Dziki jak Afrykańczyk

W RPA zamieszki. Czarni nie lubią czarnych. Jedni mordują drugich

Poniższe treści tylko dla odpornych psychicznie

Winni sa jak zwykle biali. To biali nauczyli czarnych nienawiści 🙂

500 rocznica rzezi biednych muzułmanów

Poniżej przedruk tekstu pink-panter pod tytułem „Antykatolicka propaganda czyli droga morska do Indii, Vasco da Gama i bitwa pod Diu „.
Polecam autorkę pink-panter, która pisze wiele bardzo ciekawych tekstów.

– – – – –

Jeśli jesteśmy wstrząśnięci i zgorszeni bezczelnością kłamstw na temat roli Polaków w II WW a zwłaszcza na temat realiów okupacji niemieckiej i sowieckiej, to winniśmy przyjąć do wiadomości, że czarna legenda jest nam przypisywana nie tylko dlatego, że byliśmy ofiarami i świadkami, ale też dlatego, że jesteśmy katolikami.

Nasza historia jest poddawana „obróbce na zlecenie” w sposób niesamowicie przypominający to, co dokładnie 500 lat temu różni „portugalscy pamiętnikarze” nie bez inspiracji z zewnątrz – robić z prawdą o wyprawach morskich portugalskich żeglarzy, poszukujących drogi do Indii na przełomie wieków XV i XVI.

Właśnie dokonywana jest „zmiana plusów i minusów” w historii odkryć geograficznych portugalskich z początku wieku XVI i w historii zmagań żeglarzy portugalskich z ówczesnym islamskim panowaniem na wschodnim wybrzeżu Afryki i zachodnim wybrzeżu Półwyspu Indyjskiego, zajmowanego w znacznej części przez Sułtanat ze stolicą w Delhi.

Jak ogólnie wiadomo, drogę morską do Indii przez Ocean Atlantycki i Ocean Indyjski jako pierwszy przebył szczęśliwie Vasco da Gama, żeglarz w służbie króla Portugalii i Algavres Manuela I, wypływając 8 lipca 1497 r. z Lisbony w sile 4 okrętów i osiągając port w Kalkucie na Wybrzeżu Malabarskim w dniu 20 maja 1498 r. Został w ten sposób przełamany monopol muzułmańsko –wenecki na niesłychanie zyskowny monopol handlem pieprzem, cynamonem i innymi przyprawami.

Co ciekawe, wyprawa ta, jakkolwiek bardzo dramatyczna z uwagi na nieprzewidywalne warunki żeglugi i muzułmańskie wrogie porty na wschodnim wybrzeżu Afryki – nie zostawiła po sobie jakichś negatywnych opinii o zachowaniu Vasco da Gamy wobec miejscowej ludności, którą spotykał po drodze.

Zupełnie inaczej ma się sprawa z tzw. drugą wyprawą Vasco da Gamy do Indii, kiedy wiadomo już było, ze Portugalia osiągnęła olbrzymi polityczny i gospodarczy sukces i zaczęła się błyskawicznie bogacić.

Była to faktycznie czwartą wyprawą portugalską, bowiem król Manuel, po otrzymaniu raportu Vasco da Gamy po jego powrocie z pierwszej wyprawy 29 sierpnia 1499 r. wysłał do Indii tzw. drugą armadę portugalską pod dowództwem Pedro Alvaresa Cabrala, składającą się z 13 okrętów i z 1500 marynarzy celem podpisania stałego traktatu z władcą (zamorin) Kalikut na handel przyprawami i założenie portugalskiej faktorii handlowej.

Druga wyprawa wyruszyła 9 marca 1500 r. i po drodze „odkryła Brazylię” , po czym nie bez problemów ( zaginięcie okrętu niedaleko Madagaskaru) w dniu 13 września 1500 r. dotarła do Kalikut, gdzie Portugalczycy natrafili na atak Arabów przy biernej postawie miejscowego władcy.

Nie znajdując chęci współpracy w Calikut, Cabral, po ostrzelaniu z dział arabskich okrętów i samej Kalikut udał się do Cochin, gdzie został przyjęty bardzo przyjaźnie i gdzie zawarł korzystne kontrakty, albowiem władca Cochin był „pod butem” Kalikut i Arabów i nie była to dla niego komfortowa sytuacja.

Król Manuel I nie czekając na powrót II armady wysłał wiosną (marzec lub kwiecień ) 1501 r. trzecią armadę pod dowództwem João da Nova do Indii, gdzie ten zakupił ładunek zleconych przez króla przypraw w Cannanore, ale kiedy odpływał, 31 grudnia 1501 r. jego mała armada, składająca się z 5-6 okrętów została zaatakowana przez flotę władcy (zamorin) Kalikut, w sile ok. 40 okrętów i 160 łódek (zambuks) i 7000 wojska. Flota portugalska podjęła walkę i dzięki przewadze ognia i techniki oraz taktyki morskiej – do 2 stycznia 1502 r. – kilka dużych okrętów zatopiła, inne rozpędziła i w ten sposób wygrała pierwszą dużą bitwę morską na Oceanie Indyjskim. Nie gubiąc bezcennego towaru.

W tych okolicznościach przyrody, król Manuel I wyekwipował czwartą armadę tj. 20 okrętów, z tego 10 pod dowództwem admirała Vasco da Gamy a 5 pod dowództwem jego wuja wiceadmirała Vincente Sodré, które wypłynęły 12 lutego 1502 r. z Lizbony.

Pozostałe 5 okrętów miało stanowić rodzaj ochrony. Na okręty załadowano między 800 a 1800 marynarzy. Wypłynęły one dopiero 1 kwietnia 1502 r.

Tak wielka rozbieżność w określeniu liczby uczestników wyprawy jest zastanawiający w świetle faktu, iż wyprawa ta została opisana w najdrobniejszych, nawet najdrastyczniejszych szczegółach przez aż dwóch „historyków” a konkretnie: Thomé Lopeza pisarza okrętowego czwartej armady, określanego również jako „naoczny świadek” oraz Gaspar Correia.Jak pisarz okrętowy może nie wiedzieć, czy było 800, czy raczej 1800 marynarzy w wyprawie?

Obaj są wymieniani jako „pierwotne źródła historyczne” w związku z bardzo drastycznym, żeby nie powiedzieć „zbrodniczym” wydarzeniem na Oceanie Indyjskim z udziałem okrętów czwartej armady portugalskiej pod dowództwem Vasco da Gamy a nazywanej obecnie „incydentem statku z pielgrzymami”.

Wg angielskiej wiki, w dniu 29 września 1502 r. w drodze z Batecala do Cannanore przy Wybrzeżu Malabarskim armada Vasco da Gamy natknęła się na duży statek handlowy o nazwie „Miri” własność jakiegoś ważnego muzułmanina z Kalikut (Al. – Fangi), wiozący pielgrzymów islamskich z Mekki lub do Mekki (tu źródła są sprzeczne).

Statek został zatrzymany przez kapitana okrętu „Święty Gabriel” i jakoby zostaje splądrowany przez portugalskich marynarzy, po czym Vasco da Gama (który jak należy rozumieć, płynął na „Świętym Gabrielu”), miał dać rozkaz spalenia statku wraz ze wszystkimi pasażerami na pokładzie: mężczyznami, kobietami i dziećmi. Zamkniętymi w ładowni. Statek miał być ostrzelany przez portugalską artylerię i tonąć kilka dni. Pasażerowie mieli błagać o litość ale Vasco da Gama miał „być głuchy na ich prośby o litość”.

