Jerzy Urban w Stanie Wojennym

Źródło: Rzeczpospolita: Nagroda za zwalczanie „Solidarności”
03.01.2007

Niepoddanie Daniela Passenta i Krzysztofa Teodora Toeplitza upokarzającej weryfikacji dziennikarzy było udaną inwestycją w przyszłość. Obaj w okresie stanu wojennego wsparli piórem władzę ludową walczącą z „kontrrewolucją” – pisze historyk IPN

Goebbels stanu wojennego” – tak Jerzego Urbana nazwał kiedyś Ryszard Bender. Rola Urbana – od sierpnia 1981 roku rzecznika prasowego rządu – nie sprowadzała się jednak jedynie do propagandowej tuby peerelowskich władz. Ten były błyskotliwy publicysta i felietonista był autorem wielu projektów strategii dla władz i to nie tylko w dziedzinie propagandy. Bez przesady można stwierdzić, że był wręcz współkreatorem polityki władz PRL w latach 1981 – 1989.

Poniżej publikujemy dwie perełki z tzw. archiwum Urbana, czyli z akt Biura Prasowego Rządu Urzędu Rady Ministrów. Doskonale ilustrują one stosunek rzecznika prasowego do dziennikarzy. Tych dyspozycyjnych wobec władz trzeba było dopieszczać (przykładowo w listopadzie 1981 roku dziennikarzowi „Trybuny Ludu” Janowi Brodzkiemu – jak Urban pisał – „człowiekowi wielkich zasług”, pomagał uzyskać asygnatę na samochód). Natomiast tych związanych z opozycją lub występujących przeciwko władzy ludowej należało albo posadzić w więzieniu, albo przynajmniej wyrzucić z pracy.

Pierwszy z cytowanych dokumentów to półprywatny list Urbana do Lesława Tokarskiego, kierownika Wydziału Prasy, Radia i Telewizji Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej z 1 stycznia 1982 roku. Dotyczy weryfikacji dziennikarzy (tak nazywano formalną ocenę dziennikarzy po wprowadzeniu stanu wojennego, której skutkiem było zwolnienie z mediów osób niechętnych władzy), a właściwie jest wnioskiem o niepoddawanie jej trzech kolegów rzecznika prasowego rządu z okresu jego pracy w tygodniku „Polityka” (Krzysztofa Teodora Toeplitza, Daniela Passenta i Andrzeja Krzysztofa Wróblewskiego). Miał to być rewanż za ich zasługi w walce przeciw „Solidarności”. Przy czym w przypadku dwóch pierwszych chodziło nie tylko o te jawne (czyli teksty sygnowane ich nazwiskiem), ale też o utajoną współpracę z władzami (opracowania dla władz, anonimowe teksty przeciwko związkowi).

Na marginesie warto zauważyć, że współpraca dziennikarzy z władzami, o czym się dzisiaj zapomina, miała niejedno oblicze. Od tej najbardziej utajonej, czyli agenturalnej np. ze Służbą Bezpieczeństwa, przez również niejawne służenie władzy swym piórem, aż po teksty pisane podwłasnym nazwiskiem i piętnujące aktualnego wroga rządzących Polską Ludową.

Nieco odmienny od spraw Passenta i Toeplitza jest przypadek Wróblewskiego. Urban zastosował tutaj zasadę „wróg mojego wroga, jest moim przyjacielem”. Nie przeszkadzało mu to, iż Wróblewski opowiedział się, jako jedyny z tej trójki, przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. Wystarczyło, że między sierpniem 1980 roku a grudniem 1981 roku, jak pisał rzecznik prasowy rządu, „raczej grał po naszej stronie”, a więc krytykował wiele działań NSZZ „Solidarność”.

Oczywiście niepoddawanie części dziennikarzy upokarzającej procedurze weryfikacji miało być również inwestycją w przyszłość. W przypadku Toeplitza i Passenta z całą pewnością udaną. Obaj w okresie stanu wojennego wsparli piórem władzę ludową walczącą z „kontrrewolucją”. Przykładowo Passent w 1982 roku na łamach „Polityki” o weryfikacji swych kolegów po piórze pisał: „Zgadzam się z Urbanem, że wiarygodność pewnych ludzi, a także prasy po 13 grudnia wymagała, aby część aktywu odeszła, aby ludzie najbardziej krótkowzroczni i zacietrzewieni, którzy utracili poczucie rzeczywistości i stracili tę niezbędną dla dziennikarza kwalifikację usunęli się, niekoniecznie na zawsze, ale przynajmniej na czas otrzeźwienia i kaca. Słowem problem polityczno-kadrowy w dziennikarstwie istniał. Ani Urban, ani weryfikanci go nie wymyślili”.

Ciekawe, że jeśli wierzyć zapiskom ówczesnego wicepremiera Mieczysława Rakowskiego, w poufnym liście skierowanym do niego Passent krytykował przebieg weryfikacji. Stwierdzał w nim bowiem: „trwa czystka bez precedensu w okresie 25 lat mojej pracy zawodowej”. A jednocześnie ubolewał w nim, iż jej ofiarami padają nie tylko działacze opozycyjni, ale też „ludzie słabsi, zagubieni lub po prostu z charakterem – wszyscy oni mogliby być pomocni w procesie wychodzenia z kryzysu, do jakiego doprowadzono nasz kraj”.

Z całą pewnością zawiodły natomiast nadzieje pokładane w osobie Wróblewskiego. Ten bowiem, jak pisał Urban na łamach swego „Alfabetu…”, na zebraniu w sprawie reaktywowania „Polityki” po wprowadzeniu stanu wojennego wystąpił niespodziewanie jako „lider grupy opozycyjnej”, a nawet „dążył do zniszczenia pisma”. Gdy mu się to nie udało i zespół redakcyjny podjął decyzję o dalszym wydawaniu „Polityki”, odszedł (wraz z kilkoma innymi osobami) z redakcji i stał się „wyrazistym stronnikiem opozycji”.

