ekoNakazy i ekoZakazy – czyli debilizm do kwadratu

Władze szwajcarskiego kantonu Ticino ograniczyły maksymalną prędkość dopuszczalną na międzynarodowej autostradzie łączącej południową Szwajcarię z Włochami do 80 kilometrów na godzinę

Jadąc powoli, samochody będą bowiem spalać mniej benzyny i w mniejszym stopniu zatruwać środowisko.

Wszystko z powodu nadmiernego – zdaniem urzędników – stężenia dwutlenku węgla w powietrzu. Kierowcy są wściekli, ale lokalne władze pozostają nieugięte.

Ograniczenie prędkości na autostradzie to zresztą niejedyny pomysł na ratowanie środowiska w Ticino. Urzędnicy zaapelowali do obywateli kantonu, by unikali jeżdżenia samochodami (powinni raczej korzystać z ekologicznych rowerów) oraz obniżyli temperaturę panującą w mieszkaniach i domach.

Sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem ekonakazy i ekozakazy wydawane są na Zachodzie coraz częściej. Na przykład władze jednego z miasteczek leżących w pobliżu Manchesteru w Wielkiej Brytanii uznały, że krematoria zużywają zdecydowanie zbyt dużo energii, z której nie ma żadnego pożytku. Zatem według urzędników wytworzona podczas spalania ciał energia powinna być wykorzystywana do ocieplenia wnętrz krematoriów i mieszczących się obok kaplic.

Niemiecka partia Zielonych tak przejęła się metanem, który wydziela się z krowich odchodów, że wpadła na pomysł, by bawarscy rolnicy odprowadzali specjalny podatek od liczby „min” zostawianych na polach przez ich zwierzęta. Czasem szał walki z globalnym ociepleniem prowadzi do obyczajowych paradoksów. Ostatnio część ekologów z zachwytem przyjęła wyniki badań opublikowanych przez „British Medical Journal”. Pokazują, że rozwodnicy zużywają 46 proc. więcej prądu i 56 proc. więcej wody niż małżeństwa.

Pojawiło się więc pytanie, czy ekolodzy nie powinni teraz wystąpić w obronie tradycyjnej rodziny, a być może nawet zażądać zakazu rozwodów.
Źródło : Rzeczpospolita: Autostrady i rozwody niszczą naszą planetę
p.z. 27-02-2008

Olimpiada w Chinach – czy bojkotować?

Skąd to nagłe oburzenie, że Międzynarodowy Komitet Olimpijski powierzył Pekinowi igrzyska patrząc na dobro swoje, a nie Tybetańczyków czy wyznawców Falun Gong? Przecież robi to od 100 lat, wyprzedając olimpijską ideę po kawałku każdemu, kto zapewni pieniądze i przepych.
Igrzyska w Pekinie - przygotowania

Dokładnie za pół roku, w niedzielny wieczór 24 sierpnia, przewodniczący MKOl Jacques Rogge ogłosi, że chińskie Igrzyska XXIX Olimpiady uważa za zamknięte. Stojąc na stadionie zwanym Ptasim Gniazdem, cudzie sportowej architektury, podziękuje za 16 dni wysiłku i emocji. Być może wróci też do starego olimpijskiego zaklęcia: „To były najlepsze igrzyska w historii”. Dla jego poprzednika, markiza Juana Antonio Samarancha, każde kolejne były najlepsze. Rogge ma więcej umiaru.Na razie wiadomo, że Pekin przygotuje igrzyska największe, najdroższe – i najbardziej kontrowersyjne od czasu upadku muru berlińskiego. Sportowcy wolnego świata zjadą do kraju cenzury i prześladowań. Kraju supernowoczesnych miast i dziewiętnastowiecznych wiosek, tłumiącego brutalnie każdy wolny głos z Tybetu, godzącego się na rzeź w Darfurze, dopóki zarabia na sprzedawaniu Sudanowi broni i tanio kupuje od niego ropę, państwa szantażującego Tajwan rakietami. Święto sportu i młodości ma się odbyć tam, gdzie nieprawomyślnych blogerów skazuje się na lata więzienia, więźniom wycina organy na sprzedaż, a egzekucji jest więcej niż w pozostałych krajach świata razem wziętych.

Komunistyczne władze zobowiązały się przestrzegać podczas igrzysk pewnych standardów, ale prawa człowieka w ich wydaniu będą miały urok wioski potiomkinowskiej. Swoboda dla dziennikarzy? Tak, ale tylko zagranicznych. Dostęp do zachodniej prasy? W dziewięciu wybranych punktach sprzedaży i tylko od otwarcia do zamknięcia igrzysk. Dla Falun Gong i Tybetu żadnego pobłażania nie będzie.

Do chińskiej reprezentacji nie zostanie dopuszczony żaden Tybetańczyk. Nawet Hitler w 1936 roku w Berlinie zrobił wyjątek dla dwojga niemieckich sportowców żydowskiego pochodzenia, tyle że wtedy miał się kto o nich upomnieć. Dziś ani MKOl, ani żadne z państw tego nie zrobi, bo Chiny i ich rozpędzona gospodarka dają zarobić każdemu chętnemu, ale każą sobie za to płacić milczeniem. Więc ani słowa o masakrze na placu Niebiańskiego Spokoju, o Tybecie, prześladowaniach religijnych. Z placu Niebiańskiego Spokoju ma ruszyć maraton, najbardziej romantyczna konkurencja igrzysk, i MKOl nie ma nic przeciwko, przynajmniej oficjalnie. Protesty i bojkoty pozostawiono prywatnej inicjatywie. Niech apelują sportowcy, Amnesty International, Steven Spielberg, niedoszły reżyser ceremonii otwarcia. I tak niewiele z tego wyniknie.

Coubertin na bok

Od MKOl zbyt wiele wymagać nie należy, jego losy to niekończąca się lista kompromisów z rzeczywistością. „Istotą igrzysk nie jest zwyciężyć, ale wziąć udział. Nie musisz wygrać, bylebyś walczył dobrze” – pisał francuski baron Pierre de Coubertin, który starożytny pomysł odkurzył dla współczesności. Antyczne igrzyska były przede wszystkim świętem religijnym. Baron, uczeń jezuitów, wierzył, że i jemu uda się stworzyć coś na kształt religii sportu, bratającej narody i wychowującej do pokoju. Nowożytny olimpizm był projektem na wiek XX, lecz skrojonym według wymiarów dziewiętnastowiecznych, i gorset zasad szybko zaczął uciskać. Dziś przed każdymi igrzyskami słychać wezwania do powrotu do czasów bezinteresownego święta, które nie kłaniało się polityce ani mamonie. To wzruszające, problem w tym, że takie igrzyska nigdy nie istniały. Pozostały pięknym zmyśleniem, a sam baron przymykał oko na naginanie marzeń do życia.

Zaczęło się już od pierwszych igrzysk. Coubertin chciał, żeby premiera była u niego w Paryżu i w okrągłym 1900 roku. Grecki król Jerzy I wymusił na nim, by odbyła się w Atenach cztery lata wcześniej. Król pochodził z dynastii duńskiej, poddani niespecjalnie go kochali. Chciał wkupić się w łaski Greków, fundując im olimpijski spektakl. Zrobił to za pieniądze milionera Gheorgiosa Averoffa. A Coubertina odsunął od wpływu na organizację, bo Francuz miał za dużo uwag.

Krew w basenie

Olimpizm nie zmieniał świata. Od początku dawał się nieść jego prądom. Miał uciszać armaty, a sam się przed nimi wycofywał. Lud wcale nie chciał być wychowywany do pokoju. Entuzjazm, z jakim europejskie ulice przyjęły wybuch pierwszej wojny światowej, był wymowny. W starożytności zawieszano wojny, żeby rozegrać igrzyska, w XX wieku było odwrotnie.