Wszystko to możemy przeczytać dzięki „relacji naocznego świadka” owego Thomé Lopeza , który miał napisać w swojej relacji: ”…Nigdy nie zapomnę przez resztę moich dni..”.

Po czym krwiożerczy zbrodniarz Vasco da Gama płynie spokojnie do Kannanore i podpisuje wielce korzystny kontrakt handlowy z intencją monopolu portugalskiego na Oceanie Indyjskim .

Pojawiają się jednak pytania i wątpliwości.

Po pierwsze, jak donosi sama wiki, „pochodzenie Thomé Lopeza jest bardzo niejasne” a dalej jest coraz gorzej. Miał on być zatrudniony na początku 1502 r. jako „pisarz okrętowy” na „statku bez nazwy” w eskadrze 5 okrętów armady, które wypłynęły około 2 miesiące po głównej armadzie. Podobno dogoniły tę główną armadę 21 sierpnia 1502 r., ale na to jest jedynie świadectwo samego Lopeza.

Druga wątpliwość jest taka, że opisując drogę powrotną czwartej armady do Portugalii, pisze on o zawinięciu 30 lipca 1503 r. do nieznanej wyspy, której położenie geograficzne odpowiada Wyspie Wniebowstąpienia, która jednakże została odkryta przez trzecią armadę portugalską w maju 1501 r. i została pierwotnie nazwana przez odkrywcę czyli dowódcę João da Nova jako „Wyspa Poczęcia” ( Conceição) a nazwa „Wniebowstąpienia” została nadana później. O tym wszystkim Lopez nie mógł był wiedzieć, bo „armady mijały się w przestrzeni i czasie”.

Na koniec zaś najważniejsze: wszystkie te „wspomnienia” i „naoczne świadectwa” prawdomównego Lopeza pisarza okrętowego – „się NIE zachowały” w oryginale portugalskim z okresu tuż po powrocie IV armady do Portugalii.

Ukazały się w druku po raz pierwszy dopiero w roku 1550 (po śmierci Lopeza) i to u największego konkurenta i wroga Portugalii – czyli w Wenecji i to w wersji językowej włoskiej opracowanej podobno przez Giovanni Battista Ramusio, Wenecjanina i „podróżnika, który niewiele podróżował”. Za to był synem członka magistratu Wenecji i był ambasadorem Wenecji we Francji.

W opracowaniu dzieła Thomé Lopeza jako części „kolekcji dzienników” zdobytych przez pana Ramusio też pojawiły się dość fundamentalne trudności, albowiem w roku 1555 wydany został tom I zbioru pt.” Navigationi et Viaggi” ale już tom II, bowiem „rękopis wziął i się zniszczył” i wydano tom II dopiero w roku 1559 a tom III w 1556. No i drobny problem: pamiętniki pana Lopeza miały być wydane przez pana Ramusio już w roku 1550.
A na język portugalski zostały one przetłumaczone i wydrukowane dopiero w roku 1812.

Drugie „najpewniejsze źródło” wiedzy o potwornych zbrodniach admirała Vasco da Gamy to wymieniony już „kronikarz” Gaspar Correia, który urodził się w roku 1492. Co oznacza, że w roku „zbrodni Vasco da Gamy” miał lat 10.

I też wg docenta wiki „niewiele wiadomo na temat autora, jego pochodzenia i miejsca urodzenia”. Podobno do Indii Portugalskich wybrał się gdzieś między rokiem 1512 a 1514 (w wieku lat 20-22) i służył jako prosty żołnierz. Miał być nawet „wybrany” na sekretarza samego admirała i gubernatora Indii Portugalskich Alfonso de Albuquerque. Członek najwyższych elit Królestwa Portugalii miał wybrać na sekretarza prostego „gemajna” ( jak pisał Henryk Sienkiewicz) niewiadomego pochodzenia, chociaż miał wokół siebie dziesiątki wykształconych synów szlacheckich z najlepszych portugalskich rodów.

Dziełem życia Gaspar Correi miała być „Lendas da India” (Legendy Indii) , które to dzieło miało powstawać w czasie jego długiego (35 lat) pobytu w Indiach.

Z tym, że znowu trafiamy na potworne rafy: rękopis w liczbie 3.500 stron miał być przywieziony do Portugalii już PO śmierci autora (czyli ok. 1563 r.) i przepisany lub wydrukowany „w ograniczonej liczbie egzemplarzy” oraz „rozesłanych tylko wśród uprawnionych osób”. Czyli kogo?

Potem ślad po legendarnym dziele o legendach Indyj i okrucieństwie (też legendarnym ) admirała Vasco da Gamy – znika na całe 300 lat i „rodzina” (?) „która zachowała rękopis oryginału” nagle ujawniła „świadectwo historyczne”, które w wydrukowała Portugalska Akademia Nauk w dwóch tomach: I tom – 1858 i II tom – 1864 r.

Jakie to wiarygodne. Jeden świadek, nieznany z imienia i nazwiska podobno się przysięgał, że w 1556 r. sam widział opublikowany manuskrypt w 12 tomach – w roku 1556.

I nie uwierzycie Państwo, ale w polskiej wikipedii a nie w angielskiej czy portugalskiej jest dodatkowa informacja o Gasparze Correia następującej treści: „… Był także autorem niedokończonej i przez długi czas zapomnianej kroniki rządów królów Portugalii panujących w latach 1365–1533, w której opisał m.in. pogrom żydowskich konwertytów w Lizbonie w 1506 r., którego był naocznym świadkiem…”.

Nie wiemy, jak „niedokończona kronika rządów Królów Portugalii w latach 1365-1533” dotrwała do czasów współczesnych, ale zapewne również w tym przypadku odnalazła je „rodzina”. Ta, której nie dało się ustalić dla okresu, kiedy Gaspar C. – żył.

No i nie piszą o tym dziele ani Portugalczycy, ani Brytyjczycy. A tutejsi spece od historii odkryć geograficznych dokopali się do „portugalskich pogromów”.

Dlaczego o tym piszę? Głównie dlatego, że w grudniu 2015 r. wydawnictwo Random House wypuściło na rynek książkę pana Rogera Crowley’a pod tytułem „Conquerors. How Portugal Forged the First Global Empire”. (Zdobywcy. Jak Portugalia wykuła/sfabrykowała pierwsze globalne imperium).

Dzieło to jest reklamowane w wysokonakładowej gazecie The New York Times m.in. w artykule pana Iana Morrisa z 15 stycznia 2016 r. pt.”Conquerors: How Portugal forged the First Global Empire” m.in. takimi stwierdzeniami:

-„… Alfonso de Albuquerque zmarł 500 lat temu, po tym jak spędził tuzin lat terroryzując nadmorskie miasta od Yemenu do Malezji. Wzbogacił tysiące ludzi i zabił dziesiątki tysięcy więcej. Mimo tego, iż nigdy nie dowodził więcej niż kilkoma tuzinami statków, zbudował jedno z pierwszych nowoczesnych interkontynentalnych imperiów. A to był dopiero początek: następny krok, jak powiedział, to będzie popłynięcie w górę Morza Czerwonego, zniszczenie Mekki, Medyni i ciała Proroka Mahometa oraz wyzwolenie Ziemi Świętej. Być może również zastanawiał się, czy mógłby całkowicie zniszczyć islam.

