Nowa Zimna Wojna

Po gorbaczowowskich „błędach” i jelcynowskiej „dekadzie smuty” prezydent Putin chce przekazać swojemu następcy Rosję silną i wielką. Stąd kurs na zaostrzenie konfrontacji z Zachodem – pisze ekspert w dziedzinie obrony

prezydent Włodzimierz Putin - twardziel

Rosja oddała kolejną salwę w strategicznej ofensywie informacyjnej wymierzonej w opinię publiczną Zachodu. Szef Sztabu Generalnego generał Bałujewski uznał za stosowne postraszyć świat rosyjską doktryną nuklearną. Rosja od czasu wystąpienia Władimira Putina na konferencji w Monachium wyraźnie nasila konfrontację informacyjną z Zachodem. Być może nawet wkracza na neozimnowojenną ścieżkę. Dlaczego to czyni? Czy idzie jej o własne bezpieczeństwo, które z zewnątrz nie jest zagrożone? Czy może o najbardziej nagłośnioną tarczę antyrakietową, która przeciw Rosji nie jest skierowana, bo przeciw niej nie może być skuteczna?

Ambicje Włodzimierza Odnowiciela

Moim zdaniem idzie o coś więcej – o ugruntowanie strategicznej roli Rosji na arenie międzynarodowej. A przynajmniej o wyrobienie takiego przeświadczenia w samych Rosjanach.

Władze Rosji uważają, że właśnie teraz nadszedł decydujący moment odzyskiwania przez nią pozycji mocarstwa światowego, że rozpoczęła finisz w tym strategicznym biegu. Po gorbaczowowskich „błędach” i jelcynowskiej „dekadzie smuty” prezydent Putin chce widać przekazać swojemu następcy Rosję silną i wielką. Chce przejść do historii jako Włodzimierz Odnowiciel.

Może to mu się udać, jeśli w atmosferze odnowionej zimnej wojny wygra narzuconą przez siebie Zachodowi wojnę informacyjną. A jest ku temu dobry moment, bo Zachód jest dzisiaj osłabiony: Stany Zjednoczone – wojną z terroryzmem, zwłaszcza interwencją w Iraku, Unia Europejska – „bólami porodowymi” nowej wizji integracyjnej.

Ponadto wojna informacyjna jest dla Rosji najlepszym polem starcia z Zachodem. W demokratycznych systemach państw zachodnich opinia publiczna staje się coraz istotniejszym graczem strategicznym. Władza jest mocno od niej uzależniona. I to nie tylko w okresach wyborczych, ale na co dzień (wrażliwość na sondaże). Przez wpływanie na opinię publiczną można więc łatwo sterować zachowaniem tych państw.

Z tego punktu widzenia Rosja jest odporniejsza, można rzec – opancerzona. Nie tylko jej opinia publiczna jest bardziej odizolowana od informacji z zewnątrz i mniej na nie podatna, ale dodatkowo władze rosyjskie w o wiele mniejszym stopniu niż na Zachodzie muszą się liczyć z głosem własnej opinii publicznej. Rosja dostrzegła swoją przewagę na informacyjnym polu bitwy – stara się przenosić nań wszelkie problemy w relacjach z Zachodem i tam je rozstrzygać. Widzi w tym sporą szansę, której nie chce przegapić.

Straszenie Zachodu

Propagandowo Kreml sięga zatem po najsilniejsze ładunki. Na przykład po informację o wycelowaniu swoich rakiet strategicznych w państwa Zachodu. W rzeczywistości to, w którą stronę są one wycelowane, nie ma znaczenia. Ich błyskawiczne przecelowanie nie stanowi bowiem żadnego problemu. Ale psychologicznie, dla opinii publicznej i elektoratu wyborczego na Zachodzie – ma znaczenie. I to bardzo istotne.

Wyrazem takiego postępowania jest także ostentacyjne zawieszenie respektowania ograniczeń traktatu o siłach konwencjonalnych w Europie CFE. To wyraźnie ruch obliczony na wywołanie niepokoju w Europie Zachodniej. Tym skuteczniejszy, że rzeczywiście narusza on delikatną tkankę bezpieczeństwa opartą na mozolnie budowanych środkach zaufania. Rosja grozi wyrzuceniem ich na śmietnik.

A idzie tu o takie środki, jak: wzajemne informowanie się o potencjałach militarnych (ich wielkości i dyslokacji), utrzymywanie sił zbrojnych poniżej uzgodnionych limitów, dyslokowanie wojsk z uwzględnieniem zasady ich „rozrzedzenia”, wzajemne przyjmowanie inspekcji innych państw w miejscach dyslokacji sił zbrojnych. Jeśli te reguły przestaną dotyczyć największego potencjału wojskowego w Europie, to w ogóle przestaną mieć jakikolwiek sens.

Rosja zapowiada zatem cofnięcie bezpieczeństwa europejskiego o całe pokolenie. W tym kontekście należy postrzegać postraszenie zachodniej opinii publicznej przez szefa Sztabu Generalnego, gen. Bałujewskiego, rosyjską doktryną nuklearną.

Wojna ery informacyjnej

Szczególnie wymownym przykładem renesansu „zimnowojennej kultury strategicznej” w Rosji były publiczne wypowiedzi i oceny rosyjskich ekspertów dotyczące ewentualnej wojny rosyjsko-amerykańskiej. Na łamach „Komsomolskiej Prawdy” nakreślili oni wizję iście zimnowojennej kulminacji sporu politycznego dwóch mocarstw nuklearnych w postaci ich bezpośredniego starcia militarnego. Miałoby się ono rozpocząć oczywiście agresją Ameryki na Rosję, a następnie przebiegać według znanych z XX wieku wzorców wojen światowych (zmasowane uderzenia ogniowe, inwazja lądowa na dużą skalę, okupacja).

Oczywiście nie można zupełnie wykluczyć, że trwający dziś konflikt USA – Rosja może w przyszłości przyjąć w skrajnej postaci formę wojny. Ale byłaby to już zapewne wojna nowego typu, wojna ery informacyjnej. Zupełnie inna niż klasyczne starcie militarne według prawideł Clausewitza. Rządziłyby nią raczej reguły starochińskiego filozofa wojen Sun-Tzy, zgodnie z którymi bezpośrednie użycie siły militarnej (hard-power) jest jednym z ostatnich sposobów, do jakich ucieka się w razie braku możliwości uzyskania rozstrzygnięcia mniej ryzykownymi środkami (soft-power).

Wojna ery informacyjnej w punkcie kulminacyjnym mogłaby obejmować m.in. operacje propagandowe (w tym akcje „czarnej propagandy”) ukierunkowane na opinię publiczną przeciwnika i własną, dezinformowanie i destrukcję systemów informacyjnych przeciwnika (cyberwojna), maskowanie i ochronę własnych systemów i operacji informacyjnych, izolację dyplomatyczną, sankcje ekonomiczne, w tym użycie broni energetycznej, pośrednie wykorzystywanie na dużą skalę nielegalnych organizacji pozapaństwowych (przestępczych, terrorystycznych), blokady wojskowe, operacje dywersyjne sił specjalnych (skryte zamachy, niszczenie zasobów materialnych i infrastruktury). Bezpośrednie działania zbrojne pełniłyby rolę pomocniczą w stosunku do działań informacyjnych, specjalnych i gospodarczych.

Wizja totalnego starcia zbrojnego, w tym nuklearnego, nadaje się natomiast jako dobry do szantażowania „ładunek strachu” w operacjach informacyjnych. I najprawdopodobniej taką właśnie rolę w istocie mogą spełniać owe wizje rosyjskich ekspertów.

Szkoda czasu

Wydaje się jednak, że rosyjski kurs na renesans zimnej wojny, obliczony na zaostrzenie konfrontacji z Zachodem i prowokowanie strategicznej kulminacji w wojnie informacyjnej, na dłuższą metę jest działaniem przeciwskutecznym, i to z punktu widzenia samej Rosji. Nie wydaje się, aby miała ona szansę na wygranie takiej kulminacji. Jej obecne zachowanie prowadzi bowiem do konsolidacji Zachodu w obliczu neozimnowojennej postawy Rosji.

Chociaż prezydent Putin zapewne osiągnie swój cel krótkofalowy – czyli dla dzisiejszych Rosjan stanie się Włodzimierzem Odnowicielem, to w długiej perspektywie tylko opóźni i tak nieuchronny marsz Rosji na strategiczne zbliżenie z Zachodem.

Szkoda straconego czasu. Szkoda dla Rosji, ale szkoda także dla świata.

Autor jest generałem w stanie spoczynku, profesorem zwyczajnym na Wydziale Strategiczno-Obronnym Akademii Obrony Narodowej. Był wiceministrem w MON
Źródło : Rzeczpospolita: Zimna wojna: reaktywacja?
Stanisław Koziej 28-01-2008

Antykapitalizm niemieckich socjalistów

Gdy przyjrzeć się dzisiejszej nagonce na Nokię w Niemczech, śmieszne wydają się zarzuty o „prześladowanie” biznesmenów w Polsce za rządów Jarosława Kaczyńskiego – pisze zastępca redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej”

W ojczyźnie Karola Marksa odżywa właśnie wyjątkowo obrzydliwa forma populizmu. Posługując się językiem, jakiego używano do niedawna na zachodzie Europy w stosunku do Polski, można by stwierdzić, że mamy do czynienia ze „zjawiskiem budzącym najwyższy niepokój”.