Znacznie krótszy, ale równie ciekawy, jest drugi dokument z połowy grudnia 1984 roku. Urban „na prośbę” Rakowskiego zwraca się w nim do ministra spraw wewnętrznych Czesława Kiszczaka z propozycją wydania jego podwładnym polecenia zbadania publikacji związanego z opozycją korespondenta socjalistycznego dziennika ” Le Matin de Paris” Krzysztofa Wolickiego pod kątem możliwości postawienia go przed sądem „za kłamstwa ewidentne i możliwe do udowodnienia”. Notabene wicepremier i rzecznik prasowy rządu proponowali taki sposób postępowania wobec niewygodnych dziennikarzy stosować „możliwie szeroko”. No cóż, widocznie uznali, iż lepiej stosować represje, niż prostować nieprawdziwe informacje. Autor jest historykiem, pracownikiem Biura Edukacji Publicznej IPN
Grzegorz Majchrzak

Z tzw. archiwum Urbana
Trzech kolegów rzecznika

Nr 1
Warszawa, 1 I 19[82]
Tow[arzysz]
L[esław] Tokarski
Pozwalam sobie na prywatny list dotyczący trzech moich kolegów. Sądzę jednak, że wynikają z niego pewne ogólniejsze problemy dotyczące weryfikacji dziennikarzy.

I) K[rzysztof] T[eodor] Teplitz. Był jednym z policzalnych na palcach jednej ręki wybitnych dziennikarzy bezpartyjnych, który z umiarem obiektywizując jednak walczył z „S[olidarnością]” i amokiem inteligencji. Zrezygnował z przyczyn politycznych z funkcji sekretarza generalnego St[owarzyszenia] Filmowców [Polskich], u [Andrzeja] Wajdy. Zespół „Kultury” usiłował go usunąć z redakcji i zlikwidować jego felieton. Wybronił się przemówieniem do zespołu. Od lutego [19]81 był doradcą [Mieczysława] Rakowskiego, pisał cenne memoriały dla kierownictwa, współpracował z moim biurem, robiąc teksty anonimowe ostro już walczące z „S[olidarnością]”. Potrafił się narazić otoczeniu. Oczywiście byli ludzie, którzy pisali bardziej jednoznacznie, ale oni nie są Toeplitzami. Jego wybór był tym cenniejszy, bo wolny, niezdeterminowany żadnymi związkami, przynależnościami, nawykami itd.

Dobrze, tylko o co chodzi, skoro przecież i Ty zapewne uznasz, że Toeplitz jest typowym dziennikarzem do [pozytywnego] zweryfikowania.

Chodzi o to, że Toeplitz mi powiedział, że nie podda się żadnej weryfikacji, bo nie uważa, że zasługuje na potraktowanie w tym trybie i ma w dupie, bo może robić zupełnie inne rzeczy, niż pracować w propagandzie. Kwestia jest czysto ambicyjna i prestiżowa, on uważa, że weryfikował się tym, co pisał i [swą] postawą. Uważam, że ma rację. Sam też reagowałbym urazą, gdyby mnie teraz weryfikowano, i Ty też. Jednym słowem uważam, że Toeplitz jest ok[ay], ma bardzo cenne zdolności, nie będziemy mieli wielu takich intelektualistów gotowych do tak politycznej współpracy i że należy go popieścić i przyciągnąć, a nie weryfikować. I np. uważam, że tow. [Stefan] Olszowski powinien z nim pogawędzić, aby nie było tak, że gesty przyciągające to domena pewnych tylko osób z kierownictwa, a inne osoby są od gromienia wyłącznie. To oczywiście tylko taka sugestia.

II) [Daniel] Passent. Jego postawa była dosyć podobna jak Toeplitza. Passent nie mówi, że nie da się zweryfikować, ale także bym mu tego oszczędził i szukał gestów pozytywnych, a nie procedur weryfikacyjnych. (Np. poufnie mówiąc, tekst mojego biura o dostępie „S[olidarności]” do środków masowego przekazu on robił i różne inne). Zapewne są i inni tacy, w stosunku do których słowo „weryfikacja” nie jest zręczne.

III) Andrzej Krzysztof Wróblewski. Zupełnie inny problem. A[ndrzej] K[rzysztof] W[róblewski] zaraz po sierpniu [1980 roku] robił z Passentem wywiady z [Lechem] Wałęsą i innymi, porządnie ich dociskające. Wewnątrz „Polityki” na tej kanwie powstał podział i skandal. Np. przyjechał Wajda i wygłosił do zespołu płomienne przemówienie przeciw A.K. W[róblewskiemu] i P[assentowi], że szargają świętości. Potem A.K. W[róblewski] był jednym z niewielu, którzy obiektywizując tak lub owak, jednak konsekwentnie dosuwał „S[olidarności]” i nie dał się zwariować. Był jednym z niewielu tych, którzy byli gotowi pisać teksty przeciw „S[olidarności]”. Miał na tym tle różne nieporozumienia z żoną. Za szczucie Wałęsy przeciw Wróblewskiemu Rakowski wywalił z „Polityki” [Wojciecha] Giełżyńskiego i [Leszka] Stefańskiego. (Donieśli oni Wałęsie co A.K. W[róblewski] mówił o nim i „S[olidarności]” na zebraniu zespołu, a mówił dosadnie). W maju [19]81 ustąpiłem z kierownika działu krajowego w „Polityce”.

