Historia polski wg. Lecha Wałęsy

Lech Wałęsa:
Zbudowałem, sterowałem, poprowadziłem i zwyciężyłem
i jeszcze jedno „nie mogłem” (często powtarzane)

W części drugiej Lech Wałęsa sugeruje, że na arcybiskupa Kazimierza Nycza istnieją dokumenty świadczące o jego współpracy ze służbami PRL

Historia polski wg. Lecha Wałęsy wywiad w „Kropce nad i”
(cały wywiad w dwóch częściach poniżej opisu naciśnij play)

Krótka historia narkotyków

W 2004 roku magazyn Newsweek poświęcił główny artykuł numeru tematowi narkotyków. Zestaw kłamstw i obiegowych banałów zaserwowany przez czołowy polski magazyn dezinformacyjny stanowi bardzo interesujący materiał etnograficzny dla badaczy współczesnego korporacjonizmu. Zaprezentowana opinia, że narkotyki stały się problemem w naszej cywilizacji dopiero po I wojnie światowej i że problem ten wywodzi się ze środowisk marynarzy i artystów jest odzwierciedleniem stereotypów, jakimi komisarze kultury posługują się w konstruowaniu bałwochwalczych wyobrażeń na temat ery przemysłowej i ogólnie cywilizacji zachodniej. Po pierwsze historia kapitalizmu do I pierwszej wojny światowej jest z przyczyn doktrynalnych odruchowo ignorowana, a naszym umysłom wolno jedynie sycić się banałem, że „kapitalizm się zmienił”. Po drugie zło, jakim są narkotyki, przypisywane jest wpływowi środowisk artystycznych – które, jak wiadomo, zawsze były źródłem refleksji nieprzyjaznych filozofii przemysłowej – oraz marynarzom, czyli ludziom mającym kontakt z kulturami obcymi. Te, w chrześcijańskim porządku świata, postrzegane były zawsze jako wpływy szkodliwe dla naszej uprzywilejowanej i wyjątkowej pod każdym względem kultury. Jej wyjątkowość cechowały przede wszystkim wielkie stereotypy i drobne kłamstewka, które tworzono dla wspierania ideologii politycznej.

Narkotyki stały się w XX w. „problemem” nie dzięki marynarzom i artystom ale dzięki możliwościom manipulacji społeczeństwem, jakie stworzyła psychologia społeczna i technika public relations w pierwszej połowie XX wieku, kiedy problemy gett miejskich Ameryki próbowano leczyć, podsycając strach i nienawiść do dwóch bardzo znaczących mniejszości narodowych w USA: meksykańskiej, kojarzonej z marijuaną i chińskiej, kojarzonej z opium.

By zburzyć wyobrażenia o marynarzach i artystach wystarczy poznać jeden prosty fakt.

Liczbę uzależnionych konsumentów opium w USA pod koniec XIX w. badacze historii szacują w przedziale 200 tys. do 1 mln. osób, głównie białych kobiet z klasy średniej w wieku średnim, którym obyczaj zakazywał wtedy spożywania alkoholu.

„Przez wieki, do czasu wynalezienia środków znieczulających, opium uznawano za cudowny lek – twierdzi historyk William Fowler – Opium i wszystkie jego pochodne były powszechnie stosowane w całym świecie zachodnim i oriencie, jako środki pozwalające pozbyć się bólu i uciec od rzeczywistości”. Głównie dzięki opium, stosowanym przez żołnierzy, armia Aleksandra Wielkiego była w stanie dokonać swego imperialnego podboju. Nie znano wtedy lepszego środka na rany. Rzymscy gladiatorzy używali opium podczas swoich krwawych przedstawień. Jednym z celów wyprawy Krzysztofa Kolumba do Indii w 1492 r. było opium, którego dostawy przerwało wypędzenie z Hiszpanii społeczności arabskiej, kontrolującej do tej pory import cudownego leku w tym kraju. Choć Kolumb nie znalazł opium na swoim szlaku, sprowadził do Europy produkt, który zmienił kulturę konsumpcji używki. Tytoń, przywieziony z Ameryki, dał bowiem wkrótce początek nowej tradycji, jaka błyskawicznie rozwinęła się w Chinach. Już w początkach XVI w. opium mieszano z tytoniem, który stwarzał możliwość wprowadzania narkotyku do organizmu poprzez inhalację. Nowa metoda umożliwiała intensywniejsze i dużo szybsze działanie środka.

Euforia popularności narkotyku w Chinach wiąże się ściśle z historią europejskiego merkantylizmu, czyli naszego ekonomicznego tabu. Do 1800 r. aż jedna trzecia społeczeństwa chińskiego uzależniona była od opium. Fakt ten miał wielkie znaczenie dla funkcjonowania handlu i prosperity imperium brytyjskiego, mniejsze, jak widać, ma dziś dla komisarzy strzegących etycznych tajemnic demokratycznej cywilizacji i teoretyków wolnorynkowej ekonomii w środkach korporacyjnego przekazu. Czerpanie korzyści materialnych z nędzy innych ludzi było fundamentem piracko-kupieckiej filozofii kolonialnej brytyjskiego kapitalizmu i silnym impulsem do rozwoju rasizmu w Europie i Ameryce. Opium, przynoszące zyski wyższe od herbaty, stanowiło główny produkt całkowitej międzynarodowej wymiany handlowej w XIX wieku. Nic dziwnego, że było również powodem kilku wojen toczonych przeciwko Chinom, którym skutecznie odmawiano prawa do blokowania importu narkotyku na swój rynek. Upadek chińskiej dynastii cesarskiej czy historia brytyjskiego Hong-Kongu są ściśle związane z handlem opium. By lepiej zrozumieć etyczny aspekt tego zagadnienia, wyobraźmy sobie państwo takie jak Chiny, które, w obronie zasad wolnego rynku, odważyłoby się dziś najechać zbrojnie na terytorium USA z zamiarem przełamania blokady importu heroiny na rynek amerykański. Jeśli dygresja ta wydaje się komuś mało stosowna to tylko z jednego powodu, o którym z przyczyn ideologicznych nie wolno nam otwarcie mówić. Bogobojni krzewiciele kapitalistycznego chrześcijaństwa zawsze w całej swojej historii ponad drugie przykazanie miłości – „szanuj bliźniego swego jak siebie samego” – konsekwentnie cenili bardziej zasadę „co wolno wojewodzie” …to nie tobie mały, żółty, czarny czy czerwony człowieczku.

