Nagroda Nobla, Al Gore i inni kłamcy

Źródło: Niedziela: Skandaliczne Noble
28.11.2007

Gdy kilka tygodni temu rozmawiałem z Antoniem Gasparim, przewodniczącym ruchu „Chrześcijanie na rzecz Środowiska Naturalnego” (Cristiani per l’ambiente), usłyszałem zdecydowaną krytykę przyznania Pokojowej Nagrody Nobla Alowi Gore’owi.

Gaspari twierdził, że wyróżnienie dla Gore’a to prawdziwy skandal, dodając, iż nie jest to pierwsza kontrowersyjna decyzja Norweskiego Komitetu, który wybiera laureatów Pokojowej Nagrody. Warto więc wspomnieć, jakie „osobistości” zostały już wyróżnione tą prestiżową nagrodą.

W 2004 r. „pokojowego” Nobla dostała Kenijka Wangari Maathai, którą przedstawiano jako wybitną działaczkę na rzecz środowiska naturalnego (jak widać, problemy ekologiczne są obsesją Komitetu w Oslo). Problem w tym, że Kenijka, która zasłynęła, dzięki temu, że przeprowadziła kampanię sadzenia drzewek, aby zapobiec dezertyfikacji (pustynnieniu) Afryki, jest postacią bardzo kontrowersyjną.

Gdy w 1997 r. kandydowała na urząd prezydenta swego kraju, deklarowała, że Kenię trzeba oczyścić z przybyszów z Indii, których wielu osiedliło się w zachodniej Afryce. Jak donosiły światowe media, tony wypowiedzi późniejszej laureatki Nagrody Nobla na temat Hindusów zamieszkujących jej kraj „nie odbiegały bardzo daleko od idei czystki etnicznej”.

Wangari Maathai jest również zwolenniczką barbarzyńskiej praktyki wycięcia łechtaczki – obrzezania (clitoridectomia), bardzo rozpowszechnionej w Afryce (ocenia się, że na Czarnym Kontynencie ofiarami tej praktyki padło prawie 100 mln kobiet).

Kenijka brała czynny udział w różnych spotkaniach międzynarodowych gremiów na temat środowiska. Była jednym z prelegentów narady United Nations Environment Programme (Program Narodów Zjednoczonych do spraw Ochrony Środowiska), podczas której dyskutowano na temat nowej uniwersalnej i panteistycznej religijności mającej zastąpić chrześcijańsko-judaistyczną wizję świata. Narada ta odbywała się w ramach projektu, którego celem było przygotowanie tzw. Karty Ziemi. Wangari Maathai powiedziała wówczas, że „Karta Ziemi jest listą nowych przykazań”, dodając, że jej przygotowanie jest „jakby pisaniem na nowo Biblii”. Warto dodać, że ks. prof. Michael Schooyans z Papieskiej Akademii Nauk Społecznych nazwał „Kartę Ziemi” – która w zamyśle jej twórców miałaby zastąpić Powszechną Deklarację Praw Człowieka – projektem antyludzkim, pogańskim i panteistycznym.

Oto zasługi, za jakie można dostać Pokojową Nagrodę Nobla!

Jeszcze większym skandalem niż Nobel dla Wangari Maathai było przyznanie go w 1992 r. Gwatemalce Rigobercie Menchú Tum. Sławę zawdzięcza ona książce biograficznej napisanej w 1982 r. przez antropolog Elisabeth Burgos, byłą żonę lewicowego działacza francuskiego Régisa Debraya. Burgos przez osiem dni nagrywała wspomnienia Menchú, na których podstawie powstała książka zatytułowana: „Nazywam się Rigoberta Menchú”. Rigoberta opowiada w niej o trudnym dzieciństwie ubogiej dziewczynki z ludu Majów, ofiary przemocy potomków hiszpańskich konkwistadorów. Jej ojciec Vincente nie pozwalał jej uczęszczać do szkoły, ponieważ musiała pomagać mu w pracy w polu. Rodzina Menchú była tak biedna, że jeden z braci Rigoberty zmarł z głodu. Zdesperowany ojciec stanął wówczas na czele Indian, którzy powstali przeciw latyfundystom i domagali się kawałka ziemi do uprawy. Niestety, wojsko siłą stłumiło powstanie, a Vincente został zabity. Nie dość na tym, brata Rigoberty spalono na placu wioski, a rodzina Menchú musiała się temu przyglądać. Tragiczny los spotkał również matkę. Tyle wspomnienia Rigoberty.

Książka stała się bestsellerem, a nieznana nikomu Gwatemalka z ludu Majów zaczęła być postrzegana jako symbol walki ludów tubylczych z wyzyskim, zniewoleniem i ubóstwem – walki o lepszy świat. Menchú powtarza, że jej doświadczenia osobiste są rzeczywistością wielu ludów tubylczych, dlatego czuje się powołana do ich reprezentowania. Staje się tak sławna i popularna, szczególnie w lewicowych i radykalnych kręgach intelektualnych na Zachodzie, że w 1992 r. Komitet z Oslo przyznaje jej Pokojową Nagrodę Nobla.

Sława i prestiżowe wyróżnienie sprawiły, że zaczęto się lepiej przyglądać postaci gwatemalskiej noblistki. Rodzinną wioskę Menchú odwiedził antropolog David Stoll, który następnie w swej książce zdemaskował kłamstwa zawarte w biografii najsłynniejszej Gwatemalki. Okazało się, że ojciec Rigoberty nie był bezrolnym chłopem, lecz posiadał 2700 ha ziemi. Dziewczynka nie była zmuszana do pracy w polu, lecz uczęszczała do dwóch znanych szkół prowadzonych przez siostry zakonne. Patetyczna walka o ziemię była w rzeczywistości sporem między ojcem a jego krewnymi. Nikt też nigdy nie słyszał o spaleniu jej brata. Jednym słowem – „heroiczny” życiorys przedsiębiorczej Rigoberty, któremu zawdzięcza sławę, Nagrodę Nobla i funkcję ambasadora Narodów Zjednoczonych, był stekiem kłamstw. Potwierdził to również dziennikarz gazety „New York Times” wysłany do Gwatemali.

