Marksizm kulturowy w praktyce

Marksizm kulturowy jest wprowadzany chyba w każdym rozwiniętym społeczeństwie od kilkudziesięciu lat. Warto zapoznać się z tym jak to robiono w innych krajach.
Poniżej dyskusja z naciskiem na wprowadzanie marksizmu kulturowego w Kanadzie.

Reklamy

O lewicowych wierzeniach i religiach

Poniżej tekst Paweł Leszczyński o socjalistach i konserwatystach (w nawiązaniu do ostatniej decyzji Bundestagu o rozszerzeniu definicji małżeństwa na związki homoseksualne).
Jest to jeden z niewielu tekstów które wprost nazywa wierzenia lewicowe jako religię.

– – – – – – – –

Cyniczny pragmatyzm w szatach mesjanistycznych
Autor tekstu: Paweł Leszczyński
Źródło: http://www.racjonalista.pl

Ostatnie przedwakacyjne posiedzenie Bundestagu przyniosło uchwalenie przepisów, na mocy których w niemieckim prawie cywilnym dopuszczalne stanie się zawieranie małżeństw homoseksualnych, a także ustawy o tzw. „mowie nienawiści”. Wyniki głosowania pierwszego z wymienionych projektów (393 głosy za, 226 przeciw) pokazują, że ta kwestia budziła jednak spore wątpliwości. Co więcej, symboliczny wymiar (niezależnie od kalkulacji politycznych) ma fakt braku poparcia ustawy przez kanclerz Angelę Merkel. Niemcy to kraj perfekcyjnie łączący skrywającą się za osłoną empatii ideologię z pragmatycznym i bezkompromisowym realizowaniem swojego interesu narodowego.

Łatwo się domyślić, że decyzja parlamentu naszych zachodnich sąsiadów wywoła w Polsce poruszenie. Przewidywanie reakcji reprezentantów poszczególnych formacji aksjologicznych na to, co się wydarzyło, są skrajnie przewidywalne. Tradycjonalistyczni konserwatyści, narodowi katolicy i niechętna zmianom większość społeczeństwa będzie, delikatnie rzecz ujmując, niezbyt zachwycona. Zeświecczeni uniwersalistyczni chrześcijanie, lewicujący liberałowie — przyklasną decyzji większości deputowanych Bundestagu w myśl koncepcji praw człowieka i równości. Socjaldemokraci i wszystko, co na lewo od nich (czyli z pewnością nie pezetpeerowski aktyw SLD), będą zachwyceni. W imię postępu i rozpisanej na mentalne i legislacyjne przeobrażenie rewolucji kulturowej.

Argumentacja obrońców definicji „tradycyjnego” małżeństwa (pytanie, czy może istnieć inna definicja, bo nawet w modelach kulturowych dopuszczających poliandrię i poligynię lub multigamię mowa jest o związkach między kobietą/kobietami a mężczyzną/mężczyznami) opiera się głównie na odniesieniach do ładu moralnego wynikającego z religii lub tradycji. Zwolennicy podnoszą z kolei argument poszerzania obszaru wolności obywatelskich, choć pojawia się również logika dotycząca kasacji nierówności społecznych — w tym wypadku na polu innym niż ekonomiczne, choć zdarzają się także twierdzenia, na mocy których próbuje się dowieść, że dyskryminacja ma skutki jak najbardziej policzalne. Jakkolwiek nie jest to pozbawione sensu, to ciężko uznać ten fakt za przesądzający, gdy główny problem leży jednak w przestrzeni przede wszystkim aksjologicznej. Spór pomiędzy innymi niż ewolucyjni konserwatystami a blokiem socjalistycznym jest znany. Pierwsza grupa afirmuje starotestamentowe reguły moralne, często niezależnie od tego czy „kupuje” opowieść o ich genezie. Bardziej modernizacyjnie nastawiona podgrupa konserwatywna odwołuje się do Nowego Testamentu i dyrektyw Chrystusa w tym zakresie (choć zadanie uzasadnienia jednoznaczności interpretacji tychże dyrektyw skutecznie utrudnia choćby generał jezuitów Arturo Sosa). Są też kulturowi tradycjonaliści, którzy po prostu bronią tego, co się „sprawdziło”. Socjaliści niezmiennie próbują zbawiać świat odrzucając Boga, co nie znaczy, że odrzucając religię. Można wręcz odnieść wrażenie, że religia postępu jest co najmniej równie mocno zakorzeniona w ich umysłach co fanatyzm religijny wierzeń opartych o osobowy ideał Stwórcy. Gloryfikujący różne irracjonalizmy (jeden oparty na tradycji, drugi na postępie) konserwatyści i socjaliści nie mogą mieć jednak monopolu na zagospodarowywanie tak ważnej problematyki, jak model ustrojowy i rola państwa, bo koniec końców wzmocnienie lub osłabienie kompetencji władzy centralnej jest tu podstawowym problemem. Jakie refleksje dla sceptycznych względem promocji irracjonalizmu liberałów mogą płynąć z symbolicznego dla lewicowego rozumienia „wolności” sukcesu, polegającego na poszerzeniu władzy państwa w życiu intymnym obywateli oraz ograniczeniu wolności słowa?