Handel narkotykami jest wypróbowaną w ciągu wieków i stosowaną do dziś metodą zabezpieczania przewagi ekonomicznej imperium handlowego – podkreślał Peter Dale Scott, były profesor filologii angielskiej na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, autor wielu ważnych publikacji, dotyczących roli handlu narkotykami we współczesnej amerykańskiej polityce międzynarodowej. Twierdził on również, że to obrona brytyjskiego handlu narkotykami była dla Johna Stuarta Milla główną motywacją do napisania, wysławianego do dziś, traktatu „On Liberty”.

Powodami delegalizacji konsumpcji opium w Ameryce były nawarstwiające się uprzedzenia w stosunku do imigrantów chińskich, których posądzano o uwodzenie amerykańskich kobiet przy użyciu opium. W czasach gdy w duchu obrony wolności handlu Chiny zalewano brytyjskim opium, Chinatown w San Francisco było pierwszym miejscem w USA, w którym wprowadzono zakaz używania narkotyku już w roku 1876. Tymczasem w całym kraju rosła sprzedaż różnego rodzaju opioidów w formie patentowanych (czyli o nieujawnionym składzie) tanich leków przeciwbólowych, rozprowadzanych dyskretnie z wykorzystaniem m.in. katalogów wysyłkowych. Najpopularniejszą wśród nich była alkoholowa nalewka opiumowa, zwana winem opiumowym lub laudanum, tańsza od piwa, a przepisywana na wszystko od bólu zęba przez menstruację po kaca. Te cudowne środki podawano nawet małym dzieciom po kolacji na dobry sen.

Dopiero, gdy przemysł farmaceutyczny zmuszono do opisywania składu produkowanych leków, społeczeństwo było w stanie rozpoznać źródło wielkiej narkotykowej plagi w jakiej tonęła Ameryka (długo przed inwazją marynarzy i artystów ma się rozumieć). Dopiero wówczas sprzedaż opioidów w USA drastycznie spadła. Jednak problem nie zniknął. Zmieniła się jednak ich rola. W XX w. narkotyki zaczęto stosować …w polityce. Okazały się bowiem doskonałym sposobem manipulacji i zastraszania ludności, a przede wszystkim idealnym źródłem finansowania tajnych, międzynarodowych przedsięwzięć politycznych, na które obywatele nigdy nie udzieliliby swego przyzwolenia, a co za tym idzie środków na ich finansowanie.

Zbigniew Jankowski

Artykuł pierwotnie ukazał się w czasopiśmie “Spliff”.

Źródło: Liberalis.pl: Newsweed – opium dla mas
Zbigniew Jankowski

Rosnąca potęga Chin

Rz: Czy to był dobry pomysł, żeby organizować igrzyska olimpijskie w Chinach?

Bardzo zły. Po raz trzeci olimpiada odbyła się w państwie będącym dyktaturą. Pierwszy raz miało to miejsce w 1936 roku w Berlinie, a drugi raz w 1980 roku w Moskwie. Chiny łamią wszelkie międzynarodowe zobowiązania, w szczególności dotyczące praw człowieka. Nie powinny za to dostawać nagrody w postaci prawa do organizacji igrzysk.

Jakie znaczenie dla władz chińskich ma ta impreza?

Dzięki igrzyskom reżym wychodzi z cienia. Może pokazać wielki postęp ekonomiczny, jaki dokonał się w Chinach w ostatnich latach. Wiadomość, którą chce przekazać światu, jest taka, jaką od setek lat przekazuje swoim słabszym sąsiadom: jesteśmy wielką potęgą i mamy gigantyczny potencjał. Tysiące ludzi bijących w bębny podczas ceremonii otwarcia przypomniało mi narodowo-socjalistyczny wiec, który odbył się w Norymberdze w 1934 roku. Leni Riefenstahl nakręciła podczas niego słynny propagandowy film „Triumf woli”. Każdy z tych ludzi miał taki sam zacięty wyraz na „zamrożonych” twarzach. Chińska indywidualność została ostatecznie zdławiona przez reżym, Chińczycy są częścią jednego organizmu.

Pojawiały się opinie, że igrzyska pomogą zliberalizować Chiny.

Olimpiada nie tylko nie zliberalizowała Chin, ale wywołała dodatkowe naruszenia praw człowieka. To raczej nie jest to, czego oczekiwał Międzynarodowy Komitet Olimpijski, gdy sześć lat temu przyznał Chinom prawo do organizacji igrzysk. Spodziewano się, że komuniści dotrzymają słowa i w latach poprzedzających imprezę zaczną przestrzegać praw człowieka. Stało się coś dokładnie przeciwnego. Dysydenci byli aresztowani, robotnicy jeszcze bardziej prześladowani, setki tysięcy domów zniszczono, aby zrobić miejsce na rozmaite monumentalne budynki. Nawiasem mówiąc, wszystkie te konstrukcje, podobnie jak to miało miejsce w państwach Stalina i Hitlera, ukazują przedziwną fascynację tyranii wielkimi budowlami.