Politycy z lewej i prawej strony prześcigają się w rzucaniu obelg na Nokię, fiński koncern, który ośmielił się zamknąć ostatnią w Niemczech fabrykę telefonów komórkowych i zwolnić ponad 2 tys. pracowników. Liderzy SPD mówią o bezdusznym wyzysku i „brutalnym kapitalizmie z epoki kamienia”, a ministrowie rządu Angeli Merkel (m. in. Horst Seehofer z „prawicowej” CSU) ostentacyjnie nawołują do bojkotu skandynawskiej firmy.

– Nie chcę już widzieć w moim domu żadnej nokii – mówi przywódca socjalistów Kurt Beck.

Obronimy was przed potworem

Stąd nagle ten seans nienawiści? Ano stąd, że pod koniec stycznia i w ostatnim tygodniu lutego w trzech niemieckich landach – Hesji, Dolnej Saksonii i Hamburgu – odbędą się wybory, a atak na Nokię jest najlepszym i najtańszym sposobem, by podlizać się elektoratowi. Wszak szary niemiecki wyborca jest wychowywany od lat w aurze podejrzliwości wobec kapitalizmu. Dlatego łatwo nim manipulować i wciskać bajki o „społecznej gospodarce rynkowej” i opiekuńczej roli państwa. Dziś nad Renem każdy kapitalista to krwawy, żarłoczny, bezwzględny potwór zainteresowany wyłącznie zyskami i nieliczący się ze zwykłym człowiekiem. A politycy? Politycy oczywiście liczą się ze zwykłym człowiekiem i was, drodzy wyborcy, przed owym monstrum obronią własną piersią.

Stosownej indoktrynacji poddawane są już szkolne dzieci. Stefan Theil pisze w ostatnim numerze periodyku „Foreign Policy”, że w podręcznikach ekonomii główny nacisk kładzie się na „wychwalanie korporacyjnej i kolektywistycznej tradycji niemieckiego systemu”. Nauczanie odbywa się przez pryzmat „odwiecznego konfliktu między pracownikiem a pracodawcą”, a główna batalia toczy się o wysokość pensji i kodeks pracy.

Walka, walka, walka. Nic dziwnego, że w takiej atmosferze Nokia nie jest już dobrze zarządzaną firmą sprzedającą nowoczesne produkty, nie jest już powszechnie poważaną marką. Jest wrogiem.

Szef wpływowego związku zawodowego IG Metall Berthold Huber mówi w radiu: „Nie pozostaje nam nic innego, jak walczyć”. Jeden z pracowników zakładu Nokii w Bochum obwieszcza reporterom: „Jesteśmy w stanie wojny”. A Kurt Beck w specjalnie nagranym internetowym klipie deklaruje: „Będziemy walczyć ramię w ramię z ludźmi, którzy stracili pracę”.

Masy przeciw biznesowi

Tak oto podsycany jest rewolucyjny zapał mas. Jak za dawnych, dobrych lat… Żadna rewolucja jednak się nie powiedzie, jeśli nie uda się wstrząsnąć ludzkimi pokładami jadu. Masy mają skierować swój gniew przeciwko wielkiemu biznesowi: w zależności od potrzeb mogą to być banki, firmy ubezpieczeniowe, fundusze inwestycyjne (nazwane niegdyś przez byłego wicekanclerza Franza Münteferinga „szarańczą”) czy producenci komórek. Poważni politycy z poważnych partii bez skrupułów przekraczają kolejne granice populizmu. Czym się różnią tyrady Becka i Seehofera od wściekłych ataków na globalizację w wykonaniu Jeana-Marie Le Pena?

Nokia przeniesie teraz produkcję do nowo budowanej fabryki w Rumunii. Niemiecka klasa polityczna zapewne wolałaby, żeby Rumuni nie eksportowali telefonów, tylko pokornie korzystali z unijnych zapomóg (opłacanych z pieniędzy… niemieckich podatników), ale prawa wolnego rynku są – chwała Bogu – bezlitosne. Siła robocza w Klużu jest wielokrotnie tańsza niż w Bochum. Podatki osobisty i korporacyjny są w Rumunii płaskie i wynoszą 16 procent, podczas gdy w Niemczech dopiero niedawno CIT został obniżony z blisko 39 do 30 proc., a najwyższa stawka PIT sięga 42 proc. No i w Siedmiogrodzie nie panoszy się IG Metall.

Niemieccy politycy, poza kilkoma chlubnymi wyjątkami, nie chcą zrozumieć, że nie żyjemy już ani w XIX, ani w XX wieku. Nie mieści im się w głowie, że prywatna firma bardziej dba o swoich akcjonariuszy niż o zapewnienie bezpieczeństwa socjalnego lokalnej społeczności. Nie potrafią pojąć, że niskie podatki służą rozwojowi przedsiębiorczości, a wysokie przedsiębiorczość dławią. Otwierają szeroko oczy, kiedy ktoś nieśmiało zauważy, że większość państw byłego bloku sowieckiego cieszy się dzisiaj dużo większym liberalizmem gospodarczym niż Niemcy. Z niedowierzaniem kręcą głową, gdy dowiadują się, że w Polsce, by założyć zakład naprawiający komputery, nie trzeba się zapisywać do cechu, zdawać egzaminów i być informatykiem z wykształcenia.

Czy będą równie zdziwieni, gdy zaczną kupować montowane w Rumunii komórki i okaże się, że działają równie dobrze, a może i lepiej niż nokie produkowane w Zagłębiu Ruhry?

Zostaje nauczka

Afera z fińską firmą to festiwal cynizmu najwyższej próby. Wyobraźmy sobie teraz niemieckiego polityka, który na forum publicznym, np. w Davos, będzie namawiał zagraniczne koncerny do inwestowania w jego ojczyźnie. Owszem, Niemcy oferują fantastyczne warunki: znakomitą infrastrukturę, doświadczoną kadrę menedżerską, przejrzyste prawo. A oprócz tego szczerą nienawiść do kapitalizmu większości społeczeństwa podkręcaną od czasu do czasu i przez socjaldemokratów, i przez chadeków.Gdy przyjrzeć się dzisiejszej nagonce na Nokię, śmieszne wydają się zarzuty o „prześladowanie” biznesmenów w Polsce za rządów Jarosława Kaczyńskiego. Były premier rzeczywiście kilkakrotnie zagalopował się w krytyce „oligarchów” en masse, ale trudno porównywać tamte puste groźby z bardzo dobrze przemyślanym bojkotem fińskiego koncernu przez berliński establishment.

Nauczka jednak pozostaje, albowiem przeogromna jest wśród polityków pokusa wzniecania niezdrowych uczuć u wyborców. Na szczęście Polacy, w przeciwieństwie do zachodnich sąsiadów, nie są aż tak podatni na antykapitalistyczne slogany, skoro ugrupowanie uważane za skrajnie liberalne i sprzyjające „wielkiemu biznesowi” w cuglach wygrało wybory.Na koniec jeszcze drobna osobista deklaracja (świadomie ocierająca się o kryptoreklamę): jestem dumnym posiadaczem nokii i gdy w najbliższym czasie wybiorę się za Odrę, będę się z nią bezwstydnie obnosił. Jeśli jednak Finowie zmiękną i ulegną hordom niemieckich populistów, nie będzie już dla nokii miejsca w moim domu.

Źródło : Rzeczpospolita: Niemiecki seans nienawiści do kapitalizmu
Marek Magierowski 24-01-2008

Nietolerancja i uprzedzenia Polaków

Polacy nie różnią się od Niemców utajonymi uprzedzeniami i stereotypami. U jednych i u drugich są one silne. Bo ludzie mają skłonność do faworyzowania własnej grupy – pisze psycholog społeczny

Czy Polacy – jak twierdzą niektórzy – są nietolerancyjni? Czy mamy więcej uprzedzeń niż na przykład nasi zachodni sąsiedzi Niemcy? W celu odpowiedzi na te pytania badałem stereotypy i uprzedzenia u 15 tys. Polaków i 41 tys. Niemców.

Badanie zostało zrealizowane w ciągu ostatniego pół roku w ramach szerszego, internetowego projektu badawczego „Implicit”, organizowanego m.in. przez uniwersytety harwardzki i waszyngtoński, a także badaczy z 22 krajów, m.in. z Polski. Próbę stanowili użytkownicy Internetu (Polacy i Niemcy), a więc przede wszystkim młodzi ludzie, wykształceni, z dużych miast.

Ukryte uprzedzenia

Ideą projektu było badanie ukrytych uprzedzeń (postaw wobec jakieś grupy, z których ludzie nie zdają sobie sprawy, a wpływają one na ich zachowania). Nie decydowałem się na jawne uprzedzenia, mierzone w sposób tradycyjny, kwestionariuszowy, gdyż w dobie „normy politycznej poprawności” dają one zafałszowany obraz tego zjawiska. Na przykład w badaniach sondażowych w Stanach Zjednoczonych niemal nikt nie przyznaje się do uprzedzeń, a problem dyskryminacji rasowej wciąż jest tam problemem.

Uprzedzenia mierzyłem więc w sposób komputerowy, poprzez sprawdzanie czasów reakcji na bodźce. Metoda jest tak skonstruowana, że nie można jej oszukać (to swoisty „wykrywacz uprzedzeń”). Opiera się ona na pomiarze stosunku do dwóch kategorii (np. osoby białe i czarnoskóre).

