Historia polski wg. Lecha Wałęsy

Lech Wałęsa:
Zbudowałem, sterowałem, poprowadziłem i zwyciężyłem
i jeszcze jedno „nie mogłem” (często powtarzane)

W części drugiej Lech Wałęsa sugeruje, że na arcybiskupa Kazimierza Nycza istnieją dokumenty świadczące o jego współpracy ze służbami PRL

Historia polski wg. Lecha Wałęsy wywiad w „Kropce nad i”
(cały wywiad w dwóch częściach poniżej opisu naciśnij play)

Podejście intelektualistów socjalistów do komunizmu

Źródło: Rzeczpospolita: Moraliści unurzani we krwi
28.04.2007

Rozmowa Grzegorza Dobieckiego ze Stéphanem Courtois i Jeanem-Louisem Panné, inicjatorami i współautorami „Czarnej księgi komunizmu”

Grzegorz Dobiecki: Generał Wojciech Jaruzelski został oskarżony o zbrodnię komunistyczną za wprowadzenie stanu wojennego. Postawione mu zarzuty dotyczą przede wszystkim kierowania związkiem przestępczym o charakterze zbrojnym. Jak panowie, jako historycy, oceniają zasadność oskarżenia i kwalifikację samego czynu?

Stéphane Courtois: Kwalifikacja jest łagodna. Bo to nie był pucz w stylu latynoskich caudillos czy afrykańskich kacyków, lecz akt kolaboracji z obcym mocarstwem. Przypadek marszałka Petaina. Jean-Louis Panné: Ale takiej oceny nie mógłby sobie wyrobić czytelnik francuskich gazet. Żadna nie przedstawiła rzetelnie, o co Jaruzelski jest oskarżony i dlaczego. Informacje były bardzo skąpe, przypominały raczej dezinformację. Wracał głównie znany argument: mniejsze zło. Uważam, że nie należy go odrzucać. Jednak w stanie wojennym wiele osób straciło życie. Dlatego osądzenie generałów i sekretarzy, choćby symboliczne, wydaje się imperatywem historycznym i moralnym. Sprawa ma przy tym szczególny kontekst polityczny. Polska była pierwszym krajem, który uwolnił się spod komunistycznych rządów. Ceną było kompromisowe porozumienie opozycji z władzami. Dzisiaj słychać głosy, że już za późno, że stare dzieje, że osąd po 18 latach nie ma sensu. Zauważmy jednak, że wtedy odpowiedni ludzie go nie przeprowadzili, bo nie mogli – albo nie chcieli. Teraz, kiedy władze Polski wreszcie mogą i chcą, przypisuje się im najgorsze intencje.

S.C.: Co pozostaje w zgodzie z linią wszelkich grup komunistycznych albo post-, neoczy filokomunistycznych. Amnestia i amnezja. To ciągle ta sama linia, którą nakreślił Nikita Chruszczow w swym tajnym raporcie. Jesteśmy unurzani we krwi po szyję, ale za nic nie ponosimy odpowiedzialności. I ciszej nad tymi trumnami, sami zatroszczymy się o oficjalną pamięć. Kiedy dzisiaj, nawet z opóźnieniem, chce się dochodzić prawdy, natychmiast padają oskarżenia o reakcjonizm. Przypominanie o zbrodniach komunistycznych miałoby oznaczać powrót do tzw. zimnowojennej retoryki.

Jeżeli zbrodnie komunistyczne pojawiają się we francuskiej prasie – to zwykle w cudzysłowie. Dlaczego?

