

Rozmawiałem z wieloma byłymi gejami, którym udało się na stałe zmienić swoją orientację. Nie miałem naprzeciw siebie ludzi w stanie depresji. Byli zadowoleni z życia, pełni radości, a swoją homoseksualną przeszłość wspominali jako doświadczenie traumatyczne – pisze producent filmowy

Kiedy czytałem artykuł Roberta Biedronia „Lepiej leczyć z nienawiści do homoseksualistów” („Rzeczpospolita” z 13 września 2007), przypomniały mi się teksty urzędników tureckiej ambasady sprzed kilkunastu lat. Owi dyplomaci zarzekali się publicznie, że w Turcji nie ma w ogóle Kurdów, a twierdzenie o istnieniu mniejszości kurdyjskiej w ich kraju jest wymysłem turkofobów. Powoływali się przy tym na oficjalne dane, czyli wyniki powszechnego spisu ludności. Twierdzili tak wbrew oczywistym faktom, ale cóż, takie mieli wytyczne z centrali.

Wytyczne dla Biedronia

Podobnie postępuje Robert Biedroń, zaprzeczając istnieniu osób o skłonnościach homoseksualnych, które na skutek poddania się terapii zmieniły na trwałe swoją orientację na heteroseksualną. On też uważa twierdzenie o istnieniu takich osób za wyraz fobii, w tym wypadku homofobii. On też podpiera się oficjalnymi autorytetami; tym razem są to psychologia, seksuologia i psychiatria. Jako prezes Kampanii przeciw Homofobii nie może jednak mówić inaczej – takie ma po prostu wytyczne.

Jak zerwać z nałogiem

Może bym i mu uwierzył, gdybym osobiście nie zetknął się z byłymi homoseksualistami, którzy przeszli pomyślnie taką terapię. Tak się bowiem składa, że brałem udział w realizacji dwóch filmów dokumentalnych – jednego dla polskiej stacji komercyjnej (jako operator), drugiego dla niemieckiej wytwórni (jako producent) – właśnie na temat ośrodków terapii dla homoseksualistów.

Rozmawiałem wówczas w Niemczech i Holandii z wieloma mężczyznami, którym udało się na stałe zmienić swoją orientację seksualną. Widziałem ich rodziny, żony, dzieci. Wbrew temu, co pisze Biedroń, nie miałem naprzeciw siebie ludzi w stanie depresji lub na progu samobójstwa. Wręcz przeciwnie, byli zadowoleni z życia, pełni radości, a swoją homoseksualną przeszłość wspominali jako doświadczenie traumatyczne. Efekty ich terapii wcale nie były krótkotrwałe, jak wmawia nam Robert Biedroń, bo najstarsi z nich porzucili swoją homoseksualną orientację już w latach 70. lub 80., by nigdy do niej nie wrócić.

Biedroń twierdzi jednak, że tego typu terapia jest nieskuteczna, i jako dowód podaje przykłady dwóch aktywistów amerykańskiej organizacji Exodus: Coopera i Burke’a, którzy na krótko porzucili homoseksualizm, by potem do niego powrócić.

Bez dowodów

To, że komuś nie udało się pozytywnie przejść jakiejś terapii, nie oznacza jednak, że jest ona niemożliwa. Nikt nie twierdzi przecież, że niemożliwa jest terapia antynarkotykowa, tylko dlatego, że jakiemuś aktorowi czy muzykowi nie udało się jej przejść. Mało tego, doświadczenie leczenia z narkomanii czy alkoholizmu pokazuje, że większość prób zerwania z tymi nałogami kończy się niepowodzeniem, ale nie stanowi to jeszcze powodu, by przekreślać cały sens terapii.

Robert Biedroń w swym tekście nie jest w stanie przedstawić żadnego naukowego dowodu na wrodzony charakter homoseksualizmu, bo takiego dowodu po prostu nie ma. Pisze natomiast: „gdyby orientację seksualną można było wybierać lub nabywać w toku socjalizacji, gejów i lesbijek dawno nie byłoby na świecie”, a to dlatego, że od wieków żyjemy w społeczeństwach sprzeciwiających się homoseksualizmowi. Gdyby przyjąć to rozumowanie, to na świecie dawno nie powinno już być złodziei, kłamców i morderców, gdyż od stuleci żyjemy w społeczeństwach, których prawo i religia sprzeciwiają się takim występkom.