Wynik mówi nam o tym, w jakim stopniu w sposób automatyczny preferujemy daną kategorię (czy faworyzujemy jedną z nich, czy jesteśmy bezstronni). Internetowe badania wykazały m.in., że biali Amerykanie preferowali białą rasę na poziomie ukrytym, pomimo że na poziomie jawnym deklarowali, że mają taki sam stosunek do białych, jak i do osób czarnoskórych.

Podobne zjawisko można było zaobserwować w Polsce w prowadzonych przeze mnie eksperymentach laboratoryjnych w 2005 roku. Studenci UW deklarowali, że w równym stopniu lubią Polaków i Żydów. Natomiast na poziomie ukrytym bardziej lubili Polaków niż Żydów.

Wielu czarnych woli białych

W kolejnym badaniu uczestniczyli Polacy i Niemcy. Na stronie harwardzkiej w języku polskim i niemieckim można było wypełnić cztery testy. Udział w eksperymencie był dobrowolny (osoby same wchodziły na stronę i wypełniały test).

Pierwszy test dotyczył ukrytego nacjonalizmu (wypełniło go około 3 tys. Polaków i ponad 8 tys. Niemców). Okazało się, że 79 proc. Polaków i 77 proc. Niemców woli własną grupę narodową niż Amerykanów. Tak powszechne ukryte preferowanie własnej grupy wynika m.in. stąd, że „swoi” (rodzina, plemię, naród etc.) zawsze zapewniali ludziom przeżycie. To szczególne traktowanie własnej grupy zautomatyzowało się przez tysiące lat. Jest ono uniwersalne zarówno dla Polaków, jak i dla Niemców (dla wszystkich grup narodowych).

Drugi z testów dotyczył lubienia osób białych i czarnoskórych (wypełniło go 3,2 tys. Polaków i 14 tys. Niemców). Okazało się, że 70 proc. Polaków i 72 proc. Niemców bardziej lubi osoby białe niż czarnoskóre. W tym przypadku również zadziałał efekt preferowania własnej grupy (osób białych), ale towarzyszył mu drugi czynnik. W Niemczech mieszka znacznie więcej osób czarnoskórych niż w Polsce, a o 2 proc. więcej Niemców niż Polaków faworyzowało osoby białe.

Ten tekst można było napisać jako news przedstawiający, jak bardzo uprzedzeni są Polacy. Wystarczyło tylko usunąć wyniki sondażu mówiące o Niemcach

Tym czynnikiem jest wypieranie niechęci do osób czarnoskórych. Przez dziesiątki lat zarówno w USA, jak i w Europie stygmatyzowano osoby czarnoskóre (mówiono m.in. o ich intelektualnym ograniczeniu, co jest kompletną nieprawdą). Obecna polityczna poprawność nie wykorzeniła stereotypów, spowodowała jedynie powstrzymywanie się od ich wyrażania. Działają one teraz na poziomie ukrytym. Dochodzi wręcz do paradoksów. Na przykład duża część osób czarnoskórych nieświadomie woli białych niż własną rasę, pomimo że na poziomie jawnym deklaruje zupełnie coś przeciwnego.

Niechęć do otyłych

W trzecim teście badano stereotyp płci (wypełniło go 3,3 tys. Polaków i 7,5 tys. Niemców). Otóż nie ma podstaw, aby przypisywać kobietom lepsze predyspozycje do nauk humanistycznych, mężczyznom zaś do nauk ścisłych. Przeczą temu chociażby przykłady Curie-Skłodowskiej (kobieta, nauki ścisłe) oraz licznych, wybitnych polskich poetów i powieściopisarzy – mężczyzn. Różnice w osiągnięciach kobiet i mężczyzn wynikają często stąd, że rodzice i nauczyciele częściej zachęcają dziewczęta np. do nauki polskiego, chłopców zaś np. do nauki matematyki. Z przełamaniem tego stereotypu lepiej radzą sobie Niemcy (podzielało ten stereotyp 74 proc. osób badanych) niż Polacy (podzielało go 80 proc.). W odróżnieniu od Niemców Polacy niewiele robią w tym kierunku, aby wykorzenić ten stereotyp (wyjątkiem jest np. stworzony przez producenta telefonów komórkowych konkurs informatyczny, w którym mogą uczestniczyć tylko grupy o równej proporcji kobiet i mężczyzn).

Ostatni z testów dotyczył sylwetki ciała (wypełniło go 2,8 tys. Polaków i 6,6 tys. Niemców). Niemcy (79 proc.) częściej faworyzowali osoby szczupłe niż otyłe w porównaniu z Polakami (74 proc.). Ten wynik jest dość interesujący, gdyż odsetek osób otyłych w Niemczech jest większy niż w Polsce. W związku z tym, że problem otyłości w Niemczech jest bardzo powszechny, to tam silnie stygmatyzuje się nadwagę (osoba otyła – pozbawiona kontroli, atrakcyjności etc.). Te negatywne skojarzenia zapisują się w ludzkiej pamięci. W efekcie na poziomie ukrytym osoby otyłe cieszą się mniejszą sympatią niż szczupłe.

Nie ma typowego Polaka

Wyniki pokazują, że generalnie Polacy nie różnią się od Niemców utajonymi uprzedzeniami i stereotypami. U jednych i u drugich są one silne. Ludzie dosyć powszechnie mają skłonność do faworyzowania własnej grupy. W ich głowach zapisane są też stereotypowe skojarzenia, które podzielane są w danej kulturze. Pytanie zasadnicze jednak brzmi: czy ludzie będą posługiwać się tymi ukrytymi uprzedzeniami/stereotypami? Otóż działają one m.in. w sytuacji, kiedy osoba nie kontroluje swojego zachowania (np. kiedy rozproszona jest odpowiedzialność – to mechanizm pogromów). Ich wpływ na zachowania jest również duży, gdy dana jednostka czuje się zagrożona (np. książka Jana Tomasza Grossa zagraża pozytywnemu wizerunkowi Polaków, więc wówczas będzie silniej działał ukryty nacjonalizm). Co więc należy uczynić, aby te ukryte uprzedzenia nie działały?

W walce z ukrytymi stereotypami ogromną rolę odgrywają dziennikarze, naukowcy, pisarze. Nie zdając sobie z tego sprawy, często podtrzymują uprzedzenia.

Na przykład powyższy tekst można było napisać jako news przedstawiający, jak bardzo uprzedzeni są Polacy – choćby taki, jaki 16 listopada 2007 r. opublikowała „Gazeta Wyborcza” pt. „Świr, Żyd, gej, Cygan nie będzie nami rządził”.

Ten tekst mógłby być podobny, wystarczyłoby tylko usunąć wyniki sondażu mówiące o Niemcach (podobne są zresztą także dla Amerykanów). Problem w tym, że nie jest to społecznie odpowiedzialne.

Jeśli pisze się o podziałach, to wówczas ludzie zaczynają się automatycznie dzielić na „swoich” i „obcych”. Ponadto, stygmatyzuje się daną grupę. Wreszcie, jeśli ktoś każe nam, aby nie myśleć o „Polakach złodziejach”/„Niemcach nazistach”, to natychmiast pojawiają się w głowie te skojarzenia. Bardziej skuteczne jest podejście proaktywne – zachęcanie, abyśmy zawsze w sposób podmiotowy traktowali każdą osobę, gdyż nie ma typowego Polaka ani Niemca.

Jak walczyć z utajonym

Jak chronić się przed własnymi utajonymi uprzedzeniami? Trudno znaleźć tu remedium. Jak bowiem walczyć z czymś, co jest utajone i trudno jest to zidentyfikować?

Najpierw należy sobie uświadomić, że mamy np. stereotypowe skojarzenia dotyczące osób czarnoskórych, kobiet/mężczyzn, faworyzujemy „swoich” (służy chociażby temu wykonanie testu). Następnie wskazane jest, aby wyznaczyć sobie cel:

1) działać zawsze w sposób nieuprzedzony,

2) traktować drugą osobę jako jednostkę, a nie kategorię. Jak można bowiem nienawidzić tyle milionów osób, nie znając ich osobiście?

Autor jest psychologiem społecznym, opublikował m.in. książki o ukrytych uprzedzeniach: „Koń trojański w reklamie społecznej” oraz „Regulacyjna rola utajonej postawy”. Jest koordynatorem w Polsce projektu

https://implicit.harvard.edu/implicit/poland/

Źródło : Rzeczpospolita

Majątek Żydów – grabież po wojnie

Losy własności pozostałej po ofiarach Holokaustu są w obecnej debacie zniekształcone, a nawet zafałszowane

Powołując się na oceny byłego dyrektora Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie prof. Feliksa Tycha, publicysta Janusz Majcherek stwierdził ostatnio, że około miliona polskich rodzin miało skorzystać z majątków Żydów pomordowanych podczas wojny w Polsce. Inny publicysta pisze natomiast: „W ciągu dwóch pierwszych powojennych lat pożydowskie domostwa zostały zasiedlone przez trzy miliony mieszkańców ściągniętych ze wsi” („Wprost”, 20.01.2008). Te twierdzenia sprawiają wrażenie, jakoby Polacy byli w masowej skali beneficjentami zbrodni na Żydach.

