Układanie się z komunistami

Czy można się ułożyć z totalitarną władzą komunistyczną? A z chińską władzą komunistyczną?
A Kościół Katolicki pod wodzą lewaka stwierdził, że się dogada i będzie pokój, szczęście i postęp (zwłaszcza ten postęp będzie).

Poniżej wywiad z kardynałem Joseph Zen (emerytowanym biskupem Hongkongu) o komunistycznym rządzie Chin i szansach na powodzenie tych działań.

Kultura i tradycja chińska – czyli wysoki poziom cywilizacji

Chińczycy to cywilizowani ludzie. Ich kultura i tradycja jest inna od naszej europejskiej/chrześcijańskiej ale to nie znaczy że gorsza. Poniżej dowód.

—–

Według hongkońskiej gazety „Apple Daily”, która ujawniła aferę, ofiarą „kremacyjnej mafii” mogło w ostatnich paru latach paść nawet 400 osób. Gang działał głównie na wsiach prowincji Guangdong na południu kraju. Jego niezwykle lukratywny proceder opierał się na niechęci do spopielania zmarłych – zgodnie z chińską tradycją rodzina powinna pochować możliwie jak najmniej naruszone ciało w ziemi.

Tymczasem w wielu przeludnionych regionach Chin kremacja jest obowiązkowa. Władze argumentują, że ludność kraju jest zbyt liczna, a ziemia pod uprawę i zabudowę zbyt cenna, by można było sobie pozwolić na tradycyjny pochówek. Tak jest właśnie w zamożnym i zatłoczonym Guangdongu.

Jak podają media, gang specjalizował się w mordowaniu osób niedołężnych, słabych i upośledzonych. Ponieważ zetknięcie z krwią ofiary uznawane jest w Chinach za zły omen, większość osób duszono lub truto. Ciała przewożono specjalnie podstawionym minibusem, a następnie sprzedawano za około 10 tysięcy juanów (około 1500 dolarów) za sztukę zamożnym rodzinom w innych regionach prowincji. Ta suma stanowi zaledwie połowę łapówki, jaką zwykle płaci się urzędnikom za przymknięcie oczu na tradycyjny pochówek.Dzięki makabrycznemu nabytkowi rodzina wchodziła w posiadanie „fałszywych” zwłok, które mogła z pełną pompą poddać kremacji dla zmylenia urzędników i sąsiadów. Ciało osoby bliskiej było zaś po kryjomu grzebane w ziemi zgodnie z tradycją.

Jak twierdzi prasa, cała sprawa wyszła na jaw, gdy gang otrzymał zamówienie na „młode ciała”. Dwoje zaatakowanych w jednej ze wsi kochanków zdołało odeprzeć atak, uciec i powiadomić o wszystkim policję. Jeden ze schwytanych rzezimieszków wyjawił tajemnicę działalności grupy. Dzięki jego zeznaniom udało się dotrzeć do kolejnych jej członków.Z doniesień mediów wynika, że jeden z członków gangu przyznał się także do dostarczania tak zwanych narzeczonych-duchów. To inny wciąż żywy na chińskiej prowincji zwyczaj, zgodnie z którym synowie, którzy zmarli w stanie kawalerskim, powinni być przed pochówkiem „ożenieni” ze zmarłą kobietą.

O tym, jak silne są w chińskiej kulturze tradycje związane z pochówkiem najbliższych, może świadczyć inna afera, którą ujawniono w Hongkongu. W poniedziałek tamtejsze władze poinformowały, że aresztowano 18 pracowników cmentarzy i właścicieli domów pogrzebowych. Oskarżono ich o ekshumowanie ciał przed wymaganym przez tradycję dziesięcioletnim okresem i przenoszenie do znacznie mniejszych grobów. Uzyskane w ten sposób miejsca sprzedawali.

Źródło: Rzeczpospolita: Chiński popyt na zwłoki
Piotr Gillert 03-09-2008

Rosnąca potęga Chin

Rz: Czy to był dobry pomysł, żeby organizować igrzyska olimpijskie w Chinach?

Bardzo zły. Po raz trzeci olimpiada odbyła się w państwie będącym dyktaturą. Pierwszy raz miało to miejsce w 1936 roku w Berlinie, a drugi raz w 1980 roku w Moskwie. Chiny łamią wszelkie międzynarodowe zobowiązania, w szczególności dotyczące praw człowieka. Nie powinny za to dostawać nagrody w postaci prawa do organizacji igrzysk.

Jakie znaczenie dla władz chińskich ma ta impreza?

Dzięki igrzyskom reżym wychodzi z cienia. Może pokazać wielki postęp ekonomiczny, jaki dokonał się w Chinach w ostatnich latach. Wiadomość, którą chce przekazać światu, jest taka, jaką od setek lat przekazuje swoim słabszym sąsiadom: jesteśmy wielką potęgą i mamy gigantyczny potencjał. Tysiące ludzi bijących w bębny podczas ceremonii otwarcia przypomniało mi narodowo-socjalistyczny wiec, który odbył się w Norymberdze w 1934 roku. Leni Riefenstahl nakręciła podczas niego słynny propagandowy film „Triumf woli”. Każdy z tych ludzi miał taki sam zacięty wyraz na „zamrożonych” twarzach. Chińska indywidualność została ostatecznie zdławiona przez reżym, Chińczycy są częścią jednego organizmu.

Pojawiały się opinie, że igrzyska pomogą zliberalizować Chiny.

Olimpiada nie tylko nie zliberalizowała Chin, ale wywołała dodatkowe naruszenia praw człowieka. To raczej nie jest to, czego oczekiwał Międzynarodowy Komitet Olimpijski, gdy sześć lat temu przyznał Chinom prawo do organizacji igrzysk. Spodziewano się, że komuniści dotrzymają słowa i w latach poprzedzających imprezę zaczną przestrzegać praw człowieka. Stało się coś dokładnie przeciwnego. Dysydenci byli aresztowani, robotnicy jeszcze bardziej prześladowani, setki tysięcy domów zniszczono, aby zrobić miejsce na rozmaite monumentalne budynki. Nawiasem mówiąc, wszystkie te konstrukcje, podobnie jak to miało miejsce w państwach Stalina i Hitlera, ukazują przedziwną fascynację tyranii wielkimi budowlami.

A chińskie służby bezpieczeństwa? Zwolniły nieco swój żelazny uścisk?

Skądże. Na ulicach Pekinu jest obecnie więcej policji i szpicli niż w trakcie masakry na placu Tiananmen w 1989 roku – ponad 100 tysięcy funkcjonariuszy. Są wszędzie. Obserwują każdy ruch Chińczyków i obcokrajowców, aby wykryć wszelkie przejawy nieprawomyślnej aktywności. Z tego co wiem, wszystko to przeraziło wielu turystów zupełnie nieprzygotowanych na taką sytuację.

Czy Ministerstwo Bezpieczeństwa to dziś najpotężniejszy resort w komunistycznych Chinach?

Jakiś czas temu razem z moimi współpracownikami prowadziliśmy śledztwo w sprawie zbrodni popełnianych przy realizacji polityki jednego dziecka. Departament stanu wysłał potem do Chin swoich ludzi, którzy mieli za zadanie na miejscu sprawdzić, czy to, co ustaliliśmy, jest prawdą. Przy tej okazji jeden z dyplomatów rozmawiał z szefem chińskiej Państwowej Komisji Planowania Rodziny. Człowiek ten powiedział mu, że sytuacja się zmieniła, że nikt już nikogo do niczego nie zmusza i nie dochodzi do żadnych nadużyć. „Proszę bardzo, niech Mosher do nas przyjedzie i sam wszystko zobaczy” – oświadczył. Oczywiście natychmiast popędziłem do ambasady, ale wizy nie dostałem. Bezpieka powiedziała „nie”. Takich zaproszeń od rozmaitych chińskich resortów dostałem sporo, jestem jednak na czarnej liście bezpieki i legalnie nie mogę odwiedzać Chin.