-(…) Okres 18 lat między grudniem 1497 r. kiedy Vasco da Gama okrążył Przylądek Dobrej Nadziei a grudniem 1515 r., kiedy Albuquerque zmarł na wybrzeżu indyjskim, był kluczowym punktem w historii i „Zdobywcy” Rogera Crowley’a opowiada stylowo tę historię (…)

– (…) Rzemiosło Crowley’a wyraża się najłatwiej w opowiadaniu historii o bezwzględnych, jednostronnych rzeziach (…) W Mombassa w 1505 Portugalczycy zamordowali 700 muzułmanów ze stratą własną pięciu własnych ludzi. W Dabul w jeden ostatni dzień roku 1508 „nie została żadna żywa istota”. Na Goa w 1510 r. Albuquerque zabił tyle ludzi, że miejscowe niesławne krokodyle nie były w stanie zjeść ich wszystkich (…)

(…) Teoria, że cywilizacja chrześcijańska była po prostu wyższa od kultur muzułmańskiej i hindu wydaje się równie nieprzekonująca. Jak Crowley to opisuje, Lizbona była mniej modelem Renesansu niż prekursorem Dzikiego Zachodu…”

No to mamy przełom kopernikański w naukach historycznych i w samoocenie Europejczyków, atakowanych przez wieki przez islam.

Rozumiemy teraz, dla jakich celów tworzono kiedyś „świadectwa naocznych świadków portugalskich wypraw do Indii”, które odnajdywały się wyłącznie w formie tłumaczeń na języki obce kilkadziesiąt albo i kilkaset lat później od opisywanych zdarzeń I to nie w archiwach portugalskich tylko u starych wrogów Portugalii i wrogów katolicyzmu. A biografie pamiętnikarzy były bardziej niż mętne.

Może więc przypomnijmy najważniejszą bitwę morską, jaką stoczyli Portugalczycy u wybrzeży Indii w roku 1509 w porcie Diu, aby zrozumieć, co się tam naprawdę wtedy działo i o co toczyła się gra.

Korzyść z opisania bitwy jest taka, że słynni „naoczni świadkowie” unikali w sposób widoczny okoliczności bitewnych, więc jest szansa, że spisane są fakty z raportów wojskowych.

No i może jedna uwaga, wcale nie taka nieważna. To, co najbardziej umyka oczom pana Crowley’a i redaktora z New York Timesa to drobny fakt, iż islam dotarł do Półwyspu Indyjskiego w VII wieku a od 1206 do 1526 r. w północnych Indiach funkcjonował tzw. Sułtanat Delhijski ze stolicą w Delhi. A podbój miał charakter całkowicie łupieżczy. Do XV w. Indie przeżyły najazd Tamerlana, który m.in. Delhi zrównał z ziemią a ludność wyrżnął. Do XVIII w. rządzili północnymi Indiami Mogołowie.

A więc muzułmanie nie byli w Indiach „od zawsze” , radżowie indyjscy nie byli wielbicielami muzułmanów. I to muzułmanie a nie radżowie byli niemal wyłącznymi wrogami Portugalczyków w czasie ich pobytu w Indiach i na wschodnim wybrzeżu Afryki.

Wracając do prozy czyli handlu przyprawami , Turcy osmańscy byli zainteresowani panowaniem na Oceanie Indyjskim i wolnymi od Portugalczyków drogami morskimi. Ale rzeczywiście wcześniej nie wykazywali zainteresowania wojnami morskimi (poza piractwem), bo ich sukces leżał w wojnach lądowych, do których mieli ciągły dopływ „rekruta” w postaci niewolników chrześcijańskich porywanych na Podolu i generalnie na południowych wybrzeżach Europy.

Najbardziej bolesne dla chrześcijaństwa było zdobycie przez muzułmanów Bizancjum w 1453 r. Pan Crowley nie wydaje się widzieć dowodu, że kiedy trzeba, techniki wojskowe i umiejętności muzułmanów były „wystarczające”. My pamiętamy jeszcze bitwę pod Warną 1444 a Węgrów czekała bitwa pod Mohaczem w 1526 r.

Dzisiaj czy raczej już wczoraj 29 grudnia 2018 r. obchodzimy 510 rocznicę bitwy morskiej stoczonej 29 grudnia 1508 r. przez siły morskie wicekróla Indii Portugalskich Francisco de Almeida z siłami Sułtanatu Bijapur w porcie Dabul ( na wybrzeżu rejon Goa) – po drodze do Diu, gdzie koalicja Sułtanatu Gujarat, Sułtanatu Mameluków Egiptu, Imperium Osmańskiego, Zamorina Kalikut i jako „wsparcie techniczne” siły Wenecji szykowały się do decydującego starcia z Portugalczykami, aby utrącić ich pochód na Wschód.

Francisco de Almeida został mianowany wicekrólem Indii Portugalskich w dniu 25 marca 1505 r. z zadaniem wybudowania czterech fortów dla bezpiecznego prowadzenia handlu pieprzem i innymi przyprawami przez portugalskie faktorie handlowe istniejące od : Wyspa Angediva ( w rejonie południowego Goa) – 1498, Ouillon (Kollam) – 1502, Cochin (Kochi) – 1503 i Kannanore (Kannur)nad Morzem Arabskim.

Po drodze na wschodnim wybrzeżu Afryki w sile 11 okrętów odwiedził kolejno Sułtanat Kilwy, Sułtanat Ajuran a konkretnie port Barawa oraz port Mombasa, który bardzo źle przyjął Vasco da Gamę w 1498 r. Doszło do regularnych bitew, które kolejno wygrywał. Zajął też wyspę Zanzibar.
Na wschodnim wybrzeżu Afryki Portugalczycy zdecydowali się wybudować dwa forty: w Kilwa oraz Fort São Caetano obok portu Sofala w dzisiejszej Somalii. Wszystko to działo się w roku 1505.

Tak dynamiczny rozwój infrastruktury handlowej i wojskowej w kluczowych miejscach na zachodnim i wschodnim wybrzeżu Oceanu Indyjskiego i Morza Arabskiego wywołało gwałtowną reakcję dotychczasowych monopolistów handlu pieprzem: Sułtanatu Mameluków Egiptu i Republiki Wenecji, które przez port w Aleksandrii i Morze Śródziemne do początków wieku XVI trzymali pełny monopol na handel przyprawami z Wybrzeża Malabarskiego.

W roku 1506 flota portugalska została zaatakowana pod Kannanore przez flotę wyposażoną w działa wyprodukowane w Mediolanie a obsługiwaną przez mieszane załogi: tureckie, arabskie i hinduskie (Kalikut). Bitwę wygrała flota portugalska pod dowództwem Lorenzo de Almeida, syna wicekróla Indii Portugalskich.

Ta klęska zmobilizowała koalicję anty-portugalską do wzmocnienia floty arabskiej przez siły weneckie, które dla potrzeb przyszłej konfrontacji z Portugalczykami przysłali do Aleksandrii okręty wojenne własnej produkcji wraz ze szkutnikami, tam je rozebrali na części, które załadowali na wielbłądy. Karawany wielbłądów przetransportowały części i specjalistów z Wenecji do portów nad Morzem Czerwonym, gdzie zostały znowu złożone i uzbrojone. Była to pomoc wojskowa Wenecji dla Sułtanatu Mameluków w Egipcie.