Nie sposób uciec w tym kontekście od rozróżnienia liberalizmu klasycznego i współczesnego. Ten pierwszy jest w opisywanym sporze raczej bliższy wrażliwości „prawicowej”, zaś drugi, wspiera ostrożne warianty rozwiązań bliższych „lewicy”. Moment podziału przypada zapewne na okolice działalności Johna Stuarta Milla i Isaiaha Berlina. W wymiarze praktycznym linia tego wewnętrznego sporu jest umiejscowiona na osi rozdźwięku między wolnością „negatywną” a „pozytywną”. Ta pierwsza, klasycznie liberalna koncepcja wiąże pojęcie wolności z brakiem opresji, przymusu, nadmiaru nakładanych przez otoczenie obowiązków, przemocą. Działania jednostki są tu pożądane, jednak prawdziwe intencje i cele mogą być znane tylko, jeśli działanie jest dobrowolne i powstaje w konsekwencji osobistego wyboru. Drugi, wydawałoby się w jakiejś mierze komplementarny rodzaj wolności był rozwijany jako próba znalezienia złotego środka, o który będzie można oprzeć mariaż demokracji z liberalizmem i wznieść wielką, ambitną budowlę demoliberalizmu. Wolność pozytywna zawierała w sobie akcenty proaktywne, była próbą inspiracji dla działalności obywatelskiej, której naturalną przestrzenią jest demokracja. To ten ustrój ma gwarantować możliwości pełnego rozwoju ludzkiej indywidualności, a także dawać jednostkom szansę wpływu na rzeczywistość.

W konsekwencji dokonał się dość wyraźny podział na liberalne status quo, zwane liberalnym konserwatyzmem (czyli de facto „konserwowaniem” liberalnych zdobyczy) tym silniejsze, im silniej liberalizm opanowywał świat zachodni, oraz na swego rodzaju liberalny progresywizm, nienasycony zagwarantowanymi w prawie i coraz szerzej sankcjonowanymi społecznie wolnościami. Ekspansja tegoż progresywizmu i jego transformacja w kierunku idei prometejskiej sprawiły, że między liberalizmem klasycznym a współczesnym wykopany został potężny rów. Dodatkowa oś sporu dotyczy bowiem fundamentalnej kwestii. A mianowicie, zwolennicy klasycznej formuły liberalnej stoją na stanowisku, że choć sama w sobie doktryna jest uniwersalistyczna, to jednak nie przez przypadek powstała w określonym kontekście kulturowym, instytucjonalnym, społeczno-ekonomicznym, czy też po prostu intelektualnym. Z tej perspektywy potencjalna likwidacja realnych zdobyczy liberalizmu poprzez jego destrukcję ze strony środowisk, które go nie akceptują jawi się jako argument decydujący na rzecz obrony będącego pozornym oksymoronem „liberalnego dziedzictwa”.

