Pomoc humantarna – wielkie oszustwo

Programy pomocy humanitarnej Zachodu w większości ubogich krajów wspierają skorumpowane władze, pogłębiają ubóstwo i wzmacniają uzależnienie ludzi. I tylko nam poprawiają samopoczucie

Lepiej jest coś zrobić, zamiast poddać się zwątpieniu albo – co gorsza – cynizmowi, i nie robić nic, prawda? Zwłaszcza gdy chodzi o pomoc dla ludzi ubogich, doświadczonych przez los, nędzarzy urodzonych w niewłaściwym miejscu i w niewłaściwym czasie. Jak można nie robić nic, gdy pod gruzami ginie kilkadziesiąt tysięcy Chińczyków, gdy cyklon pochłania kilkaset tysięcy istnień ludzkich w Birmie? Jak można, będąc człowiekiem zdrowym moralnie, patrzeć bezczynnie na dzieci umierające z głodu w Darfurze? Jak można siedzieć z założonymi rękami, gdy Światowy Program Żywnościowy (WFP) alarmuje, że Etiopii znowu grozi klęska suszy, a 6 milionów dzieci nie ma co jeść? WFP dodaje, że za jedyne 147 mln dolarów, czyli nieco ponad 300 milionów złotych, można te dzieci uratować. Co to jest 300 milionów? Dobry piłkarz kosztuje coś koło tego, niedługo kilometr autostrady w Polsce będzie droższy.

No to dajmy im 300 milionów – niech te dzieci przeżyją. Edmund Burke, jeden z twórców nowoczesnego konserwatyzmu, mówił, że do tego, by zatriumfowało zło, wystarczy, by dobrzy ludzie nic nie robili. Ewangelia zapowiada, że na Sądzie Ostatecznym będziemy odpytywani z naszych zaniechań: „Byłem głodny, a nie daliście mi jeść…” Dajmy im jeść, dajmy im nadzieję, przecież nas nie kosztuje to prawie nic.

Powyższa argumentacja działa od ponad 50 lat, czyli od czasu, gdy pomoc humanitarna stała się ulubionym sposobem rozwiązywania przez Zachód problemów krajów ubogich. Głównym beneficjentem tej pomocy były kraje Azji i Afryki, zwłaszcza subsaharyjskiej. W ogólnoświatowej euforii spowodowanej wyzwalaniem się kolejnych krajów z więzów kolonializmu i w niemałym (i słusznym) poczuciu winy za wyzyskiwanie obcych kontynentów ludzie Zachodu uwierzyli, że swoją dobrocią ulepszą świat: „Pragnącym wyrwać się z nędzy mieszkańcom wiejskich chat na całym globie obiecujemy: pomożemy im pomóc sobie tak długo, jak będzie to potrzebne – mówił prezydent John Kennedy. – Nie dlatego, że komuniści będą robić to samo, nie dlatego, że zależy nam na ich głosach wyborczych, ale dlatego, że tak jest słusznie. Jeśli wolne społeczeństwo nie potrafi pomóc większości, która cierpi biedę, nie będzie również umiało ochronić mniejszości, która żyje w dostatku.”

No i pomagamy. Inicjatywy polityków przerodziły się w ogólnoświatowy ruch pomocy humanitarnej skupiony wokół indywidualnych organizacji, globalnych programów realizowanych przez agendy ONZ czy też fundacji sponsorowanych przez milionerów-darczyńców w rodzaju Billa Gatesa czy Warrena Buffeta. Od lat 80. istotną rolę w światowym ruchu humanitarnym odgrywają gwiazdy pop, które swoim nazwiskiem i charyzmą mają „przebudzić mieszkańców Zachodu”, a w praktyce wydusić od nich jak najwięcej pieniędzy na projekty firmowane potem nazwiskiem gwiazdy. Dziś ruch pomocy krajom ubogim to potężny system, w którym funkcjonuje kilkaset tysięcy ludzi konkurujących ze sobą, nierzadko bez skrupułów, na rynku pomocy humanitarnej, głównie w USA i Europie Zachodniej (niebiałych reprezentują głównie Japończycy). Pomoc obejmuje właściwe wszystkie dziedziny życia: od dostarczania żywności i leków przez programy edukacyjne i uświadamiające do irygacji gruntów i wspierania miejscowych przedsiębiorców.

80 procent na koszty własne

Jakie są skutki tej pomocy? Od strony statystycznej nieubłagane dla jej zwolenników. W ciągu ostatnich 50 lat Zachód wydał na pomoc dla krajów Trzeciego Świata 2,3 biliona dolarów (1 bilion =1000 miliardów). Sama Afryka, która jest głównym odbiorcą pomocy, otrzymała 568 miliardów dolarów. I efekt tego jest jednoznaczny: wraz z rozwojem programów pomocy humanitarnej regularnie rosła bieda wśród Afrykanów. Np. między rokiem 1990 i 2001 liczba osób żyjących poniżej poziomu określanego przez ONZ jako skrajne ubóstwo, czyli za mniej niż 1 dolara dziennie, wzrosła z 227 milionów do 313 milionów. Prawie połowa mieszkańców Afryki (46 proc.) wegetuje w stanie, który ONZ określa jako zwykłe ubóstwo. Jednym z największych paradoksów historii XX wieku jest fakt, że w większości krajów afrykańskich stopa życiowa mieszkańców jest dziś relatywnie niższa niż przed osiągnięciem przez nie niepodległości. 941 milionów ludzi wytwarza dziś dochód wielkości 580 mld dolarów, czyli nieco więcej niż Korea Południowa.

To nieprawda, że – jak twierdzą niektórzy najbardziej skrajni przeciwnicy pomocy humanitarnej – sytuacja z roku na rok staje się coraz gorsza, a pomoc w dalszym ciągu rozdawana jest bezkrytycznie. Wręcz przeciwnie, w związku ze wzmożoną krytyką samej sensowności udzielania pomocy agendy ONZ zatrudniają coraz więcej ludzi do kontroli przepływu pieniędzy. Np. w Tanzanii, która jest modelowym odbiorcą pomocy humanitarnej, pod koniec lat 90. w ciągu kwartału produkowano ponad 2400 raportów na temat spożytkowania pomocy i organizowano ponad 1000 seminariów rocznie poświęconych prawidłowemu wykorzystaniu pieniędzy. „Jest coraz gorzej” – pisał niedawno w dzienniku „The Times” Graham Hancock, autor klasycznej pozycji z 1989 roku pt. „Lords of Poverty: The Power, Prestige, And Corruption of International Aid Business” (Panowie ubóstwa: władza, prestiż i korupcja w międzynarodowym biznesie pomocy). Hancock, znany pisarz, wcześniej pracownik brytyjskiej organizacji humanitarnej, wykazywał, że głównym, a zwykle jedynym beneficjentem pomocy są lokalne skorumpowane elity rządowe, producenci żywności i innych produktów przeznaczanych na pomoc oraz „pomocowa biurokracja”. Głównymi ofiarami szczodrobliwości Zachodu – wykazywał Hancock – padają zaś podatnicy z Zachodu i oczywiście ludność Trzeciego Świata.

Hancock pokazuje przykłady zinstytucjonalizowanej korupcji w ramach organizacji działających pod patronatem ONZ. (Moja ulubiona: Rada Organizacji Edukacyjnych, Naukowych i Kulturalnych, wydała w jednym roku 1 milion 759 tysięcy 584 dolary na podróże i zakwaterowanie. W tym samym czasie przeznaczyła 49 tys. dolarów na edukację dla niepełnosprawnych dzieci w Afryce i 1000 dolarów na kształcenie nauczycieli w Hondurasie.). Autor przedstawia przerażające dane na temat marnotrawstwa pieniędzy (w czasie pisania książki Hancocka 80 procent wydatków agend ONZ przeznaczane było na wydatki dla pracowników; budżet na konsultantów zewnętrznych wynosił 22 miliardy dolarów) czy quasi-przestępczego charakteru zamówień publicznych na pomoc (od 80 do 99 procent kwot pomocowych było wydawane w krajach rozwiniętych na realizację zamówień). „Zachodnia pomoc – pisze Hancock – jest wykorzystywana do wytwarzania zysku zachodnich firm”. Autor barwnym językiem określa programy pomocy humanitarnej jako „transakcję między biurokratami i autokratami”, czyli „gangsterami i psychopatami”, którzy kradną albo marnują publiczne pieniądze.

Do tego dochodzą przypadki absurdów przypominających praktyki kwitnącego socjalizmu: wyludnione kliniki w szczerym polu zbudowane z pieniędzy pomocowych (klinikę zbudować łatwo, trudniej zgromadzić i utrzymać zespół lekarski), mosty, którymi nie da się przejechać (bo ich budowa doprowadziła do erozji i obsunięcia gruntu po obu brzegach), matki wyrzucające lekarstwa chroniące ich dzieci przez zarażeniem wirusem HIV (bo stosowanie ich oznaczałoby przyznanie się przed rodziną, że są zarażone, a to – wyrzucenie poza nawias społeczny) itd. Oprócz tego co jakiś czas dowiadujemy się o katastrofach na wielką skalę: zbudowanej przez ONZ fermie rybnej w Mali, która sprzedaje ryby w cenie 3 tysięcy dolarów za kilogram, tamie w Gwatemali, której budowa spowodowała wzrost cen elektryczności o 70 procent, sudańskiej cukrowni, która sprzedaje cukier po cenach wyższych niż importowany, sponsorowanych przez Bank Światowy programach przesiedleń w Brazylii i Indonezji, których wynikiem jest niszczenie lasów tropikalnych i lokalnych plemion.

Gwiazdy na pomoc oprawcom

Czy to wszystko może być prawdą? Czy możliwe, by grupa aparatczyków humanitaryzmu osłaniających się wzniosłą retoryką przetwarzała nasze gesty dobrej woli, szczodrość i poczucie winy za dostatek, w jakim żyjemy, w mieszankę rodem z najczarniejszych komedii Stanisława Barei? Nie tylko możliwe, ale nieuniknione. Hancock i inni krytycy pomocy humanitarnej twierdzą, że sam pomysł na wyciągnięcie ludzi z biedy przez rozdawanie im pieniędzy czy jedzenia jest z gruntu zły, a jego realizacji nie da się zreformować.

Pomoc międzynarodowa nie tylko nie pomaga, ale jest największą przeszkodą w zmianie położenia ludzi ubogich na świecie i jedynym sensownym wyjściem jest jej całkowite zaprzestanie. Wiemy to co najmniej od 30 lat, jednak u wielu ludzi, włącznie z czołowymi ekonomistami na świecie, nie zmienia to przekonania, że źródłem biedy na świecie jest skąpstwo Zachodu, a wszystko da się naprawić, gdy będziemy tego skąpstwa wystarczająco świadomi.

Np. w wydanym przed dwoma laty bestsellerze „Koniec ubóstwa” (przedmowę napisał Bono z zespołu U2) były zwolennik „terapii szokowej” profesor Jeffrey Sachs dowodzi, że jedynym pewnym sposobem ograniczenia biedy w Afryce jest rozwinięcie programów pomocy na jeszcze większą skalę. Nieważne, że potrojenie tej pomocy w ciągu trzech ostatnich dekad spowodowało zerowy wzrost dochodów Afrykanów (ostatnie sukcesy gospodarcze niektórych krajów afrykańskich nie mają żadnego związku ekonomicznego z poziomem pomocy). Kolejne podwojenie pomocy ma sprawę głodu i ubóstwa rozwiązać, a jeśli nie rozwiąże, to tylko ze względu na skąpstwo Zachodu.

Sachs twierdzi, że świat w istocie zna sposób na usunięcie większości problemów Afryki i generalnie chodzi wyłącznie o to, by wyłożyć kolejne pieniądze na wprowadzenie w życie wymyślonych przez mądrych ludzi „technologii pomocowych”. „Przeznaczając 0,7 procenta PKB krajów bogatych przez następne 20 lat, dojdziemy do sytuacji, w której nikt na świecie nie będzie umierał z głodu” – pisze profesor Sachs.