Mimo że wiązało się to z silnym antagonizmem politycznym między częścią działu a mną, kilkunastoosobowy zespół działu wraz z ekstremą typu [Ernest] Skalski, [Wanda] Falkowska podpisał petycję, żebym został, bo uważali Wróblewskiego, który przejmował schedę za jeszcze gorszego (no, nie tylko sprawy polityczne grały tam rolę). Detale te służą zobrazowaniu postawy Wróblewskiego, który pisał rzeczy rozmaite, ale generalnie nie ustawiał się okrakiem na barykadzie, lecz raczej grał po naszej stronie. W tej chwili jest on osobą, która oświadcza, że odchodzi od dziennikarstwa politycznego, gdyż nie akceptuje 13 grudnia. Sprawę A. K. W[róblewskiego] załatwi zapewne jakoś Rakowski, jak wszystkie sprawy „Polityki”, ale chodzi mi tu o problem znów szerszy: tego rodzaju ludzi szkoda się wyzbywać, bo oni odejdą, a skurwiele złożą galante deklaracje lojalności. Jest tu też ten problem, że w tej chwili postawy wielu ludzi kształtują się pod wpływem pewnego szoku, który przeminie wraz z normalizacją sytuacji i ludzie będą formować swą postawę w zależności od narastającej sytuacji politycznej w Polsce, a 13 grudnia stanie się jednak tylko epizodem w narastającym cyklu zdarzeń.

Wreszcie sprawa metodologiczna, którą chcę dziś podnieść na sztabie. Zdecydowaliście, że naczelny redaktor określa, z kim chce pracować, i tylko ci podlegają procesowi weryfikacji, inni już są wyeliminowani. Zasada niby słuszna, bo naczelny winien określać, z kim chce pracować. Tyle, że on pozbędzie się przecież tych, z którymi nie chce, stosując różne kryteria, niekoniecznie polityczne i niekoniecznie sprawiedliwe. Wyleje tych, którzy mu się nie nadają, albo z którymi jest w konflikcie. W porządku, ale ta eliminacja nie powinna przecież automatycznie rzutować na eliminację z zawodu, bo ktoś niechciany przez tego redaktora czy nie nadający się do tej redakcji może być znakomity gdzie indziej. Zmierzam do tego, że należałoby zastosować polityczną weryfikację do gremiów wyeliminowanych przez naczelnych redaktorów. Inaczej naczelny w obecnym systemie będzie miał jednoosobowe prawo eliminacji nie z redakcji, lecz z zawodu.

I to znów wiąże się ze sprawą szerszą ewentualnej weryfikacji decyzji eliminujących. Będą przecież odwołania, pojawią się protektorzy, pojawi się problem znajdowania pracy dla tych, którzy odpadli. Czy to wszystko jest przewidziane i ujęte w jakieś instytucjonalne ramy?
Ukłony
[Jerzy] Urban
Metoda na Wolickiego

Nr 2
1984-12-14
JU/2740/84
Poufne
Towarzysz gen. broni Czesław Kiszczak
Minister Spraw Wewnętrznych
Na prośbę tow[arzysza] M[Mieczysława] Rakowskiego zwracam się z następującą sugestią: Krzysztof Wolicki regularnie publikuje w paryskim dzienniku „LeMatin” artykuły szkalujące zjadliwie polskie władze, pełne kłamstw i insynuacji. Jest to obywatel polski, zamieszkały w Warszawie. Ostatnio wytykałem mu publicznie ogłoszenie twierdzenia, że winę G[rzegorza] Piotrowskiego i innych [zabójców ks. Jerzego Popiełuszki – przyp. G.M.] pragnie się zatuszować, gdyż nie zostali oni oskarżeni o zabójstwo, lecz przestępstwo karane maksymalnie 15 latami więzienia.

Uważamy, że trafne byłoby pociągnięcie go do odpowiedzialności sądowej za szkalowanie, ale tak, aby to było wyraziście nie za poglądy (aby nie czynić zeń męczennika) tylko za kłamstwa ewidentne i możliwe do udowodnienia. Sądzimy też, że tą właśnie metodą [tak w oryginale – G.M.] warto stosować możliwie szeroko. Jeżeli towarzysz minister podzieli tę sugestię, prosimy o wydanie dyspozycji zbadania publikacji K[rzysztofa] Wolickiego z punktu widzenia możliwości prawnych pociągnięcia go do odpowiedzialności sądowej.

Jerzy Urban

Reklamy

Globalizacja – prognoza ekonomiczna na rok 2007

Źródło: Rzeczpospolita: Balon rośnie, że aż strach, przebrał miarę…
30.12.2006

Rok 2007 może przynieść wstrząs. Globalizacja prowadzi bowiem do zmian, które zagrażają zyskom firm i warunkom życia ich pracowników. Nic dziwnego, że powraca protekcjonizm