Ulica handlowa - okres międzywojenny

Jest to również jedna z głównych tez „Strachu” Jana Tomasza Grossa. Twierdzenia te szokują. Są jednak nieprawdziwe i całkowicie zmyślone. Również losy własności pozostałej po wymordowanych Żydach są w aktualnej debacie zniekształcone, a nawet zafałszowane. Spójrzmy zatem na fakty dotyczące dziejów żydowskiej i polskiej własności w okupowanej przez Niemców Polsce i wkrótce po wojnie.

Systematyczna grabież okupowanych terenów

Pierwsze tygodnie niemieckiej okupacji, zarówno na terenach później anektowanych, jak i na obszarze Generalnego Gubernatorstwa, charakteryzowały się m.in. grabieżami i konfiskatami. Niemcy organizowali masowe transporty do Rzeszy surowców, produktów przemysłowych, wyposażenia wojskowego i żywności. Demontowano i wywożono nowoczesne obiekty przemysłowe. Już w pierwszych tygodniach okupacji trafiło tam 25 tys. wagonów z różnorodnymi dobrami. Wartość łupów wojennych szła w miliardy marek. Nie inaczej zresztą zachowywali się okupanci sowieccy na Kresach Wschodnich.

Niemcy szybko utworzyli struktury administracyjne służące systematycznej eksploatacji wszystkich zasobów gospodarczych okupowanej Polski. 19 października 1939 r. Herman Göring powołał do życia Haupttreuhandstelle Ost (Główny Urząd Powierniczy Wschód – HTO) z siedzibą w Berlinie i oddziałami w Gdańsku, Poznaniu, Ciechanowie i Katowicach, a po ataku na Związek Sowiecki także w Białymstoku. Zadaniem HTO było konfiskowanie polskiego majątku państwowego oraz polskiego i żydowskiego majątku prywatnego na ziemiach wcielonych do Rzeszy, jak również zarządzanie tym majątkiem oraz jego eksploatowanie.

Ponadto Heinrichowi Himmlerowi jako komisarzowi Rzeszy do spraw umacniania niemieckości udało się uzyskać zgodę Hitlera na konfiskowanie i eksploatację własności rolnej i leśnej Polaków i Żydów na zaanektowanych terenach. Himmler powołał w tym celu 12 lutego 1940 r. Ostdeutsche Landbewirtschaftungsgesellschaft mbH. Ostland (Wschodnioniemiecka Spółka z o.o. ds. Gospodarki Wiejskiej, Ziemie Wschodnie).

Obie organizacje, HTO oraz Ostland Gesellschaft, przystąpiły do masowego wywłaszczania ludności polskiej i żydowskiej na terenach przyłączonych do Rzeszy. Niemieccy okupanci przejęli cały majątek państwa polskiego, samorządów, organizacji politycznych i społecznych oraz zdecydowaną większość własności gmin zarówno polskich, jak i żydowskich religijnych. Skonfiskowali wszystkie należące do Żydów i Polaków zakłady rolne i przemysłowe, a także przedsiębiorstwa kredytowe i transportowe. W ten sposób zarekwirowano ponad 90 proc. domów mieszkalnych, zakładów rzemieślniczych i handlowych, a także 500 tys. w pełni wyposażonych mieszkań. W tej części okupowanej Polski do końca wojny pozostały w rękach polskich jedynie nieliczne zakłady rzemieślnicze i usługowe. Zakłady żydowskie zostały przejęte w całości.

Beneficjentami tego zbiorowego wywłaszczenia były niemieckie władze cywilne, NSDAP, Wehrmacht, SS, rozmaite stowarzyszenia i organizacje niemieckie. Korzystali z niego również mieszkańcy Rzeszy, którzy ucierpieli w wyniku bombardowań. Tylko od 1 stycznia do 18 października 1943 r. do Rzeszy wyjechało 1,6 tys. wagonów z meblami skonfiskowanymi na terenach zaanektowanych. Wywłaszczony majątek otrzymywały także niemieckie przedsiębiorstwa, niemieccy osadnicy z krajów bałtyckich lub Europy Wschodniej. Polacy na terenach zaanektowanych nie byli nigdy i w żadnych okolicznościach beneficjentami tej grabieży, lecz jej głównymi ofiarami, jeżeli za miarę przyjąć ogół zrabowanego majątku.

Rekwirowanie „bezpańskiego” majątku

W odróżnieniu od terenów wcielonych do Rzeszy w Generalnym Gubernatorstwie nie prowadzono polityki powszechnego wywłaszczenia. Skonfiskowany został i wywłaszczony cały majątek państwowy, ale nie prywatny. Wyjątek stanowiła własność Żydów oraz obywateli polskich, którzy uciekli za granicę. Niemieckie władze uznały cały majątek żydowski za bezpański, stopniowo go rekwirowały i przekazywały pod zarząd powierniczy. Ale także prywatna własność polska była nierzadko konfiskowana, na przykład w celu zwolnienia mieszkań i budynków dla niemieckich władz okupacyjnych i ich niemieckich pracowników, albo też w ramach represji za przynależność do ruchu oporu lub choćby, w przypadku chłopów, za niezrealizowanie dostaw obowiązkowych.

W Generalnym Gubernatorstwie niemieckie władze skonfiskowały całą własność państwa polskiego, organizacji politycznych i społecznych, jeśli były polskie lub żydowskie, oraz cały majątek ludności żydowskiej. Ogółem niemieccy okupanci przejęli mniej więcej jedną trzecią całego majątku znajdującego się na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Wpływy z tego tytułu, na przykład czynsze, zasilały kasy niemieckich starostów powiatowych i grodzkich.

Do zarządzania skonfiskowaną własnością w urzędzie generalnego gubernatora powstał wydział o nazwie Biuro Powiernicze z oddziałami w dystryktach oraz w starostwach powiatowych i grodzkich. Do 1941 r. Biuro Powiernicze nakazało konfiskatę ponad 40 tys. działek oraz większości ważniejszych zakładów. Nie licząc dystryktu galicyjskiego (obecnie zachodnia Ukraina), w październiku 1941 r. pod zarządem powierniczym znajdowało się łącznie 3865 zakładów, w tym 997 przemysłowych oraz 2630 handlowych, rzemieślniczych i usługowych.

Stosunkowo niewielką liczbę skonfiskowanych przedsiębiorstw handlowych i zakładów rzemieślniczych da się wyjaśnić tym, że większość zakładów żydowskich została zlikwidowana, a tylko nieliczne zostały przejęte i były dalej prowadzone przez powierników. Łącznie w Generalnym Gubernatorstwie całkowicie zlikwidowano ponad 100 tys. żydowskich przedsiębiorstw handlowych. Podobnie było z zakładami rzemieślniczymi. W latach 1940 i 1941 w Generalnym Gubernatorstwie obroty rzemiosła spadły o 63 proc. w porównaniu z rokiem 1938. Liczba Polaków, którzy skorzystali na zamykaniu żydowskich firm handlowych i rzemieślniczych, była zatem niewielka, zwłaszcza że likwidacją objęto także firmy polskie. Najlepsze przedsiębiorstwa i tak przejmowali niemieccy poszukiwacze przygód (jak choćby Oskar Schindler) lub volksdeutsche. Zdarzało się, że mniej atrakcyjne zakłady przejmowali Polacy, z reguły wypędzeni z terenów przyłączonych do Rzeszy.

Do chwili rozpoczęcia masowego mordu na Żydach w 1942 roku cały majątek żydowski znajdujący się w Generalnym Gubernatorstwie – domy, mieszkania, zakłady, które nie zostały wcześniej zlikwidowane, konta bankowe – został skonfiskowany. Aby móc sprawnie zarządzać około 50 tysiącami przejętych działek, latem 1942 roku administracja cywilna Generalnego Gubernatorstwa stworzyła specjalną spółkę.

Niemieccy urzędnicy rościli sobie również prawo do całego ruchomego majątku Żydów (meble, ubrania, przedmioty użytku domowego). Niemieccy starostowie powiatowi i grodzcy szantażem wyłudzali od gmin żydowskich – jeszcze przed deportacjami Żydów do komór gazowych – wysokie kontrybucje, między innymi aby „pokryć koszta przesiedlenia” lub „dla własnych potrzeb”. Niemieccy sprawcy postarali się także – jeszcze przed rozpoczęciem „ewakuacji” żydowskich dzielnic i gett – o zabezpieczenie ich przed plądrowaniem przez Polaków. Tylko bowiem niemieccy organizatorzy „wysiedlenia” mieli prawo do zdobyczy i łupu w świetle prawa niemieckiego. Starostowie ostrzegali więc ludność miejscową, że plądrowanie opuszczonych żydowskich mieszkań i domów będzie surowo karane. Jeden groził karą śmierci, drugi obozem karnym. Do plądrowań mimo to dochodziło. Niektórych grabieżców zastrzelono.

Po wymordowaniu Żydów w Generalnym Gubernatorstwie powstał spór między Hansem Frankiem i Heinrichem Himmlerem o ich własność. Obaj chcieli zużytkować pozostały po Żydach majątek do własnych celów: Frank dla Generalnego Gubernatorstwa, natomiast Himmler do sfinansowania osiedlenia się Niemców na Wschodzie. Dopiero w obliczu zbliżającego się frontu latem 1944 roku doszli do porozumienia. Postanowili przekazać zarządzanie żydowskim majątkiem niemieckiej cywilnej administracji Generalnego Gubernatorstwa. W praktyce jednak przejęła ona własność Żydów jeszcze przed ich wymordowaniem.

