Wpływ CO2 na klimat

Mój ulubieniec Stefan Molyneux wypowiada się o wpływie, a raczej braku przewidywanego wpływu CO2 na zmianę klimatu.
Może już czas zakończyć tan bardzo drogi eksperyment z ograniczaniem emisji CO2?
Ciekawe czy europejscy socjaliści odpowiedzą za jego przeprowadzenie?

Reklamy

Interwancja SNB

Szanowny Zezowaty Zorro stwierdził dzisiaj że interwencje Centralnego Banku Szwajcarii (SNB) są bezcelowe i przynoszą krótkotrwałe efekty. Jako przykład potwierdzający bezsensowność interwencji walutowych przytoczył historię brytyjskiego funka i spekulacji Sorosa. Sądzę, że Zorro myli się.
Obrona przed osłabieniem waluty (np Funta) to zupełnie inna „wojna” niż obrona przed nadmiernym umocnieniem waluty (np Franka). Najważniejsza różnicą w tych wojnach jest „amunicja”.
Jeśli centralny bank broni się przed osłabieniem musi posiadać obce waluty i płynne aktywa które wymienia na własna walutę (w celu podtrzymania kursu). Każdy bank centralny obcych walut i aktywów ma ograniczoną ilość.
Jeśli centralny bank broni się przed nadmiernym umocnieniem własnej waluty musi wymieniać własna walutę na obcą. W tym przypadku bank centralny nie ma ograniczeń. Może wydrukować własnej waluty ile tylko chce i dowolną jej ilość wymienić na obcą (obniżając kurs w tym przypadku franka). Oczywiście formalnie ograniczenia istnieją ale w dzisiejszych czasach kreatywnej księgowości to tylko formalność.

Zrozumiałe jest dla mnie dlaczego bank centralny Wielkiej Brytanii mógł sobie nie poradzić z Sorosem.
Kurs Franka i sytuacja SNB jest jednak diametralnie inna. SNB poradzi sobie z umacnianiem Franka. Po prostu będzie drukował i upłynniał.
A jak sytuacja się odwróci i frank zacznie tracić zbyt dużo to SNB zrobi wyminę w drugą stronę.

P.S. W tajemnicy zdradzę Ci, że za uzyskane waluty SNB będzie kupował ZŁOTO 🙂

A tak będą wyglądali „spekulanci” jak to wszystko się skończy

“His name is Mundt, Karl Mundt. Also known as Madman Mundt. A little funny in the head.”
Barton Fink (1991)
Źródło

Koniec taniej energii i co dalej

Poziom życia jaki obecnie prowadzimy w ogromnym stopniu zawdzięczamy taniej energii. Dzięki niej mamy tanie jedzenie, transport, ciepło i mnóstwo rozrywek. Co się stanie jeśli skończy się tania energia czyli ropa, gaz i węgiel?
Pytanie jest źle postawione. Prawidłowe brzmi: ci się stanie kiedy za 5, 10, 15 a może 20 lat skończy się tania energia?
Odpowiedz znajdziesz w poniższych filmach.
(czas ok 60 min)






W Polsce w kraju, w którym zima co rok zaskakuje drogowców ludzie będą bardzo zaskoczeni. Dobrze, że mamy jeszcze trochę węgla. Miejmy nadzieję że Tusk nie odniesie kolejnego spektakularnego sukcesu i nie sprzeda kopalni za kieszonkowe Niemcom.

Kto popiera walkę z globalnym ociepleniem

Barack Obama przekonał Izbę Reprezentantów do przegłosowania ustawy klimatycznej. Ameryka ma emitować o 17 proc. mniej dwutlenku węgla i gazów cieplarnianych do 2020 roku, a do połowy tego stulecia aż o 83 proc. mniej niż teraz. Wygląda dobrze? Jedynie na papierze.

Amerykanie boją się wszędobylskiego rządu, ale tradycyjnie wspierają ochronę środowiska. Demokraci pokazują zatem Ameryce białe niedźwiedzie taplające się w topniejących śniegach lodowców, a jednocześnie przepychają w Kongresie ustawę, która doprowadzi do cichej ingerencji rządu w niemal każdą dziedzinę życia obywateli.

Białe dachy za białe niedźwiedzie

Analizy The Heritage Foundation wykazują, że nowa ustawa będzie rocznie kosztować przeciętną amerykańską rodzinę prawie trzy razy więcej w energopochodnych wydatkach. A to dopiero początek problemów.

