Amerykańskie dynastie w polityce

Źródło: Rzeczpospolita: Dynastie z woli ludu
01.09.2007

Amerykańskie dynastie są klasą obywateli czynnie zaangażowanych w politykę, w której chęć i gotowość do działalności publicznej przechodzi z pokolenia na pokolenie

Jeśli Hillary Clinton wygra przyszłoroczne wybory prezydenckie i utrzyma władzę w następnych, to w momencie zakończenia jej drugiej kadencji w styczniu 2017 roku minie 28 lat rządów dwóch rodzin. Ponieważ niektórzy doliczają do tego czas, jaki George Bush senior spędził na stanowisku wiceprezydenta, można będzie mówić o ponad trzech dekadach, w których największą demokracją świata rządziły tylko dwie rodziny: Bushów i Clintonów.

Bananowe Stany Zjednoczone?

Niektórzy amerykańscy komentatorzy lamentują, że jeśli tak się stanie, będzie to symbolem upadku amerykańskich ideałów. – Nasz kraj zamienia się w bananową republikę – ostrzegają. Owszem, są kraje, gdzie polityczne dynastie wydają się czymś normalnym: Indie, Filipiny, Kongo, a szczególnie Korea Północna. Ale Ameryka?

David Boaz, współtwórca waszyngtońskiego Instytutu Cato, opublikował niedawno na łamach brytyjskiej prasy zgryźliwą krytykę tego zjawiska, zauważając, że 18 ze 100 obecnych senatorów USA wywodzi się z politycznych dynastii. Gdy jednak pytam go, czy sądzi, że amerykańska demokracja jest zagrożona, zdecydowanie zaprzecza.

– Do pewnego stopnia dynastie są naturalnym zjawiskiem. W końcu podobnie jest w biznesie, dzieci często idą w ślady ojców. Pytanie brzmi: w którym momencie to zjawisko powinno nas zaniepokoić? – zastanawia się Boaz. – Dziś jest szczególnie aktualne ze względu na sytuację, jaka może nas czekać na najwyższym szczeblu władzy w Ameryce. Bush, Clinton, Bush, znów Clinton, a potem kto wie, może znowu Bush, tym razem Jeb (do niedawna gubernator Florydy), brat obecnego prezydenta. To oczywiście sprawia bardzo dziwne wrażenie, ale prawdopodobnie jest jedynie przejściowym wynaturzeniem – mówi mi Boaz.

Ale czy rzeczywiście? Czy Ameryką nie rządzą powiązane ze sobą więzami krwi elity, które są demokratyczną wersją dawnej arystokracji? Czy to przypadek, że George W. Bush i John Kerry, którzy starli się ze sobą w ostatnich wyborach prezydenckich, są – odległymi, ale jednak – kuzynami?

Zaczęło się od Adamsów

– Nie ma w tym nic nadzwyczajnego, tak już w Ameryce bywało – uspokaja mnie Stephen Hess, historyk z Brookings Institution i autor książki „Amerykańskie dynastie polityczne”.

Co nie znaczy, że to Amerykanów nie martwiło. Na przykład Waszyngton został pierwszym prezydentem USA z wielu powodów: był bohaterem wojny o niepodległość, człowiekiem o nieposzlakowanej opinii i zdolnościach przywódczych. Ale w oczach sobie ówczesnych rodaków miał jeszcze jedną wielką zaletę, o której dziś rzadko się wspomina: nie posiadał potomka. Jak zauważają w swym opracowaniu o wpływowych rodzinach amerykańskiej polityki Melissa Ware i Brian Flanagan z Centrum Studiów Prezydenckich imienia Hauensteina, brak syna, który mógłby zająć miejsce Waszyngtona po jego śmierci, dawał Amerykanom gwarancję, że nie będzie powrotu do monarchii. Zwolennicy młodego amerykańskiego państwa mieli powody, by się tego obawiać – część ówczesnych mieszkańców kraju popierała stary ustrój. Większość gardziła jednak światem uprzywilejowanych elit, od którego uciekali przez Atlantyk ich przodkowie.