A chińskie służby bezpieczeństwa? Zwolniły nieco swój żelazny uścisk?

Skądże. Na ulicach Pekinu jest obecnie więcej policji i szpicli niż w trakcie masakry na placu Tiananmen w 1989 roku – ponad 100 tysięcy funkcjonariuszy. Są wszędzie. Obserwują każdy ruch Chińczyków i obcokrajowców, aby wykryć wszelkie przejawy nieprawomyślnej aktywności. Z tego co wiem, wszystko to przeraziło wielu turystów zupełnie nieprzygotowanych na taką sytuację.

Czy Ministerstwo Bezpieczeństwa to dziś najpotężniejszy resort w komunistycznych Chinach?

Jakiś czas temu razem z moimi współpracownikami prowadziliśmy śledztwo w sprawie zbrodni popełnianych przy realizacji polityki jednego dziecka. Departament stanu wysłał potem do Chin swoich ludzi, którzy mieli za zadanie na miejscu sprawdzić, czy to, co ustaliliśmy, jest prawdą. Przy tej okazji jeden z dyplomatów rozmawiał z szefem chińskiej Państwowej Komisji Planowania Rodziny. Człowiek ten powiedział mu, że sytuacja się zmieniła, że nikt już nikogo do niczego nie zmusza i nie dochodzi do żadnych nadużyć. „Proszę bardzo, niech Mosher do nas przyjedzie i sam wszystko zobaczy” – oświadczył. Oczywiście natychmiast popędziłem do ambasady, ale wizy nie dostałem. Bezpieka powiedziała „nie”. Takich zaproszeń od rozmaitych chińskich resortów dostałem sporo, jestem jednak na czarnej liście bezpieki i legalnie nie mogę odwiedzać Chin.

Czy podobnie jak w Związku Sowieckim policja polityczna stała się w Chinach państwem w państwie?

Tak, bo dokładnie w taki sposób została zaprojektowana. Przytoczona przeze mnie historia pokazuje, że bezpieka ma prawo zablokować decyzję każdego innego resortu i organu władzy. Nawet Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Bezpieka mówi, że jakaś sprawa jest kwestią bezpieczeństwa narodowego i ją po prostu przejmuje. Koniec. To gracze wagi ciężkiej, którzy wzbudzają powszechny strach. Mają teczki wszystkich obywateli. Ludzie są święcie przekonani, że funkcjonariusze znają największe sekrety każdego Chińczyka. To sprawia, że nikt nie chce z nimi zadzierać.

Jest pan antropologiem, co pana skłoniło do zainteresowania się działaniami chińskiego reżymu?

Od pierwszych moich kontaktów z Chińczykami zrozumiałem, jak nienawidzą systemu komunistycznego. Spodziewałem się, że w kraju tym nastąpi wielka zmiana, że system zostanie obalony. Pokładałem nadzieję w młodych, nieco bardziej liberalnych działaczach, którzy wówczas pojawili się w partii. Myślałem, że stary beton wymrze i ci młodzi wejdą na scenę i zmienią kraj. Czyli mniej więcej powtórzy się scenariusz, który miał miejsce w Europie Środkowej. I właśnie wtedy nastąpiła masakra na placu Tiananmen. Nie rozwiało to jednak moich nadziei. Myślałem, że to tylko czasowy krok w tył. Że nienawiść do partii jest tak silna, że prędzej czy później ustrój padnie. Gdy zaczynasz strzelać do ludzi na ulicach, to znaczy, że się kończysz.

Reżym się jednak nie skończył.

Bo komuniści nagle podsycili ogień pod ekonomią. Wpuścili zagraniczny kapitał. Najpierw z Tajwanu, potem z Europy, a wreszcie ze Stanów Zjednoczonych. I zaczął się wielki boom. W latach 90. pomagaliśmy dysydentom, którym udało się uciec za granicę. Nagle zorientowaliśmy się, że tych dysydentów robi się coraz mniej. Zaczęli znikać. Wcale ich jednak nie zabijano ani nie porywano – byli systematycznie kupowani przez Chiny. Przedstawiciele bezpieki przychodzili do nich i mówili: „Twoja rodzina cały czas tam jest. Jej sytuacja nie jest dobra. Jak przestaniesz krytykować reżym, to pozwolimy ci wrócić. Wykorzystasz doświadczenie zdobyte za granicą w biznesie. Mamy wielki boom – zarobisz kupę pieniędzy”. Zrozumiałem wówczas, że wielka zmiana, na którą tak liczyliśmy, po prostu nie nastąpi. Leninizm, aby przetrwać, przekształcił się w jakiś dziwaczny twór: leninizm-kapitalizm. Chińczycy zaczęli się skupiać na bogaceniu i poprawie poziomu życia. Na walkę o wolność nie ma czasu.

Ale skoro ludzie się bogacą, to powstaje klasa średnia i wyższa. Beneficjenci kapitalizmu to naturalni przeciwnicy komunizmu.

Gdy w latach 90. po raz pierwszy przywódcy partii zaczęli mówić o kapitalizmie, większość partyjniaków podniosła larum. „Kapitalizm? My nienawidzimy kapitalizmu!