Czy podobnie jak w Związku Sowieckim policja polityczna stała się w Chinach państwem w państwie?

Tak, bo dokładnie w taki sposób została zaprojektowana. Przytoczona przeze mnie historia pokazuje, że bezpieka ma prawo zablokować decyzję każdego innego resortu i organu władzy. Nawet Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Bezpieka mówi, że jakaś sprawa jest kwestią bezpieczeństwa narodowego i ją po prostu przejmuje. Koniec. To gracze wagi ciężkiej, którzy wzbudzają powszechny strach. Mają teczki wszystkich obywateli. Ludzie są święcie przekonani, że funkcjonariusze znają największe sekrety każdego Chińczyka. To sprawia, że nikt nie chce z nimi zadzierać.

Jest pan antropologiem, co pana skłoniło do zainteresowania się działaniami chińskiego reżymu?

Od pierwszych moich kontaktów z Chińczykami zrozumiałem, jak nienawidzą systemu komunistycznego. Spodziewałem się, że w kraju tym nastąpi wielka zmiana, że system zostanie obalony. Pokładałem nadzieję w młodych, nieco bardziej liberalnych działaczach, którzy wówczas pojawili się w partii. Myślałem, że stary beton wymrze i ci młodzi wejdą na scenę i zmienią kraj. Czyli mniej więcej powtórzy się scenariusz, który miał miejsce w Europie Środkowej. I właśnie wtedy nastąpiła masakra na placu Tiananmen. Nie rozwiało to jednak moich nadziei. Myślałem, że to tylko czasowy krok w tył. Że nienawiść do partii jest tak silna, że prędzej czy później ustrój padnie. Gdy zaczynasz strzelać do ludzi na ulicach, to znaczy, że się kończysz.

Reżym się jednak nie skończył.

Bo komuniści nagle podsycili ogień pod ekonomią. Wpuścili zagraniczny kapitał. Najpierw z Tajwanu, potem z Europy, a wreszcie ze Stanów Zjednoczonych. I zaczął się wielki boom. W latach 90. pomagaliśmy dysydentom, którym udało się uciec za granicę. Nagle zorientowaliśmy się, że tych dysydentów robi się coraz mniej. Zaczęli znikać. Wcale ich jednak nie zabijano ani nie porywano – byli systematycznie kupowani przez Chiny. Przedstawiciele bezpieki przychodzili do nich i mówili: „Twoja rodzina cały czas tam jest. Jej sytuacja nie jest dobra. Jak przestaniesz krytykować reżym, to pozwolimy ci wrócić. Wykorzystasz doświadczenie zdobyte za granicą w biznesie. Mamy wielki boom – zarobisz kupę pieniędzy”. Zrozumiałem wówczas, że wielka zmiana, na którą tak liczyliśmy, po prostu nie nastąpi. Leninizm, aby przetrwać, przekształcił się w jakiś dziwaczny twór: leninizm-kapitalizm. Chińczycy zaczęli się skupiać na bogaceniu i poprawie poziomu życia. Na walkę o wolność nie ma czasu.

Ale skoro ludzie się bogacą, to powstaje klasa średnia i wyższa. Beneficjenci kapitalizmu to naturalni przeciwnicy komunizmu.

Gdy w latach 90. po raz pierwszy przywódcy partii zaczęli mówić o kapitalizmie, większość partyjniaków podniosła larum. „Kapitalizm? My nienawidzimy kapitalizmu!

Jesteśmy przecież komunistami!”. Teraz okazuje się, że przytłaczająca większość milionerów i miliarderów to synowie lub wnuki wysokich działaczy partyjnych. Dziewięciu na dziesięciu Chińczyków znajdujących się w grupie najlepiej zarabiających swoje fortuny zawdzięcza wykorzystaniu układów swoich komunistycznych krewnych. Proszę się nie spodziewać, że ci ludzie będą walczyć z komunizmem. Bo niby dlaczego? To partia stworzyła tą oligarchię.

A jaką rolę odgrywa obecnie w Chinach nacjonalizm?

Gigantyczną! Jedną z rzeczy, jaką reżym zrobił po masakrze na placu Tiananmen, było wprowadzenie patriotycznego wychowania do szkół. Od przedszkola do studiów wpajają młodym ludziom opowieść o tym, jak Chiny były zawsze męczone i prześladowane przez Zachód. Jak podczas wojen opiumowych i podczas powstania bokserów ludzie Zachodu bili i upokarzali Chińczyków. Ma to zamienić obywateli w superpatriotów.

Komuniści uczą patriotyzmu? Po co?

Chodzi o wpojenie nienawiści do Zachodu. I poczucia, że wreszcie nadszedł czas na rewanż. Ten rewanż może być ekonomiczny, ale równie dobrze militarny. Wbrew pozorom nastroje są bardzo antyzachodnie. Gdy w 1999 roku Amerykanie niechcący zbombardowali ambasadę Pekinu w Belgradzie, w Chinach wybuchła anty-amerykańska furia. Mówi się, że to było zainspirowane, zorganizowane przez rząd. Nieprawda. Rząd na to jedynie pozwolił, a później starał się kontrolować.

W swojej książce „Hegemon” pisze pan, że Chińczycy dążą do dominacji nad innymi. Czy te ambicje mają skalę światową?

Myślę, że tak. Taka jest bowiem natura hegemona. Dominującej siły, której przeznaczeniem jest panować. Chiny zdają sobie sprawę, że mają jedną piątą światowej populacji, drugą co do wielkości gospodarkę, która cały czas się rozwija, i potężną armię. Świat postrzegają jako przestrzeń, którą – takimi czy innymi środkami – mogą sobie podporządkować.

Co powinien zrobić Zachód?

Na pewno nie powinien działać tak jak teraz. Obecna strategia Zachodu sprowadza się bowiem do tego, że chcemy włączyć Chiny do światowego ładu. Wciągnąć do Światowej Organizacji Handlu i dać dostęp do naszych rynków. Robi się tak, bo ludzie myślą, że Chiny to kolejny Tajwan, Korea Południowa czy Japonia. Że ekonomiczna wolność doprowadzi w końcu do wolności politycznej. Jeżeli otworzymy im rynki i damy zarobić, to przyspieszymy przemiany demokratyczne. Zgoda, to może rzeczywiście nastąpić, ale dopiero za wiele, wiele lat. A status światowego supermocarstwa – między innymi właśnie dzięki takim działaniom – Chiny uzyskają znacznie szybciej. Obecnie na amerykańskich akademiach wojskowych mówi się, że Chiny w 2020 roku będą najważniejszym wyzwaniem dla USA, o zbliżonym do nich potencjale. To tylko za 12 lat.

To bardzo ciekawe. Bo Chińczycy, gdy opowiadają o swoich celach, często powtarzają, że potrzebują spokoju i pokojowych warunków, żeby się rozwijać, właśnie do 2020 roku.

Apologeci Chin mówią zaś, że nie ma się czego bać, bo w 2020 roku Chiny będą już przyjaznym państwem respektującym prawa człowieka i demokrację. No cóż, byłoby cudownie. Bardzo bym się cieszył. Ale nie postawię przyszłości mojej i moich dzieci na taką słabą kartę. Musimy mieć nadzieję na najlepsze, ale szykować się na najgorsze.