Zadziwiające jest, że Komitet Noblowski nie odebrał jej nagrody, a ONZ nadal traktuje ją jako swego ambasadora, stając się poniekąd gwarantem jej integralności moralnej i intelektualnej. Obrońcy Menchú powtarzają, że cel uświęca środki, a cel jej działalności jest szlachetny. Dlatego w aureoli noblistki podróżuje ona ciągle po świecie, jest zapraszana na kongresy, konferencje i spotkania, udziela wywiadów i bierze czynny udział w działalności politycznej. Gdy 20 września 2003 r. masoni włoscy świętowali rocznicę zdobycia Rzymu przez wojska piemonckie i obalenia doczesnej władzy papieży, głównym ich gościem była Menchú, która miała dać swe „świadectwo walki w obronie ludzi, którzy są pozbawieni podstawowych praw” (to bardzo znaczące).

Sławna za granicą, w Gwatemali Rigoberta nie jest traktowana zbyt poważnie. Gdy 9 września 2007 r. ta samozwańcza obrończyni uciśnionego ludu wystartowała w wyborach prezydenckich w swym kraju, wynik był żenujący – otrzymała jedynie 3,05 proc. głosów!

W tym kontekście warto przypomnieć, że w 2003 r. wiele osobistości i organizacji z całego świata wskazywało na Jana Pawła II jako na najlepszego kandydata do Pokojowej Nagrody Nobla za jego wysiłki w celu niedopuszczenia do wojny w Iraku oraz za wielki wkład w pojednanie wyznawców różnych religii. Jednak i tym razem Komitet w Oslo nie wziął pod uwagę rzeczywistych zasług kandydatów do Pokojowej Nagrody, lecz pokierował się kryteriami politycznej poprawności i doraźnymi interesami politycznymi, wybierając irańską adwokatkę. Honorowanie osobistości religijnych nie jest politycznie poprawne, a poza tym Jan Paweł II postrzegany był przez laickie kręgi jedynie jako szef instytucji, która prześladuje kobiety (Kościół katolicki sprzeciwia się kapłaństwu kobiet), homoseksualistów (Kościół katolicki nie chce uznać związków osób tej samej płci) i utrudnia walkę z AIDS (Kościół katolicki uważa, że masowa dystrybucja prezerwatyw nie jest bynajmniej sposobem na rozwiązanie problemu AIDS). Wielkie zasługi Papieża na polu światowego pokoju i pojednania między narodami stały się sprawą drugoplanową.

Po przeanalizowaniu powyższych faktów trzeba się zastanowić, czy Pokojową Nagrodę Nobla należy jeszcze uważać za najbardziej prestiżowe wyróżnienie na świecie. Wybór kandydatów w ostatnich latach skłania raczej do stwierdzenia, że jest to jedynie nagradzanie osób – nie zawsze wybitnych i zasłużonych – które w jakiś tam sposób wcielają stronnicze poglądy ideologiczne i polityczne członków Komitetu Nagrody Nobla.

* * *

Gdy rozmawiałem na temat skandalicznych Pokojowych Nagród Nobla z moim włoskim znajomym, Antoniem Gasparim, powiedział mi, że równie dyskusyjne – żeby użyć eufemizmu – są niektóre decyzje podejmowane przez Komitet wybierający laureatów w dziedzinie literatury. Podał mi dwa konkretne przykłady dotyczące włoskich zdobywców nagrody. W 1959 r. Nobla otrzymał Salvatore Quasimodo – dobry tłumacz i mierny poeta, chociaż bezdyskusyjnie najwybitniejszym ówczesnym poetą we Włoszech był Giuseppe Ungaretti. W 1997 r. literackiego Nobla przyznano Dario Fo – mało znanemu poecie piszącemu w dialekcie lombardzkim i udzielającemu się w teatrze, który na dodatek nigdy nie był pisarzem. Członkowie Komitetu Nagrody Nobla zignorowali największego żyjącego poetę włoskiego Mario Luzziego. Jakie więc pozaartystyczne kryteria zadecydowały, że to prestiżowe wyróżnienie – a za takie uchodzi Nagroda Nobla – zostało przyznane nie najwybitniejszym poetom, lecz ludziom mniej zasłużonym? Antonio Gaspari zasugerował wyjaśnienie tej kwestii: Ungaretti i Luzzi byli katolikami, natomiast Quasimodo oraz Fo to komuniści (drugi z nich to także zażarty antyklerykał). Komuniści – tak, katolicy – nie. Jeżeli takie są kryteria przyznawania Nagrody Nobla w dziedzinie literatury, to przestańmy nazywać ją najbardziej prestiżowym wyróżnieniem na świecie.
Włodzimierz Rędzioch

Reklamy

Obraza homoseksualistów wg europejskiego prawa

Źródło: Rzeczpospolita: Pilnuj języka
Aleksandra Rybińska 24-11-2007,

Siedem lat więzienia – dwa więcej niż za gwałt. Tyle miałaby kosztować Brytyjczyka obraza homoseksualistów. Wszystko zależy od poczucia humoru posłów. A potem, być może, od policjanta, który miałby odróżnić dowcip od podżegania do nienawiści
źródło: Rzeczpospolita
+zobacz więcej

Wielu Brytyjczyków obawia się teraz, że trafi do aresztu za obrazę gejów, lesbijek i transseksualistów. W końcu słowo „pedał” (fag) jest wyzwiskiem popularnym nie tylko wśród kibiców brytyjskich, ale także na szkolnych boiskach. Również brytyjscy satyrycy lubią szydzić z kochających inaczej. Przykładem jest popularny serial BBC „Mała Brytania” („Little Britain”). Jednym z protagonistów serialu jest „Daffyd – jedyny gej w miasteczku, na którego nikt nie zwraca uwagi”, to znaczy proletariacki homoseksualista w lateksowym stroju, który cierpi, ponieważ amatorskie stowarzyszenie dramaturgów nie chce go obsadzić w roli Hamleta.