Jesteśmy przecież komunistami!”. Teraz okazuje się, że przytłaczająca większość milionerów i miliarderów to synowie lub wnuki wysokich działaczy partyjnych. Dziewięciu na dziesięciu Chińczyków znajdujących się w grupie najlepiej zarabiających swoje fortuny zawdzięcza wykorzystaniu układów swoich komunistycznych krewnych. Proszę się nie spodziewać, że ci ludzie będą walczyć z komunizmem. Bo niby dlaczego? To partia stworzyła tą oligarchię.

A jaką rolę odgrywa obecnie w Chinach nacjonalizm?

Gigantyczną! Jedną z rzeczy, jaką reżym zrobił po masakrze na placu Tiananmen, było wprowadzenie patriotycznego wychowania do szkół. Od przedszkola do studiów wpajają młodym ludziom opowieść o tym, jak Chiny były zawsze męczone i prześladowane przez Zachód. Jak podczas wojen opiumowych i podczas powstania bokserów ludzie Zachodu bili i upokarzali Chińczyków. Ma to zamienić obywateli w superpatriotów.

Komuniści uczą patriotyzmu? Po co?

Chodzi o wpojenie nienawiści do Zachodu. I poczucia, że wreszcie nadszedł czas na rewanż. Ten rewanż może być ekonomiczny, ale równie dobrze militarny. Wbrew pozorom nastroje są bardzo antyzachodnie. Gdy w 1999 roku Amerykanie niechcący zbombardowali ambasadę Pekinu w Belgradzie, w Chinach wybuchła anty-amerykańska furia. Mówi się, że to było zainspirowane, zorganizowane przez rząd. Nieprawda. Rząd na to jedynie pozwolił, a później starał się kontrolować.

W swojej książce „Hegemon” pisze pan, że Chińczycy dążą do dominacji nad innymi. Czy te ambicje mają skalę światową?

Myślę, że tak. Taka jest bowiem natura hegemona. Dominującej siły, której przeznaczeniem jest panować. Chiny zdają sobie sprawę, że mają jedną piątą światowej populacji, drugą co do wielkości gospodarkę, która cały czas się rozwija, i potężną armię. Świat postrzegają jako przestrzeń, którą – takimi czy innymi środkami – mogą sobie podporządkować.

Co powinien zrobić Zachód?

Na pewno nie powinien działać tak jak teraz. Obecna strategia Zachodu sprowadza się bowiem do tego, że chcemy włączyć Chiny do światowego ładu. Wciągnąć do Światowej Organizacji Handlu i dać dostęp do naszych rynków. Robi się tak, bo ludzie myślą, że Chiny to kolejny Tajwan, Korea Południowa czy Japonia. Że ekonomiczna wolność doprowadzi w końcu do wolności politycznej. Jeżeli otworzymy im rynki i damy zarobić, to przyspieszymy przemiany demokratyczne. Zgoda, to może rzeczywiście nastąpić, ale dopiero za wiele, wiele lat. A status światowego supermocarstwa – między innymi właśnie dzięki takim działaniom – Chiny uzyskają znacznie szybciej. Obecnie na amerykańskich akademiach wojskowych mówi się, że Chiny w 2020 roku będą najważniejszym wyzwaniem dla USA, o zbliżonym do nich potencjale. To tylko za 12 lat.

To bardzo ciekawe. Bo Chińczycy, gdy opowiadają o swoich celach, często powtarzają, że potrzebują spokoju i pokojowych warunków, żeby się rozwijać, właśnie do 2020 roku.

Apologeci Chin mówią zaś, że nie ma się czego bać, bo w 2020 roku Chiny będą już przyjaznym państwem respektującym prawa człowieka i demokrację. No cóż, byłoby cudownie. Bardzo bym się cieszył. Ale nie postawię przyszłości mojej i moich dzieci na taką słabą kartę. Musimy mieć nadzieję na najlepsze, ale szykować się na najgorsze.

A jaki jest czarny scenariusz?

Taki, że Chiny staną się superpotęgą równą Stanom Zjednoczonym, ale nierespektującą światowego porządku. Porządek, jaki by im odpowiadał, to całkowita dominacja. Jeżeli zaczną realizować ten cel, nie będzie już pokojowej koegzystencji demokratycznych krajów, które szanują prawa człowieka i wolność gospodarczą. To będzie zupełnie inny świat. Chiny nie są jeszcze jednym z wielu światowych graczy, to być może największy gracz w historii ludzkości. Nie ma mowy, żeby komunistyczne Chiny na dłuższą metę egzystowały w ramach obecnego porządku. Albo same się zmienią, albo zmienią ten porządek. To już zresztą się zaczyna.

Co pan ma na myśli?

Dam panom przykład. Na Karaibach jest duża ilości malutkich wysepek-państewek. Każde z nich ma jeden głos w ONZ i należy do Światowej Organizacji Handlu. Chiny kupują te państewka jedno po drugim. A wraz z nimi ich głosy. To samo dzieje się w Afryce. Niedługo okaże się, że USA nie będą w stanie nic zrobić w ramach instytucji międzynarodowych.

Jak to kupują państwa?

Są państewka, które mają 10 tysięcy mieszkańców, a dostają od Chin miliardy dolarów. Chińczycy budują im stadiony, domy i drogi. Uzależniają je od siebie. Wystarczy trochę pieniędzy i ONZ przestaje zadawać niewygodne pytania o prawa człowieka. To nie dotyczy zresztą tylko państw. W USA jest wielu ekspertów od Chin, którzy pracują jako konsultanci tamtejszych przedsiębiorstw. Mają ekskluzywne apartamenty w Pekinie, są zapraszani przez rząd Chin na konferencje i atrakcyjne wycieczki. Jak zapraszają ich na poczęstunek, to nie na herbatę, ale na ucztę z 12 dań. Ci ludzie nie krytykują Chin, bo boją się, że wszystko to stracą. Zostali kupieni.

