Walka z dyskryminacją wg szwedzkich nauczycieli

Władze pewnej szwedzkiej szkoły zarzuciły ośmioletniemu chłopcu łamanie praw innych dzieci, ponieważ ten nie zaprosił na swoje przyjęcie urodzinowe dwóch kolegów z klasy.

Jeden z uczniów szkoły podstawowej w Lund na południu Szwecji postanowił rozdać zaproszenia na swoje urodziny w trakcie szkolnych zajęć. Gdy nauczyciel spostrzegł, że dwóch chłopców zostało pominiętych, skonfiskował wszystkie zaproszenia.

Władze placówki argumentują, że ich obowiązkiem jest dbanie o to, aby nikt nie był dyskryminowany, gdy zaproszenia są rozdawane na terenie szkoły.

Natomiast ojciec ośmiolatka powiadomił o zajściu rzecznika praw obywatelskich. Jak wyjaśnił, jego syn nie zaprosił na przyjęcie dwojga dzieci, ponieważ jedno z nich wcześniej nie zaprosiło go na własne urodziny, natomiast z drugim się pokłócił.

Źródło : PAP: Niezaproszenie na urodziny to dyskryminacja
reg 30-06-2008

Reklamy

Odszkodowania dla ocalałych z Holokaustu

Zaledwie połowa rekompensat, jakie Niemcy wypłaciły Izraelowi, trafiła do ocalałych z Holokaustu – ustaliła specjalna komisja prawników

– To niesprawiedliwe z ludzkiego i narodowego punktu widzenia. Państwo Izrael przez kilka pokoleń nie zadbało odpowiednio o ocalałych z Holokaustu

– powiedziała cytowana przez dziennik „Jerusalem Post” szefowa komisji, była sędzina Sądu Najwyższego Dalia Dorner.

Chodzi o porozumienie zawarte pomiędzy RFN a Izraelem w Luksemburgu w 1952 roku. Niemcy zobowiązali się wówczas do wypłacenia izraelskiemu rządowi wysokich rekompensat za Holokaust. W wyniku tej umowy na izraelskie konta wpłynęło około 61,5 miliarda szekli (około 20 miliardów dolarów).

Jak ustaliła komisja Dalii Dorner, zaledwie trochę więcej niż połowa z tego (38 miliardów szekli) trafiła do ocalałych w postaci bezpośrednich wypłat, świadczeń socjalnych i opieki medycznej. Jak wyliczyli prawnicy, rząd jest w sumie winien każdemu z nielicznych już ocalałych po dwa miliony szekli.

Co się stało z resztą pieniędzy? – To były początki Państwa Izrael. Kraj był w trakcie budowy. Niemieckie pieniądze poszły na powstającą infrastrukturę. Był to jednak poważny błąd – powiedział „Rzeczpospolitej” znany izraelski pisarz Eliahu Salpeter. – Rząd powinien naprawić błąd, póki nie jest za późno. Pieniądze trzeba zwrócić – dodał.

W Izraelu mieszka obecnie blisko ćwierć miliona Żydów, którzy przetrwali w okupowanej przez Niemców Europie. Jedna trzecia żyje w ubóstwie. Według szacunkowych danych co roku umiera kolejne 10 procent ocalałych.

Źródło : Rzeczpospolita: Czy rząd Izraela oszukał ocalałych
Piotr Zychowicz 24-06-2008

Państwo ogranicza wolność w Internecie

Już nie tylko reżimy dyktatorskie kontrolują zawartość stron WWW. Coraz częściej robią to państwa demokratyczne. W sieci wrze

Wielką burzę wywołał projekt ustawy przyjętej kilka dni temu przez szwedzki parlament. Nazwano ją „prawem Orwella”. Agencja rządowa będzie mogła dzięki niej kontrolować pocztę elektroniczną Szwedów.

Kilka miesięcy temu podobna burza wybuchła w Finlandii, gdy okazało się, że policja ma listę 1700 zagranicznych stron z pornografią dziecięcą, które miały zostać zakazane w tym kraju. Internauci pisali, że policja nie sprawdziła dobrze wszystkich witryn, bo na liście znalazł się sklep z instrumentami muzycznymi i sklep z lalkami. Grozą powiało, gdy do listy dodano stronę osoby, która ośmieliła się skrytykować cenzurę w sieci.

O cenzurze mówi też Unia Europejska. Pod koniec ubiegłego roku komisarz sprawiedliwości i bezpieczeństwa Franco Frattini osobiście wezwał dostawców usług internetowych, by blokowali dostęp do stron, które uczą, jak konstruować bomby. W Wielkiej Brytanii szefowa MSW Jacqui Smith wzywała do zwalczania stron terrorystycznych. Dziś w Wielkiej Brytanii proponuje się stworzenie wielkiej państwowej bazy informacji o wszelkich połączeniach dokonywanych przez Internet.

– Jest coraz gorzej – mówi „Rz” rzecznik organizacji Elektroniczne Bariery Australia (EFA) Jacob Colins. W krajach demokratycznych cenzura Internetu wprowadzana jest zazwyczaj z dwóch powodów: w ramach walki z terroryzmem i z pornografią dziecięcą. – Ale każda czarna lista stron internetowych układana przez władze może budzić poważne obawy – dodaje Colins.

Oburzeni internauci piszą, że wolność słowa jest zagrożona. Eksperci zaś wątpią w skuteczność cenzury.

– Próbowało ją wprowadzać wiele organizacji i państw, ale z miernym skutkiem. Internet to twór ponadnarodowy, bardzo trudno go okiełznać – mówi „Rzeczpospolitej” Robert Pająk, specjalista ds. bezpieczeństwa komputerowego. Jako przykład podaje informacje i zdjęcia, które docierają do świata z objętych cenzurą Chin i Tybetu. – Jeśli informacja raz pojawi się w Internecie, jest potem powielana i bardzo trudno ją usunąć – dodaje.

