Kto popiera walkę z globalnym ociepleniem

Barack Obama przekonał Izbę Reprezentantów do przegłosowania ustawy klimatycznej. Ameryka ma emitować o 17 proc. mniej dwutlenku węgla i gazów cieplarnianych do 2020 roku, a do połowy tego stulecia aż o 83 proc. mniej niż teraz. Wygląda dobrze? Jedynie na papierze.

Amerykanie boją się wszędobylskiego rządu, ale tradycyjnie wspierają ochronę środowiska. Demokraci pokazują zatem Ameryce białe niedźwiedzie taplające się w topniejących śniegach lodowców, a jednocześnie przepychają w Kongresie ustawę, która doprowadzi do cichej ingerencji rządu w niemal każdą dziedzinę życia obywateli.

Białe dachy za białe niedźwiedzie

Analizy The Heritage Foundation wykazują, że nowa ustawa będzie rocznie kosztować przeciętną amerykańską rodzinę prawie trzy razy więcej w energopochodnych wydatkach. A to dopiero początek problemów.

Ustawa klimatyczna reguluje ceny energii. Koszt energii decyduje o kosztach utrzymania i stylu życia Amerykanów: od wyboru samochodu po cenę kubka kawy. Do widzenia ulubione, bezpieczne kolosy SUV, bye#-bye „umięśnione auta” (muscle cars) wyrywające setkę w kilka sekund. Witajcie nielubiane w Ameryce, bezpieczne dla środowiska (ale nie dla ludzi) samochodziki wyciskające 40 mil z galona benzyny.

Chcesz sprzedać dom? W myśl ustawy klimatycznej twój dom musi być o 30 procent bardziej energooszczędny niż obecnie. Zanim więc przyjdą chętni, wpadnie inspektor, który oceni, czy twój dom spełnia wymogi. Jeśli nie, wstaw nowe okna, zainstaluj biały dach odbijający promienie słoneczne (propozycja Arta Rosenfelda, członka Komisji Energii Kalifornii) i koniecznie zainstaluj (na swój, oczywiście, koszt) gniazdo elektryczne do tankowania baterii hydroaut. Przeciwnicy ustawy argumentują m.in., że ceny domów wzrosną niebotycznie, co ostatecznie pogrąży rynek nieruchomości, pogłębiając recesję.

Walka o ustawę klimatyczną w Senacie będzie zatem walką o charakter Ameryki, która z kraju wolnego wyboru i wolnorynkowej samoregulacji emisji zanieczyszczeń zamieni się w kraj sterowany instrukcjami polityków w Waszyngtonie, w którym o osobistych wyborach obywateli decyduje rząd. Walką, w której – zdaniem wielu – w istocie chodzi o kasę i o władzę.

Limit i handel

Limit i handel (cap and trade) to amerykańska wersja dyrektywy o handlu emisjami (EUETS – EU Emissions Trading Scheme). Limit określa dozwoloną w USA ilość emisji zanieczyszczeń, handel – obrót niewykorzystanymi limitami.

Europejski wariant, według analiz publikowanych w „Wall Street Journal”, nie działa. Firmy emitujące dwutlenek węgla ponad otrzymane przydziały wcale nie szukają sposobów na ograniczenie emisji, ale po prostu przekazują rachunek konsumentowi. Kowalski nie tylko płaci za energię więcej, ale i nabija kasę miliarderom nowego przemysłu, których stworzył handel emisjami.

Amerykańskimi pionierami tego przemysłu są m.in. kompanie dostarczające oprogramowanie kontrolujące emisję przedsiębiorstw. Rynek oprogramowania, wart dziś 2,5 mld dolarów, ma wzrosnąć dziesięciokrotnie, jeśli ustawa o limicie i handlu zostanie wdrożona.

