Madry człowiek Vaclav Klaus – prezydent Czech

Wywiad z prezydentem Czech Vaclavem Klausem m.in. o kryzysie gospodarczym, Unii Europejskiej, fałszywych ideach i socjalizmie.

Wywiadu możesz odsłuchać tutaj (mp3)

Jest pan zaskoczony obecnym kryzysem na świecie?

Nie jestem specjalnie tym zdziwiony, wiele spraw było widocznych przez ostatnie parę lat, a szczególnie w ciągu ostatnich miesięcy, więc nic nie spadło nagle z nieba

A skala kryzysu?

Jest to coś zupełnie nowego jeśli chodzi o skalę. Zaczęło się od pierwszego etapu, którym był kryzys związany z rynkiem nieruchomości. Drugim etapem był kryzys finansowy związany z kredytami – to rozpoczęło się mniej więcej dwa miesiące, czy miesiąc temu. Jednak to, co ostatnio stało się na rynkach finansowych, jest dla nas czymś, czego skala jest zupełnie nowa i dziwne jest, że Stany Zjednoczone dopuściły do tego, że panika finansowa aż tak daleko się posunęła.

A czy odpowiedź, jakiej udzielają rządy Stanów Zjednoczonych i państw Unii europejskiej jest odpowiedzią adekwatną na kryzys światowy?

Musimy znaleźć odpowiedzi na dwa pytania. Po pierwsze jakie są rzeczywiste powody tego kryzysu, a po drugie – co należy zrobić w tej chwili. Uważam, że to, co robione jest w tej chwili przypomina przyjmowanie pigułki w sytuacji, gdy rozwinęła się już jakaś choroba po tylko, by zlikwidować symptomy. Nie dotarliśmy natomiast w żadnym wypadku do korzeni tego problemu. Czasem takie pigułki są potrzebne, jednak obawiam się, że świat wykorzysta nadmiernie obecną sytuację kryzysową do tego,  by wprowadzić bardzo surowe regulacje sektora gospodarczego, a będzie to bardzo poważny błąd. Tego typu regulacje w gospodarce wprowadzono już w latach trzydziestych, w okresie wielkiego kryzysu i był to ogromny błąd, którego powtórzenia bardzo się teraz obawiam. Boję się reperkusji [w sektorze] regulacji obecnego kryzysu.

Jak należałoby zareagować na kryzys światowy?

Muszę powiedzieć, że ja osobiście nie zajmuję się w tej chwili rozwiązywaniem kryzysu finansowego, jednak uważam, że po pierwsze należałoby powstrzymać panikę i nadmierną reakcję, która pojawiła się w wielu krajach. Po drugie – to co robią Stany Zjednoczone w tej chwili i co robi część państw europejskich jest dla mnie czymś bardzo niepokojącym – chodzi o objęcie gwarancjami kredytowymi we wszystkich bankach wszystkich depozytów złożonych przez obywateli – moim zdaniem jest to bardzo poważny błąd. Jest to związane także z pomysłem ubezpieczania [gwarantowania] kredytów międzybankowych oraz nacjonalizacją różnych sektorów działalności i usług. Moim zdaniem rzeczywiście jest to poważny błąd.

Ale to jest błąd, który ma zapobiec panice…

Nie wierzę w to. Naprawdę nie wierzę. Takie kroki tylko zwiększają panikę, jaka jest na rynku. Gdyby te kroki nie były podejmowane, zwykli ludzie nie byliby aż tak bardzo przerażeni. Tak więc ta panika nie jest w ten sposób łagodzona – a wręcz przeciwnie – jest wzmacniana.

Czyli można wyciągnąć wniosek, że świat szedł w złym kierunku, a idzie w jeszcze gorszym?

Myślę, że tak właśnie ta sytuacja wygląda, ponieważ nie znajduje się obecnie ani w rękach banków centralnych ani ministrów finansów – a powinna być właśnie przez banki centralne i ministrów finansów kontrolowana. W tej chwili poziom decyzyjny znalazł się w rękach polityków, takich na przykład jak Angela Merkel czy francuski prezydent Sarkozy. Oni nie są zainteresowani szczegółami finansowymi. Oni są zainteresowani jedynie swoją własną popularnością a także pokazaniem opinii publicznej, że są bardzo aktywni. Chcą zmaksymalizować korzyści wynikające z tej sytuacji dla ich pozycji politycznej – a nie są zainteresowani sytuacją ekonomiczną w swoich państwach. I to jest dla mnie bardzo niepokojące.

Czy w czasie spotkań na szczycie Unii Europejskiej z prezydentem Sarkozym czy z kanclerz Merkel pan prezydent powtarza im to samo? Mówi: „Uwaga, koledzy, idziemy w złym kierunku”?

Zawsze staramy się im takie poglądy przedstawić. Nie wiemy jednak, czy oni tego słuchają…

Ale zbliża się prezydencja Czech w Unii Europejskiej. Głos Czech będzie mocniejszy? Czy pan prezydent wykorzysta ten głos?