Krucjata ministra sprawiedliwości Jacka Strawa może sprawić, że na zawsze zniknie z ekranów. W końcu wyśmiewanie się z tego, że gruby gej w lateksie nie nadaje się na Hamleta jest w pierwszym rzędzie obrazą samego Szekspira, którego orientacja seksualna jest co najmniej niejasna. Koniec brytyjskiej satyry?

Nowej ustawie wydał już wojnę komik Rowan Atkinson, który boi się o wolność słowa i przyszłość satyry na Wyspach. Jasiowi Fasoli, któremu z gejów zdarzało się śmiać nieraz, i to w typowo brytyjskim stylu, uważa, że ustawa może doprowadzić do zakazania takich żartów. Bo przecież trudno jasno i precyzyjnie wyznaczyć granicę między ostrym dowcipem a nawoływaniem do dyskryminacji.

Atkinson napisał w tej sprawie list otwarty. Ostrzega w nim przed poważnymi implikacjami ustawy dla przyszłości humoru oraz ekspresji twórczej. Jego zdaniem takie prawo to absurd, bo przecież każdy może zażądać specjalnej ochrony przed „prześladowaniami”, na przykład ludzie z dużymi uszami. W odpowiedzi brytyjski rząd zapewnił, że „będzie rozróżniał obraźliwe dowcipy i te śmieszne”.

Jednak właśnie w tym sęk. Które dowcipy są zabawne, które obraźliwe, a które nawołują do nienawiści? To ma ocenić policja. W zależności od poziomu poczucia humoru oraz orientacji seksualnej funkcjonariuszy. Eksperci już teraz radzą Brytyjczykom, aby w pierwszym rzędzie ograniczyli żarty na temat policjantów. W końcu od nich będzie zależeć, jaką karę otrzymamy za żarty o gejach opowiedziane w pubie przy kuflu piwa.

Na razie pouczenie

Zaniepokojone nową ustawą są także organizacje chrześcijańskie. – Biblia traktuje homoseksualizm z abominacją. Większość gejów uważa to za obraźliwe. Żeby nie trafić do więzienia, będziemy musieli zrezygnować z praktyki naszej wiary – powiedziała „Rz” Andrea Williams ze stowarzyszenia chrześcijańskich adwokatów.

Organizacja uważa, że istniejące prawo skutecznie chroni homoseksualistów przed agresją. – Brytyjskie prawo karne chroni wszystkich Brytyjczyków przed aktami przemocy, w słowie lub czynach. Odrębne prawo chroniące gejów może służyć wyłącznie jako pretekst do ograniczenia wolności słowa i wolności religijnej chrześcijan – uważa Williams.

Obowiązująca od ponad 20 lat ustawa faktycznie pozwala aresztować osoby wygłaszające wszelkie groźby i obelgi, także skierowane przeciw homoseksualistom. O tym, że jest skuteczna, przekonał się w kwietniu bieżącego roku 11-letni George Rawlinson z Widnes w północno-zachodniej Anglii, kiedy policjanci przyszli do jego domu, by go przesłuchać, a dwóch kolejnych przepytywało uczniów w jego szkole. Nazwał bowiem szkolnego kolegę gejem. Na szczęście dla George’a historia skończyła się tylko „pouczeniem”.

Chłopiec wyjaśnił, iż nie miał zamiaru nikogo obrażać ze względu na orientację seksualną, a jedynie chciał powiedzieć koledze, że jest głupi. Policja odstąpiła od postawienia mu zarzutów. Mniej szczęścia miało dwóch kibiców brytyjskiej drużyny piłkarskiej Norwich City w sierpniu tego roku. Nazwali kibiców przeciwnej drużyny gejami.

Sąd w Norwich skazał ich za to na 300 funtów grzywny oraz odszkodowanie na rzecz organizacji walki z homofobią. Pod rządami nowej ustawy prawdopodobnie spędziliby kilka lat w więzieniu. Policja w Hampshire aresztowała w lipcu ubiegłego roku kobietę za to, że na płocie swojego ogrodu wywiesiła napis: „Moje psy żywią się gejami”. Kobieta tłumaczyła, iż jest już tak zmęczona wybrykami członków tej wspólnoty, że „musiała to w jakiś sposób wyrazić”. Widocznie tym razem policjanci mieli poczucie humoru, ponieważ kazali jej jedynie zdjąć napis.

Wielka Brytania to niejedyny kraj europejski, w którym trzeba pilnować swojego języka. Unia Europejska i Rada Europy w 2000 roku zgodnie przyjęły rezolucję wzywającą kraje unijne do wprowadzenia odrębnych przepisów potępiających homofobię. We Francji, w Szwecji, Belgii, Norwegii, Irlandii, Danii i Holandii stały się one rzeczywistością. Propagowanie postaw homofobicznych traktowane jest tam jako mowa nienawiści (hate speech) i stanowi przestępstwo. Niejeden żartowniś, od szwedzkich policjantów po francuskiego posła, przekonał się o tym na własnej skórze.

Wybacz mi Lilli Marleen…!

Norwegia jest pierwszym krajem na świecie (od 1981 roku), który wprowadził prawny zakaz propagowania postaw homofobicznych. Mimo iż jest to kraj tolerancyjny wobec gejów, lesbijek i transseksualistów, odradza się im osiedlanie się na południu kraju. Życie społeczne jest tam zdominowane przez Kościół luterański., który regularnie łamie prawo, drukując ulotki zawierające treści obraźliwe dla gejów.