Biedroń uważa, że owszem, homoseksualiści mają problemy ze swoją orientacją, ale wynika ona z nietolerancji otoczenia. Tymczasem badania amerykańskich naukowców z uniwersytetu stanowego w Indianie dowiodły, że aż 60 proc.”dobrze przystosowanych społecznie” gejów prosiło o pomoc psychiatryczną lub psychologiczną. Okazuje się, że w krajach, w których tolerancja wobec homoseksualistów jest najdalej posunięta, także mają oni problemy ze swoją orientacją. Przyczyna ich niepokoju nie znajduje się bowiem w otaczającym środowisku, lecz w nich samych.

Homoseksualizm i nadzieja

Trzeba dodać, że terapia osób o skłonnościach homoseksualnych pojawiła się w krajach znanych ze swej tolerancji obyczajowej. Pionierską rolę odegrała zwłaszcza Holandia i holenderscy psychologowie: Johan Leonard Arndt, Adrianus Dingeman de Groot i Gerard van den Aardweg. Prężne ośrodki terapeutyczne dla homoseksualistów działają m.in. w USA (NARTH, Exodus i Courage), Danii (Basis), Szwecji (Medvandrarna), Norwegii (Til Frihet) czy Belgii (Different).

Jedna z książek wspomnianego prof. van den Aarwega nosi tytuł „Homoseksualizm i nadzieja” i dobrze oddaje sens działalności owych ośrodków. Chodzi bowiem o danie nadziei ludziom, którzy przeżywają duchowe i psychiczne cierpienia z powodu swej homoseksualnej orientacji. O przekonanie ich, że nie są skazani na żaden fatalizm. O pokazanie, że istnieje wolność wyboru. Że są w stanie tę wolność zdobyć. I takich właśnie ludzi spotkałem w Niemczech i Holandii. Szczęśliwych, że zwyciężyli w najważniejszej walce wewnętrznej w swoim życiu.

Robert Biedroń sprzeciwia się zdecydowanie terapii homoseksualistów. Terapii, która jest dobrowolna, a przez wielu wręcz upragniona. Dlaczego mielibyśmy pozbawiać ich prawa do wyboru? Dlaczego mielibyśmy odbierać im nadzieję i prawo do szczęścia?

Lech Dokowicz
Autor jest producentem oraz operatorem telewizyjnym i filmowym. Przez 19 lat mieszkał w Niemczech

Dyskusja rozpoczęła się od artykułu “Nikt nie rodzi się gejem

Nikt nie rodzi się gejem c.d.

Źródło: Rzeczpospolita: LIST DO REDAKCJI „Lepiej leczyć z nienawiści do homoseksualistów”
19.09.2007

Biologiczność lub genetyczność homoseksualności nie została dotychczas udowodniona w badaniach naukowych. Sztandarowe badania z lat 70. i 80., na podstawie których przyjął się w powszechnej świadomości fakt „niezmienności i biologiczności” homoseksualności, powtórzone w warunkach rzetelnej metodologicznej kontroli, dały wyniki odmienne, zaprzeczające pierwszym i podważające pierwotną biologiczność homoseksualności. Nie można zatem przyjąć, jak twierdzi pan Robert Biedroń, że dowody naukowe potwierdzają wrodzoność homoseksualności („Lepiej leczyć z nienawiści do homoseksualistów„, „Rz” 214, 13.09.2007 r.).

Żadna terapia czy psychoterapia nie ma mocy cudotwórczej – musi istnieć motywacja do zmiany u osób ją podejmujących. Przypadki niepowodzeń w terapii osób homoseksualnych, o których wspomina pan Biedroń, bardzo często mogą być związane z zatrzymaniem się na powierzchownej motywacji do zmian, np. płynącej z lęku przed nieakceptacją społeczną. Ten rodzaj motywacji powierzchownej (negatywnej) nie pomaga w zmianach w żadnym rodzaju psychologicznych trudności czy zaburzeń. Oznacza to konieczność wieloletniej – podobnie jak w leczeniu uzależnień – pracy nad odkryciem i uleczeniem głębokich zranień emocjonalnych.