Uważam, że ludzie w państwach europejskich – a dotyczy to zarówno starych państw, jak i nowoprzyjętych – przeceniają znaczenie prezydencji unijnej. Zbyt wiele uwagi przykładają do prezydencji w Unii Europejskiej. Nie chodzi tu o rzeczywistą demokrację, która w Unii jest jak gdyby tylko odgrywana. Jeśli weźmiemy pod uwagę znaczenie prezydencji dużych państw członkowskich, takich jak na przykład Niemiec i porównamy to z prezydencją małych państw członkowskich – jak na przykład Słowenii na początku tego roku, to zauważymy, że różnice są wyraźne. Niestety obawiam się, że Czechy nie doprowadzą w czasie swojej prezydencji do żadnej rewolucji w Unii Europejskiej. Żałuję gdyż uważam, że w Unii przydałaby się taka rewolucja – rewolucja aksamitna.

Na czym miałaby polegać aksamitna rewolucja w Unii Europejskiej?

Jest to użycie starego czeskiego pojęcia w tym kontekście. Aksamitnej rewolucji. W latach 90-tych moim marzeniem było wejście Czech do Unii Europejskiej i wprowadzenie w Unii w ten sposób zmian. Chodził o to, by wprowadzić większy poziom demokracji. Chodziło o wprowadzenie deregulacji, odbiurokratyzowanie struktur unijnych, zastąpienie potężnych zasad regulacyjnych… To trzeba zrobić. Czesi i Polacy doskonale wiedzą o co chodzi, bo właśnie to robiliśmy w naszych państwach po upadku komunizmu. Wprowadzaliśmy deregulację, prywatyzowaliśmy, zmniejszaliśmy poziom subsydiów, liberalizowaliśmy gospodarkę…

Ale pan prezydent wie, że Unia Europejska płynie w drugą stronę. Na stole leży traktat lizboński, którego jeszcze nie podpisał prezydent Lech Kaczyński, i którego pan też nie chce podpisać. Dlaczego nie chce pan podpisać traktatu z Lizbony?

Dlatego, że w zasadzie konstytucja europejska i kosmetyczne zmiany, które w niej wprowadzono i nazwano Traktatem Lizbońskim, nie idą w kierunku tej aksamitnej rewolucji – przeciwnie – zwiększają poziom centralizacji i biurokratyzacji, przenoszą poziom decyzyjny z państw członkowskich do Brukseli. To jest wręcz kontrrewolucja.

Ale żadne imperium nie powstałoby bez biurokracji. Może jeśli chcemy silnej Europy, która ma znaczenie w globalnym świecie, to musimy mieć globalizację, urzędników, rozmaite rozporządzenia, które może nie każdemu się podobają, ale są konieczne dla spójności?

To świetne pytanie. Z pewnością użyję go wiele razy w przyszłości. Pan, w sposób bardzo wyraźny powiedział, że chciałby pan mieć imperialną Europę, chciałby pan mieć imperium. Ja nie chcę imperialnej Europy. Chcę po prostu mieszkać w Czechach. Myślę, że większość Polaków będzie szczęśliwa żyjąc i mieszkając po prostu w Polsce. Nie mam absolutnie żadnych ambicji imperialnych. Nie potrzebuję silnej Europy. To błąd w sposobie myślenia. Nie zależy mi na tym, żeby ta Europa była Europą imperialną. Myślę, że Polacy i Czesi także takiej Europy nie chcą mieć. Takiej Europy potrzebują chyba tylko ci politycy, którzy w Brukseli mieszkają lub często do niej podróżują, politycy europejscy, którzy chcą taką imperialną Europę stworzyć i być wielkimi przyjaciółmi szefów państw – takich jak Chiny, Stany Zjednoczone i  inne duże kraje… Ale to nie jest moje marzenie. To nie jest moja ambicja. Absolutnie nie jest to silna, imperialna Europa.

Ale nie jest tak, że w tym globalnym świecie, który staje się teraz wielobiegunowy, gdzie są Stany Zjednoczone, Rosja, silne Chiny, Indie nie ochroni pan wartości czeskich czy my nie ochronimy wartości polskich, nie będąc w zintegrowanej silnej Europie…

Uważam, że jest fikcja. To zły sposób patrzenia na tę sprawę. Myślę, że powinniśmy przedyskutować, czym tak naprawdę jest globalizacja i nie powinniśmy mówić, że globalizacja jest związana z centralizacją Europy. Uważam, że w ten sposób powtarzany jest stary pomysł Orwella – podział świata na trzy wielkie strefy. Nie należy tego powtarzać. Myślę, że problem, z którym mamy teraz do czynienia, to internacjonalizacja wszelkiej działalności ludzkiej – a nie – typowa globalizacja. Te sprawy są często mylone. Globalizacja jest też często błędnie interpretowana jako trend… Powinniśmy o tym porozmawiać – jednak to jest temat na inną, bardziej niż obecna złożoną rozmowę.

Jeszcze jedno pytanie na temat kryzysu światowego – czy nastąpi recesja gospodarcza?

Obawiam się, że zdecydowanie będziemy mieć do czynienia z radykalnym obniżeniem poziomu wzrostu gospodarczego. Będzie to widoczne w naszych państwach w przyszłości. Pojawia się jednak pytanie, czy dojdziemy do poziomu ujemnego wzrostu gospodarczego, czy będzie to recesja na minusie… Trudno na to odpowiedzieć. Spowolnienie gospodarcze jest wyraźnie zauważalne w Stanach Zjednoczonych i w Europie. W drugim kwartale bieżącego roku – z tego, co wiem – poziom wzrostu gospodarczego w Europie wynosił minus półtora procenta. W Stanach Zjednoczonych, w trzecim kwartale te dane również pojawiały się na minusie. W związku z tym, na pewno zauważymy spowolnienie gospodarcze i w Polsce i w Czechach, ale czy będzie to recesja? Trudno powiedzieć.