Źródło : Rzeczpospolita: Czy w Internecie grozi nam cenzura
Piotr Kościński 24-06-2008

——————-

Zachodnie państwa blokują dostęp do stron pedofilskich. Chiny – do witryn krytykujących władze

Co najmniej jedna trzecia ludności świata ma problem z dostępem do Internetu. Reporterzy bez Granic uznali kilkanaście krajów za „przeciwników sieci”. Inicjatywa OpenNet mówi o państwach sprawujących „wszechogarniającą” kontrolę nad Internetem.

Należą do nich przede wszystkim Chiny, kraj o największej liczbie ludności i ogromnej liczbie użytkowników sieci – ponad 130 milionów. Według Reporterów bez Granic Chińska Republika Ludowa jest jednym z nielicznych państw, którym udało się oczyścić Internet poprzez blokowanie dostępu do wszystkich stron internetowych krytykujących władze. „Tajemnicą tego sukcesu jest sprytne połączenie technologii, represji i dyplomacji. Obok stosowania skutecznych technologii szpiegowskich i cenzorskich, reżim zastrasza użytkowników i zmusza ich do cenzurowania własnych materiałów” – twierdzi organizacja. Dodaje, że Chiny są „największym więzieniem dla cyberdysydentów”.

– Cenzura Internetu w ChRL została wzmożona, choć władze przyrzekały, że przed olimpiadą nastąpią zmiany na lepsze – mówił kilka dni temu Zhang Yu, działacz praw człowieka.

Komuniści i dyktatorzy

Internet blokują kraje komunistyczne i rządzone przez autorytarne oraz dyktatorskie reżimy. W Europie za wroga Internetu uznawana jest Białoruś. Władze wielokrotnie blokowały dostęp do opozycyjnych lub niezależnych serwerów, zwłaszcza wtedy, gdy odbywały się demonstracje opozycji. Teraz w parlamencie trwa debata nad nową ustawą prasową, zgodnie z którą będzie możliwe blokowanie dostępu do wszystkich mediów niezarejestrowanych na Białorusi.

– Minister informacji Władimir Rusakiewicz bardzo dokładnie zapoznał się w Pekinie z chińskimi doświadczeniami blokowania dostępu do niewygodnych stron internetowych – mówi „Rzeczpospolitej” miński politolog Uładzimir Podgoł.

Według wzorów chińskich postępuje Wietnam, choć, jak zauważają Reporterzy bez Granic, kraj ten nie ma na to wystarczających środków. Kuba po prostu nie dopuszcza prywatnych osób do Internetu – posiadają go tylko nieliczni uprzywilejowani, członkowie władz czy reżimowi naukowcy. Podobnie jest w Korei Północnej.

Ale są też przykłady zmian na lepsze. Zaledwie kilka dni temu zgodę na uruchomienie bezprzewodowego Internetu w Turkmenistanie uzyskała rosyjska firma MTS. Nowy prezydent Gurbanguły Berdymuchammedow wyraził zgodę na otwarcie kawiarenek internetowych – jest ich 15.

Dostrzeżono też poprawę sytuacji w Libii, która przestała już być traktowana jako „wróg Internetu” i stała się „krajem pod obserwacją”.

Kłopoty demokracji

Problemy z wolnością w Internecie pojawiają się jednak również w krajach jak najbardziej demokratycznych.

– Rządy na całym świecie dążą do cenzury Internetu, czy to ze względu na walkę z terroryzmem, czy to z pornografią dziecięcą – mówił „Rzeczpospolitej” rzecznik organizacji Elektroniczne Bariery Australia (EFA) Jacob Colins.

Jeszcze niedawno wśród obszarów obserwowanych znajdowała się Unia Europejska. Wskazywano na dyrektywę zobowiązującą firmy udostępniające serwery do blokowania stron, które władze uznają za nielegalne.

W takich krajach jak Szwecja czy Kanada wybuchały ostatnio wielkie dyskusje na temat tego, czy rządy – nawet w imię słusznych racji, takich jak bezpieczeństwo publiczne – powinny kontrolować Internet. Na razie nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora p.koscinski@rp.pl

Blokadę stron WWW bardzo łatwo obejść – Zbigniew Urbański Komenda główna Policji. Nadkomisarz, specjalista ds. przestępczości komputerowej

Rz: Czy w Polsce Internet też jest cenzurowany?

Zbigniew Urbański: Nie. W Polsce na wniosek prokuratury strona, na przykład o treści pornograficznej, może być zamknięta i usunięta z serwera. W Chinach czy w nie- których państwach na Zachodzie, blokowany jest dostęp do pewnych stron. W Polsce takich przypadków nie było.

Kto decyduje o wprowadzeniu blokady?

Decyzję podejmują władze państwa. Na polecenie rządu, lub na mocy odpowiedniej ustawy, firmy teleinformatyczne, które dostarczają Internet do indywidualnych odbiorców, po prostu muszą zablokować dostęp do wybranych stron, np. dziecięcej pornografii.

Taką blokadę łatwo obejść
.

To niezwykle proste, poradzi sobie z tym średnio inteligentny człowiek. W dodatku bezpłatne i legalne. Wystarczy zainstalować na komputerze program, który fałszuje nasz adres IP i zamienia go na przykład na amerykański czy niemiecki. Każdy kraj ma przypisaną pewną pulę adresów IP, po której można rozpoznać, że dany użytkownik korzysta z komputera na przykład w Polsce. Jeżeli Kowalski, którego komputer jest zaejestrowany w Polsce, chciałby wejść na zablokowaną stronę pornograficzną, to z polskim adresem mu się to nie uda. Ale jeśli zmieni go – wejdzie bez problemu. Wiedzą o tym Chińczycy, którzy masowo korzystają z takich programów, mimo iż bardzo spowalniają one pracę komputera i stanowią duże utrudnienie.

Czyli cenzura nie ma sensu?

Na dłuższą metę nie. Wiadomo, że pornobiznes to dziś jeden z najlepiej opłacalnych biznesów na świecie. Właściciele stron erotycznych nie będą patrzeć bezczynnie, jak ich witryny są zamykane. Mogą po prostu przenieść serwery za granicę i działać dalej.