Jeśli ktoś lubi dobre wiadomości, to John Lipsky, główny ekonomista Międzynarodowego Funduszu Walutowego, ma dla nas takie. Przewiduje on mianowicie korzystny klimat dla gospodarki światowej i kontynuację najdłuższego dotychczas, trwającego nieprzerwanie od lat 70., okresu ekspansji gospodarki światowej ze średniorocznym wzrostem ok. 5 proc. w ciągu ostatnich czterech lat. Mimo zwyżki cen ropy naftowej, niepowodzenia kolejnej rundy negocjacji handlowych WTO w Dausze i braku porozumienia w sprawie ograniczenia emisji dwutlenku węgla, czyli protokołu z Kioto, rozpędzone gospodarki Chin i Indii oraz pozytywne prognozy dla krajów OECD powodują, że optymizm na 2007 r. mamy zaplanowany.Ta błoga pewność każe mi przywołać na zasadzie advocatus diaboli wspomnienie wykładu, który miałem przyjemność wygłosić na zaproszenie fundacji Goldman Sachs dla 200 najbardziej obiecujących absolwentów uczelni z całego świata. Wykład pod tytułem ” Living in Times of Peace and Plenty”, czyli „Żyjąc w czasach pokoju i dobrobytu” miał miejsce w szacownym hotelu w Nowym Jorku. Przypominałem m.in. prof. Jamesa Heckmana, który otrzymał w 2000 roku Nagrodę Nobla z ekonomii za swoje prace na temat oceny polityki ekonomicznej poszczególnych krajów i który zwracał uwagę na wiele zagrożeń dla państw najwyżej rozwiniętych. Sala słuchała z uwagą, ale bez przekonania, że lata dobrobytu wzmacniane dywidendą pokojową mogą się kiedyś skończyć. Dwa tygodnie później był 11 września. Hotel legł w gruzach, podobnie jak wiele naszych pewników. Efektem ubocznym tego dramatu było zwiększenie ekspansji monetarnej i posługiwanie się stopami procentowymi w celu natychmiastowego stabilizowania rynku. Tu trzeba przyznać, że Alan Greenspan, ówczesny szef Fed, okazał się mistrzem. I gdyby nie np. William White, doradca Bank of International Settlements, można by znowu powiedzieć: spokojnie, mamy wszystko pod kontrolą. Ale White twierdzi, że polityka monetarna nastawiona na stabilizację inflacji w średnim czasie, w dłuższej perspektywie może prowadzić do destabilizacji.

Nie bójmy się bać

Trzy minione dekady dostępu do łatwego i taniego kredytu oraz wywołany tym boom gospodarczy nie tylko nakręciły inwestycje, ale także doprowadziły do tego, co wielu analityków już określa jako tzw. asset bubble, bańkę nadmuchanych aktywów. O co chodzi? O to, że w sprzyjających warunkach malejącej inflacji i większej dostępności pieniądza rośnie wartość posiadanych aktywów, czyli w efekcie wzrasta też wartość zabezpieczeń pod nowo zaciągane kredyty tak, jak w dziecinnej wyliczance: „balon rośnie, że aż strach”. Zjawisko zauważyli m.in. analitycy grupy UniCredit Italiano ( UCI), identyfikując ryzyko na rok 2006. Zwrócili mianowicie uwagę, że wysoka wartość i cena w przypadku rozmaitych aktywów sugerują, iż wartość globalnych inwestycji i globalnych oszczędności zaczynają się rozmijać. Balon – jak to w wyliczance – może „przebrać miarę, no i trach”.

Korekta może przybrać postać „spuszczenia powietrza” za pomocą inflacji lub gwałtownej przeceny wartości aktywów, czyli kryzysu. Wielki ekonomista Fryderyk Hayek uważał, że właśnie zjawisko skrajnie przewartościowanych aktywów, asset bubble, było jedną z praprzyczyn wielkiej depresji w latach 30. w USA. Wygląda na to, że wielu ekonomistów się z nim znowu zgadza. Mało który wskaźnik jest bowiem wyczekiwany z takim napięciem jak dynamika cen sprzedanych domów w USA. A ostatnie dane okazały się więcej niż niepokojące: sprzedaż nowych domów w III kwartale 2006 r. spadła o 22 proc. (w ujęciu rok do roku) i był to najgłębszy spadek od lat.

Po latach przyspieszonego wzrostu napędzanego globalizacją i rozwijania nowych relacji międzynarodowych rok 2007 może być rokiem wstrząsów i zmian. Globalizacja prowadzi bowiem do wdrażania nowych zasad i wzorców produkcji, co zagraża zyskom niektórych firm i warunkom życia ich pracowników, nawet jeśli te procesy prowadzą do wyższej produktywności. Nic dziwnego, że słyszymy opinie o zmęczeniu, żeby nie powiedzieć odwrocie od globalizacji. Obawiam się jednak, że zamiast tego będziemy mieli do czynienia z nawrotem do protekcjonizmu.

Rok 2006 gospodarka amerykańska zakończy 3,4-procentowym wzrostem. Rok następny przyniesie znaczne zwolnienie tego tempa, do 2,1 proc. Takie są przewidywania Briana Farthinga, głównego ekonomisty prestiżowego Economist Intelligence Unit ( EIU). Prawdopodobieństwo wystąpienia recesji w USA ocenia na 33 proc. Za sprawdzeniem się negatywnego scenariusza przemawiają takie czynniki, jak schłodzenie rynku nieruchomości i deficyt obrotów bieżących oraz niepowodzenia USA w polityce zagranicznej, zwłaszcza w Iraku.

Cena optymizmu

Stany Zjednoczone płacą za nadmierny optymizm. Osiągnięty dzięki ekspansywnej polityce fiskalnej i monetarnej szybki wzrost gospodarczy okazał się nie dość silny, by przywrócić równowagę budżetową. Wiara, że w warunkach globalizacji i nowej rewolucji technologicznej dodatkowa emisja pieniądza nie pociągnie za sobą presji inflacyjnej, okazała się słuszna tylko na krótką metę. Po kilku latach szybkiego wzrostu w skali globalnej bariery podażowe dały o sobie znać gwałtownym zwiększeniem już nie tylko cen aktywów finansowych, ale także cen ropy oraz innych surowców i materiałów. Rosło zużycie, ale także szukano lepszej lokaty inwestycyjnej niż słabnącydolar i nisko oprocentowane papiery wartościowe w innych walutach. Dywersyfikację ogranicza jednak wąskie pole manewru. W opinii UCI przebiega ona i będzie przebiegała bardzo wolno. Nadal dwie trzecie rezerw jest w dolarze, a tylko jedna czwarta w euro i 4 procent w jenie. Co do siły dolara analitycy nie są zgodni. EIU prognozuje dalsze pogłębianie się spadku jego wartości. Analitycy grupy UCI widzą zaś już koniec tego procesu: w drugiej połowie roku dolar ma się odbić od dna. Jednocześnie jego kurs ciągle jeszcze będzie atrakcyjny dla amerykańskich eksporterów: rosnąca sprzedaż za granicę może się przyczynić do zmniejszenia deficytu obrotów bieżących USA. Za sprawdzeniem się w 2007 r. pozytywnego scenariusza przemawia też to, że mimo wszystkich kłopotów Amerykanie ciągle chętnie wydają pieniądze. Wydatki konsumenckie stanowiące dwie trzecie amerykańskiego PKB znowu wzrosły.