Podobnie jak partia konserwatywna (Hoyre). W maju 2005 roku Birger Westlund, członek zarządu tej partii (należy do niej także obecny minister finansów Per-Kristian Foss, który jest gejem), stwierdził publicznie, że „geje mają problemy z głową” i „powinni się leczyć u psychiatry”. Westlundowi nie podobała się propozycja ustawy legalizującej małżeństwa homoseksualne. Stowarzyszenia obrony praw gejów zagroziły mu procesem. Westlund jednak nie wycofał swej opinii, twierdząc, że małżeństwa homoseksualne to „wielka bzdura”. To, że uniknął procesu i kary, zawdzięcza wyłącznie temu, iż praca nad ustawą była w tym momencie ważniejsza niż karanie wypowiedzi niepokornego polityka.

Sąsiadująca z Norwegią Szwecja w 2002 roku wprowadziła w prawie karnym zakaz mowy nienawiści między innymi w odniesieniu do orientacji seksualnej. W tym samym roku został stworzony urząd mediatora ds. dyskryminacji homoseksualistów w Sztokholmie (HoMO). Mediator ma za zadanie śledzić wszelkie publikacje prasowe, internetowe czy telewizyjne, które obrażają uczucia gejów. Ci mogą się również sami zwrócić do mediatora, kiedy uważają, że ktoś ich obraził.

Wśród skarg rozpatrywanych przez HoMO znajduje się sprawa 34-letniego transwestyty, który występował w zachodniej Szwecji jako imitator Marleny Dietrich. Mężczyzna wezwał w styczniu policję, kiedy ukradziono mu portfel. Policjanci na widok osobliwej Marleny wybuchli śmiechem. – Wybacz mi Lilli Marleen, ale chyba portfel to niejedyna rzecz, której ci brakuje – miał powiedzieć w dwuznacznym tonie jeden z nich.

Policjanta czeka teraz proces przed sądem, który może go skazać nawet na dwa lata więzienia. – Na ogół jednak sądy skazują na grzywny. Bardzo rzadko ktoś trafia do więzienia – powiedziała „Rz” prawniczka w biurze mediatora Johanna Rejdemo. Jej zdaniem policjant może jednak stracić prawo do wykonywania zawodu. – Obelgi skierowane do homoseksualistów, wszystko jedno czy dowcipne, czy nie, traktujemy w Szwecji bardzo poważnie – dodała.

O tym, jak poważnie, przekonało się czterech mężczyzn w zachodniej Szwecji. 6 lipca 2006 roku sąd skazał ich na siedem miesięcy więzienia w zawieszeniu za to, że rozprowadzali w szkołach podstawowych ulotki zawierające obelgi skierowane do wegetarian, komunistów i gejów. Mimo iż mężczyźni tłumaczyli, że była to „satyra”, sąd pozostał niewzruszony.

Podobny los spotkał kilka miesięcy wcześniej pastora Kościoła luterańskiego, który podczas kazania cytował ustępy z Biblii odnoszące się do sodomii. Skazano go na miesiąc pozbawienia wolności. Odwołał się od wyroku. W końcu Sąd Najwyższy go uniewinnił, argumentując, że wolność religijna gwarantowana przez europejską konwencję praw człowieka „nawet w tym przypadku musi być chroniona”.

Mniej szczęścia miał pijany bezdomny, który obrzucił obelgami aktorów na planie filmu „Fucking Amal” w Sztokholmie. Sąd skazał go na dwa miesiące więzienia oraz grzywnę 200 euro. – Kary są moim zdaniem zbyt niskie. A Kościoły ciągle otrzymują bilety ulgowe – komentuje sprawę Johanna Rejdemo. – Jednak na siedem lat, tak jak chcą to robić Brytyjczycy, nie możemy nikogo skazać. W końcu siedem lat dostaje się u nas za morderstwo.

Karać za słowo

W grudniu 2004 roku także francuski parlament zatwierdził ustawę zakazującą „obraźliwych” komentarzy dotyczących gejów – zarówno w słowie, jak i w piśmie. Maksymalna kara to 45 tysięcy euro lub rok więzienia. Przeciwko ustawie protestowali między innymi Reporterzy bez Granic, argumentując, że narusza ona wolność słowa.

Jak na ironię pierwszą ofiarą nowej ustawy stał się poseł rządzącej partii UMP Christian Vanneste. Polityk udzielił gazecie „La voix du Nord” 26 stycznia 2005 roku wywiadu, w którym powiedział, że „obyczaje homoseksualne są gorsze od heteroseksualnych” oraz że „homoseksualizm jest nawykiem nabytym, więc można się go z powrotem pozbyć”. Sąd w Orleanie skazał go za to na grzywnę 9 tysięcy euro, które musiał wpłacić na konta trzech organizacji gejowskich. – Dobrze, że go skazano. Kto jest nietolerancyjny wobec innych, nie może liczyć na tolerancję – powiedział „Rz” przewodniczący komisji do spraw gejów, lesbijek i transseksualistów francuskich Zielonych Pierre Serne.

Jego zdaniem we Francji wciąż dochodzi do aktów werbalnej agresji wobec osób odmiennej orientacji seksualnej. Zdarza się to często na ulicy, w parkach, laskach i na skrzyżowaniach, gdzie spotykają się geje. Dlatego organizacja gejowska Tetu ostrzega gejów na swej stronie internetowej przed „uprawianiem seksu na ulicy”. „Nie narażajcie się na obelgi. Róbcie to w zamkniętych pomieszczeniach” – czytamy. W kwietniu 2006 roku trybunał w Orleanie skazał dwóch mężczyzn w wieku 20 i 22 lat za to, że obrzucili obelgami dwóch gejów, którzy się migdalili na przystanku autobusowym. Dostali rok i sześć miesięcy więzienia. W uzasadnieniu wyroku sędzia zacytował Voltaire’a: „Na brak tolerancji istnieje tylko jedno lekarstwo: brak tolerancji”.