Terapie naprawcze i prowadzone przez grupy religijne, o których pisze pan Biedroń, bazujące wyłącznie na tłumieniu i kontroli zachowań homoseksualnych lub odwołujące się jedynie do cudu uzdrowienia, nie są rodzajami psychoterapii dającymi szansę trwałej zmiany tożsamości z homoseksualnej na heteroseksualną. Homoseksualność według aktualnej wiedzy jest bowiem głębokim zaburzeniem tożsamości psychoseksualnej i jednocześnie głębokim zaburzeniem więzi z własną płcią. Nie oznacza to, że każda osoba homoseksualna ma obowiązek zmieniać swoją tożsamość psychoseksualną, ale też żadnej z nich nie wolno odmawiać prawa do tej zmiany lub zaprzeczać realistyczności i skuteczności podjętych wysiłków, jeśli zdecyduje się je podjąć.

Z pewnością w środowisku psychologów znajduje się wiele osób raczej wspierających osoby homoseksualne w akceptacji tego stanu, niż podejmujących się współpracy z nimi nad jego zmianą, ale ma to związek bardziej z dotychczasowym brakiem w Polsce ośrodków i warsztatów pomocnych w pracy nad zmianą stanu homoseksualnego, niż z przekonaniami środowiska psychologów i psychoterapeutów o niemożności i bezcelowości takiej pracy. Osoby homoseksualne pragnące takiej zmiany mają w tej chwili większe możliwości skorzystania z pomocy psychologicznej i psychoterapii niż jeszcze kilka lat temu. I korzystają.
dr n. med. Cezary Godlewski, psycholog, psychoterapeuta, Wasilków

Dyskusja rozpoczęła się od artykułu „Nikt nie rodzi się gejem

Lepiej leczyć z nienawiści do homoseksualistów

Źródło: Rzeczpospolita: Lepiej leczyć z nienawiści do homoseksualistów
13.09.2007

Z zatroskaniem przeczytałem kolejny artykuł Grzegorza Górnego „Nikt nie rodzi się gejem” („Rz” 11.09.2007) ) na temat leczenia homoseksualności. Autor ponownie próbuje przekonać nas do leczenia homoseksualności, nie odnosząc się do pozostałych orientacji – biseksualności i heteroseksualności. Jeśli bowiem można by leczyć homoseksualność, to dlaczego nie moglibyśmy poddawać terapii pozostałych dwóch orientacji?

Odpowiedzi na to pytanie nie otrzymam pewnie nigdy, ponieważ psychologia, seksuologia i psychiatria nie znają ani jednego naukowo potwierdzonego przypadku, w którym doszłoby do zmiany orientacji seksualnej w toku leczenia. Rozumiem, że osobom, które w sposób dosłowny odczytują słowa Starego Testamentu, ciężko pogodzić się z efektami badań naukowych. Jeśli jednak dzisiaj powszechnie akceptujemy wiedzę o tym, że to Ziemia krąży wokół Słońca (wbrew temu, co twierdził przez wieki Kościół katolicki) – może warto przyjąć dowody naukowe, porzucając zabobony i przesądy.

Nikt nie chce być gejem

Wbrew temu, co pisze Grzegorz Górny, orientacja seksualna – homo-, bi- czy heteroseksualna – nie poddaje się dobrowolnym modyfikacjom i nie jest efektem naszego wyboru. Wszelkie próby przeprowadzenia tzw. terapii reparatywnej (naprawczej), mającej na celu zmianę orientacji seksualnej, okazały się nieskuteczne. Redaktor Górny pewnie chciałby zapomnieć o wielu spektakularnych oświadczeniach osób leczonych z homoseksualności, którzy negowali cudotwórczą moc terapii. Wśród nich byli Gary Cooper i Michael Burkee, założyciele największego ruchu leczenia homoseksualności – amerykańskiego Exodusu, którzy publicznie zanegowali jego sens i zamieszkali ponownie z partnerami homoseksualnymi.

Zaręczam, że gdyby orientację seksualną można było wybierać lub nabywać w toku socjalizacji, gejów i lesbijek dawno nie byłoby na świecie. Po pierwsze dlatego, że my, geje i lesbijki wychowujemy się wśród homofobicznego społeczeństwa. Nasza homoseksualność jest często niezrozumiana, wyśmiewana, piętnowana. W niektórych krajach jest nawet karana śmiercią.