Do masowej sprzedaży żydowskich nieruchomości nie doszło w Generalnym Gubernatorstwie, ponieważ zostały one wprawdzie skonfiskowane, ale – w większości przypadków – formalnie nie zostały wywłaszczone. A tylko wywłaszczoną własność można było sprzedać. Kłótnia między Frankiem i Himmlerem zablokowała prawne rozwiązanie tego problemu. A zatem wbrew temu, co się twierdzi, Polacy nie tylko nie skorzystali na wymordowaniu Żydów, ale nie mogli z tego skorzystać, ponieważ byli wykluczeni z grona beneficjentów konfiskat i wywłaszczeń. Nie oznacza to, że nie istnieli polscy szmalcownicy, grabieżcy i bandyci, którzy wzbogacili się na majątku żydowskim metodami sobie właściwymi, a ich ofiarami padali także Polacy. Jednakże było to zjawisko raczej marginalne w stosunku do całości społeczeństwa polskiego, a nie fenomen masowy, jak niektórzy dziś twierdzą.

Upaństwowienie mienia w „wyzwolonej” Polsce

PKWN unieważnił w jednym ze swych pierwszych rozporządzeń niemieckie akty prawne dotyczące konfiskaty i wywłaszczenia polskiego i żydowskiego mienia. Dotyczyło to również nieruchomości, które zostały kupione od niemieckich okupantów. Na terenach wschodniej Polski, które zostały zaanektowane przez Związek Sowiecki, Sowieci dalej plądrowali i wywłaszczali. Najpierw polscy mieszkańcy miast musieli opuszczać swe mieszkania i domy, a potem chłopi swe gospodarstwa. Ci polscy chłopi, którzy tego nie zrobili, zostali później i tak przymusowo wywłaszczeni. Nie inaczej Sowieci traktowali nieruchomości należące do Żydów, także tych, którzy zostali wymordowani. Na wschodnich obszarach Polski przed wojną żyła prawie połowa z trzech milionów polskich Żydów. Już to jest dowodem na to, że twierdzenie, iż trzy miliony polskich chłopów po 1945 roku wprowadziło się do domów i mieszkań zamordowanych Żydów, jest absurdalne.

Sytuacja Polaków w przesuniętej o 200 km na zachód Polsce także nie była diametralnie inna. Przemysł i handel zostały upaństwowione, bez względu na to, czy należały do Polaków czy Żydów. Zajmował się tym Hilary Minc, sowiecki komunista i patriota oraz członek PPR. Był bliskim przyjacielem Jakuba Bermana, odpowiedzialnego za kulturę (to znaczy za komunistyczną propagandę, w tym także za pamięć o Holokauście) oraz bezpieczeństwo (to znaczy komunistyczny aparat terroru). Mincowi i Bermanowi trudno jednakże zarzucić polski antysemityzm, ponieważ sami byli pochodzenia żydowskiego. Tymczasem – co jest zadziwiające – Hilary Minc w debacie o losie żydowskiego mienia po „wyzwoleniu” Polski w ogóle się nie pojawia, podobnie jak Berman w debacie o polskiej pamięci o Holokauście.Z żydowskiego mienia pozostały w końcu tylko te mieszkania, domy i grunty, które nie zostały upaństwowione. A w dużej części pozostały z nich tylko gruzy. Domy zostały zniszczone wskutek działań wojennych lub celowo wyburzone przez niemieckich okupantów, jak na przykład w Warszawie. Na ziemiach Polski centralnej około 147 tysięcy miejskich nieruchomości (w większości polskich) oraz około 343 tysięcy gospodarstw rolnych (prawie wyłącznie polskich) zostało zniszczonych lub ciężko uszkodzonych.

Znaczna część żydowskich nieruchomości miała więc tylko wartość gruntu. Żydowskich domów i mieszkań, które ocalały, Polacy nie mogli po prostu zająć i wprowadzić się, tak jak to sugeruje Jan T. Gross i inni. Jeżeli nie zgłaszali się spadkobiercy zamordowanych żydowskich właścicieli, nieruchomości przechodziły w ręce komunistycznego państwa. Administracja państwowa decydowała o tym, kto mógł się wprowadzić do tych mieszkań i domów, oraz ustalała wysokość czynszów. Dochody z nich wpływały do kas komunistycznego państwa, którego celem nie było przecież dobro polskiego narodu, lecz jego pacyfikacja. Jeżeli zgłaszali się jednak spadkobiercy ofiar Holokaustu, mogli dysponować gruntami. Najczęściej je sprzedawali i wyjeżdżali.

Nierzadko dochodziło do oszustw. Niektórzy ocalali z Holokaustu twierdzili, że są spadkobiercami działek lub domów, których właściciele zostali zamordowani wraz z całą rodziną, co oznaczało przecież, że nie było już żadnych prawowitych spadkobierców. Wyłudzali więc te nieruchomości i sprzedawali je szybko po korzystnych cenach, a potem znikali.

Najbardziej znanym przykładem jest Eliasz Grądowski z Jedwabnego, jeden z głównych świadków Jana Grossa w jego książce „Sąsiedzi”. Grądowski wyłudził wraz ze swymi wspólnikami (Żydami i Polakami) w ten sposób kilka domów i działek w Jedwabnem. Nie był to wcale odosobniony przypadek, ale dość rozpowszechniony fenomen. Wynika to ze sprawozdań starostów w wielu rejonach Polski.

W świetle powyższych faktów dziwią uogólnione zarzuty wobec Polaków, że masowo wzbogacili się na mieniu zamordowanych Żydów. Skąd biorą się te liczby – milion polskich rodzin lub trzy miliony polskich chłopów, którzy mieli wprowadzić się do żydowskich mieszkań – jest zupełną zagadką. Powstaje zatem pytanie, dlaczego te liczby zostały wymyślone, a historia dotycząca mienia po zamordowanych Żydach jest tak radykalnie fałszowana.

Tłum. Aleksandra Rybińska i Piotr Jendroszczyk

Bogdan Musiał jest pracownikiem IPN

Źródło : Rzeczpospolita: Kto się wzbogacił na majątku Żydów
Bogdan Musiał 19-01-2008,

Socjaliści z PO

Przeciętna składka zdrowotna pracownika wynosi 275 złotych co miesiąc, przeciętnie każdy Polak (od noworodka do starca) z prywatnej kieszeni wydaje dodatkowo na leczenie ponad 520 zł rocznie. Przeciętnie system, według którego funkcjonuje ochrona zdrowia, obowiązuje… trzy – cztery lata, a potem następuje zasadnicza zmiana.

Służba zdrowia jakoś nie ma szczęścia do reform i reformatorów. Każdy kolejny minister zdrowia zaczyna swoje urzędowanie od krytykowania poprzednika. Być może rację mają ci, którzy zwracają uwagę, że to konsekwencja braku na listach osób najbardziej wpływowych w ochronie zdrowia ekonomistów.

Przykład projektu o dobrowolnych składkach autorstwa PO pokazuje, że nawet połączenie doświadczenia polityków i ekonomistów nie zawsze daje efekt. Można w nim znaleźć zapis, by na żądanie pacjenta osoby wykonujące zawód medyczny, udzielające świadczeń zdrowotnych nie podawały pacjentowi informacji o jego stanie zdrowia, rozpoznaniu, proponowanych oraz możliwych metodach diagnostycznych, leczniczych, dających się przewidzieć następstwach ich zastosowania albo zaniechania. Trzeba czytać, panie i panowie posłowie, co się proponuje.

Źródło : Rzeczpospolita: Zdrowie dalekie od rozsądku
Aleksandra Fandrejewska 21-01-2008,

“Strach” – Jan Tomasz Gross – recenzja książki

Dziś trafi do księgarń nowa książka Jana Tomasza Grossa, “Strach”. Tak jak poprzednia, “Sąsiedzi”, wywoła zapewne wiele komentarzy. Nic dziwnego, dotyczy bowiem rzeczy bolesnej, drażliwej i trudnej, czyli relacji Polaków i Żydów oraz problemu polskiego antysemityzmu.

Czy spełnią się nadzieje tych, którzy w nowej książce Grossa upatrują szansy na rozpoczęcie poważnej dyskusji? Czy dzięki niej “Polska stawi czoła przeszłości”, jak ujął to Elie Wiesel? Albo – skromniejsze nieco oczekiwanie wyrażone przez Henryka Woźniakowskiego, wydawcę książki ze Znaku – czy dzięki “Strachowi” “fakt, że po wojnie Polska była jedynym krajem, w którym Żydzi byli zagrożeni fizycznie jako Żydzi, zostanie należycie przepracowany przez polskie myślenie”?

Mocno w to wątpię. I to nie tylko dlatego, że można zakwestionować twierdzenie Woźniakowskiego. Każda debata o wadach narodowych, o stereotypach i uprzedzeniach – a do nich z pewnością należy antysemityzm – może być pożyteczna. Tylko żeby taką debatę o winach i sumieniu prowadzić, potrzebna jest elementarna uczciwość, rzetelność, szacunek dla faktów, rozumienie historycznego procesu, zdolność wyjścia poza swój wąski punkt widzenia i dostrzeżenie, albo przynajmniej próba dostrzeżenia, kontekstu wydarzeń. Otóż tego wszystkiego w książce Grossa nie ma.