Tak wzmocniona flota Mameluków na zlecenie arabskich kupców w Kalikut – zaatakowała w marcu 1508 r. eskadrę okrętów portugalskich pod dowództwem Lorenzo Almeidy w porcie Chaul. Portugalczycy bitwę przegrali a Lorenzo Almeida, jedyny syn wicekróla zginął w tej bitwie a marynarze portugalscy poszli do niewoli.

Tymczasem król Portugalii przysłał nowego gubernatora Indii Portugalskich Alfonso de Albuquerque, który pojawił się w Kannanore 6 grudnia 1508 r. akurat, gdy Francisco de Almeida przygotowywał się do zemsty za śmierć jedynego syna i do uwolnienia portugalskich marynarzy. O stanie ducha Wicekróla Indii mówi to, że nie przyjął wówczas do wiadomości decyzji Króla a następcę zwyczajnie uwięził w forcie w Kannanore.

Sam zaś wypłynął z całą Armada da India do portu w Diu, gdzie znajdowały się główne siły wroga.
W tym czasie z fortu na wyspie Angediva jeden okręt portugalski „Święty Michał” wypuścił się do portu Dabul aby sprawdzić, jakie siły tam stacjonują. Kapitan nieopatrznie zdecydował o przybiciu do brzegu. Tymczasem w ukryciu czekało 6 tysięcy wojska. Kapitan został schwytany i zamordowany, podobnie jak inni marynarze.

W dwa dni potem pojawił się tam jak anioł zemsty Francisco de Almeida wraz z armadą i po prostu zmiażdżył garnizon a miasto kazał spalić, zaś wszystko co żyje wymordować. Stało się to 29 grudnia 1508 r.

Po czym armada portugalska z okrętem wicekróla „Flor de la mar” (Kwiat morski) na czele 17 jednostek w tym 4 ciężkich udała się do portu w Diu, który marynarze portugalscy zobaczyli 2 lutego 1509 r.

Proporcja sił była następująca: siły koalicji muzułmańskiej: 10 okrętów ciężkich, 20 okrętów lekkich i 70-150 łodzi uzbrojonych, 750 mameluków, 4000-5000 żołnierzy z Gudżaratu, natomiast Portugalczycy dysponowali łącznie 18 okrętami, z czego 5 były ciężkimi, nowocześnie uzbrojonymi „nauls”, 8 lżejszych odmian karaweli i 5 lekkich okrętów, w tym jedna brygantyna oraz 800 żołnierzy portugalskich i 400 hinduskich.
Portugalczycy przypłynęli 2 lutego 1509 r. w rejon portu Diu. Rankiem 3 lutego okazało się, że flota koalicji wycofała się do portu pod ochronę dział fortu i czekała na inicjatywę Portugalczyków.
O godzinie 11 okręt flagowy Wicekróla „Flor do Mar” podniósł na maszt królewski sztandar i oddał pierwszy strzał. Ale nie brał udziału w bitwie.
Mała galera „Święty Michał” ruszyła na czele aby zbadać kanał prowadzący do portu. Okręty portugalskie ostrzeliwały okręty muzułmańskie nową metodą: strzelając do wody. W ten sposób drugi ciężki okręt portugalski „Espirito Santo” (Duch Święty) zatopił zaraz na początku okręt muzułmański.

Następnie „Espirito Santo” przeszedł do abordażu na okręt flagowy floty muzułmańskiej Amira Husseina Al. Kurdi. Oddziały ciężkiej piechoty portugalskiej wskoczyły na okręt zanim jeszcze doszło do sczepienia okrętów. „Espirito Santo” został zaatakowany z drugiej strony przez okręt Mameluków, ale w tym samym czasie okręt portugalski „Rei Grande” z drugiej strony zaatakował muzułmański okręt flagowy.

W tym czasie „Flor da Mar” odciął dziesiątki małych okrętów i łodzi muzułmańskich od toczącej się w kanale bitwy wielkich okrętów i swoje zaczął z dział strzelać do nich jak do kaczek. W trakcie bitwy oddał 600 strzałów. Małe stateczki zareagowały logicznie i w większości uciekły do Kalikut.

Do wieczora zatopione zostały dwa największe okręty muzułmańskie a reszta, która nie uciekła, została zdobyta.

O wyniku bitwy zadecydował poziom techniczny okrętów portugalskich i umiejętności portugalskich kapitanów, marynarzy, artylerzystów i piechoty. W bitwie z 450 Mameluków przeżyło zaledwie 22. Zginęło tez 1400 marynarzy Gudżaratu.

Portugalczycy stracili 32 zabitych, w tym dzielnego kapitana Rui Pereira, który dowodził abordażem na muzułmański okręt flagowy. I mieli 300 rannych.

Łupy strony zwycięskiej były imponujące: 6 okrętów wroga, w tym 3 ciężkie, 600 sztuk dział a także łup honorowy: 3 królewskie sztandary bojowe Mameluków z Kairu, wysłane do Portugalii.
Ponadto Malik Ayyaz (drugi dowódca koalicji) zwrócił jeńców portugalskich wziętych w bitwie pod Chaul ( w dobrym stanie). Strona zwyciężona chciała oddać miasto Diu, ale Francisco de Almeida odmówił, uznając, że będzie „zbyt drogie w utrzymaniu”, natomiast zagwarantował Portugalii prawo wybudowania faktorii.

Kupcy z Diu, którzy finansowali budowę floty muzułmańskiej musieli wypłacić okup w wysokości 300.000 złotych serafin. Z tej sumy 100.000 zostało rozdzielonych między portugalskich marynarzy a 10.000 przekazano na szpital chrześcijański w Kochin.

Bitwa pod Diu została uznana za jedną z kilku najważniejszych bitew w historii. W jej wyniku żaden okręt muzułmański nie pojawił się na Oceanie Indyjskim aż do czasów współczesnych.
Została wygrana przez Portugalczyków w czasie, gdy islam po pokonaniu Bizancjum przygotowywał się do ostatecznego ataku na świat chrześcijański.
Pozbawienie Mameluków egipskich i Turków Osmańskich dochodów z handlu pieprzem i innymi przyprawami, który to handel na stałe przeniósł się z Morza Śródziemnego i Aleksandrii na Ocean Atlantycki, było jednym powodów osłabienia gospodarczego islamu , zwłaszcza Mameluków i uniemożliwiło modernizację muzułmańskiej floty oraz generalnie uzbrojenia.