A jaki jest czarny scenariusz?

Taki, że Chiny staną się superpotęgą równą Stanom Zjednoczonym, ale nierespektującą światowego porządku. Porządek, jaki by im odpowiadał, to całkowita dominacja. Jeżeli zaczną realizować ten cel, nie będzie już pokojowej koegzystencji demokratycznych krajów, które szanują prawa człowieka i wolność gospodarczą. To będzie zupełnie inny świat. Chiny nie są jeszcze jednym z wielu światowych graczy, to być może największy gracz w historii ludzkości. Nie ma mowy, żeby komunistyczne Chiny na dłuższą metę egzystowały w ramach obecnego porządku. Albo same się zmienią, albo zmienią ten porządek. To już zresztą się zaczyna.

Co pan ma na myśli?

Dam panom przykład. Na Karaibach jest duża ilości malutkich wysepek-państewek. Każde z nich ma jeden głos w ONZ i należy do Światowej Organizacji Handlu. Chiny kupują te państewka jedno po drugim. A wraz z nimi ich głosy. To samo dzieje się w Afryce. Niedługo okaże się, że USA nie będą w stanie nic zrobić w ramach instytucji międzynarodowych.

Jak to kupują państwa?

Są państewka, które mają 10 tysięcy mieszkańców, a dostają od Chin miliardy dolarów. Chińczycy budują im stadiony, domy i drogi. Uzależniają je od siebie. Wystarczy trochę pieniędzy i ONZ przestaje zadawać niewygodne pytania o prawa człowieka. To nie dotyczy zresztą tylko państw. W USA jest wielu ekspertów od Chin, którzy pracują jako konsultanci tamtejszych przedsiębiorstw. Mają ekskluzywne apartamenty w Pekinie, są zapraszani przez rząd Chin na konferencje i atrakcyjne wycieczki. Jak zapraszają ich na poczęstunek, to nie na herbatę, ale na ucztę z 12 dań. Ci ludzie nie krytykują Chin, bo boją się, że wszystko to stracą. Zostali kupieni.

Wracamy jednak do tego samego pytania: jak powstrzymać Chiny?

Niestety jest już bardzo późno. Decyzje w tej sprawie powinny były zostać podjęte 25 lat temu. Należy jednak nasilić pomoc udzielaną dysydentom, nie dawać za wygraną w walce o przestrzeganie praw człowieka…

To chyba zbyt małe środki, żeby powstrzymać hegemona o światowych ambicjach?

To prawda. Problem ewentualnej walki opozycyjnej w Chinach polega na tym, że nie ma tam Kościoła katolickiego ani żadnej innej niezależnej struktury, która mogłaby posłużyć jako baza do stworzenia alternatywnej struktury politycznej. Rolę taką Kościół odegrał w komunistycznej Polsce, gdy skupili się wokół niego opozycjoniści i to nie tylko katolicy. Chiński rząd zdaje sobie sprawę z tego zagrożenia i robi wszystko, żeby żadne takie struktury nie powstały. Właśnie dlatego Chiny nie mają stosunków z Watykanem.

Co więc robić?

Powtórzyć politykę, która w latach 80. przyniosła znakomity efekt w przypadku Sowietów. Czyli zamknąć Chińczykom dostęp do technologii i kapitałów. A przede wszystkim rozbudowywać siłę militarną Stanów Zjednoczonych do tego stopnia i tak szybko, żeby Chińczycy nie sprostali temu wyzwaniu. Musimy być cały czas o dwa kroki przed nimi. Receptą jest kolejny wyścig zbrojeń. Ważnym zadaniem jest również powstrzymanie Pekinu przed inwazją na Tajwan. Bo to Tajwanu najbardziej boją się Chińczycy. Nie tyle jego siły bojowej, co faktu, że jest to demokratyczny kraj. Niezbity dowód na to, że Chińczycy jednak mogą utworzyć demokrację. A przecież partia zawsze powtarza, że w chińskich warunkach demokracja oznaczałaby chaos i że system ten po prostu nie pasuje do chińskich tradycji. Także tym, czego potrzebujemy, aby skłonić Chiny do rezygnacji z ich imperialnych planów, jest połączenie propagandy i gróźb natury militarnej.

Nie wyklucza pan jednak globalnej konfrontacji. Czy to właśnie Tajwan, tak jak Serbia w 1914 roku, może stać się zarzewiem globalnego konfliktu?

Tak. On jest oczywiście pierwszy na liście. Ale jest jeszcze kilka punktów zapalnych. Jest Korea Północna, marionetka w rękach Pekinu. Gdyby nie chińskie dostawy węgla i produktów spożywczych, ten kraj po prostu przestałby funkcjonować. Chiny biorą udział w rozmowach sześciostronnych na temat rozwiązania kryzysu koreańskiego. Jak pójdziecie panowie do Departamentu Stanu i porozmawiacie z amerykańskimi dyplomatami, to powiedzą wam: „Nie możemy być zbyt ostrzy wobec Chin, bo przecież pomagają nam rozwiązać problem Korei Północnej”. Co za bzdura. To przecież Chiny ten problem tworzą. Gdyby nie one, problem by zniknął. Ten kryzys nie zostanie rozwiązany, dopóki leży w chińskim interesie. Pekin chce utrzymać w Azji tego „złego chłopca”, żeby odciągnąć uwagę od własnych działań.

Mówi pan o globalnym zagrożeniu, ale z perspektywy Polski wydaje się ono bardzo odległe.

Wiem, że Pekin leży bardzo daleko od Warszawy. Ale wy też powinniście się martwić, bo żyjecie na tej samej planecie co Chińczycy. Jesteście w Europie, jesteście częścią Zachodu. Komunistyczne Chiny destabilizują światowy porządek, w ramach którego funkcjonuje Polska. W interesie nas wszystkich – zarówno politycznym, jak i ekonomicznym – jest to, żeby ich powstrzymać. Polacy i Amerykanie mają takie same poglądy na kwestie praw człowieka czy demokrację. Chiny wszystkim tym gardzą i eksportują własne pomysły. Czy Robert Mugabe przetrwałby tak długo jako dyktator Zimbabwe, gdyby nie poparcie Chin? Czy ludobójstwo w Darfurze pochłonęłoby tyle ofiar, gdyby nie poparcie Chin dla reżymu w Sudanie? Chiny nie kupują surowców na wolnym rynku, tylko podpisują specjalne długoterminowe umowy z rozmaitymi państwami, uzależniając je w ten sposób od siebie. Tego typu działania są bardzo szkodliwe dla światowej ekonomii. Wszystko, co zbudowaliśmy po II wojnie światowej i po 1989 roku, jest zagrożone.

Mówi pan o zagrożeniu ze strony Chin, ale dla nas zagrożeniem jest przede wszystkim Rosja. W tej konfrontacji Chiny jawią się raczej jako sojusznik.

Oczywiście Rosja to naturalny przeciwnik Chin, odkąd Rosjanie kilkaset lat temu podbili Syberię i inne tereny w Azji. Ale wyobraźmy sobie, że chińska partia komunistyczna nie zdobyła władzy i wojnę domową wygrali nacjonaliści. Przez pewien czas istniałaby zapewne jakaś forma dyktatury, która z czasem zamieniłaby się w demokrację. Czyli stałoby się to, co na Tajwanie. Jakby wtedy wyglądała Rosja? Czy kraj ten odchodziłby teraz od demokracji, dławił wolność słowa, koncentrował władzę w jednych rękach i starał się odbudować imperium? Nie sądzę.

Sugeruje pan, że istnieje jakaś zależność między tymi dwoma państwami?