Pierwszą rzeczą, która zaskoczyć musi każdego polskiego czytelnika, jest sprowadzenie całej grozy II wojny światowej wyłącznie do Holokaustu. W tej książce znika cierpienie innych ofiar niż żydowskie, a problem uwikłania części Żydów w komunizm staje się całkiem nieistotny. Nie dowiadujemy się ani o eksterminacyjnej polityce nazistowskiej skierowanej przeciw nie-Żydom, ani o zbrodniach komunistycznych.

Ale nie tylko to. Tym, co uderza jeszcze bardziej, jest rola, jaką w książce Gross przypisuje ogółowi Polaków. Opisując proces prześladowania Żydów pod niemiecką okupacją, autor “Strachu” jednym tchem wymienia kolejne zarządzenia niemieckich władz okupacyjnych i… zbrodnię w Jedwabnem. To nie przypadek. Przecież, jak się okazuje, “Polacy w przeważającej większości nie okazywali pomocy ani nawet współczucia mordowanym współobywatelom Żydom i jakże często, na różne sposoby, uczestniczyli w procesie Zagłady”. Trudno chyba zaleźć inny przykład tak daleko posuniętej nienawiści i pogardy. Większość Polaków – poza nieliczną grupą inteligencji – to w ujęciu Grossa dziki, łapczywy, żądny mordu motłoch, to ciemna, ogłupiona, chytra hołota, powodowana chciwością i kompleksami.

Po kolejnych opisach Grossa pojawić się musi proste pytanie: jeśli większość Polaków była taka, jak ich nam maluje autor “Strachu” – irracjonalna, otępiała, poddana machinacjom katolickiego kleru, pazerna i zbrodnicza masa – to czyż zaliczenie ich przez okupanta do kategorii podludzi nie było aby uzasadnione? Jest chyba tylko jeden współczesny historyk, który w podobny sposób opisywał Polaków pod niemiecką okupacją. O dziwo, to David Irving.

“Strach” nie otwiera dyskusji i nie buduje dialogu. Przeciwnie – posługując się nieustannymi oskarżeniami, tworzy atmosferę konfrontacji i wrogości. Jest dziełem propagandzisty i radykała. Warto jednak tę książkę przeczytać i zobaczyć, dokąd może doprowadzić historyka uleganie fobiom oraz bezkrytyczny stosunek tylko do jednego narodu.

Wydaniu “Strachu” towarzyszy publikacja przez IPN “Po Zagładzie”, ważnej książki Marka Chodakiewicza. Praca ta zawiera to, czego “Strachowi” brakuje: wiele perspektyw i wrażliwość na szczegół. Nie unika tego, co niewygodne – opisu przypadków polskiego antysemityzmu – ale pokazuje je w prawdziwej skali i kontekście, odróżniając je od działań antykomunistycznych czy zwykłych aktów rabunku. Można mieć nadzieję, że to ona stanie się podstawą otwartej i gruntownej debaty o polskiej przeszłości.

Źródło: Rzeczpospolita: Żydzi, Polacy i przeszłość
Paweł Lisicki 10-01-2008

——————–

Podobne artykuły: Jeśli Sowieci wymordują Żydów… to nie będzie nasz problem

Adopcja dzieci przez „Gwiazdy”

Źródło: Rzeczpospolita: Wstydź się, córko, żeś biała
Piotr Zychowicz 28-12-2007

Co musi dziś zrobić gwiazda, żeby być trendy, a zarazem znaleźć się w awangardzie postępu? Odpowiedź jest prosta: adoptować dziecko z Trzeciego Świata

Madonna i adoptowane dziecko
Madonna i adoptowane dziecko

Angelina Jolie i Brad Pitt i dzieci
Angelina Jolie, Brad Pitt i ich dzieci

Adopcyjny szał ogarnął znanych aktorów, gwiazdy estrady, producentów i reżyserów. Madonna, Meg Ryan, Mia Farrow, Steven Spielberg. Wszyscy ci znani ludzie przyjęli do swoich domów dzieci o kolorze skóry innym niż ich. Lista znanych „multikulturalnych rodzin” jest zresztą znacznie dłuższa. Najsławniejsze jest małżeństwo aktorskiej pary Angeliny Jolie i Brada Pitta. Posiadają obecnie czworo małych dzieci, z czego troje została adoptowanych w krajach Trzeciego Świata: Kambodży, Etiopii i Wietnamie.

Trudno znaleźć zrobione przez paparazzich zdjęcie Jolie, na którym nie miałaby pod pachą jednego z kolorowych maluchów. Cała trójka ma już status celebrities, których życiem fascynują się czytelnicy bulwarowej prasy. Są nieodłącznym elementem jej wizerunku. Aktorki, której nie jest wszystko jedno. Gwiazdy, która nie jest „słodką idiotką”, ale która przejmuje się „problemami biedniejszej części planety”. Jolie zapowiada, że zamierza adoptować jeszcze co najmniej pięcioro dzieci z biednych krajów.

W jaki sposób je znajduje? Podczas licznych podróży po świecie – przy okazji kręcenia kolejnych części „Tomb Ridera”, wizyt z misją UNHCR czy po prostu egzotycznych wycieczek. Gdy spodoba się jej jakieś dziecko, błyskawicznie załatwia wszelkie formalności, nadaje mu nowe ekscentryczne imię – jej przybrane dzieci nazywają się Maddox, Zahara-Marley oraz Pax – i sprowadza do luksusowej rezydencji w Hollywood. Całość podawana jest w humanitarno-sentymentalnym sosie.

Piękna, wrażliwa aktorka wyrywa biedne, bezbronne istoty z piekła nędzy, brudu i chorób, ratując je w ten sposób przed pewną śmiercią (która notabene nie jest wcale taka pewna). Dziesięć godzin w samolocie, prysznic, wizyta w sklepie z ubrankami i u dziecięcego fryzjera (nowe fryzury maluchów są równie dziwaczne co imiona) i dla małych szczęśliwców zaczyna się życie rodem z bajki. „Dlaczego to nie ja jestem tym dzieckiem?!” – wzdycha czytelnik bulwarówki.

Postęp idzie dalej

Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że jest to transakcja, która przynosi korzyści obu stronom. – Istnieje bardzo cyniczne wytłumaczenie tego szaleństwa. Te dzieciaki ściągają na gwiazdy uwagę opinii publicznej i wywołują wobec nich bardzo pozytywne nastawienie. Angelina i Brad często goszczą w mediach z powodu swoich filmów. Jednak dzięki adoptowanym dzieciom są w mediach non stop. Są one więc bardzo cennym narzędziem do budowania ich popularności – mówi prof. Ellis Cashmore, autor książki „Celebrity Culture”.

Nie należy również zapominać, w jakim środowisku żyją gwiazdy. Hollywood, delikatnie mówiąc, nigdy nie był twierdzą amerykańskiej prawicy. Liberalni producenci, reżyserzy, aktorzy i inni bywalcy salonów Beverly Hills szaleją z zachwytu, gdy ktoś z ich grona decyduje się na adopcję małego Murzyna czy Azjaty.

– W ten sposób demonstrują, jak bardzo są otwarci i jak bardzo potępiają wszelkie uprzedzenia. Powiedzmy otwarcie: adopcja białego dziecka nie tylko nie przyniosłaby gwieździe żadnych profitów, ale niewykluczone, że mogłaby się spotkać z niezadowoleniem towarzystwa. Lewicy się wydaje, że zbudowała już idealne multikulturalne społeczeństwo, postęp idzie jednak dalej i przyszła pora na budowę multikulturalnych rodzin. Gwiazdy są w awangardzie tego ruchu – uważa dziennikarka jednego z popularnych angielskich tabloidów.

Szczególnie ważne jest w tym kontekście, żeby adoptowane dziecko było nie tylko innej rasy niż nowi rodzice, ale pochodziło z innego kontynentu, z wyjątkowo biednego kraju i rodziny. To zapewnia gwieździe dodatkowe punkty. Od kilku lat na zachodnich salonach niezwykle popularne stało się bowiem okazywanie solidarności z Trzecim Światem, czego najgłośniejszą emanacją były zorganizowane dwa lata temu przez Bono i Boba Geldofa koncerty Live 8.

Adoptujące dziecko z Trzeciego Świata gwiazdy wysyłają jasny sygnał, że znajdują się w tym samym nurcie. Że nie chcą tylko trwonić zarobionych przez siebie milionów, ale pragną się podzielić nimi z najbardziej potrzebującymi. Że wiedzą, że poza Stanami Zjednoczonymi są na świecie obszary nędzy i gotowe są pomóc. – Wiele czołowych gwiazd osiągnęło poziom, w którym bogactwo i sława już im nie wystarczają. Chcę czegoś więcej: szacunku. Adoptując dziecko z rozwijającego się świata, mają nadzieję uzyskać ten cenny towar – podkreśla prof. Cashmore. Eksperci po cichu dodają jeszcze jeden, nieco bardziej prozaiczny powód: adoptując dziecko, piękne aktorki nie muszą się martwić o negatywne skutki, jakie na ich ciele mogłyby wywrzeć ciąża i poród.