Pan prezydent w poglądach politycznych, ekonomicznych płynie pod prąd większości, ale jeszcze bardziej płynie pan pod prąd w poglądach na temat ocieplenia klimatu. Dlaczego pan uważa, że dogmat ocieplenia klimatu na świecie jest fałszywy?

Myślę, że dogmat globalnego ocieplenia oparty jest na błędnych analizach i błędnych przesłankach. Uważam, że absolutnie nie jest to spowodowane dyskusją o temperaturze czy emisji dwutlenku węgla. Te właśnie argumenty używane są przez osoby, które chcą rządzić światem, chcą nas całkowicie zmanipulować. Wzbudzają panikę, mówiąc o dramatycznym ociepleniu klimatu i tego strasznych skutkach. Uważam, że powinniśmy być opanowani – a nie panikować. Niewielkie ocieplenie może faktycznie nastąpić, ale nie będzie miało poważniejszych skutków dla ludzkości – dlatego powinniśmy skoncentrować się na istotniejszych kwestiach, rzeczywistych priorytetach – a nie na fikcyjnych.

Ale to właśnie ludzkość teraz podejmuje decyzję, żeby mniej dwutlenku węgla wysyłać w atmosferę, są coraz większe normy dotyczące zanieczyszczenia środowiska. Uważa pan, że to też jest zły kierunek?

To, co pan powiedział, to nie jest prawda. Uważam, że ludzkość w żadnym wypadku nie jest zainteresowana zwalczaniem globalnego ocieplenia. Natomiast zainteresowane są tym takie osoby jak Al Gore, Angela Merkel, Gordon Brown czy prezydent Sarkozy… Są to politycy, dziennikarze, przedstawiciele ruchów środowiskowych – ale na pewno nie chodzi tu o ludzkość. Natomiast muszę również powiedzieć, że nie widzę związku pomiędzy ociepleniem klimatu a emisją dwutlenku węgla. Nie wierzę w ten związek i nie mogę poprzeć środków, o których pan mówi ponieważ uważam, że podstawy dla ich wprowadzenia są niesłuszne.

Uważa pan, że to co robi Al Gore, to jest wielka manipulacja i oszustwo?

Tak. Tak bym to określił.

Interes polityczny? Interes ekonomiczny?

Oba. Tak myślę. Jeśli chodzi o Ala Gore’a to obydwa argumenty są słuszne. Nie wiem, czy Al Gore ma w tej chwili jakieś ambicje polityczne, ale z całą pewnością ma ambicje polityczne, ponieważ chce być postrzegany jako zbawca świata – a więc jest to coś więcej niż tylko ambicja polityczna czy gospodarcza.

Pan prezydent uważa, że ideologia ocielenia klimatu jest podobna do ideologii komunizmu? Do ideologii, które chciały zawładnąć ludzką duszą po to, żeby pociągnąć ja w fałszywym kierunku?

Muszę powiedzieć, że porównanie ekologicznej ideologii globalnego ocieplenia z ideologią komunizmu nie jest aż tak proste – tym bardziej, że nie chcę upraszczać. Przeżyliśmy wszyscy okres komunizmu – nie chcę więc stosować łatwych i tanich porównań. Jeśli jednak pomyślimy o strukturze tych ideologii, to pewne podobieństwa możemy zauważyć. W okresie komunizmu mówiono o powstrzymaniu niszczenia i biedzie mas – w tej chwili mówimy, że należy powstrzymać niszczenie i biedę planety… Czyż nie jest to podobne?

Słyszymy o tym, że tajfuny, które nawiedzają Stany Zjednoczone są konsekwencją ocieplenia klimatu. Widzimy białe niedźwiedzie dryfujące po oceanach na poderwanych wyspach lodowych… to jak mamy to interpretować?

To totalna manipulacja. Myślę, że nikt racjonalnie myślący nie wierzy w tego typu stwierdzenia. Jest to błędne wykorzystanie danych. Byłem w zeszłym tygodniu Stanach Zjednoczonych, w Seattle, gdzie wygłaszałem przemówienie. Po tym przemówieniu rozmawiałem z jedną z obecnych tam kobiet. Była zaszokowana. Podeszła do mnie i zapytała: „Czy pan nie widzi globalnego ocieplenia?” Zapytałem: „A czy pani widzi globalne ocieplenie? Czy wie pani o ile wzrosła średnia temperatura w ciągu całego 20 wieku? Powiedziała, że nie wie… Więc odpowiedziałem jej, że średnia temperatura w ciągu ostatnich 100 lat wzrosła o siedemdziesiąt cztery setne stopnia Celsjusza.  Mniej niż jeden stopień przez stulecie! Ta agresywna zwolenniczka dogmatu globalnego ocieplenia była całkowicie zszokowana i powiedziała, że nigdy czegoś takiego nie słyszała… Po prostu żyjemy w szalonym świecie.

I wyciągamy wnioski z fałszywych przesłanek? Czyli budujemy świat na fałszywych przesłankach?