Ustawa klimatyczna reguluje ceny energii. Koszt energii decyduje o kosztach utrzymania i stylu życia Amerykanów: od wyboru samochodu po cenę kubka kawy. Do widzenia ulubione, bezpieczne kolosy SUV, bye#-bye „umięśnione auta” (muscle cars) wyrywające setkę w kilka sekund. Witajcie nielubiane w Ameryce, bezpieczne dla środowiska (ale nie dla ludzi) samochodziki wyciskające 40 mil z galona benzyny.

Chcesz sprzedać dom? W myśl ustawy klimatycznej twój dom musi być o 30 procent bardziej energooszczędny niż obecnie. Zanim więc przyjdą chętni, wpadnie inspektor, który oceni, czy twój dom spełnia wymogi. Jeśli nie, wstaw nowe okna, zainstaluj biały dach odbijający promienie słoneczne (propozycja Arta Rosenfelda, członka Komisji Energii Kalifornii) i koniecznie zainstaluj (na swój, oczywiście, koszt) gniazdo elektryczne do tankowania baterii hydroaut. Przeciwnicy ustawy argumentują m.in., że ceny domów wzrosną niebotycznie, co ostatecznie pogrąży rynek nieruchomości, pogłębiając recesję.

Walka o ustawę klimatyczną w Senacie będzie zatem walką o charakter Ameryki, która z kraju wolnego wyboru i wolnorynkowej samoregulacji emisji zanieczyszczeń zamieni się w kraj sterowany instrukcjami polityków w Waszyngtonie, w którym o osobistych wyborach obywateli decyduje rząd. Walką, w której – zdaniem wielu – w istocie chodzi o kasę i o władzę.

Limit i handel

Limit i handel (cap and trade) to amerykańska wersja dyrektywy o handlu emisjami (EUETS – EU Emissions Trading Scheme). Limit określa dozwoloną w USA ilość emisji zanieczyszczeń, handel – obrót niewykorzystanymi limitami.

Europejski wariant, według analiz publikowanych w „Wall Street Journal”, nie działa. Firmy emitujące dwutlenek węgla ponad otrzymane przydziały wcale nie szukają sposobów na ograniczenie emisji, ale po prostu przekazują rachunek konsumentowi. Kowalski nie tylko płaci za energię więcej, ale i nabija kasę miliarderom nowego przemysłu, których stworzył handel emisjami.

Amerykańskimi pionierami tego przemysłu są m.in. kompanie dostarczające oprogramowanie kontrolujące emisję przedsiębiorstw. Rynek oprogramowania, wart dziś 2,5 mld dolarów, ma wzrosnąć dziesięciokrotnie, jeśli ustawa o limicie i handlu zostanie wdrożona.

W jednej z firm (Hara) poważne sumy zainwestował Al Gore, sztandarowa postać zielonego lobby, autor filmu „Niewygodna prawda”. Ironią losu jest, że najbardziej niewygodna prawda ujrzała światło dzienne już po zdobyciu przez byłego amerykańskiego wiceprezydenta Oscara, kiedy media obiegły rachunki za energię zużytą w posiadłości Gore’ów w Nashville. Wynikało z nich, że państwo Gore zużyli, bagatela, 22,619 kilowatogodziny energii elektrycznej w jednym tylko miesiącu, średnio dwa razy tyle, ile zwykły Amerykanin zużywa przeciętnie w ciągu całego roku.

Sam film Gore’a dofinansował Jeff Skoll, były prezydent eBay, partner inwestycyjny Gore’a, założyciel funduszu zaporowego (hedge fund) Capricorn Investment Group, LLC, w który Al Gore zainwestował 35 milionów dolarów.

Według źródeł Bloomberg News Al Gore zakończył karierę polityczną jako wiceprezydent z sumą 2 mln dolarów na koncie. Według danych Fast Company w 2007 r. jego fortuna sięgnęła już ponad 100 milionów dolarów uzyskanych z inwestycji w przedsiębiorstwa produkujące zielone technologie i ciągle rośnie. Największą kurą znoszącą zielone jajka jest dla Gore’a partnerstwo z firmą inwestycyjną Kleiner, Perkins, Caufield & Byers z Kalifornii, która m.in. chce wypuścić na amerykański rynek 50 tys. samochodów elektrycznych.

Na „zielony pociąg” załapali się inni promotorzy ustawy. Przewodnicząca Izby Reprezentantów, demokratka Nancy Pelosi, zainwestowała od 50 do 100 tys. dolarów w korporację Clean Energy Fuels. A współautor ustawy, demokrata z Massachusetts, Edward Markey podobne kwoty w Firsthand Technology Value Fund.