A Rosja korzysta

Amerykańsko-europejskie przepychanki w polityce zagranicznej oraz gwałtowny wzrost cen surowców, w tym energii, wzmocniły międzynarodową pozycję producentów surowców strategicznych. Dotyczy to przede wszystkim Rosji, która próbuje odbudować dawną pozycję w polityce międzynarodowej i to metodami charakterystycznymi dla państwa autorytarnego – a więc działaniem z pozycji siły i próbami przedefiniowania stosunków dwustronnych nakierowanymi na pogłębienie podziałów między innymi krajami.

Wzmocniona Rosja próbuje rozgrywać ważne dla niej interesy na zasadzie bilateralnej. Tu idzie śladem USA, dobierając selektywnie partnerów zgodnie ze swoim interesem. Najbliższym nam przykładem jest embargo na import polskiego mięsa. Po drugiej stronie tego sporu w sposób oczywisty powinna stanąć Unia Europejska. Ale tak się nie dzieje, co Moskwę utwierdza w przekonaniu, że ta instytucja jest wielka, ale nie jest silna. Widać to wyraźnie na przykładzie polityki energetycznej UE, a raczej jej braku.

Rozszerzenie Unii Europejskiej – bodaj największy i najtrwalszy sukces w instytucjonalizacji tendencji globalnych – okupiono spadkiem jej spójności wewnętrznej i klęską projektu konstytucyjnego, nieskrojonego zresztą namiarę wyzwań epoki globalizacji. Unia nadal poszukuje trzeciej drogi (teraz w wersji skandynawskiej), w której substytutem liberalizacji miałby być bardziej skuteczny interwencjonizm państwa nakierowany na pobudzanie innowacyjności i rozwój kapitału ludzkiego – poprzez politykę spójności, jak obecnie nazywa się redystrybucję dochodu na rzecz słabszych ekonomicznie grup społecznych. Jak złudne i jednocześnie niebezpieczne są to nadzieje, pokazuje ostatni raport oceniający postępy w realizacji strategii lizbońskiej. Na pierwszy rzut oka widać, że pozycje uzyskane w tym rankingu przez poszczególne kraje są wyraźnie negatywnie skorelowane z ich tempem wzrostu gospodarczego. Polska zajmuje w nim ostatnie miejsce, co głównie odzwierciedla niski poziom, a nie zdolność do zwiększania PKB, ale pozwala też mieć nadzieję, że nasz wzrost gospodarczy będzie w następnych latach wyraźnie szybszy niż średnia unijna.

Rynkowa neuroza

W 2007 r. główni gracze na międzynarodowej scenie będą próbowali zahamować globalizację – i zanim zrozumieją swój błąd, zapłacą za to sporą cenę. Okres łatwego wzrostu uzyskanego dzięki wykorzystaniu nowych, uwolnionych przez globalizację, zasobów się kończy. Jednak procesu globalizacji odwrócić się nie da. Jego siłą sprawczą była globalna liberalizacja, która stwarzała korzystne warunki do zmian instytucjonalnych w krajach emerging markets (rynki wschodzące). Wiele krajów skorzystało z tej szansy i jest mało prawdopodobne, by można je było z powrotem z tego obiegu wypchnąć. Dlatego próby większego protekcjonizmu obrócą się przede wszystkim przeciwko tym, którzy je wprowadzą. Jeśli gospodarka światowa zwolni, może początkowo rynki zareagują stereotypowo, próbując wycofywać kapitał z emerging markets i Europy Środkowej do światowych centrów finansowych. Ale takie postępowanie oznaczałoby skurczenie rezerw walutowych w tych krajach, a więc wyschnięcie głównego źródła finansowania deficytu Stanów Zjednoczonych i osłabienie dolara. W takiej sytuacji, wcześniej czy później, rynek przestanie się kierować stereotypami i zacznie oceniać państwa według ich fundamentów ekonomicznych – a to oznacza powrót inwestorów do krajów emerging markets.

Trudno ocenić, jak lekkomyślne w swoich antyglobalizacyjnych posunięciach mogą być rządy najbogatszych krajów. Od tego jednak będzie zależeć skala światowego spowolnienia. Im mniej protekcjonistyczno-socjalnych posunięć i im szybsze od nich odejście, tym większa szansa, że będzie miało ono łagodny charakter. Paradoksalnie, najmniej na tych zaburzeniach stracą – a może nawet zyskają – nowi członkowie UE. Trudno bowiem będzie zwiększyć protekcjonizm wewnątrz UE, a inne posunięcia bogatych państw tylko zwiększą konkurencyjność nowych członków Wspólnoty.

Nie można też wykluczyć, że globalne spowolnienie doprowadzi do istotniejszego spadku cen ropy. To byłoby politycznie bardzo korzystne dla Zachodu i oznaczało poważne kłopoty dla Rosji. Taki optymistyczny wariant jest jednak mało prawdopodobny.