W sąsiedniej Belgii obraza gejów jest również karalna. Przekonał się o tym arcybiskup Namur. W wywiadzie dla pisma „TV moustique” w kwietniu tego roku stwierdził, że „geje zatrzymali się w swym rozwoju osobistym”. Otrzymał karę w wysokości kilkuset euro, a przed jego kościołem przez kilka dni manifestowało kilka tysięcy gejów i lesbijek. W jednym z małych walońskich miasteczek właściciel jednego z barów wciąż czeka na rozpoczęcie procesu za to, że poprosił parę gejowską, aby „nie obejmowała się przed jego gośćmi”. Ci, oburzeni, złożyli skargę w sądzie za „homofobię”.

Francuscy satyrycy od lat starają się unikać dowcipów na temat homoseksualistów. Można je dziś obejrzeć na starych kasetach wideo słynnego komika Coluche z lat osiemdziesiątych. We wrześniu 1985 roku zorganizował on happening, podczas którego poślubił swojego kolegę po fachu Thierry le Luron. Happening miał być prowokacją w odniesieniu do małżeństw homoseksualnych. Wtedy wywołał ogólny śmiech. Dziś biedny Coluche prawdopodobnie trafiłby do więzienia.

Koszt wojny w Iraku i Afganistanie

Źródło: Rzeczpospolita: Wojna kosztuje biliony dolarów
Piotr Gillert 14-11-2007, ostatnia aktualizacja 14-11-2007 19:21

Wielkie kredyty, zaniechanie inwestycji, konieczność opieki nad tysiącami kombatantów, wahania na rynku ropy – to dodatkowe koszty wojen w Iraku i Afganistanie – pisze nasz korespondent w Waszyngtonie

Najnowszy raport na temat ceny prowadzenia przez USA wojny z terrorem zawiera gigantyczne liczby. – Pełny koszt wojny dla naszej gospodarki wyraża się w sposób, o którym obecna administracja nigdy nie mówi: finansujemy ją z pożyczonych pieniędzy – oświadczył przywódca demokratów w Senacie Harry Reid.

Od 2002 roku z budżetu wydano lub zaaprobowano do wydania do końca września przyszłego roku ponad 800 mld dolarów na obie wojny. Zdaniem demokratów do tej liczby należałoby doliczyć odsetki od kredytów zaciągniętych w tym celu przez rząd, koszt zaniechanych z powodu wojen inwestycji, długoterminowe wydatki na opiekę nad tysiącami kombatantów i koszty wywołanych konfliktem zaburzeń na rynku ropy.

Gdy wziąć wszystkie te czynniki pod uwagę, wydatki wojenne zdaniem demokratów okazałyby się dwukrotnie wyższe, a w najbliższej dekadzie mogłyby wzrosnąć nawet do 3,5 bln dolarów.

Publikacja raportu demokratów zbiega się w czasie z kolejnym starciem między zdominowanym przez nich Kongresem i prezydentem Bushem. Administracja oczekuje na jak najszybsze zatwierdzenie dodatkowych funduszy wojennych (50 mld dolarów). Tymczasem demokraci zapowiedzieli, że zatwierdzą je tylko pod warunkiem, że rząd natychmiast rozpocznie redukcję liczebności wojsk w Iraku i zapowie pełne wycofanie do połowy grudnia 2008 roku.

Debata ta wpisuje się w trwającą obecnie prezydencką kampanię wyborczą. Demokraci próbują wykorzystać niepopularność ciągnącej się wojny w walce z republikanami. Wytykają więc republikańskiej administracji m. in., że pompuje miliardy dolarów do Iraku, a oszczędza na własnych obywatelach. We wtorek prezydent zablokował środki budżetowe dla departamentów Edukacji, Zdrowia i Pracy, bo uznał, że Kongres przeznaczył dla nich o 10 mld dolarów za dużo.

– Zdaniem Busha za dużo wydajemy na amerykańskich uczniów, na opiekę zdrowotną nad dziećmi, na istotne dla społeczności lokalnych inwestycje. A tymczasem wysyłamy kolejne 200 mld dolarów do Bagdadu i Kabulu – grzmi demokratyczny kongresmen Steny Ho-yer.

Pragnąc uzmysłowić przeciętnemu wyborcy, o jaki ciężar chodzi, demokraci obliczyli dotychczasowy realny koszt obu wojen przypadający na statystyczną amerykańską rodzinę. Według ich analiz sięgnął już 20 tys. dolarów.

Obecność żołnierzy w Iraku i Afganistanie kosztowała już amerykańskich podatników mniej więcej tyle (z uwzględnieniem inflacji) co katastrofalna wojna w Wietnamie. Gospodarka USA, z PKB w wysokości ponad 13 bln dolarów rocznie, jest znacznie bogatsza niż wtedy, dlatego zdaniem wielu ekspertów społeczeństwo nie odczuwa ciężaru konfliktu na Bliskim Wschodzie. Dla porównania: bez ukrytych kosztów druga wojna światowa pochłonęła około 30 procent amerykańskiego PKB, wojna koreańska w latach 50. około 14 procent, a wietnamska – 9 procent. Wydatki na prowadzone obecnie wojny przekraczają 1 procent PKB.

Innym istotnym czynnikiem jest „koszt w ludziach“. Już wiadomo, że mijający rok będzie rekordowy pod względem liczby ofiar armii amerykańskiej w Iraku. Do 7 listopada zginęło tam 854 amerykańskich żołnierzy, a od rozpoczęcia wojny – prawie 3900. Straty te są jednak nieporównywalnie mniejsze niż w Korei czy Wietnamie.

Rosja – wielkie mocarstwo

Źródło: Rzeczpospolita: Rosjanie potrzebują władcy
03.11.2007

Rz: Dzisiejszej Rosji bliżej jest do Związku Sowieckiego czy do caratu?