Kto, żyjąc w takim społeczeństwie, chce być gejem? Większość z pewnością wolałaby zmienić orientację na „jedynie słuszną i akceptowaną”, czyli oczywiście heteroseksualną. Pamiętam, że też Może to nietolerancyjna część społeczeństwa powinna się zreperować, a nie osoby homoseksualne? To nie geje i lesbijki mają problem ze swoją orientacją. Gdyby żyli w otwartym, tolerancyjnym społeczeństwie, z pewnością nie chcieliby zmieniać swojej orientacji – pisze działacz gejowski chciałem się zmienić. Pragnąłem być jak wszyscy moi koledzy, bo wiedziałem jak wiele niezrozumienia i pogardy czeka mnie jako geja.

Geje i lesbijki najczęściej wychowują się w rodzinach heteroseksualnych. Gdyby można było przekazywać orientację seksualną w toku socjalizacji, geje i lesbijki wymarliby. Rodziny heteroseksualne wychowywałyby bowiem tylko potomstwo heteroseksualne. Sam wyrastałem w takiej heteroseksualnej rodzinie, a mimo to, w przeciwieństwie do mojego rodzeństwa, jestem homoseksualny. Nikt mnie nie uwodził, nie przekonywał do homoseksualności, nie miałem też dominującej matki ani dominującego ojca, jak chcieliby to widzieć niektórzy.

Zgubne skutki terapii

Niestety, nadal znajdują się ludzie, którzy poddają się tzw. leczeniu. Z własnej woli próbują leczyć się z homoseksualności, ponieważ nie potrafią odnaleźć się w świecie, który ich nie akceptuje. Ich problemem nie jest więc orientacja seksualna, ale opresyjne środowisko, które nie akceptuje ich jako gejów i lesbijki.

Może więc zamiast leczyć z homoseksualności, powinniśmy leczyć nienawiść do gejów i lesbijek? Może to nietolerancyjna część społeczeństwa powinna się zmienić, a nie osoby homoseksualne? To najczęściej nie geje i lesbijki mają problem ze swoją orientacją. Gdyby żyli w otwartym, tolerancyjnym społeczeństwie, z pewnością nie chcieliby zmieniać swojej orientacji. Tak jednak nie jest. Nawet w słynącej z akceptacji dla różnorodności Holandii wielu gejów i wiele lesbijek ma problemy. Tam również działają grupy religijne promujące tzw. leczenie homoseksualności.

Efekty takich terapii w zależności od pacjenta są następujące: utrata zainteresowania seksualnością w ogóle, niechęć do wchodzenia w związki uczuciowe i relacje psychoseksualne, wytrenowanie zachowań heteroseksualnych i próby wchodzenia w związki z osobami płci odmiennej. Efekty takiej terapii były zawsze krótkotrwałe. Trwały najwyżej dwa, trzy lata. Po tym czasie osoba poddawana terapii zaczynała szukać partnera tej samej płci. Terapie naprawcze często wzmacniają depresję, która może prowadzić do prób samobójczych, zwłaszcza u osób, które uświadomią sobie brak efektów leczenia. Informacje te są powszechnie dostępne – nie zaczerpnąłem ich tak jak redaktor Górny z książek wydawanych przez Kościół katolicki, ale z powszechnie dostępnej literatury psychologicznej, seksuologicznej i psychiatrycznej.

Nie leczenie, a zaakceptowanie

Ponieważ nie udowodniono skuteczności terapii reparatywnej, a jej wpływ okazał się niebezpieczny dla życia i zdrowia osób, które się jej poddały, Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne, zrzeszające autorytety naukowe z całego świata, w 1997 roku wydało specjalne oświadczenie. Wezwało w nim wszystkich profesjonalistów do zaniechania stosowania terapii mających leczyć z homoseksualności.

Warto też zapamiętać, że nie ma ani jednego naukowo potwierdzonego przypadku zmiany orientacji seksualnej, ani z homoseksualnej na heteroseksualną, ani odwrotnie. Wśród psychologów panuje powszechna opinia, że wszelkie oddziaływania terapeutyczne powinny zmierzać raczej w kierunku akceptacji przez daną osobę jej orientacji, wzmocnienia poczucia własnej wartości i ułatwienia jej funkcjonowania w świecie.