Z kolei reprezentanci formuły współczesnej rozstrzygają ten dylemat w przeciwny sposób, a mianowicie „uniwersalizują” całą rzeczywistość. Pozornie prowadzi to do poszerzenia obszaru wolności, ale tak naprawdę jest to jedno z możliwych wytłumaczeń genezy poprawności politycznej, będącej zaprzeczeniem wolności (to, czy poprawność polityczna jest dobra czy zła, jest osobnym dylematem, jednak z całą pewnością jest ograniczająca ze swej natury). A stąd już o krok od stojącego w opozycji do klasyki lewicowego liberalizmu, zadziwiająco łatwo (uwzględniając liberalne korzenie) wchodzącego w sojusz z typowo lewicowym programem reform społecznych polegających na odgórnej implementacji eksperymentów na zasadzie faktów dokonanych. Poprawność polityczna konserwatyzmu to konwenanse, reguły, etykiety, nakazy i zakazy. Wszystkie rekomendacje z cyklu „nie wypada…”, „nie powinno się…”, „tak się nie robi…”, a także znane nam wszystkim dobrze oczekiwania ze strony różnych kręgów społecznych, które pilnują, by organizm społeczny zachował swą równowagę, da się zakwalifikować jako poprawność polityczną konserwatyzmu. Konwenanse mają też oczywiście swoje dobre strony, jeżeli pełnią funkcję pomocniczą, względną. Wtedy dzięki nim oszczędzamy niebywałą ilość czasu, nie musząc tracić go na kalkulowanie niezliczonych wyjątków w postaci sytuacji społecznych, po których nie wiadomo czego się spodziewać. Lewicowa poprawność polityczna to przede wszystkim emocjonalny i instytucjonalny terror. Perorowanie o dyskryminacji (oczywiście tylko tych jednostek/grup), które są na bakier z „tradycyjną moralnością”, wykluczeniu, nierównościach, dyskursie i mowie nienawiści — to świetnie znane wcielenia lewicowej narracji.

Co o tym wszystkim można napisać z punktu widzenia dalekiego od zideologizowania? Po pierwsze, karkołomnym zadaniem na gruncie logiki jest obrona stanowiska, na mocy którego w jednoczesnym uchwalaniu takich ustaw jak nowelizacja kodeksu cywilnego w punkcie dotyczącym małżeństwa i wprowadzanie zapisu, że „małżeństwo to związek dwóch osób różnej lub tej samej płci” oraz przeforsowaniu przepisów wprowadzających gigantyczne kary finansowe za „mowę nienawiści”, chodzi o wolność. W drugim przypadku sprawa jest ewidentna. Na ołtarzu promowania „postępu” interpretowanego na lewicową modłę kładzie się realną i podstawową dla wolnego społeczeństwa wartość — wolność słowa. Oczywiście, można z niej korzystać, jeżeli uderza się w Donalda Trumpa, Viktora Orbana, Jarosława Kaczyńskiego lub Kościół katolicki. Jeżeli krytykuje się ekologów, feministki, środowiska LGBT, to wolność wypowiedzi musi być ograniczana. Zaistnienie prawdziwej i obiektywnej wolności słowa będzie możliwe, jeżeli w kodeksie karnym nie będzie artykułu umożliwiającego zastosowanie sankcji za słowo. Dlatego zapis o „obrazie uczuć religijnych” jest tak samo niedorzeczny jak koncepcja „mowy nienawiści”. O ile ta kwestia nie wzbudza kontrowersji od strony dość oczywistej konstatacji, że każdy taki zapis to anihilacja cząstki wolności, to rzecz dotycząca małżeństw wygląda na nieco bardziej skomplikowaną. Bo przecież znajdzie się liczne grono, wspierające hipotezę o działaniu w duchu „wolności pozytywnej” jako uzasadnieniu uwzględnienia w kodeksie małżeństw także dla osób tej samej płci. Tyle, że tak ujmowana wolność pozytywna w żaden sposób nie jest względem negatywnej komplementarna. Stoi do niej bowiem w całkowitej sprzeczności. Wolność, proponowana przez klasycznych liberałów, wyglądałaby w tym zakresie zgoła odmiennie. Mamy bowiem trzy główne, możliwe podejścia:

traktujemy każdą jednostkę jako oddzielny byt, pojedynczego obywatela, który układa sobie życie wedle preferencji, związek małżeński jest sprawą wykraczającą poza zainteresowanie aparatu państwa (tak, nie byłoby wtedy wspólnego opodatkowania małżeństw, ale to akurat in plus, bo podatki mogłyby wreszcie być ujednolicone) — może być zawierany we wspólnocie religijnej i tylko w jej ramach być sankcjonowany;
małżeństwo to związek jednej kobiety i jednego mężczyzny — czyli są śluby cywilne i wszelkie prawne konsekwencje tej instytucji, ale nie ma mowy o poszerzaniu definicji małżeństwa, ze względu na kulturowe uwarunkowania formy zorganizowania społeczeństwa;
małżeństwo to związek… — no właśnie, kogo i w jakim celu? Robiąc jeden wyjątek, otwieramy drzwi dla kolejnych. Czy nie jest to dyskryminujące, że związków małżeńskich nie mogą zawierać zbiorowości, dlaczego ma być ono zarezerwowane wyłącznie dla dwóch osób? Czy nie jest to praktyka trójkątofobiczna? A co z genderową klasyfikacją płci i jak wówczas zakwalifikować członków małżeństwa?

Jak widać, wariant z założenia polegający na największej otwartości okazuje się wariantem wprowadzającym realną dyskryminację na niespotykaną wcześniej skalę, a po odkryciu przez lewicę w ramach strategii „mądrości etapu”, tejże dyskryminacji, wprowadzić może potężny dysonans i bezradność, bo czy można wykluczać miliony obywateli i mówić im bezkarnie, że instytucja małżeństwa nie jest dla nich? Pamiętajmy, że ostentacyjny antyracjonalizm lewicy jest przyczyną jej skrajnego antyklerykalizmu. Próba stworzenia alternatywnych religii, od religii ochrony klimatu, poprzez religię LGBT, a wcześniej religię komunizmu nie jest przypadkowa. Nawet jeśli słowo „religia” weźmiemy w cudzysłów, to dobrze oddaje ono pożądany kształt oddziaływania na scenę publiczną ze strony lewicy. Większość narzucanych przez nią dylematów nie istniałaby w prawdziwie wolnym społeczeństwie. A problem „homoseksualnych małżeństw” nie istniałby na pewno.

Bardzo ciekawym aspektem całej sprawy jest mesjanistyczna w warstwie widocznej na pierwszy rzut oka polityka Niemiec. Abstrahując od obliczonej pod bieżące potrzeby chęci wyraźnego zdystansowania niechcianego koalicjanta z SPD w kontekście jesiennych wyborów i związanego z tym odgrywania przez CDU roli partii jako metafory społeczeństwa (wszystkie nurty światopoglądowe i gospodarcze zawieramy w sobie, na zewnątrz czają się tylko populiści), istotna jest pewna permanentna strategia polityczna RFN, zapisana, jak sądzę, w DNA filozofii politycznej tego kraju. Jak się okazuje, im bardziej jest ona mesjanistyczna na zewnątrz, tym bardziej bezlitośnie pragmatyczna w środku. I to niezależnie od tego, czy mówimy w tym przypadku o przyjętym modelu strategii hegemonii w wymiarze polityki społecznej, historycznej, energetycznej czy też imigracyjnej. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść…

Skąd się biorą uchodźcy

Do dzisiaj myślałem, że wiem skąd się bierze większość uchodźców/najeźdźców w Europie. Ja głupi uwierzyłem, że przepływają przez morze Śródziemne z Libii na Sycylię. No bo w końcu nie jest to daleko i na dużym pontonie można to zrobić. W poniższym filmie kilka wstrząsających faktów.