Byłby bardzo ostrożny. Mówi pan, że MY budujemy świat. Używa pan niesłusznie liczby mnogiej, ponieważ ja takiego świata w żadnym wypadku nie buduję. Myślę, że pan również go nie buduje – ani ta pani… Świat buduje się sam. Świat buduje się spontanicznie. Sformułowanie o budowaniu świata pochodzi z leksykonu komunistycznego. Myślę, że świata nikt nie buduje. No… chyba, że Al Gore…

Źródło: Polskie Radio: Salon polityczny Trójki

14.10.2008

————

Inne artykuły /wypowiedzi prezydenta Czech Vaclav Klausa

Prawdziwa twarz przedstawicieli Unii Europejskiej – skandaliczne zachowanie parlamentarzystów europejskich na spotkaniu z Prezydentem Vaclavem Klausem

Madry człowiek Vaclav Klaus – prezydent Czech

Głos Wolności – rozmowa z Vaclavem Klausem

Vaclav Klaus o integracji europejskiej, tarczy antyrakietowej i ekologach

Traktat Reformujący EU- Konstytucja Europejska

Czy jesteś wyznawcą nowej religii?

Oto jeden z dogmatów nowej religii: CO2

Unia Europejska musi ponownie zacząć wyznaczać globalne standardy i zapobiegać zgubnej rywalizacji o energię – apeluje David Miliband, brytyjski szef dyplomacji

W momencie globalnego spowolnienia gospodarczego kusząca staje się chęć potraktowania konieczności przejścia na gospodarkę niskowęglową jako rzeczy drugorzędnej. Tymczasem zjawisko to jest ściśle związane z poprawą naszej kondycji gospodarczej.

Przy wysokich cenach ropy i gazu, które napędzają inflację, uzależnienie od energii wysokowęglowej (produkowanej przy dużym zużyciu węgla i wysokim poziomie emisji CO2) w rzeczywistości dodatkowo zwiększa nasze problemy gospodarcze. Zagraża także bezpieczeństwu środowiska i stabilności geopolitycznej. Musimy wykorzystać Unię Europejską, by wyznaczyć światu nowy kierunek – ku gospodarce niskowęglowej.

Ryzyko globalnych zmian

Skutki, jakie nasze przywiązanie do paliw kopalnych przynosi środowisku naturalnemu, są powszechnie znane: emisja gazów cieplarnianych spowoduje więcej susz i innych ekstremalnych zjawisk pogodowych, pokrywa lodowa będzie topnieć, a poziom mórz się podnosił. Jednak nie są to wyłącznie problemy środowiska naturalnego – efekty te zaszkodzą także gospodarce i zagrożą naszemu bezpieczeństwu.

Zapotrzebowanie na energię już teraz zresztą niesie ryzyko zmian na mapie geopolitycznej – poczynając od napięć na tle rywalizacji o zasoby ropy i gazu w Arktyce, po gwałtownie rosnące przychody ze sprzedaży tych surowców, które dodają pewności siebie krajom bogatym w surowce energetyczne. Istnieje ryzyko, że konstruktywna współpraca międzynarodowa ustąpi miejsca destruktywnej rywalizacji.

I choć nasza uwaga skierowana jest obecnie na Wall Street, to uzależnienie od dostaw ropy i gazu w tej chwili jest główną przyczyną inflacji na świecie oraz czynnikiem powodującym spowolnienie gospodarcze. Banki centralne stanęły przed podwójnym wyzwaniem – jak załagodzić kryzys kredytowy bez wzrostu inflacji.

W sytuacji, gdy liczba ludności świata ma wzrosnąć z 6,6 miliarda do 9 miliardów w roku 2050, kiedy kraje rozwijające się przeżywają gwałtowny boom gospodarczy (na chińskich drogach każdego dnia pojawia się 20 tysięcy nowych pojazdów), mamy do czynienia ze zmianą strukturalną, a nie z chwilową aberracją.

Mamy wyjście

Łatwo przyjąć postawę fatalistyczną i stwierdzić, że coraz większy brak poczucia bezpieczeństwa – zarówno fizycznego, jak i gospodarczego – jest czymś nieuniknionym. A jednak alternatywa istnieje.

Różnicując źródła dostaw energii, możemy uniknąć nowej globalnej – i zaciętej – rywalizacji o surowce, w której stajemy się zakładnikami państw bogatych w paliwa. Budując zaś gospodarkę niskowęglową, możemy nie tylko zahamować emisję gazów cieplarnianych i ograniczyć presję inflacyjną, ale także stworzyć ekologiczne miejsca pracy i przyczynić się do ekologicznego rozwoju gospodarczego.

Technologia, dzięki której można tego dokonać, już istnieje lub właśnie powstaje. Przechodząc na energię atomową oraz odnawialną, a także „oczyszczając” używany węgiel dzięki wychwytywaniu i składowaniu dwutlenku węgla, możemy produkować niskowęglową energię elektryczną. Bardziej energooszczędne urządzenia domowe oraz ich lepsza izolacja pomogą ograniczyć zużycie energii w naszych domach. Dzięki producentom samochodów, którzy opracowują technologie pojazdów hybrydowych, łączących silnik elektryczny i benzynowy, realne staje się powstanie – w dłuższej perspektywie – transportu ery postbenzynowej wykorzystującego wyłącznie elektryczność lub wodór.