—rozmawiała Katarzyna Zuchowicz

Źródło : Rzeczpospolita: Cenzura w sieci
Katarzyna Zuchowicz, Piotr Kościński 24-06-2008

Po homoseksualizmie czas na legalizację pedofilii

Pedofile świętują w tym tygodniu International Boy Love Day (IBLD). Stronę internetową propagującą ten dzień zablokowano w wielu krajach zachodnich. W Polsce jest dostępna

Z okazji tego święta zwolennicy organizacji takich jak Północnoamerykańskie Stowarzyszenie Miłości Mężczyzn i Chłopców (NAMBLA) mają zapalać w miejscach publicznych niebieskie świeczki. Pomysł obchodzenia pedofilskiego święta narodził się w 1998 roku podczas dyskusji na czatach SafeHaven i BoyChat. Wybrano dzień letniego przesilenia, bo najdłuższy dzień w roku „jest najlepszy do celebrowania młodzieńczej miłości”. W 2002 roku postanowiono jednak przesunąć obchody na pierwszą sobotę po dniu przesilenia. Pedofile narzekali bowiem, że w dniu roboczym trudno znaleźć czas, by spotkać się w gronie kolegów i zapalić świeczkę.

We Francji, Włoszech i Wielkiej Brytanii strona internetowa IBLD została zablokowana, w Polsce jest dostępna. – Trzeba ustalić, gdzie jest serwer tej strony. Ma niepolską domenę, więc jest mało prawdopodobne, że została zarejestrowana na terenie Polski – tłumaczy „Rz” podinspektor Mariusz Sokołowski.

Strona jest też dostępna w Hiszpanii. Tamtejszy rzecznik praw człowieka i organizacje pozarządowe, m.in. Save the Children, zwrócili się do prokuratury o natychmiastowe jej zablokowanie.

Organizacje pedofilskie twierdzą, że nie namawiają nikogo do łamania prawa i że akceptują tylko stosunki seksualne, do których dochodzi za obopólną zgodą. „Święto BoyLove ma również na celu uhonorowanie chłopców, którzy zdecydowali się rzucić wyzwanie sztucznym i złym zasadom zabraniającym takiej miłości” – tłumaczy anonimowy autor na stronie pedofilów.

Najlepszą formą obchodów jest, jego zdaniem, spotkanie z byłym kochankiem. „Spędźcie ten dzień z chłopcem bądź mężczyzną, którym teraz już jest, być może nawet z jego rodziną, jeżeli jest żonaty i ma dzieci” – apeluje autor. Dla większości pedofilów głównym świętem nie jest BoyLove Day, tylko Dzień Alicji obchodzony 25 kwietnia. 90 proc. pedofilów to heteroseksualiści, a to święto upamiętnia domniemany związek autora „Alicji w Krainie Czarów” Lewisa Carrolla z czteroletnią Alice Liddell.

W 2006 roku w Holandii powstała pierwsza na świecie partia dążąca do legalizacji pedofilii. Ma kilku członków. Większość pedofilów woli się nie ujawniać. O skali zjawiska świadczy jednak coraz szersza oferta forów internetowych. Forum „Christian boylovers” poleca się wszystkim, których łączy zamiłowanie do chłopców i… wiara chrześcijańska.

Źródło : Rzeczpospolita: W swoje święto pedofile zapalą świeczki
Marcin Szymaniak 24-06-2008

Dlaczego europejczycy są lewicowi – czyli lewicowa indoktrynacja

Lewicowa indokrynacja? Młodzież dowiaduje się w szkołach, że międzynarodowe korporacje to szarańcza, a kapitaliści to potwory

„Codzienna walka”, „Kapitał wypiera pracę”, „Nowoczesne niewolnictwo”, „Powrót do średniowiecza” – takie tytuły królują po dziś dzień w niemieckich podręcznikach szkolnych.

– Przeważa niechęć do kapitalizmu – twierdzi Stefan Theil, autor opracowania na temat wizerunku kapitalizmu w niemieckich szkołach. Jeden z podręczników zamieszcza zdjęcie opasłego kapitalisty z różą w zębach obok spoconego robotnika. W innym – kapitalista z książkowej ilustracji cieszy się z rozszerzenia UE, bo umożliwi mu to obniżenie obowiązujących w Niemczech standardów socjalnych.

Praca, depresja, rak

W wielu podręcznikach można znaleźć obszerne cytaty z programów związków zawodowych. – Przedsiębiorstwa są przedstawiane jako miejsca, w których robi się podejrzane interesy – twierdzi Theil.

Podobnie jest z podręcznikami francuskimi, które głoszą, że wzrost gospodarczy „wymusza nieuporządkowany styl życia, prowadzi do przepracowania, stresu, depresji, zawałów, a nawet sprzyja zachorowalności na raka”. Tak przynajmniej twierdzą autorzy „Histoire du XXe siecle” (Historia XX wieku), podstawowego podręcznika przygotowującego do egzaminów na studia wyższe.

– Zdumiewające, jak małą wiedzę na tematy ekonomiczne mają absolwenci szkół średnich – mówi prof. Günter Faltin z Wolnego Uniwersytetu w Berlinie. Wini konserwatywnych nauczycieli, którzy wyrośli w okresie niemieckiego cudu gospodarczego i państwa dobrobytu zapoczątkowanego przez Ludwiga Erharda i jego program społecznej gospodarki rynkowej. Właśnie mija 60 lat funkcjonowania tego modelu i wprowadzenia niemieckiej marki (DM), która niemal z dnia na dzień zmieniła obraz niemieckiej gospodarki i zapełniła półki sklepowe. Niemcy tęsknią do tych czasów i nie przyjmują do wiadomości, że wraz z rozwojem globalizacji wszystko się zmieniło. Jeszcze trzy lata temu połowa pytanych o zdanie obywateli oceniała „stosunki gospodarcze” jako niesprawiedliwe. Dzisiaj, gdy liczba bezrobotnych zmniejszyła się o półtora miliona, trzy czwarte ankietowanych wyraża niezadowolenie z kierunku rozwoju gospodarczego. – Jednej z przyczyn takiego stanu rzeczy należy szukać właśnie w niemieckich podręcznikach szkolnych – twierdzi prof. Faltin.