Zgodnie z jego zaleceniami w lipcu 2005 roku na szczycie G8 w Szkocji postanowiono zwiększyć pomoc humanitarną dla krajów ubogich do 50 mld dolarów rocznie, z czego ponad połowa ma być przeznaczona dla Afryki. Żaden z przywódców, którzy podpisali porozumienie, nie dotrzymał słowa, a najbliższy temu jest George Bush, któremu udało się wyrwać z Kongresu 15 mld dolarów dla Afryki. Od tego czasu Bush stał się bohaterem takich artystów jak Bono czy Geldof, a ten ostatni pisał nawet na jego temat peany w magazynie „Time”.

Do grona profesjonalnych pracowników organizacji humanitarnych dołączają co roku nowe twarze świata popkultury. Geldof, Bono, Angelina Jolie, Madonna i inni przekonują prezydentów, szefów banków i organizacji finansowych, że podważanie sensu pomocy humanitarnej to nihilizm, a tłumom zgromadzonym na koncertach charytatywnych tłumaczą, że najważniejsza jest świadomość czynienia dobra: „Dawajcie wasze pier… pieniądze!” – jak krzyczał Geldof w 1985 roku na pierwszym koncercie Live Aid. No to dajemy, bo przecież lepiej jest robić coś, niż nie robić nic, prawda?

W istocie gwiazdy popu są w idealnej sytuacji, bo nie przyjmują żadnej odpowiedzialności za skutki swoich działań, zrzucając ją zwykle na polityków Zachodu albo znieczulicę bogatych społeczeństw. Bob Geldof do dziś uważa Live Aid z 1985 roku za ogromny sukces, mimo że nawet eksperci organizacji pomocowych przyznają, że operacja ta to klasyczny dziś przykład współpracy organizacji humanitarnych z okrutnym reżimem gnębiącym własny naród.

Pieniądze zebrane podczas koncertów posłużyły ówczesnym komunistycznym władzom Etiopii do dokonania masowych przesiedleń około 100 tysięcy ludzi, z których co najmniej połowa zmarła. Ówczesny szef organizacji Lekarze bez Granic (jedynej organizacji, która nie zgadzała się na kontynuowanie działalności w Etiopii podczas przesiedleń) Claude Malhuret uznał ówczesne działania władz za „największy program deportacji od czasów Czerwonych Khmerów”.

Nic dziwnego, że schemat, który z powodzeniem zastosowali komuniści w Etiopii pod koniec lat 80, powtarzany jest w większości krajów afrykańskich, w których bandyci dochodzili do władzy: najpierw głodzimy ludzi, potem wzywamy na pomoc Zachód i rozmieszczamy obozy w strefach, z których, albo do których, chcemy przesiedlić ludność – i do dzieła! Żywność z pomocy dzielimy między żołnierzy, a resztę sprzedajemy na wolnym rynku.

Taki przebieg miała operacja Live Aid w Etiopii, podobnie funkcjonowały obozy pomocy w Somalii i Sudanie w latach 90. Bob Geldof do dziś tłumaczy, że „trzeba coś robić, nawet jeśli to nie działa”. Innymi słowy, człowiek uważany za światowego patrona sprawy walki z ubóstwem uznaje do dziś, że współdziałanie w zbrodni jest moralnie lepsze niż brak działania. Warto ten dylemat przypomnieć, zwłaszcza w przededniu konferencji w Rangunie, w trakcie której brutalny reżim z Birmy najprawdopodobniej łaskawie zgodzi się na przyjęcie pomocy humanitarnej Zachodu na własnych warunkach.

Nie planujmy za nich

Co zatem robić? Jak nie popaść w zniechęcenie? W Ghanie poznałem Michaela – importera mięsa, m.in. z Polski, który założył sprawnie funkcjonujący biznes. Jego szwagierka posiada sieć restauracji w Akrze. Oboje utrzymują ze swoich dochodów kilkanaście osób, w tym dzieci, którym płacą za szkoły.

W 2001 roku Ghańczyk Patrick Awuah założył za swoje pieniądze prywatny uniwersytet Ashesi University. Uniwersytet rezerwuje połowę miejsc dla młodzieży z biednych rodzin, oferując im stypendia. Awuah twierdzi, że mógłby rozwinąć swoją działalność, jednak gdy zgłosił się po pomoc finansową do lokalnego oddziału kampanii Save Africa, odrzucono jego prośbę, ponieważ był zbyt bogaty. Wygląda na to, że wsparcie finansowe z Zachodu dla Afryki dostępne jest dla wszystkich poza Afrykanami. Chyba że spełniają zachodnie warunki: są głodującymi dziećmi, kilkuletnimi żołnierzami, ofiarami powodzi albo innej plagi.

Jednak prawda o Afryce jest inna. Miliony na tym kontynencie to nie ofiary ludobójstwa i głodu czekające na ratunek z rąk podstarzałych gwiazd rocka, tylko normalni ludzie, których marzenia są dokładnie takie same jak nasze: życie w dostatku, wykształcenie dzieci i zostawienie im czegoś w spadku. Patrick Awuah, moi znajomi z Akry i tysiące innych przedsiębiorców w Afryce odnoszą sukcesy wbrew ogromnym przeciwnościom losu. Rozwój ich kontynentu, podobnie jak rozwój innych biednych regionów na świecie, nie będzie jednak zależał od naszej hojności i wspaniałomyślności, tylko od czynników, które zawsze decydowały o rozwoju społeczeństw: sukcesu prywatnych firm i zaprowadzenia rządów prawa. William Easterly, ekonomista uniwersytetu w Nowym Jorku, autor wybitnej książki na temat fiaska pomocy humanitarnej w dziele ratowania ludzi pt. „The White Man’s Burden” (Brzemię białego człowieka), pisze: „Bieda nigdy nie zostanie pokonana przez zachodnich ekspertów albo zachodnią pomoc. Wszędzie na świecie biedę udało się pokonać dzięki rodzimym reformatorom politycznym, gospodarczym i społecznym, którzy potrafią wyzwolić potęgę demokracji i wolnego rynku”.

Na czym konkretnie ma to polegać? W swojej książce Easterly podaje wiele przykładów, oto jeden z nich. 500 milionów ludzi rocznie zaraża się malarią, 80 procent z nich to mieszkańcy czarnej Afryki. Według Światowej Organizacji Zdrowia specjalnie nasączone moskitiery (koszt: poniżej 5 dolarów za sztukę) i lekarstwa (koszt 2,5 dolara na osobę) mogłyby praktycznie doprowadzić do kontroli tej choroby przez człowieka. Jednak moskitiery rozdawane przez agencje pomocy bardzo często wykorzystywane są jako sieci do łowienia ryb albo materiał na suknie ślubne. W Malawi zdecydowano się na eksperyment: zamiast rozdawać moskitiery za darmo, sprzedaje się je ludności po 50 centów za sztukę, co jest dla wielu rodzin sporym wydatkiem. Wskutek tego programu, pisze Easterly, wykorzystanie moskitier we właściwym celu w Malawi wzrosło z 8 procent w 2000 roku do 55 procent w 2005. W krajach takich jak Zambia, gdzie moskitiery rozdaje się za darmo, poziom ich wykorzystania nie przekracza 30 procent.

William Easterly odkrywa prawdy, które wydają się oczywiste, choć na Zachodzie wcale oczywiste nie są, np. potrzebę brania pod uwagę lokalnych uwarunkowań, charakteru ludności, jej przyzwyczajeń. Bardziej niż instytucje typu Millenium Project czy World Economic Forum, kierowane przez planistów o kosmicznych ambicjach, interesują go organizacje o nazwach takich jak Stowarzyszenie Byłych Nosicielek Drewna na Opał – małe grupy miejscowych stworzone w celu realizacji konkretnych potrzeb konkretnych ludzi. Od US AID i brytyjskiego Oxfamu bardziej ceni indywidualnych, zwykle anonimowych ludzi, którzy z ogromnym poświęceniem i bez wynagrodzenia ratują życie innym, albo choćby fundację Billa i Melindy Gatesów, która wydaje setki milionów dolarów na konkretne cele (np. prace nad szczepionką na malarię).

Easterley uważa również, że wydawanie pieniędzy na potrzeby biednych ma sens tylko wtedy, gdy zamiast planować dla nich przyszłość, oddamy ją w ich ręce i metodą prób i błędów pomożemy im znaleźć najlepsze rozwiązanie.

Metoda gwiazdorsko-profesorska nie każe nam myśleć o pomocy, zwalnia nas od myślenia w sekundę po złożeniu darowizny. Metoda Easterly’ego jest trudniejsza, bo każe naprawdę wziąć odpowiedzialność za los innych, każe szukać rozwiązań, które działają, uczy krytycznego spojrzenia i pozbawia sentymentów.

A sentymentalizm popłaca, w przeciwieństwie do trzeźwości umysłu – Frankowi Zappie do dziś niektórzy wypominają, że w 1985 roku odmówił udziału w Live Aid, nazywając imprezę największą w historii „pralnią pieniędzy z dragów” (drug laundering – po angielsku słowo „drug” może oznaczać lekarstwo i narkotyk), a Bob Dylan oburzył wszystkich, gdy zasugerował, że może część pieniędzy zebranych w trakcie akcji przeznaczyć na spłaty długów amerykańskich rolników.

Nauka u Easterly’ego daje również lepszą stopę zwrotu z naszego miłosierdzia. W końcu przed Sądem Ostatecznym z naszych zaniechań nie będzie nas rozliczał Bono ani Geldof, ani nawet sekretarz generalny ONZ. Dlatego zanim to nastąpi, powinniśmy uczciwie rozliczyć sami siebie.

Źródło : Rzeczpospolita: Zabijanie dobrocią
Dariusz Rosiak 23-05-2008

Iran, Izrael i broń atomowa – jak to się skończy

Rz: Izraelska armia jest uznawana za jedną z najlepszych na świecie. Dysponuje supernowoczesnym sprzętem. Morale żołnierzy jest wysokie. Dlaczego od tylu lat nie może sobie poradzić ze słabymi Palestyńczykami?

Myli się pan, morale wcale nie jest takie wysokie. Od wielu lat, przynajmniej od pierwszej intifady w 1987 roku, a być może nawet od inwazji na Liban w 1982 roku, walczymy z przeciwnikiem, który jest znacznie słabszy od nas. A gdy walczysz ze słabym, sam stajesz się słaby. Na papierze rzeczywiście mamy wspaniałą armię. Ale wewnętrznie jest ona całkowicie przegniła. Duch bojowy ją całkowicie opuścił. Ostrzegałem zresztą, że tak się stanie już 30 lat temu.

Ma pan na myśli ducha bojowego szeregowych żołnierzy?

Nie, wszystkich Izraelczyków. Żołnierzy, generałów, polityków, tego, co nazywamy opinią publiczną. Wszystko to stało się społeczeństwem tchórzy. Kiedyś byliśmy znani ze swojej determinacji, umiejętności bojowych i gotowości do poświęceń w imię wyższych celów. Dziś nic z tego nie pozostało. Najlepiej widać to było podczas pierwszej wojny w Zatoce Perskiej w 1991 roku. Pierwszy raz w historii w jakimś kraju więcej osób straciło życie ze strachu niż wskutek działań nieprzyjaciela. Tylko trzech Izraelczyków zginęło od eksplozji irackich rakiet. A to i tak przez przypadek.

A reszta?

Zawały serca, napady paniki, uduszenia po włożeniu maski gazowej nieodpowiednią stroną.

Może tajemnicą sukcesu Palestyńczyków jest to, że regularnej armii na ogół trudno walczy się z nieprzewidywalnymi partyzantami?