Tak. One nawzajem oddziałują na siebie i zachęcają się do budowania tyranii. Mają przecież ze sobą dużo wspólnego. Chiny to państwo terrorystyczne, które terroryzuje własny naród. Rosja też dryfuje w tym kierunku. Oba kraje mają podobne cele w polityce zagranicznej: chcą zdetronizować USA jako światową superpotęgę i zbudować imperia. Rosja ma surowce, Chiny ich potrzebują. Chiny mają tanie dobra konsumpcyjne, Rosja ich potrzebuje. Z czasem może się pokłócą, ale na razie nie sądzę, żeby to było możliwe. Wspólnota interesów jest zbyt silna. Porównując potencjały obu tych potęg, myślę, że Chiny są znacznie większym zagrożeniem. To ostatnie wielkie wyzwanie świata. Jeżeli sobie z nim poradzimy, czeka nas wspaniała przyszłość. Wiele lat pokoju i prosperity.

Steven W. Mosher jest jednym z najwybitniejszych znawców komunistycznych Chin. Podróżuje po Azji, wspiera dysydentów i pisze książki. Był pierwszym Amerykaninem, który pod koniec lat 70. prowadził badaniana rolniczych terenach Chin. Zetknął się wówczas z koszmarną codziennością azjatyckiego totalitaryzmu. To, co zobaczył, opisałw książce „Broken Earth”, która wstrząsnęła światem. Pod naciskiem rządu w Pekinie został usunięty z Uniwersytetu Stanforda. Ostatnio w Polsce wyszła jego głośna książka o imperialnych ambicjach Chin „Hegemon”(wyd. Sprawy Polityczne, Warszawa 2007).

Rzeczpospolita: Musimy powstrzymać Chiny
Piotr Gillert , Piotr Zychowicz 23-08-2008

Olimpiada w Chinach – czy bojkotować?

Skąd to nagłe oburzenie, że Międzynarodowy Komitet Olimpijski powierzył Pekinowi igrzyska patrząc na dobro swoje, a nie Tybetańczyków czy wyznawców Falun Gong? Przecież robi to od 100 lat, wyprzedając olimpijską ideę po kawałku każdemu, kto zapewni pieniądze i przepych.
Igrzyska w Pekinie - przygotowania

Dokładnie za pół roku, w niedzielny wieczór 24 sierpnia, przewodniczący MKOl Jacques Rogge ogłosi, że chińskie Igrzyska XXIX Olimpiady uważa za zamknięte. Stojąc na stadionie zwanym Ptasim Gniazdem, cudzie sportowej architektury, podziękuje za 16 dni wysiłku i emocji. Być może wróci też do starego olimpijskiego zaklęcia: „To były najlepsze igrzyska w historii”. Dla jego poprzednika, markiza Juana Antonio Samarancha, każde kolejne były najlepsze. Rogge ma więcej umiaru.Na razie wiadomo, że Pekin przygotuje igrzyska największe, najdroższe – i najbardziej kontrowersyjne od czasu upadku muru berlińskiego. Sportowcy wolnego świata zjadą do kraju cenzury i prześladowań. Kraju supernowoczesnych miast i dziewiętnastowiecznych wiosek, tłumiącego brutalnie każdy wolny głos z Tybetu, godzącego się na rzeź w Darfurze, dopóki zarabia na sprzedawaniu Sudanowi broni i tanio kupuje od niego ropę, państwa szantażującego Tajwan rakietami. Święto sportu i młodości ma się odbyć tam, gdzie nieprawomyślnych blogerów skazuje się na lata więzienia, więźniom wycina organy na sprzedaż, a egzekucji jest więcej niż w pozostałych krajach świata razem wziętych.

Komunistyczne władze zobowiązały się przestrzegać podczas igrzysk pewnych standardów, ale prawa człowieka w ich wydaniu będą miały urok wioski potiomkinowskiej. Swoboda dla dziennikarzy? Tak, ale tylko zagranicznych. Dostęp do zachodniej prasy? W dziewięciu wybranych punktach sprzedaży i tylko od otwarcia do zamknięcia igrzysk. Dla Falun Gong i Tybetu żadnego pobłażania nie będzie.

Do chińskiej reprezentacji nie zostanie dopuszczony żaden Tybetańczyk. Nawet Hitler w 1936 roku w Berlinie zrobił wyjątek dla dwojga niemieckich sportowców żydowskiego pochodzenia, tyle że wtedy miał się kto o nich upomnieć. Dziś ani MKOl, ani żadne z państw tego nie zrobi, bo Chiny i ich rozpędzona gospodarka dają zarobić każdemu chętnemu, ale każą sobie za to płacić milczeniem. Więc ani słowa o masakrze na placu Niebiańskiego Spokoju, o Tybecie, prześladowaniach religijnych. Z placu Niebiańskiego Spokoju ma ruszyć maraton, najbardziej romantyczna konkurencja igrzysk, i MKOl nie ma nic przeciwko, przynajmniej oficjalnie. Protesty i bojkoty pozostawiono prywatnej inicjatywie. Niech apelują sportowcy, Amnesty International, Steven Spielberg, niedoszły reżyser ceremonii otwarcia. I tak niewiele z tego wyniknie.

Coubertin na bok

Od MKOl zbyt wiele wymagać nie należy, jego losy to niekończąca się lista kompromisów z rzeczywistością. „Istotą igrzysk nie jest zwyciężyć, ale wziąć udział. Nie musisz wygrać, bylebyś walczył dobrze” – pisał francuski baron Pierre de Coubertin, który starożytny pomysł odkurzył dla współczesności. Antyczne igrzyska były przede wszystkim świętem religijnym. Baron, uczeń jezuitów, wierzył, że i jemu uda się stworzyć coś na kształt religii sportu, bratającej narody i wychowującej do pokoju. Nowożytny olimpizm był projektem na wiek XX, lecz skrojonym według wymiarów dziewiętnastowiecznych, i gorset zasad szybko zaczął uciskać. Dziś przed każdymi igrzyskami słychać wezwania do powrotu do czasów bezinteresownego święta, które nie kłaniało się polityce ani mamonie. To wzruszające, problem w tym, że takie igrzyska nigdy nie istniały. Pozostały pięknym zmyśleniem, a sam baron przymykał oko na naginanie marzeń do życia.

Zaczęło się już od pierwszych igrzysk. Coubertin chciał, żeby premiera była u niego w Paryżu i w okrągłym 1900 roku. Grecki król Jerzy I wymusił na nim, by odbyła się w Atenach cztery lata wcześniej. Król pochodził z dynastii duńskiej, poddani niespecjalnie go kochali. Chciał wkupić się w łaski Greków, fundując im olimpijski spektakl. Zrobił to za pieniądze milionera Gheorgiosa Averoffa. A Coubertina odsunął od wpływu na organizację, bo Francuz miał za dużo uwag.

Krew w basenie

Olimpizm nie zmieniał świata. Od początku dawał się nieść jego prądom. Miał uciszać armaty, a sam się przed nimi wycofywał. Lud wcale nie chciał być wychowywany do pokoju. Entuzjazm, z jakim europejskie ulice przyjęły wybuch pierwszej wojny światowej, był wymowny. W starożytności zawieszano wojny, żeby rozegrać igrzyska, w XX wieku było odwrotnie.

Wielka polityka wkraczała na olimpijskie stadiony bez pytania i przy każdej okazji. Raz głośno, jak w Berlinie w 1936 czy w Monachium w 1972 roku, raz po cichu, jak w przypadku farmakologicznego dopingu, który rozwijali naukowcy pracujący na zlecenie rządów, gdy sukcesy na bieżniach i matach stały się argumentem w zimnej wojnie.