Przeraża mnie dyskusja o leczeniu homoseksualności. Przypomina mi próby udowodnienia wyższości rasy aryjskiej nad innymi. W końcu nikt nie pyta o pochodzenie heteroseksualności. Nikt nie prowadzi badań, skąd się bierze heteroseksualność redaktora Górnego i czy aby nie powinna ona zostać skorygowana i nakierowana na „jedynie słuszną” – homoseksualną.
Robert Biedroń
Autor jest politologiem, prezesem Kampanii przeciw Homofobii

Karykatury Mahometa w Szwecji

Źródło: Rzeczpospolita: Al Kaida grozi Szwedom
17.09.2007

100 tysięcy dolarów za głowę autora karykatury Mahometa, 50 tysięcy za głowę naczelnego gazety, która je wydrukowała, proponuje al Kaida

-Wzywamy do zabójstwa rysownika Larsa Vilksa, który ośmielił się obrazić naszego proroka – ogłosiła al Kaida w półgodzinnym komunikacie wygłoszonym przez jej irackiego przywódcę Abu Omara al Bagdadi. Za głowę Szweda wyznaczyła nagrodę 100 tysięcy dolarów. Chyba że ktoś „zarżnie Vilksa jak jagnię” – zapowiedziała. Wtedy nagroda ma być wyższa -150 tysięcy dolarów. Trochę taniej – na 50 tysięcy dolarów – al Kaida wyceniła głowę redaktora naczelnego gazety „Nerikes Allehanda”Ulfa Johanssona, który 18 sierpnia zgodził się opublikować karykaturę -głowę Mahometa na ciele psa.

Publikacja wywoła oburzenie w islamskim świecie. Ostre protesty pojawiły się w Iranie, Pakistanie i Afganistanie. Wtedy szwedzkie MSZ postanowiło wyrazić skruchę. Ale to nie wystarczyło. – Szwedzki rząd powinien przeprosić. W przeciwnym razie iracka al Kaida zaatakuje jej gospodarkę i takie gigantyczne firmy jak Ericsson, Volvo, Ikea, Scania – grzmiał podczas weekendu Abu Omar al Bagdadi. Rząd nie przeprosił. Premier zdystansował się wczoraj od całej afery, podkreślając zarazem, że w Szwecji panuje wolność opinii.

Wobec gróźb ze strony al Kaidy podwyższono stan bezpieczeństwa w największych szwedzkich firmach. Te, którym grożono, ostrzegają pracowników. Ericsson prosił zatrudnionych na Bliskim Wschodzie, by nie eksponowali logo na ubraniach i aby uważali, gdzie parkują samochody.

Ofiarą reakcji na satyryczne rysunki padło nawet dzieło sztuki Larsa Vilksa: drewniana rzeźba psa na rondzie w Trelleborgu, na południu kraju. Siedmiometrową rzeźbę podpalono już trzy razy, choć nie obrazowała proroka i nie miała z jego postacią nic wspólnego.

– To irracjonalne. Absolutnie nie zaakceptujemy gróźb i prób zamachu na wolność wypowiedzi panującą w naszym kraju -mówi „Rz” wiceszef redakcji zagranicznej szwedzkiej telewizji Ingrid Thörnqvist. -Musimy mieć szacunek do tego, wco oni wierzą, ale muzułmanie też muszą respektować naszą wolność słowa.

Z podobnymi wydarzeniami Europa miała do czynienia na przełomie 2005 i 2006 roku po opublikowaniu tuzina karykatur Mahometa przez duński dziennik „Jyllands-Posten”. Do protestów wezwał wzywali duchowni i politycy islamscy. Tłumy podpalały duńskie placówki dyplomatyczne w Syrii i Libanie. Duńskie towary bojkotowano od Turcji po Arabię Saudyjską. Władze dziennika przeprosiły muzułmanów w styczniu 2006 r.
ANNA NOWACKA-ISAKSSON ze Sztokholmu, k. z., afp

————————

Źródło: Rzeczpospolita: Nie żałuję, że narysowałem proroka
17.09.2007

Rz: Jak zareagował pan na groźby al Kaidy i wyznaczenie nagrody 150 tysięcy dolarów dla tego, kto zarżnie pana jak jagnię?

Lars Vilks, szwedzki artysta, autor kontrowersyjnych karykatur : – Dowiedziałem się o groźbach z mediów i przyjąłem to bardzo spokojnie. Będę miał ochronę policji bezpieczeństwa Säpo, kiedy tylko przylecę z Frankfurtu nad Menem do Sztokholmu. Ochrona policji wpływa oczywiście na moją swobodę poruszania się po kraju. Jednak za każdym razem trzeba oceniać czynnik ryzyka od nowa. Nie można się dać ponieść paranoi. Mój przypadek to nie fatwa rzucona przez ajatollaha Chomeiniego na Salmana Rushdiego. Grozi mi bowiem niewielka grupa muzułmanów. Większość muzułmanów w Szwecji od tego postępowania się odcina, nawet ci najbardziej agresywni. Nie boję się. I nie żałuję, że narysowałem proroka.