S.C.: Osoby, które o tym decydują, uważają najwyraźniej, że te czyny nie były zbrodniami. Albo ściślej: że były usprawiedliwione. A zbrodnia usprawiedliwiona przestaje być zbrodnią. We Francji w wielu kręgach pozostaje w mocy stara komunistyczna zasada: nie da się usmażyć omletu, nie rozbijając jajek. Jak się robi rewolucję, trzeba zamordować nieco kontrrewolucjonistów, burżujów i kapitalistów. Owszem, to przykre, ale nieuniknione. Przykład podobnego rozumowania, i to na najwyższym szczeblu państwa, widzieliśmy po publikacji „Czarnej księgi komunizmu” w 1997 r. Ówczesny premier Lionel Jospin oświadczył przed Zgromadzeniem Narodowym, że jest dumny z obecności ministrów komunistycznych w swym rządzie. Według jego określenia „komuniści nigdy nie podnieśli ręki na wolność”. Mieliśmy więc do czynienia – i nadal mamy – z absolutną negacją zbrodniczego charakteru komunizmu przez znaczną część lewicy we Francji.

Nie tylko we Francji. 19 kwietnia, po siedmiu latach redagowania sformułowań, Unia Europejska napiętnowała zbrodnie totalitarne. Nie zdecydowała się jednak na ustanowienie kar za ich negowanie. Co więcej, UE nie potępiła wprost zbrodni stalinowskich. Jak to interpretować?

J.L.P.: Jako chowanie głowy w piasek. Przyjęcie określenia „totalitarne” pozwoliło uniknąć nazwania rzeczy po imieniu. Za ścisłością sformułowań, czyli uczciwością historyczną, opowiadała się w Parlamencie Europejskim niemała część deputowanych. Jej wysiłki zostały storpedowane przede wszystkim przez grupki ze skrajnej lewicy twierdzące, że historyczna debata została już zamknięta, a wszystkie zbrodnie dostatecznie wyraźnie napiętnowane. W istocie, oceniając zbrodnie stalinowskie, UE przyjęła – tu użyję cudzysłowu – „postępową” interpretację historii dopuszczającą rozmaite „okoliczności łagodzące”. Jeszcze raz górę wzięła moralność o zmiennej geometrii, zależnej od zbrodni i ich sprawców. Zbrodnią absolutną jest więc eksterminacja Żydów przez nazistów. Czyny komunistów są bardziej „akceptowalne”.

Przypomnijmy i to, że w 2005 r. Parlament Europejski odmówił oddania hołdu polskim oficerom zamordowanym w 1940 r. przez NKWD. Czy Europa – mowa o tzw. starej Unii – postrzega Katyń jako marginalną sprawę, którą z niezrozumiałym uporem rozdmuchują Polacy? Jako „detal historii” (za określenie w ten sposób komór gazowych Le Pen otrzymał wyrok – red.)?

S.C.: Myślę, że problem jest poważniejszy, a przykład Francji dobrze go ilustruje. Przez całe dziesięciolecia podporządkowana Moskwie Francuska Partia Komunistyczna (PCF) była potęgą. Dlatego zdołała narzucić wykładnię historii najnowszej. Najpierw obowiązywało kłamstwo o zbrodni hitlerowskiej. Kiedy prawda wyszła na jaw – przynajmniej dla tych, którzy chcieli ją poznać – pojawił się plan B. Przedstawiał on przedwojenną Polskę jako państwo faszystowskie. Naturalnąkoleją rzeczy oficerowie-faszyści zginęli z rąk antyfaszystów. Dziejowej sprawiedliwości stało się zadość. Najgorsze, że lewica jest do dziś przekonana, iż tylko ona ma prawo decydować, kto jest faszystą, a kto antyfaszystą. Widział pan dopiski na afiszach wyborczych Sarkozy’ego. Faszysta! Toż to idiotyzm.

Widziałem też dopiski „100 milionów ofiar” na plakatach trockisty Besancenota i komunistki Buffet. Kogo reprezentowało aż pięciu kandydatów skrajnej lewicy?