Powtarzam: przyczyną sukcesu Palestyńczyków jest ich słabość. To tak jak z grą w tenisa. Jeżeli przez długi czas będzie pan grał w z partnerem znacznie słabszym od siebie, z czasem pańskie umiejętności zanikną. Najlepiej gra się z kimś, kto jest na równym poziomie albo nawet nieco lepszy. Wtedy można dać z siebie wszystko. Wojna nie jest wcale kontynuacją polityki. Wojna jest kontynuacją sportu. Jeżeli walczysz ze słabeuszem i go zabijesz, jesteś draniem, jeżeli on cię zabije jesteś idiotą. W obu przypadkach powinno się wszcząć śledztwo.

A co z przewagą technologiczną? Dzisiejsze wojny są w coraz większym stopniu wojnami maszyn.

Żadne czołgi, żadne nowoczesne myśliwce nic nie pomogą, gdy żołnierz jest zdemoralizowany. Jeżeli wsadzi się miecz do słonej wody, to miecz zardzewieje. To tylko kwestia czasu. Są miecze lepsze od innych mieczy, a woda może być mniej lub bardziej słona. Ale prędzej czy później to się stanie – militarna machina zniszczeje i ulegnie rozpadowi.

Jeżeli Izraelczycy faktycznie stracili ducha bojowego, to konsekwencje będą oczywiste. Państwo Izrael zniknie z mapy Bliskiego Wschodu. Czy Żydzi powinni się już pakować?

Mam jednak nadzieję, że druga wojna libańska podziała jak dzwonek alarmowy. Wiem, że armia stara się teraz skorygować wszystkie błędy, trenuje jak szalona i ma wreszcie odpowiednich ludzi, którzy mogą przeprowadzić te reformy. Ludzie, którzy podejmują w tym państwie decyzje, zdali sobie sprawę, że idziemy na dno i że musimy coś z tym zrobić.

Nawet najbardziej intensywny trening nie pomoże, jeżeli Izrael nadal będzie walczył ze słabymi. Zgodnie z pańską teorią, żeby stanąć na nogi, państwo to potrzebuje wojny z jakimś silnym przeciwnikiem. Czy Izrael powinien zaatakować Iran?

I tu docieramy do sedna sprawy. Otóż nie jest to wcale koniecznie. Nie wziął pan pod uwagę jednego bardzo ważnego czynnika – naszych głowic nuklearnych. Wierzę w broń atomową i jej siłę odstraszania. Moim zdaniem wyklucza ona konflikt na większą skalę. Prezydent Nixon powiedział kiedyś, że Arabowie prędzej czy później nauczą się walczyć i wtedy Izrael znajdzie się w opałach. Być może to już nastąpiło, ale ich przywódcy doskonale zdają sobie sprawę, co mamy w naszym arsenale i po prostu się boją. Gdyby nie broń nuklearna, Arabowie już dawno wrzuciliby nas wszystkich do morza. Dlatego codziennie rano, gdy wstaję z łóżka, błogosławię nasze bomby atomowe.

Czyli uważa pan, że w najbliższym czasie nie dojdzie do żadnej poważniejszej konfrontacji?

Izraelczycy są przerażeni na samą myśl o tym, że musieliby się znowu bić. Paradoksalnie najbardziej dotyczy to młodego pokolenia, które nawet nie wie, co to jest prawdziwa wojna. Nie ma zresztą obecnie na horyzoncie żadnego przywódcy, lidera, który mógłby poprowadzić ten naród do wielkich czynów, do wielkiej przygody. Ale być może to dobrze.

Chyba jednak nie w tym regionie.

Nie zgadzam się z panem. Na Bliskim Wschodzie naprawdę doskonale sprawdza się nuklearne odstraszanie. Nie wiem, czy będzie kolejna wojna z Syrią. Wiem natomiast, co zrobić, żeby takiej wojny na pewno nie było. Powinniśmy dać prezydentowi Asadowi dziesięć głowic nuklearnych. Wiemy, że ma on kilkaset rakiet, zdolnych dotrzeć do każdego punktu na naszym terytorium. Kiedy dostanie od nas dziesięć głowic, będzie bał się rzucić w naszą stronę nawet zapałki. Bo jeżeli cokolwiek zacznie nadlatywać z Syrii, nie będziemy wiedzieli, czy przypadkiem nie jest wyposażone w głowicę nuklearną. A na podjęcie decyzji, jak odpowiedzieć, będziemy mieli dwie minuty…

Rozumiem, że chciałby pan, żeby również Iran miał kilka rakiet?

Nie mówmy w trybie przypuszczającym. Irańczycy na pewno będą mieli broń nuklearną. Byliby głupi, gdyby jej nie skonstruowali. Nie będzie to jednak stanowiło żadnego zagrożenia dla Izraela. To arabskie państwa Zatoki Perskiej – z którymi Iran rywalizuje – będą miały problem. My mamy czym się bronić. Gdy Iran pozyska broń nuklearną, na pewno nie będzie wojny z Izraelem. Atomowa równowaga sił między tymi krajami będzie gwarancją pokoju. Coś panu przy okazji powiem: wszelkie, nawet najlepsze, systemy antyrakietowe to strata pieniędzy. Jeżeli chcesz być bezpieczny, załatw sobie głowice nuklearne!

Nie bierze pan jednak pod uwagę nieprzewidywalności reżimu ajatollahów. Któregoś dnia Chamenei może wstać rano i stwierdzić, że Allah kazał mu nacisnąć atomowy guzik.

A czy Stalin był rozsądnym, przewidywalnym przywódcą? Podczas zimnej wojny też się wszystkim wydawało, że komuniści to fanatycy, którzy są gotowi rozpętać wojnę atomową w imię światowej rewolucji. A czy Kim Dzong Il jest normalny? Jeżeli z szalonego dyktatora chcesz uczynić normalnego, ostrożnego polityka – daj mu bombę atomową.

Ludzie, którzy podejmują w tym kraju decyzje, najwyraźniej nie podzielają pańskich teorii. Powtarzają, że „Izrael nigdy nie pozwoli na to, żeby Iran miał broń nuklearną”. To pachnie wojną.

Nie będzie żadnej wojny. To tylko oficjalna retoryka. Równie dobrze można to interpretować w taki sposób: budujcie sobie tę broń, ale jak już ją zbudujecie, to nikomu o tym nie mówcie ani nikomu jej nie pokazujcie. Zróbcie tak jak my. I Irańczycy pewnie tak zrobią. Ja bym tak zrobił na ich miejscu.

Kiedyś powiedział pan, że większość europejskich stolic jest w zasięgu izraelskich głowic atomowych i że „gdy Izrael będzie szedł na dno, weźmie ze sobą cały świat”.

(śmiech) Wiedziałem, że pan o to zapyta. Powiedziałem to w samym środku drugiej intifady, gdy za każdym razem, gdy moja żona jechała na targ w Jerozolimie, trząsłem się ze strachu. Zamachy były non stop. Wtedy przyjechali do mnie ci europejscy dziennikarze i czułem, że mają satysfakcję z tego, że Izrael znalazł się w opałach. A jednocześnie przeprowadzono wówczas sondaż, z którego wynikało, że blisko połowa Izraelczyków popiera czystki etniczne na Palestyńczykach. Siedzieliśmy w tym samym gabinecie i powiedziałem tym dziennikarzom, że ta intifada może się skończyć dla Palestyńczyków bardzo źle. Oni wtedy zaczęli krzyczeć, że „społeczność międzynarodowa” na to nie pozwoli i przypomnieli, co się stało z Miloszeviciem. Odpowiedziałem, że nie jesteśmy żadnym Miloszeviciem i mamy środki, żeby się obronić przed obcą interwencją. Od razu zrobił się wielki skandal i światowa prasa ogłosiła, że krwiożerczy Izraelczycy grożą Europie atomową zagładą.

Czyli wyjęto pańskie słowa z kontekstu?

Przecież Stany Zjednoczone mogłyby w pół godziny zmieść z powierzchni ziemi każdą stolicę na świecie. Powiedzenie tego nie oznacza od razu, że tak się stanie. My także moglibyśmy wyrządzić nieco szkód, gdyby ktoś nas zaatakował. Nic innego nie miałem na myśli.

A o co chodziło z tymi czystkami etnicznymi?

Rozwiązanie takie rozważano kilkakrotnie. Pisze o tym między innymi Ariel Szaron w swoich pamiętnikach. W momencie największego nasilenia terroru pojawiły się pomysły, żeby raz na zawsze pozbyć się Palestyńczyków, a co za tym idzie zagrożenia. Po prostu wypędzić ich wszystkich z Zachodniego Brzegu do Jordanii, która ze względu na wielką liczbę uchodźców i tak jest już na wpół palestyńskim krajem.

Jak sobie to wyobrażano?

Ostatnia wojna w Libanie, gdy z południa tego kraju uciekli mieszkańcy, pokazała, jak łatwo jest to zrobić. Nie trzeba wcale pukać do każdych drzwi i wywozić ludzi ciężarówkami. Wystarczy zabić pięć tysięcy i reszta sama ucieknie.

Ale czy „społeczeństwo tchórzy” byłoby wstanie zrobić coś takiego?

Obecnie pewnie nie. Problem w tym, że jeżeli znowu nie uda nam się podpisać porozumienia pokojowego z Palestyńczykami – szanse na to oceniam na 10 procent – to grozi nam wybuch trzeciej intifady. A gdy w naszym kraju znowu zaczną codziennie wybuchać bomby, gdy znowu zaczną ginąć kobiety i dzieci, społeczeństwo może uznać, że ma dość i dać przyzwolenie na coś takiego. Miejmy jednak nadzieję, że do tego nie dojdzie.

Konflikt izraelsko-palestyński to niejedyny punkt zapalny na Bliskim Wschodzie. Jaka jest pańska ocena obecnej sytuacji w Iraku?

To była najgłupsza wojna odkąd cesarz August w 9 roku przed narodzeniem Chrystusa wysłał swoje legiony do Germanii i już nigdy ich nie zobaczył.

Kto nie wywiązał się z zadania? Amerykańscy generałowie?

Armia od początku była przeciwko tej interwencji. To George W. Bush podjął tę bezsensowną decyzję. Oraz tacy szaleńcy jak Donald Rumsfeld i Dick Cheney. To ci ludzie są odpowiedzialni za tę katastrofę i powinni za nią odpowiedzieć. W przypadku prezydenta Busha prawdopodobnie zagrał czynnik psychologiczny. Zgodnie z etosem swojego klanu chciał nie tylko dorównać ojcu, ale zrobić coś więcej niż on. Chciał okazać się lepszy niż Bush senior.

Nie ma jednak terytorium, którego nie dałoby się podbić.

Jeżeli popełniono jakieś błędy, to nie były to błędy natury czysto militarnej czy strategicznej. Samą kampanię przeprowadzono perfekcyjnie. Problem był raczej natury psychologicznej. Może gdyby podczas pierwszego tygodnia okupacji, gdy tylko zaczęto do nich strzelać, Amerykanie pokazaliby w zdecydowany sposób, kto tu rządzi, losy tej wojny potoczyłyby się inaczej. Oni tymczasem jeszcze zanim rozpoczęli wojnę, już za nią przepraszali.

Jak skończy się ta wojna?

Obawiam się, że blamażem. Drugim Wietnamem. To wszystko trwa za długo, jest za dużo poległych i w pewnym momencie Amerykanie pękną. Już teraz jeden z generałów alarmuje, że niedługo więcej żołnierzy będzie popełniać w Iraku samobójstwa, niż ginąć w walce. A gdy Amerykanie się wycofają, zapanuje chaos i kraj prawdopodobnie rozpadnie się na trzy części. Sunnicką, szyicką i kurdyjską.

Iran nie będzie próbował przejąć kontroli nad swoim sąsiadem?