W jednej z firm (Hara) poważne sumy zainwestował Al Gore, sztandarowa postać zielonego lobby, autor filmu „Niewygodna prawda”. Ironią losu jest, że najbardziej niewygodna prawda ujrzała światło dzienne już po zdobyciu przez byłego amerykańskiego wiceprezydenta Oscara, kiedy media obiegły rachunki za energię zużytą w posiadłości Gore’ów w Nashville. Wynikało z nich, że państwo Gore zużyli, bagatela, 22,619 kilowatogodziny energii elektrycznej w jednym tylko miesiącu, średnio dwa razy tyle, ile zwykły Amerykanin zużywa przeciętnie w ciągu całego roku.

Sam film Gore’a dofinansował Jeff Skoll, były prezydent eBay, partner inwestycyjny Gore’a, założyciel funduszu zaporowego (hedge fund) Capricorn Investment Group, LLC, w który Al Gore zainwestował 35 milionów dolarów.

Według źródeł Bloomberg News Al Gore zakończył karierę polityczną jako wiceprezydent z sumą 2 mln dolarów na koncie. Według danych Fast Company w 2007 r. jego fortuna sięgnęła już ponad 100 milionów dolarów uzyskanych z inwestycji w przedsiębiorstwa produkujące zielone technologie i ciągle rośnie. Największą kurą znoszącą zielone jajka jest dla Gore’a partnerstwo z firmą inwestycyjną Kleiner, Perkins, Caufield & Byers z Kalifornii, która m.in. chce wypuścić na amerykański rynek 50 tys. samochodów elektrycznych.

Na „zielony pociąg” załapali się inni promotorzy ustawy. Przewodnicząca Izby Reprezentantów, demokratka Nancy Pelosi, zainwestowała od 50 do 100 tys. dolarów w korporację Clean Energy Fuels. A współautor ustawy, demokrata z Massachusetts, Edward Markey podobne kwoty w Firsthand Technology Value Fund.

Niektórzy politycy w Kongresie tak się spieszyli z uchwaleniem ustawy, że opozycja republikańska w Izbie otrzymała do lektury 341 stron poprawek do ustawy o 3 nad ranem w dniu głosowania, a Agencja Ochrony Środowiska (EPA) nie ujawniła przed głosowaniem treści raportu wykazującego, że do 2030 roku czeka nas oziębienie klimatu. Powstałoby wówczas pytanie: jeśli nie ma globalnego ocieplenia, to po co nam ustawa klimatyczna?

Straszak zielonego lobby

Na ironię losu zakrawa fakt, że gdy w marcu w Dniu Ziemi aktywiści ochrony środowiska demonstrują przed Kapitolem przeciwko globalnemu ociepleniu, w Waszyngtonie sypie śnieg. Być może dlatego zielone lobby w Ameryce zarzuciło termin „globalne ocieplenie” na rzecz nowego: „zmiany klimatyczne”.

Innym straszakiem używanym przez zielone lobby w Ameryce jest węgiel. Węgiel dostarcza Ameryce niemal połowę energii. To także 40 proc. emisji dwutlenku węgla do atmosfery całej Ameryki. Zielonemu lobby to wystarcza, by straszyć: wyginą niedźwiedzie polarne, a wyspa Manhattan straci Downtown aż po Wall Street, która z ulicy Ościennej zamieni się w Portową, kiedy roztopione lodowce Alaski podniosą poziom wód o 6 metrów. Tych „prawd” uczy się dziś dzieci w amerykańskich szkołach.

Tymczasem brytyjska Antarctic Survey obsługująca pięć stacji badawczych na Antarktydzie stwierdza w „Geophysical Research Letters”, że w ciągu ostatnich 30 lat pokrywa lodowa Antarktyki rosła w tempie 100 tys. kilometrów kwadratowych co dziesięć lat. Również australijskie Centrum Badawcze na Antarktydzie w stacji Davis (Antarctic Climate and Ecosystems Co#-Operative Research Center) stwierdziło, że w ubiegłym roku średnia grubość pokrywy lodowej Antarktyki wynosiła 1,89 metra, najwięcej od dziesięciu lat.