Pieprzyć białasów czyli o terroryzmie rasowym

W USA na początku roku popełniono „ciekawe” przestępstwo. Czworo murzynów (18-letnich) porwała białego młodego mężczyznę, niedorozwiniętego (special needs). Torturowali go co najmniej 24 godziny i transmitowali na żywo to przez facebooka. Kazali mu m.in. pić wodę z sedesu, bili go, straszyli nożem i skaleczyli go nożem w głowę/oskalpowali, przypalali go papierosem. Przy tych torturach krzyczeli „Fuck White People” i „Fuck Donald Trump”.
Poniżej film podsumowujący sytuację nagrany przez Stefan Molyneux. Stawia on ciekawą tezę, że jest to rasistowski terroryzm, działanie mające na celu zastraszenie białych.

A tu pogadanka w CNN o zdarzeniu. Murzynka występująca w programie powiedziała, że nie wiadomo czy to przestępstwo było na tle rasowym 🙂

Ciekawa jest też jak reaguje policja. Zachowanie tłumaczą głupotą i tym, że są to nastolatkowie.

Dość dyktatury kobiet

Dzisiaj na „czarnym marszu” (czy jak tam ta impreza się nazywała) posłanka .Nowoczesnej pani Joanna Izabela Scheuring-Wielgus wykrzyczała hasło „dość dyktatury kobiet”. Obawiam się, że taka intelektualistka i bojowniczka może stanąć w szranki z Ryszardem Konstytucjonalistą Petru o przywództwo w partii. Dorównuje mu intelektem i błyskotliwością. A tam bez kozery mogę powiedzieć że przewyższa.

Ministerstwo prawdy zareagowało natychmiast

Kobiety a HIV / AIDS

Szukając różnych informacji o HIV / AIDS trafiłem na książkę „Kto w Polsce ma HIV. Epidemia i jej mistyfikacje” Jakuba Janiszewskiego (wydawnictwo Krytyka Polityczna). Autor rasowy lewicowiec/ socjalista, który wg wiki jest homoseksualistą, a konkretnie gajem pisał wcześniej m.in. o Saimonie Molu (też o tym postępowym Murzynie wstawiałem artykuły)
Książka ma zgłębiać kwestię HIV / AIDS. W pierwszym rozdziale książki autor „zadaje pytanie” jednej z ofiar „chciałbym dowiedzieć się kto Cie zabił”. Ja odpowiedz znalazłem już w tym pierwszym rozdziale. Autor chyba nie znalazł, chociaż już na początku, sugeruje że to Ci beznadziejni lekarze.
Książki stanowczo nie polecam.

Przedmowę do książki napisała Kingi Dunin poniżej fragment

Ja­kub Ja­ni­szew­ski umiesz­cza pro­ble­ma­ty­kę AIDS wła­śnie w ta­kiej sze­ro­kiej per­spek­ty­wie. To, co wy­da­je się oczy­wi­ste w przy­pad­ku in­nych cho­rób, na­gle oka­zu­je się wca­le ta­kie nie być. O oso­bach za­ka­żo­nych wciąż my­śli­my jak o „głup­kach”, któ­rzy nie za­sto­so­wa­li wła­ści­wych za­bez­pie­czeń i te­raz po­no­szą tego kon­se­kwen­cje. Tak jak­by seks nie dział się w re­la­cjach z in­ny­mi, a był za­gad­nie­niem je­dy­nie tech­nicz­nym, w któ­rym sko­rzy­sta­nie z pre­zer­wa­ty­wy jest czę­ścią pro­ce­du­ry. Jak­by pod­sta­wo­wym pro­ble­mem każ­de­go nar­ko­ma­na było za­pew­nie­nie so­bie ste­ryl­ne­go sprzę­tu. Nie­ste­ty, re­al­ne sy­tu­acje ży­cio­we są dużo bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne i ra­cjo­nal­no­ści też by­wa­ją róż­ne.