Rodzina czy internat

Na razie miłość Angeliny Jolie do kolorowych maluchów wydaje się być bardzo silna. Ba, nawet, jak sama przyznała, silniejsza od miłości do jedynego biologicznego dziecka, rocznej dziewczynki Shilon. – Ze swoimi blond włosami i niebieskimi oczyma jest w naszej rodzinie niemal wyrzutkiem. Dużo więcej czuję do pozostałych dzieci, bo przecież gdy były małe, tyle przeszły. Shilon od momentu urodzenia wydaje się zaś tak uprzywilejowana… – powiedziała w jednym z ostatnich wywiadów.

Groteskowe wyznanie gwiazdy prowokuje do zadania pytań o prawdziwość i trwałość jej uczuć wobec dzieci. Czy tak jak teraz, natchniona duchem własnej szlachetności i medialnym szałem, kocha bardziej swoje przybrane dzieci niż biologiczną córkę, tak kiedyś proporcje te nie ulegną zmianie? Czy nie straci w końcu zainteresowania Maddoksem, Zaharą-Marley oraz Paksem? Ostatnie pytanie wydaje się szczególnie niepokojące w kontekście niedawnej tragedii Jade, koreańskiej córeczki znanego holenderskiego dyplomaty Raymonda Poeteraya i jego żony Mety. Przybrani rodzice, znudzeni dziewczynką, po ośmiu latach po prostu zwrócili ją do sierocińca.

Czy taki los nie czeka również części dzieci adoptowanych przez gwiazdy? Tabloidy w końcu przecież się zmęczą codziennym opisywaniem życia kolorowych maluchów i może się okazać, że dzieci w niczym już nie pomagają, są tylko zbędnym ciężarem. Podobna sytuacja zresztą już raz się zdarzyła.

Znana niegdyś aktorka Joan Crawford (1905 – 1977) wydziedziczyła dwoje adoptowanych dzieci, gdyż nie mogła nawiązać z nimi rodzinnego kontaktu. To, że coś takiego może się powtórzyć obecnie, jest o tyle prawdopodobne, że więzi łączące wiele gwiazd z ich przybranymi dziećmi nie są specjalnie silne. Gdy pojawiają się paparazzi, oczywiście biorą one na ręce swoje pociechy i pozują do zdjęć z minami zatroskanych o prywatność swojego potomstwa rodziców. Poza kadrem czekają jednak tabuny sowicie opłacanych opiekunek, na których tak naprawdę spoczywa ciężar wychowania dzieci.

– One funkcjonują trochę jak uczniowie małej szkoły z internatem, która spełnia wszystkie ich potrzeby. Mieszkanie, ubranie, jedzenie, edukacja. To raczej mała, sprawnie działająca instytucja niż prawdziwa rodzina – podkreśla prof. Cashmore.

Sławna, światowa pani

Głównymi beneficjentami adopcyjnego szału, który ogarnął amerykańskie gwiazdy, mają być dzieci. Ostateczny bilans operacji, jakiej są poddawane, w większości przypadków faktycznie zapewne będzie dla nich korzystny. Nie oznacza to jednak, że sprawa jest całkowicie jednoznaczna.

Na przykład, choć adoptowane dzieci mają być biednymi sierotkami, dziwnym trafem bardzo często znajdują się ich prawdziwi rodzice. Tak było między innymi z etiopską córką Angeliny Jolie Zaharą-Marley. Jej biologiczna matka Mentwabe Dawit przez pewien czas domagała się zwrotu dziecka, aby później nagle zmienić zdanie i ogłosić, że „dziecko miało wiele szczęścia, że zostało adoptowane przez sławną, światową panią”. Jeszcze większe kontrowersje wywołała sprawa urodzonego w Malawi syna Madonny Davida Bandy, którego wywiozła, naruszając przepisy adopcyjne tego afrykańskiego kraju. Szybko się okazało, że jego ojciec nie zrozumiał, czego chcieli od niego przedstawiciele gwiazdy, i wcale nie zgodził się na oddanie syna. Prosty wieśniak z Malawi nie miał jednak szans na wygranie sporu z piosenkarką i dziecko zostało z Madonną. Nie wskórały nic nawet malawijskie organizacje broniące praw dziecka, które próbowały zapobiec adopcji. Ich przedstawiciele dowodzili, że „dziecko to nie jest przedmiotem”, który mająca taki kaprys amerykańska gwiazda może wywieźć z rodzimego kraju. Inni przypominali, że w Malawi jest blisko milion sierot, które potrzebują pomocy, i że inicjatywa Madonny – nawet jeżeli uznać ją za pozytywną – jest zaledwie kroplą w morzu potrzeb.

Problemy nie kończą się zresztą wraz z wyjazdem na Zachód. Życie czarnego lub żółtego dziecka w białej rodzinie bardzo często wywołuje również poważne zaburzenia tożsamości.

– Proces wychowawczy w takich przypadkach bardzo często jest niezwykle trudny. Jak bowiem wytłumaczyć dziecku, że jest zupełnie inne niż rodzice? Co zrobić, gdy dziecko staje się przedmiotem drwin ze strony rówieśników? W jaki sposób rozmawiać z nim o rasizmie i odmienności, gdy patrzy się na te sprawy z zupełnie innej perspektywy? – wylicza Maxime Caswerr z angielskiej organizacji OASIS, która udziela wsparcia multikulturalnym rodzinom.

Maxime, która sama ma dwoje wietnamskich dzieci, broni jednak gwiazd decydujących się na taki krok. – Wiem, że ta sprawa wywołuje sporo kontrowersji. Myślę jednak, że nie powinniśmy się czepiać ludzi, którzy w końcu robią coś dobrego. Oni muszą bardzo kochać dzieci, jeżeli decydują się na taki krok – podkreśla. Czasami miłość ta okazuje się tak silna, że gwiazdy nie potrafią się rozstać ze swoimi adoptowanymi dziećmi, nawet gdy te już dorosną. Tak było w przypadku Woody’ego Allena – gdy zakończył się jego związek z Mią Farrow, ożenił się z jej adoptowaną koreańską córką Soon-Yi Previn, którą wcześniej wychowywał. Jest od niego młodsza o blisko 35 lat.

Al Gore laureat Pokojowej Nagrody Nobla

Źródło: Rzeczpospolita: Prorok globalnej ekohisterii
Tomasz P. Terlikowski
05-01-2008,

Al Gore jest żywym dowodem na to, że aby dostać pokojowego Nobla, nie trzeba zrobić nic wielkiego. Nie trzeba nawet zrobić nic, co by związane było z pokojem. Wystarczy mieć tylko odpowiednie poglądy

Al Gore Nagroda Nobla
Al Gore laureat Pokojowej Nagrody Nobla

Wielkie narracje odeszły już w przeszłość. Odwoływanie się do religii, ale również do wielkich systemów filozoficznych czy ideologicznych –wszystko to budzi niechęć, lekkie zażenowanie, a przynajmniej lekceważenie. Ich miejsce nie pozostało jednak puste. Zajęły je wielkie histerie. A wśród nich poczesne miejsce zajmuje obecnie strach przed globalnym ociepleniem, które stać się ma nowym Armagedonem (niespełna kilka lat temu była nim „pluskwa milenijna“).

Najwytrwalszą Kasandrą „Pogodogedonu“ jest zaś Al (bert) Gore junior. Ten wiceprezydent Stanów Zjednoczonych za czasów Billa Clintona, niedoszły prezydent (wciąż kwestionuje wynik wyborczy, ale nie dzieli się wątpliwościami z Amerykanami, żeby ich nie zniechęcić do systemu demokratycznego), wyznawca nowych technologii, który wciąż przestrzega przed ich skutkami dla demokracji – zmartwychwstał politycznie i społecznie dzięki wielkiej akcji wywoływania ekohisterii. I właśnie za nią dostał Pokojową Nagrodę Nobla.

Credo Gore’a

Histeria ta (jak każda inna) niewiele ma wspólnego z faktami naukowymi, z odkryciami klimatologów, geografów czy choćby ekologów zajmujących się globalnym ociepleniem. Opiera się ona na zgrabnie przyrządzonym filmie (nagrodzonym, a jakże), bogato ilustrowanych książkach oraz pokazach slajdów uzupełnianych ciepłym, a gdy trzeba kaznodziejskim głosem Ala Gore’a, który już przez swoich medialnych sympatyków określany jest mianem gwiazdy pop kultury z pozytywnym przesłaniem.

Fakty, odkrycia naukowe czy choćby rzeczywistość nie zaprzątają przy tym głowy megagwiazdy politycznego show-biznesu. A najlepszym tego dowodem jest wyrok brytyjskiego sądu, który uznał, że film „Inconvenient Truth“ jest w wielu miejscach, i to kluczowych dla jego przesłania, zwyczajnie niezgodny z prawdą. – Apokaliptyczny scenariusz, który przedstawia, podobnie jak wizje wzrostu poziomu morza w najbliższym czasie o siedem metrów nie znajdują, pokrycia w opiniach naukowców – podkreślił sędzia Burton. Nie znajdują i zapewne nie znajdą, bowiem nie mają się one wcale opierać na wiedzy, a na wierze. Nie ukrywa tego zresztą sam autor, sugerując, że zajął się obroną klimatu Ziemi pod wpływem wypadku samochodowego swojego syna, który miał miejsce w 1989 roku. To on stał się powodem, dla którego Gore zajął się ekologią, i to z pasją baptystycznego kaznodziei głoszącego już nie sądny dzień chrześcijan, ale klimatyczny koniec świata. Pasja religijna była w jego twórczości tak mocna, że jeden z recenzentów jego twórczości M. Scott Peck nie wahał się określić jednej z jego prac „książką prorocką, a nawet świętą“.