Jak? Irańczycy nie mają sił lądowych, które umożliwiłyby im inwazję i utrzymanie tak wielkiego terytorium. Mogliby je co najwyżej zbombardować. Poza tym widzą, co tam się teraz dzieje. Jeżeli Stany Zjednoczone nie zdołały tam zaprowadzić porządku, to co dopiero oni. Nawet szyici nie zaakceptowaliby władzy Irańczyków, którzy są przecież nielubianymi przez Arabów Persami.

A jak pan widzi przyszły globalny układ sił. Czy Ameryka utrzyma swoją dominację?

Sytuacja zmierza raczej do innego rozwiązania. Liczyć będzie się pięć supermocarstw: Stany Zjednoczone (jeszcze przez długi czas najpotężniejsze), zjednoczona Europa, Chiny, Indie i najsłabsza w tym towarzystwie Rosja. Rosja jest okrążona przez Europę, państwa arabskie i Chiny i ma gigantyczny spadek populacji. Nie ma średniego przemysłu i żyje z eksportu surowców. To taka wielka Arabia Saudyjska. Myślę, iż Rosjanie szybko wypadną z gry. Świat będzie niedługo przypominać Europę sprzed I wojny światowej. Koncert mocarstw. Z jedną różnicą: broń nuklearna.

Martin van Creveld

urodził się w 1946 roku w Holandii, ale jego rodzina wkrótce wyemigrowała do Izraela. Studiował w Londynie i Jerozolimie, gdzie przez wiele lat pracował na Uniwersytecie Hebrajskim. Napisał kilkanaście książek na temat historii wojskowości, strategii i taktyki, stając się jednym z najwybitniejszych specjalistów w tych dziedzinach na świecie. Wykładał w najbardziej prestiżowych wojskowych uczelniach zachodniego świata na czele z U. S. Naval War College. Doradzał izraelskiemu rządowi i wojsku.

Źródło : Rzeczpospolita: Dać Iranowi atom
Piotr Zychowicz 24-05-2008

Energetyczna polityka Rosji – cała prawda z rosyjskich ust

Putin to biznesmen, Orlen – złodziej, który Rosjanom ukradł rafinerię w Możejkach. A gdyby Kreml chciał, republiki bałtyckie przestałyby istnieć w ciągu 7 minut. Tak szokujące stwierdzenia padały podczas zakończonego w ubiegły weekend IV Forum Europa – Rosja w Rzymie. W nieformalnej atmosferze można powiedzieć znacznie więcej. Spotkanie nieformalne, chwilami po włosku bałaganiarskie i chaotyczne, w którym trzeba było się odnaleźć. Cel – poszukiwanie takiej formuły wspólnego działania, aby polityka nie przeszkadzała kontaktom gospodarczym.

Jak z dumą podkreśla Zygmunt Berdychowski, przewodniczący Rady Programowej Instytutu Wschodniego, już po raz czwarty udało się skłonić Rosjan i ich sąsiadów oraz UE, aby usiedli razem i porozmawiali. Dla porządku: Forum Europa – Rosja służy rozszerzeniu jednego z wątków debat Forum Ekonomicznego, które od 16 lat odbywa się w Krynicy. Misją forum jest budowanie przyjaznego klimatu dla rozwoju współpracy politycznej i gospodarczej między państwami Unii Europejskiej i ich sąsiadami. Robi to coraz bardziej skutecznie.

Współorganizatorem rzymskiego spotkania był włoski Instytut ISPI (Institute for International Political Studies). I co ciekawe, choć konferencję otworzył prezydent kraju, sędziwy już Giorgio Napolitano, który objął nad nią honorowy patronat, jego obecność nie spowodowała wzmożonej kontroli bezpieczeństwa, jak to zwykle bywa w innych krajach. Nikt nawet pobieżnie nie sprawdzał toreb wnoszonych przez gości. Obrady zakończył minister obrony Ignazio La Russa, który wjechał z kogutem na dziedziniec pałacu, wyskoczył z limuzyny i pobiegł na salę obrad.

Nerwy i sukces

Zygmunt Berdychowski – człowiek, który wymyślił tę imprezę – pierwszego dnia był spięty i zdenerwowany. Konferencja była poważniejsza niż zeszłoroczne III Forum Europa

– Rosja w Wiedniu, a prestiżowo dorównuje już krynickiemu Forum Ekonomicznemu. Pytany, czy jest zadowolony, że tak wielu ważnych gości potwierdziło w niej udział, odpowiadał: – Zobaczymy, czy rzeczywiście przyjadą.

Kiedy już przyjechali, nadal był spięty. Bo liczyło się to, czy panele będą interesujące. Cóż, od inaugurującej prezentacji raportu o transformacji w Rosji, kiedy rosyjski beton zaczął się kłócić z rosyjskimi liberałami, wiadomo było, że impreza – niezależnie od tego, jak się dalej potoczy – będzie sukcesem. Wtedy dopiero Berdychowski zaczął rozmawiać na luzie.

A ostatniego dnia promieniał, kiedy ustawiały się do niego kolejki uczestników z gratulacjami. Teraz się zastanawia: – W przyszłym roku

Paryż czy Londyn?

– Nie wiem, czy udałoby się w Londynie zorganizować imprezę z taką atmosferą – mówił prof. Alan Riley z London City University, autor raportu o gazociągu północnym przygotowanego na zamówienie Parlamentu Europejskiego. Jemu samemu odebrało mowę, kiedy usłyszał od Konstantina Simonowa, autora „Rosja: raport o transformacji 2007”, że sprawa przerwania dostaw ropy dla Możejek to czysta polityka polityczna, a „problemy techniczne”, jakimi się tłumaczyli dotychczas Rosjanie, to bzdura. – To rewelacja i rewolucja – odpowiadał mu Riley.

Polacy ukradli nam Możejki, Litwini nie mieli tutaj nic do gadania – perorował Simonow. – Przecież Putin i tak powiedział : Jukos był nasz.Na wszelki wypadek prowadzący panel Iulian Chifu, dyrektor unijnego Centrum Zapobiegania Konfliktom i Wczesnego Ostrzegania, przerwał wypowiedź wyraźnie nakręcającego się Simonowa. Rafineria Możejki „sprzątnięta sprzed nosa Rosjanom przez Polaków” była sprawą zawsze wzbudzającą emocje.

Nawet niektórzy Rosjanie nie wiedzieli, jak było naprawdę. – To nie jest tak. Ropy nie ma, bo w rafinerii spalił się kabel – polemizował spokojnie Walery Fedorow, dyrektor generalny Rosyjskiego Centrum Badania Opinii Społecznej VCIOM. Na sugestię, że awaria jest już usunięta, zareagował ze złością. – My nie mamy takiej wiedzy, wiemy swoje – uciął.

Festiwal mody

Totalny bałagan królował w salach, gdzie rezydowały tłumaczki. W językowym tyglu (uczestnicy spotkania mówili wszak kilkunastoma językami) zapotrzebowanie na tłumaczenia jest ogromne. – Jestem Rosjaninem, więc mówię po rosyjsku – padało często z mównicy. – Jestem Ukraińcem, więc mówienie po rosyjsku nie jest dla mnie problemem – podkreślił Sierihi Teriochin, prezes ukraińskiego Komitetu Opodatkowania i Ceł. W kuluarowych rozmowach z większością patriotów można się było bez problemów porozumieć po angielsku.

Jeśli nie, i tak trzeba było sobie jakoś radzić, bo tłumaczki nie nadążały z tłumaczeniem rozmów panelowych, a z powodu usterek sprzętu w słuchawkach można było usłyszeć tłumione i często niecenzuralne włoskie „putana”, „porca miseria” i „porca Madonna”. Salwy śmiechu wywołała tłumaczka, która nakazała Luisie Todini, wiceprezes Forum Dialogu Włochy – Rosja, aby mówiła wolniej bo przy tym tempie nikt nie będzie w stanie przekazać jej słów.

Forum to także prawdziwy pokaz mody. Dla żeńskiej części delegacji rosyjskiej było okazją do pokazania się w najnowszych kolekcjach Versace, Diora, Chanel czy Max Mary. Zabawne, że lamparcie cętki na obcisłym kombinezonie przedstawicielki Rosji spotykały się ze stonowanymi kolorami… dresu Adidasa reprezentantki Wielkiej Brytanii. Nieformalność ma trudne do ustalenia granice.

Uczestniczki można było także wieczorami spotkać w pobliskim outlecie, gdzie garsonka Armani Colezzioni kosztowała śmiesznie mało w porównaniu z cenami moskiewskimi.

Biznes i media inaczej

Należący do wojska imponujący Palazzo Salviati, zaprojektowany wybudowany w XVI wieku przez Florentine Nanni di Baccio Bigio dla kardynała Bernarda Salviati, jest obiektem idealnym na takie konferencje. Gwarantuje frekwencję, bo telefony komórkowe, głuche wewnątrz budynku, mają zasięg właściwie tylko na rozległym patio, więc każdego, kto nie bierze udziału w panelach, doskonale widać.

Nieformalna formuła wymyślona przez Zygmunta Berdychowskiego ułatwia pracę mediom. Praktycznie z każdym można porozmawiać, dochodziło nawet do tego, że – aby uniknąć posądzeń o korupcję

– to media zapraszały biznes na wino. Jedynym mało entuzjastycznie nastawionym uczestnikiem konferencji okazał się były premier RP Marek Belka, który nie chciał rozmawiać na żaden temat. Jego praca w Europejskiej Komisji Gospodarczej „to sama nuda, nie ma o czym mówić”, a w Rzymie wypowiadał się „wyłącznie jak osoba prywatna”. To stwierdzenie spowodowało, że były prezydent Aleksander Kwaśniewski omal nie spadł z krzesła.

Kuchnia włoska

Włosi z przyjemnością uczyli unijnych kolegów, jak się robi interesy z Rosjanami. – Wszystko musi zacząć się od rozmów waszego premiera z Putinem. Potem jest już łatwo – przekonywał wiceprezes Indesitu Gaetano Casalaina. To, że robienie interesów w tym kraju wymaga szczególnego podejścia, nie ulegało dyskusji. – Bóg dał nam surowce, więc mamy oczywiste prawo do decydowania, kto je wydobywa i gdzie je sprzedajemy – mówił z natchnieniem Anatolij Dmitrijewski, dyrektor Instytutu Ropy i Gazu RAS, podczas panelu o perspektywach gospodarczych Rosji.

Przewodniczył mu Artem Malgin z Moskiewskiego Państwowego Instytutu Stosunków Międzynarodowych. Zaraz na wstępie zaznaczył, że każdy ma 10 minut na wystąpienie. Przemówienie Franca Zallio z włoskiego Instytutu Studiów Międzynarodowych, współorganizatora imprezy, zostało bezceremonialnie przerwane po góra 2 minutach, Dmitrijewski zszedł z mównicy po czasie dziesięciokrotnie dłuższym.

– Nic się nie stało – zapewniał potem Nicolas Zalonis, doradca prezesa włoskiego koncernu lotniczo-zbrojeniowego FinMecanicca. Jego zdaniem Włosi zawsze mówią za dużo, a Rosjan rzadko można posłuchać. Natomiast to, że Putin przyjaźni się z Berlusconim pomaga, każdej transakcji. – Nigdy nie słyszałem, aby Berlusconi pytał Putina o sytuację w Czeczenii czy przestrzeganie praw człowieka. Takie rozmowy tylko szkodzą biznesowi. Trudno się zatem dziwić, że Zalonis uznał pytania niemieckiej parlamentarzystki o losy Michaiła Chodorkowskiego za nie na miejscu.

Rynek w deszczu

Jedyny naprawdę rynkowy element rzymskiej konferencji pojawiał się wówczas, gdy zaczynał padać deszcz. Natychmiast, jak spod ziemi, pojawiali się ciemnoskórzy sprzedawcy parasoli. Cena 5 euro za sztukę wydawała się niewygórowana w sytuacji, kiedy alternatywą było przemoknięcie do suchej nitki.