Niektórzy politycy w Kongresie tak się spieszyli z uchwaleniem ustawy, że opozycja republikańska w Izbie otrzymała do lektury 341 stron poprawek do ustawy o 3 nad ranem w dniu głosowania, a Agencja Ochrony Środowiska (EPA) nie ujawniła przed głosowaniem treści raportu wykazującego, że do 2030 roku czeka nas oziębienie klimatu. Powstałoby wówczas pytanie: jeśli nie ma globalnego ocieplenia, to po co nam ustawa klimatyczna?

Straszak zielonego lobby

Na ironię losu zakrawa fakt, że gdy w marcu w Dniu Ziemi aktywiści ochrony środowiska demonstrują przed Kapitolem przeciwko globalnemu ociepleniu, w Waszyngtonie sypie śnieg. Być może dlatego zielone lobby w Ameryce zarzuciło termin „globalne ocieplenie” na rzecz nowego: „zmiany klimatyczne”.

Innym straszakiem używanym przez zielone lobby w Ameryce jest węgiel. Węgiel dostarcza Ameryce niemal połowę energii. To także 40 proc. emisji dwutlenku węgla do atmosfery całej Ameryki. Zielonemu lobby to wystarcza, by straszyć: wyginą niedźwiedzie polarne, a wyspa Manhattan straci Downtown aż po Wall Street, która z ulicy Ościennej zamieni się w Portową, kiedy roztopione lodowce Alaski podniosą poziom wód o 6 metrów. Tych „prawd” uczy się dziś dzieci w amerykańskich szkołach.

Tymczasem brytyjska Antarctic Survey obsługująca pięć stacji badawczych na Antarktydzie stwierdza w „Geophysical Research Letters”, że w ciągu ostatnich 30 lat pokrywa lodowa Antarktyki rosła w tempie 100 tys. kilometrów kwadratowych co dziesięć lat. Również australijskie Centrum Badawcze na Antarktydzie w stacji Davis (Antarctic Climate and Ecosystems Co#-Operative Research Center) stwierdziło, że w ubiegłym roku średnia grubość pokrywy lodowej Antarktyki wynosiła 1,89 metra, najwięcej od dziesięciu lat.

Badania wykazują, że globalne ocieplenie przeżyli już nasi przodkowie między X a XIII wiekiem, kiedy na Ziemi panowała temperatura od 1 do 3 stopni wyższa niż obecnie. Od połowy XIX wieku temperatura wzrastała tylko o 0,5 stopnia Celsjusza, a w latach 1940 – 1975 zaczęła ponownie spadać. Jeżeli zatem w dobie powojennego boomu gospodarczego i związanej z nim emisji dwutlenku węgla do atmosfery temperatura malała, oznacza to, że relacja między emisją CO2 a temperaturą nie istnieje. Jeśli tej relacji nie ma, cała koncepcja globalnego ocieplenia traci sens.

Faktem jest także, że czynne dziś wulkany emitują więcej CO2 niż wszystkie nasze fabryki, samoloty i samochody razem wzięte. Zwierzęta i bakterie żyjące na Ziemi wytwarzają ok. 150 gigaton dwutlenku węgla rocznie, ludzie zaledwie 6,5 gigatony. Najwięcej dwutlenku węgla emitują oceany pokrywające ponad 70 proc. naszej planety. Sezonowe wahania temperatury wód oceanu odpowiedzialne są za powodzie, susze i inne klimatyczne zmiany, które obserwujemy od czasu do czasu, a które mają tyle wspólnego z apokalipsą co trąba powietrzna z tubą.

Do więzienia za wycięcie drzewa

Ameryka kocha przyrodę. Abraham Lincoln w 1864 roku oddał ziemię doliny Yosemite „w wieczyste publiczne władanie”, tworząc pierwszy park narodowy na świecie. Dumą napawają Wielki Kanion, bezdroża dzikiej Alaski czy bezkresne prerie Wyoming „piękne za bezkres nieba”, uwiecznione w popularnej pieśni XIX#-wiecznego organisty z New Jersey Sama Warda.

100 lat później hrabstwa w całej Ameryce przyjmują tzw. prawa drzew (tree laws). Były burmistrz Nowego Jorku Rudolph Giuliani za swej kadencji podniósł kary za nielegalne ścięcie drzew w metropolii do jednego roku pozbawienia wolności i 15 tys. dolarów grzywny.

Dziś jednak, po raz pierwszy w historii sondaży Gallupa, 51 proc. Amerykanów uważa poprawę gospodarki za ważniejszą od ochrony środowiska. Mimo to prezydent Barack Obama przeforsował ustawę klimatyczną w Izbie Reprezentantów. Choć przypuszczać należy, że polegnie ona w Senacie, zastanawia tempo narzucania społeczeństwu rozwiązań majstrowanych w gabinetach lobbystów, bankierów i innych wizjonerów przyszłej Ameryki spod znaku „Yes, we can”. To, że możemy, nie znaczy, że powinniśmy. Prezydent George W. Bush nie podpisał protokołu z Kyoto, uznając go za szkodliwy dla amerykańskiej gospodarki.