J.L.P.: To już kwestia trybu wyłaniania i zatwierdzania oficjalnych kandydatur. Skrajna lewica miała w wyborach prezydenckich nadreprezentację zupełnie nieodpowiadającą jej rzeczywistym wpływom politycznym. Zresztą wyniki głosowania w pierwszej turze potwierdziły, że ten obóz przestał się liczyć organizacyjnie. Jednak liczy się nadal ideologicznie. Jego emanacją stają się najróżniejsze stowarzyszenia obrony praw człowieka, organizacje antyrasistowskie, ekologiczne, alterglobalistyczne, komitety pomocy dla imigrantów i bezdomnych. Idee lewackie nie potrzebują już ulicznej agitacji i rozrzucania ulotek. Znalazły nowy pas transmisyjny do mas: Internet. Są ciągle modne w środowisku akademickim. Dowody, niby niewinne, widać na ulicy. Sierpy i młoty, podobizny Che Guevary – do nabycia w co drugim paryskim butiku. Niedawno zapytałem młodego człowieka w koszulce z emblematem KGB, czy założyłby wdzianko z napisem „Gestapo”. Odpowiedział: nie, przecież kagiebiści dopier…lili gestapowcom. Skądinąd koszulki z napisem „Gestapo” czy swastyką nie kupiłby w Paryżu legalnie. Te wszystkie uwagi można pewnie odnieść również do wielu innych krajów Europy Zachodniej, niemniej jednak znowu wypada powiedzieć, że sytuacja Francji jest specjalna. Tutaj nałożyły się na siebie idee Wielkiej Rewolucji, wpływy komunistów i legenda Maja ’68. Toksyczna mieszanka. Ale – proszę mi wierzyć – nie żywi się nią przeciętny obywatel Francji.

S.C.: Za to intelektualiści za nią przepadają. Od 1968 r. stołeczny salon uważa się za urząd cenzury nowej moralności, tej rewolucyjnej. Francja szczyci się swoją wyjątkowością kulturalną. Zgoda, ale w takim razie do wyjątkowej sfery zaliczmy również, jako zabytek, archaizm polityczny i ideologiczny.

Dziś się mówi: poprawność polityczna. Kiedyś to był zwykły konformizm.

J.L.P.: Byli również nonkonformiści. Raymond Aron, Albert Camus. André Malraux przeszedł z przedwojennego obozu lewicowych radykałów na stronę generała de Gaulle’a.

S.C.: Tak, tylko że we wszelkich rankingach wybitnych Francuzów pisarz Camus znajdzie się zawsze za Jeanem-Paulem Sartrem. Gdyż Sartre „wielkim filozofem był”, a z takim tytułem największe bzdury uchodzą bezkarnie. Największa nieuczciwość intelektualna i moralna. Nawet wspieranie morderców z bandy Baader-Meinhof i antysemickich terrorystów palestyńskich. Sartre mylił się we wszystkim, od początku do końca. A przecież na jego pogrzeb przyszły tłumy. Trudno pojąć, że to zaślepienie wciąż trwa. Łatwiej już wytłumaczyć, skąd się wzięło. Premier Jospin przed swym startem w wyborach prezydenckich w 2002 r. do ostatniej chwili wypierał się wieloletniej przynależności do komórki trockistowskiej. Faktycznie nigdy nie przestał być leninowcem, dlatego zresztą te wybory przegrał. Własną porażkę też tłumaczył po leninowsku: naród nie dorósł. Według recepty Brechta wypadałoby zmienić naród. Bardzo wielu członków francuskiej Partii Socjalistycznej myśli w podobny sposób, bo też bardzo wielu z nich to ekstrockiści. Masowo wprowadzał ich do PS w 1981 r. Franćois Mitterrand, żeby zniwelować wpływy stalinowskiej partii komunistycznej. Skażenie leninizmem przetrwało Mitterranda.

A co się dzieje, gdy ktoś pójdzie w przeciwną stronę? Jak filozof André Glucksmann, w młodości flirtujący z maoizmem, a dzisiaj głośno popierający kandydaturę Sarkozy’ego? Albo – żeby daleko nie szukać – jak historyk Stéphane Courtois?