Powrót do korzeni

Najważniejsze pytanie, to jak przyspieszyć ten proces – jak zbudować polityczne poparcie, które popchnie inwestycje w kierunku rewolucji niskowęglowej.

Unia Europejska – organizacja, której początki stanowiła współpraca w zakresie węgla i stali, mająca zapobiegać konfliktom i zapewnić stabilność Europie – musi wrócić do korzeni. Musi użyć wszystkich narzędzi, jakimi dysponuje – regulacji rynków i pozycji negocjacyjnych – by wyznaczać globalne standardy i zapobiegać rywalizacji o energię prowadzącej do konfliktów. Priorytety są trzy.

Po pierwsze, musimy wykorzystać naszą siłę negocjacyjną, by doprowadzić do osiągnięcia porozumienia co do działań wobec zmian klimatycznych po roku 2012. Najtrudniejsze pytania na przyszłorocznym światowym szczycie w Kopenhadze dotyczyć będą celów, jakie sobie wyznaczymy, oraz tego, kto powinien zapłacić za łagodzenie skutków zmian klimatycznych oraz dostosowanie się do nich.

Przywództwo UE jest kluczowe – jeśli mamy osiągnąć ambitne globalne porozumienie, musimy wskazywać innym drogę. Wartości docelowe, które przyjęliśmy w ubiegłym roku – ograniczenie emisji gazów o 20 proc. do roku 2020 oraz o 30 proc. w kontekście porozumienia międzynarodowego – stawiają nas w awangardzie walki ze zmianami klimatu. Nasze rynki obrotu emisjami gazów przydadzą się zaś przy transferach finansowych mających pomóc krajom rozwijającym się przeskoczyć od razu do energii niskowęglowej.

Po drugie, świat potrzebuje globalnego rynku emisji gazów, dzięki któremu kraje rozwinięte będą mogły znaleźć sektory najbardziej opłacalne z punktu widzenia redukcji emisji. Unijny system obrotu emisjami gazów jest tu podstawą. Musimy zapewnić jego długotrwałe funkcjonowanie, z limitami ustalanymi centralnie, tak jak proponuje Komisja Europejska, a nie przez państwa członkowskie. Ale musimy także powiązać go z rynkami emisji gazów cieplarnianych, które powstają w USA, Kanadzie i Nowej Zelandii. Po trzecie, możemy wspierać globalne inwestycje w technologie ekologiczne. Wyznaczając ambitne unijne standardy wymagane przy produkcji nowych pojazdów i urządzeń, możemy wykorzystać siłę największego jednolitego rynku na świecie do stymulowania innowacji w skali globalnej. Dzięki zaś uzgodnieniu mechanizmu zachęt na poziomie europejskim możemy przyspieszyć rozwój elektrowni pokazowych z instalacjami do wychwytywania i składowania dwutlenku węgla do roku 2015, dzięki czemu UE będzie w stanie wdrożyć tę technologię do roku 2020.

Potrzebne przyspieszenie

To niezwykle ważne – tylko dzięki zastosowaniu tych technologii w odpowiedniej skali zdołamy obniżyć koszty oraz doprowadzić do globalnego wykorzystania technologii wychwytywania i składowania CO2. A potrzebujemy ich nie tylko po to, by wypełnić nasze zobowiązania dotyczące limitów emisji gazów, ale także po to, by obniżyć ich poziom we wszystkich krajach, które do produkcji energii wykorzystują głównie węgiel.

Unia będzie rozliczana z tego, czy dotrzyma zobowiązań dotyczących roku 2020. Ich niedotrzymanie podważy aspiracje UE do przewodzenia światu, gdyż niezależnie od tego, czy patrzymy w kategoriach ekonomicznych, ekologicznych czy geopolitycznych, staje się coraz bardziej oczywiste, że nie możemy dłużej być uzależnieni od energii wysokowęglowej. Trudna sytuacja gospodarcza nie jest argumentem na rzecz opóźnienia przejścia na gospodarkę niskowęglową. To argument za tym, by proces ten przyspieszyć.

David Miliband

Jest politykiem i politologiem, członkiem Partii Pracy. Urodził się w Londynie w 1965 roku w rodzinie imigrantów z Polski: Marion Kozak i belgijskiego marksisty teoretyka Ralpha Milibanda. Jego dziadkowie ze strony ojca mieszkali w żydowskiej dzielnicy Warszawy, a dziadek Samuel Miliband w czasie wojny polsko-bolszewickiej walczył w Armii Czerwonej. Potem wyemigrował do Belgii. David Miliband studiował w Corpus Christi College w Oksfordzie filozofię, ekonomię i politologię. W 1994 r. został etatowym działaczem Partii Pracy i szefem zespołu doradców politycznych Tony’ego Blaira. W 2001 r. po raz pierwszy został wybrany do Izby Gmin. Od 2002 r. pełni różne funkcje w rządzie. 28 czerwca 2007 r. został mianowany na stanowisko ministra spraw zagranicznych w rządzie Gordona Browna, stając się najmłodszym – od 1977 roku – politykiem piastującym do stanowisko.