W sumie trudno się oprzeć wrażeniu, że Mr. Market jest neurotykiem. Jego nastrój faluje pomiędzy huraoptymizmem a przygniatającą depresją. Neurotyzm rynku często przywołuje w swoich wypowiedziach Warren Buffett, guru inwestorów. Trzeba przyznać, że obecnie są powody, by w 2007 roku Mr. Market czuł zaniepokojenie, chociaż, jak powiedzieliśmy, ma on tendencję do ignorowania zakumulowanego ryzyka, szczególnie w trakcie silnej fazy wzrostu. Tak właśnie było w Japonii w latach 80.

Dodatkowo stan rozchwiania wzmacnia polityka gospodarcza krajów, które od globalnego otwarcia przechodzą do zamykania się w układach bilateralnych. Przez trzy dekady politycy i biznes trudzili się nad budową otwartej, globalnej gospodarki. A kiedy to się niemal udało, przestajemy się na tym poziomie dogadywać. Pozostaje pytanie, czy w nadchodzącym roku te sprzeczności potraktujemy wystarczająco poważnie, by zacząć rozwiązywać problemy, zanim wydarzenia wymkną się nam spod kontroli.

Jan Krzysztof Bielecki

Europa umrze bez odrodzenia wiary

Źródło: Rzeczpospolita: Europa umrze bez odrodzenia wiary
02.01.2007

Rozmowa Jędrzeja Bieleckiego z George’em Weigelem

Rz: Czy skrajny odłam islamu, o którym tak wiele się dziś mówi, będzie najsilniej rozwijającym się nurtem tego wyznania w 2007 roku?

George Weigel Nie ma wątpliwości, że ideologia dżihadu pozostaje dziś najbardziej dynamiczną siłą we współczesnym islamie, choć potępienie tego nurtu przez 38 czołowych przywódców muzułmańskich w „Liście otwartym do papieża Benedykta XVI” było – moim zdaniem – jednym z najważniejszych wydarzeń 2006 roku (list ten opublikowała „Rz” – jako jedyna gazeta w Polsce – 25 listopada 2006 r.). Trzeba przy tym podkreślić, że „List otwarty” nie był wyrazem politycznej poprawności, ale odpowiedzią na wyzwanie rzucone przez papieża radykalnym nurtom islamu w wykładzie na Uniwersytecie w Regensburgu.

W świecie islamu szybko jednak rosną wpływy Iranu i szyickiego nurtu islamu. Czy w nadchodzącym roku radykalni muzułmanie nie skoncentrują się bardziej na walce między sobą niż na próbach atakowania Zachodu?

Prezydent Iranu Mahmoud Ahmadinedżad jest dziś zapewne najbardziej niebezpiecznym człowiekiem na świecie. Uzbrojony w broń atomową Iran pod przywództwem człowieka, który jest przeświadczony o swojej historycznej misji przyspieszenia nadejścia mesjasza za pomocą apokaliptycznych środków, jest nie do przyjęcia. Powstrzymanie tego zagrożenia to dla światowego bezpieczeństwa największe wyzwanie w nadchodzących dwóch latach. Byłoby bardzo dobrze, gdyby Europa dostrzegła prawdziwą naturę Ahmadinedżada. Na razie jednak chyba nie chce tego zrobić.

W czasie niedawnej pielgrzymki do Turcji papież Benedykt XVI niespodziewanie opowiedział się za przyjęciem jej do Unii Europejskiej. Sama Unia wstrzymała jednak negocjacje członkowskie z Turcją. Czy w 2007 roku widzi pan szanse na przełom w sprawie przyjęcia tego muzułmańskiego kraju do chrześcijańskiej wspólnoty?

Papież pojechał do Turcji z ekumeniczną i pasterską misją. Poszedł w ślady Piotra, który odwiedził Andrzeja, aby umocnić więzi chrześcijańskiej jedności. W czasie tej pielgrzymki Benedykt XVI zwrócił uwagę na ograniczenia, jakie tureckie państwo nakłada na chrześcijan. A właśnie te ograniczenia wiele mówią o tym, czy Turcja spełnia warunki do bycia częścią Europy. Wolność religijna w Turcji nie jest zapewniona. Dopóki tej wolności nie będzie, nie sądzę, aby można było mówić, że Turcja należy do politycznej kultury Unii Europejskiej. Być może kiedyś to nastąpi, ale jak dotąd tak się nie stało.

Brytyjska policja zapobiegła niedawno najpoważniejszemu zamachowi terrorystycznemu od 11 września. Jego autorami mieli być muzułmanie urodzeni w Europie Zachodniej. Czy pana zdaniem w 2007 roku proces alienacji muzułmanów w Europie będzie postępował?

Groźba europejskiej intifady jest bezpośrednim skutkiem tego, że Europa demograficznie umiera. Przyrost naturalny w kolejnych już pokoleniach jest daleko poniżej poziomu, który jest potrzebny, aby zapewnić utrzymanie stałej liczby ludności. Takiego zjawiska w Europie nie było od czasu czarnej śmierci, czyli epidemii dżumy, która w XIV wieku zabiła 1/3 ludności kontynentu. Rozwiązaniem ma być imigracja ludności z innego kręgu kulturowego i cywilizacyjnego. Jednak ogromny wpływ dżihadizmu w znacznej części świata islamu powoduje, że asymilacja muzułmańskich imigrantów stała się niezwykle trudna. Równocześnie brak wiary Europy Zachodniej w zdolność poznania przez człowieka prawdy o czymkolwiek to, nawiasem mówiąc, drugi wielki problem podniesiony przez papieża Benedykta w Regensburgu – sprawił, że Stary Kontynent jest nieco bezbronny, tak kulturalnie, jak i politycznie. Jeśli bowiem ktoś nie wierzy, że ludzie mogą poznać prawdę, jak może przekonująco bronić praw człowieka, demokracji i rządów prawa, występować przeciwko atakom tych, którzy odmienne postrzegają ludzką naturę?