S.C.: Zasłużyłem na status diabła, renegata i zaprzańca. W dodatku sam nie wiem, co czynię. Rok temu „Le Nouvel Observateur” napisał, że stałem się ideologiemdokończenie A9 prawicy katolickiej. Nie jestem katolikiem, ale napisali – znaczy prawda. Ostatnio ten sam tygodnik ogłosił, że wybrałem obóz Sarkozy’ego. Nie dokonałem takiego wyboru, ale może mi się tak tylko wydaje.

J.L.P.: Problem jest dużo poważniejszy niż tylko nieuleczalny przypadek „Le Nouvel Observateur”. Przed dwoma laty stulecie świętowała gazeta „L’Humanité”, już formalnie niezależna od PCF. Były organ partii komunistycznej przeżywa kłopoty finansowe, więc podniósł się lament: cóż to byłby za cios dla wolnego słowa, gdyby jej zabrakło. Pismo założone w 1905 r. przez Jeana Jaures’a przetrwało jako wolna trybuna tylko do lat 20. Później – bez żadnej przerwy, bez cienia wahania, kłamiąc codziennie – popierało już niezmiennie bolszewicką Rosję i ZSRR. Także w chwilach miażdżenia powstania w Budapeszcie, kneblowania praskiej wiosny i internowania „Solidarności”. Za „L’Humanité” ujęły się również redakcje bliskie prawicy. Problem polega bowiem na tym, że francuskie środowisko dziennikarskie w 80 procentach jest lewicowe. Nawet w gazetach związanych z nurtem konserwatywnym, jak „Le Figaro”, pojawiają się teksty, które z powodzeniem mogłaby wydrukować „L’Humanité”. To nie jest żadna dywersja, lecz owa sztafeta pokoleń francuskiej inteligencji. Chciałoby się powiedzieć: genetyczne obciążenie Majem ’68.

Możliwe, że przypadki, które znalazłem, są odosobnione. Jednak je przytoczę. Od kilku lat patronem ulicy w Drancy nie jest już Lenin. Kiedy Jean-Christophe Lagarde z centrowej partii UDF pokonał w wyborach lokalnych komunistycznego mera miasteczka, nakazał zmianę nazwy ulicy. Lagarde dołączył przed rokiem do grupy deputowanych rządzącej UMP, która zgłosiła projekt ustanowienia Dnia Hołdu dla Ofiar Komunizmu w rocznicę upadku muru berlińskiego. A z panów wypowiedzi może wynikać, że we Francji nic się w tej mierze zrobić nie da.

S.C.: Niezupełnie. Od czterech lat wraz z m.in. Władimirem Bukowskim 7 października organizujemy właśnie taki dzień pamięci, i to międzynarodowy. Nadaliśmy mu nazwę Memento Gułag. Poza Francją nasze konferencje odbywały się już w Rzymie, Bukareszcie i Berlinie. Przyznaję jednak, że wzięliśmy sprawy we własne ręce, bo – niestety – nie wierzymy, żeby zacna inicjatywa poselska, o której pan mówi, kiedykolwiek wyszła poza fazę projektu. Wspaniale, że są tacy merowie jak pan Lagarde. Ale wskażę co najmniej kilkanaście miasteczek tylko wokół Paryża z ulicami Lenina, Maurice’a Thoreza czy Jacques’a Duclos (członek władz Kominternu i Kominformu). Ten ostatni był agentem NKWD i KGB. Jednoznacznie potwierdzają to dokumenty z archiwów moskiewskich, do których miałem dostęp. Czytałem jego listy do sowieckich generałów. We Francji ciągle nie mówi się o tym głośno. Tabu.

Inny temat tabu to hiszpańska wojna domowa. Romantyczny mit każe wierzyć, że po stronie Republiki walczyli jedynie ludzie szlachetni, kryształowe charaktery. Lepiej tych pomników nie ruszać, bo nie wiadomo, co wychynie spod warstwy brązu?