Wracamy jednak do tego samego pytania: jak powstrzymać Chiny?

Niestety jest już bardzo późno. Decyzje w tej sprawie powinny były zostać podjęte 25 lat temu. Należy jednak nasilić pomoc udzielaną dysydentom, nie dawać za wygraną w walce o przestrzeganie praw człowieka…

To chyba zbyt małe środki, żeby powstrzymać hegemona o światowych ambicjach?

To prawda. Problem ewentualnej walki opozycyjnej w Chinach polega na tym, że nie ma tam Kościoła katolickiego ani żadnej innej niezależnej struktury, która mogłaby posłużyć jako baza do stworzenia alternatywnej struktury politycznej. Rolę taką Kościół odegrał w komunistycznej Polsce, gdy skupili się wokół niego opozycjoniści i to nie tylko katolicy. Chiński rząd zdaje sobie sprawę z tego zagrożenia i robi wszystko, żeby żadne takie struktury nie powstały. Właśnie dlatego Chiny nie mają stosunków z Watykanem.

Co więc robić?

Powtórzyć politykę, która w latach 80. przyniosła znakomity efekt w przypadku Sowietów. Czyli zamknąć Chińczykom dostęp do technologii i kapitałów. A przede wszystkim rozbudowywać siłę militarną Stanów Zjednoczonych do tego stopnia i tak szybko, żeby Chińczycy nie sprostali temu wyzwaniu. Musimy być cały czas o dwa kroki przed nimi. Receptą jest kolejny wyścig zbrojeń. Ważnym zadaniem jest również powstrzymanie Pekinu przed inwazją na Tajwan. Bo to Tajwanu najbardziej boją się Chińczycy. Nie tyle jego siły bojowej, co faktu, że jest to demokratyczny kraj. Niezbity dowód na to, że Chińczycy jednak mogą utworzyć demokrację. A przecież partia zawsze powtarza, że w chińskich warunkach demokracja oznaczałaby chaos i że system ten po prostu nie pasuje do chińskich tradycji. Także tym, czego potrzebujemy, aby skłonić Chiny do rezygnacji z ich imperialnych planów, jest połączenie propagandy i gróźb natury militarnej.

Nie wyklucza pan jednak globalnej konfrontacji. Czy to właśnie Tajwan, tak jak Serbia w 1914 roku, może stać się zarzewiem globalnego konfliktu?

Tak. On jest oczywiście pierwszy na liście. Ale jest jeszcze kilka punktów zapalnych. Jest Korea Północna, marionetka w rękach Pekinu. Gdyby nie chińskie dostawy węgla i produktów spożywczych, ten kraj po prostu przestałby funkcjonować. Chiny biorą udział w rozmowach sześciostronnych na temat rozwiązania kryzysu koreańskiego. Jak pójdziecie panowie do Departamentu Stanu i porozmawiacie z amerykańskimi dyplomatami, to powiedzą wam: „Nie możemy być zbyt ostrzy wobec Chin, bo przecież pomagają nam rozwiązać problem Korei Północnej”. Co za bzdura. To przecież Chiny ten problem tworzą. Gdyby nie one, problem by zniknął. Ten kryzys nie zostanie rozwiązany, dopóki leży w chińskim interesie. Pekin chce utrzymać w Azji tego „złego chłopca”, żeby odciągnąć uwagę od własnych działań.

Mówi pan o globalnym zagrożeniu, ale z perspektywy Polski wydaje się ono bardzo odległe.

Wiem, że Pekin leży bardzo daleko od Warszawy. Ale wy też powinniście się martwić, bo żyjecie na tej samej planecie co Chińczycy. Jesteście w Europie, jesteście częścią Zachodu. Komunistyczne Chiny destabilizują światowy porządek, w ramach którego funkcjonuje Polska. W interesie nas wszystkich – zarówno politycznym, jak i ekonomicznym – jest to, żeby ich powstrzymać. Polacy i Amerykanie mają takie same poglądy na kwestie praw człowieka czy demokrację. Chiny wszystkim tym gardzą i eksportują własne pomysły. Czy Robert Mugabe przetrwałby tak długo jako dyktator Zimbabwe, gdyby nie poparcie Chin? Czy ludobójstwo w Darfurze pochłonęłoby tyle ofiar, gdyby nie poparcie Chin dla reżymu w Sudanie? Chiny nie kupują surowców na wolnym rynku, tylko podpisują specjalne długoterminowe umowy z rozmaitymi państwami, uzależniając je w ten sposób od siebie. Tego typu działania są bardzo szkodliwe dla światowej ekonomii. Wszystko, co zbudowaliśmy po II wojnie światowej i po 1989 roku, jest zagrożone.

Mówi pan o zagrożeniu ze strony Chin, ale dla nas zagrożeniem jest przede wszystkim Rosja. W tej konfrontacji Chiny jawią się raczej jako sojusznik.

Oczywiście Rosja to naturalny przeciwnik Chin, odkąd Rosjanie kilkaset lat temu podbili Syberię i inne tereny w Azji. Ale wyobraźmy sobie, że chińska partia komunistyczna nie zdobyła władzy i wojnę domową wygrali nacjonaliści. Przez pewien czas istniałaby zapewne jakaś forma dyktatury, która z czasem zamieniłaby się w demokrację. Czyli stałoby się to, co na Tajwanie. Jakby wtedy wyglądała Rosja? Czy kraj ten odchodziłby teraz od demokracji, dławił wolność słowa, koncentrował władzę w jednych rękach i starał się odbudować imperium? Nie sądzę.