Właściwie każde igrzyska miały swoje incydenty z politycznym tłem. W Londynie w 1908 roku podczas ceremonii otwarcia chorąży amerykańskiej ekipy Ralph Rose złamał protokół, odmawiając pochylenia flagi USA przed siedzącym na trybunie królem Edwardem VII. Powiedział, że „ten sztandar nie kłania się żadnemu z ziemskich królów”. W 1956 roku w Melbourne, podczas igrzysk rozgrywanych tuż po budapeszteńskim październiku, olimpijski basen zabarwił się krwią, bo Węgrzy w meczu piłki wodnej pobili się z rywalami z ZSRR. Gdy węgierscy emigranci, którzy zapełnili trybuny, ruszyli na pomoc swoim, sportowcy ZSRR ledwo uniknęli linczu. W 1968 roku w Meksyku czarnoskórzy sprinterzy amerykańscy, stojąc na podium, wyciągnęli w górę zaciśnięte pięści w czarnych rękawiczkach. Protestowali przeciw segregacji rasowej w USA w imieniu Czarnych Panter. – My nie reprezentujemy Stanów Zjednoczonych – mówili. Zostali wyrzuceni z igrzysk, a po powrocie do domu czekały na nich groźby śmierci i ostracyzm.
Olimpiada w Meksyku - protest przeciw segregacji rasowej w USA

Wyliczać można bez końca. Władysław Kozakiewicz stronniczej moskiewskiej publiczności pokazał po zwycięstwie w skoku o tyczce, co o niej sądzi. Nasze gazety o jego geście nie napisały, ale cała Polska widziała. W 1984 roku w Los Angeles mafia ormiańskich emigrantów groziła śmiercią sportowcom z Turcji, mieszkający w Kalifornii Sikhowie wyzywali z trybun hinduskich sportowców, a mecz Indie – Pakistan w hokeju na trawie skończył się bijatyką. Jeszcze cztery lata temu w Atenach zdarzyło się, że irański dżudoka wolał poddać się bez walki, niż zmierzyć się z rywalem z Izraela.

Hrabia patrzy na ręce

Dziś za igrzyska hańby są uważane te berlińskie z 1936 roku, ale głównie dlatego, że wiemy, co było dalej. Hitler chciał pokazać światu wielkie Niemcy i rzucić wyzwanie Amerykanom. Polityczny zamysł był widoczny na każdym kroku. Jeśli jednak chodzi o antysemickie i rasistowskie ekscesy, Hitlera trzymali w ryzach ówczesny belgijski przewodniczący MKOl hrabia Henri de Baillet-Latour i państwa grożące bojkotem. Ponoć Baillet-Latour, gdy przyjechał na rok przed zawodami na inspekcję i zobaczył przy drodze plakaty z antyżydowskimi hasłami, dał Hitlerowi do wyboru: albo je zdejmiecie, albo ja oddam olimpiadę komu innemu. Hitler wpadł w szał, ale gdy się uspokoił, rzucił: „Będzie, jak pan chce”, i wybiegł z pokoju.

Kilka reprezentacji podjęło decyzję o starcie w Berlinie w ostatniej chwili. Sportowcy USA mimo nalegań diaspory żydowskiej przyjechali, ale zrezygnowali z pozdrawiania wodza podczas defilady. W loży honorowej już podczas igrzysk Baillet-Latour ciągle patrzył Hitlerowi i jego świcie na ręce. Musiał to robić dobrze, skoro czarnoskóry sprinter Jesse Owens, bohater tamtych igrzysk, wspominał, że absolutnie nie czuł się dyskryminowany, a polska prasa pisała o wielkiej gościnności gospodarzy i nawet w wyciągniętych w górę dłoniach widziała zwykłe pozdrowienie. Propagandziści Hitlera nazistowską symbolikę umiejętnie przemieszali z antyczną i z zapewnieniami, że Trzecia Rzesza niczego tak nie miłuje jak pokoju. To oni wymyślili sztafetę z ogniem zapalonym w Olimpii, zwyczaj, który przetrwał do dziś.

Gospodarzy igrzysk z niezbyt chlubną kartą było więcej. W Meksyku dziesięć dni przed rozpoczęciem igrzysk 1968 roku prezydent kraju Gustavo Diaz Ordaz wysłał wojsko na plac Tlatelolco i krwawo stłumił rewoltę młodzieży, zabijając ponad 250 osób. W 1980 roku Moskwa dysydentów prewencyjnie aresztowała albo wydalała z kraju.

Dwie wioski

Sportową politykę, której Hitler spróbował w 1936 roku, kraje komunistyczne zamieniły w system. Najpierw jednak Rosja radziecka musiała zacząć zauważać igrzyska, bo od rewolucji październikowej je ignorowała, uważając za burżuazyjną rozrywkę. MKOl też zresztą okazywał ZSRR ostentacyjną niechęć: dla niego wciąż istniała carska Rosja reprezentowana przez arystokratów emigrantów. Baillet-Latour deklarował, że póki żyje, flaga sowiecka nie zawiśnie na olimpijskim maszcie.
Olimpiada w Moskwie
Olimpiada w Moskwie

Belgijski szef MKOl zmarł w czasie wojny, a po niej nastąpiło szybkie zbratanie. ZSRR wystąpił pierwszy raz na igrzyskach w Helsinkach w 1952 roku. Zbudował tam własną wioskę olimpijską, w której radzieccy agenci pilnowali sportowców przed złapaniem kapitalistycznej infekcji.

Władzę w MKOl przejmował akurat Avery Brundage, idealista z Chicago, który widząc, w jakim kierunku zmierza świat, uznał, że najlepiej będzie zachować neutralność. Za swoją misję uznał przede wszystkim wierność zasadzie amatorstwa i ochronę igrzysk przed, jak mówił, „zaprzedaniem złotemu cielcowi”. To on przystawił pieczątkę na stworzonym w całym bloku wschodnim systemie, który nazwano państwowym zawodowstwem. Władza nie tylko pokrywała koszty przygotowań sportowców, ale utrzymywała ich na fikcyjnych etatach poza sportem. Wszystko to było podlane sosem szczytnych haseł i Brundage po wizycie w ZSRR orzekł nawet, że żadne państwo nie realizuje idei de Coubertina lepiej.

Dyplomacja w dresie

Państwowa pomoc dla olimpijczyków nie była niczym nowym. Pierwsi byli Amerykanie, za nimi poszli inni, ale trzeba było zimnej wojny, żeby powstały takie monstra jak radziecki i enerdowski system planowania sportowego. Nieuznawana w zachodnim świecie NRD postanowiła przypominać o sobie właśnie przez sport. Jej reprezentantów nazywano dyplomatami w dresach, jeździła za nimi cała armia oficjeli i agentów. Sportowcy NRD zawsze mieli najlepsze warunki do treningu, ZSRR do miast igrzysk wysyłał statki ze sprzętem, a bywało, że i z pokojami dla olimpijczyków. Taki statek cumował np. w 1976 roku w Montrealu, miał też zakotwiczyć osiem lat później w Los Angeles, ale jak wiadomo, tam akurat nie dopłynął.