Wielka polityka wkraczała na olimpijskie stadiony bez pytania i przy każdej okazji. Raz głośno, jak w Berlinie w 1936 czy w Monachium w 1972 roku, raz po cichu, jak w przypadku farmakologicznego dopingu, który rozwijali naukowcy pracujący na zlecenie rządów, gdy sukcesy na bieżniach i matach stały się argumentem w zimnej wojnie.

Właściwie każde igrzyska miały swoje incydenty z politycznym tłem. W Londynie w 1908 roku podczas ceremonii otwarcia chorąży amerykańskiej ekipy Ralph Rose złamał protokół, odmawiając pochylenia flagi USA przed siedzącym na trybunie królem Edwardem VII. Powiedział, że „ten sztandar nie kłania się żadnemu z ziemskich królów”. W 1956 roku w Melbourne, podczas igrzysk rozgrywanych tuż po budapeszteńskim październiku, olimpijski basen zabarwił się krwią, bo Węgrzy w meczu piłki wodnej pobili się z rywalami z ZSRR. Gdy węgierscy emigranci, którzy zapełnili trybuny, ruszyli na pomoc swoim, sportowcy ZSRR ledwo uniknęli linczu. W 1968 roku w Meksyku czarnoskórzy sprinterzy amerykańscy, stojąc na podium, wyciągnęli w górę zaciśnięte pięści w czarnych rękawiczkach. Protestowali przeciw segregacji rasowej w USA w imieniu Czarnych Panter. – My nie reprezentujemy Stanów Zjednoczonych – mówili. Zostali wyrzuceni z igrzysk, a po powrocie do domu czekały na nich groźby śmierci i ostracyzm.
Olimpiada w Meksyku - protest przeciw segregacji rasowej w USA

Wyliczać można bez końca. Władysław Kozakiewicz stronniczej moskiewskiej publiczności pokazał po zwycięstwie w skoku o tyczce, co o niej sądzi. Nasze gazety o jego geście nie napisały, ale cała Polska widziała. W 1984 roku w Los Angeles mafia ormiańskich emigrantów groziła śmiercią sportowcom z Turcji, mieszkający w Kalifornii Sikhowie wyzywali z trybun hinduskich sportowców, a mecz Indie – Pakistan w hokeju na trawie skończył się bijatyką. Jeszcze cztery lata temu w Atenach zdarzyło się, że irański dżudoka wolał poddać się bez walki, niż zmierzyć się z rywalem z Izraela.

Hrabia patrzy na ręce

Dziś za igrzyska hańby są uważane te berlińskie z 1936 roku, ale głównie dlatego, że wiemy, co było dalej. Hitler chciał pokazać światu wielkie Niemcy i rzucić wyzwanie Amerykanom. Polityczny zamysł był widoczny na każdym kroku. Jeśli jednak chodzi o antysemickie i rasistowskie ekscesy, Hitlera trzymali w ryzach ówczesny belgijski przewodniczący MKOl hrabia Henri de Baillet-Latour i państwa grożące bojkotem. Ponoć Baillet-Latour, gdy przyjechał na rok przed zawodami na inspekcję i zobaczył przy drodze plakaty z antyżydowskimi hasłami, dał Hitlerowi do wyboru: albo je zdejmiecie, albo ja oddam olimpiadę komu innemu. Hitler wpadł w szał, ale gdy się uspokoił, rzucił: „Będzie, jak pan chce”, i wybiegł z pokoju.

Kilka reprezentacji podjęło decyzję o starcie w Berlinie w ostatniej chwili. Sportowcy USA mimo nalegań diaspory żydowskiej przyjechali, ale zrezygnowali z pozdrawiania wodza podczas defilady. W loży honorowej już podczas igrzysk Baillet-Latour ciągle patrzył Hitlerowi i jego świcie na ręce. Musiał to robić dobrze, skoro czarnoskóry sprinter Jesse Owens, bohater tamtych igrzysk, wspominał, że absolutnie nie czuł się dyskryminowany, a polska prasa pisała o wielkiej gościnności gospodarzy i nawet w wyciągniętych w górę dłoniach widziała zwykłe pozdrowienie. Propagandziści Hitlera nazistowską symbolikę umiejętnie przemieszali z antyczną i z zapewnieniami, że Trzecia Rzesza niczego tak nie miłuje jak pokoju. To oni wymyślili sztafetę z ogniem zapalonym w Olimpii, zwyczaj, który przetrwał do dziś.

Gospodarzy igrzysk z niezbyt chlubną kartą było więcej. W Meksyku dziesięć dni przed rozpoczęciem igrzysk 1968 roku prezydent kraju Gustavo Diaz Ordaz wysłał wojsko na plac Tlatelolco i krwawo stłumił rewoltę młodzieży, zabijając ponad 250 osób. W 1980 roku Moskwa dysydentów prewencyjnie aresztowała albo wydalała z kraju.

Dwie wioski

Sportową politykę, której Hitler spróbował w 1936 roku, kraje komunistyczne zamieniły w system. Najpierw jednak Rosja radziecka musiała zacząć zauważać igrzyska, bo od rewolucji październikowej je ignorowała, uważając za burżuazyjną rozrywkę. MKOl też zresztą okazywał ZSRR ostentacyjną niechęć: dla niego wciąż istniała carska Rosja reprezentowana przez arystokratów emigrantów. Baillet-Latour deklarował, że póki żyje, flaga sowiecka nie zawiśnie na olimpijskim maszcie.
Olimpiada w Moskwie
Olimpiada w Moskwie

Belgijski szef MKOl zmarł w czasie wojny, a po niej nastąpiło szybkie zbratanie. ZSRR wystąpił pierwszy raz na igrzyskach w Helsinkach w 1952 roku. Zbudował tam własną wioskę olimpijską, w której radzieccy agenci pilnowali sportowców przed złapaniem kapitalistycznej infekcji.

Władzę w MKOl przejmował akurat Avery Brundage, idealista z Chicago, który widząc, w jakim kierunku zmierza świat, uznał, że najlepiej będzie zachować neutralność. Za swoją misję uznał przede wszystkim wierność zasadzie amatorstwa i ochronę igrzysk przed, jak mówił, „zaprzedaniem złotemu cielcowi”. To on przystawił pieczątkę na stworzonym w całym bloku wschodnim systemie, który nazwano państwowym zawodowstwem. Władza nie tylko pokrywała koszty przygotowań sportowców, ale utrzymywała ich na fikcyjnych etatach poza sportem. Wszystko to było podlane sosem szczytnych haseł i Brundage po wizycie w ZSRR orzekł nawet, że żadne państwo nie realizuje idei de Coubertina lepiej.

Dyplomacja w dresie

Państwowa pomoc dla olimpijczyków nie była niczym nowym. Pierwsi byli Amerykanie, za nimi poszli inni, ale trzeba było zimnej wojny, żeby powstały takie monstra jak radziecki i enerdowski system planowania sportowego. Nieuznawana w zachodnim świecie NRD postanowiła przypominać o sobie właśnie przez sport. Jej reprezentantów nazywano dyplomatami w dresach, jeździła za nimi cała armia oficjeli i agentów. Sportowcy NRD zawsze mieli najlepsze warunki do treningu, ZSRR do miast igrzysk wysyłał statki ze sprzętem, a bywało, że i z pokojami dla olimpijczyków. Taki statek cumował np. w 1976 roku w Montrealu, miał też zakotwiczyć osiem lat później w Los Angeles, ale jak wiadomo, tam akurat nie dopłynął.