Uczestnicy spotkania pozostali z uczuciem niedosytu. To kolejny sukces Berdychowskiego, bo będzie miał chętnych do udziału w kolejnych konferencjach. Ciekawe, ile lat musi jeszcze minąć, aby spotkanie Wschodu z Zachodem na takim szczeblu i takim poziomie szczerości mogło się odbyć w Polsce. Naturalnie Rzym jest atrakcyjniejszy od Warszawy czy nawet Krakowa. Tyle że nikt nie przyjechał na forum wyłącznie dla zwiedzenia Rzymu.

Oczywiście po trzech dniach nie można mówić o tym, że Europa zrozumiała Rosję. Ale jest znacznie bliższa zrozumienia rosyjskiego sposobu myślenia.

Danuta Walewska, Piotr Mazurkiewicz z Rzymu

Więcej informacji o spotkaniu w Rzymie http://www.forum-ekonomiczne.pl

Źródło : Rzeczpospolita: Jak w Rzymie rozmawiać z Rosjanami
Danuta Walewska, Piotr Mazurkiewicz 23-05-2008

Polityka gospodarcza Rosji

Cała polityka Putina oparta jest na budowaniu siły dzięki drogiej dzisiaj energii – mówi Konstantin Simonow, prezes Centrum Politycznego Rosji i autor raportu o transformacji Rosji w 2007 roku, w rozmowie z „Rz”


Rz: Gazprom jako Ministerstwo Spraw Zagranicznych Rosji, Rosnieft i grupa Abramowicza jako Ministerstwo Finansów. Jakim krajem może być Rosja, w której rządzą wielkie korporacje?

Konstantin Simonow: To prawda, wpływ wielkich korporacji, i to niekoniecznie państwowych, na rosyjską politykę staje się coraz większy. Zresztą Gazprom może być także Ministerstwem Handlu, bo cała polityka Putina oparta jest na budowaniu siły dzięki drogiej dzisiaj energii. W sytuacji, kiedy w Rosji znajduje się 27 procent światowych zapasów gazu, czy to się komuś podoba czy nie, to i tak będą one narzędziem naszej polityki zagranicznej. Głupio byłoby z tego nie korzystać. A mocny i coraz mocniejszy jest nie tylko Gazprom, ale i giganty metalowe – Rusal, Siewierstal, Norylsk Nickel – które przecież są prywatne, tyle że prowadzone przez biznesmenów przyjaznych Kremlowi. W tej sytuacji nie ma co się dziwić, że rosyjskie władze wspierają ekspansję tych firm poza granicami kraju.

Tyle że często im się to nie udaje…

To też prawda. Siewierstal chciał kupić Arcelor, ale Europa się przestraszyła i wolała sprzedać go Mittalowi. Łukoil chciał kupić w Polsce Rafinerię Gdańską, ale podniósł się wrzask, że to byłby najazd rosyjskiego KGB…

A nie byłby?

Nie, bo Łukoil, choć dobrze żyje z Kremlem, jest dobrze zarządzaną firmą prywatną. Europa jest bardzo skuteczna w stawianiu barier inwestycyjnych.

Wy mówicie o stawianiu barier? A czym jest w takim razie podpisanie przez Władimira Putina w ostatnim dniu kadencji prezydenckiej dekretu ograniczającego dostęp kapitału zagranicznego do 46 branż w gospodarce? W dodatku ten dekret zaczął obowiązywać 7 maja, kiedy Putin objął urząd premiera!

Rzeczywiście, Putin zorientował się, że w ostatnim czasie doszło do ogromnych inwestycji zagranicznych w naszym przemyśle wydobywczym, a zwłaszcza w dziedzinie nośników energii. ExxonMobil, ConocoPhillips, które za czasów Rockefellera się podzieliły, teraz zbierają siły. Zresztą nie dotyczy to wyłącznie USA. Jest jeszcze przecież francuski Total Elf, który umocnił się w Europie. Jeśli do tego dodamy niemieckie E.ON czy Ruhrgas, obraz jest pełny. Podobnie jest w sektorze metalurgicznym, gdzie ArcelorMittal wyrósł na światowego giganta. Putin to wszystko obserwował, wyciągnął wnioski i tak powstała jego strategia. Ale nie mają racji ci, którzy myślą, że Putin kupuje za granicą firmy, żeby mieszać się w politykę. On kupuje po to, aby zarobić pieniądze. To dlatego Rosja zainteresowała się Afryką i Ameryką Łacińską. Być może jednak okaże się, że to wszystko już za późno.

W Wenezueli, Boliwii i Ekwadorze po nacjonalizacji i usunięciu zachodnich koncernów powstanie luka. Czy myśli pan, że Rosjanie będą dążyli, aby ją wypełnić?

Z pewnością będą tam potrzebne technologie, więc postaramy się znaleźć tam swoje miejsce. Tyle że będzie tam silna konkurencja. Byliśmy już przekonani, że mamy rafinerię w Możejkach, a okazało się, że kupił ją polski Orlen.

Kupił rafinerię, ale bez ropy.

Nie macie się co łudzić, rurociąg Przyjaźń pozostanie zamknięty i nie jest to element nacisku na Litwę, ale na Polskę. Rosjanie nie mogą zapomnieć, że usłyszeli od ludzi z Orlenu: jeśli nie sprzedacie nam ropy, kupimy ją sobie w Wenezueli. I nie ma znaczenia, że to Łukoil jest największym klientem rafinerii w Możejkach i głównym odbiorcą jej produkcji.

A czy w blokowaniu zachodnich inwestycji w wydobycie ropy i gazu też chodzi tylko o biznes?

Putin zdał sobie sprawę, że rosyjski udział w europejskim przemyśle wydobywczym jest ośmiokrotnie niższy od inwestycji zagranicznych w tym sektorze w Rosji, dlatego niektóre zachodnie firmy musiały opuścić Rosję. Jesteśmy w stanie udostępnić udziały w tych branżach, ale wyłącznie na zasadach wzajemności. I nie jest to nacisk polityczny, lecz twarde reguły biznesu. A Putin jest najpierw biznesmenem, a potem dopiero politykiem. Najlepszym dowodem jest to, że po zakończeniu kadencji prezydenckiej został premierem. Jemu już się znudziło odpowiadać na pytania związane z prawami człowieka, o sytuację w Czeczenii. Teraz będzie się zajmował biznesem i jeśli ktoś go zapyta, jak tam w Rosji z demokracją, odpowie: zapytajcie prezydenta.

Dlaczego Europa tak bardzo obawia się rosyjskich inwestycji?

Europa jest bardzo strachliwa. Boi się nie tylko pieniędzy rosyjskich, ale i inwestycji funduszy państwowych, arabskich czy chińskich. Natomiast zamykając drogę projektom rosyjskim w energetyce, Europa prowadzi własną grę biznesową. Biurokraci w Brukseli zdają sobie sprawę, że ich istnienie zależy właśnie od złych stosunków z Rosją. Sądzą, że Europa wreszcie się zjednoczy, jeśli znajdzie wspólnego wroga. Czyli szykuje nam się kolejna zimna wojna. Ale koniec końców i tak wiadomo, że Rosjanie sami sobie nie poradzą z wydobyciem gazu ze złóż Sztokmana, bo nie mają odpowiednich technologii, a Europie potrzebny jest ten gaz. Więc w polityce zimna wojna zmieni się w zimny pokój, a potem sytuacja całkowicie się znormalizuje. Innego wyjścia nie ma. A gospodarka niech idzie własną drogą.

Konstantin Simonow skończył nauki polityczne na uniwersytetach w Manchesterze i Moskwie – na tej uczelni skończył też ekonomię. Od kilkunastu lat przygotowuje analizy i opracowania z zakresu międzynarodowych stosunków gospodarczych i politycznych. Zanim związał się w 1997 r. z Centrum Politycznym Rosji pracował też w innych think-tankach oraz w mediach. Od 2003 r. kieruje tą instytucją, latem 2006 r. stanął też na czele Narodowego Instytutu Bezpieczeństwa Energetycznego NESF. Wykłada na Uniwersytecie Moskiewskim oraz Wyższej Szkole Ekonomii.

Źródło : Rzeczpospolita: Putin to biznesmen, a dopiero potem polityk
Danuta Walewska, Paweł Mazurkiewicz 20-05-2008

Tolerancja po gejowsku

„Wrzuć granat na tacę!” – wołają transparenty pokojowych marszy lewicy
W ten sposób różowi rewolucjoniści demonstrują pod naszymi oknami swoje rozumienie tolerancji, demokracji i równości.

Przebrany za zakonnicę transwestyta prowadzi na smyczy kolegę w stringach, kagańcu i koloratce. Posłanka Senyszyn wymachuje pejczykiem, parodiując słowa papieża. Radosny pochód ku chwale dewiacji, aborcji i komunizmu startuje spod poznańskich krzyży, albo próbuje zdobyć Wawel – to nieprzypadkowe symbole.

W warszawskim liceum Robert Biedroń (sądzony niegdyś o obrazę katolików) prowadzi zajęcia z tolerancji. Inny aktywista, Jacek Kochanowski, doktor socjologii na UW, zachęca do zawieszania pornografii homoseksualnej na kościołach oraz głośnych dyskotek w Wielki Piątek. Według niego, już czas na radykalne ruchy, a katolicy to „skazany na wymarcie margines, podskakujący w śmiertelnych konwulsjach”.

Komuniści zaprosili kiedyś do Sejmu gwiazdę porno, a ostatnio pomogli mediom „ograć” parę sodomitów, którzy przyjechali do Polski na zaproszenie i za pieniądze TVN, z zamiarem, by urząd Prezydenta RP nauczyć kultury i tolerancji. W Niedzielę Miłosierdzia zaczynaliśmy obchody rocznicy papieskiej. Tymczasem telewizja pokazywała bez końca, jak dwaj amerykańscy geje pochylają się z troską nad naszym ciemnogrodem. – Oni nas cywilizują – uświadamiała telewidzów Manuela Gretkowska. – Fay i Moulton są jak Cyryl i Metody, którzy przybyli do Słowian, żeby wprowadzać cywilizację.

Monopol na słowa klucze

Takie zachowanie odbiega od słownikowej definicji tolerancji. Nie przypomina też pierwotnego znaczenia takich pojęć jak wolność, równość czy demokracja. Antykatolicyzm lewicy doskonale obrazuje jej rzeczywisty stosunek do różnorodności. Tolerancja starcza dotąd, dokąd sięga ich światopogląd. Za herezję należy się łatka „homofoba”, przyrównanie do antysemity i wykluczenie z debaty społecznej.

„Homofobia” zastąpiła dawną „schizofrenię bezobjawową”, którą KGB diagnozowała u dysydentów, umieszczanych na tej podstawie w szpitalach psychiatrycznych. Pomysł wpisania „homofobii” na listę chorób umysłowych (w miejsce wykreślonego stamtąd homoseksualizmu) pojawił się już parę lat temu. Dziś „homofobię” rozumie się jako ogólny brak entuzjazmu wobec odmieńców seksualnych. A więc tolerancja ma oznaczać bezwarunkową zgodę na sterowanie przestrzenią publiczną przez agresywną mniejszość.

Cel: młodzież

Przyznam otwarcie, że moja tolerancja ma granice. Jedną z nich jest płot mojego domu. Boję się o moje dzieci i chcę je chronić przed molestowaniem wulgarną propagandą. W krakowskim urzędzie miasta na warsztatach tolerancji młodzież dostała od gejów ulotki o higienie w kontakcie z odchodami w ramach pieszczot homoseksualnych. Na Zachodzie akceptacja homoseksualizmu, w mniej lub bardziej obscenicznej formie, przewija się na lekcjach w szkole, a rodzice mają coraz mniej do powiedzenia. W Kanadzie sąd uznał, że nie wolno zwolnić dziecka z edukacji homoseksualnej, bo to by było wbrew prawom gejów.