„Jeszcze nigdy bałwochwalstwo wobec monarchów i poddańczość wobec arystokracji nie zostały wymazane z tak wielu umysłów w tak krótkim czasie”, pisał triumfalnie w 1776 roku, gdy Stany ogłosiły Deklarację Niepodległości, John Adams, jeden z twórców USA.

Ten sam Adams, syn sygnatariusza Deklaracji, został potem drugim prezydentem młodego państwa, a jego syn – John Quincy Adams – szóstym. Od Adamsów zaczyna się zwykle spis amerykańskich dynastii politycznych.

Szczególne miejsce mają w niej na przykład Harrisonowie. William Harrison pamiętany jest nie tylko z tego, że wygłosił najdłuższe ze wszystkich prezydenckich przemówień inauguracyjnych i rządził najkrócej ze wszystkich prezydentów (przemówienie było tak długie, a dzień tak zimny, że Harrison przeziębił się i miesiąc później zmarł). Przede wszystkim znany jest jako jedyny prezydent, który był dziadkiem innego prezydenta, Benjamina.

Kariery wdów

Przykłady z dalszej historii można by mnożyć: klany Taftów, Rooseveltów czy wreszcie Kennedych. Także na poziomie lokalnym. Na przykład kongresmen Rodney Frelinghuysen jest szóstym w historii przedstawicielem tej rodziny, jaki reprezentuje stan New Jersey w Kongresie USA.

– Niemal każdy stan ma co najmniej dwie takie rodziny – szacuje Hess, gdy pytam go o zasięg tego zjawiska. Twierdzi zresztą, że zasięg ten zwiększył się w ostatnich dziesięcioleciach. – Gdy w latach 60. pisałem książkę o dynastiach Ameryki, moja praca dotyczyła niemal wyłącznie mężczyzn. Od tamtej pory do polityki aktywnie włączyły się nowe grupy społeczne: kobiety, Afroamerykanie – mówi Hess.

Gdy przed dwoma laty wybrałem się do Memphis w stanie Tennessee, by zbierać materiały do tekstu o Elvisie Presleyu, tamtejsi Murzyni przez godzinę zamiast o królu rock and rolla opowiadali mi o miejscowej rodzinie Fordów, która zdominowała czarną politykę w tym mieście i w całym stanie.

Dość powszechne i w pełni akceptowane przez Amerykanów jest też zjawisko mianowania osoby z najbliższej rodziny na miejsce zmarłego członka Kongresu.

Jeden z najbardziej niezwykłych takich przypadków miał miejsce w 2001 roku w stanie Missouri. Tamtejszy gubernator Mel Carnahan, polityk znany i powszechnie lubiany, ubiegał się o miejsce w Senacie USA, ale zaledwie trzy tygodnie przed wyborami zginął w wypadku awionetki. Na wpisanie nowego nazwiska na kartach do głosowania było za późno, głosowano więc na nieboszczyka, a pełniący obowiązki gubernatora ogłosił, że w razie zwycięstwa Carnahana mianuje na jego miejsce wdowę po nim – Jean. W dowód szacunku dla zmarłego jegorywal w wyborach zawiesił kampanię wyborczą na czas żałoby. Carnahan zwyciężył zza grobu, wysyłając tym samym Jean, która nigdy wcześniej nie pełniła żadnego publicznego stanowiska, do Waszyngtonu. Niezwykłe były okoliczności, ale nie sam mechanizm. Jak Ameryka długa i szeroka, wdowy po zmarłych politykach przejmują ich stanowiska do czasu zorganizowania specjalnych wyborów.

W obecnym składzie Izby Reprezentantów zasiadają na przykład cztery wdowy, które właśnie w ten sposób znalazły się na Kapitolu, a potem wygrały wybory uzupełniające.