J.-L.P.: Nikt nie twierdzi, że frankiści wspierani przez hitlerowskie Niemcy byli tą dobrą stroną. Ale na ówczesną Hiszpanię należy patrzeć jak na teatr wojny nie tylko domowej. Ścierały się tam dwie potęgi totalitarne, a Republika stała się zakładnikiem ich konfrontacji.

S.C.: Legenda Brygad Międzynarodowych skrywa prawdę o zamiarach Związku Radzieckiego wobec Republiki Hiszpańskiej. Bardzo wcześnie, już od 1937 r., wywiad sowiecki, Armia Czerwona, hiszpańska kompartia i Międzynarodówka Komunistyczna przejmowały kontrolę nad Republiką. Pamiętajmy, że właśnie w czasie tej wojny Stalin przyjął koncept „demokracji ludowej” opracowany przez Togliattiego. Testowany w Hiszpanii, posłużył potem za model dla zniewolonych krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Dokumenty nie pozostawiają wątpliwości: Brygady Międzynarodowe pozostawały pod całkowitą kontrolą sowieckiej policji politycznej. Miały wewnętrzny aparat represji likwidujący ludzi niewygodnych. W Moskwie, w archiwach Kominternu, leżały teczki każdego członka Brygad. Byli więc oni w dyspozycji NKWD i jego szefa Jeżowa, osobiście odpowiedzialnego za „wielki terror” z lat 1937 – 1938. Zwierzchnika organizacji przestępczej dopuszczającej się zbrodni przeciwko ludzkości. Taka kwalifikacja jest oczywista, nawet jeśli NKWD nie został nigdy publicznie napiętnowany jak gestapo i SS.

J.-L.P.: Bardzo wielu ludzi pojechało do Hiszpanii bić się z faszystami w imię własnych przekonań. Tyle że ów mit porywu serca, solidarności ze słuszną sprawą roztacza się – niesłusznie – również na Brygady Międzynarodowe.

W tym tonie napisał pan niedawno list do redakcji „Le Monde”, reagując na korespondencję z Warszawy pióra Célii Chauffour. Dziennikarka oburzała się, że władze Polski chcą pozbawić rent garstkę dąbrowszczaków, weteranów Brygad Międzynarodowych. Nie wyjaśniła do końca, dlaczego.

J.-L.P.: Między Polską a Hiszpanią czy – szerzej – między Wschodem a Zachodem Europy istnieje konflikt pamięci. Sądzę, że dałoby się go łatwo zażegnać, gdyby tylko Zachód – zamiast ulegać komunistycznej mitologii – zechciał poznać dalsze kariery niektórych członków Brygad Międzynarodowych ze Wschodu. Zasługi generała Waltera w likwidowaniu antykomunistycznego ruchu oporu, czyli w polskiej wojnie domowej. Jego współpracę z Iwanem Sierowem z NKWD. Więcej niż prawdopodobne kontakty Bernarda Kona z wywiadem sowieckim. Działalność generała Juliusza Hibnera na czele Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. On sam ją zresztą opisał we wspomnieniach zamieszczonych w „Zeszytach Historycznych” Instytutu Literackiego. Nic nie stoi na przeszkodzie, by rząd hiszpański przyznał własne renty żyjącym jeszcze polskim członkom Brygad. Jednocześnie dobrze by się stało, gdyby władze Polski nie potraktowały ich wszystkich zbiorowo i automatycznie. Każdy przypadek wypada rozpatrzyć osobno, bo w tym gronie są nie tylko funkcjonariusze komunistycznej Służby Bezpieczeństwa i aparatu represji. Są także ludzie z piękną przeszłością. Taka była teza mojego listu do „Le Monde”. Pozostał bez odpowiedzi, co mnie zresztą specjalnie nie zdziwiło.