Mijają lata i wieki i to, co kiedyś było uznawane za wielki sukces ludzkości i chwałę chrześcijaństwa, obecnie jest przerabiane na antykatolicką politgramotę w stylu, jaki znamy od czasów Rewolucji Francuskiej czy jeszcze wcześniej – od czasów protestanckiego plądrowania katolickich klasztorów w Wielkiej Brytanii, Irlandii i Niemczech. Do tego można się w końcu przyzwyczaić.
Ale przerabianie wielkiego żeglarza i odkrywcy drogi do Indii Vasco da Gamy– w masowego mordercę niewinnych muzułmanów a portugalskich katolickich faktorii handlowych i misji świętego Franciszka Ksawerego w Indiach w „kampanie rzezi Czerwonoskórych na Dzikim Zachodzie” – to nowe zjawisko, które winno być uważnie obserwowane. Takie bezczelne kłamstwo musi czemuś służyć.

https://en.wikipedia.org/wiki/Vasco_da_Gama

https://en.wikipedia.org/wiki/Thomé_Lopes

https://en.wikipedia.org/wiki/Gaspar_Correia

https://en.wikipedia.org/wiki/4th_Portuguese_India_Armada_(Gama,_1502

https://pl.wikipedia.org/wiki/Gaspar_Correia

Śmiercionośne maszyny sterowane cyfrowo

Pierwszy wypadek śmiertelny (oficjalny 🙂 w którym robot zabił człowieka wydarzył się w 1971 w fabryce Forda w USA. Dzisiaj Amerykanie ( i pewnie nie tylko) z latających dronów strzelają do „terrorystów”.
Jakie możliwości zabijania zapewnią grupy sterowanych dronów? Poniżej mała próbka przyszłości. Prace prowadzone są od kilku lat.

Poniżej amatorski film. Warto obejrzeć początek czyli start dronów.

A tutaj film lepszej jakości

A tutaj film od Intela pokazujący drony

Rasistowska wojna przeciw białym

Trwa rasistowska wojna przeciw białym. Biali w RPA przygotowują się na wojną domową. Czy wojna wybuchnie? A może właściwsze jest pytanie kiedy? Czy biali z Europu i USA przybędą z pomocą? I najważniejsze pytanie: jeśli czarni (socjaliści/komuniści) zafundują białym (wolnym ludziom) rzeźnię to czy biali w Europie się obudzą?
O RPA pisałem już co najmniej dwa razy tu i tu.

A w poniższym filmie pani mówi, że w RPA są strefy w których biali nie mogą mieć nieruchomości. Duże wspaniałe miasto Kapsztad ma problemy z dostawą wody. Żeby zdobyć państwowe zamówienie trzeba zatrudniać poniżej 8% białych.

Pieprzyć białasów czyli o terroryzmie rasowym

W USA na początku roku popełniono „ciekawe” przestępstwo. Czworo murzynów (18-letnich) porwała białego młodego mężczyznę, niedorozwiniętego (special needs). Torturowali go co najmniej 24 godziny i transmitowali na żywo to przez facebooka. Kazali mu m.in. pić wodę z sedesu, bili go, straszyli nożem i skaleczyli go nożem w głowę/oskalpowali, przypalali go papierosem. Przy tych torturach krzyczeli „Fuck White People” i „Fuck Donald Trump”.
Poniżej film podsumowujący sytuację nagrany przez Stefan Molyneux. Stawia on ciekawą tezę, że jest to rasistowski terroryzm, działanie mające na celu zastraszenie białych.

A tu pogadanka w CNN o zdarzeniu. Murzynka występująca w programie powiedziała, że nie wiadomo czy to przestępstwo było na tle rasowym 🙂

Ciekawa jest też jak reaguje policja. Zachowanie tłumaczą głupotą i tym, że są to nastolatkowie.

Niemiecki kolonializm

Poniżej przedruk artykułu o ekonomicznym kolonializmie dokonanym podczas II wojny światowej przez Niemcy.
Po „pewnej” porażce w II wojnie światowej Niemcy zmienili strategię podboju z militarno-ekonomicznej na ekonomiczną (piszę o „pewnej” porażce, gdyż Niemcy którzy kręcili całym przedsięwzięciem II wojny światowej z pewnością wyszli na plus). Zmiana strategi okazała się ogromnym sukcesem. Aktywa i rynki jakie Niemcy przejęli w europie wschodniej są ogromne. Oczywiście taka ekspansja może odbywać się tylko przy współpracy władz lokalnych. W związku z tym, że lokalni władcy chętnie współpracują ekspansja trwa.

W najbliższym czasie postaram się napisać co łączy Joachima von Ribbentrop z ginem Lubuski (jeśli wiesz napisz w komentarzach).

Polecam blog autora poniższego artykułu Pana Rafała Bauera

– – – – – – – –

Źródło: Lebensraum (http://rafalbauer.pl/)
10 Listopad 2014

Czyli o tym jak blisko jest EURO do marki młynarki

Choć polska historiografia dotycząca aspektów ekonomicznych WW2 jest w powijakach, każda praca która pojawia się w tej materii już na samym początku stwierdza, iż Niemcy do prowadzenia wojny ekonomicznej… nie byli przygotowani. Zgodnie z obowiązującym od lat założeniem politykę niemiecką w Polsce dyktowała wyłącznie nazistowska polityka. Rzeczywistość która wyziera z dokumentów jest nieco bardziej skomplikowana. Ujawnia poważny konflikt, który już od czasów przygotowań wojennych skonfrontował dwie siły, które zapewniły Hitlerowi dojście do władzy: wielki biznes i nazistowski aparat polityczny.

Choć powyższe nie jest rzecz jasna żadnym odkryciem rzadko kiedy poddawane jest głębszej analizie. Tymczasem choć pośród przemysłowców nie zabrakło gorliwych nazistów tym co faktycznie uwiodło ich w planach Hitlera była chęć budowy „niemieckiego porządku europejskiego” sprowadzającego się de facto do niemieckiej dominacji gospodarczej na rozległych obszarach kontynentu. Podbój jaki marzył się przemysłowcom nie musiał być realizowany za pomocą operacji wojskowych. Doświadczenia I wojny zostały w tych kręgach dobrze przeanalizowane. Zbrojenia miały swoje walory ale jeszcze większe miała wspierana militarnym zagrożeniem ekspansja gospodarcza.

Zagorzałym wyznawcą takiego podejścia był Hjalmar Schacht, akuszer porozumienia Hitlera z niemieckim przemysłem. Przyszły prezes Reichsbanku I wojnę spędził jako nadzorca ekonomiczny okupowanej Belgii i tam właśnie doskonale zrozumiał jak wielkie efekty może dać sterowana integracja przemysłu europejskiego. Schacht, wielki wyznawca idei kanclerza Betham Hollwega zdał sobie sprawę iż jedynie ekonomiczna supremacja pozwoli faktycznie zrealizować cele niemczyzny. Przegrana na zachodzie wojna skutecznie utrudniła realizację tych planów, a geniusz Schachta ujawnił się w obszarze torpedowania i dekonstrukcji nałożonych w Wersalu na Niemcy reparacji wojennych. Miarą błyskotliwego umysłu tego człowieka było utworzenie banku BIS (Bank of International Settlements) pozornie stworzonego dla obsługi niemieckich reparacji w praktyce łączącego na szwajcarskim gruncie interesy finansowe wrogich sobie państw. To właśnie BIS miał stać się jednym z najważniejszych narzędzi w planowanej przez koła ekonomiczne kolejnej wojnie. Miał zapewnić bezpieczne rozliczenia obszarów Europy kontrolowanych militarnie.