Niemcy nie chcą zakładać firm

– Nie jest wcale tak źle. Podręczniki przedstawiają bardziej zróżnicowany obraz gospodarki niż się na pozór wydaje – twierdzi Susanne Grindel z Instytutu Georga-Eckerta zajmującego się badaniami porównawczymi podręczników z różnych krajów.

Jedno jest jednak pewne. Niemieckie podręczniki podkreślają w większym stopniu rolę państwa w organizowaniu życia gospodarczego niż na przykład angielskie czy amerykańskie, które kładą nacisk na osobistą odpowiedzialność obywateli za ich status ekonomiczny. Dlatego zaledwie co piąty Niemiec jest zdania, że warto prowadzić własną działalność gospodarczą, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych wskaźnik ten jest dwa razy wyższy.

– Czas uświadomić wszystkim, że pojęcie społecznej gospodarki rynkowej to nie tylko sprawa podziału dóbr, ale uporządkowany system gospodarki rynkowej, który opiera się na wolności osobistej, konkurencji i odpowiedzialności jednostki – głosi Hans Tietmeyer z Initiative Neue Soziale Marktwirtschaft (Inicjatywa Nowej Społecznej Gospodarki Rynkowej).

– Zapomniano już, że sukces gospodarczy RFN był wynikiem neoliberalnego eksperymentu bez precedensu – tłumaczy „Der Spiegel”, wyjaśniając mechanizm reform Ludwiga Erharda.

Wyniki badań podręczników historii http://www.insm.de/index.html

————————

dr Ireneusz Krzemiński, socjolog, Uniwersytet Warszawski

W Niemczech w ostatnich latach do głosu doszła intelektualna lewica, która stanowi tam część elit. Lewicowe poglądy są szerzone w szkołach i na uniwersytetach. Lewica stanowi dominującą siłę na uczelniach, jednak nie jest to moim zdaniem stałe zjawisko. To się zmienia. W tej chwili wrogie wobec kapitalizmu nastroje są również powodowane rosnącym kryzysem gospodarczym. Ja bym się tym specjalnie nie przejmował. Wszyscy pamiętamy, jak wrogo francuskie elity intelektualne podchodziły do rozszerzenia Unii Europejskiej o byłe kraje bloku wschodniego, w tym Polskę. Źródłem tego wrogiego nastawienia były między innymi francuskie uniwersytety zdominowane przez wykładowców o lewicowych poglądach. Mimo to jesteśmy dziś członkami Unii. Na szczęście w takich krajach jak USA i Wielka Brytania liberalizm oraz konserwatyzm znowu rosną w siłę. Sytuacja w Polsce jest oczywiście zupełnie inna niż na Zachodzie. Przede wszystkim kryzys gospodarczy na razie do nas nie dotarł. Nawet nie rozważamy takiej możliwości, że może kiedyś do nas dotrzeć. Kiedy to się stanie, także u nas będą mnożyć się głosy krytykujące kapitalizm. W mediach, na uniwersytetach i w szkolnych podręcznikach.

To, że dziś mniej krytycznie podchodzimy do kapitalizmu niż Zachód, jest także związane z naszym doświadczeniem socjalizmu. Przez cały okres PRL przeciwstawiało się oba te systemy: kapitalizm i socjalizm. Socjalizm był tym dobrym, a kapitalizm tym złym systemem. Aż okazało się, że socjalizm zaprowadził nas w ślepą uliczkę. Polacy zrozumieli, że kapitalizm oznacza wolny rynek i demokrację, a w porównaniu z socjalizmem ma tę zaletę, że mimo iż nie jest doskonały, można go poprawić, udoskonalić. To doświadczenie, którego brak elitom na Zachodzie.

—not. ryb

Piotr Jendroszczyk z Berlina
————-

Źródło : Rzeczpospolita: Niemcy nie lubią kapitalizmu
Aleksandra Rybińska, Piotr Jendroszczyk 24-06-2008

Declan Ganley – człowiek, który pokonał Taraktat Lizboński

Kampania przed referendum w Irlandii wchodzi w decydującą fazę. Przez ulice Dublina mknie autobus Libertasu, antylizbońskiej organizacji biznesmena Declana Ganleya. Jej szef, wyluzowany i ironiczny, co chwilę rzuca dowcipem, działacze się śmieją. Choć jest gorąco, a Ganley od rana prowadził na ulicach kampanię, nie wygląda na zmęczonego. Siada wśród sterty ulotek, tłumacząc polskiemu dziennikarzowi, dlaczego agituje przeciw Lizbonie.

– Europa powinna być rządzona demokratycznie, a nie przez brukselską elitę, której nikt nie wybiera. Nie chcę narzuconego z góry prezydenta i ministra spraw zagranicznych Europy, co przewiduje traktat z Lizbony.– A gdyby powstał traktat zakładający ich wybór w ogólnoeuropejskim głosowaniu powszechnym? – pada pytanie.

– To by mi zaczęło przypominać demokrację! – w oku Ganleya pojawia się błysk. Człowiek, który stał się w wielu krajach ikoną eurosceptyków, na każdym kroku podkreśla swoje prounijne poglądy. – Nie jestem żadnym eurosceptykiem, jestem proeuropejski. Ale chcę Europy demokratycznej, a nie zarządzanej przez elitę, która nie musi odpowiadać przed ludźmi za swe decyzje – tłumaczy.

Według irlandzkiej Komisji Referendalnej grupa Ganleya wydała na kampanię najwięcej ze wszystkich irlandzkich organizacji – około 1,3 miliona euro. Pracownicy Libertasu rozdali 2 miliony broszur. Dla porównania, rządząca prawicowa partia Fianna Fail przeznaczyła na kampanię za przyjęciem traktatu tylko około 700 tys. euro. Fine Gael, druga siła polityczna na Zielonej Wyspie, na ten sam cel wydała 500 tysięcy.