Sugeruje pan, że istnieje jakaś zależność między tymi dwoma państwami?

Tak. One nawzajem oddziałują na siebie i zachęcają się do budowania tyranii. Mają przecież ze sobą dużo wspólnego. Chiny to państwo terrorystyczne, które terroryzuje własny naród. Rosja też dryfuje w tym kierunku. Oba kraje mają podobne cele w polityce zagranicznej: chcą zdetronizować USA jako światową superpotęgę i zbudować imperia. Rosja ma surowce, Chiny ich potrzebują. Chiny mają tanie dobra konsumpcyjne, Rosja ich potrzebuje. Z czasem może się pokłócą, ale na razie nie sądzę, żeby to było możliwe. Wspólnota interesów jest zbyt silna. Porównując potencjały obu tych potęg, myślę, że Chiny są znacznie większym zagrożeniem. To ostatnie wielkie wyzwanie świata. Jeżeli sobie z nim poradzimy, czeka nas wspaniała przyszłość. Wiele lat pokoju i prosperity.

Steven W. Mosher jest jednym z najwybitniejszych znawców komunistycznych Chin. Podróżuje po Azji, wspiera dysydentów i pisze książki. Był pierwszym Amerykaninem, który pod koniec lat 70. prowadził badaniana rolniczych terenach Chin. Zetknął się wówczas z koszmarną codziennością azjatyckiego totalitaryzmu. To, co zobaczył, opisałw książce „Broken Earth”, która wstrząsnęła światem. Pod naciskiem rządu w Pekinie został usunięty z Uniwersytetu Stanforda. Ostatnio w Polsce wyszła jego głośna książka o imperialnych ambicjach Chin „Hegemon”(wyd. Sprawy Polityczne, Warszawa 2007).

Rzeczpospolita: Musimy powstrzymać Chiny
Piotr Gillert , Piotr Zychowicz 23-08-2008

Geje w służbie Jej Królewskiej Mości

Rewolucja obyczajowa w brytyjskim wywiadzie. Słynny MI5 chce masowo werbować homoseksualistów. Do niedawna było to surowo zakazane

Ciekawe, co powiedziałby na to Ian Fleming, twórca postaci supermęskiego agenta 007. Nawet wywiad nie może oprzeć się wymogom politycznej poprawności królującej w rządzonej przez lewicę Wielkiej Brytanii.

Jak donosi brytyjska prasa, MI5 został objęty specjalnym programem „Pracodawca przyjazny gejom”. Jego wdrażaniem zajmą się eksperci z homoseksualnej organizacji Stonewall (odpowiednik polskiej Kampanii przeciw Homofobii).

Program będzie polegał na wspieraniu pracujących już w wywiadzie homoseksualistów. Ma między innymi spowodować, by „lepiej czuli się w pracy” i nie wahali się ujawnić swojej orientacji seksualnej przed kolegami.

– To prawda. MI5 będzie wprowadzał w życie nasz program. Pomożemy mu się zmienić – powiedział „Rz” przedstawiciel organizacji.

Przede wszystkim jednak wywiad, zgodnie ze wskazówkami doradców ze Stonewall, zamierza skierować specjalne oferty pracy do homoseksualistów. Dzięki temu – jak podkreślają pomysłodawcy projektu – personel służb specjalnych będzie odzwierciedlał różnorodność dzisiejszego brytyjskiego społeczeństwa (zatrudniani są też muzułmanie i Azjaci).

Jak podkreśla dziennik „Financial Times”, odzwierciedla to wielkie zmiany w mentalności brytyjskiego establishmentu, które dokonały się za czasów rządów lewicy. Homoseksualiści do początku lat 90. – czyli ćwierć wieku po tym, gdy w 1967 roku współżycie seksualne dwóch mężczyzn zostało wykreślone z brytyjskiej listy przestępstw – nie mogli służyć w wywiadzie ani w dyplomacji.

W przypadku dyplomatów, na przykład ambasadorów, obawiano się, że ich homoseksualizm mógłby wywołać konflikty z krajami, w których jest on nadal zakazany. W przypadku agentów wywiadu brano pod uwagę fakt, że homoseksualistów łatwo jest szantażować – co mogłyby wykorzystać obce służby.

Jako przykład podawano słynną sowiecką siatkę szpiegowską Cambridge działającą w brytyjskim wywiadzie w czasie wojny i w latach 50., której dwóch przywódców było homoseksualistami.

Współpraca Stonewall z brytyjskim wywiadem byłaby kiedyś nie do pomyślenia również ze względu na osobę byłej szefowej grupy Anny Manson. Jak pisze „Financial Times”, w latach 70. zasłynęła ona bowiem jako twórczyni planu wysadzenia w powietrze domów ministrów o konserwatywnych poglądach społecznych.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora p.zychowicz@rp.pl

Rzeczpospolita: Następcy Bonda mogą już być gejami
Piotr Zychowicz 19-08-2008

40 mld zł na ekologiczną energię z naszych kieszeni

W ciągu 12 lat powstanie w Polsce 2500 zakładów produkujących energię z odpadów. Koszt inwestycji może sięgnąć 40 mld zł

Program „Innowacyjna energetyka – rolnictwo energetyczne” jest w końcowej fazie przygotowań. Zakłada, że do 2020 r. w każdej polskiej gminie powstanie przynajmniej jeden zakład produkujący energię z roślinnych kiszonek i wszelkich odpadów.