Wschód rzucił wyzwanie, Zachód je podjął. Podczas zimnej wojny igrzyska i ich bojkoty stały się swego rodzaju raportem o stanie świata. Pokazywały, co go dzieli, i pozwalały stronom policzyć siły. Bojkotowano przez cały okres powojenny – aż do igrzysk 1992 roku w Barcelonie – i dla najróżniejszych celów. W 1952 roku wysłania sportowców odmówiła NRD, bo MKOl oczekiwał wspólnej reprezentacji zachodnio- i wschodnioniemieckiej (taka w końcu powstała, dopiero w 1968 roku NRD wystartowała pod własną flagą). W 1956 roku w Melbourne Irak, Liban i Egipt ogłosiły bojkot z powodu zajęcia przez Izrael Kanału Sueskiego, a Holandia i Hiszpania – w proteście przeciw inwazji ZSRR na Węgry. Chiny nie startowały w igrzyskach aż do lat 80., póki MKOl nie uznał, że Tajwan to nie Tajwan, tylko „Chińskie Tajpej”. Kraje czarnej Afryki wymaszerowały z wioski olimpijskiej dosłownie w przeddzień olimpiady 1976 roku, bo nie spodobało im się, że dopuszczono Nową Zelandię, która nie zerwała do końca sportowych kontaktów z wyklętą za rasizm RPA.

Strzały w Monachium

Tylko olimpijski rok 1972 zapowiadał się pod tym względem wyjątkowo spokojnie. Do RFN na igrzyska, które miały pokazać uśmiechniętą twarz Niemiec, zjechały aż 122 reprezentacje, co miało jeszcze długo pozostać rekordem. Zabawa trwała dziesięć dni, przyszły król Szwecji Karol XVI Gustaw poznawał wśród olimpijskich hostess swoją przyszłą żonę Sylwię, atmosfera była znakomita. Jedenastego dnia nad ranem na wioskę olimpijską uderzyli palestyńscy terroryści z Czarnego Września. Dwóch sportowców Izraela zamordowali, dziewięciu innych porwali. Zażądali uwolnienia więźniów z izraelskich cel. W nieudanej próbie odbicia zakładników na lotnisku zginęli wszyscy porwani. Avery Brundage ogłosił, że mimo wszystko „igrzyska muszą trwać”.

Skończył się jednak czas niewinności, od tej pory wydatki na zapewnienie bezpieczeństwa poszybowały w górę. I bez nich obrastające w nowe konkurencje igrzyska były już imprezą potwornie drogą. Przy niechęci MKOl do szerszego otworzenia drzwi sponsorom i telewizjom gospodarze nie mieli szans na odzyskanie wydatków. Rozsądni uciekali od organizowania olimpiad – Denver oddało igrzyska zimowe 1976 roku, bo mieszkańcy nie mieli zamiaru płacić. Mniej rozsądni, jak frankofoni z Quebecu, którzy liczyli na to, że olimpiada w Montrealu rozrusza gospodarkę prowincji i może kiedyś pomoże oderwać się od Kanady, spłacali długi jeszcze w XXI wieku. Przez następne lata o letnie igrzyska ubiegały się tylko mocarstwa. O te w 1980 roku – Moskwa i Los Angeles, w 1984 – tylko LA, a w 1988 – za amerykańskie pieniądze – Seul.

Furia pani Thatcher

Moskwa 1980 roku to były pierwsze igrzyska w bloku komunistycznym. Wojsko pomagało budować obiekty, Breżniew żądał od towarzyszy perfekcji, a w fotelu ambasadora Hiszpanii w Moskwie knuł swoją olimpijską intrygę markiz Juan Antonio Samaranch. Jego czas nadejdzie wkrótce, tuż po igrzyskach okaleczonych przez największy powojenny bojkot.

Prezydent USA James Carter zagroził nim niedługo po sowieckiej inwazji na Afganistan w 1979 roku. Bardziej precyzyjnie groźbę wyłożył sekretarz stanu Cyrus Vance: albo odwołujemy letnie igrzyska, albo przenosimy je gdzie indziej. Carter musiał licytować wysoko. Amerykańscy zakładnicy w Iranie czekali na uwolnienie, prezydent miał opinię mięczaka, a kampania wyborcza była na horyzoncie. Amerykańska administracja pociągnęła za sobą do bojkotu ponad 60 krajów, ale wiele z tych, na których Carterowi zależało, wysłało sportowców. Czasami wbrew własnej woli, jak Wielka Brytania, której komitet olimpijski nic sobie nie robił z pełnych furii tyrad Margaret Thatcher. Jedyne, co pani premier mogła zrobić, to zatrzymać w domu rozkazem sportowców, którzy służyli w armii, a pozostałym odebrać prawo startu pod brytyjską flagą. Wystartowali więc pod olimpijską, tak jak m.in. Włosi, Francuzi, Australijczycy, Belgowie i Holendrzy. Na czerwonym dywanie rozwiniętym w wiosce olimpijskiej defilował dumnie Jaser Arafat, gość specjalny Breżniewa. Opowiadał, że to tylko kwestia czasu, gdy Organizacja Wyzwolenia Palestyny wyśle swoją reprezentację.

Hamburger Games

Największym zwycięzcą moskiewskich igrzysk był Samaranch, człowiek, który przeprowadzi ruch olimpijski przez kłopoty do wielkich pieniędzy. Ze służby swojemu królowi został wyrzucony, bo wbrew jego woli poszedł na ceremonię otwarcia (Hiszpania była wśród bojkotujących), ale z poparciem krajów socjalistycznych wybrano go w Moskwie na nowego szefa MKOl. Do łagodzenia tarć między wielkimi blokami politycznymi ktoś tak śliski jak on nadawał się świetnie. Zrozumiał, że polityczna logika szkodzi igrzyskom, lepsza będzie logika portfela. Członkowie MKOl już wtedy świetnie się nią posługiwali. Przybywając na igrzyska, żądali, by gościć ich jak monarchów i rozpieszczać prezentami. Za kilkanaście lat wybory gospodarza igrzysk staną się obwoźnym spektaklem korupcyjnym, ukróconym dopiero przez wielki skandal związany z wyborem Salt Lake City, ale na razie Samaranch musiał doprowadzić do tego, by miasta znów chciały się bić o prawo goszczenia sportowców.

Zrobił to z pomocą młodego amerykańskiego biznesmena Petera Ueberrotha. Pozwolił mu zorganizować w Los Angeles igrzyska prywatne. Nie było wyjścia, bo nikt inny tej olimpiady nie chciał, a rząd amerykański odmówił finansowej pomocy. Ueberroth dostał od Samarancha wolną rękę, zebrał grupę sponsorów i na igrzyskach nazwanych nawet przez amerykańską prasę Hamburger Games zarobił ponad 200 mln dolarów. Coca-Cola reklamowała się przy igrzyskach od 1928 roku, McDonald’s od 1976, ale teraz te i inne firmy weszły na stadiony na zupełnie innych prawach. Z czasem to one staną się prawdziwymi władcami pięciu olimpijskich kół.

ZSRR i jego sojusznicy (z wyjątkiem Rumunii) na igrzyska do Los Angeles nie przyjechali. Radzieccy towarzysze długo szukali powodu, by zemścić się za bojkot moskiewski: a to nie podobały im się zasady zwrotu kosztów, a to akredytacja dla Radia Wolna Europa. 8 maja ogłosili, że nie przyjadą, bo nie byliby w stanie zapewnić swoim sportowcom bezpieczeństwa w mieście terrorystycznych band, zepsucia i smogu. Do ZSRR dołączyło kilkanaście krajów, w tym Polska. Wkrótce potem do władzy doszedł Michaił Gorbaczow. Kończył się czas bojkotów.