Rzecznik premiera Szwecji nie chciał komentować gróźb islamistów, mówiąc, że „to sprawa policji, a nie kwestia polityczna”. Czy nie zaskoczyła pana postawa rządu szwedzkiego?

Przyznaję, że to trochę dziwne. Ostatnie działania i wypowiedzi islamistów należy potępić, wyrazić dezaprobatę. Co innego bowiem, gdy głoszą, że są urażeni, a zupełnie co innego, gdy wygłaszają groźby. Nawet w kryzysowej sytuacji powinno się oddzielać politykę od religii i działać racjonalnie. Nie spodziewałem się, że sprawy posuną się aż tak daleko i że dojdzie do takich gróźb.

Czy rysując psa z głową Mahometa, był pan świadomy, że pies w świecie muzułmańskim oznacza coś najbardziej nieczystego i porównanie z tym zwierzęciem uznawane jest za największą zniewagę? Co chciał pan osiągnąć?

Chciałem wywołać debatę nad wolnością wypowiedzi, pokazać, że nie da się jej negować. Problem jednak polega na tym, że islam nie dostosowuje się do z sekularyzowanego świata i czyni z religii kwestię wagi państwowej. Inne religie spory tego rodzaju mają już za sobą. Polska jest, niestety, pod tym względem parę lat do tyłu. Dorota Nieznalska została skazana na ograniczenie wolności i prace społeczne za stworzenie instalacji, która obrażała uczucia religijne [wyrok został uchylony przez sąd wyższej instancji – przyp. red.].

Karykatury z motywami chrześcijańskimi i krytyka religii są w naszej tradycji przyjęte. Kiedy narysowałem Jezusa jako słonia, muzułmanin napisał mi w blogu, że nie widział nic gorszego od takiej karykatury. Pewien pastor zaś ocenił, że słoń był „słodki”. W Szwecji odbyła się też ekspozycja Elisabeth Ohlson „Ecce homo”, która przedstawiała Jezusa w otoczeniu transwestytów i homoseksualistów. Ekspozycję poparł nasz arcybiskup, wystawiając fotografie w katedrze w Uppsali.

Sądzę, że muzułmanie kiedyś zrozumieją, iż religia to sfera prywatna i nauczą się oddzielać ją od spraw publicznych. By ten proces wspomóc, potrzebne jest obrażanie islamu. W końcu muzułmanie się do tego przyzwyczają. Znormalizowanie krytyki to tylko kwestia czasu.

Zanim pojawiły się groźby al Kaidy, oburzeni ambasadorowie państw muzułmańskich w Szwecji zaproponowali utworzenie w pana kraju parlamentarnej komisji do spraw islamofobii, by chronić muzułmanów przed znieważaniem proroka Mahometa.

To świadczy o tym, jak nieproporcjonalne do wydarzeń mogą być ich reakcje. I że posuwają się oni nawet do wtrącania w sprawy wewnętrzne innych państw.

Jak zareagowali pana koledzy artyści na prowokację z Mahometem jako psem?

Rysując proroka, zrobiłem rzecz niepoprawną politycznie. Tymczasem w świecie artystycznym Szwecji panuje tradycja przekonań lewicowych. Wyznawców islamu traktuje się jako wrogów wroga, czyli Stanów Zjednoczonych. Ponieważ polityka ma pewne znaczenie w sztuce, darzy się muzułmanów przez to nieco większą sympatią. Większość artystów albo jest negatywnie nastawiona do moich karykatur, albo przyjęła pozycję wyczekującą i milczała.
rozmawiała Anna Nowacka-Isaksson

Większy biust pań z marynarki wojennej za pieniądze podatników

Źródło: Rzeczpospolita: Większy biust pań z marynarki wojennej za pieniądze podatników
17.09.2007

Powiększanie piersi za pieniądze podatników? Okazuje się, że w australijskiej Marynarce Wojennej jest to możliwe – armia właśnie sfinansowała taki zabieg dwóm pracownicom. Wielu Australijczyków jest oburzonych.