BIS wyśmienicie się sprawdził przy anschlussie Austrii umożliwiając dokładne rozliczenie światowych interesów finansowych. O jego przydatności świadczy wydarzenie bez precedensu: zwrot zdeponowanych w Bank of England czechosłowackich rezerw złota. Jak do tego doszło? Otóż podbój czechosłowacki został bardzo dobrze przygotowany od strony prawnej. Zamiast dualnego państwa powstała niepodległa Słowacja i poddany kontroli Niemców Protektorat Czech i Moraw. Bank centralny protektoratu podobnie jak jego Słowacki odpowiednik zażądały zwrotu przeniesionych do Bank of England rezerw. Te które znajdowały się tam powierniczo jako zapisy na czechosłowackich kontach BIS natychmiast zmieniły właściciela. Transfer depozytów złożonych w Bank of England bezpośrednio przez czechosłowackich bankowców został zablokowany przez rząd brytyjski. W efekcie choć 23 tony złota zasiliły niemiecki wysiłek zbrojny drugie tyle władze brytyjskie „zamroziły” u siebie. Rzecz działa się między marcem a czerwcem 1939 r., a na obczyźnie nie działały jeszcze żadne władze czechosłowackie bądź czeskie. Edwar Benes dzięki pomocy NKWD znalazł się w Anglii dopiero rok później.

BIS umożliwił jednak znacznie więcej. Za jego pośrednictwem dokonano rzeczy unikalnej: podobnie jak w przypadku Austrii, aktywa inwestorów finansowych nie doznały najmniejszego uszczerbku! Wojna wkroczyła na zupełnie inny poziom.

Lansowana przez środowiska związane z Schachtem technika podboju w politycznym zapleczu Hitlera bynajmniej się nie podobała. Poważne kontrowersje ujawniły się już przed wybuchem wojny. Zaplecze polityczne Hitlera nie chciało chodzić na pasku bogaczy. Liderom reżimu marzyła się własna ekonomiczna potęga. W tym celu, jeszcze w 1937 roku powołano do życia Reichswerke Hermann Goring, przedsięwzięcie które na pierwszym etapie miało pojawiać się tam gdzie nie zamierzali inwestować kapitaliści. Nowe możliwości rozwojowe pojawiły się wraz z anschlussem Austrii. Za pomocą RHG „znacjonalizowano” praktycznie cały austriacki przemysł ciężki z naruszeniem interesów nie tylko lokalnych czy międzynarodowych, ale również niemieckich inwestorów prywatnych. Na tym tle doszło do poważnego konfliktu pomiędzy Schachtem i Hitlerem. Ale było to zaledwie preludium. Areną poważnego konfliktu stała się Czechosłowacja. To tutaj narodziła się potęga RHG które w swoim szczytowym momencie ekspansji posiadało aktywa od Lille we Francji aż do ukraińskiego Doniecka. W wyniku doświadczeń czechosłowackich doszło jak się wydaje do ustalenia swoistego status quo: władze polityczne postawiły sobie za cel budowę państwowej własności drogą grabieży na terytoriach okupowanych a przemysłowym gigantom pozostał świat międzynarodowych finansów w którym parteigenosse sobie całkowicie nie radzili.

Poligonem doświadczalnym dla emancypujących się władz Rzeszy miała się stać agresja na Polskę. Zgodnie z wydanymi rozkazami już od pierwszego dnia wojny, wyspecjalizowane agendy policyjne prowadziły ewidencję wszelkiego majątku na zajmowanych terytoriach. Tuż za nimi podążały władze partyjne organizując dzień codzienny na okupowanych terytoriach. Warto zauważyć, iż państwo polskie mocno w tej działalności pomogło polecając swoim strukturom bezładną ucieczkę na wschód. Niemcy najczęściej zajmowali terytoria pozbawione nie tylko lokalnych władz terytorialnych i służb porządkowych ale również wyprane z głównego spoiwa każdego rynku jakim są pieniądze. W pierwszych tygodniach okupacji armia niemiecka posługiwała się obowiązującą w Rzeszy marką i to na tym tle doszło do pierwszego ważnego konfliktu pomiędzy aparatem partyjnym i przemysłowo bankowym. Reichsbank był zdecydowanie przeciwny powiększaniu bazy monetarnej dlatego też ciężar finansowania okupacji przejęły utworzone pod koniec września Reichskreditkassen emitujące asygnaty denominowane wedle kursu 1RM = 2 złote. Choć ów ekwiwalent pieniądza cieszył się sporą popularnością ujawnił na zapleczu ekonomicznym III Rzeszy dość poważne kontrowersje. O ile zgadzano się co do tego, iż na tereny wchodzące przed 1918 rokiem w skład państwa niemieckiego powinna powrócić marka, rodzaj pieniądza funkcjonującego na terytoriach okupowanych wywoływał poważne, podlane politycznym sosem spory. Choć na pierwszym etapie wojny dalszy los państwa polskiego nie został jeszcze przez Niemców przesądzony, aparat polityczny na wszelkie działania, które można było określić jako „państwowo twórcze” reagował niezwykle alergicznie. Interesującym przykładem jest tu batalia o sektor bankowy. O ile aktywa banków na terytoriach wcielonych do Rzeszy zostały wprost inkorporowane przez banki niemieckie, to na obszarze utworzonej ukazem Adolfa Hitlera generalnej guberni sprawa nie była już taka prosta. Przyczyna kolejnego konfliktu była dość prozaiczna. Elity finansowe III Rzeszy zdawały sobie sprawę iż dogodna eksploatacja terenu GG wymaga stabilizacji gospodarczo ekonomicznej podbitego terytorium realizowanej między innymi poprzez wykorzystywanie lokalnego pieniądza. W tej roli miał początkowo wystąpić złoty, niemniej sporna po dziś dzień decyzja zarządu Banku Polskiego (wywiezienie matryc drukarskich i zabezpieczeń) wywołała pilną potrzebę stworzenia całkowicie nowego pieniądza. Tymczasem władze polityczne miały w tej materii swoje własne zdanie a obszarem gorącego konfliktu stało się dalsze istnienie polskich instytucji bankowych. Choć wprowadzono pewne rozróżnienie pomiędzy instytucjami prywatnymi i państwowymi zasadniczo wszystkim miała grozić anonsowana już w październiku likwidacja. Powyższe wobec masowego szturmu klientów na okienka banków mogło grozić znacznie większą katastrofą niż radosna grabież i niszczenie majątku polskiego w pierwszym okresie okupacji. Wspólne natarcie Reichsbanku i Ministerstwa Przemysłu przeniosło kompetencje dotyczące okupowanego sektora bankowego w wyłączny zakres banku centralnego Rzeszy.