Autor umieszcza wycinki z karty szpitalnej swojej bohaterki

29 let­nia pa­cjent­ka zo­sta­ła przy­ję­ta do klin­ki z po­wo­du sta­nów go­rącz­ko­wych utrzy­mu­ją­cych się od po­nad dwóch ty­go­dni. […] Dia­gno­sty­ka nie zo­sta­ła za­koń­czo­na (ba­da­nia w toku – zo­sta­ną prze­ka­za­ne te­le­fo­nicz­nie). Ze wzglę­du na znacz­ne za­bu­rze­nia na­stro­ju i my­śli sa­mo­bój­cze pa­cjent­ka zo­sta­je prze­wie­zio­na do Izby Przy­jęć Szpi­ta­la Ba­biń­skie­go ce­lem kon­sul­ta­cji psy­chia­trycz­nej i ewen­tu­al­nej ho­spi­ta­li­za­cji.
Roz­po­zna­nie: uszko­dze­nie wą­tro­by, nie­do­krwi­stość, stan go­rącz­ko­wy, za­bu­rze­nia na­stro­ju.

Jeden wycinek z karty szpitalnej zasługuje na szczególną uwagę

„Pa­cjent­ka ne­gu­je przyp. kont. sex w cią­gu ostat­nie­go roku. Wcze­śniej ry­zyk. zach. sex. (z 10 part­ne­ra­mi, sto­sun­ki bez pre­zer­wa­ty­wy). 2 cią­że → dwa sztucz­ne po­ro­nie­nia 2005. 2006. Pali: ne­gu­je. Pije: 2 piwa, 1 but. wina / mie­siąc. Inne używ­ki: am­fe­ta­mi­na, exta­sy, ma­ri­hu­ana przez 3 lata do 2006 r. Ne­gu­je do­żyl­ne przyj­mo­wa­nie nar­ko­ty­ków.”

W tym samym rozdziale autora wyobraża sobie dialog z bohaterką. Nie trzeba całości czytać wystarczy to zaczernione:

„Tak po­wi­nie­nem zro­bić, ale wy­obra­żam so­bie Anię, jak wy­chy­la się do mnie przez owal cmen­tar­ne­go por­ce­li­tu, na­gle po­waż­nie­je, wy­glą­da do­ro­ślej i od­zy­wa się głę­bo­kim, bez­cie­le­snym gło­sem:
– Nie uma­wia­li­śmy się, że bę­dziesz grze­bał w moim ży­ciu, stra­szył mo­ich przy­ja­ciół, za­drę­czał dziad­ka i ojca. W ogó­le nie uma­wia­li­śmy się, że bę­dziesz o mnie pi­sał. To moja spra­wa, jak ży­łam. To­bie niech wy­star­czy to, jak umar­łam.

Po czym cho­wa się za­gnie­wa­na z po­wro­tem w czar­no-bia­łe zdję­cie.

– To praw­da, Aniu – od­po­wia­dam. – Nie będę prze­czył. Chcę cię użyć jako eg­zem­pli­fi­ka­cji pew­nej tezy. Nie po­trze­bu­ję two­ich przy­ja­ciół, two­je­go ojca ani naj­lep­szej przy­ja­ciół­ki. Chcę, że­byś po­mo­gła zro­zu­mieć, jak to moż­li­we, że w eu­ro­pej­skim kra­ju, 25 lat po tym, jak za­re­je­stro­wa­no pierw­szy przy­pa­dek AIDS, mło­da ko­bie­ta z wyż­szym wy­kształ­ce­niem umie­ra na cho­ro­bę, o któ­rej już wszyst­ko wia­do­mo. Chcę, że­byś po­mo­gła mi zro­zu­mieć, dla­cze­go za­miast żyć scho­wa­na bez­piecz­nie pod pa­ra­so­lem trzech oen­ze­tow­skich zer, skoń­czy­łaś jako mar­twa je­dyn­ka. Tego od cie­bie chcę i ni­cze­go wię­cej. Mó­wiąc krót­ko – tu spo­glą­dam na upo­zo­wa­ne zdję­cie, któ­re do­sta­łem od pani B. – chcę się do­wie­dzieć, kto cię za­bił.”