Sprawa wyszła na jaw, gdy chirurg plastyczny Kourosh Tavakoli ujawnił mediom, że za publiczne pieniądze przeprowadził zabieg powiększania biustu dwóm młodym paniom z Marynarki Wojennej. – Pacjentki same mi powiedziały o źródle finansowania operacji, tłumacząc, że jest ona konieczna dla ich zdrowia psychicznego – wyznał australijskiej agencji AAP. – Ale, o ile mi wiadomo, nie istnieją żadne medyczne wskazania, aby powiększać piersi.

Australijskie siły obronne odpierają zarzuty chirurga o bezpodstawność zabiegu. Rzecznik Marynarki Wojennej Andrew Nikolic przyznał, że państwo zapłaciło za operację wyłącznie dlatego, że zalecił ją lekarz. – Armia troszczy się zarówno o fizyczne, jak i psychiczne potrzeby marynarzy. Nie finansowalibyśmy próżności ani fanaberii pracowników -wyjaśniał BBC.

Tłumaczenia armii nie zadowalają politycznej opozycji. Licząc na kompromitację władz, Partia Pracy domaga się dalszych wyjaśnień rządu w parlamencie.
m.ok., bbc

Nikt nie rodzi się gejem

Źródło: Rzeczpospolita: Nikt nie rodzi się gejem
11.09.2007

Homoseksualiści usiłują nam wmówić, że ich skłonność jest wrodzona. Chodzi im o to, aby postawić swoją orientację seksualną nie tylko poza wszelką krytyką, ale nawet poza jakąkolwiek dyskusją – pisze publicysta

Homoseksualizm był wrodzony – taką obiegową opinię powtórzył Rafał Ziemkiewicz w swoim komentarzu na temat terapii osób o skłonnościach homoseksualnych („Niech homo będzie homo„, „Rzeczpospolita”, 31 sierpnia). Często zresztą w różnych publicznych wypowiedziach pojawia się przekonanie, że homoseksualizm ma taki właśnie charakter, że jest uwarunkowany genetycznie lub hormonalnie.

Obalone hipotezy

Tymczasem nie potwierdzają tego żadne badania naukowe. Ani jedna z sensacyjnych i nagłaśnianych przez media informacji o odkryciach biologicznych źródeł homoseksualizmu nie została potwierdzona naukowo. Tak było z pracą Simona LeVaya, który ogłosił, że za zachowania homoseksualne odpowiedzialna jest grupa neuronów o nazwie INAH3 znajdująca się w podwzgórzu mózgowym. Późniejsze badania dowiodły, że naukowiec się mylił, do czego zresztą sam po trzech latach się przyznał, mówiąc: „Nie dowiodłem, że homoseksualizm jest uwarunkowany genetycznie ani nie znalazłem genetycznych przyczyn bycia gejem. Nie wykazałem, że geje są gejami od urodzenia„.

Negatywnie zweryfikowana została także teza Johna M. Baileya i Richarda Pillarda głosząca istnienie genu odpowiedzialnego za zachowania homoseksualne. Okazało się, że czynnik genetyczny nie może determinować zachowań seksualnych, co potwierdziły badania nad wieloma parami bliźniąt jednojajowych. Chociaż posiadały one identyczny zestaw genów, to jednak niektóre z nich różniły się orientacją seksualną. Pod wpływem tej krytyki jeden ze wspomnianych naukowców John M. Bailey przyznał, że nie da się wyjaśnić zjawiska homoseksualizmu wśród bliźniąt inaczej niż przez wpływ otoczenia.

Podobnie zmiażdżona przez naukowców została teoria Deana Hamera, który doniósł, że źródłem homoseksualizmu jest szczególna sekwencja genetyczna wewnątrz chromosomu Xq28. Badania kanadyjskich uczonych obaliły tę hipotezę, a sam Hamer po pięciu latach zmuszony był przyznać, że „te geny nie powodują, iż ludzie stają się homoseksualni”.

Wszystkie te domniemane odkrycia łączyło to, że zostały nagłośnione przez media jako niemal naukowo udowodnione. W ten sposób utrwalały one w opinii publicznej obraz homoseksualizmu jako zjawiska zdeterminowanego przez czynniki biologiczne. Łączyło te badania jeszcze jedno: ich autorzy – Simon LeVay, John M. Bailey i Dean Hamer – to zdeklarowani homoseksualiści. Ich tezy szybko i skwapliwie podchwytywane były i rozpowszechniane przez lobby gejowskie.