Rzeczpospolita: Europa w energetycznej awangardzie
David Miliband 09-10-2008

———————-

Odpowiedz na dogmat

Polska produkująca ponad 95 proc. energii elektrycznej z węgla nie może sobie pozwolić na uleganie presji „europejskiej awangardy” – pisze prawnik Tomasz Chmal

Szef dyplomacji brytyjskiej David Miliband („Europa w energetycznej awangardzie”) uważa, iż kluczowym wrogiem Europy i świata jest dwutlenek węgla, a szansą Unii Europejskiej na przewodzenie światu jest gospodarka niskowęglowa. Poglądów tych, szczególnie w Polsce, nie można zaakceptować.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że kwestia konieczności ograniczania emisji CO2 traktowana jest w państwach Europy Zachodniej jako dogmat, a – jak wiadomo – z dogmatami się nie dyskutuje. Przyjmowanie go świadczy o przynależności do swoistego klubu: bogatych, ekologicznie świadomych i wrażliwych. Polemika zaś z tymi poglądami lub sceptycyzm wobec nich uznawane są za atak na to, co oczywiste, oraz przejaw poglądów rodem z ciemnogrodu.

Świat bez CO2

Problem polega na tym, że klimat – podobnie jak inne zjawiska w przyrodzie – ma charakter cykliczny. Jeszcze w XII wieku w Wielkiej Brytanii i Szkocji rosły winogrona, a już w XVII w. z Polski do Szwecji można było przejechać na saniach przez Bałtyk. Ale po co zastanawiać się nad takimi drobiazgami, kiedy budujemy „nowy wspaniały świat”. Świat bez CO2, oczywiście.

Stara gospodarka się nie skończyła. Tak jak nie skończyła się historia. Nadal będziemy potrzebować paliw kopalnych. Polska, produkująca ponad 95 proc. energii elektrycznej opartej na węglu nie może sobie pozwolić na uleganie presji „europejskiej awangardy” z kilku powodów. Po pierwsze, politycy europejscy mają dużą skłonność do składania deklaracji, a dopiero potem refleksji nad nimi.

W tym kontekście należałoby zapytać, co się stało ze strategią lizbońską. Jak po ośmiu latach od deklaracji wygląda konkurencyjność europejskiej gospodarki?

Po wtóre, obywatele UE mają prawo do energii odnawialnej, ale powinni ponosić konsekwencje swoich decyzji, a nie przerzucać obciążenia z tym związane na wszystkich konsumentów, szczególnie tych mniej wrażliwych ekologicznie, nieprzekonanych, a być może po prostu biedniejszych. Nadto trzeba stale przypominać, że przestawianie się z energetyki konwencjonalnej na odnawialną wiele kosztuje.

„Czarna” energia na cenzurowanym

Energia odnawialna korzysta ze wsparcia np. poprzez zielone certyfikaty. System wsparcia, jak pokazała dotychczasowa praktyka w Polsce, spowodował zaburzenia na rynku drewna. Okazało się, że łatwiej i korzystniej jest spalać drewno i dostać „zielony certyfikat”, niż przetworzyć ten surowiec na płyty wiórowe czy papier.

Z drugiej strony, aby stawiać na „zieloną” energię, trzeba doprowadzić do ograniczenia produkcji energii „czarnej”. W tym celu wprowadza się system aukcji na uprawnienia do emisji CO2, co także będzie miało wpływ na wzrost ceny energii.

Mechanizm ten najbardziej odczują takie państwa, jak Polska, które będą zmuszone dyskryminować sektor wytwarzania energii opartej na węglu. A za wszystko zapłacą odbiorcy energii w naszym kraju.

To interesujące, że pan Miliband przedstawia swoje ekologiczne credo w Polsce. Być może Francji produkującej ponad 70 proc. energii z atomu mógłby złożyć równie „dyplomatyczną” propozycję zakończenia produkcji odpadów radioaktywnych. Być może gospodarkom wykorzystującym tanią energię jądrową powinien zaproponować dociążenie dodatkowymi kosztami specjalnych pozwoleń ekologicznych.

Takich propozycji jednak nawet się nie rozważa. To węgiel i emisja CO2 jest najważniejszym problemem pana Milibanda i Wspólnoty Europejskiej. Trudno oprzeć się wrażeniu, że więcej w tych pomysłach ideologii niż refleksji.

Brudny węgiel

Oczywiście konieczne są dalsze prace nad rozwojem energetyki odnawialnej. Jeżeli Wielka Brytania czy Niemcy chcą zostać awangardą energetyki, wszyscy w Europie powinniśmy im kibicować. Przedsiębiorcy doskonale zdają sobie sprawę, że inwestycje obarczone są ryzykiem, ale mogą zaprocentować. Podobnie mogą myśleć rządy tych państw.

Nie do zaakceptowania jest jednak promocja źródeł odnawialnych poprzez sztuczne kreowanie rynku i wymuszanie zachowań, których wszyscy nie akceptujemy. Europa Zachodnia zdaje się mówić Polakom i innym obywatelom Europy Środkowej: Europa musi być czysta, węgiel jest brudny, musimy wycofywać się z energetyki opartej na węglu, potrzebne są inwestycje proekologiczne. Dla Polski i innych producentów energii z węgla oznacza to: kupcie pozwolenia na emisję CO2 , podnieście ceny energii do poziomu nie do zaakceptowania dla odbiorców, w konsekwencji zlikwidujcie wasze górnictwo i energetykę, chętnie dostarczymy wam nasze ekologiczne technologie.