Mianowanie członka rodziny na swoje miejsce może mieć też bardziej radosną przyczynę: gdy przed paroma laty senator z Alaski Frank Murkowski został wybrany na stanowisko gubernatora tego stanu, na swe miejsce na Kapitolu mianował na dwa lata, jakie pozostały do upływu kadencji, swoją córkę Lisę. Wyborcy byli tak zachwyceni, że wybrali ją w 2004 roku w normalnych wyborach.

Z kolei stan Wyoming czekają w przyszłym roku wybory uzupełniające po niedawnej śmierci tamtejszego senatora Craiga Thomasa. Kto według „Washington Post” wymieniany jest wśród potencjalnych następców Thomasa? Dwóch jego synów, a także stanowy kongresmen, który jest synem byłego senatora, oraz Lynne Cheney, żona obecnego wiceprezydenta USA, który niegdyś był kongresmenem z tego stanu. I jak tu nie mówić o polityce dynastycznej w Ameryce?

W służbie narodu

Hess pochlebnie wypowiada się o roli, jaką w historii Ameryki odegrały polityczne dynastie. – Rodziny, których badaniem zajmowałem się jako historyk, służyły krajowi w sposób znacznie wykraczający poza przeciętną – wyjaśnia.

Przykładem mogą być Rooseveltowie. Założycielem dynastii był nowojorski radny z przełomu XVII i XVIII wieku Nicholas Roosevelt. Część jego potomków pozostała w Nowym Jorku i z nich wywodził się późniejszy prezydent Theodore. Część przeniosła się do pobliskiego Hyde Park i z tej linii wywodził się inny mieszkaniec Białego Domu: Franklin Delano Roosevelt.

Przez gęstą sieć małżeństw w obrębie amerykańskiej klasy rządzącej Rooseveltowie spokrewnieni byli z dwoma innymi prezydentami USA (Ulyssesem Grantem i Zacharym Taylorem), a nawet premierem Wielkiej Brytanii Winstonem Churchillem.

Wszyscy czterej synowie Theodore’a brali czynny udział w I wojnie światowej. Najmłodszy zginął we Francji, ale pozostali trzej ponownie zaciągnęli się do wojska podczas II wojny światowej. Prezydentem był już wtedy Franklin, ale i jego czterej synowie służyli w armii podczas wojny – jeden został nawet generałem. Dwóch zasiadło potem w Izbie Reprezentantów. Żona Franklina Eleonora reprezentowała swój kraj w ONZ. Życie kolejnych pokoleń Rooseveltów skupiało się więc wokół służby dla kraju.

Amerykańskie dynastie są klasą obywateli czynnie zaangażowanych w politykę, w której chęć i gotowość do działalności publicznej przechodzi z pokolenia na pokolenie. Czemu jednak społeczeństwo tak chętnie korzysta z ich usług?

Znajomość marki

– W końcu ktoś na tych ludzi musi zagłosować, sami się nie wybierają – mówi Hess. No właśnie, ale dlaczego na nich głosują?

Zdaniem Boaza jedną z przyczyn jest zjawisko znane z praktyki rynkowej, a mianowicie: znajomość marki. Wielu wyborców słabo się orientuje w świecie polityki, także tej lokalnej, i w dniu wyborów stawia na kandydata, którego nazwisko wydaje się mu znajome. Z niektórych badań wynika na przykład, że w 2000 roku wielu wyborców miało kłopoty z odróżnieniem kandydata George’a W. Busha od jego ojca, byłego prezydenta. Po prostu George Bush był dla nich znaną marką. Podobnie jest dziś z nazwiskiem Clinton. – W dzisiejszej Ameryce, jeśli masz na nazwisko Clinton, jesteś sławny lub sławna. Powinowactwo ze znanym politykiem jest wielce pomocne – uważa Boaz.

Czy jedynym wytłumaczeniem jest ignorancja przeciętnego wyborcy, który po prostu stawia krzyżyk (lub robi dziurkę) przy nazwisku polityka, którego nazwisko wydaje mu się znajome – wybiera przywódców tak, jak się wybiera proszek do prania w supermarkecie?