Wschód rzucił wyzwanie, Zachód je podjął. Podczas zimnej wojny igrzyska i ich bojkoty stały się swego rodzaju raportem o stanie świata. Pokazywały, co go dzieli, i pozwalały stronom policzyć siły. Bojkotowano przez cały okres powojenny – aż do igrzysk 1992 roku w Barcelonie – i dla najróżniejszych celów. W 1952 roku wysłania sportowców odmówiła NRD, bo MKOl oczekiwał wspólnej reprezentacji zachodnio- i wschodnioniemieckiej (taka w końcu powstała, dopiero w 1968 roku NRD wystartowała pod własną flagą). W 1956 roku w Melbourne Irak, Liban i Egipt ogłosiły bojkot z powodu zajęcia przez Izrael Kanału Sueskiego, a Holandia i Hiszpania – w proteście przeciw inwazji ZSRR na Węgry. Chiny nie startowały w igrzyskach aż do lat 80., póki MKOl nie uznał, że Tajwan to nie Tajwan, tylko „Chińskie Tajpej”. Kraje czarnej Afryki wymaszerowały z wioski olimpijskiej dosłownie w przeddzień olimpiady 1976 roku, bo nie spodobało im się, że dopuszczono Nową Zelandię, która nie zerwała do końca sportowych kontaktów z wyklętą za rasizm RPA.

Strzały w Monachium

Tylko olimpijski rok 1972 zapowiadał się pod tym względem wyjątkowo spokojnie. Do RFN na igrzyska, które miały pokazać uśmiechniętą twarz Niemiec, zjechały aż 122 reprezentacje, co miało jeszcze długo pozostać rekordem. Zabawa trwała dziesięć dni, przyszły król Szwecji Karol XVI Gustaw poznawał wśród olimpijskich hostess swoją przyszłą żonę Sylwię, atmosfera była znakomita. Jedenastego dnia nad ranem na wioskę olimpijską uderzyli palestyńscy terroryści z Czarnego Września. Dwóch sportowców Izraela zamordowali, dziewięciu innych porwali. Zażądali uwolnienia więźniów z izraelskich cel. W nieudanej próbie odbicia zakładników na lotnisku zginęli wszyscy porwani. Avery Brundage ogłosił, że mimo wszystko „igrzyska muszą trwać”.

Skończył się jednak czas niewinności, od tej pory wydatki na zapewnienie bezpieczeństwa poszybowały w górę. I bez nich obrastające w nowe konkurencje igrzyska były już imprezą potwornie drogą. Przy niechęci MKOl do szerszego otworzenia drzwi sponsorom i telewizjom gospodarze nie mieli szans na odzyskanie wydatków. Rozsądni uciekali od organizowania olimpiad – Denver oddało igrzyska zimowe 1976 roku, bo mieszkańcy nie mieli zamiaru płacić. Mniej rozsądni, jak frankofoni z Quebecu, którzy liczyli na to, że olimpiada w Montrealu rozrusza gospodarkę prowincji i może kiedyś pomoże oderwać się od Kanady, spłacali długi jeszcze w XXI wieku. Przez następne lata o letnie igrzyska ubiegały się tylko mocarstwa. O te w 1980 roku – Moskwa i Los Angeles, w 1984 – tylko LA, a w 1988 – za amerykańskie pieniądze – Seul.

Furia pani Thatcher

Moskwa 1980 roku to były pierwsze igrzyska w bloku komunistycznym. Wojsko pomagało budować obiekty, Breżniew żądał od towarzyszy perfekcji, a w fotelu ambasadora Hiszpanii w Moskwie knuł swoją olimpijską intrygę markiz Juan Antonio Samaranch. Jego czas nadejdzie wkrótce, tuż po igrzyskach okaleczonych przez największy powojenny bojkot.

Prezydent USA James Carter zagroził nim niedługo po sowieckiej inwazji na Afganistan w 1979 roku. Bardziej precyzyjnie groźbę wyłożył sekretarz stanu Cyrus Vance: albo odwołujemy letnie igrzyska, albo przenosimy je gdzie indziej. Carter musiał licytować wysoko. Amerykańscy zakładnicy w Iranie czekali na uwolnienie, prezydent miał opinię mięczaka, a kampania wyborcza była na horyzoncie. Amerykańska administracja pociągnęła za sobą do bojkotu ponad 60 krajów, ale wiele z tych, na których Carterowi zależało, wysłało sportowców. Czasami wbrew własnej woli, jak Wielka Brytania, której komitet olimpijski nic sobie nie robił z pełnych furii tyrad Margaret Thatcher. Jedyne, co pani premier mogła zrobić, to zatrzymać w domu rozkazem sportowców, którzy służyli w armii, a pozostałym odebrać prawo startu pod brytyjską flagą. Wystartowali więc pod olimpijską, tak jak m.in. Włosi, Francuzi, Australijczycy, Belgowie i Holendrzy. Na czerwonym dywanie rozwiniętym w wiosce olimpijskiej defilował dumnie Jaser Arafat, gość specjalny Breżniewa. Opowiadał, że to tylko kwestia czasu, gdy Organizacja Wyzwolenia Palestyny wyśle swoją reprezentację.

Hamburger Games

Największym zwycięzcą moskiewskich igrzysk był Samaranch, człowiek, który przeprowadzi ruch olimpijski przez kłopoty do wielkich pieniędzy. Ze służby swojemu królowi został wyrzucony, bo wbrew jego woli poszedł na ceremonię otwarcia (Hiszpania była wśród bojkotujących), ale z poparciem krajów socjalistycznych wybrano go w Moskwie na nowego szefa MKOl. Do łagodzenia tarć między wielkimi blokami politycznymi ktoś tak śliski jak on nadawał się świetnie. Zrozumiał, że polityczna logika szkodzi igrzyskom, lepsza będzie logika portfela. Członkowie MKOl już wtedy świetnie się nią posługiwali. Przybywając na igrzyska, żądali, by gościć ich jak monarchów i rozpieszczać prezentami. Za kilkanaście lat wybory gospodarza igrzysk staną się obwoźnym spektaklem korupcyjnym, ukróconym dopiero przez wielki skandal związany z wyborem Salt Lake City, ale na razie Samaranch musiał doprowadzić do tego, by miasta znów chciały się bić o prawo goszczenia sportowców.

Zrobił to z pomocą młodego amerykańskiego biznesmena Petera Ueberrotha. Pozwolił mu zorganizować w Los Angeles igrzyska prywatne. Nie było wyjścia, bo nikt inny tej olimpiady nie chciał, a rząd amerykański odmówił finansowej pomocy. Ueberroth dostał od Samarancha wolną rękę, zebrał grupę sponsorów i na igrzyskach nazwanych nawet przez amerykańską prasę Hamburger Games zarobił ponad 200 mln dolarów. Coca-Cola reklamowała się przy igrzyskach od 1928 roku, McDonald’s od 1976, ale teraz te i inne firmy weszły na stadiony na zupełnie innych prawach. Z czasem to one staną się prawdziwymi władcami pięciu olimpijskich kół.

ZSRR i jego sojusznicy (z wyjątkiem Rumunii) na igrzyska do Los Angeles nie przyjechali. Radzieccy towarzysze długo szukali powodu, by zemścić się za bojkot moskiewski: a to nie podobały im się zasady zwrotu kosztów, a to akredytacja dla Radia Wolna Europa. 8 maja ogłosili, że nie przyjadą, bo nie byliby w stanie zapewnić swoim sportowcom bezpieczeństwa w mieście terrorystycznych band, zepsucia i smogu. Do ZSRR dołączyło kilkanaście krajów, w tym Polska. Wkrótce potem do władzy doszedł Michaił Gorbaczow. Kończył się czas bojkotów.