Za pontyfikatu poprzedniego i obecnego papieża nie udało się odwrócić narastającej sekularyzacji zachodniej Europy. Czy jest to może skutek zbyt konserwatywnej postawy Kościoła w takich sprawach, jak kapłaństwo kobiet, prawa homoseksualistów czy aborcja?

Podział dostojników Kościoła na liberalnych i konserwatywnych jest nie tylko zużyty, ale wręcz śmieszny. Polscy dziennikarze nie powinni naśladować w tym względzie niezbyt mądrych wzorców amerykańskiego dziennikarstwa. Jan Paweł II był chrześcijańskim radykałem. Jest nim też Benedykt XVI. Benedykt rozumie, podobnie jak to rozumiał Jan Paweł, że jest sługą prawdy wiary katolickiej, a nie jej panem. Kościół nie ma „stanowiska” wobec kapłaństwa kobiet, praw gejów czy aborcji w takim rozumieniu, jak politycy mają „stanowisko” wobec wysokości podatków, budżetu czy polityki obronnej. Kościół katolicki uczy tego, co uważa za prawdę o świętości ciała, komplementarności kobiet i mężczyzn i nietykalności niewinnego ludzkiego życia. Ta nauka się nie zmieni ani w roku 2007, ani w latach następnych. Co więcej, chrześcijańskie wspólnoty, które poszły za lewicowym duchem czasu w tych sprawach, dziś zanikają lub już zanikły. Tak więc także z punktu widzenia społecznego Kościół katolicki nie odniósłby żadnej korzyści z przekształcenia się w politycznie poprawny klub wiernych.

Musimy mieć nadzieję, że Europa będzie zdolna odkryć na nowo swoje chrześcijańskie korzenie i wiarę w rozum, bo jeśli tego nie zrobi, umrze. Być może nawet najpierw, a przynajmniej równolegle, Europa musi ponownie uwierzyć w rozum. W sensie moralnym będzie to prowadzić do jeszcze jednej rzeczy, którą zaproponował papież Benedykt XVI: gotowości niewierzących do życia tak, „jakby Bóg rzeczywiście istniał”.

Polska wyróżniała się do tej pory w Europie przywiązaniem do wiary. Jednak kraj szybko się bogaci i przyjmuje konsumpcyjne wzorce życia. Czy laicyzacja Polski, jak to wcześniej było z Hiszpanią czy Włochami, jest nieunikniona?

Przed Polską stoi niepowtarzalna szansa stania się „Kościołem we współczesnym świecie”, jak to zdefiniował Sobór Watykański II. Prawa człowieka i demokracja przyszły bowiem do Polski nie przeciw Kościołowi, ale poprzez Kościół. A to ogromna, wręcz podstawowa różnica między doświadczeniem Polski w XX wieku i doświadczeniem Europy Zachodniej w XIX wieku. Jeśli Polska w tym stuleciu pozostanie wierna sobie, może stać się inicjatorem ponownej ewangelizacji Europy i doprowadzić do poważniejszego pojmowania moralności w polityce Unii Europejskiej.

W Stanach Zjednoczonych, w odróżnieniu od Europy, religia, a nawet religijny fundamentalizm odgrywał w minionych latach wielką rolę. Jednak kojarzony z tym nurtem George W. Bush z powodu klęski w Iraku jest popierany już tylko przez 1/3 Amerykanów. Czy w nadchodzącym roku będziemy świadkami odwrotu religii w amerykańskim życiu publicznym?

Nie należy mieszać różnych spraw. Religijnego fundamentalizmu nie można utożsamiać z neokonserwatyzmem, który z kolei nie sprowadza się do osoby George’a W. Busha. Przekonania religijne, czasem wyrażone racjonalnie, czasem nie, będą nadal odgrywały wielką rolę w amerykańskim życiu publicznym, ponieważ Amerykanie są, choć na różny sposób, bardzo religijnym narodem. Nie wstydzą się swoich najgłębszych uczuć. I wierzą, że z tych przekonań wynika zadanie zbudowania wolnego, sprawiedliwego, zamożnego i bezpiecznego społeczeństwa.

To może będzie wręcz przeciwnie – rosnąca groźba ze strony islamu jeszcze bardziej zradykalizuje amerykańską prawicę religijną?

W nadchodzącym roku nie jesteśmy skazani na bezmyślną, choć poprawną politycznie, konfrontację. Papież w Regensburgu pokazał światu, że istnieje słownictwo umożliwiające realny dialog: to racjonalność wobec irracjonalności. Jak uczył Jan Paweł II, wiara i rozum to dwa skrzydła, dzięki którym ludzki duch wznosi się, aby dostrzec prawdę o rzeczach i nauczyć się, jak zbudować życie społeczne w zgodzie z ludzką godnością.

W ostatnich latach w Ameryce Łacińskiej, ale także w Afryce, nowych wyznawców w szybkim tempie zdobywają ruchy ewangelickie, przede wszystkim zielonoświątkowe. Jak bardzo zagrożona jest tam pozycja Kościoła katolickiego?