– Wykorzystanie biomasy w małych, wydajnych jednostkach pozwoli na uzyskanie łącznej mocy rzędu 3 tys. MW – twierdzi Zbigniew Kamieński, dyrektor Departamentu Energetyki w Ministerstwie Gospodarki.

Oprócz tego resortu w prace nad programem zaangażowane są także Ministerstwo Rolnictwa oraz – jak się dowiedziała „Rz” – cztery organizacje pozarządowe, a wiodącą rolę wśród nich odgrywa Stowarzyszenie Energii Odnawialnej. Te właśnie organizacje przekazały w lipcu do Ministerstwa Gospodarki projekt budowy biogazowni w każdej gminie. Resort nanosi teraz na ten program swoje uwagi.

Budowa 2,5 tys. zakładów produkujących energię z rolniczej biomasy będzie kosztowała 35 – 42 mld złotych. Zakłady te wymagają dwukrotnie więcej nakładów na 1 MW mocy niż farmy wiatrowe czy konwencjonalne elektrownie.

Realizacja programu będzie ogromnym wydatkiem, nawet jeżeli część kosztów pokryją fundusze Unii Europejskiej. Jednak gorącym zwolennikiem biogazowni jest minister rolnictwa Marek Sawicki. Budowa minielektrowni na biomasę ma bowiem przede wszystkim ożywić tereny wiejskie.

Stowarzyszenie Energii Odnawialnej oblicza, że pod uprawę roślin używanych w energetyce będzie można wykorzystać jedną trzecią terenów traktowanych teraz jako nieużytki. Biogazownie dadzą szansę na stworzenie na wsi dodatkowo 80 – 100 tysięcy miejsc pracy.

O opłacalności biogazowni

Rzeczpospolita: Energia z kiszonek i odpadów
Magdalena Kozmana 09-08-2008

Ekologia w energetyce – czyli kosztowna zielona energia

PSL wraz ze znajomymi będą budowali elektrownie /elektrociepłownie wykorzystujące biomasę. Inwestycje takie są kompletnie nieopłacalne. No chyba że zbuduje sie prywatny obiekt za państwowe czyli NASZE pieniądze. No to do dzieła.
„Zielona energia” ma jeszcze jeden plus dodatni (dla rolników oczywiście). Podniesie ceny żywności.

Prąd i ciepło z biomasy są drogie. Żeby budowa 2,5 tys. zakładów miała sens, konieczne są finansowe zachęty dla producentów
Wadą elektrowni na biogaz jest ich niska wydajność. Zaletą – łatwość pozyskania surowca. Dlatego będzie ich coraz więcej

– Koszt jednego megawata energii elektrycznej w biogazowniach szacujemy na 12 – 14 mln zł – mówi Wojciech Adamczyk, dyrektor biura Stowarzyszenia Energii Odnawialnej, organizacji pozarządowej, która przygotowała plan budowy biogazowni w każdej gminie.

Wytwarzanie prądu ze zgazowanej biomasy jest dużo mniej wydajne niż z innych źródeł odnawialnych. Jednak w przeciwieństwie do np. elektrowni wiatrowych czy wodnych biogazownie mogą działać w każdym miejscu w kraju.

Stowarzyszenie Energii Odnawialnej ocenia, że inwestycje będą się zwracały po siedmiu latach, ale tylko w przypadku wykorzystywania jako paliwa obornika albo odpadów z ubojni. Gorzej jest z opłacalnością zakładów na rolniczą biomasę (np. kiszonkę z kukurydzy). – Dla tego typu inwestycji potrzebne jest dodatkowe wsparcie, a do tego trzeba wprowadzić zmiany w prawie energetycznym – dodaje Wojciech Adamczyk.

Moment do wprowadzenia zmian w prawie energetycznym jest dobry, bo Ministerstwo Gospodarki od kilku miesięcy pracuje nad nowelą tego prawa. Zwolennicy biogazowni chcą, by zakłady te dostawały czerwone certyfikaty za produkcję energii elektrycznej razem z ciepłem. Takimi certyfikatami można handlować, podobnie jak świadectwami produkcji zielonej energii. Biogazownie zarabiałyby więc zarówno na zielonych, jak i czerwonych certyfikatach i wtedy ich budowa stałaby się bardziej opłacalna. – Chcemy stworzyć optymalne warunki dla funkcjonowania biogazowni rolniczych w Polsce, szukamy możliwości współfinansowania tego typu instalacji ze środków publicznych – dodaje Zbigniew Kamieński, dyrektor Departamentu Energetyki Ministerstwa Gospodarki.

Pojawił się pomysł przerobienia na biogazownie ponad dziesięciu zakładów Krajowej Spółki Cukrowej. Przedsięwzięcie, które według naszych szacunków będzie kosztowało od kilkudziesięciu do 100 mln zł, przeprowadzi spółka Polskiej Grupy Energetycznej Bioenergia. Pilotażowe projekty będą finansowane częściowo z funduszy unijnych nadzorowanych przez resort rolnictwa albo przez resort gospodarki – decyzja jeszcze nie zapadła. – Inwestycja jest na etapie studium wykonalności, za kilka tygodni będziemy mogli o niej powiedzieć więcej – zaznacza Jan Kowalski, odpowiedzialny za projekt w PGE.

Rzeczpospolita: Wieś dostarczy zielonej energii
Magdalena Kozmana 09-08-2008

Tysiąc zabitych w Osetii

Tysiąc zabitych w Osetii – rewelacja prosto z rosyjskiej tuby propagandowej
O rosyjskich bombardowaniach nic nie wspominają.

Relacje z konfliktu:

14:52 GMT – Shootings cease in Tskhivali as people check damages.