Kolejnym ważnym posunięciem było utworzenie banku centralnego dla Generalnej Guberni w miejsce zdetronizowanego Banku Polskiego. Do realizacji powyższego zadania Reichsbank oddelegował Fritza Paerscha, który sprawdził się już wcześniej jako nadzorca Reichskreditkassen. Po wielu sporach uznano, iż zarówno nowa waluta jak i sam bank powinien być ze względów marketingowych jak najbardziej „polski”. Dlatego też do jego formowania zaproszono Feliksa Młynarskiego jednego z twórców Banku Polskiego oraz autorów reformy walutowej Grabskiego z 1924 roku. „Polskość” Banku Emisyjnego miała niezwykle znaczenie również z innych powodów. Choć władzom Banku Polskiego udało się ewakuować zasoby złota zgromadzone w Polsce, na rachunkach w międzynarodowych instytucjach finansowych pozostały nie małe środki finansowe. Niemieccy grenadierzy finansowi przystąpili do akcji techniką opracowaną już w Czechosłowacji czyniąc BIS reprezentantem banku centralnego GG na arenie międzynarodowej. Powyższe nie całkiem bez sukcesów. Choć Bank Polski skutecznie odbudowywał się we Francji to stanowisko systemów bankowych innych krajów było bardzo dalekie od wstrzemięźliwości. Jako, że sytuacja międzynarodowa od czerwca 1939 roku zmieniła się jednak dość zasadniczo, bankierskie szyki solidnie plątały szykujące się do starcia z Niemcami rządy przejmując polskie aktywa w bardzo szeroko rozumiane „powiernictwo”. Powyższe czyniono niezwykle skutecznie a niektóre „zabezpieczone” podówczas aktywa stanowią własność swoich „obrońców” również dzisiaj. Warto wspomnieć, iż niemieckie wysiłki o zwrot aktywów nie dotyczyły wyłącznie złota i dewiz. Urząd Nadzoru Bankowego utworzony w GG namiętnie domagał się również dokumentacji rozliczeniowej Banku Polskiego która pozwoliła by odtworzyć wzajemne pozycje instytucji bankowych w okupowanej Polsce.

Wysiłki niemieckich bankowców zwieńczył wymierny sukces. Bank Emisyjny skapitalizowany wyłącznie za pomocą bezwartościowych obligacji Reichsbanku stworzył nową rzeczywistość płatniczą w GG oraz umożliwił jej wprzęgnięcie w niemiecki wysiłek wojenny. Opracowana w GG „broń” w wersji bardziej zaawansowanej ujawniła się jako „karbowaniec” waluta utworzona przez Niemców celem finansowania komisariatu Rzeszy Ukraina. Oceniając powyższe warto pamiętać iż odtwarzanie struktur bankowych w Polsce popierały władze emigracyjne. Pod okupacją niemiecką musiało się przecież toczyć życie. Po dziś dzień w kręgach bankowych żarliwie dyskutuje się kwestię, czy pozostawienie kraju bez dokumentów rozliczeniowych i matryc drukarskich było posunięciem celowym ponieważ w pierwszej kolejności wystawiło na szwank społeczeństwo w okupowanym kraju.

Rozwojowi wojny ekonomicznej towarzyszyły nie słabnące spory i zmieniające się koalicje. Początkowy zagorzały przeciwnik wszystkiego co polskie, namiestnik Hitlera w GG Hans Frank szybko odkrył walory ręcznie sterowanej emisji pieniądza. Dla odmiany nominowany przez Hitlera partyjny nadzorca przemysłu i finansów Walther Funk nie ustawał w wysiłkach aby wszelkie decyzje finansowe podporządkować nazistowskiej myśli politycznej.

O tym, kto w swoich planach i strategii okazał się bardziej skuteczny dowiodła powojenna rzeczywistość. Choć nazizm w Niemczech odszedł wraz z Hitlerem, BIS nienaruszony w swym ponad narodowym statusie przetrwał wojnę i odegrał wielką rolę w powojennej odbudowie zarówno Europy jak i Niemiec. Mało kto wie również o tym iż „dziecko” Hjalmara Schachta odegrało fundamentalną rolę przy wprowadzeniu wspólnej waluty Euro a warto odnotować iż wieloletni dyrektor generalny BIS Aleksandre Lamfalussy był pierwszym prezydentem Europejskiego Instytutu Walutowego, organizacji która przekształciła się w Europejski Bank Centralny (EBC).

Owa niezwykle ważna instytucja, nadzorca narodowych banków państw tworzących UE, realny emitent pieniądza nie rezyduje co wydawało by się oczywiste w Brukseli. Nie ulokował się również w Londynie gdzie biło i bije nadal serce finansów europejskich. Siedziby EBC nie znajdziemy również w uroczo neutralnej Szwajcarii która od chwili utworzenia gości BIS. Europejski Bank Centralny, serce finansowego świata krajów unii ulokował się tam gdzie alianckie bomby zmiotły ponad 80% powierzchni zabudowy mieszkalnej, we Frankfurcie nad Menem. Być może to również przypadek ale to właśnie tam od 1147 roku odbywała się większość wyborów królów Rzeszy a od 1356 Złota Bulla Karola IV wskazywała to miasto jako godne wyboru i koronacji cesarzy niemieckich które miały tu miejsce aż do 1792 roku. Być może to wszystko przypadek ale jakże ujmujący w kategoriach symboli.

Chrześcijanie w Egipcie

W miejscowości Nag Hammadi, gdzie w środę przed północą doszło do masakry, wybuchły gwałtowne zamieszki. Około 5 tysięcy chrześcijan koptów starło się z policją przed budynkiem kostnicy, w którym złożono ciała sześciu ofiar ataku. Wzburzeni koptowie obrzucili policjantów gradem kamieni, stróże porządku odpowiedzieli granatami z gazem łzawiącym.

Do masakry, która wywołała gniew chrześcijan, doszło po zakończeniu pasterki (koptowie obchodzą Wigilię 6 stycznia). Przed kościół św. Jana w centrum miejscowości podjechał samochód z trzema mężczyznami – jeden z nich otworzył ogień do wiernych. Zginęło pięć osób, w tym muzułmanin pracujący w parafii jako ochroniarz. 10 osób, w tym dwoje wyznawców islamu, zostało rannych. Wcześniej ci sami mężczyźni zamordowali dwóch chrześcijan w pobliskim centrum handlowym.

Koptyjski biskup Kirollos powiedział, że dostawał przed świętami pogróżki. Postanowił w związku z tym rozpocząć i zakończyć pasterkę godzinę wcześniej niż zwykle. Zamachowcy nie dali się jednak zwieść. Wychodzącego z kościoła Kirollosa minął ciemny samochód. – Gdy żegnałem się z kimś przy bramie, gruchnęły serie z karabinów maszynowych – relacjonuje hierarcha.

Według egipskiego resortu spraw wewnętrznych atak był prawdopodobnie kolejnym aktem zemsty wyznawców islamu za zgwałcenie przez chrześcijanina 12-letniej muzułmanki w listopadzie ub. r. W Nag Hammadi wybuchły wtedy rozruchy – wyznawcy Allaha przez pięć dni podpalali i demolowali domy koptów. Nie wyklucza się, że ów gwałt kopta na muzułmance był z kolei zemstą za wcześniejszy gwałt muzułmanów na chrześcijance.

Koptowie, których doktryna jest najbardziej zbliżona do prawosławnej, stanowią – według oficjalnych danych – około 10 procent liczącego 80 milionów mieszkańców Egiptu. Sami twierdzą, że w rzeczywistości jest ich więcej. Głównym punktem zapalnym w stosunkach pomiędzy nimi a muzułmanami są właśnie porwania kobiet i gwałty. We wrześniu ub.r. egipski tygodnik „Al Ahram” ostrzegł, że konflikt na tym tle osiągnął „punkt wrzenia” i lada chwila może dojść do jakiejś tragedii. Młode koptyjskie kobiety są często porywane przez gangi muzułmanów, zmuszane do zmiany wiary na islam oraz do zawarcia małżeństwa z muzułmaninem. Taki los spotyka nawet 12-latki. Oprawcy porywają często kobiety wprost z ulicy, a przejście na islam wymuszają za pomocą zbiorowego gwałtu. Scenę upokorzenia kobiety fotografują, po czym stawiają ofierze warunek: przechodzisz na islam albo pokażemy fotografie całej twojej rodzinie i znajomym.