Pieniądze, które Ganley rzucił na szalę, rozdrażniły jego przeciwników. 39-letni przedsiębiorca z Galway mówi tymczasem z rozbrajającą miną, że przeznaczył z własnej kieszeni na kampanię… 6 tysięcy euro. Reszta miała pochodzić z darów i składek. Kto je wręczył? Tajemnica.

Ponieważ niewiele wiadomo o pochodzeniu jego fortuny, wokół postaci Ganleya tworzą się mity. Irlandzkie gazety nazywają go tajemniczym Panem „Nie”, a jego polityczni przeciwnicy przypisują mu powiązania z kręgami nacjonalistycznymi. Niektórzy widzą w nim agenta CIA, który działa w imieniu amerykańskich republikanów chcących „osłabić Europę”. Wytyka mu się też, że mówi z brytyjskim akcentem.Kim jest naprawdę ten tajemniczy człowiek?

Biznes w Iraku, Albanii, Rosji…

Ganley urodził się w rodzinie irlandzkiej mieszkającej w Londynie. Żył tam przez kilkanaście lat i dlatego do dziś mówi z londyńskim akcentem. Gdy skończył 13. rok życia, jego rodzice wrócili do Irlandii.

Już w młodości miał żyłkę do interesów, ćwiczył ją, sprzedając i kupując akcje. Po szkole pracował najpierw na budowie, a potem jako drobny urzędnik w przedsiębiorstwie ubezpieczeniowym. Etatowa praca szybko mu się znudziła i zaczął próbować sił, rozkręcając własny biznes. Zarabiał, gdzie tylko mógł. Sposób, w jaki doszedł do pierwszego miliona, okryty jest tajemnicą. Wiadomo tylko, że działał niekonwencjonalnie, szukając zysku w miejscach, które inni biznesmeni omijali, np. w Iraku i Albanii. Szczególne zainteresowanie wzbudzała w nim Rosja oraz państwa byłego bloku sowieckiego, gdzie po upadku komunizmu otworzyły się szerokie perspektywy dla ekspansji biznesu. W 1992 roku był krótko doradcą ekonomicznym rządu łotewskiego.

Na początku lat 90. założył niewielką firmę przemysłu drzewnego Kipelova, która z czasem rozrosła się do rozmiarów przedsiębiorstwa zatrudniającego 6 tysięcy ludzi. W 1997 roku, gdy sprzedawał Kipelovą, była to największa firma drzewna na terenie dawnego ZSRR. Kupił ją Renaissance Capital, przedsiębiorstwo założone przez Borisa Jordana, jednego z byłych szefów Gazprom Media i gazpromowej telewizji NTV.

Prowadząc interesy na Wschodzie, Ganley nie ominął również Polski.– Spędziłem sporo czasu w Warszawie, a moja żona ma polskie korzenie. Jej dziadek służył w polskim legionie austriackiej armii w czasie I wojny – mówi nam biznesmen.

Gdy doszedł do wielkich pieniędzy, próbował realizować bardzo ambitne projekty. Proponował między innymi ubezpieczanie… zachodnich satelitów, które mieliby wystrzeliwać w kosmos Rosjanie. Nie udało się. Za to całkiem nieźle mu szło w telekomunikacji. Jego firma Broadnet działała w dziesięciu państwach UE, zanim sprzedał ją za ogromne pieniądze.

W pewnym momencie spółki Ganleya zaczęły robić interesy z przemysłem obronnym USA. Stało się to później pretekstem do oskarżeń o rzekome powiązania biznesmena z CIA. Rivada Networks, której jest prezesem, zatrudnia kilku byłych amerykańskich wojskowych. Według irlandzkiego tygodnika „Phoenix” Ganley zalicza do swych bliskich przyjaciół dowódcę amerykańskiej armii na Pacyfiku admirała Timothy J. Keatinga oraz byłego podsekretarza stanu USA do spraw handlu Johna Kneuera.

Te związki posłużyły zwolennikom „tak” do wysuwania sugestii, że biznesmen działa na zlecenie z Ameryki, a być może nawet otrzymuje stamtąd pieniądze. I to mimo że spaliły na panewce jego próby uzyskania kontraktu na sieć telefonii mobilnej w Iraku, w których starał się wykorzystać kontakty w amerykańskiej administracji rządowej.

– Declan wydaje się większy, potężniejszy, niż jest w rzeczywistości. To, co osiągnął w życiu, robi wielkie wrażenie na ludziach. Chciałbym jednak podkreślić, że to człowiek uczciwy, który nigdy nie kłamał na temat swoich osiągnięć – broni go partner i współzałożyciel Libertas Chris Coughlan.

Droga do władzy?

Ganley mógłby mieszkać w swoim XIX-wiecznym pałacyku w Galway, którego poprzednim właścicielem był znany piosenkarz Donovan, cieszyć się towarzystwem żony i bawić czworo małych dzieci. Zaspokoiwszy ambicje biznesowe, szef Libertasu najwidoczniej nabrał jednak ochoty na karierę polityczną. Jego przystąpienie do kampanii przeciw traktatowi lizbońskiemu było dla zwolenników „tak” niczym grom z jasnego nieba. Irlandzka klasa polityczna, niemal w całości prolizbońska, miała przeciw sobie tylko kilka biednych jak mysz kościelna antylizbońskich organizacji lewicowych. Myślała więc, że referendum pójdzie jak po maśle. Aż tu nagle pojawił się Ganley i sfinansował wielką, profesjonalną kampanię przeciwko traktatowi.

Pikanterii tej historii dodaje fakt, że Ganley jest członkiem Fianna Fail i – jak ujawnił „Rz” – wspierał partię swoimi pieniędzmi.

Gdy pytamy go, czy nie czuł dyskomfortu, prowadząc kampanię przeciw własnemu ugrupowaniu, uśmiecha się szelmowsko i odwraca wzrok. Przez chwilę głęboko się zastanawia. – Moja sytuacja we Fianna Fail wygląda mniej więcej tak: chodzę wokół wielkiego muru i szukam jakiejś małej dziury, żeby móc się przecisnąć – wyjaśnia i nagle wybucha głośnym śmiechem.