S.C.: A ja mam ciągle siłę i ochotę się dziwić. Na przykład kiedy słyszę, że w Portugalii – to było trzy miesiące temu – odbywa się zjazd 63 partii komunistycznych. Sześćdziesięciu trzech! Albo że w Parlamencie Europejskim mamy grupę Zjednoczonej Lewicy dotowaną przez tę instytucję. W jej skład wchodzi kilkanaście stronnictw, które są dziedzicami w prostej linii partii komunistycznych sprzed okresu 1989 – 1991. Czy to kogoś szokuje? Nikogo. Co innego, gdyby to były partie neonazistowskie…

J.-L.P.: Antyfaszystowską uzurpację lewicy zdemaskował Franćois Furet. Dlatego był tak atakowany za swoją „Przeszłość iluzji”. Wywołał niemal furię, bo dotknął – moim zdaniem – sedna sprawy. Wykazał, że lewica nie ma monopolu na antyfaszyzm. Od wydania „Przeszłości iluzji” minęło 15 lat, Furet umarł, a ataki na niego trwają.

Proszę nie mówić, że nic się nie zmienia. Gdyby tak było, nie wydaliby panowie „Czarnej księgi komunizmu”, zwłaszcza we Francji.

S.C.: Ta praca ma ciąg dalszy. Wydaliśmy cztery obszerne tomy o totalitaryzmie, również opracowane przez międzynarodowy zespół historyków m.in. z Andrzejem Paczkowskim w składzie. „Czarna księga” ukazała się w 80. rocznicę wybuchu Rewolucji Październikowej; za pół roku na swój sposób „uczcimy” 90. rocznicę tego wydarzenia. Dla Larousse’a przygotowujemy „Słownik komunizmu”, chyba pierwsze tak kompletne opracowanie w świecie. Rzeczywiście, niech to będzie dowód, że jednak coś się zmienia, a wyjątkowość Francji może polegać i na tym, że są w tym kraju historycy gotowi rzetelnie wykonywać swoją pracę.

J.-L.P.: Reakcjoniści gotowi mieć nowe problemy.

S.C.: No cóż, psy szczekają, karawana jedzie dalej…

Żeby nie było wątpliwości co do ról: punkt widzenia zależy od punktu szczekania?

S.C.: Przynajmniej tak to wygląda z wysokości karawany.
rozmawiał Grzegorz Dobiecki

Jean-Louis Panné
Francuski historyk i publicysta. Jest autorem książek i artykułów na temat dziejów najnowszych, edytorem książek Simone Veil Witolda Gombrowicza, Hannah Arendt. W latach 80. należał do stowarzyszenia „Solidaritéavec Solidarność”. Pomagał internowanym i ich rodzinom. Współpracował z solidarnościowym „Tygodnikiem Mazowsze”. Jest jednym ze współautorów „Czarnej Księgi Komunizmu”.

Stéphane Courtois
Niegdyś sam zafascynowany komunizmem, obecnie uznawany jest za jednego z największych krytyków tego systemu we Francji. Jest wykładowcą paryskiej Sorbony. Wydaje również periodyk „Communisme”. We wstępie wydanej przez siebie w 1997 roku „Czarnej księgi komunizmu” napisał, że komunizm jest odpowiedzialny za śmierć większej liczby ludzi niż narodowy socjalizm. To stwierdzenie wywołało szok wśród – nadal niepotrafiącychsobie poradzić ze swoim zaangażowaniem na rzecz zbrodniczego systemu – francuskich intelektualistów. Wielu z nich nie szczędziło Courtois ostrej krytyki.

Bronisław Geremek przeciwko lustracji

Źródło: Rzeczpospolita: W roli głównej profesor Geremek
27.04.2007

Czy antylustracyjny protest profesora Bronisława Geremka jest jedynie odruchem serca i sumienia? Trudno nie zauważyć, jak bardzo ta sprawa pasuje obozowi centrolewicy, który z akcji przeciw lustracji uczynił ważny element swojej obecnej taktyki. Koalicja Lewica i Demokraci, pozostając dziś w opozycji, nie musi się specjalnie martwić, że spór o lustrację europosła Geremka zaostrzy konflikt między obecnym rządem a Brukselą i jeszcze bardziej pogorszy wizerunek Polski.