Czerwona wieża

Do Seulu w 1988 roku nie przyjechali tylko sportowcy z KRLD, Kuby i Etiopii, w Barcelonie w 1992 roku byli już wszyscy, nawet RPA, która właśnie rozmontowała apartheid. Wielka polityka wychodziła, mijając się w drzwiach z nowymi panami: ponadnarodowymi koncernami i telewizją. One przejęły władzę tak skutecznie, że np. w 1996 roku, na stulecie nowożytnych igrzysk, powierzono ich organizację nie Atenom, ale Atlancie, bo tam ma siedzibę CocaCola. I to one nie dopuszczą dziś do tego, by igrzyska w Chinach się nie odbyły. To jest paradoks MKOl. Gdy jeszcze chciało mu się zmieniać świat, był na to za słaby. Jak urósł w siłę, stał się najbogatszą organizacją pozarządową, to troszczył się już przede wszystkim o siebie i stan kasy. Oczywiście, że jego członkowie mieli wątpliwości, gdy w 2001 roku dawali olimpiadę Pekinowi, ale pokusa była silniejsza. Chęć spróbowania czegoś, czego jeszcze nie było, zdobycia nowego rynku. Najbardziej wystawne igrzyska czekały w promocji, za niewielką cenę przymknięcia oczu na to, co złe u gospodarzy. Jakkolwiek by to zabrzmiało, nie MKOl pierwszy i nie ostatni. Francja podświetla wieżę Eiffla na czerwono, gdy przyjeżdża chiński przywódca, kolejne kraje uginają się przed nim, nie przyjmując Dalajlamy, a na placu Niebiańskiego Spokoju, niedaleko od miejsca, którym wjeżdżały czołgi, wisi logo Starbucks. Jeśli za pół roku pojawią się tam też olimpijskie kółka, naprawdę będzie to takie oburzające?
Źródło : Rzeczpospolita: Piękne zmyślenia barona de Coubertina
Paweł Wilkowicz 22-02-2008

Ekspansja gospodarcza Chin

Źródło: Tygodnik Powszechny: Gwiaździsty sztandar made in China
2007-11-29

Nie ma ostatnio tygodnia, by w którymś z krajów Zachodu, także w Polsce, nie wybuchała jakaś „chińska afera” – ze szkodliwymi chińskimi zabawkami bądź z talerzami malowanymi farbą zawierającą ołów. Z Chin płyną nie tylko zabawki i talerze, ale także zatruta żywność. Tyle że kiedyś, dawno temu, to samo robili… Amerykanie.
Piotr Bernadyn z Tokio /2007-11-29

Niedawno w jednym z chińskich miast wybudowano fabrykę firmy elektronicznej NEC. Nie była to jednak inwestycja znanego japońskiego koncernu o tej nazwie, lecz od początku do końca chińska „atrapa”: z własnym laboratorium, halami i działem sprzedaży. Japończycy wykryli fałszerstwo dopiero, gdy klienci zaczęli się skarżyć na słabą jakość zakupionych produktów.

Nigdzie podrabianie nie jest tak rozpowszechnione jak w Chinach. Dotyczy to nawet leków i żywności. – Gdyby Chińczycy wiedzieli, jak szkodliwe jest jedzenie, które codziennie kupują, w kraju wybuchłaby rewolucja – twierdzi w rozmowie z „Tygodnikiem” Zhou Qing, autor książki o skandalicznych warunkach, w jakich w Chinach produkowana jest żywność (książka w ojczyźnie autora nie mogła się ukazać, przywiózł rękopis do Japonii).

Plaga dotyka zatem przede wszystkim samych Chińczyków, choć coraz częściej wybrakowane towary trafiają za granicę. Wywołuje to międzynarodowe napięcia. Jednak obok troski o jakość chińskich towarów, kryje się za nimi także lęk – przed rosnącą rolą Chin na świecie.

„Chcą nas wytruć!”

O ile o „chińskich bublach” mówi się od dawna, to o szkodliwej chińskiej żywności głośno zrobiło się dopiero wiosną tego roku, gdy kilka tysięcy amerykańskich psów i kotów śmiertelnie zatruło się importowanym pokarmem. Potem popłynęły informacje o wstrzymywaniu kolejnych dostaw z Chin: ryb skażonych antybiotykiem, zabawek pokrytych trującą farbą z dodatkiem ołowiu, toksycznych suszonych owoców. Ze sklepów w Europie, USA i Kanadzie wycofywać zaczęto opony, materace, komórki czy ognie sztuczne. Wszystko „made in China”.

„Nasz eksport jest w 99 proc. bez zarzutu” – tak protestuje, tradycyjnie już, chiński MSZ. A rynek wewnętrzny? „Jest coraz lepiej, tylko 20 proc. żywności nie spełnia norm”.

W tym roku w ramach retorsji Chiny wycofały amerykańskie mandarynki, w których wykryto od razu bakterie, pleśń i dwutlenek siarki. Pekin miał do amerykańskich mediów pretensje o wzbudzanie histerii. Częściowo słuszne: „Czy Chiny planują wytruć Amerykanów i ich zwierzęta!?” – wołały media w USA. Waszyngtonowi Pekin zarzucił, że problemem nie są wybrakowane towary, lecz rosnący deficyt handlowy USA, więc administracja Busha szuka pretekstu do sztucznej ochrony własnego rynku.

Jednak groźby kar i bojkotu ze strony USA – a także Unii Europejskiej – zrobiły swoje: Chińczycy przyznali, że problem istnieje („Jesteśmy wciąż krajem rozwijającym się”), godząc się nawet na współpracę z zagranicą we wdrażaniu nowego systemu kontroli jakości. Do olimpiady w 2008 r. ma być lepiej. Zwłaszcza z żywnością, której nie ufa dziś 70 proc. chińskich konsumentów. Władze obiecały zwiększyć liczbę kontroli, zaostrzyły kary i, jak to w Chinach, wydały wyrok śmierci na dwóch urzędników oskarżonych o przyjmowanie łapówek za dopuszczanie na rynek podrobionych lekarstw.

– Tych dwóch skazano, bo amerykańskie psy i koty zatruły się chińskim pokarmem – komentuje szyderczo Zhou Qing. Jego zdaniem proces był „dla zagranicy”, podczas gdy to chińskie społeczeństwo jest główną ofiarą własnych bubli. A tu Zhou jest sceptyczny: poprawi się jakość towarów na eksport, reszta zostanie bez zmian.

Nie tylko Chiny

Dlaczego podrabiają, także własne marki? Dlaczego – jak ostatnio w czasie święta narodowego – kontrola w prowincji Heibei wykazała, że połowa rodzimej wódki i blisko 100 proc. importowanych alkoholi w sprzedaży było podrobionych? Wini się komunizm, kapitalizm, biedę, prawo, globalizację, wreszcie chińską mentalność.

Po pierwsze, towary podrabia się w wielu krajach Azji i nie tylko. Dostawy z meksykańską żywnością są zawracane z amerykańskiej granicy równie często jak chińskie. Ale Chiny są wielkie i rozwijają się najszybciej w świecie.

Można też szukać analogii w przeszłości. To, co jedni nazywają „chińskim duchem przedsiębiorczości”, ma wiele wspólnego z rozwojem gospodarki USA przed stu laty. Prezydent Theodore Roosevelt utworzył w 1905 r. Urząd Żywności i Leków po serii skandali, wywołanych pojawieniem się na rynku m.in. nawozów sztucznych albo glukozy sprzedawanej jako miód.

Regulacje prawne w Chinach nie nadążają – jak kiedyś w USA – za rozwojem gospodarczym. Pogoń za zyskiem i mordercza konkurencja (wymuszana także przez dyktujące niskie ceny zachodnie koncerny) skłania wielu przedsiębiorców do gry nie fair. Gwałtowne przemieszczenia społeczne idą w parze z rozluźnieniem norm moralnych. W swej książce Zhou Qing opisuje, jak pewien właściciel baru starał się utrzymać klientów, dodając do zupy… morfinę.