Czyżby ambitny biznesmen liczył na to, że zwycięska akcja antylizbońska będzie trampoliną do władzy we Fianna Fail? Niewykluczone, ale jest też inna możliwość. – Być może ta kampania jest wstępem do utworzenia w Irlandii pierwszej partii promującej ekonomiczny liberalizm. Declan Ganley byłby oczywiście liderem – mówi irlandzki politolog Peadar ó Broin.

Po przegranym referendum stał się postacią bardzo niewygodną dla politycznego establishmentu Irlandii, szczególnie po prawej stronie sceny politycznej. Dawni przyjaciele zaprzeczają, że go znają. Gdziekolwiek zapytać, trafia się na pełne zażenowania milczenie. W drugiej połowie lat 90. Ganley był jednym z głównych „dobroczyńców” partii premiera Briana Cowena, przeznaczając setki tysięcy euro na jej kampanie wyborcze. Dziś żaden z działaczy Fianna Fail nie chce się przyznać do kontaktów z milionerem.

Rzecznik prasowy Fianna Fail Gene McKenna reaguje nerwowo, gdy pada nazwisko Ganleya. Próbuje kręcić, ale w końcu musi przyznać, że wróg nr 1 ma tę samą legitymację.

– Tak, o ile wiem, wciąż należy do Fianna Fail – sapie McKenna. – Jednak nie jestem w stanie powiedzieć, od kiedy. Nie znam listy członków partii na pamięć. Zresztą nie muszę w szczegółach wiedzieć, kto jest członkiem. Szczególnie na niskim szczeblu, na prowincji.

Mimo że kierownictwo Fianna Fail nakazało swym członkom „bezkompromisowe” poparcie dla traktatu, głośna kampania Ganleya nie jest, zdaniem McKenny, powodem do wykluczenia go z partii. – Nie wszyscy u nas popierają ten traktat. Każdy ma prawo do własnego zdania. Fianna Fail to nie jest południowoamerykańska dyktatura – tłumaczy.

McKenna uważa, że Ganley zaszkodził głównie sobie, „chodząc po różnych mediach i opowiadając kłamstwa”. – Ten człowiek występuje wszędzie, gdzie się da, i mówi rzeczy, które nie są zgodne z prawdą. Szkodzi samemu sobie a przede wszystkim szkodzi Irlandii – twierdzi.

O tym, że Ganley w przeszłości finansował partię, McKenna „nic nie wie”. – Nie oznacza to, że to niemożliwe. Wiele osób wspiera partię. Jest ich tak wiele, że nie jestem w stanie powiedzieć, kto i kiedy przekazywał pieniądze – podkreśla.

Nagroda za przeczytanie traktatu

Ganley zmusił premiera Irlandii Briana Cowena do wstydliwego wyznania, że „nie przeczytał traktatu w całości”. Dzięki temu z człowieka, o którym wcześniej nigdzie poza Irlandią nikt nie słyszał, stał się postacią znaną w całej Europie.

Zdaniem politologa Uniwersytetu w Dublinie Johna Coakleya niechęć byłych partyjnych kolegów nie powstrzyma Ganleya. – Jest zręcznym i inteligentnym biznesmenem. To właściwości, które otwierają mu drogę do polityki – uważa Coakley. Według niego Ganley w sprytny sposób przypisał sobie wszystkie zasługi za zwycięstwo przeciwników traktatu. – Bądźmy szczerzy, tego dokumentu nikt nie przeczytał. Tylko on, jako jedyny. To zrobiło wrażenie na ludziach. I teraz co z tego, że tak naprawdę nie on obalił traktat lizboński? Był we właściwym miejscu o właściwej porze. Skoncentrował całą uwagę na sobie – podkreśla politolog.

– Lepszego startu do politycznej kariery nie można sobie wyobrazić. On chce się wspiąć na samą górę. Ma pieniądze, ma popularność, teraz potrzeba mu już tylko jednego. Władzy.

Źródło : Rzeczpospolita: Pan „Nie” czyta traktat
Aleksandra Rybińska, Marcin Szymaniak 21-06-2008

Koniec wolności komunikacji w Szwecji

Szwedzki parlament przyjął kontrowersyjną ustawę, która pozwala na podsłuchiwanie rozmów prowadzonych przez telefony komórkowe, kontrolę esemesów i poczty elektronicznej. Przeciwnicy ustawy określili ją jako lex Orwell i podczas głosowania rozdawali przed parlamentem kopie książki „Rok 1984”.

Burzliwa debata w parlamencie na temat projektu ustawy odbyła się we wtorek. Głosowano w środę wieczorem. Politycy przeciwni ustawie ostro krytykowali wniosek o przyznaniu Służbie Nasłuchu Radiowego prawa do masowego kontrolowania Internetu i połączeń telefonicznych.W ramach kompromisu ustalono, że wydawanie pozwoleń Służbie Nasłuchu Radiowego na podsłuch ma kontrolować nowo stworzony urząd. Jego zadaniem będzie też ocena, czy istnieją „szczególne okoliczności”, by inwigilować prywatne osoby. Rząd ma też powołać komitet złożony z deputowanych, którzy będą się bacznie przypatrywali działalności nowych służb.

Nowe prawo ma wejść w życie w styczniu.
Źródło : Rzeczpospolita: Szwecja zmienia się w państwo Orwella?
Anna Nowacka-Isaksson 20-06-2008

Kampania na rzecz aborcji – jak to się robi

Od kilku dni nie ustaje burza medialna wokół ciężarnej 14-latki z Lublina i jej perypetii związanych z tym, czy powinna urodzić dziecko czy dokonać aborcji.

Ten przypadek doskonale pokazuje niezmienne od lat metody działania środowisk proaborcyjnych.