Nie da się też nie zauważyć powolnego oswajania pedofilii jako „praw seksualnych nieletnich”. Organizacje gejowskie na całym świecie lobbują na rzecz obniżenia wieku osób, z którymi wolno legalnie uprawiać seks. Naukowe pisma gejowskie publikują rozprawy o „pozytywnej pedofilii”. Jedna praca proponuje reformę języka: wykorzystywanie homoseksualne chłopca nazywa „męską intymnością międzypokoleniową”. „Ofiara” to dyskryminujący termin, a rodzice powinni docenić rolę pedofila w wychowaniu dziecka. O pozytywnej pedofilii pisał niemiecki polityk Partii Zielonych, Volker Beck, który na polskich paradach równości maszeruje ramię w ramię z naszymi rodzimymi głosicielami tolerancji, jak Izabela Jaruga-Nowacka, SLD-owski minister ds. rodziny.

Tolerancja kosztem życia?

W czasach pierwszych parad gejowskich w Polsce wmawiano nam, że chodzi tylko o równość i niedyskryminację w pracy. Małżeństwa? Adopcje? Rewolucja społeczna? To może na Zachodzie, ale przecież nie u nas. Tak było zaledwie kilka lat temu.

Mało kto wie, czym zajmują się dziś aktywiści równości. Kampania Przeciw Homofobii złożyła skargę do RPO w sprawie dyskryminacji gejów przez stacje krwiodawstwa. Pan Biedroń, znany z przechwalania się wielością partnerów seksualnych, walczył o prawo aktywnych homoseksualistów do oddawania krwi. Rzecznik musiał podeprzeć się statystykami medycznymi o masowych zachowaniach wysokiego ryzyka wśród gejów. Te dane dały podstawę międzynarodowym regulacjom wykluczającym tę społeczność jako dawców krwi, co nie przeszkodziło jednak homoseksualistom w Kanadzie wymusić zamknięcia „nietolerancyjnego” punktu krwiodawstwa.

Wolność zabrana niepostrzeżenie

W pierwszej kolejności, ideologia gejowska atakuje wolność słowa. Regulacje prawne kneblujące swobodę poglądów wyrastają w zachodnich społeczeństwach jak grzyby po deszczu.

W Wielkiej Brytanii policja traktuje „przestępstwa homofobiczne” priorytetowo. Potrafi wezwać na przesłuchania staruszków, którzy obok gejowskich ulotek rozłożyli literaturę chrześcijańską, albo publicystkę, która na antenie radia przyznała, że jest przeciw adopcji dzieci przez gejów. Agencje adopcyjne muszą przyznawać dzieci homoseksualistom pod groźbą utraty licencji. Jednocześnie dyskwalifikują doświadczone małżeństwo za biblijne poglądy na homoseksualizm. Nie wolno odmówić parze gejów wynajmu mieszkania, pracy w szkole, lokalu na „wesele”. Takich przykładów jest cała litania.

Co istotne, podstawy prawne tych represji pojawiły się na Zachodzie niezauważenie, z pominięciem mechanizmów demokracji. Referenda wykazywały, że społeczeństwa są przeciw. Dopiero żmudne zabiegi polityczne, forsowane precedensy sądowe i kampanie medialne umożliwiły kontrolę nad opinią publiczną.

Czy w Polsce jesteśmy skazani na ten sam proces? Obawiam się, że tak.

Źródło: Gość Niedzielny: Pornografia na kościołach, czyli tolerancja po gejowsku
Joanna Najfeld, 13.04.2008

Homoseksualizm nie jest chorobą – kto o tym zdecydował

W konkursie na najbardziej skuteczny lobbing XX wieku na podium z pewnością stanęłyby środowiska gejowskie. Ofiarami tego konkursu są… sami homoseksualiści.
Pierwszym znaczącym sukcesem lobby gejowskiego było skreślenie homoseksualizmu z listy chorób psychicznych przez Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne w latach 70. Dwadzieścia lat później Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) poszła w ślady Amerykanów. Pierwszy raz w historii o skreśleniu czegoś z listy chorób zadecydowały nie badania naukowe, a referendum przeprowadzone wśród psychiatrów i psychologów. Dobór osób głosujących nie był, zresztą, reprezentatywny. Celowo nie zapytano o zdanie dość licznej grupy specjalistów o odmiennych poglądach.

Jest droga wyjścia
Nawet francuska feministka Elizabeth Badinter nie kryła oburzenia, kiedy pisała o decyzji WHO: „Nie można godzić się na to, by nauka rozstrzygała o fałszu i prawdzie na drodze nacisków grup społecznych, czy (…) referendum”. Nie tylko Badinter wiedziała, że to wpływ lobby homoseksualnego, a nie rzetelna wiedza naukowa, zdecydował o zwrocie w psychiatrii. Intencja była czytelna: jeśli coś nie jest chorobą, jest normalne. I nie można już wmawiać gejom, że „mogą z tego wyjść”. Tymczasem sam dr Robert Spitzer (obecnie profesor), który doprowadził do skreślenia homoseksualizmu z listy zaburzeń w 1973 r., po latach przyznał się do pomyłki. Przeprowadził serię badań wśród osób homoseksualnych, które poddały się terapii (wyniki badań opisał w raporcie Can Some Gay Men and Lesbians Change Their Sexual Orientation? 200 Participants Reporting a Change from Homosexual to Heterosexual Orientation).

Okazało się, że przed jej rozpoczęciem tylko 2 proc. gejów uważało, że „spełnia” się w relacji heteroseksualnej (u kobiet – 0 proc.!). Po terapii już 66 proc. mężczyzn i 44 proc. kobiet uważało się za zdolne do trwania w związku z osobą płci przeciwnej. Dr Spitzer powiedział wtedy: „Jestem przekonany, że wielu ludzi dokonało poważnych zmian w kierunku stania się heteroseksualistami. Podchodziłem do tych badań sceptycznie. Teraz twierdzę, że te zmiany mogą być trwałe”. Tego oczywiście nie chciały uznać organizacje gejów i lesbijek. A za nimi posłusznie podążyły najważniejsze światowe media.

Homo-plan
Wprawdzie spiskowe teorie dziejów są skompromitowaną próbą tłumaczenia rzeczywistości (choć nadal mają wzięcie), jednak równie absurdalne jest odrzucanie możliwości sterowania zbiorową świadomością przez wpływowe grupy nacisku. W przypadku inwazji lobby homoseksualnego argumenty cisną się właściwie same. W 1987 roku w USA gejowskie pismo „Guide Magazine” opublikowało artykuł Marshalla Kirka, który był wyrażonym wprost programem oswajania społeczeństwa z „równouprawnioną” orientacją seksualną. Aż dziwne, że w Polsce przez całe lata nikt nie przedrukował tego znamiennego tekstu. Tylko „Rzeczpospolita” zdobyła się na to w ubiegłym roku („Przerobić heteroseksualną Amerykę”, nr 139/2007).

„Krok 1: Mówcie o homoseksualistach i homoseksualizmie tak często i tak głośno, jak to możliwe. Stoi za tym prosta zasada: niemal każde zachowanie zaczyna wyglądać normalnie, jeśli stykasz się z nim dość często w swoim bliskim otoczeniu (…).

Krok 2: Przedstawiajcie gejów jako ofiary, nie jako agresywnych rywali (…).W tym celu osoby występujące w kampanii powinny być prawe i przyzwoite, miłe w obyciu i godne uznania wedle zwyczajnych standardów, całkowicie niewyróżniające się wyglądem – jednym słowem, nierozróżnialne od heteroseksualistów, do których chcemy dotrzeć (…).

Krok 3: Nasza kampania nie może domagać się bezpośredniego wsparcia dla praktyk homoseksualnych; powinna natomiast obrać za główny wątek walkę z dyskryminacją. Wolność słowa, wolność wyznania, wolność zrzeszania się, prawo do sprawiedliwego procesu i powszechna ochrona prawna – takie problemy powinna uwypuklać nasza kampania.

Krok 4: Zadbajcie, żeby geje dobrze wypadali (…). W krótkim czasie zręczna i bystra kampania medialna może przemienić wspólnotę gejowską w matkę chrzestną cywilizacji zachodniej. Równolegle nie powinniśmy zapominać o poparciu ze strony gwiazd.

Krok 5: Sprawcie, aby wrogowie wypadli źle. Na późniejszym etapie kampanii, kiedy już reklamy gejowskie spowszednieją, nadejdzie czas rozprawić się z pozostającymi nadal przeciwnikami. Mówiąc bez ogródek – trzeba ich zmieszać z błotem. Mamy przy tym dwojakie cele. Po pierwsze chcemy zastąpić pewną siebie homofobię ogółu wstydem i poczuciem winy. Po drugie chcemy sprawić, by wrogowie gejów wyglądali tak paskudnie, że przeciętny Amerykanin będzie chciał się od nich trzymać z daleka”.

Owoce tak zakrojonego planu działania widać gołym okiem. Autor artykułu pisze także, że podjęcie tych działań jest pilne ze względu na „dobro każdej osoby homoseksualnej”. Z pewnością nie pytał o zdanie tych homoseksualistów, którzy czują się źle ze swoimi skłonnościami (które, przypomnijmy, nie są grzechem! grzechem są dopiero czyny homoseksualne) i próbują wyjść na prostą.
Jacek Dziedzina

Źródło: Gość Niedzielny: Homo-lobby nr 1
artykuł z numeru 19/2008 11-05-2008

—————–

Artykuły powiązane:
Propaganda homoseksualna – jak to się robi

—————-

Lewica niszczy społeczeństwo

Wpływowi XX-wieczni ideologowie lewicowi głosili program przebudowy świata nie poprzez politykę, ale poprzez kulturę. Ostatnie przemiany cywilizacyjne nie są więc wcale nieodpartą konsekwencją logiki dziejów

Jan Paweł II w książce „Przekroczyć próg nadziei” pisał, że dziś toczy się bój o duszę tego świata. Precyzował, że miejscami szczególnie zażartego konfliktu, zdaniem papieża, są „nowożytne areopagi”: „Areopagi te to świat nauki, kultury, środków przekazu; są to środowiska elit intelektualnych, środowiska pisarzy i artystów”.

Papieska diagnoza uznająca prymat kultury nad polityką znakomicie koresponduje z tezami wielu współczesnych politologów i psychologów społecznych, którzy piszą o wyższości władzy kulturowej nad władzą polityczną. Dzisiaj Hollywood czy CNN wywierają większy wpływ na Amerykanów niż Senat czy Izba Reprezentantów. Coraz rzadziej wyobraźnię zbiorową poruszają politycy, a coraz częściej gwiazdy mediów. To właśnie trendy kulturowe i obyczajowe lansowane przez środki masowego przekazu w największym stopniu zmieniają oblicze cywilizacji.

W jakim kierunku podążają owe zmiany? Jan Paweł II nie miał powodów do zadowolenia. Wielokrotnie pisał, że martwi go postępująca, zwłaszcza w Europie Zachodniej i Ameryce Północnej, sekularyzacja i dechrystianizacja. Ubolewał nad kryzysem rodziny, zapaścią demograficzną i upadkiem tradycyjnych wartości. Nad podniesieniem aborcji, eutanazji czy związków jednopłciowych do rangi normy.

Symptomy owych przemian cywilizacyjnych można wymieniać jeszcze długo – jednak zasadnicze w tym kontekście wydaje się pytanie: czy przemiany te są wynikiem bezosobowych procesów kulturowych, czyli wynikają z obiektywnej logiki dziejów, czy też są rezultatem świadomych strategii człowieka? Odpowiedź, jaką najczęściej słyszy się w mediach, brzmi: „świat zmierza w tym kierunku”, „taka jest już kolej rzeczy”, „ludzkość dojrzewa i wyzwala się z dawnych ograniczeń” itp.