Wydaje się jednak, że prezydent Obama będzie chciał nadal polerować swój image i pojawi się w grudniu na konferencji klimatycznej w Kopenhadze, by popychać Amerykę w objęcia zbiorowych układów ekologicznych Narodów Zjednoczonych. W grudniu może być tam zimno. Tak zimno, że amerykańska delegacja może wspomnieć słowa Boba Dylana z wywiadu dla „The Rolingstones”: „Czy niepokoi pana globalne ocieplenie? – Gdzie jest to ocieplenie? – odpowiada ikona rocka. – Tu można zamarznąć”.

Autor jest dziennikarzem, byłym korespondentem TVP i TVN w USA. Publicysta, prezenter i producent telewizyjny.W Stanach Zjednoczonych od 1988 roku http://www.maxkolonkoblog.com

Rzeczpospolita: Globalne ocieplenie czy globalna ściema?
Mariusz Max Kolonko 14-07-2009,

Chrońmy przyrodę zabijając dzieci

Czy zbyt duża ilość CO2 w atmosferze powoduje, że ekologiczni humaniści tracą zmysły? Dlaczego starsi panowie, którzy w spokoju i dobrobycie spędzili swoje życie, nie chcą dać tej samej szansy innym?

Szef brytyjskiej komisji ds. ekologii, guru ekologów i długoletni lider Partii Zielonych Jonathon Porrit nawołuje, by wprowadzić limity na rodzenie dzieci. Wszystko po to, by ograniczyć produkcję CO2 do atmosfery.

Według guru zielonych, to właśnie kolejne miliony żyjących istot stanowią poważne zagrożenie dla środowiska. Najnowszą koncepcją ekologów jest ograniczenie liczby dzieci, które ma być skuteczną walką z globalnym ociepleniem.

– Dopuszczalne ma być dwoje dzieci – mówi Jonathon Porrit. Pary, które mają większą liczbę dzieci są „nieodpowiedzialne” i stwarzają nadmierne obciążenie dla środowiska. Skuteczne w walce z nadmiernym rozwojem ma być zahamowanie wzrostu ludzkiej populacji poprzez antykoncepcję i aborcję. Zdaniem Porrita, musi się to znaleźć w centrum współczesnej polityki.

Przywódca Zielonych zaznacza, że właśnie w ten sposób będzie można walczyć z zagrożeniem jakim jest ocieplenie atmosfery. – Sprawozdanie Komisji, które zostanie opublikowane w przyszłym miesiącu, będzie zawierać wniosek, iż rządy powinny ograniczyć wzrost populacji poprzez lepsze planowanie rodziny – mówi Porrit. Uważa, że należy dotować aborcję i antykoncepcję, nawet kosztem leczenia ciężkich chorób a brak leczenia ludzi śmiertelnie chorych też przyczyni się do ograniczenia produkcji dwutlenku węgla.

Porrit nie jest w swojej postawie osamotniony. Również były eurokrata Eberhard Rhein chce, żeby Unia Europejska bardziej zaangażowała się politykę redukcji światowej populacji ludzkiej. – Zamiast krytykować Chiny za ich politykę, czasami brutalną, jednego dziecka, powinniśmy mieć odwagę zastosować ją w praktyce także u nas – uważa Rhein.

Ciekawe ilu tego pokroju „wielkich humanistów” przemierza brukselskie korytarze?

MaRo/tvn.24/telegraph.co.uk

Źródło:Fronda: Chiny wzorem dla ekologów
3. lutego 2009

Energetyczny cud czy mrzonka

Te mikroskopijne grzyby zostały odkryte w owianym tajemnicą miejscu w lasach Patagonii. Żyją w tkance jednego z gatunków drzew. Mają szansę doprowadzić do ograniczenia dominacji ropy naftowej jako źródła paliwa do samochodów
– To jedyne na świecie organizmy, jakie dotychczas znamy, które potrafią wyprodukować najważniejsze składniki paliwa – powiedział Gary Strobel, profesor biologii na Uniwersytecie Stanu Montana w Bozeman. – Mogę sądzić, że gazy, jakie uwalniają wystarczyłyby do poruszenia silnika spalinowego. Co więcej, grzyby potrafią wytwarzać te gazy z celulozy, która może być najobfitszym źródłem paliwa, jakim dysponujemy.

grzyb gliocladium roseum

W jaki sposób jest to możliwe? Grzyby zwane po łacinie Gliocladium roseum dysponują unikalnym zestawem enzymów, które potrafią rozłożyć celulozę.Niezwykłe właściwości grzybów i szanse na otrzymywanie substancji, którą badacz nazwał – “myco-dieslem” (od systematycznej nazwy królestwa grzybów – Mycota), opisał wraz ze współpracownikami w listopadowym numerze magazynu “Microbiology”.