Czerwona wieża

Do Seulu w 1988 roku nie przyjechali tylko sportowcy z KRLD, Kuby i Etiopii, w Barcelonie w 1992 roku byli już wszyscy, nawet RPA, która właśnie rozmontowała apartheid. Wielka polityka wychodziła, mijając się w drzwiach z nowymi panami: ponadnarodowymi koncernami i telewizją. One przejęły władzę tak skutecznie, że np. w 1996 roku, na stulecie nowożytnych igrzysk, powierzono ich organizację nie Atenom, ale Atlancie, bo tam ma siedzibę CocaCola. I to one nie dopuszczą dziś do tego, by igrzyska w Chinach się nie odbyły. To jest paradoks MKOl. Gdy jeszcze chciało mu się zmieniać świat, był na to za słaby. Jak urósł w siłę, stał się najbogatszą organizacją pozarządową, to troszczył się już przede wszystkim o siebie i stan kasy. Oczywiście, że jego członkowie mieli wątpliwości, gdy w 2001 roku dawali olimpiadę Pekinowi, ale pokusa była silniejsza. Chęć spróbowania czegoś, czego jeszcze nie było, zdobycia nowego rynku. Najbardziej wystawne igrzyska czekały w promocji, za niewielką cenę przymknięcia oczu na to, co złe u gospodarzy. Jakkolwiek by to zabrzmiało, nie MKOl pierwszy i nie ostatni. Francja podświetla wieżę Eiffla na czerwono, gdy przyjeżdża chiński przywódca, kolejne kraje uginają się przed nim, nie przyjmując Dalajlamy, a na placu Niebiańskiego Spokoju, niedaleko od miejsca, którym wjeżdżały czołgi, wisi logo Starbucks. Jeśli za pół roku pojawią się tam też olimpijskie kółka, naprawdę będzie to takie oburzające?
Źródło : Rzeczpospolita: Piękne zmyślenia barona de Coubertina
Paweł Wilkowicz 22-02-2008

Jak udawać niewidomego

72-letni mieszkaniec miasta La Spezia na północy Włoch przez ponad 40 lat udawał niewidomego i pobierał rentę inwalidzką. W chwilach, gdy nie musiał udawać inwalidy, pracował jako kierowca samochodu dostawczego i jeździł na motorze.

Odpowie przed sądem za oszustwo na szkodę państwa.

Oszust wpadł przypadkowo podczas rutynowej kontroli drogowej. Okazało się, że nie ma prawa jazdy. Gdy karabinierzy sprawdzili w bazie danych informacje na jego temat, ze zdumieniem odkryli, że zatrzymany przez nich kierowca figuruje od 1965 roku jako osoba niewidoma, pobierająca rentę oraz przysługujące mu dodatki.

Jakby tego było mało – na wniosek Związku Niewidomych został jako inwalida przyjęty do pracy w centrali telefonicznej w oddziale włoskiego odpowiednika ZUS. Przepracował tam 20 lat. Mimo, że występował tam jako osoba całkowicie niewidząca, przyjeżdżał do pracy na motorze.

Gdy w 1991 roku zakończył pracę telefonisty, zaczął jeździć małym wozem dostawczym. Jednocześnie wciąż pobierał rentę i dodatek na opiekę.

Dochodzenie w tej sprawie trwa. Według wstępnych szacunków oszust wyłudził przez ponad cztery dekady w sumie około 300tysięcy euro.
Źródło : Rzeczpospolita

Modlitwa o nawrócenie Żydów

To okropne, że katolicy w liturgii łacińskiej wciąż będą się modlić o nawrócenie Żydów – mówi działacz żydowskiej Ligi przeciwko Zniesławieniu rabin Eric Greenberg. Ani Żydzi, ani ktokolwiek inny nie ma prawa dyktować nam, jak się mamy modlić– twierdzi redaktor magazynu „Catholic Family News” John Vennari

Wielki smutek Żydów

Rabin Eric Greenberg – To okropne, że katolicy w liturgii łacińskiej wciąż będą się modlić o nawrócenie Żydów – mówi działacz żydowskiej Ligi przeciwko Zniesławieniu

Rz: Na początku lutego Benedykt XVI wprowadził zmiany w łacińskiej wielkopiątkowej modlitwie za nawrócenie Żydów (nie dotyczy to powszechnie odprawianego w Polsce nowego rytu). Tych zmian Żydzi od dawna się domagali. Dlaczego więc jesteście niezadowoleni?

Rabin Eric Greenberg: Papież usunął z tej modlitwy pewne niestosowne, obraźliwe słowa i stwierdzenia. Na przykład te, według których Żydzi żyją w ciemnościach i ślepocie. Jesteśmy mu za to wdzięczni, doceniamy to. Tak naprawdę jest to jednak tylko kosmetyczna zmiana. Zaszokowało nas, że Benedykt XVI jednocześnie zachował wezwanie do „nawrócenia” Żydów. Ta decyzja jest całkowitym zaprzeczeniem 43 lat starań na rzecz poprawy stosunków pomiędzy Żydami i katolikami, które zostały zapoczątkowane podczas Soboru Watykańskiego II. Nie spodziewaliśmy się takiego ciosu.

Takie było stanowisko Kościoła katolickiego od dwóch tysięcy lat.

Od pamiętnego dokumentu Nostra Aetate wydanego przez Pawła VI w 1965 roku pozycja teologiczna Watykanu w tej sprawie uległa zmianie. Zaczęto przychylać się do poglądu, że Żydzi mają własną ścieżkę do zbawienia. A ta ścieżka prowadzi przez judaizm. Tymczasem utrzymując w łacińskiej modlitwie na Wielki Piątek stwierdzenie o „nawróceniu” Żydów, papież mówi, że Żydzi, jeżeli chcą trafić do nieba, muszą uznać Jezusa Chrystusa. A więc judaizm nie ma prawa do egzystencji, nie może istnieć na własnych warunkach. To naprawdę okropne.

Dlaczego Żydzi chcą jednak mówić katolikom, jak ci mają się modlić? Kardynał Walter Kasper powiedział ostatnio, że w judaistycznej liturgii też są modlitwy, które mogą się nie podobać katolikom, ale nikt nie domaga się ich zmiany.

A niby jakie modlitwy? Niech kardynał Kasper powie, o co konkretnie mu chodzi. Wszelkie podobne porównania są zresztą wyjątkowo niestosowne. To przecież Żydzi przeszli przez straszliwe męczarnie. Byli prześladowani, sekowani i mordowani podczas krucjat, hiszpańskiej inkwizycji, a wreszcie podczas Holokaustu, m.in. właśnie dlatego, iż wiele osób myślało, że trzeba ich nawrócić i że nie mogą zostać zbawieni przez judaizm. Właśnie w tej antysemickiej tradycji modlitwa na Wielki Piątek odgrywa wielką rolę. To właśnie w ten dzień ludzie po wyjściu z Kościoła dokonywali pogromów. To, że papież wraca do tej tradycji, jest dla nas naprawdę bardzo smutne.

Jeżeli katolicy wierzą, że można zostać zbawionym tylko przez Kościół, to chyba dobrze, że modlą się za nawrócenie Żydów.

Katolicy w ten sposób podważają nasz, żydowski, sposób życia. Naszą tradycję, religię i kulturę. Chcą, żeby judaizm zniknął, chcą zlikwidować naszą odrębność. I to ma być dobrze? To bardzo źle.

Czy Żydzi zawiedli się na papieżu Benedykcie XVI?

Jego poprzednik Jan Paweł II z poprawy relacji z judaizmem uczynił główny cel swojego życia. Jego całe papiestwo było poświęcone budowie zaufania pomiędzy obydwoma religiami. Niestety, Benedykt XVI nie podążył drogą swojego wielkiego poprzednika. Wywołał tym ogromny smutek Żydów.

Jakie będą konsekwencje papieskiej decyzji?