Równie chętnie kolportowano też teorie B. A. Glaudego, że o skłonnościach homoseksualnych decydują hormony, czy tezy Laury Allen i Roberta Gorskiego, że za orientację tę odpowiedzialne jest spoidło przednie, czyli wiązka włókien nerwowych łączących płaty czołowe mózgu. Również te twierdzenia zostały później przez naukę obalone.

Uwiedzeni za młodu

Powstaje więc pytanie: dlaczego środowiska gejowskie, chociaż nie ma żadnego dowodu naukowego na wrodzony charakter homoseksualizmu, przedstawiają tę hipotezę jako naukowy pewnik? Dlaczego się głosi, że homoseksualizm jest uwarunkowany biologicznie, a nie środowiskowo? Że jego źródeł należy szukać w genach lub hormonach, a nie w procesie dojrzewania i wychowania?

Odpowiedź wydaje się prosta. Jeśli orientacja homoseksualna nie jest wrodzona, lecz nabyta, to wówczas osoba o tego typu skłonnościach może próbować zmienić swoje seksualne preferencje. O tym, że jest to możliwe, przekonałem się na własne oczy, kiedy przed kilku laty realizowałem w Holandii film dokumentalny poświęcony terapii osób o skłonnościach homoseksualnych.

Odwiedziłem wówczas dwa ośrodki, w których prowadzona jest tego typu praktyka, i spotkałem się z kilkunastoma osobami, które poddały się takiej terapii. Byli wśród nich mężczyźni, którzy mają dziś normalne rodziny. Jeden z nich, Johan van der Sluis, ma teraz żonę i trójkę dzieci i – jak sam podkreśla – po skończeniu udanej terapii w 1975 r. nie miał nawrotów do homoseksualizmu. Inny mężczyzna, robotnik portowy Piet, ma obecnie szczęśliwe małżeństwo, kochającą żonę i dziewięcioro dzieci. Wszyscy opowiadali mi, że prowadząc homoseksualny styl życia, mimo pozornej radości czuli się wewnętrznie głęboko nieszczęśliwi.

Wiele ich relacji wskazywało również wyraźnie na to, że nie urodzili się jako homoseksualiści – u niektórych preferencja ta pojawiła się po tym, jak zostali w dzieciństwie wykorzystani seksualnie lub uwiedzeni w wieku dojrzewania.

Orientacja poza krytyką

Holenderski psycholog prof. Gerard van der Aardweg, który pomógł kilkuset osobom o tego rodzaju skłonnościach, podkreśla, że udana terapia oznacza osiągnięcie stałej dyspozycji do zawarcia trwałego związku heteroseksualnego. Chociaż on sam prowadzi świecką terapię, zauważa, że najlepsze osiągnięcia mają ośrodki wprowadzające do swej praktyki elementy religijne – jest to zresztą prawidłowość widoczna również przy pomaganiu osobom uzależnionym od narkotyków czy alkoholu, po prostu uruchomione zostają głębsze pokłady motywacji. Uznanie homoseksualizmu za zjawisko zdeterminowane biologicznie ma jeszcze jeden, o wiele dalej idący, skutek. Otóż stawia ono tę orientację seksualną nie tylko poza wszelką krytyką, ale nawet poza jakąkolwiek dyskusją. Nie można bowiem krytykować kogoś z powodu tych składników jego tożsamości, które nie są wybierane, lecz przyrodzone.

Można krytykować kogoś za światopogląd, preferencje czy zachowania, które nie są wrodzone, ale nie można za płeć czy kolor skóry. Kiedy więc geje mówią: „tacy się urodziliśmy” lub „Bóg nas takimi stworzył”, to w rzeczywistości stawiają się poza jakimikolwiek sądami wartościującymi.

Gdyby rzeczywiście tak było, wówczas sugestie pod adresem homoseksualistów, że mogą zmienić swój styl życia, byłyby równoznaczne z rasistowskimi apelami do czarnoskórych, żeby się wybielili. Wówczas też całe nauczanie Kościoła na temat homoseksualizmu nie miałoby sensu jako niezgodne z ludzką naturą. Jest jednak jeden problem: nauka nie potwierdza tezy o biologicznym zdeterminowaniu homoseksualizmu. Co oczywiście nie przeszkadza niektórym rozpowszechniać tej hipotezy jako jedynej obowiązującej.
Grzegorz Górny
Autor jest publicystą i reżyserem, twórcą kwartalnika „Fronda”