Występują w niej elementy obu tych tworów. Rosja sowiecka stanowiła zresztą do pewnego stopnia kontynuację Rosji carów. Pomiędzy obydwoma państwami były duże podobieństwa. Opisałem to wszystko w mojej „Rosji carów“, która tak bardzo rozgniewała Sołżenicyna.

Ale były też jednak gigantyczne różnice.

Oczywiście, skala represyjnych działań obu reżimów jest nieporównywalna. Ale mimo to systemy polityczne tak bardzo się nie różniły. Wracając do pytania: wydaje mi się, że to, co robi Putin, przypomina bardziej Rosję carską niż sowiecką. Przedrewolucyjna Rosja bardzo lubiła silnych przywódców. Nazwali swego cara Iwanem Groźnym. A Groźny to przecież w języku rosyjskim określenie pozytywne. Rosjanie czują się bezpiecznie, gdy na czele państwa stoi silny przywódca. Właśnie do takich uczuć odwołuje się Putin.

A czy to nie jest tylko fasada? Przywróciliśmy dwugłowego orła, ale wewnętrznie się z tego śmiejemy i czujemy się bolszewikami?

Nie sądzę. Dużo w tym nacjonalizmu. Putin podąża w kierunku modelu autorytarnego. Kontroluje parlament i główne media. Wyznacza gubernatorów zupełnie jak car.

Czy Putin jest mózgiem i przywódcą postkomunistycznego układu rządzącego Rosją, czy też tylko jego twarzą, człowiekiem, który wykonuje powierzone zadanie?

On jest prawdziwym przywódcą. Rządy z tylnego siedzenia byłyby w Rosji niemożliwe. Rosjanie, jak powiedziałem, potrzebują groźnego władcy. Jest nim właśnie Putin. Gdyby powiedział, że chce kandydować na trzecią kadencję, przyjęto by to bez mrugnięcia okiem.

A co pan sądzi o teorii, że upadek bloku sowieckiego był zaplanowaną operacją sowieckich służb specjalnych, które pozbyły się niepotrzebnego balastu w postaci komunizmu i przejęły władzę?

Nie wierzę w podobne spiskowe teorie. KGB nie chciało rozpadu Związku Sowieckiego. Rzeczywiście objęli w Rosji władzę, ale nie dlatego, że to zaplanowali, ale dlatego że po upadku partii komunistycznej byli jedyną zorganizowaną siłą, która mogła to zrobić.

Czy w tych służbach przeprowadzono jakąś weryfikację?

Nie, zachowana została całkowita ciągłość. Tak jest zresztą ze wszystkim. Po 1991 roku w Rosji naprawdę bardzo niewiele się zmieniło. Gdy przyjeżdżam do Polski, mam wrażenie, że z komunizmu nic tu już nie zostało. To samo na Węgrzech. Tam zaś jest zupełnie inaczej. Według sondaży 30 procent ludności Rosji nie wie, że rząd sowiecki już nie istnieje! Nazwy ulic z wyjątkiem Moskwy i Petersburga pozostały właściwie te same. Podobnie z pomnikami. Choć przywrócono nazwę Petersburg, okręg, w którym znajduje się miasto, nadal nosi nazwę leningradzki. W moskiewskim mauzoleum nadal leży zaś trup Lenina.

Jak Rosjanie oceniają Związek Sowiecki?

Z nostalgią. Trzy czwarte żałuje, że Sowietów już nie ma. Zadano im ostatnio takie pytanie: jak byś się zachował, gdyby komuniści znowu zrobili zamach stanu i przejęli władzę? Okazało się, że większość kolaborowałaby z reżimem.

Ale przecież to naród rosyjski był najbardziej pokrzywdzony przez komunizm.

To prawda, ale oni są pozbawieni pamięci historycznej. Ich to nie obchodzi. Ważne, że za Sowietów mieli dostęp do świadczeń socjalnych i byli wielkim mocarstwem. Teraz nie mają ani tego, ani tego.

Nie ma już w Rosji prawdziwego antysowieckiego patriotyzmu?

Komunizm już dawno pogodził się z nacjonalizmem. Przecież to Stalin mówił o narodzie rosyjskim jako odgrywającym najważniejszą rolę w dziele budowy sowieckiego raju.

To była chyba jednak tylko taktyka, żeby w 1941 roku pozyskać Rosjan do obrony władzy Sowietów przed Niemcami?

Niekoniecznie. Przecież proces przywracania do łask rosyjskiego patriotyzmu zaczął się wcześniej. Już w latach 30. dokonano dużych zmian w propagandzie. Wydaje mi się, że oba te nurty z czasem zlały się w jedno.

Z jednej strony buduje się pomniki Stalinowi, z drugiej – sprowadza do ojczyzny prochy białego generała Denikina. Rosjanie nie widzą w tym sprzeczności?

Ostatnio byłem w Chinach i zobaczyłem coś, co mnie zdumiało. Zbudowano tam muzeum poświęcone Czang Kaj-szekowi. Można w nim obejrzeć jego biurko, telefon, portrety, zdjęcia jego i żony. Przekaz jest prosty: my, Chińczycy jesteśmy jednym narodem i musimy się wspierać. Pomimo trudnej przeszłości żyć razem w harmonii. To samo jest w Rosji.

Ale rosyjska wojna domowa była niebywale zacięta. Spór pomiędzy obydwoma stronami tak pryncypialny. Jak to możliwe, że Rosjanie są teraz w stanie to pogodzić?

Bo to było dawno temu! 90 lat! Ludzie, którzy brali udział w tamtych wydarzeniach, już dawno umarli. Nie ma więc o co się kłócić. Nikogo te spory dziś nie obchodzą. Ważne, że zarówno czerwoni, jak i biali byli Rosjanami. A jak byli Rosjanami, to musieli być w porządku.