Nasza społeczność na całym świecie jest bardzo zaniepokojona, wstrząśnięta i rozżalona. We Włoszech naczelny rabin i rada rabinów już wezwali do zawieszenia dialogu z Kościołem katolickim. Nie spodziewaliśmy się, że coś takiego może się wydarzyć. I należy podkreślić, że wielu naszych katolickich przyjaciół jest tego samego zdania. Nie jest to więc reakcja czysto żydowska.

Na co liczycie?

Mamy nadzieję, że papież jednak zmieni swoją decyzję. Modlitwa o nawrócenie Żydów nie powinna być modyfikowana, tylko w całości usunięta. Obecnie bowiem znaleźliśmy się w sytuacji, że nie wiemy, jak moglibyśmy usiąść przy jednym stole i rozmawiać z naszymi katolickimi przyjaciółmi, gdy wiemy, że oni tak naprawdę nie wierzą, iż możemy zostać zbawieni przez judaizm.

Rabin Eric Greenberg jest szefem departamentu dialogu międzyreligijnego Ligi przeciwko Zniesławieniu

————————-

Liga przeciwko zniesławieniu

Najbardziej znana na świecie organizacja żydowska zajmująca się zwalczaniem wszelkich przejawów antysemityzmu. Powstała w 1913 roku, główną siedzibę ma w Nowym Jorku. Jej działacze interweniują w niemal wszystkich przypadkach obrażania Żydów, a czasem sięgają po środki prawne. Roczny budżet organizacji wynosi około 50 mln dolarów. Jej prezesem od 21 lat jest znany działacz żydowski ze Stanów Zjednoczonych Abraham Foxman.

————————————-

Albo zadowolimy Żydów, albo Boga

John Vennari – Ani Żydzi, ani ktokolwiek inny nie ma prawa dyktować nam, jak się mamy modlić– twierdzi redaktor magazynu „Catholic Family News”

Rz: Jak pan ocenia zmiany w modlitwie na Wielki Piątek wprowadzone przez Benedykta XVI?

John Vennari: Mam mieszane uczucia. Z jednej strony nie podoba mi się, że papież zmienił tę prastarą modlitwę, która doskonale wyrażała stanowisko Kościoła. W tym sensie wolałbym, żeby jej nie ruszać. Z drugiej strony jednak fakt, że Ojciec Święty jednocześnie zachował wezwanie do nawrócenia Żydów, jest bardzo pozytywny. W ten sposób potwierdził bowiem tradycyjne nauczanie Kościoła w tej sprawie. To chyba pierwsze takie potwierdzenie od Soboru Watykańskiego II. Więc powtarzam – jestem rozdarty.

Jeszcze niedawno mówiono o tym, że papież w ogóle zlikwiduje modlitwę.

Dobrze się stało, że tego nie zrobił. Słyszałem od pewnej osoby zbliżonej do najwyższych kręgów Watykanu, że podczas pontyfikatu Jana Pawła II wiele przychylnych żydom działań było podejmowanych w atmosferze niewyobrażalnego nacisku, a wręcz szantażu ze strony organizacji żydowskich. Możemy się więc domyślić, że nie inaczej było i tym razem. Więc należy docenić to, iż Benedykt XVI oparł się presji.

O co jednak ta cała awantura? Jeżeli Żydzi czują się urażeni, to dlaczego nie skasować tej modlitwy?

Nie można ot tak zmieniać liturgii i modyfikować dogmatów pod presją niekatolików. Żydzi czują się urażeni, ale gdyby usunąć modlitwę, urażeni poczuliby się wszyscy katoliccy tradycjonaliści i konserwatyści. Ludzie, którzy uważają, że ani Żydzi, ani ktokolwiek inny nie ma prawa dyktować nam, jak się modlić. Proszę sobie wyobrazić, co by się stało, gdybyśmy my nagle zaczęli wysuwać jakieś obiekcje do żydowskich modłów.

Co by pan powiedział Żydowi, który czuje się urażony modlitwą na Wielki Piątek?

Powołałbym się na słowa Jezusa Chrystusa, który powiedział, że ten, kto nie uwierzy, że jest Mesjaszem, umrze w grzechu. To nauczanie samego Boga i nie można oczekiwać, że katolicy teraz nagle je zmienią, żeby komuś zrobić przyjemność. Kościół musi mówić to, co mówił zawsze, bez pytania się o zgodę świata zewnętrznego. Tak robili przecież apostołowie, którzy nie konsultowali się, czego wolno, a czego nie wolno im nauczać. Musimy dokonać wyboru: albo zadowolimy Żydów, albo Boga.

Według Żydów modlitwa ta wpisuje się w antysemicką tradycję, której skutkiem były krwawe pogromy.

Takie wydarzenia nigdy nie były aprobowane przez Kościół. I były to incydenty całkowicie marginalne. Teraz z rozmaitych powodów te sprawy się wyolbrzymia do karykaturalnych proporcji.

Dlaczego nie możemy jednak uznać, że Żydzi mają własną ścieżkę do zbawienia? W tym duchu wypowiadało się nawet wielu kardynałów.

Bo to bzdura. Już święty Piotr powiedział Żydom swoich czasów, że jeżeli chcą być zbawieni, muszą zaakceptować Jezusa. W tym duchu Kościół nauczał przez dwa tysiące lat. Nagle jak diabeł z pudełka wyskakuje to nowe nauczanie o „własnej ścieżce”. Kardynał katolicki może być albo wierny słowu bożemu, albo nie. Ten który, mówi o żydowskiej ścieżce do zbawienia, błądzi. Niestety, wielu kardynałów stało się niewolnikami mody. Ekumenicznych, modernistycznych pomysłów XX i XXI wieku. Nasz Bóg nie umarł jednak na krzyżu za całą ludzkość po to, by teraz nagle Żydzi mogli dostać przepustkę do jakieś bocznej ścieżki, aby obejść Chrystusa.

Krytykuje pan kardynałów. A papież? Na przykład Jan Paweł II modlił się w synagodze i pod Ścianą Płaczu.

To były poważne błędy. Obawiam się, że papież wystąpił wtedy przeciwko odwiecznemu nauczaniu Kościoła. Benedykt XVI jest mu dużo bardziej wierny niż jego poprzednik. Za pontyfikatu Jana Pawła II w Watykanie dominowało przekonanie, że wszystko jest w porządku, że Kościół przeżywa nową wiosnę i wszyscy powinniśmy się radować. Benedykt otwarcie mówi, że wiara znajduje się na całym świecie w głębokim kryzysie. I stara się podjąć pewne kroki, żeby ją wzmocnić, żeby powrócić do tradycji. Właśnie dlatego przywraca starą liturgię. Nie zobaczymy go, tak jak Jana Pawła II, modlącego się z Żydami, muzułmanami, sikhami, buddystami i Bóg wie z kim jeszcze.

John Vennari jest redaktorem naczelnym tradycjonalistycznego magazynu „Catholic Family News”

——————-

Tradycjonalizm katolicki

Ruch powstały po Soborze Watykańskim II, krytycznie odnosi się do ekumenizmu i dialogu międzyreligijnego. Tradycjonaliści skupiają się głównie wokół Bractwa św. Piusa X (które oderwało się od Rzymu) oraz w pozostającym w jedności z Kościołem Bractwie św. Piotra. Domagają się swobody odprawiania starej mszy świętej (po łacinie, z kapłanem skierowanym przodem do ołtarza). Sprzeciwiają się przyjmowaniu komunii na rękę i na stojąco.