Jan Paweł II miał na ten temat nieco inne zdanie. Pisząc o wspomnianej wojnie o duszę świata, precyzował: „Jeśli bowiem z jednej strony jest w nim (w świecie) obecna Ewangelia i ewangelizacja, to z drugiej strony jest w nim także obecna potężna antyewangelizacja, która ma też swoje środki i swoje programy i z całą determinacją przeciwstawia się Ewangelii i ewangelizacji”. Siły antyewangelizacji, zdaniem papieża, jako swoje strategiczne punkty oddziaływania wybrały „nowożytne areopagi”.

Czy Jan Paweł II nie przesadzał, pisząc o potężnych siłach dysponujących ogromnymi środkami i programami, by walczyć z chrześcijaństwem? Moglibyśmy uznać tę diagnozę za przejaw spiskowej teorii dziejów, gdybyśmy nie znali strategii wpływowych XX-wiecznych ideologów lewicowych, którzy głosili program przebudowania świata nie poprzez politykę, ale poprzez kulturę. Żeby poznać ich założenia, musimy się cofnąć o niemal 100 lat.

Długi marsz przez instytucje

Na początku ubiegłego stulecia klasa robotnicza nie spełniła nadziei, jakie pokładali w niej przywódcy światowego komunizmu. Robotnicy rosyjscy nie wsparli masowo rewolucji bolszewickiej, dlatego Sowieci musieli utrzymywać władzę, stosując terror. Robotnicy polscy nie przyłączyli się do Armii Czerwonej, kiedy ta maszerowała na Warszawę, ale bronili swej burżuazyjnej ojczyzny przed komunistami. Robotnicy francuscy, angielscy czy niemieccy byli, z nielicznymi wyjątkami, mało zainteresowani rewolucją socjalistyczną.

Dlaczego masy pracujące nie poparły partii, która miała przynieść im wyzwolenie z ucisku? Ponieważ miały fałszywą świadomość, brzmiała klasyczna odpowiedź marksistowska. Dlaczego jednak miały fałszywą świadomość? Odpowiedzi na to pytanie udzielił jeden z przywódców włoskiej partii komunistycznej w okresie międzywojennym, filozof Antonio Gramsci. Jego zdaniem robotnicy nie mogli rozpoznać swojego prawdziwego interesu klasowego, ponieważ ich dusze przesiąknięte były ideami chrześcijaństwa. Według niego rewolucja komunistyczna mogła udać się w Rosji, ponieważ na Wschodzie państwo było wszystkim. Dlatego bolszewicy, przejmując władzę w państwie, mogli wprowadzić ustrój komunistyczny. Na Zachodzie jednak sytuacja wyglądała inaczej: tam państwo nie było wszechmocne, gdyż istniała „mocna struktura społeczeństwa obywatelskiego”. Dlatego w społeczeństwach zachodnich należało – zdaniem Gramsciego – wybrać inną strategię: nastawić się na „długi marsz przez instytucje”.

Włoski marksista kreślił następujący plan działania: trzeba przejmować i przekształcać szkoły, uczelnie, czasopisma, gazety, teatr, kino, sztukę. Należy opanować ośrodki opiniotwórcze (owe „nowożytne areopagi”) po to, by zmienić dominującą kulturę, a przede wszystkim wyrugować z niej wpływy chrześcijaństwa. Formowany przez nową kulturę człowiek przyszłości, wyzwolony od miazmatów religii, miał zostać tak ukształtowany, by sam, bez przymusu państwa, przyjął komunistyczne postulaty jako swoje.

Gramsci uważał, że pierwszoplanowym zadaniem lewicy nie jest zdobycie władzy i zmiana ustroju, bo przy panującej na Zachodzie mentalności i strukturze społecznej nie ma ona szans na długie utrzymanie się. Głównym celem jest więc zmiana świadomości zbiorowej w ten sposób, aby władza sama dostała się w ręce lewicy. Był to oczywiście projekt długofalowy, rozpisany na dziesiątki lat. Stanowił także odwrócenie strategii Lenina, który – używając żargonu marksistowskiego – twierdził, że najpierw trzeba zdobyć „bazę” (czyli środki produkcji), a potem można dokonywać zmian w „nadbudowie” (czyli w kulturze).

Seks dla lepszego jutra

Podobne poglądy prezentował węgierski filozof komunistyczny György Lukacs. On także uważał, że marksizm będzie się mógł zakorzenić w duszy człowieka Zachodu dopiero wówczas, gdy wyrugowane zostanie stamtąd chrześcijaństwo.

Kiedy na Węgrzech wybuchła rewolucja komunistyczna pod wodzą Beli Kuna, Lukacs został mianowany ministrem kultury. Wprowadzał wówczas w życie swe, jak sam je nazywał, „demoniczne idee”. „Jedyne rozwiązanie widziałem w rewolucyjnej destrukcji społeczeństwa“ – wspominał.

Jednym z głównych obiektów ataku Lukacsa była rodzina, którą uważał za fundament chrześcijaństwa i cywilizacji zachodniej. Dlatego celem jego działalności w rządzie Kuna było zniszczenie tradycyjnej rodziny. W tym celu wprowadził do szkół program edukacji seksualnej, w ramach którego uczono, że monogamiczne małżeństwo jest przeżytkiem, promowano „wolną miłość”, czyli rozwiązłość płciową, a także atakowano chrześcijaństwo jako religię zakazującą człowiekowi doznawania rozkoszy.

To właśnie w tamtych czasach powstało określenie „rewolucja seksualna”. To nieprawda, że narodziło się ono wśród amerykańskich hipisów, dzieci kwiatów w epoce Woodstock. Jako pierwszy sformułowanie to zaczął propagować po I wojnie światowej działacz komunistyczny i psychoanalityk Wilhelm Reich, który założył w Wiedniu Socjalistyczne Towarzystwo Konsultacji i Badań Seksuologicznych, a w Berlinie Niemieckie Towarzystwo Proletariackiej Polityki Seksualnej. Opracowany wówczas przez niego program proletariackiej edukacji seksualnej (tzw. prol-sex) zakładał zachęcanie młodzieży do masturbowania się czy tworzenie domów publicznych dla dorastających chłopców.

W swojej pracy „Psychologia masowa faszyzmu” Reich pisał, że źródłem powstania faszyzmu jest tłumienie popędu seksualnego, za co odpowiedzialna jest represyjna kultura chrześcijańska ze swoją ideą monogamicznego małżeństwa. Po to więc, by nigdy więcej nie pojawił się faszyzm, należy zniszczyć tradycyjny model rodziny i zastąpić go „wolną miłością”. Reich głosił, że po rewolucji francuskiej, która przyniosła wyzwolenie polityczne, i bolszewickiej, która przyniosła wyzwolenie społeczne, należy doprowadzić do trzeciej rewolucji – seksualnej, która przyniesie wyzwolenie obyczajowe.

Jaki jednak związek istnieje między owymi działaczami komunistycznymi, którzy głosili swe poglądy w okresie międzywojennym, a czasami współczesnymi? Otóż wspomniany Wilhelm Reich wyemigrował po II wojnie światowej do Stanów Zjednoczonych, gdzie nie tylko zapoczątkował modę na psychoanalizę wśród amerykańskich elit umysłowych, lecz także znalazł podatny grunt dla głoszenia swych haseł o „rewolucji seksualnej”. Dla zbuntowanej młodzieży w 1968 roku był jednym z głównych idoli. Koszulki z jego podobizną noszono obok wizerunków Marksa i Mao.

Reich związany był również z niezwykle wpływowym środowiskiem tzw. Szkoły Frankfurckiej. W 1923 roku wspomniany już György Lukacs wraz z niemieckimi komunistami założył na Uniwersytecie we Frankfurcie Instytut Marksizmu, którego pierwowzorem był moskiewski Instytut Marksa-Engelsa. Z czasem zmienił on nazwę na Instytut Badań Społecznych, ale do historii wszedł pod nazwą Szkoły Frankfurckiej. Kiedy do władzy w Niemczech doszedł Hitler, większość liderów tego środowiska wyemigrowała do USA, gdzie zajęła ważne miejsce w amerykańskim życiu akademickim. Do najbardziej prominentnych przedstawicieli tej formacji należeli m.in. Max Horkheimer, Theodore Adorno czy Herbert Marcuse – później główny ideolog rewolty młodzieżowej 1968 roku.

Przedstawiciele Szkoły Frankfurckiej przejęli od Gramsciego koncepcję „długiego marszu przez instytucje”To kultura, a nie polityka, miała się stać głównym narzędziem przebudowy społecznej.

Szkoła Frankfurcka była laboratorium myśli nowej lewicy. Przejęła od starej lewicy marksistowskie schematy myślenia i przełożyła je na pojęcia kulturowe. Przede wszystkim zastąpiła determinizm ekonomiczny determinizmem kulturowym. Dokonała też zasadniczych zmian w ideologii – ponieważ robotnicy nie sprawdzili się jako awangarda socjalizmu, gdyż zbyt często opowiadali się po stronie kapitalistów lub chrześcijaństwa, w roli „uciśnionego proletariusza” zaczęto więc obsadzać nowe grupy społeczne: młodzież (zwłaszcza podczas wydarzeń w 1968 roku), kobiety (stąd ideologia feministyczna i gender studies), homoseksualistów (rozkwit lobby gejowskiego) itd. Ostatnio coraz częściej w roli prześladowanej ofiary, którą trzeba wyzwolić z kapitalistycznego ucisku, obsadzana jest… Matka Ziemia.

Nie zmienił się natomiast sposób działania nowej lewicy, którym jest podkopanie chrześcijańskich fundamentów naszej cywilizacji. Temu służy wypracowana przez Szkołę Frankfurcką tzw. teoria krytyczna. Ta rozpowszechniona dziś na uniwersytetach zachodnich teoria mówi o tym, że kultura zachodnia odpowiedzialna jest za pojawienie się największych bolączek współczesnego świata: imperializmu, rasizmu, nazizmu, faszyzmu, antysemityzmu, seksizmu, ksenofobii, homofobii i innych plag społecznych. Na ławie oskarżonych posadzone zostają: chrześcijaństwo – jako źródło wykluczenia, patriarchalna rodzina – jako miejsce formowania się osobowości autorytarnych, tradycja – jako przyczyna zacofania, moralność – jako przeszkoda dla samorealizacji, kapitalizm – jako forma wyzysku człowieka, patriotyzm – jako rozsadnik nietolerancji itd.

Skutki tego typu myślenia obserwujemy dziś na Zachodzie na każdym kroku – w programach edukacyjnych, w ofercie mediów, w nowym ustawodawstwie itp. Można oczywiście tłumaczyć to bezosobowymi i nieuchronnymi procesami cywilizacyjnymi. Zaprzeczają temu jednak wypowiedzi przedstawicieli pokolenia ’68, którzy od lat są głównymi rzecznikami kulturowej rewolucji.

Jeden z nich, Charles Reich, pisał w swym programowym tekście z 1970 roku: „Nadchodzi rewolucja. Nie będzie podobna do rewolucji z przeszłości. Będzie zapoczątkowana przez jednostkę i kulturę; zmieni strukturę polityczną dopiero w końcowym akcie. Nie będzie wymagała przemocy, aby osiągnąć sukces, i nie będzie się jej można skutecznie oprzeć przemocą. Rozprzestrzenia się ona teraz z zaskakującą gwałtownością i już nasze prawa, instytucje, struktury społeczne zmieniają się w wyniku jej działania… To jest rewolucja nowej generacji”. O „rewolucji nowej generacji” pisał też wprost guru pokolenia ’68 Herbert Marcuse: „tradycyjna idea rewolucji i tradycyjna strategia rewolucji skończyły się… To, co musimy przeprowadzić, jest rodzajem rozbijającej, rozproszonej dezintegracji systemu”. Według niego na ruinach starego porządku powstać powinien nowy twór – „społeczeństwo permisywne”.

Podobnym językiem mówi dziś w Polsce środowisko „Krytyki Politycznej”, które także głosi hasło przemodelowania mentalności społecznej przez kulturę i nastawia się na długofalowe działania. Przedstawiciele tej formacji ubolewają, że nasz kraj nie wszedł jeszcze w tę fazę rozwoju, którą państwa zachodnioeuropejskie mają już za sobą.