„One wolałyby raczej umrzeć, niż do tego dopuścić” – powiedziała „Washington Times” działaczka na rzecz praw koptów Mary Abdelmassih. Według Assyrian National News Agency większość porwanych zostaje żonami niewolnicami muzułmanów. Na ocalenie mogą liczyć tylko kobiety pochodzące z zamożniejszych rodzin, które stać na zapłacenie porywaczom wysokiego okupu. W wielu przypadkach koptom trudno jest liczyć na wsparcie policji, gdyż funkcjonariusze są powiązani z porywaczami. Uprowadzenia stały się dla gangów intratnym biznesem. Korzystają z tego, że część islamskich organizacji charytatywnych wypłaca nagrody pieniężne osobom, którym udało się nawrócić kogoś na islam.

Według mieszkającego obecnie w Stanach Zjednoczonych egipskiego socjologa Magdima Khalila przymusowa islamizacja koptów jest częścią polityki państwa, a gangi „nawracaczy” otrzymują wsparcie finansowe od władz i korzystają z ochrony Służby Bezpieczeństwa. Koptowie będący potomkami rdzennych mieszkańców Egiptu, zamieszkujących ten kraj przed islamskim podbojem, są obiektem prześladowań już od 40 lat.

Chrześcijanie na celowniku

Chrześcijańskie organizacje pomocowe szacują, że co roku na całym świecie podlega rozmaitym represjom około 200 milionów wyznawców Chrystusa. – To zjawisko nasila się w czasie Bożego Narodzenia i Wielkanocy – mówi „Rz” Max-Peter Stussi z organizacji Międzynarodowa Solidarność Chrześcijańska. Według niego najwięcej ataków ma miejsce w Egipcie i Pakistanie. W końcu grudnia grupa Pakistańczyków zastrzeliła swojego chrześcijańskiego znajomego, bo nie chciał się wyrzec wiary. W irackim Mosulu dzień przed Wigilią przed kościołem wybuchła bomba, zabijając jedną osobę. W ostatnich latach z Iraku uciekły dziesiątki tysięcy chrześcijan. – Żyją tam w ciągłym strachu. Prowadzona jest świadoma kampania, by wypędzić ich z kraju – mówi ksiądz z Jordanii Raymond Moussali. W Iranie chrześcijanie mogą obchodzić święta tylko pod warunkiem, że nie będzie wśród nich żadnych muzułmanów. Szejk Jusuf al Karadawi z Kataru wydał przed Bożym Narodzeniem przesłanie do muzułmanów całego świata, apelując, by nie tolerowali na ulicach i w sklepach choinek i innych symboli Bożego Narodzenia. Apel nadała katarska telewizja.

Rzeczpospolita: Krwawa pasterka w Egipcie
Marcin Szymaniak 07-01-2010

Ofiary Augusto Pinocheta

Dwóch zabitych nagle ożyło. Śmierć dwojga innych nie miała nic wspólnego z rządami wojskowych

Ostatnio ujawniono cztery fałszywe ofiary, podczas gdy liczbę zabitych i zaginionych za rządów generała Augusto Pinocheta (1973 – 1990) szacuje się na 3 tysiące. Rząd uspokaja, że są to odosobnione przypadki, ale wielu Chilijczyków jest zszokowanych. Jedni się zastanawiają, czyje szczątki pochowali, inni nabrali nadziei, że krewni, których śmierć opłakali, staną nagle w drzwiach.

Obrońcy generała widzą w tym dowód, że „zbrodnie dyktatury” były wymysłem lewicy. „Mamy prawo wątpić we wszystko, co się mówiło o losie zaginionych więźniów” – mówił były rzecznik Pinocheta Guillermo Garin, cytowany przez hiszpańską gazetę „El Mundo”.

Wątpliwości pojawiły się w listopadzie, gdy okazało się, że uznany za zmarłego German Cofre żyje i ma się dobrze, choć jego nazwisko wyryto na pomniku ofiar dyktatury na cmentarzu w Santiago, a rodzina pogrzebała jego szczątki. Cofre, pracujący w przedsiębiorstwie oczyszczania miasta członek partii komunistycznej, został aresztowany w 1973 r., zaraz po obaleniu lewicowego prezydenta Salvadora Allende przez puczystów, na których czele stał generał Pinochet. Żołnierze otoczyli jego dom i wywieźli go do jednego z sekretnych ośrodków internowania. Żona, która zmarła w 1997 r., nigdy więcej go nie zobaczyła. Była przekonana, że został zamęczony i pochowany w nieznanym miejscu bądź wrzucony do morza. Tymczasem mąż odzyskał wolność, wyjechał do Argentyny i osiadł w Mendozie, gdzie założył nową rodzinę. Chilijska żona zwlekała do 1991 r. z uznaniem go za zmarłego. W 1995 r. odbył się pogrzeb jego rzekomych szczątków. Na szczęście nikt nie stanął przed sądem i nie został skazany za zabicie Cofre.

„Aby ukrócić nadużycia, rząd Chile zastanawia się nad reaktywowaniem Komisji Prawdy i Pojednania ”

Wrócił do kraju po 35 latach. MSW ujawniło, że rodzina pobierała świadczenia należne bliskim ofiar dyktatury. Nie jest jasne, odkąd wiedziała, że Cofre żyje. Jeśli okaże się, że krewni kłamali, by wyłudzić świadczenia, zostaną ukarani. Chilijczyk twierdzi, że nie miał pojęcia, iż został zaliczony w poczet ofiar dyktatury. Dzieci go nie pamiętają. „Powinien złożyć wyjaśnienia przed sądem” – mówił jego najstarszy syn, 39-letni Marcelo, chilijskiej gazecie „El Mercurio”. On powiadomił władze o cudownym zmartwychwstaniu ojca. „Poszedłem osobiście do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i spytałem, dlaczego dali mi jego szczątki w pudełku o długości 50 centymetrów” – opowiadał. – Mam nadzieję, że ludzie nie zaczną uogólniać tego przypadku – powiedział prawnik chilijski Hugo Gutierrez, cytowany przez Reutersa.

Nie trzeba było długo czekać na ujawnienie kolejnych trzech przypadków osób, których los odbiegał od tego, co powszechnie sądzono. Zaginiona Emperatriz Villagra zmarła podczas porodu. Carlos Rojas Campos jak Cofre żył spokojnie w Argentynie do 2005 r., gdy jego bliscy zaczęli starania o rentę przysługującą bliskim ofiar. Edgardo Palacios zmarł jako bezdomny. Bliscy zidentyfikowali jego ciało, ale wciąż pobierali świadczenia.

Aby ukrócić nadużycia, rząd zastanawia się nad reaktywowaniem Komisji Prawdy i Pojednania. Chce, by ponownie zbadała losy ofiar. – Horror dyktatury jest tak wielki, że gdyby nawet zdarzyło się dziesięć przypadków fałszywych zaginięć, nie zmniejszyłoby to skali sponsorowanego przez państwo terroryzmu – uważa szefowa stowarzyszenia bliskich zaginionych Lorena Pizarro.

masz pytanie, wyślij e-mail do autorki m.tryc@rp.pl
Rzeczpospolita: Polowanie na fałszywych męczenników
Małgorzata Tryc-Ostrowska 30-12-2008