Gary Strobel, 70 – letni weteran badań ekosystemu lasów deszczowych, powiedział agencji AFP, że odkrycie właściwości Gliocladium roseum zawdzięcza dwóm bardzo szczęśliwym zbiegom okoliczności. Pierwszy z nich miał miejsce w późnych latach 90., kiedy zespół, którym kierował badacz, pracując w Hondurasie, natrafił na nieznany wcześniej gatunek grzybów Muscodor albus.

Przypadkiem okazało się, że gatunek ten uwalnia silną, lotną substancję, która działa jak antybiotyk. Naukowcy postanowili sprawdzić, czy te grzyby dadzą się wyhodować na tkance drzewa zwanego przez miejscowych ulmo. Włókna tego drzewa znane były jako znakomite środowisko dla wielu gatunków grzybów, opisywanych z zapałem przez rzesze naukowców badających faunę i florę lasów deszczowych.

– Przypadkowo okazało się, że gazy uwalniane przez grzyby Muscodor albus zupełnie nie przeszkadzają Gliocladium roseum, mimo że unicestwiły inne gatunki grzybów – wyjaśnia Strobel.

Przy okazji wyszło na jaw, że także ten ostatni gatunek produkuje gazy o właściwościach antybiotyku. – Potem, kiedy przeanalizowaliśmy skład gazów produkowanych przez Gliocladium roseum, byliśmy zaskoczeni obfitością węglowodorów i związków pochodnych. Rezultaty były tak ekscytujące, że dostałem gęsiej skórki – przyznał naukowiec.

Zespół rozpoczął doświadczenia w laboratorium, hodując grzyby Gliocladium roseum, stosując pożywkę z galaretki z płatków owsianych i celulozy. Naukowcy nie mogli się mylić: powstało w formie gazowej osiem najważniejszych składników paliwa dieslowskiego! – Grzyby Gliocladium roseum mogą produkować “myco-diesla” bezpośrednio z celulozy, podstawowego składnika roślin, a także z odpadów, takich jak choćby papier – uważa Strobel. Dzięki temu proces produkcyjny może być stosunkowo prosty.

Zamiast zajmować wielkie powierzchnie na uprawianie roślin, z których wytwarza się biopaliwo, można hodować grzyby na skalę przemysłową w podobny sposób, jak dzisiaj wytwarza się drożdże piekarskie. Powstające w tym procesie gazy mogłyby być bez trudu skraplane w paliwo ciekłe, gotowe do użycia w silnikach. Dalszym krokiem – według amerykańskiego naukowca – byłoby wyodrębnienie genów, które u grzybów są odpowiedzialne za produkcję enzymów i użycie ich do rozkładu celulozy na skalę wielkoprzemysłową. Dlatego kolejnym etapem badań będą zakrojone na szeroką skalę eksperymenty genetyczne.

Tym zadaniem już zajmuje się zespół z Yale Univerisity. Jednym z jego członków jest syn Strobla, Scott, który jest profesorem w Howard Hughes Medical Institute. – Główne znaczenie tego odkrycia to nie same organizmy, ale geny odpowiedzialne za produkcję tych gazów – twierdzi Gary Strobel. – Najważniejszym problemem, który musimy rozwiązać, to odpowiedź na pytanie, jakie związki są odpowiedzialne za ten proces. Jeżeli je poznamy, będziemy naprawdę mogli pomyśleć o produkcji podstawowych składników paliwa naprawdę na wielką skalę – uważa Scott Strobel.

Proces, który może zrewolucjonizować produkcję paliwa, został zastrzeżony patentem przez Uniwersytet Stanowy Montany. Ale, jak twierdzi Gary Strobel, zostanie udostępniony lokalnym społecznościom. Wedle słów Strobela Gliocladium roseum może być pospolitym gatunkiem występującym w wielu obszarach lasów deszczowych. Na pytanie, gdzie konkretnie, naukowiec nie chciał odpowiedzieć.

Masz pytanie, wyślij e-mail do autora: k.urbanski@rp.pl
Rzeczpospolita: Biodiesel na grzybkach
Krzysztof Urbański 05-11-2008,