W Polsce w 1997 roku Adam Michnik i Włodzimierz Cimoszewicz wystąpili z apelem w sprawie uzgodnienia jednej, kompromisowej wersji historii Polski po 1945 roku. Według nich powinno się uznać, że zarówno sowieccy kolaboranci, jak i polscy patrioci mieli rację. Czy właśnie coś takiego się stało w Rosji?

Tak. Nacjonalizm zatriumfował tam nad ideologią. Przeprowadzono ostatnio w Rosji ciekawy sondaż: wymień dziesięć najpopularniejszych postaci w historii świata. Dziewięciu z wybranych okazało się Rosjanami. Jedynym obcokrajowcem był zaś Napoleon. Pierwsze miejsce w tym zestawieniu zajął Piotr Wielki. Kolejne Puszkin, Lenin, Stalin i Gagarin.Pytałem pewnego Rosjanina, dlaczego tak sądzi. Bo oni wszyscy na swój sposób uczynili Rosję potężniejszą – odpowiedział.

Czyli nikt nie dostrzega już internacjonalistycznego elementu komunizmu?

Sowiety ostro zwalczały rosyjski patriotyzm tylko przez pierwszych 15 lat swojego istnienia. Później, za Stalina, sytuacja się zmieniła. Zgodnie z nową wykładnią Rosja, szczególnie w polityce zagranicznej, zawsze miała rację. Nawet za czasów oficjalnie znienawidzonego caratu.

Czy w tej ideologii historycznego pojednania znajdzie się kiedyś miejsce dla generała Własowa i miliona obywateli sowieckich, którzy podczas II wojny wystąpili z bronią w ręku przeciwko Sowietom?

O to będzie pewnie znacznie trudniej niż w przypadku białych z czasów wojny domowej. Własow w swojej walce współdziałał bowiem z Niemcami, którzy w Rosji byli mordercami. Nie wykluczam jednak, że z czasem znajdzie się w Rosji miejsce i dla Własowa. Na emigracji wychodzi dużo książek pokazujących go pozytywnie. Może więc i Własow – jako rosyjski patriota – zostanie umieszczony w panteonie. Dzisiaj jednak książka przedstawiająca go w dobrym świetle nie cieszyłaby się w Rosji specjalnym powodzeniem.

Historiografia rosyjska jest chyba nadal pisana w duchu sowieckim. Potwierdza to choćby sposób, w jaki rosyjscy historycy do dzisiaj piszą o Katyniu.

To zrozumiałe, że Rosjanom trudno się pisze o popełnionych przez ich naród zbrodniach. Ale wynika to znowu bardziej z nacjonalizmu niż jakiegoś pro komunizmu.A Niemcy?

W Niemczech była denazyfikacja. Niemcy nie mieli więc wyboru i musieli się rozliczyć z własną przeszłością. W Rosji nie było dekomunizacji.

Czyli do rozliczeń potrzebna jest obca okupacja?

To możliwe. Gdyby w Niemczech doszło do jakiejś rewolucji i Niemcy sami obaliliby narodowy socjalizm, pewnie nie byłoby procesu norymberskiego. Poza tym w Rosji większość ludzi była jakoś związana z sowieckimi władzami. Nie istniała własność prywatna i każdy pracował dla rządu. Rosjanie po prostu obawiają się otworzyć te rany. Ty kolaborowałeś z komunistami. A ty nie? Też dostałeś od nich mieszkanie, pracę, wczasy! Dzięki temu byli funkcjonariusze reżimu, nawet ci z krwią na rękach, żyją sobie spokojnie. Wielu ma duże pieniądze.

Na pewno spotyka się pan z intelektualistami myślącymi inaczej niż przeciętny Rosjanin, osobami pokrzywdzonymi przez Sowiety. Czy nie mają poczucia niesprawiedliwości?

Nie, przynajmniej o tym głośno nie mówią. Bardziej angażują się w to, co się dzieje teraz, i martwią tym, co będzie w przyszłości. Niepokoją się antydemokratycznymi zmianami, które zachodzą w ich kraju. O sprawiedliwości czy zadośćuczynieniu za czasy sowieckie nie myślą. Rosjanie w ogóle nie bardzo lubią się wgłębiać w swoją historię. Moje książki są przetłumaczone na rosyjski, ale sprzedają się tam słabo. Dużo gorzej niż w Polsce. Jeżeli Rosjanina już coś zainteresuje, to raczej historia romantyczna, sensacyjna. Rasputin, zabójstwo Mikołaja II – tego typu tematy.

Powiedział pan profesor o obawach rosyjskiej inteligencji dotyczących kierunku, w jakim zmierza kraj. Podziela je pan?

Oczywiście. Jestem bardzo rozczarowany tym, co się stało po 1991 roku. Miałem nadzieję, że Jelcynowi uda się jednak wprowadzić demokrację z prawdziwego zdarzenia. Niestety, zamiast tego Rosjanie wybrali autorytaryzm. Okazało się jednak, że oni boją się demokracji.

Co jest w niej takiego strasznego?

Rosjanie nie wierzą, że da się kierować państwem w sposób demokratyczny. Uważają, że rządy innych krajów to jakieś grupy przestępcze, które wykorzystują władzę dla własnych korzyści. Że ta cała demokracja to fasada i bujda. Lepiej więc zamiast się wygłupiać i udawać, mieć autokrację i wszystko przynajmniej będzie jasne. 88 proc. Rosjan, zapytanych, co jest dla nich ważniejsze: wolność czy porządek, wybrało porządek. Dajcie mi spokój – mówią. Polityka mnie nie interesuje, ja chcę tylko dobrze i spokojnie żyć. I tak nie mógłbym mieć wpływu na losy państwa, bo demokracja to przecież fałsz.

Czy Polacy powinni się bać takiej autorytarnej Rosji?