Pomyłki nigdy nie sprostowane

Ciekawe, że zarówno w tym przypadku, jak i w innych tego typu bardzo często sprawa zaczyna się od przeinaczenia czy wręcz kłamstwa. „Odmówili aborcji zgwałconej 14-latce” – krzyczał duży tytuł na drugiej stronie „Gazety Wyborczej” (7 – 8 czerwca 2008 r.). Potem okazało się, że dziewczyna nie została zgwałcona, lecz zaszła w ciążę z rówieśnikiem. „Wyborcza” utrzymywała, że nieletnia dziewczyna nazwana Agatą domagała się aborcji. W rzeczywistości do aborcji dążyła od początku jej matka. Sama dziewczyna nie wiedziała, jak postąpić, wahała się, zmieniała zdanie, ulegała presji.

Nawet kiedy inne media podały prawdziwe informacje, „Wyborcza” nie sprostowała swoich pomyłek i nie przeprosiła czytelników za wprowadzenie w błąd. Nieprawdziwa informacja zaczęła żyć własnym życiem, a nawet stała się punktem wyjścia do prowadzenia dyskusji na temat zalegalizowania w Polsce aborcji.

Warto przypomnieć, że w Stanach Zjednoczonych precedensowa sprawa (Roe vs. Wade), która doprowadziła w 1973 r. do legalizacji aborcji, opierała się na takim samym kłamstwie. Młoda kelnerka z Teksasu Norma McCorvey, występująca pod pseudonimem Jane Roe, zeznała, że chce usunąć ciążę, która jest wynikiem gwałtu. Złożyła fałszywe zeznania. Dopiero w 1980 r. przyznała się, że żadnego gwałtu nie było.

Fałszywe liczby, zmanipulowane dane

Do manipulacji doszło także w innej głośnej sprawie, która również przyczyniła się do legalizacji aborcji w USA (Doe vs. Bolton). Sandra Cano, występująca w procesie jako Mary Doe, zgłosiła się do prawników z Atlanta Legal Aid z prośbą o poradę w sprawie rozwodowej. Adwokatka Margie Hames jednak tak pokierowała procedurami prawnymi, że bez wiedzy i zgody zainteresowanej wmanipulowano ją w pozew zbiorowy i w jej imieniu wystąpiono do sądu o zgodę na dokonanie aborcji w szpitalu Grand Hospital w Atlancie.

Gdy Sandra Cano dowiedziała się, że ma zostać poddana aborcji, uciekła do Oklahomy i tam urodziła dziecko. Jak podkreśla, „nikt mnie nigdy nie pytał, czy chciałabym usunąć ciążę, bo nawet nigdy o tym nie myślałam”. Mimo to werdykt Sądu Najwyższego właśnie w jej sprawie otworzył drogę do legalnych aborcji praktycznie na każde żądanie kobiety w dowolnym okresie ciąży.

O świadomym kłamstwie jako metodzie prowadzenia kampanii na rzecz aborcji wiele mówił dr Bernard Nathanson, który od 1968 r. stał na czele National Association for the Repeal of the Abortion Laws (NARAL) – głównej organizacji, która przyczyniła się do zalegalizowania aborcji w USA.

Nathanson (który później dołączył do ruchu antyaborcyjnego) przyznawał, że instytucje proaborcyjne celowo podawały fałszywe dane dotyczące wielkości podziemia aborcyjnego, liczby zgonów w wyniku nielegalnych zabiegów i poparcia dla legalizacji aborcji. „To była taktyka samonapędzającego się kłamstwa, które odpowiednio często powtarzane potrafi przekonać opinię publiczną” – pisał, przyznając, że był wówczas pojętnym uczniem doktora Goebbelsa, który twierdził, że kłamstwo powtarzane tysiąc razy za tysiąc pierwszym razem staje się prawdą.

W sprawie „Agaty” z Lublina od początku przewija się postać Wandy Nowickiej, przewodniczącej Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. Reprezentuje ona w Polsce Międzynarodową Federację Planowania Rodziny (IPPF – International Planned Parenthood Federation), której założycielką była Amerykanka Margaret Sanger.

Wyjątek staje się regułą

Federacja Wandy Nowickiej z uporem dąży do tego, by „Agata” nie urodziła dziecka. Chce też, by jednostkowa sprawa nastolatki z Lublina stała się pretekstem do dyskusji o zmianie prawa chroniącego życie nienarodzonych. Korzysta przy tym z doświadczeń, jakie IPPF zdobyła w innych krajach. Taki mechanizm postępowania został wypracowany w ostatnich latach zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej.

Polega on na tym, że najpierw nagłaśnia się medialnie szczególnie dramatyczny pojedynczy przypadek, np. zajście w ciążę małoletniej dziewczynki na skutek gwałtu. Następnie wymusza się dla tego jednostkowego przypadku w drodze wyjątku odstępstwo od obowiązujących norm, czyli zezwala się na aborcję. W końcu zaś dochodzi do tego, że owo odstępstwo staje się nie wyjątkiem, lecz regułą. W celu przeprowadzenia takich medialnych kampanii proaborcyjnych nagłośniono przypadki dwóch dziewczynek – Rosity i Evity w Nikaragui, Claudii w Argentynie i anonimowej 11-latki w Kolumbii.

Odpowiednio opowiedziana historia prywatnego życia, oddziałująca na emocje i niepozostawiająca nikogo obojętnym, skutecznie rozpoczyna proces zmieniania świadomości społecznej. Przed oczyma stawia bowiem alternatywę: co jest ci bliższe – szczęście konkretnej, doświadczonej przez los osoby, czy racje bezdusznego prawa, logika abstrakcyjnego paragrafu? W ten sposób z jednostkowej sytuacji wyprowadza się wnioski o konieczności zmiany całego prawa.

Człowiek staje się przedmiotem

Epatowanie przy takich okazjach współczuciem dla nieszczęśliwej kobiety jest jednak tylko argumentem w debacie politycznej. W rzeczywistości organizatorzy proaborcyjnych batalii nie podchodzą do swoich bohaterów indywidualnie. Wspomniana Norma McCorvey (alias Jane Roe) opowiada, że dla swoich prawniczek, Lindy Coffee i Sary Weddington, była nikim. Podkreśla, że była im potrzebna tylko jako przedmiot, którym mogły się posłużyć w walce o aborcję.