Badania wykazują, że globalne ocieplenie przeżyli już nasi przodkowie między X a XIII wiekiem, kiedy na Ziemi panowała temperatura od 1 do 3 stopni wyższa niż obecnie. Od połowy XIX wieku temperatura wzrastała tylko o 0,5 stopnia Celsjusza, a w latach 1940 – 1975 zaczęła ponownie spadać. Jeżeli zatem w dobie powojennego boomu gospodarczego i związanej z nim emisji dwutlenku węgla do atmosfery temperatura malała, oznacza to, że relacja między emisją CO2 a temperaturą nie istnieje. Jeśli tej relacji nie ma, cała koncepcja globalnego ocieplenia traci sens.

Faktem jest także, że czynne dziś wulkany emitują więcej CO2 niż wszystkie nasze fabryki, samoloty i samochody razem wzięte. Zwierzęta i bakterie żyjące na Ziemi wytwarzają ok. 150 gigaton dwutlenku węgla rocznie, ludzie zaledwie 6,5 gigatony. Najwięcej dwutlenku węgla emitują oceany pokrywające ponad 70 proc. naszej planety. Sezonowe wahania temperatury wód oceanu odpowiedzialne są za powodzie, susze i inne klimatyczne zmiany, które obserwujemy od czasu do czasu, a które mają tyle wspólnego z apokalipsą co trąba powietrzna z tubą.

Do więzienia za wycięcie drzewa

Ameryka kocha przyrodę. Abraham Lincoln w 1864 roku oddał ziemię doliny Yosemite „w wieczyste publiczne władanie”, tworząc pierwszy park narodowy na świecie. Dumą napawają Wielki Kanion, bezdroża dzikiej Alaski czy bezkresne prerie Wyoming „piękne za bezkres nieba”, uwiecznione w popularnej pieśni XIX#-wiecznego organisty z New Jersey Sama Warda.

100 lat później hrabstwa w całej Ameryce przyjmują tzw. prawa drzew (tree laws). Były burmistrz Nowego Jorku Rudolph Giuliani za swej kadencji podniósł kary za nielegalne ścięcie drzew w metropolii do jednego roku pozbawienia wolności i 15 tys. dolarów grzywny.

Dziś jednak, po raz pierwszy w historii sondaży Gallupa, 51 proc. Amerykanów uważa poprawę gospodarki za ważniejszą od ochrony środowiska. Mimo to prezydent Barack Obama przeforsował ustawę klimatyczną w Izbie Reprezentantów. Choć przypuszczać należy, że polegnie ona w Senacie, zastanawia tempo narzucania społeczeństwu rozwiązań majstrowanych w gabinetach lobbystów, bankierów i innych wizjonerów przyszłej Ameryki spod znaku „Yes, we can”. To, że możemy, nie znaczy, że powinniśmy. Prezydent George W. Bush nie podpisał protokołu z Kyoto, uznając go za szkodliwy dla amerykańskiej gospodarki.

Wydaje się jednak, że prezydent Obama będzie chciał nadal polerować swój image i pojawi się w grudniu na konferencji klimatycznej w Kopenhadze, by popychać Amerykę w objęcia zbiorowych układów ekologicznych Narodów Zjednoczonych. W grudniu może być tam zimno. Tak zimno, że amerykańska delegacja może wspomnieć słowa Boba Dylana z wywiadu dla „The Rolingstones”: „Czy niepokoi pana globalne ocieplenie? – Gdzie jest to ocieplenie? – odpowiada ikona rocka. – Tu można zamarznąć”.

Autor jest dziennikarzem, byłym korespondentem TVP i TVN w USA. Publicysta, prezenter i producent telewizyjny.W Stanach Zjednoczonych od 1988 roku http://www.maxkolonkoblog.com

Rzeczpospolita: Globalne ocieplenie czy globalna ściema?
Mariusz Max Kolonko 14-07-2009,

Reklamy

Dyskryminacja gejów w Polsce

Polskie prawo nie dyskryminuje homoseksualistów. Ale wprowadzenie wielu postulatów organizacji gejowskich mogłoby oznaczać dyskryminację heteroseksualnej większości – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”

Przed kilkoma tygodniami w mediach gruchnęła wiadomość o pomyśle karania za nawoływanie do nienawiści wobec osób homoseksualnych. Przekaz wzmocnił sondaż, który upubliczniła Kampania przeciwko Homofobii.