Drobny błąd Tocqueville’a

Odpowiedź, jak mi się wydaje, znalazłem u Alexisa de Tocqueville’a. Pod koniec swej książki „O demokracji w Ameryce” XIX-wieczny myśliciel pisze: „Naszych współczesnych ustawicznie zżerają dwie sprzeczne namiętności? potrzeba, by ktoś prowadził ich za rękę, i pragnienie zachowania wolności. Nie mogą pozbyć się żadnego z tych przeciwnych instynktów, starają się zaspokoić oba naraz. Marzą więc o jedynej, opiekuńczej i wszechstronnej władzy, którą wybieraliby jednak wszyscy obywatele. (…) Każdy pozwala się krępować, ponieważ widzi, że to nie jakiś człowiek czy klasa, lecz samo społeczeństwo trzyma w ręku drugi koniec łańcucha”.

Pisząc te słowa, Tocqueville miał na myśli społeczeństwa europejskie. Mylił się jednak, przewidując, że w amerykańskiej demokracji niemożliwe jest wykształcenie się klasy rządzących. Ona istnieje, a tak zwane dynastie są tak naprawdę kolejnymi pokoleniami ekspertów od rządzenia. Nie jest to, tak jak arystokracja, kasta oparta wyłącznie na urodzeniu. Nie jest to hermetyczna grupa, do której ciężko dostać się z zewnątrz i która kurczowo się władzy trzyma. Jak zauważa Hess, cechą wielkich rodzin amerykańskiej polityki jest to, że ich kolejni potomkowie dobrowolnie schodzą z politycznej sceny, stając się biznesmenami czy naukowcami. Ale klasa rządzących istnieje i kieruje się własnymi regułami. By do niej przystąpić, trzeba te reguły przyjąć – skończyć właściwe szkoły (Yale, Harvard), być w młodości stażystą u kongresmena, pracować w czyimś sztabie wyborczym, nauczyć się sposobu mówienia, myślenia i działania elit. Farmer z Iowy czy inżynier z Chicago nie zrobi w Ameryce szybkiej kariery politycznej – prawdopodobnie zresztą nie zrobi żadnej.

Istnienie rządzącej elity bierze się moim zdaniem właśnie z tej wewnętrznie sprzecznej potrzeby wolności pod rządami sprawnej, silnej władzy, o której pisał Tocqueville. Pod rządami specjalistów od rządzenia. A ponieważ, jak zauważa David Boaz, talent przekazywany jest zwykle w genach, Amerykanie chętnie widzą u władzy krewnych tych, którzy już wcześniej się w tej dziedzinie sprawdzili.

Political fiction 2016: Clinton czy Bush?

A mimo to Stephen Hess kwestionuje zasadność mówienia o dynastiach tak w przypadku Bushów, jak i Clintonów.

– Po pierwsze ojciec George’a Busha seniora był mało znanym kongresmenem z Connecticut. Po drugie, gdyby syn chciał pójść w ślady ojca, to zostałby w tym stanie, by przejąć po nim schedę. Tymczasem on wyjechał do dalekiego Teksasu, by zostać przedsiębiorcą – argumentuje Hess.

Jeszcze trudniej jest jego zdaniem mówić o dynastii Clintonów. – Nie było nikogo przed Billem i nie będzie raczej nikogo po Hillary, chyba że czeka nas jakaś niespodzianka ze strony Chelsea – mówi Hess.

Ale kto wie. Córka prezydenta i kandydatki na prezydenta osiągnie minimalny wiek wymagany do ubiegania się o ten urząd przed wyborami 2016 roku, a więc akurat na zakończenie ewentualnej drugiej kadencji swej mamy. Być może nadal w wielkiej polityce liczyć się będzie Jeb Bush, a może karierę do tego czasu zrobi jego przystojny i niepozbawiony ambicji politycznych syn.

Nie jest jednak jasne, czy w tym przypadku magia znanej marki będzie przyciągała, czy raczej odpychała wyborców pragnących oddać stery kraju w pewne ręce. Bratanek obecnego prezydenta nazywa się bowiem… George Bush. George P. Bush.
Piotr Gillert

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s