Podobnie instrumentalnie potraktowana została Sandra Cano, której nawet nie zapytano, czy chce urodzić dziecko. Reprezentujący ją przed sądem adwokaci nie ukrywali, że w ogóle nie liczą się z jej zdaniem.

Szczególnie chętnie – bo to łatwe – proaborcyjni działacze manipulują młodymi osobami. A skutki takich działań bywają dramatyczne. Na początku ubiegłego roku we Włoszech rodzice przy wsparciu organizacji proaborcyjnych zmusili do dokonania aborcji 13-letnią Valentinę, która zaszła w ciążę ze swym 15-letnim chłopakiem, choć bardzo chciała urodzić dziecko. Trauma spowodowana aborcją sprawiła, że dziewczyna trafiła do szpitala psychiatrycznego w Turynie.

Nie wiadomo jeszcze, jak potoczy się życie małej córeczki Alicji Tysiąc, polskiej bohaterki proaborcyjnych feministek. Dziewczynka od najmłodszych lat słyszy, że najlepiej byłoby, gdyby się nie urodziła. Że gdyby można było cofnąć czas, mama by ją usunęła. Że przez samo swoje istnienie jest przyczyną cierpień matki. Dziwne byłoby, gdyby pozostało to bez wpływu na jej psychikę.

Miłość zamiast eutanazji

Podobny mechanizm – odwoływania się do dramatycznych przykładów osobistych – stosowano też w wielu krajach w przypadku eutanazji. W Polsce pretekstem do dyskusji o legalizacji tej praktyki stała się półtora roku temu się historia Janusza Świtaja. Kiedy ten sparaliżowany od 12 lat mężczyzna wystosował do sądu dramatyczny apel z prośbą o wykonanie na sobie eutanazji, od razu znalazło się wielu „życzliwych” domagających się spełnienia jego żądań.

Powstały nawet solidaryzujące się z nim strony internetowe, na których zbierano podpisy pod wnioskiem o zalegalizowanie eutanazji. Twórcy stron powoływali się na współczucie, litość, a nawet miłosierdzie dla cierpiącego bliźniego. Znani profesorowie domagali się dla Janusza prawa do samobójstwa. Poważni publicyści pisali, że wszelkie argumenty przeciwko eutanazji można wyrzucić za okno, kiedy staje się twarzą w twarz z bólem drugiego człowieka.

Problem polega tylko na tym, że samobójstwo (czy jego nieudana próba) nie jest karane ani w Polsce, ani w innych krajach. Zalegalizowanie eutanazji to nie zgoda na samobójstwo, to licencja na zabijanie. Nawet w przypadku, gdy o skrócenie życia prosi osoba sparaliżowana, czyn ten obciąża sumienie sprawcy. Tak więc owe pełne współczucia głosy, domagające się skrócenia cierpień chorego, w rzeczywistości mówiły: zabić go.

Dziś jednak Janusz Świtaj jest pełen zapału, nadziei i życia. Co takiego się stało? Co tak odmieniło człowieka, który przez dłuższy czas był męczennikiem walki o prawo do eutanazji? Otóż wystarczyło, że do człowieka, który czuł się opuszczony, nikomu niepotrzebny, pozbawiony poczucia sensu życia, ktoś wyciągnął dłoń. To nie była pusta litość czy fabrykowanie łatwych wzruszeń na odległość, które czynią nas lepszymi we własnych oczach, gdyż pokazujemy światu i sobie, jak potrafimy przejmować się losem innych. To była autentyczna troska, opieka i – myślę, że nie nadużywam tego słowa – miłość.

Anna Dymna zrozumiała, że Janusz Świtaj nie prosi o śmierć, tylko woła o życie. Gdy w życiu chorego pojawiła się miłość, wróciła mu chęć życia. Świat nabrał sensu.

Podobnie dzieje się w przypadku aborcji. Linda Coffee i Sara Weddington, reprezentujące przed sądem Normę McCorvey, twierdziły, że jeśli ich klientka urodzi dziecko, jej życie zamieni się w koszmar nie do zniesienia. Sąd podzielił tę argumentację i zalegalizował aborcję. Ale proces trwał tak długo, że Norma McCorvey nie zdążyła skorzystać z prawa, które dzięki jej casusowi wywalczono. Urodziła dziecko. I co się okazało? Dziś uważa, że była to najszczęśliwsza decyzja w jej życiu.

Aborcja ze strachu

Istnieje natomiast wiele relacji kobiet cierpiących na różne zaburzenia spowodowane aborcją, które mówią, że było to najbardziej traumatyczne doświadczenie w ich życiu. I że gdyby dało się cofnąć czas, nigdy by tego nie zrobiły. Decyzja o aborcji zapada bowiem najczęściej wtedy, gdy kobieta czuje się pozbawiona wsparcia, zostawiona sama sobie, niekiedy w stanie desperacji lub rozpaczy.

Można postąpić wobec niej tak, jak wobec Janusza Świtaja: albo z argumentacją pełną współczucia nakłonić ją, by unicestwiła rodzące się życie, albo wyciągnąć do niej rękę i dać życiu szansę. Gdyby sądy wysłuchały desperackich próśb Świtaja i litościwy eutanasta uśmiercił pacjenta, nigdy nie dowiedzielibyśmy się, że sparaliżowany człowiek, który czuł się nikomu niepotrzebny, może cieszyć się życiem i pomagać innym. Gdyby Norma McCorvey nie urodziła dziecka, nigdy nie dowiedziałaby się, że to dziecko jest dziś jej największym szczęściem.

Decyzja o aborcji czy eutanazji opiera się na strachu. Na strachu przed przyszłością. Niestety są ludzie, którzy wypracowali skuteczne metody podsycania tych lęków. I bez żadnych oporów grają przerażeniem i obawami innych.

Autor jest publicystą, redaktorem kwartalnika „Fronda”

Źródło : Rzeczpospolita: Nieczyste gry o aborcję
Grzegorz Górny 13-06-2008