Trudno za każdą chińską patologię winić partię komunistyczną. Ale system polityczny, pełen frazesów o socjalistycznej demokracji, jest dyktaturą technokratów, sprawujących (przy pomocy cenzury i policyjnej pałki) władzę legitymizowaną gospodarczym wzrostem. Wzrost zatem musi trwać.

Chęć walki z korupcją głoszona przez chińskich przywódców może być szczera. Przeszkoda tkwi w powiązaniach lokalnych notabli z biznesem. W Heibei okazało się, że wiele restauracji sprzedających podrobiony alkohol należało do funkcjonariuszy partyjnych lub ich rodzin. A to nomenklatura, wydając rozporządzenia, stanowi prawo.

Winna kultura?

„Ten system formuje złych ludzi” – pisał znany intelektualista Liu Junning po aferze z niewolniczym wykorzystaniem dzieci w chińskich kopalniach. „Przez ostatnie kilkaset lat dużo się w społeczeństwie zmieniło, poza jednym: ludzkie prawa nie są chronione i wciąż depcze się godność. Niewolnictwu w kopalniach winna jest nie gospodarka rynkowa, lecz partyjni notable, właściciele kopalni i przede wszystkim system, który nie chroni praw jednostki do życia, wolności i własności”.

23 lata temu ukazała się książka tajwańskiego naukowca Yo Banga pt. „Ugly Chinaman”. W ChRL nie doczekała się publikacji, na Tajwanie wznawiano ją nie raz. To ostry pamflet na chińską kulturę.

Przypisywanie narodom cech charakteru wyszło na Zachodzie z mody i ociera się o polityczną niepoprawność. Ale na Dalekim Wschodzie, gdzie nacjonalizm jest żywy, wciąż ma wzięcie. Yo Bang zaczyna pytaniem, czy po rewolucji kulturalnej „da się jeszcze uratować naród moralnych degeneratów”? Później, jak Liu, cofa się daleko w przeszłość. Jego zdaniem chińska kultura od setek lat jest „uszkodzona”. Jak wielki naród mógł się tak zdegenerować? – pyta.

Jego zdaniem powód tkwi w tyranii, własnej i obcej, której naród był poddawany przez wieki. Upadek tak wielkiej cywilizacji musiał się odbić na psychice wszystkich Chińczyków, bez względu na to, gdzie mieszkają. W rezultacie przeciętny Chińczyk ma niezrównoważoną osobowość, oscylującą między ekstremami – arogancją i kompleksem niższości.

„Chińskie dzielnice w USA łatwo odróżnić od japońskich i koreańskich, bo panuje tam zawsze bałagan” – pisze Yo Bang. W relacjach międzyludzkich normą jest kłamstwo, Chińczyk ufa tylko rodzinie, przejawia skłonność do konformizmu i służalczości, a z drugiej strony do intryg i konfliktów. Najlepiej widać to po chińskiej diasporze w USA.

Do każdej jego tezy znajdzie się zapewne antyteza. Ale jeśli teza Yo Banga choć w części jest prawdziwa, to lekarstwem na chorą chińską duszę byłby powrót Chin do naturalnego im splendoru. W tym kierunku prawdopodobnie zmierzają.

Japoński „Newsweek” przestrzegał niedawno przed zbliżającą się inwazją chińskich turystów. Skrupulatnie, przy pomocy wykresów udowadnia, że turyści z Chin mają za granicą złą opinię za brak manier, dyscypliny i rasizm. Chińskie władze świadome są chyba problemu, bo przed olimpiadą próbują edukować naród, że np. nie wypada wpychać się bez kolejki, śmiecić, załatwiać się, gdzie popadnie. Mocą ustawy odbierane będą paszporty tym, którzy przynieśli ojczyźnie za granicą wstyd.

Azjatycka inwazja

Jakość chińskich towarów będzie się zapewne poprawiać. Walka z korupcją i nauka kindersztuby też może przynieść efekty. Brak demokracji nie jest przeszkodą – przykładem Singapur, w którym Lee Kuan Yew drakońskim karami wypalił patologie.

Warto jednak zatrzymać się przy innym problemie, który ujawnił się w czasie tegorocznych napięć, zwłaszcza między Chinami a USA. Pytanie brzmi: czy Stany Zjednoczone są psychologicznie gotowe zaakceptować istnienie gospodarczej potęgi, która może zagrozić ich interesom?

20 lat temu ekspansja Japonii wydawała się nie mieć końca. Wysokiej klasy japońskie towary zalewały USA. W niezliczonej ilości artykułów i książek, także naukowych, wieszczono Ameryce zmierzch. Kilka razy omal nie doszło do wojny handlowej i to zawsze Japonia musiała ustąpić. Raz po raz okazywało się, że przywiązanie Amerykanów do wolnego handlu kończy się tam, gdzie zagrożony jest narodowy interes.

Tym razem konkurent ma potencjał, by sprawić jeszcze więcej kłopotów. Co więcej, Chiny nie są, jak Japonia, skrępowane układem bezpieczeństwa z USA. Alarmistyczne doniesienia mediów o szkodliwości chińskich towarów pokazują, jak łatwo wzbudzić u Amerykanów protekcjonistyczne uczucia. Głos internauty, wcale nieodosobniony, pod artykułem w „Washington Post”: „Najpierw zabrali nam miejsca pracy, teraz nadchodzi czas, że zostaniemy otruci. Nasze zwierzęta zdychają od skażonego pokarmu i uwierzcie: my będziemy następni. Nasze koncerny nauczyły Azjatów, że chciwość jest cnotą”. Inny pisał, że dość ma „leseferyzmu w przewodzie pokarmowym”.

Skazani na Chiny

Czy jednak możliwe jest odcięcie się od Chin, czego próbował amerykański producent żywności, reklamując swoje towary jako „China free”? Chińczycy produkują tanio. „Tak wielki jest głód Amerykanów za tanim importem, że menadżerowie korporacji wielokrotnie odrzucali wezwania naukowców, by nałożyć nowe, choćby skromne standardy jakości na produkty z zagranicy” – twierdzi Urząd Żywności i Leków w Waszyngtonie. A poza tym są już dziedziny, w których Chiny stały się niemal światowym monopolistą, np. w produkcji konserwantów żywności czy witaminy C.

Niektóre koncerny spożywcze w USA poleciły swym dostawcom szukać substytutów dla chińskich towarów. Okazało się, że jeśli nawet znalazł się towar z innego kraju, to co najmniej jeden z jego składników i tak wyprodukowany był w Chinach.

Gospodarki Chin i krajów bogatych są dziś komplementarne: Chińczycy produkują to, co się już Amerykanom czy Europejczykom nie opłaca. Sytuacja się zmieni, gdy w chińskim eksporcie dominować zaczną produkty bardziej zaawansowane.

To przyszłość. Na razie Chińczycy są numerem jeden w innych dziedzinach. Amerykański reporter sprawdzał latem w centrum handlowym, co jeszcze można kupić rodzimej produkcji. Na stoisku sportowym niewiele: większość artykułów było z Chin, nawet flaga amerykańska. Na stoisku z zabawkami: jeszcze gorzej. Krążąc między regałami, reporter znalazł jeden amerykański produkt – grę „Monopol”. Po otwarciu z pudelka wypadły kości i rekwizyty do gry… Nie były amerykańskiej produkcji. Miejmy nadzieję, że nie zawierały toksycznych substancji.