——————–

Modlitwa o nawrócenie Żydów

w liturgii tradycyjnej (do 1959)Módlmy się za Żydów wiarołomnych, aby Bóg i Pan nasz zdarł zasłonę z ich serc, iżby i oni poznali Jezusa Chrystusa, Pana naszego.

w wersji Jana XXIII (1959)

Módlmy się także za Żydów: Niech Bóg i Pan nasz usunie zasłonę z ich serc, aby i oni uznali Jezusa Chrystusa, Pana naszego. Wszechmogący, wieczny Boże, Ty nie odmawiasz Swego miłosierdzia także Judajczykom, wysłuchaj naszych modlitw za ten zaślepiony lud. Niech zaznawszy światła Twej prawdy, którym jest Chrystus, zostanie wybawiony ze swoich ciemności. Przez tegoż Pana.

w wersji Benedykta XVI (2008)

Módlmy się także za Żydów, aby Bóg i Pan nasz oświecił ich serca, by uznali w Jezusie Chrystusie zbawiciela wszystkich ludzi. (…) Wszechmogący wieczny Boże, który chcesz, żeby wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy, spraw łaskawie, aby z wejściem wszystkich narodów do Twego Kościoła cały Izrael został zbawiony.

Źródło : Rzeczpospolita: Dwugłos: organizacje żydowskie kontra katoliccy tradycjonaliści
Piotr Zychowicz 12-02-2008

Traktat Reformujący EU- Konstytucja Europejska

Wśród Polaków zdaje się panować powszechne przekonanie, że Polska, sprzeciwiając się Karcie praw podstawowych, kompromituje się. Jednak kwestionowanie korzyści większej integracji europejskiej nie jest żadną aberracją

W czerwcu tego roku politycy i przywódcy różnych państw europejskich wypowiadali się przy rozmaitych okazjach o tym, czym jest traktat europejski. Oto kilka spośród tych wypowiedzi:

Angela Merkel: „Istota konstytucji została zachowana. Taka jest prawda”.

Jose Zapatero: „Zachowaliśmy każdy istotny punkt konstytucji”.

Vaclav Klaus: „Zmiany są jedynie kosmetyczne, podstawowy dokument jest ten sam”.

Valery Giscard d’Estaing: „Ten tekst jest faktycznie powtórzeniem wielkiej części istoty konstytucji”.

Anders Fogh Rasmussen: „Zniknęły wszystkie elementy symboliczne, zostało to najważniejsze, sam rdzeń”.

Co do prawdziwej natury tego traktatu – traktatu, o którym eurokraci nadal nas zapewniają, że nie ma on nic wspólnego z odrzuconą konstytucją – nie można już mieć wątpliwości. Wcześniej było to możliwe głównie wskutek trudności w jego rozumieniu. Jego mętny i pokrętny język był sam w sobie poszlaką, że kryje się w nim coś podejrzanego. I rzeczywiście:„Opinia publiczna w końcu bezwiednie przyjmie propozycje, jakich nie odważamy się ludziom wyłożyć w sposób bezpośredni… Wszystkie wcześniejsze propozycje będą zawarte w nowym tekście, ale będą w jakiś sposób zamaskowane i zatajone”, oświadczył Giscard d’Estaing w lipcu tego roku w „Le Monde”.

„Zdecydowano, że ten dokument ma być niezrozumiały. Bo jeśli będzie niezrozumiały, to ludzie pomyślą, że nie może być konstytucyjny – takie mniej więcej było rozumowanie. Gdyby był od razu jasny, to pomyśleliby, że może powinno być referendum”, powiedział w lipcu Giuliano Amato, były premier Włoch.

„Celem traktatu konstytucyjnego była czytelność; celem tego traktatu jest nieczytelność. Udało się” – przyznał w czerwcu belgijski minister spraw zagranicznych Karel de Gucht.

Przywódcy prawie wszystkich europejskich państw w jakimś momencie przyznali, że traktat jest w istocie tożsamy z konstytucją. Przyznali też, że specjalnie został sformułowany w taki sposób, by ten fakt zamaskować. Mimo to żaden rząd nie chce się zgodzić na referendum w tej sprawie. Sarkozy oświadczył z rozbrajającą szczerością, że nie pozwoli na referendum, ponieważ wie, że je przegra. W Wielkiej Brytanii, mimo ogromnej presji, premier Brown również odmawia obiecanego referendum. Ruchy sprzeciwiające się przyjęciu traktatu i domagające się referendum istnieją w prawie każdym europejskim kraju.

Mętnie i zagadkowo

W Polsce jednak uwaga skupia się na razie na sprawie Karty praw podstawowych, która jest częścią traktatu i stanie się wiążąca w chwili jego podpisania. 30 listopada ukazał się w „Rzeczpospolitej” artykuł Zdzisława Brodeckiego, Jerzego Zajadły i Tomasza Tadeusza Koncewicza, trzech profesorów prawa z Gdańska, którzy twierdzą, że „krytyka Karty oparta jest na hasłowym, uproszczonym i selektywnym jej odczytywaniu”. Uderzające i zastanawiające jest, jak podobnym językiem posługują się obrońcy traktatu i Karty, żeby nas do nich przekonać. Jedną z jego cech jest niezrozumiałość; język tego artykułu jest miejscami nie mniej zagadkowy niż język traktatu. Niełatwo, doprawdy, rozszyfrować takie np. zdanie, jak: „prawa zapisane w Karcie, które nie są oparte na TUE lub TWE, mogą być wykorzystane i udzielać ochrony, ale tylko w zakresie korzystania z kompetencji przez Unię, Wspólnotę lub państwa członkowskie implementujące prawo wspólnotowe”.

Wolno się zastanawiać, czy tutaj też niezrozumiałość jest zamierzona. Nie jest to wykluczone, ponieważ po rozszyfrowaniu trudno oprzeć się wrażeniu, że twierdzenie to jest – jak zresztą i wiele innych twierdzeń w tym tekście – nieco obłudne. Komisja Europejska przyznała, że Karta zawiera „pewne nowe prawa”, które według niej „już istnieją”, ale dotychczas nie były jeszcze „formalnie” chronione jako podstawowe prawa w żadnym innym traktacie. Nie jest jasne, w jakim sensie prawa te mimo to „istnieją”.

Charakterystyczny wydaje się także ton: zastraszający, pouczający i pogardliwy. Karta ma „pomóc obywatelom identyfikować się z nią, skoro to właśnie obywatele są najważniejszymi beneficjentami zawartych w niej praw”. Gdzie indziej czytamy, że „trzeba społeczeństwu jasno powiedzieć”, na czym polega „ideologia” przeciwników Karty (o ideologii za chwilę). Inaczej mówiąc: Te sprawy są dla Was, dzieci, za trudne, wy tego nie możecie zrozumieć, ale my wiemy, co jest dla was dobre, a przecież o wasze dobro nam chodzi.

Niebezpieczne artykuły

O mętnej, niekiedy absurdalnej, niekiedy ryzykownej treści Karty już pisano, warto jednak przytoczyć kilka jej artykułów.

Tak więc w art. 7 czytamy, że „każdy ma prawo do poszanowania swego życia prywatnego i rodzinnego, domu i komunikowania się”. Ten artykuł, a zwłaszcza zwrot „i komunikowania się”, należy do ryzykownych, ponieważ mógłby utrudniać walkę z przestępczością i z terroryzmem.

Art. 10, o wolności sumienia i religii: „Prawo to obejmuje wolność… uzewnętrzniania, indywidualnie lub wspólnie z innymi, publicznie lub prywatnie, swej religii lub światopoglądu poprzez uprawianie kultu, nauczanie, praktykowanie i uczestniczenie w obrzędach”. – Ten artykuł też należy do kategorii ryzykownych, ponieważ, przez szerokość praw, jakie obejmuje, stwarza świetne warunki do propagandy islamistycznej – która prędzej czy później do Polski też przywędruje – już jest mowa o zbudowaniu meczetu w Krakowie. Nie należy się łudzić, że to, co się dzieje w Anglii, we Francjii, w Holandii, nie nastąpi także w Polsce. Powstanie problem noszenia chust w szkołach („uzewnętrznianie”), problem islamizmu w meczetach („nauczanie”) itd. Otwiera to drogę do niezliczonych procesów i utrudnień.