Decyzja o przeniesieniu konfliktu lustracyjnego z krajowego podwórka na unijne nie jest więc przypadkiem. Centrolewica uznała, że w Polsce – gdzie straciła polityczne wpływy – nie jest w stanie wygrać tej batalii. Łatwiej będzie jej na arenie brukselskiej, gdzie wciąż jest gigantem, posiadając kilku znanych powszechnie polityków i zaufanie zachodnich elit. Dzięki tym wpływom Lewicy i Demokratów już dziś Polska jest przedstawiana w zachodnich mediach jako krwawa dyktatura prawicowych autokratów. Grunt pod kolejne przedstawienie został więc przygotowany. Jak teatrolodzy przyjrzyjmy się więc trzem elementom przygotowanego przez centrolewicę nowego spektaklu: aktorowi dobrze dobranemu do głównej roli, idealnej scenie, na której rozgrywa się ów dramat, i naiwnej widowni.
Aktor pierwszoplanowy

Bronisław Geremek to postać, która w sposób chyba najbardziej skuteczny spośród polskich polityków może umiędzynarodowić akcję bojkotu oświadczeń lustracyjnych. Profesor znany jest w kręgach francuskich elit lewicowych od lat 50., gdy studiował na Sorbonie, a potem w latach 60. szefował tamtejszemu Centrum Kultury Polskiej. W czasach ostrej reglamentacji przez władze PRL wyjazdów na Zachód stypendium, z którego korzystał Geremek, było bezcennym skarbem i zapewniało mu monopol na kontakty z francuskimi elitami. Gdy w PRL powstawała demokratyczna opozycja, a potem działała „Solidarność”, na Zachodzie to właśnie Geremek był traktowany jako główny ich strateg.

Doskonała znajomość francuskiego, wytworny sposób bycia w połączeniu z ogromnym talentem dyplomatycznymuczyniły go wymarzonym rozmówcą dla zachodnich korespondentów w Polsce. Michnik i Kuroń, a potem Wałęsa, zachwycali zachodnich korespondentów jako autentyczni bojownicy o demokrację i trybuni ludowi, ale to profesor Geremek był tym, do kogo przychodzili, aby porozmawiać o taktyce antykomunistycznej opozycji.

Tę pozycję Bronisław Geremek utrzymał po roku 1989. Nadal był wyrocznią dla zachodnich polityków i publicystów, gdy usiłowali zorientować się, kto jest w polskim życiu publicznym dobry, a kto zły. Byłoby jednak niesprawiedliwością nie wspomnieć, że swoje dyplomatyczne talenty wykorzystał też, lansując polską kandydaturę do NATO, a potem do Unii Europejskiej. Przez wiele lat przewodniczył Sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, potem był szefem polskiej dyplomacji. Te stanowiska dały mu osobiste wpływy niewspółmierne do politycznej siły jego środowiska. Gdy rozpoczął się schyłek Unii Wolności, Geremek wraz ze swoją partią znalazł się na marginesie poważnej polityki. Ratunkiem okazała się Europa – w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2004 roku ambitny profesor i kilku jego partyjnych kolegów zdobyli mandaty i powrócili na polityczną – tym razem brukselską – scenę.

Z polskiej perspektywy Geremek jednak nadal był słabo widoczny. W świetle jupiterów znalazł się ponownie dopiero w ostatnich dniach, gdy włączył się w akcję bojkotu lustracji. Dla zachodnich mediów jest doskonałym kandydatem na ofiarę reżimu Kaczyńskich: intelektualista ocalały z Holokaustu i bohater „Solidarności”. Skoro taki człowiek tak ostro zaprotestowałzaprotestował przeciw lustracji, to musi to być sprawa życia i śmierci. Tak w każdym razie uważa wielu brukselskich polityków.