Jeżeli Europa chce stworzyć spójną politykę energetyczną, to powinna nakreślić spodziewany miks energetyczny dla wszystkich źródeł energii, a nie tylko dla energii odnawialnej. Do kwestii energii nie można podchodzić ideologicznie, lecz pragmatycznie. W tym kontekście nie można zakończyć dyskusji na chwytliwym sformułowaniu o 20 proc. energii odnawialnej do 2020 r., lecz należy określić spodziewany udział energii także z innych źródeł, w tym z węgla.

Tego można by oczekiwać od przywództwa europejskiego. Jakkolwiek w przypadku Polski utrzymanie produkcji 95 proc. energii z węgla jest nie do utrzymania w dłuższym okresie, to wydaje się, iż chociażby ze względu na bezpieczeństwo energetyczne Wspólnoty polskie zasoby węgla mogą okazać się bardzo cenne i nie powinny być dyskryminowane.

Autor jest adwokatem związanym z kancelarią White and Case. Powyższy artykuł wyraża jego osobiste poglądy

Rzeczpospolita: Dwutlenek węgla, czyli nowa religia lewicy
Tomasz Chmal 13-10-2008

Krach czy zwycięstwo socjalizmu na Wall Street?

Wszyscy rozpisują się o kryzysie na rynkach finansowych, jego przyczynach i skutkach. W Dzienniku znalazłem tezę, że „gdy ceny nieruchomości zaczęły spadać, coraz więcej ludzi nie było w stanie spłacać kredytów”!!! Ale wcale nie lepiej było w New York Times, który doniósł, że „osłodzona wersja planu ratowania instytucji finansowych nie zmieni sytuacji, w której część kredytów zostanie niespłacona, co powoduje, że spadają ceny domów, a to właśnie taniejące domy doprowadziły do kryzysu finansowego”. Oficjalna diagnoza jest taka: „potaniały domy”, co doprowadziło „do kryzysu finansowego” i ludzie „nie są w stanie spłacać kredytów”.

Tymczasem domy w Ameryce wcale nie „potaniały”, w klasycznym, liberalnym, znaczeniu pojęcia „wartości”. Ich wartość użytkowa jest ciągle taka sama. A gdyby nie pieniądz „fiducjarny” ich wartość wymienna, też by teraz gwałtownie nie „spadła” z tej prostej przyczyny, że wcześniej by tak bardzo nie wzrosła! Ceny nieruchomości rosły tylko i wyłącznie na skutek manipulowania popytem na nie. Kto z nas pożyczyłby bezdomnemu i bezrobotnemu sąsiadowi jakieś pieniądze? Chyba, że w chrześcijańskim odruchu pomocy bliźniemu i raczej w przekonaniu, że jest to bardziej darowizna niż pożyczka. A banki hipoteczne – pożyczały. Pod warunkiem, że kupił dom! Wcale nie dlatego, żeby mieć „zabezpieczenie hipoteczne” jako gwarancję spłaty tego konkretnego domu. I wcale nie z miłosierdzia. Dzięki zobowiązaniu bezrobotnego „Murzyna z Alabamy” do spłaty kredytu, banki miały rosnące zyski. Bo „podpis” kredytobiorcy pod zobowiązaniem do zapłaty odsetek stanowi ich „aktywo”. Na tej podstawie mogły udzielać kolejnych kredytów, które przeznaczane były na zakup kolejnych nieruchomości, których cena w związku z klasycznym prawem podaży i popytu musiała rosnąć. Kłopot tylko w tym, że popyt „Murzyna z Alabamy” nie miał odpowiednika w sile jego podaży. Bo przecież prawo Saya zostało „obalone” przez Keynesa. Jak czytamy w podręcznikach, Keynesowi udało się „obalić” prawo Jean Baptiste Saya, według którego popyt jest elementem wtórnym, zarówno chronologicznie, jak i merytorycznie, będąc niczym więcej, jak efektem zaistnienia podaży. Co prawda, żeby móc Prawo Saya obalić, Keynes najpierw musiał je nieco zmodyfikować. „Zmajstrował kukłę, która łatwo mógł znokautować” –pisze Nelson Hultberg. Efektem tego nokautu była… nacjonalizacja zasobów złota w Stanach Zjednoczonych, przeprowadzona przez amerykański rząd w 1933 roku. NACJONALIZACJA! Zamiast złota ludzie otrzymali… papierki z portretami prezydentów Stanów Zjednoczonych. Ale przez jakiś czas, widniał na nich przynajmniej napis: „wymienialny na złoto”. Od 1971 roku dolar już nie jest wymienialny na złoto, a jest na nim napisane, że stanowi „legalny środek płatniczy”. Nie wiadomo tylko ile tych „legalnych środków płatniczych” zostało wydrukowanych. No i nie wiadomo jaka będzie cena tych papierków – wyrażona, na przykład, w… nieruchomościach. Bo to banki centralne decydują o stopie procentowej. Ludzie nie spłacają dziś kredytów nie dlatego, że ich domy potaniały (jak twierdzą analitycy z Dziennika i NYT), ale dlatego że pieniądz podrożał. Zaciągali kredyty w nadziei, że jak nie będą mogli spłacać zaciągniętych przez siebie kredytów, zdecydowanie przekraczających wartość ich własnej podaży, to „najwyżej” sprzedadzą domy, które kupowali, mimo że ich nie potrzebowali, bo jakby ich potrzebowali, to nie przyjmowaliby założenia, że „najwyżej je sprzedadzą”. No bo przecież popyt miał być zawsze. Gwarantowali to makroekonomiści ze szkoły Keynesa. Jako studenci na zajęciach z mikroekonomii poznali jeszcze takie pojęcia jak popyt i podaż. Czasem nawet analizowali różne krzywe ich przebiegu. Ale potem poszli na zajęcia z „makroekonomii” i o takich „banałach” już się nie uczyli. Dowiadywali się natomiast co to jest „popyt zagregowany”, albo „szybkość cyrkulacji”. Uczyli się też statystki, mimo że (albo może właśnie dlatego) poza prawdą i półprawdą statystyka stanowi trzeci rodzaj prawdy w ekonomii: g…prawda. Najlepsi z nich oczywiście nie mięli ochoty zajmować się produkcją przysłowiowych kartofli. Chcieli pracować w bankowości inwestycyjnej albo dla rządu! Przyjmowano ich z otwartymi rękami, gdyż prześcigali się w tworzeniu uzasadnień dla polityki gospodarczej miłej sercu politykom dającym im zatrudnienie. Tworzyli bowiem wspaniałe modele zarządzania „zagregowanym popytem” i wpływania na bieżącą konsumpcję, co jest tak istotne z punktu widzenia „kupowania” głosów wyborców.