Art. 12: „Partie polityczne na poziomie Unii przyczyniają się do wyrażania woli politycznej jej obywateli.” Ten artykuł należy do kategorii uprawnień absurdalnych.

W art. 14 czytamy, że prawo do nauki obejmuje „możliwość korzystania z bezpłatnej nauki obowiązkowej”. – Bez komentarza.

Art 19: „Nikt nie może być… wydany w drodze ekstradycji do państwa, w którym istnieje poważne ryzyko, iż może być poddany karze śmierci, torturom lub innemu nieludzkiemu lub poniżającemu traktowaniu albo karaniu”. To znów kategoria uprawnień ryzykownych. Wielka Brytania, w której to prawo obowiązuje, ma ogromne problemy z ekstradycją kogokolwiek, ze szczególnym uwzględnieniem terrorystów. Również Polskę to czeka.

Art 23: „Należy zapewnić równość mężczyzn i kobiet we wszystkich dziedzinach… Zasada równości nie stanowi przeszkody w utrzymywaniu lub przyjmowaniu środków zapewniających specyficzne korzyści dla osób płci niedostatecznie reprezentowanej”. To należy do kategorii absurdalnej i ryzykownej naraz. Oto otwarta droga do tzw. działań afirmatywnych, jak np. narzucanie obowiązkowego procentu kobiet w danej instytucji, np. w parlamencie.

Art. 35: „Każdy ma prawo dostępu do profilaktycznej opieki zdrowotnej”. Ten artykuł, mętny w sposób skrajny, mógłby być interpretowany w sposób, który pozwoliłby pacjentom wytaczać procesy lekarzom i szpitalom i oskarżać ich o to, że nie wykryli wcześniej jakiejś choroby.

Roszerzenie władzy sądów europejskich

Co jednak Karta zmienia, skoro niektóre z tych uprawnień istnieją już w konstytucji – to znaczy, przepraszam, w traktacie, który konstytucją broń Boże nie jest? Autorzy tekstu w „Rzeczpospolitej” twierdzą, że nic. Nie jest to jednak zgodne z prawdą. Spójrzmy na kilka wyjaśnień o znaczeniu i naturze Karty, jakich dostarczają.

„Z punktu widzenia aksjologii Karta ma wzmacniać Unię Europejską”, piszą autorzy, „a nie ingerować (…) w system kompetencji państw członkowskich (…). Karta (…) wyraża aksjologię Unii i niczego państwom członkowskim nie narzuca (…). Ochrona praw człowieka ulegnie wzmocnieniu i zmierzać będzie do jeszcze większego stopnia porównywalności między Unią a państwami członkowskimi, niż jest to dzisiaj (…)”.

Jednocześnie twierdzą, że Karta „nie tworzy nowych zadań oraz kompetencji i nie modyfikuje już istniejącego ich systemu”. Wolno się zastanawiać, w jaki dokładnie sposób, nic nie tworząc, nie dodając, nie zmieniając i w nic nie ingerując, Karta mogłaby cokolwiek wzmacniać. Okazuje się jednak, że, owszem, wzmacnia, i to dość mocno, ale bynajmniej nie w mętny i kuriozalny sposób proponowany przez autorów i odznaczający się nicniezmienianiem.

Otóż Karta będzie mogła wzmacniać Unię Europejską, ponieważ otwiera ogromne możliwości zmiany, tworzenia i dodawania. Można wprawdzie argumentować, że otwieranie możliwości tworzenia, zmieniania itd. nie jest tym samym, co tworzenie itd., a zatem że powyższe twierdzenie jest w ścisłym sensie prawdziwe; ale byłby to kolejny przykład typowej dla obrońców Karty i traktatu kazuistyki.

Jeśli Karta stanie się wiążąca prawnie – co nastąpi z chwilą podpisania Traktatu – będzie już czymś więcej niż „deklaracją polityczną”, jaką jest obecnie. Obywatele Unii będą mogli się na nią powoływać, by kwestionować decyzje poszczególnych państw Unii tam, gdzie ich zdaniem prawo narusza ich podstawowe prawa. Podobnie będzie mogła czynić Komisja Europejska wobec państw Unii.

Autorzy piszą dalej, iż Karta „wskazuje, że prawa w niej gwarantowane mają być interpretowane w świetle tradycji konstytucyjnych państw członkowskich i orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw Człowieka”. Otóż to. Kluczowe są tu ostatnie słowa. To Trybunał będzie decydował, czy dane państwo jest słusznie oskarżone o gwałcenie prawa w Karcie. To sędziowe Trybunału będą odpowiedzialni za interpretowanie Karty. A interpretacje będą potrzebne, ponieważ jest to, jak już kilkakrotnie podkreślałam, dokument niezwykle mętny i nieprecyzyjny.

Jest jasne, i kilkoro sędziów europejskich to przyznało, że Karta będzie wpływać na prawa narodowe, gdy stanie się wiążąca, a na pewno w znaczny sposób rozszerzy władzę sądów europejskich i Trybunału. I znowu: to sądy europejskie będą decydować, gdzie leży granica między prawem narodowym a europejskim.

Kto powinien wyznaczać ton dyskusji

Przeciwnicy Karty, jak piszą autorzy tekstu w „Rzeczpospolitej”, „w imię swej ideologii, której rzeczywistą treść skrzętnie ukrywają, są gotowi położyć na szali nawet dalszą reformę Unii”.

Przekonanie, że sprzeciwiać się Karcie można tylko wskutek ideologii, jest częste wśród entuzjastów Unii Europejskiej. Nie mogą oni sobie wyobrazić, że ktoś mógłby z racjonalnych, nieideologicznych powodów, z którymi można się zgadzać lub nie, żywić niechęć do Karty albo do traktatu.

Takich powodów, na przykład, jak obawa przed oddawaniem coraz większej władzy gigantycznej, przez nikogo niewybranej i skorumpowanej biurokracji. Wydaje im się (jak pokazuje słówko „nawet”), że tylko ktoś szalony mógłby się sprzeciwiać dalszej integracji państw europejskich pod władzą europejskiego sądu, europejskiego prezydenta, europejskiej dyplomacji i europejskiego ministra spraw zagranicznych – temu, co autorzy elegancko nazywają „dalszą reformą Unii”.

Jaka miałaby być ta skrzętnie ukrywana treść przeciwników Karty? Okazuje się, że jest to ideologia, w świetle której „państwo powinno być bardziej opresyjne, a obywatele i tak mają za dużo praw”. A więc przeciwnikom Karty chodzi o to, żeby społeczeństwo trzymać krótko, a najlepiej by móc wsadzać kogo chcą do więzienia bez procesu. No, naturalnie: jest to przecież Karta praw, i to podstawowych, a więc jasne jest, że jej przeciwnicy chcą odebrać ludziom prawa.

Po tej dech zapierająco pogardliwej, obraźliwej dla inteligencji czytelnika konstatacji, po tych bezczelnych oskarżeniach, po własnych obłudnych argumentach, autorzy narzekają, że debata jest „wyznaczana przez uprzedzenia i nierzetelne argumenty”. Po czym oświadczają: „Polacy nie zasługują na stosowanie wobec nich tak prymitywnej socjotechniki”. Lecz najbardziej osłupiające jest jedno z końcowych zdań, utrzymane w tonie pogardy, od którego zaczęli: „Apelujemy więc, by ton i kierunek dyskusji nie był wyznaczany przez osoby, które po trzech latach członkostwa w Unii nadal nie rozumieją, co oznacza być państwem członkowskim oraz nowocześnie, po europejsku myśleć o Polsce i jej przyszłości”.