Wynikało z niego, że w Polsce istnieje przyzwolenie na obrażanie i dyskryminowanie osób o odmiennej orientacji. Zaprezentowana kronika przypadków homofobii w 2008 r. alarmowała, że co kilka tygodni w Polsce dochodziło do jakieś homofobicznej wypowiedzi czy wydarzenia, często będących następstwem „mowy nienawiści”. To wystarczyło do rozpętania (głównie w Internecie) zażartej debaty o polskiej homofobii.

Abstrahując od tego, czy ocenianie postaw życiowych z moralnego punktu widzenia rzeczywiście jest dyskryminacją czy tylko krytyką, zatrzymajmy się na pomyśle wprowadzenia kar, zwłaszcza że wpisuje się on w stałą skłonność do wysuwania żądań prawnych, tak charakterystyczną dla organizacji gejowskich.

Równi, nierówni

Czy rzeczywiście polskie prawo nie chroni należycie osób o odmiennej orientacji seksualnej? Czy można powiedzieć, że traktuje je gorzej niż osoby heteroseksualne?

Nic bardziej błędnego. Pomysłodawcy nowych sankcji karnych zapominają o istnieniu podstawowej, niezmiennej od lat zasady, że nikogo nie można obrażać. Osoby, które czują się obrażane, niezależnie od tego, czy są gejami, politykami czy motorniczymi tramwajów, mają równe prawo pójść do sądu i domagać się zadośćuczynienia, a nawet ukarania sprawcy.

Wprowadzenie specjalnego przepisu służącego jakiejś określonej grupie nie byłoby więc niczym innym jak postawieniem jej w uprzywilejowanej pozycji wobec pozostałych. Na tej samej zasadzie do kodeksu można by wpisać górników czy wędkarzy. Ci pierwsi od wielu lat czują się przecież obrażani i dyskryminowani pod względem płacowym, co zresztą głośno manifestują.

Rosnące żądania organizacji gejowskich wynikają więc albo z nieznajomości obowiązującego w Polsce prawa, albo z niechęci do jego poznania. Nie ma bowiem regulacji, która stawiałaby w gorszej sytuacji osoby homoseksualne. Dla prawa kontekst orientacji seksualnej po prostu nie istnieje, bo byłby dyskryminacją jawnie naruszającą konstytucyjną zasadę równości obywateli wobec prawa.

Warto przeanalizować kilka przykładów z codziennego życia. Prawo cywilne pozwala swobodnie kształtować chociażby relacje majątkowe między partnerami tej samej płci. Zasady związane ze wspólnym nabywaniem majątku, dziedziczeniem czy darowiznami są dla nich takie same jak dla wszystkich innych osób żyjących w konkubinacie.

Co więcej, w pewnych sytuacjach osoby takie w razie rozstania mogą podzielić majątek według korzystniejszych zasad niż małżonkowie. Małżeństwa co do zasady dzielą się po połowie. W przypadku partnerów sąd, dokonując podziału, bierze pod uwagę rzeczywiste nakłady każdego z nich.

Trudno też mówić o dyskryminacji osób homoseksualnych w prawie pracy. Wdrożone przed kilku laty unijne przepisy antydyskryminacyjne dają im często mocniejsze gwarancje niż pracownikom heteroseksualnym. Osoba dyskryminowana ze względu na orientację seksualną może puścić swojego pracodawcę z torbami, bo nie ma tu górnych limitów odszkodowania. Z takich możliwości nie korzystają natomiast osoby heteroseksualne. Przykłady można mnożyć.