Po przeczytaniu obowiązkowo wyciągnąć wnioski.

P.S. Pod koniec pisania tego tekstu dowiedziałem się że książka powstałą dzięki wsparciu Open Society Foundations.

Socjalizm i socjaliści

Chociaż ma trochę lat to czasami jestem zaskakiwany prostym wyjaśnieniem spraw które wydawać by się mogło są złożone i głębokie. Poniżej Stanisław Michalkiewicz w 750 słowach przedstawia esencję socjalizmu, socjalistów a nawet jego historię. Nie pisze tylko skąd się wziął socjalizm i kto za nim stoi, na ale ile można wymagać od tak krótkiego tekstu 🙂

– – – – – – –

Dziewuchy jako proletariat zastępczy
serwis „Prawy.pl” (prawy.pl)
12 kwietnia 2016

Z pobytów we Francji odniosłem wrażenie, że istnieją dwa narody francuskie, które zwłaszcza cudzoziemcowi łatwo odróżnić. Należący do pierwszego francuskiego narodu porozumiewają się między sobą językiem francuskim, który jest dla cudzoziemca zrozumiały, podczas gdy przedstawiciele drugiego francuskiego narodu między sobą porozumiewają się beknięciami: aaa, uuu, eee – i tak dalej. Cudzoziemiec tych beknięć oczywiście nie rozumie, ale oni doskonale je rozumieją. Inna rzecz, że przy pomocy takich beknięć można przekazywać chyba tylko bardzo proste komunikaty: dobrze mi, niedobrze mi, chodź tu, odsuń się – i tym podobne. Zastanawiając się, skąd wynika przynależność do pierwszego czy do drugiego francuskiego narodu, doszedłem do wniosku, że decyduje o tym okoliczność, czy rodzice zajmują się dziećmi, czy też puszczają je samopas. Bo nie wynika to ani z poziomu wykształcenia, ani ze stopnia zamożności, tylko właśnie ze sposobu funkcjonowania rodziny. Dzieci wyrastające w rodzinach normalnych z reguły należą do pierwszego francuskiego narodu, podczas gdy dzieci z rodzin rozbitych, albo wychowywane przez samotne matki, z reguły trafiają do narodu drugiego. Ma to oczywiście również konsekwencje polityczne, bo funkcjonariuszami państwowymi, czy w ogóle – publicznymi przeważnie zostają członkowie pierwszego francuskiego narodu, podczas gdy ten drugi przeważnie pełni podrzędne funkcje obsługowe. Oczywiście przedstawiciele pierwszego francuskiego narodu bardzo chętnie schlebiają przedstawicielom narodu drugiego, komplementując ich jako „suwerenów” i „sól ziemi” i „ozdobę republiki”, ale gołym okiem widać, że robią to tylko po to, by dzięki roztaczaniu przed oczyma narodu drugiego obraz rzeczywistości podstawionej, tym łatwiej utrzymywać go w ryzach. Być może mają rację, bo zastanówmy się, do czego mogłoby dojść, gdyby tak drugi naród został puszczony samopas? Prawdopodobnie wybuchłaby „wojna wszystkich ze wszystkimi” – o której pisał Tomasz Hobbes. Uważał on, że człowiek jest z natury zły, że instynkt podpowiada mu, by innego człowieka ujarzmić i zjeść – ale ponieważ żaden nie uzyskuje przewagi, która zapewniłaby mu bezpieczeństwo, ludzie tworzą państwo, które monopolizuje przemoc, zapewniając w ten sposób wszystkim możliwość przetrwania. Ciekawe, że koncepcję takiej społecznej umowy lansował również Jan Jakub Rousseau, uważający, że człowiek jest z natury dobry, zaś psuje go cywilizacja, a już najbardziej – własność prywatna. Ideałem Rousseau była demokracja, w której każdy powinien zostać zmuszony do wolności. Słowem – „A kiedy znajdziesz się za drutem, opuści troska cię i smutek i radość w sercu twym zagości, żeś do Królestwa wszedł Wolności”.