Warto dodać, że obywatele państwa założycielskiego Unii Europejskiej, czyli Francji, w referendum odrzucili konstytucję. Widać Francuzi też nie rozumieją, biedacy, co oznacza być państwem członkowskim; ich też trzeba nauczyć. Holendrzy i Duńczycy także mogliby się dokształcić.Przykro nam, przeciwnikom Karty, żeśmy tacy tępi i nic nie rozumiemy. Zawsze jednak staraliśmy się, i staramy się nadal, myśleć normalnie, to znaczy racjonalnie, nie zaś „po europejsku”. Staramy się też nie „debatować w sposób obraźliwy, pogardliwy i infantylizujący dla naszego rozmówcy.

W kierunku ścisłej integracji

Wróćmy na chwilę do traktatu-który-nie-jest-konstytucją – tego traktatu, w którym wszystko najważniejsze jest „zamaskowane i zatajone” i który „miał być niezrozumiały”, lecz który mimo to państwa europejskie podpisały w miniony czwartek w Lizbonie – nie dopuściwszy do referendum w tej sprawie. W Polsce, o ile wiem, nie było ruchu domagającego się referendum; w ogóle mało o tym traktacie mówiono. A posuwa się on niezwykle daleko na drodze do pełnej europejskiej integracji. Otwiera drogę do stworzenia stanowiska stałego europejskiego prezydenta (który zamiast głów państwa negocjowałby z Komisją), europejskiego ministra spraw zagranicznych i ogromnego europejskiego korpusu dyplomatycznego; obdarza Unię osobowością prawną, co pozwala jej podpisywać umowy i traktaty.

Wprowadza, w znacznej ilości spraw, zasadę głosowania większościowego i pozwala na likwidację weta (wskutek czego przeciwnikom jakiegoś proponowanego prawa będzie trudniej je zablokować). W wielu sprawach daje większą władzę Parlamentowi Europejskiemu, który wskutek tego będzie mógł blokować decyzje głów państw. W większości spraw definiuje władzę Unii i poszczególnych państw jako „wspólną”, ale mówi, że poszczególne państwa mogą w tych sprawach podejmować decyzje, tylko jeżeli Unia się od podjęcia decyzji wstrzymuje. Powołuje europejskiego prokuratora. Otwiera drogę do stworzenia europejskiej armii (cel, który potwierdzili w tym roku między innymi Sarkozy i Merkel). Wprowadza większościowe głosowanie w sprawie pomocy humanitarnej (co może być podstawą takich decyzji, czy należy, na przykład, dalej finansować rząd palestyński po dojściu do władzy Hamasu).

Traktat wymaga od państw Unii konsultacji z Radą Europejską przez podjęciem jakichkolwiek kroków w polityce zagranicznej; wymaga też wspólnej polityki imigracyjnej i ustanowienia praw, których celem byłaby integracja imigrantów, a także daje Unii prawo ustalania praw obywateli państw trzecich zamieszkałych legalnie w jednym z państw Unii. Istniejąca już instytucja Eurojust – grupa sędziów unijnych – będzie mogła wszczynać śledztwa przeciwko obywatelom państw unijnych. Unia będzie mogła definiować, co jest przestępstwem, i ustalać minimalne i maksymalne wyroki więzienia.

Mamy prawo sprzeciwu

Polska, tak samo jak inne państwa Unii, ma prawo kwestionować korzyści większej integracji i federacji politycznej; ma prawo sprzeciwiać się woli niewybranych przez nikogo biurokratów. Wśród Polaków zdaje się panować powszechne przekonanie, że Polska, sprzeciwiając się Karcie, zachowuje się w Europie jak niegrzeczne dziecko u cioci na imieninach; że się kompromituje. Niektórzy sądzą nawet, że Polska nie może sobie na takie wybryki pozwolić: że Unia narzuci jej kary, postawi do kąta, pozbawi deseru. Może nawet wyrzuci, jeśli Polska będzie za bardzo podskakiwać.

Nie jest tak. Unia od początku lubiła odpowiadać na sprzeciw groźbami końca cywilizacji (Margot Wallström w pamiętny sposób groziła, że odrzucenie konstytucji będzie klęską, ponieważ tylko konstytucja może nas ochronić przed… holokaustem.) Nikt nie może nikogo znikąd wyrzucać. A Polska nie jest odizolowana; kwestionowanie korzyści większej integracji nie jest żadną aberracją właściwą tylko Polsce i Wielkiej Brytanii ze swoją słynną niespisaną konstytucją.

Niektórzy zdają się sądzić, że lepsze prawo narzucane przez biurokratów z Brukseli (bo „europejskie”, bo „cywilizowane”) aniżeli prawo polskie (bo „ciemne”, bo „zacofane”, bo „prymitywne”). Mówią tak tylko ci, co mają dla Polski i Polaków głęboką pogardę. Polsce, tak samo jak każdemu krajowi, należy się możliwość podejmowania własnych decyzji – w demokratyczny sposób. Nie tylko Anglia ma prawo dbać o suwerenność swojego parlamentu.

Kolejny powód niechęci do sprzeciwu, często w Polsce spotykany i też wyraźnie podzielany przez wspomnianą trójkę autorów, wiąże się z niechęcią do grup, które taki sprzeciw wyrażają. Że to antysemici, faszyści, nacjonaliści, fanatycy; że czarnosecińcy; że ksiądz Rydzyk. (Możliwe, że to jest właśnie ta „ideologia”, którą ponoć wyznają wszyscy przeciwnicy Karty.)

Wydaje mi się jednak, że nie powinniśmy rezygnować z opinii, którą uważamy za słuszną, tylko dlatego, że nie podobają nam się ludzie, którzy ją podzielają. We Francji przed referendum była obawa, że odrzucenie konstytucji zostanie odebrane jako świadectwo francuskiego „szowinizmu” i „ksenofobii”; tak nie było.

Czasem też ludzie się obawiali, że głosując „nie”, znajdą się w „niesmacznym” towarzystwie (np. komunistów albo radykalnej prawicy). Skutek odrzucenia konstytucji był jednak taki, że towarzystwo to zostało osłabione i zmarginalizowane, nie zaś wzmocnione. Jeśli ksiądz Rydzyk sądzi, że 2 + 2 = 4, nie stanowi to dobrego powodu, by tej prawdzie przeczyć.

Nie ma też podstaw, by sądzić, że przyznając ją, jakoś mu pomagamy czy „idziemy na rękę”. Zdarza się, że wskutek swoich opinii na różne tematy znajdujemy się w towarzystwie, które nam nie odpowiada. Trudno. Niezależność myślenia i uczciwość intelektualna miewają takie skutki. Trzeba się z nimi pogodzić.

Inna często spotykana obiekcja jest taka, że Polska potrzebuje Europy, by się bronić przed Związkiem Sowieckim – przepraszam, przed Rosją. Ale Unia nie wykazała jak dotąd najmniejszego entuzjazmu do potępiania Rosji za cokolwiek. Przeciwnie, mizdrzyła się do niej. Wprawdzie wyraziła zaniepokojene wynikiem ostatnich wyborów (choć Sarkozy zadzwonił do Putina z gratulacjami), ale wolno wątpić w jej determinację, by się Rosji na dłuższą metę sprzeciwiać. Zresztą obrona przed Rosją należy do NATO i sama Europa liczy na NATO, żeby się przed nią bronić.We wszystkich krajach Unii istnieją ruchy sprzeciwiające się dalszej integracji, kwestionujące wielomiliardowe unijne wydatki i żywiące niechęć do ustawodawstwa europejskiego, które w każdej dziedzinie życia coraz bardziej nas przytłacza. Jeżeli trzeba coś jasno powiedzieć, to właśnie to.

Agnieszka Kołakowska jest tłumaczką i publicystką. Mieszka w Paryżu

Źródło : Rzeczpospolita: Sztuka owijania w bawełnę
Agnieszka Kołakowska 15-12-2007