Stopniowo zresztą, inie ma co ukrywać, że pod wpływem związków z ruchem ekologicznym Gore tracił – nawet czysto rodzinne – związki z chrześcijaństwem. Urodzony i wychowany jako baptysta już w swoich pierwszych książkach o ekologii dystansował się od tradycyjnego chrześcijaństwa. „Chrześcijańscy ignoranci, którzy obawiają się otwarcia umysłów na nauki głoszone poza ich własnym systemem wiary, odrzucając przekonanie, że ziemia jest naszą świętą matką, stają się zagrożeniem dla przetrwania ludzkości“ – przekonywał w swojej książce „Earth in Balance“.

W 2003 r. zerwał w końcu ze swoim wyznaniem, uznając je za zbyt konserwatywne, powiązane z prawicą religijną, a do tego niewystarczająco otwarte na ekologię. Kim jest zatem obecnie? Pytany o to przez dziennikarzy, odpowiadał, że chodzi z żoną do różnych wspólnot. – Jesteśmy teraz bardzo ekumeniczni – podkreślał w rozmowie w 2003 roku. Ale już w tegorocznym wywiadzie dla londyńskiego „The Times“ zdecydował się na większą szczerość: „Mam bardzo osobistą definicję tego, kim jest Stwórca Wszechświata. Wierzę, że jest On siłą poruszającą świat, ale nie sądzę, by ją w jakikolwiek sposób predeterminował“. A jego żona Tipper Gore uzupełniała w licznych radiowych wypowiedziach: „Sądzę, że jestem naśladowczynią Baba Rama Dassa“ (czyli harwardzkiego profesora, który choć zaczynał od eksperymentów z narkotykami, to ostatecznie został „mistrzem duchowym“, czerpiącym swoje inspiracje z hinduizmu).

Nawet jednak tak ograniczona wiara w „świętą matkę ziemię“ stworzoną przez Kreatora Wszechświata oraz w konieczność jej obrony przed zakusami złych ludzi, którzy mogą doprowadzić do końca jej istnienia, nie przekłada się na jakieś szczególne praktyki byłego wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych. W lipcu 2007 roku wywołał on na przykład niemały skandal wśród zafascynowanych nim ekologów, godząc się na podanie na weselu córki zagrożonej wyginięciem chilijskiej ryby.

– 50 procent spożywanych ryb tego gatunku pochodzi z nielegalnych połowów – grzmiała Rebecca Keeble z Humane Society International. – Al Gore mógł wybrać coś innego do zjedzenia – uzupełniała na łamach „Australia Daily Telegraph“. I na nic zdały się zapewnienia Gore’a i sztabu jego pracowników, że akurat te ryby zostały złowione całkowicie legalnie, i że istnieją na to dowody. Nic nie pomogły także zapewnienia, że były wiceprezydent absolutnie zgadza się z przeciwnikami nielegalnych połowów ryb zagrożonych wyginięciem.

Rzeczniczka Gore’a musiała się zresztą borykać nie tylko z zarzutami spożywania nieodpowiednich posiłków, ale także z wypominaniem przez radykalnych ekologów, że choć Gore wiele mówi o konieczności wyrzeczeń i ograniczania emisji gazów cieplarnianych –to jego własna rezydencja w Nashville pożera tyle samo energii, co małe miasteczko. Jednak to już się zmieniło. Po dwóch latach Gore zamontował w swoim domu wszystkie możliwe energetyczne nowinki, dzięki czemu zaoszczędza ok. 13 procent dotychczas zużywanej energii. O tej dobrej nowinie donosiły nawet polskie portale internetowe.

Darowane gafy

Niedbałość o fakty czy o zgodność własnych wypowiedzi z rzeczywistością nie zdarza się zresztą Gore’owi tylko w przypadku ekologii. Jeszcze jako wiceprezydent i późniejszy kandydat na prezydenta zasłynął wśród dziennikarzy jako człowiek mający kłopot z odróżnianiem rzeczywistości od swoich własnych projekcji. W licznych wywiadach zapewniał na przykład, że to na nim i jego żonie (pobrali się, mając 21 lat, mają czworo dzieci i są – jak zapewniają ich znajomi – znakomitym małżeństwem, z czwórką dzieci) wzorował jednego z głównych bohaterów „Love Story“ Erich Segal. Ten ostatni jednak zdecydowanie zaprzeczył i wskazał, że inspiracją był nie demokratyczny polityk, ale aktor Tommy Lee Jones.

Innym razem – na potrzeby kampanii – zapewniał, że jest synem farmera, który od dzieciństwa zaznał ciężkiej pracy na farmie i własnymi siłami osiągnął wszystko. Problem polega tylko na tym, że – jak ujawnił sympatyzujący z nim „New York Times“ – to wierutna bzdura. Al Gore junior jest bowiem synem Alberta Gore’a Seniora, wielokrotnego senatora i prominentnego polityka Partii Demokratycznej.

Jego ojciec nie tylko nigdy nie posłał go na farmę, ale wręcz zapowiedział dziennikarzom jeszcze przed jego urodzinami, że mają się strzec przed umieszczeniem informacji o narodzinach syna gdzieś w głębi gazety. A zatem dzień po narodzinach na pierwszej stronie „Tennessean“ ukazała się informacja o przyjściu na świat oczekiwanego potomka: „Dobrze panie Gore, oto i on, na pierwszej stronie“. W późniejszych latach młody Gore też nie poznał pracy na farmie, bowiem od dziecka był przygotowywany do odegrania roli polityka, a nie farmera.

Najsłynniejszą wpadką polityka było jednak wyznanie, że to on – podczas pracy w Kongresie – podjął inicjatywy, dzięki którym powstał Internet. Tego było za wiele dla dziennikarzy zajmujących się nowymi mediami. „W 1969 roku Departament Obrony zatwierdził działania agencji ARPANET. Gore miał wówczas 21 lat“ – grzmiał magazyn „Wired“

Działania Gore’a w latach 90., kiedy próbował wspomóc nauczycieli i uczniów w dostępie do tworzonej sieci, też nie miały większego znaczenia. Gore chciał bowiem, by nowa sieć rozwijała się pod pewnym (oczywiście, jak to w Stanach Zjednoczonych, względnym) nadzorem państwa, a jej rzeczywisty sukces związany jest raczej z anarchicznym sposobem rozwoju.

Miraż akcji niepolitycznej

Wszystkie te wypowiedzi, gafy i potknięcia zostały jednak Gore’owi wybaczone, gdy zadeklarował zerwanie z polityką. Po przegranych wyborach rozpoczął serię wykładów, później zaczepił się jako doradca Google’a i innych wielkich firm internetowych, ale konsekwentnie odmawiał komentowania prezydentury Busha. Po 11 września zadeklarował nawet, że Bush jest i jego naczelnym wodzem.

Wszystko zmieniło się jednak po decyzji o inwazji na Irak. Gore, jako jeden z nielicznych demokratów, zdecydowanie się jej przeciwstawił. I tak już zostało, były wiceprezydent jest nadal jednym z najwytrwalszych i najostrzejszych krytyków Busha. – Rzeczywistą cechą tej prezydentury jest to, że w istocie Bush jest słabym człowiekiem. On ukazuje się jako twardy facet, ale za zamkniętymi drzwiami jest całkowicie posłuszny tym, którzy wspierali go finansowo oraz własnej koalicji z gabinetu owalnego –mówił Gore w rozmowie z reporterem „New Yorkera“.

Powodem do ataków na Busha jest także jego pobożność, Wszystko to razem sprawia, że przegrany kandydat na prezydenta, któremu zarzucano drewniany styl i drętwość wypowiedzi, stał się jednym z najbardziej cenionych polityków wśród demokratycznie nastawionych dziennikarzy i publicystów. Magazyn „Time“ przewiduje nawet, że mimo zdecydowanej odmowy Gore’a możliwe jest jeszcze „skuszenie“ go i jego start w najbliższych wyborach, naprzeciw jednego z kandydatów republikańskich. Gore zaprzecza i zapewnia, że z polityką skończył, a teraz chce się zajmować wyłącznie wielką akcją moralną, jaką jest – według niego – ochrona ziemi przed ekologicznym Armagedonem.

Problem polega tylko na tym, że akurat ta akcja – o rzekomo moralnym charakterze – ma bardzo wymierne rezultaty polityczne. Dotyka bowiem oceny prezydentury Busha, jest często wykorzystywana do atakowania tego ostatniego. Jest próbą nie tyle zmiany życia jednostek (w czym –nawet jeśli dokonuje się to w atmosferze histerii–nie ma nic złego), ile wprowadzenia rozwiązań prawnych, które zmiany wymuszą, a ich brak będą karać finansowo. A głównym winowajcą – przecież już wskazanym – nie będą Chiny czy Rosja, lecz Stany Zjednoczone.

Dlatego oparta na fałszywych przesłankach i prorokująca nierealne scenariusze moralna wizja Ala Gore’a została nagrodzona. Powodem był jej antyamerykanizm i sprzeciw wobec Busha, a nie zasługi dla pokoju. Tych były wiceprezydent Stanów Zjednoczonych zwyczajnie nie ma. Ale też nie były mu one potrzebne. Liczyło się bowiem, co innego.