Ideowymi spadkobiercami Jana Jakuba Rousseau są rewolucjoniści, którzy pragną stworzyć na nowo świat w wersji uzupełnionej i poprawionej. To znaczy – przynajmniej niektórzy z nich, bo inni tylko korzystają z tego pretekstu, by dobrze wypić i smacznie zakąsić. Takie podejrzenia rodzą się w momencie, gdy w pismach teoretyków rewolucji napotykamy się na postulat m.in. wspólnych żon. Ponieważ tradycyjny proletariat w postaci pracowników najemnych od rewolucjonistów się odwrócił, zaczęli oni gorączkowo poszukiwać proletariatu zastępczego, bo rewolucjonista bez proletariatu, który mógłby wyzwalać i którym by kierował, to postać groteskowa, niczym Cygan bez drumli. Nawiasem mówiąc, proletariusze najemni byli dla rewolucjonistów partnerem nielojalnym, bo proletariusz o niczym innym nie marzył, tylko – jakby tu jak najszybciej przestać być proletariuszem. A kiedy taki jeden z drugim proletariusz się dorobił, to stawał się nieprzejednanym wrogiem rewolucjonistów, nie bez słuszności podejrzewając ich, że będą chcieli mu na użytek „wspólny”, czyli własny odebrać to, czego z takim trudem się dochrapał. Ciekawe, że i rewolucjoniści najbardziej ze wszystkich nienawidzili „drobnomieszczanina”, czyli właśnie – wzbogaconego proletariusza. Więc kiedy proletariusze odwrócili się od rewolucjonistów, ci zaczęli rozglądać się za proletariatem zastępczym i ich argusowe oko skierowało się na kobiety. Kobieta bowiem – wszystko jedno: biedna, czy bogata, mądra, czy głupia – kobietą być nie przestanie. Zatem wystarczy tylko by dla lepszego użytku rewolucjonistów przekonać je, by źrenicę swojej wolności ulokowały w zapewnieniu sobie – a tak naprawdę – nie tyle „sobie”, co właśnie rewolucjonistom używającym ich wedle upodobania, bezkarności przy likwidowaniu rezultatów tego rewolucyjnego pasożytnictwa. W ogóle socjalistyczna koncepcja zmierza do rozerwania związku między sposobem życia człowieka a konsekwencjami przyjętego sposobu funkcjonowania. Do tego właśnie sprowadza się kolektywizm – że odpowiada „społeczeństwo”, co na sytuację kobiet przekłada się w lansowaniu seksualnego bezładu jako szczytowego osiągnięcia „samorealizacji”. Nietrudno się domyślić, że największe korzyści seksualny bezład przynosi mężczyznom, którzy w ten sposób zbliżają się do upragnionego ideału wspólnoty kobiet, którym oferuje się bezkarność za mordowanie poczętych w ten sposób dzieci. Na skutek systematycznego duraczenia w ramach komunistycznej rewolucji prowadzonej według strategii Antoniego Gramsciego, bardzo wiele kobiet w tę formę „samorealizacji” uwierzyło i gotowe są one walczyć o nią do upadłego. Jako proletariat zastępczy są jedynie mięsem armatnim rewolucjonistów, ale skoro dały się uwieść ich syrenim śpiewom, to muszą wyjść naprzeciw swemu przeznaczeniu. No i wychodzą na ulice jako „dziewuchy”, co ma nadać ich autodegradacji ironiczną asekurację. Biedne, głupie ofiary cwanych spryciarzy!

Stanisław Michalkiewicz

Jak rozczłonkować ludzkie ciało i gdzie sprzedać

W celu zwiększenia wysokości poziomu PKB wnoszę o zalegalizowanie możliwość dzielenia ciała ludzkiego na części i sprzedawanie ich. Wcześniej oczywiście wnoszę o pełne zalegalizowanie zabijania ludzi.

Szczegóły w filmie. Można włączyć napisy po polsku (tłumaczenie automatyczne).