Nie sądzę. To prawda, że Rosjanie nie lubią Polaków. Uważają was za zdrajców Słowiańszczyzny – katolików i imperialistów, którzy chcą pozbawić ich wpływów na Ukrainie. Ale wojskowa inwazja waszego kraju w perspektywie najbliższych 50, 100 lat, jest nie do pomyślenia. Sąsiedztwo z Rosją będzie oczywiście zawsze trudne. Tak jak z Niemcami. To wasze nieszczęście, że żyjecie pomiędzy tymi dwoma gigantami, którzy mają o wiele więcej wspólnego ze sobą niż z Polską. Obecnie sytuacja jest jednak zupełnie inna niż w 1920 czy 1939 roku. Polska jest w NATO i UE. Europa i Stany Zjednoczone na pewno by zareagowały.

W 1939 roku też dostaliśmy od naszych sojuszników z Zachodu „mocne gwarancje“…

Brytyjczycy i Francuzi nie mogli wam wtedy pomóc. Nie mieli siły ani możliwości. Byli nieprzygotowani. Ja tu byłem we wrześniu 1939 roku i pamiętam te fantastyczne pogłoski. Mówiło się, że Brytyjczycy już rozpoczęli desant w Prusach Wschodnich, że Francuzi bombardują Berlin. To były mrzonki.

Może teraz to też są mrzonki?

Nie, bo Stany Zjednoczone mają możliwości podjęcia takiej akcji.

Ale czy będą chcieli to zrobić?

Tak czy inaczej Rosjanie nie podejmą ryzyka wywołania prawdziwego globalnego konfliktu. Choć uważają się za wielkie mocarstwo, w głębi duszy wiedzą, że to iluzja. Zawsze im to powtarzam: nie jesteście żadnym wielkim mocarstwem i nigdy nim nie byliście. Również za czasów sowieckich. Mogliście tylko grozić i straszyć. Wielkie mocarstwo musi być bowiem oparte na uświadomionym narodzie, który je popiera, i na rozwiniętej ekonomii. Prawdziwa potęga rośnie obok. To Chiny, gdzie koncentrują się światowe inwestycje. A Rosja funkcjonuje jak kraj Trzeciego Świata. Utrzymuje się nie z wytworów przemysłu czy technologii, ale z eksportu surowców.

Również warunki bytowania wielu jej mieszkańców przypominają Trzeci Świat.

W dużych miastach jest już nieco lepiej. Ale parę lat temu pojechałem na prowincję do Tuły, w pobliżu której żył Tołstoj. Miałem przy okazji możliwość obejrzenia tamtejszych wiosek – faktycznie Trzeci Świat. Sami starcy, zrujnowane domy, brak bieżącej wody. Czy to jest wielkie imperium?

Putin ostatnio coraz częściej grozi jednak Stanom Zjednoczonym, mówi o nowej zimnej wojnie.

To po prostu śmieszne. Rosjanie nie mają pieniędzy i siły na żadną zimną wojnę, na kolejny wyścig zbrojeń. Nawet nie wypada porównywać ich z dzisiejszym gigantycznym potencjałem Ameryki. Nie przejmowałbym się takim gadaniem.

Richard Pipes

Ur. 1923 r., amerykański historyk Rosji i sowietolog. W latach 1981-82 doradca prezydenta Reagana ds. ZSRR i Europy Środkowej. Autor m.in. wydanej po polsku trylogii „Rosja carów”, „Rewolucja Rosyjska” i „Rosja bolszewików”.

Szwecja kontra gazociąg północny

Źródło: Rzeczpospolita: Szwecja zaogniła spór o trasę gazociągu północnego
02.11.2007

Rząd szwedzki domaga się przeprowadzenia dodatkowych badań w celu sprawdzenia, czy gazociąg północny nie zagraża środowisku naturalnemu – powiedział Andreas Carlgren, minister ochrony środowiska tego kraju. To oznacza, że budowa gazowej magistrali może się opóźnić o kilka lat.

Koszt takich badań to ponad 30 mln dol. i jest prawdopodobne, że dowiodą one szkodliwości tej inwestycji, ponieważ trasa przebiega przez teren objęty ochroną w ramach programu Natura 2000, oraz składowiskami uzbrojenia, w tym broni chemicznej. – Aby podjąć ostateczną decyzję w sprawie tego projektu, rząd musi się zapoznać z wynikami wiarygodnych badań, które ostatecznie udowodnią, jakie mogą być efekty przeprowadzenia gazociągu północnego obecnie planowaną trasą , a jakie innymi alternatywnymi – powiedział szwedzki minister. W tej sytuacji Gazprom, który ma 51 proc. udziałów w planowanej inwestycji, oraz dwie firmy niemieckie BASF i E.ON (po 24,5 proc. każda) będą musiały zlecić wykonanie takich badań, których wcześniej domagała się jedynie Polska.

Przez dłuższy czas nasz kraj był osamotniony w obawach o negatywny wpływ inwestycji na stan środowiska naturalnego w Bałtyku. W kilku ostatnich dniach takie obawy wyraziły też Estonia i Finlandia, ale powszechnie czekano na wsparcie ze strony Szwecji. Efektem wcześniejszych zastrzeżeń Polski była zmiana przebiegu trasy gazociągu, który przesunięto z polskich wód terytorialnych.

Kilka dni temu premier Rosji Wiktor Zubkow powiedział, że w tej sytuacji warto zastanowić się nad powrotem do pomysłu budowy drugiej nitki rurociągu jamalskiego prowadzącej przez Białoruś i Polskę do Niemiec. Według niezależnych wyliczeń Jamał 2 jest tańszy od gazociągu północnego o 2 – 3 mld dol. Wczoraj ten pomysł kategorycznie odrzucił rosyjski minister energii Wiktor Christienko. Jego zdaniem taka inwestycja nie ma uzasadnienia ekonomicznego. Zdaniem Gazpromu odkurzenie tego pomysłu będzie aktualne wówczas, kiedy na Białorusi i w Polsce znacząco wzrośnie popyt na gaz.
Danuta Walewska