14:35 GMT – Ossetian authorities report more then a thousand dead in Tskhinvali.

14:23 GMT – Mass fires reported in Tskhinvali.

1410 GMT – South Ossetian President Kokoyti announces the breakaway republic’s troops are driving Georgian forces away.

14:05 GMT – Hundreds of civilians have been killed in Tskhinvali, according to South Ossetian President Kokoyti.

14:01 GMT – Georgian Foreign Ministry calls on the world community to make Russia ‘understand, that invading a sovereign state is unacceptable’.

13:43 GMT – President Medvedev orders Prime Minister, Emergencies Minister and Interior Minister to organise humanitarian aid for South Ossetia.

13:25 GMT – Russian Defence Ministry accuses Georgian troops of shooting at peacekeepers and civilians and denying them medical help.

13:21 GMT – Russian Defence Ministry confirms more then 10 Russian peacekeepers have been killed in South Ossetia on Friday and 30 others wounded.

13:16 GMT – Saakashvili accuses Russia of ‘waging a war’ against Georgia, asks for U.S. support.

12:57 GMT – International community must stop turning a blind eye on mass arms purchases by Georgia, says Russian Foreign Minister Sergey Lavrov.

12:55 GMT – Russian FM Sergey Lavrov accuses Georgia of ethnical cleansing in Ossetian villages.

12:37 GMT – „If Russia indeed sent its troops to Georgian territory, it means we are at war with Russia,” said head of Georgian national security council.

12:34 GMT – Russian envoy to NATO Dmitry Rogozin calls on the alliance’s member states not to support Saakashvili.

12:31 GMT – Georgian Parliament speaker David Bargadze accuses Russia of ‘military aggression’, and threatens to use ‘all means necessary to protect the country’s sovereignty’.

12:22 GMT – Germany’s leader Angela Merkel calls for an immediate end to the use of force.

12:19 GMT – Tskhinvali residents emerge from shelters after a lull in fighting, report Ossetian peacekeepers. The city is short of water and electricity has been cut in many areas. Telephone communications are difficult.

12:13 GMT – Georgia accuses Russia of bombing its military base near Tbilisi.

12:04 GMT – Russia’s Defence Ministry announces it has sent peacekeeping reinforcements to South Ossetia

11:57 GMT – Peacekeepers report South Ossetians destroy several Georgian tanks, re-take Tskhinvali.

11:41 GMT – Russian communists and liberal democrats call for State Duma meeting to discuss the situation in South Ossetia.

11:33 GMT – South Ossetia reports that Russian armoured vehicles have entered Tskhinvali.

11:25 GMT – Tskhinvali ‘completely destroyed’ after massive shelling by Gerogian troops, reports head of peacekeeping force.

11:17 GMT – Georgia gives South Ossetians three hours to surrender.

11:12 GMT – International Red Cross Committee is ‘deeply concerned’ with the humanitarian situation in South Ossetia.

11:02 GMT – PACE will support any effort to resolve the conflict in South Ossetia peacefully.

10:59 GMT – South Ossetia accuses Georgian hackers of attacking its Information Ministry’s website.

10:58 GMT – Russia will not allow the death of its citizens go unpunished, says Russian President Dmitry Medvedev.

10:56 GMT – Wounded people from South Ossetia start arriving to North Ossetian hospitals.

10:45 GMT – Keeping volunteers away from South Ossetia ‘will be difficult’, says Prime Minister Vladimir Putin, who’s visiting China for the opening of the Olympics

10:33 GMT – Georgia announces a three-hour ceasefire starting from 11:00 GMT to let civilians out of the conflict zone.

10:26 GMT – Transdniester may allow volunteers to fight in South Ossetia, says region’s Foreign Ministry.

10:23 GMT – Peacekeepers ask Abkhazia not to send its troops into the demilitarized zone.

09:53 GMT – British Foreign Office calls on the two sides to stop military actions and resume negotiations.

09:36 GMT – Georgia’s aggression gives the Russian Parliament a ‘serious reason’ to recognise South Ossetia’s independence, says chair of Federation Council Sergey Mironov.

09:21 GMT – NATO Secretary General Jaap de Hoop Scheffer calls for an immediate to violence in South Ossetia.

09:05 GMT – Russian Defence Ministry says it won’t let Georgia harm peacekeepers and Russian citizens.

08:32 GMT – The European Commission’s head of foreign policy tells Mikhail Saakashvili to do everything necessary to stop violence in South Ossetia.

08:18 GMT – Firefight spreads to Tskhinvali streets, reports head of peacekeeping force.

07:49 GMT –Emergencies Ministry ready to evacuate Russian citizens from South Ossetia if ordered to.

07:44 GMT – Abkhazian forces move to border with Georgia and concentrate near the demilitarised zone.

07:44 GMT – Mikhail Saakasvili says Russia has launched a full-scale military operation against Georgia.

07:20 GMT – Georgian Minister of Reintegration asks the international community to stop putting pressure on Tbilisi and help find a compromise.

07:02 GMT – Russian Migration Service ready to deal with refugees from South Ossetia.

06:51 GMT – UN Security Council fails to approve a Russia-sponsored ceasefire call.

06:17 GMT – Firefight intensifies at Tskhinvali outskirts, says South Ossetian President Kokoyti.

05:57 GMT – Georgia pledges to pardon South Ossetian leadership and invest $US 35 million into the region

05:28 GMT – North Ossetia prepares for the arrival of more than 2,000 refugees

05:01 GMT – South Ossetia asks Russia for protection and to help it stop the bloodshed

04:13 GMT – Georgian troops resume attack on the South Ossetian capital Tskhinvali.

August 8, 2008