Uczcie się od Amerykanów

Jan Paweł II zdawał sobie sprawę z potęgi kultury. Często podkreślał, że naród polski mógł przetrwać ponad 120 lat bez własnego państwa właśnie dzięki niej. Dlatego nie ograniczał się jedynie do diagnozy, że na świecie trwa dziś swoisty Kulturkampf, ale zachęcał chrześcijan, by brali udział w batalii o przyszły kształt cywilizacji.

Wydaje się, że na to wyzwanie współczesności lepiej potrafią dziś odpowiadać chrześcijanie w USA niż w Europie Zachodniej. Oba te miejsca podlegają silnej presji sekularyzacyjnej, ale ludzie wierzący w Ameryce potrafią stworzyć dla niej alternatywę w przestrzeni publicznej. Religia nadal zachowuje tam żywotność, a nawet potrafi przechodzić do ofensywy, co na zachodzie Europy jest nie do pomyślenia.

Jedną z głównych przyczyn tego stanu jest prawidłowe rozpoznanie przez amerykańskich chrześcijan charakteru starcia kulturowego. Liderzy środowisk katolickich i protestanckich w USA mówią wprost, że główna linia starcia cywilizacyjnego przebiega dziś przez redakcje, sądy, szkoły i uniwersytety, a stawką w toczącym się konflikcie jest nie tylko oblicze mediów, kształt prawa czy sposób edukacji, ale przyszłość chrześcijaństwa. Dlatego tak wiele wierzących osób angażuje swoje środki, czas i energię, by budować i wspierać nowe instytucje w dziedzinie edukacji, prawa i mediów. Przykładem może być choćby znany miliarder Tom Monaghan, który stworzył sieć szkół katolickich, a jego okrętem flagowym jest wybudowany od podstaw uniwersytet Ave Maria w Naples na Florydzie. Polska znajduje się dziś w pewnym rozdwojeniu: z jednej strony należy do Unii Europejskiej, ale z drugiej – jeśli chodzi o sprawy religijne, obyczajowe czy kulturowe – bliżej jest jej do USA niż do większości krajów UE. Otwarte pozostaje pytanie: czy weźmiemy przykład ze Stanów Zjednoczonych, czy z Europy Zachodniej?

Ojciec Maciej Zięba posiada w swym archiwum aż sześć listów od Jana Pawła II, w których papież zachęca do szukania inspiracji u Amerykanów. W jednym z nich (w grudniu 1993 r.) pisał: „Takie czasy nastały, że w wyciąganiu Polaków z aktualnego »poplątania« pomagają Amerykanie. Dzieje się to nie po raz pierwszy, ale tym razem ci bracia zza oceanu uczą nas lepiej rozumieć to, co my sami powinniśmy lepiej rozumieć od nich. Ale co poradzić, skoro nasze »lewicowo-laickie« rozumienie zostało »nawiedzone« przez mit »absolutu europejskiego«”.

Między Polską a USA istnieje wiele różnic, które uniemożliwiają skopiowanie modelu amerykańskiego – nie ma u nas prawdziwej wolności gospodarczej, zamożnego społeczeństwa, silnej klasy średniej czy tradycji mecenatu prywatnego. Według o. Zięby polscy chrześcijanie mogą się jednak uczyć od amerykańskich kolegów oddolnej samoorganizacji, godzenia wiary z nowoczesnością czy zaangażowania w sferę publiczną, by być słyszalnym na „nowożytnych areopagach”.

Jednym z fundamentów cywilizacji chrześcijańskiej jest pojęcie wolnej woli. Zakłada ono, że nie ma nieubłaganych konieczności dziejowych, które zmuszałyby nas do wyrzeczenia się Boga i dechrystianizacji. Wszystko zależy więc od wolnej woli człowieka. Od osobistych wyborów poszczególnych ludzi.

Źródło : Rzeczpospolita: Kto zdobędzie nowożytne areopagi?
Grzegorz Górny 09-05-2008

Reklama skierowania do dzieci – czyli pranie mózgów

Producenci żywności prześcigają się w wymyślaniu upominków dla dzieci. One prześcigają się ich zdobywaniu. To niepokojące zjawisko – mówią psycholodzy.

Ośmioletni Dominik ma kolekcję ponad stu gadżetów. – Wśród nich są kartolepki z „Harry’ego Pottera” (z rogalików), kapsle z „Epoki lodowcowej” (z chipsów), figurki Shreka (z chipsów), Kinder niespodzianki – wylicza mama Dominika. – Ostatnio zbiera danglery (plastikowe breloczki) i naklejki Funky Punky (z chipsów).

Przyznaje‚ że godzi się na tę pasję kolekcjonowania z obawy‚ żeby syn nie został odsunięty od grupy rówieśniczej.

– Uczniowie‚ którzy z jakichś powodów nie zbierają gadżetów‚ automatycznie tracą możliwość uczestniczenia w zabawach i grach zespołowych – dzieli się swoim doświadczeniem Kamil z Gimnazjum nr 76 w Warszawie. – Na początku upominki kolekcjonuje zaledwie kilka osób‚ wkrótce jednak są nimi zainteresowani prawie wszyscy chłopcy w klasie. Rekordziści mają nawet po kilkaset gadżetów.

Rywalizacja na pokaz

Wśród popularnych upominków są też karty do gry‚ kapsle‚ boinksy (plastikowe skaczące kółka), wyrzutnie‚ tatuaże‚ figurki‚ pluszaki‚ kartolepki‚ zwykłe naklejki czy mininaklejki. Na niektórych umieszczono hasła‚ jak w przypadku naklejek Funki Punky z chipsów Cheetos: „Masz doła? To go zakop” czy „Zgadzam się‚ a i tak robię swoje”.

Do rywalizacji o gadżety przystępują też rodzice. – W naszym społeczeństwie jest wielu neofitów‚ którzy praktykują następujący sposób myślenia: „Skoro mamy pieniądze‚ pokażmy światu‚ że faktycznie je posiadamy” – mówi psycholog dr Ludwika Wojciechowska z Uniwersytetu Warszawskiego. – Tacy rodzice pragną‚ żeby ich dziecko pod jakimś względem okazało się lepsze od rówieśników. Kupują mu więc markowe ubrania lub‚ jak to robią niektórzy‚ zaopatrują w upominki reklamowe – tłumaczy. Przyznaje‚ że zjawisko rywalizacji między uczniami o ilość posiadanych gadżetów jest bardzo niepokojące. – Dzieci, zbierając zabawki, myślą wyłącznie o sobie i dominującej pozycji w grupie. Nie zastanawiają się‚ jak czują się ich koledzy‚ którzy takich upominków nie mają. Rzadko odczuwają potrzebę podzielenia się z nimi.

Klient jak każdy inny

Karty z podobiznami gwiazd futbolu po raz pierwszy pojawiły się w opakowaniach amerykańskich płatków śniadaniowych. Do początku lat 90. znajdowały się na nich wyłącznie zdjęcia idoli. Pomysł ewoluował‚ odkąd restauracji McDonald’s udało się nakłonić chłopców do zrobienia sobie fotografii pamiątkowej‚ którą później mogły kupować dziewczynki.

Obecnie zabawki dołączane do chipsów‚ rogalików‚ gum balonowych czy batoników mało kogo dziwią. – W Polsce traktuje się dzieci jak zwykłych konsumentów. Inaczej niż w Szwecji‚ gdzie obowiązuje całkowity zakaz emitowania reklam produktów skierowanych do najmłodszych – tłumaczy Sławomir Wojtkowski‚ dyrektor Warszawskiej Szkoły Reklamy. Jego słowa znajdują potwierdzenie w badaniach przeprowadzonych przez AGB Nielsen Media Research, z których wynika‚ że liczba reklam telewizyjnych skierowanych do najmłodszych systematycznie wzrasta.

– Założeniem dobrej reklamy jest to‚ żeby po jej obejrzeniu dzieci nakłoniły rodziców do zakupu określonego produktu. W tym celu świadomie wykorzystywane jest dziecięce pragnienie posiadania i zabawy‚ a także potrzeba akceptacji ze strony grupy rówieśniczej – tłumaczy Wojtkowski. Zdaniem wielu psychologów dzieci odbierają reklamy bezkrytycznie. Nie uświadamiają sobie‚ że upominki znajdują się często w tzw. śmieciach żywieniowych‚ czyli pożywieniu zbędnym dla ich zdrowia a zawierającym dużo tłuszczu‚ cukrów i konserwantów.

Mama ośmioletniego Grzesia przyznaje‚ że kontrolowanie zdrowej diety dziecka podczas akcji promocyjnych jest szczególnie trudne. – Jeżeli sama nie kupię chipsów‚ to syn wykorzysta na ten cel pieniądze przeznaczone na drugie śniadanie – wyjaśnia. Kamil potwierdza‚ że w szczytowym momencie mody smak‚ cena i wartość odżywcza produktów w ogóle przestają się liczyć. – Przede wszystkim chodzi o niespodziankę‚ którą można znaleźć w środku opakowania – tłumaczy.

Rodzicu pilnuj się sam

Sami producenci zdają się nie zauważać problemu. – Moda na zbieranie upominków reklamowych wspomaga wśród dzieci nawiązywanie kontaktów z rówieśnikami‚ co sprzyja interakcjom w grupie rówieśniczej – przekonuje Małgorzata Skonieczna‚ przedstawicielka Frito Lay‚ producenta chipsów Cheetos i Lays w Polsce. Pytana o ewentualne przypadki odsunięcia dziecka od grupy z powodu nieposiadania przez nie gadżetów odpowiada: – To do obowiązków wychowawców należy takie kształtowanie postaw i wyborów dzieci‚ by relacje między rówieśnikami rozwijały się prawidłowo. Przejmowanie tych zadań przez firmę byłoby przejawem arogancji wobec opiekunów – wyjaśnia. Jej zdaniem chipsy produkowane przez Frito Lay nie są niezdrowe. – Spełniają wszystkie rygorystyczne normy‚ ale oczywiście spożywanie każdego produktu w nadmiernych ilościach nie jest wskazane – mówi. Podkreśla‚ że obowiązkiem opiekunów jest do takich sytuacji nie dopuścić.

Zdaniem dr Wojciechowskiej uprzywilejowaną pozycję w walce z negatywnymi skutkami gadżetomanii mają pedagodzy szkolni. – Małe dzieci uznają nauczycieli za niepodważalne autorytety‚ dzięki czemu stosunkowo łatwo jest im kształtować pozytywne zachowania uczniów – tłumaczy. Wielu z nich jednak nie widzi tu żadnego problemu. – Dopóki nie gra się gadżetami na lekcjach‚ to w ogóle im to nie przeszkadza. Podobnie jest z rodzicami‚ którzy nie akceptują tylko gry na pieniądze – mówi Kamil.

W myśl zasady „chcieć to móc” postanowili postąpić rodzice i wychowawcy Niepublicznej Szkoły Podstawowej nr 47 w Warszawie‚ usuwając ze sklepiku szkolnego „śmieciową” żywność. – Wprowadziliśmy również kampanię informacyjną dotyczącą zdrowego odżywiania – podkreśla Kazimierz Stankiewicz‚ dyrektor placówki. Dodaje‚ że od czasu zmian zaobserwował mniejsze zainteresowanie upominkami reklamowymi wśród dzieci. Jednak‚ zdaniem dr Wojciechowskiej‚ takie działania są pomocne‚ ale nie docierają do źródła problemu. Uważa‚ że w Polsce powinien powstać specjalny program wychowawczy‚ który uczyłby dzieci technik obrony przed reklamą. W szczególności – umiejętności wyzwolenia się spod jej negatywnego wpływu.
Źródło : Rzeczpospolita: Potop atrakcji z chipsów
Anna Sztandera 08-05-2008