Bez problemów w szpitalach

Narosło też wiele mitów, które funkcjonują od lat, powtarzane w kolejnych dyskusjach o dyskryminacji i nietolerancji wobec osób homoseksualnych. Jednym z nich jest brak prawa do odwiedzin partnera w szpitalu i uzyskania informacji o stanie jego zdrowia. Sprawę tę tymczasem od dawna reguluje ustawa o zawodzie lekarza. Art. 31 ust. 1 uzależnia udzielenie takiej informacji od zgody pacjenta.

Innym mitem są ograniczenia w prowadzeniu wspólnego konta bankowego. Od ponad dziesięciu lat w prawie bankowym istnieje pojęcie tzw. rachunku wspólnego (oferuje go większość banków).

Nie ma też żadnych ograniczeń, jeśli chodzi o przekazywanie swojego odszkodowania z polisy ubezpieczeniowej czy odbiór przesyłki na poczcie, odmowę zeznań na policji i w prokuratorze, a także w setkach innych codziennych spraw. Wszystko to dawno już zostało uregulowane w prawie i obrosło orzecznictwem sądowym.

Zupełnie bezzasadny wydaje się też zarzut dyskryminowania osób homoseksualnych ze względów podatkowych.

Chodzi tu o niemożność wspólnych rozliczeń czy wyższe opodatkowanie spadków i darowizn. Takie same zasady obowiązują wszak innych obywateli, a także osoby żyjące w konkubinacie.

Małżeństwo jest fundamentem społeczeństwa, państwo daje mu pewne przywileje w związku z kształtowaniem polityki prorodzinnej. Przyrównywanie tej instytucji ze związkami partnerskimi nie ma sensu.

Przypomnijmy: ustawa o PIT daje możliwość wspólnego rozliczenia małżeństwu. Jest to korzystne przy dużych różnicach w zarobkach – dzięki wspólnemu zeznaniu można zapłacić 18 proc., a nie 32 proc. podatku. Ustawa o PIT mówi o związku małżeńskim, czyli zgodnie z art. 18 Konstytucji RP związku kobiety i mężczyzny. Nie daje tego przywileju związkom partnerów tej samej płci. Oczywiście gej (lesbijka) może się ożenić (wyjść za mąż) na ogólnych zasadach i skorzystać z tej preferencji.

Prawo do preferencyjnego rozliczenia (przy którym działa taki sam mechanizm jak wspólne opodatkowanie z małżonkiem) mają też osoby, które nie są w związku małżeńskim, lecz wychowują samotnie dziecko. Nie ma przeszkód, aby był to gej (lesbijka). Homoseksualiści mogą też skorzystać z ulgi na dzieci (odliczenie od podatku).

Obrona przed kombinowaniem

Spełnienie żądań organizacji gejowskich i rozszerzenie możliwości wspólnych rozliczeń byłoby wręcz niebezpieczne dla naszego systemu podatkowego i tworzyło pole do ogromnych nadużyć. Łatwo bowiem sobie wyobrazić dobrze zarabiającego biznesmena, który rozliczałby się wspólnie z bezrobotnym po to, by uzyskać zwrot podatku. W tej sytuacji trudno byłoby ustalić, które związki działają faktycznie, a które są powołane wyłącznie do celów podatkowych.

Podobnie rzecz się ma z podatkiem od spadków i darowizn. Nie płaci go tylko najbliższa rodzina, w tym małżonek. Osoby niespokrewnione są nim obciążone (może to być nawet 20 proc.). Tak więc przepisy faworyzują tu rodziny, ale cel jest oczywisty – chodzi o nieobciążanie wspólnie wypracowanego majątku, który jest przekazywany z pokolenia na pokolenie.

Przyznanie zwolnienia osobom pozostającym w innych związkach niż rodzinne podważyłoby całą konstrukcję tego podatku, nie wspominając o nieograniczonych możliwościach kombinowania.

Rzeczpospolita: Czego nie chcą wiedzieć geje
Tomasz Pietryga 01-07-2009