Ale cały ten ich misterny plan – jak mówił „Siara” w „Kilerów2 ” – „poszedł w p…”. Więc ukuto nową teorię. Za krach tego planu winę ponosi kapitalizm i liberalizm, a nie błędy interwencjonizmu. W Polsce może byśmy jeszcze dołożyli do listy winowajców Żydów i „cyklistów” – ale w Nowym Yorku nie wypada.

Najbardziej winna jest oczywiście rozpasana liberalna wolność. Trzeba więc ja ograniczyć. Banki robiły bowiem co chciały, bo nie były należycie kontrolowane. Ta niczym nieograniczona wolność zrodziła słynne hasło maklerów z Wall Street: „greed is good” („chciwość jest dobra”). Ale liberalna idea wolności nie oznacza, że każdy może robić co chce. Jak powiada stare amerykańskie powiedzenie, „twoja wolność machania rękami kończy się przed moim nosem”! I podobnie jest z chciwością. Tylko „chciwość” sprawia, że przedsiębiorcy, który ma 10 milionów dolarów na koncie, chce się rano podnieść dupę z łóżka i iść do roboty, żeby zarobić kolejne miliony. A jego zdolność do ich zarobienia – i tym samym przyczynienia się do wzrostu gospodarczego – jest raczej większa niż tych wszystkich, których zatrudnia on na umowę o pracę w swoim przedsiębiorstwie. Chciwość jest więc dobra. Ale istnieją jej granice – tak samo jak w przypadku wolności. Kończy się ona przed cudzą kieszenią.

Robert Gwiazdowski
6 październik 2008

Tekst uprzednio opublikowany na stronie autora www.blog.gwiazdowski.pl

Bezpłciowe toalety pomogą zwalczyć transfobię

Rzeczpospolita 03-10-2008, ostatnia aktualizacja 03-10-2008 00:27

Jeżeli coś nam przeszkadza w toaletach, to jest to zazwyczaj brak czystości. Studenci z uniwersytetu w Manchesterze na porządek w uczelnianych toaletach nie narzekają. Przeszkadza im za to ich… orientacja płciowa.

Zasypali uniwersytet skargami, w których żalą się na to, że tradycyjne oznaczanie toalet jako męskich i żeńskich obraża uczucia transseksualnych studentów – donosi BBC News.

„Odpłciowione” toalety mają się teraz nazywać toaletami z pisuarami lub po prostu toaletami. Pomysł ten spotkał się z krytyką „Student Direct”, uczelnianej gazetki. Jednak pomysłodawcy – zrzeszenie organizacji studenckich – twierdzą, że był to konieczny krok na drodze walki z „transfobią”. Liczbę transseksualnych studentów na uczelni oceniają na 35 tysięcy.

Działaczka studencka Jennie Kilip tak uzasadnia tę decyzję: „Jeśli urodziłaś się kobietą, prezentujesz się w miarę kobieco, ale określasz się jako mężczyzna, powinnaś mieć możliwość korzystania z męskiej toalety”. Pojawiły się też głosy przeciwne. Jedna ze studentek powiedziała BBC, że „dziewczyny mogą nie chcieć używać tych samych toalet co chłopcy, więc może się skończyć skargami”.

Magdalena Środa, filozof z Uniwersytetu Warszawskiego, nie widzi w inicjatywie nic szczególnego. – Jeśli ktoś czuje się dyskryminowany, to powinniśmy zrobić wszystko, żeby się tak nie czuł, o ile nie szkodzi to innym. Za Umberto Eco mogę powiedzieć, że jeśli śmieciarz uważa, iż nazywanie go śmieciarzem obraża go, to należy go określać jako np. operatora ekologicznego – mówi „Rz”. Sprawa śmieszy natomiast Pawła Milcarka, filozofa z UKSW i publicystę. – Walka o zacieranie różnic między płciami, która trwa od dłuższego czasu, sięgnęła wreszcie poziomu pisuarów.

Rzeczpospolita:Bezpłciowe toalety pomogą zwalczyć transfobię
Rzeczpospolita 03-10-2008