W Ameryce Łacińskiej i Afryce rozwija się także Kościół katolicki. Wielu katolików, którzy wstępują do ruchów ewangelickich, potem wraca do katolicyzmu. Prawdą jest jednak, że w części Ameryki Łacińskiej ewangelicy potrafią lepiej niż Kościół katolicki promować niektóre chrześcijańskie wartości. Nie mamy więc do czynienia z grą o sumie zerowej, w której zyski jednej strony nieodwołalnie prowadzą do straty dla drugiej strony. Przeciwnie, ewangelicy i katolicy mogą razem pracować dla zbudowania wolnego i zamożnego społeczeństwa w Ameryce Łacińskiej i Afryce, tak samo jak my to robimy w Stanach Zjednoczonych.

Od 30 lat Chiny błyskawicznie się rozwijają i wkrótce ich gospodarka dorówna amerykańskiej. Czy jednocześnie także tradycyjne chińskie religie, konfucjanizm i buddyzm, będą rosły na znaczeniu i w końcu zaczną odgrywać podobną rolę, jak dziś chrześcijaństwo i islam?

Wątpię w to. Chiny mogą być gwiazdą roku 2007 i kilku następnych lat, ale w długiej perspektywie nie stawiałbym na szybki rozwój tego kraju. Wkrótce Chiny doświadczą podobnego kryzysu demograficznego i finansowego, z jakim od dawna boryka się Europa: zbyt mała liczba płacących podatki pracowników musi utrzymać starzejące się społeczeństwo. Myślę też, że gdy Chiny w końcu całkowicie otworzą się na świat, staną się największym obszarem misji, od kiedy Europejczycy przybyli na zachodnią półkulę w XVI wieku. Tradycyjna religia chińska została w ogromnym stopniu zniszczona przez komunizm. Chrześcijaństwo jest w Chinach utożsamiane z nowoczesnością i wolnością. W połowie XXI wieku podbije ono Chiny.

Czy podobnie może być w Rosji?

Rosja jest w bardzo złej kondycji, przede wszystkim demograficznej i zdrowotnej. Jeśli nic się nie zmieni, w 2050 roku nawet Jemen będzie miał większą liczbę ludności niż Rosja. Chciałbym, aby rosyjska Cerkiew prawosławna stała się źródłem odnowy ludzkiej i kulturalnej Rosji. Jednak, aby tak się stało, prawosławie musi wcześniej wyzwolić się z zależności od rosyjskiego państwa. Na razie tego nie widać i wątpię, by nadchodzący rok cokolwiek w tym względzie zmienił.

Z George’em Weigelem rozmawiał Jędrzej Bielecki

 

George Weigel, amerykański religioznawca, filozof, myśliciel społeczny. Biograf papieża Jana Pawła II


Kobietom nie wolno siadać z przodu

 Źródło: Rzeczpospolita: Kobietom nie wolno siadać z przodu
02.01.2007

 

Miriam Shear, kanadyjska żydówka, miesiąc temu przyjechała na urlop do Jerozolimy. Tam popełniła błąd, gdyż podczas jazdy autobusem usiadła z przodu pojazdu, który jest zarezerwowany dla mężczyzn. Za to została ciężko pobita przez grupę ortodoksyjnych żydów.

Jednak incydent z jej udziałem ma szansę przyczynić się do zniesienia segregacji płciowej w autobusach. Do Sądu Najwyższego być może niedługo trafi petycja w tej sprawie, a przypadek Shear ma być do niej włączony.

Shear ma 50 lat. 24 listopada wybrała się na modlitwę przy Ścianie Płaczu na starym mieście Jerozolimy. Do autobusu, którym jechała, wsiadł ortodoksyjny żyd i zażądał, aby przesiadła się do tyłu, gdzie zwykle siedzą kobiety. Ona odmówiła, twierdząc, że autobus nie jest synagogą. – Ja cię nie proszę, ja ci każę – miał odpowiedzieć mężczyzna, plując jej w twarz. Kiedy to nie poskutkowało, w pobliżu pojawiło się więcej mężczyzn. Rzucili kobietę na ziemię, bijąc ją i kopiąc w twarz. Kierowca nie zareagował. Inni pasażerowie, jak twierdzi Shear, obrzucali ją obelgami, nazywając m.in. „głupią Amerykanką, która nie wie, gdzie jest jej miejsce”.

Autobus linii numer dwa, którym jechała ofiara, należy do państwowych zakładów transportu Egged. Firma przewozi ponad milion pasażerów dziennie. Niedawno pod naciskiem ortodoksyjnych żydów wprowadziła 24 linie autobusowe (zwane mehadrin), na których obowiązuje segregacja płci.

Kobiety i mężczyźni nie mają ze sobą żadnego kontaktu. Kobiety wsiadają do autobusu tylnymi drzwiami i siadają z tyłu. Mężczyźni z przodu. Autobusy nie są jednak w żaden sposób oznakowane, a kierowcy nie nadzorują podziału. Według Egged nie jest to możliwe, ponieważ te same pojazdy są używane na liniach mehadrin, jak i regularnych połączeniach. – Miejscowi pasażerowie po prostu wiedzą, które autobusy są mehadrin, a które nie -cytuje ” Haaretz” rzecznika zakładów. Ci, którzy nie wiedzą, są atakowani przez innych pasażerów. Shear twierdzi, że nie wiedziała, iż w autobusie panuje segregacja.

Jej sprawą zainteresowały się organizacje praw człowieka. Izraelskie Centrum Akcji Religijnej IRAC przygotowuje petycję do Sądu Najwyższego. Ta sprawa, jak uważa przewodniczący Centrum, dostarczy dowodów na to, że segregacja płci jest niebezpieczna. Tym bardziej, iż ortodoksyjni żydzi coraz częściej próbują ją wprowadzić na normalnych liniach.

Ministerstwo Transportu twierdzi, że nie jest odpowiedzialne za umowy pomiędzy Egged a ortodoksyjnymi gminami.