Sam proces lustracji przedstawiany jest przez zachodnich dziennikarzy jako prześladowanie zasłużonych dysydentów. „Geremek wie, że nie chodzi tylko o niego. Lustracja ma – za pomocą jedynie archiwów komunistycznej tajnej policji – wyrównać rachunki Kaczyńskich nie tylko z byłymi agentami, ale także tą częścią dawnej opozycji, która, doszedłszy do władzy wraz z Lechem Wałęsą, zagrodziła im drogę do rządów u narodzin demokracji w Polsce” – tłumaczy belgijski dziennik „Le Soir”.
Na deskach teatru europejskiego

Aktor antylustracyjnego spektaklu dla Zachodu został wybrany tym bardziej trafnie, że na stałe występuje na najbardziej odpowiedniej scenie. Parlament Europejski jest areną, na której dominuje lewica. Mimo formalnego wyrównania sił obozu prawicowego i lewicowego to politycypolitycy lewicy należą do najaktywniejszych, inicjując rozmaite śledztwa, rezolucje i protesty. Dość wspomnieć tylko sprawy dotyczące Polski: ciągnące się śledztwo w sprawie naszego udziału w lotniczym przerzucie więźniów CIA czy debaty o homofobii w Polsce.

Skąd wiedza eurodeputowanych o Polsce? Z zachodnich mediów. A w sprawie Geremka także od niego samego. W trakcie środowej sesji Parlamentu Europejskiego nie dopuszczono do głosu posła Michała Kamińskiego z PiS, który chciał sprostować wiele przekłamań, jakie znalazły się w wypowiedziach obrońców profesora.

Przeciwnicy lustrowania profesora Geremka – przynajmniej ci z Niemiec – stosują zresztą wobec tego problemu podwójną miarę. Szef europarlamentu Hans Poettering powinien przecież pamiętać, że po zjednoczeniu Niemiec nawet najzacniejsi opozycjoniści wypełniali kwestionariusze lustracyjne i nikt nie czuł się upokorzony.

Teraz brukselski „Le Soir” rzuca hasło „wszyscy z Bronisławem Geremkiem!”, wzywa do walki z „czystkami lustracyjnym”. Jeśli dorzucić do tego hasło prześladowań polskich dąbrowszczaków – to możemy się niedługo doczekać demonstracji pod polskimi ambasadami. „Jak po 13 grudnia” – jak zapewne efektownie ogłosi wiele zachodnich mediów.
Widzowie mocno biją brawo

Ważnym elementem poparcia zachodnich elit dla akcji profesora Geremka jest brak większego zrozumienia dla moralnego wymiaru dekomunizacji. I tu znów standardy wyznacza lewica, która bije na alarm, gdy dostrzeże gdzieś cień groźby faszyzmu, ale już w kwestii komunizmu tradycyjnie stosuje inną miarę.

Wspomnijmy tu, że w latach PRL ludzie opozycji KOR-owskiej uparcie tłumaczyli politykom Zachodu, na czym polega zło komunizmu. Miał w tym swój pozytywny udział i profesor Geremek.

Dziś ci sami ludzie, w imię bezwzględnej walki politycznej przeciw prawicy, wykorzystują brak wiedzy Zachodu o zbrodniach komunizmu i demonstracyjnie sabotują lustrację. Proces lustracyjny przedstawiają jako nienawistny rytuał. Prof. Geremek krytykuje na lamach „Le Monde” plany dekomunizacji, mówiąc, że są „nie do przyjęcia w demokratycznej Europie”. Tylko patrzeć, gdy sygnatariusze niedawnego listu w obronie weteranów wojny w Hiszpanii rozpoczną kampanię w obronie generała Jaruzelskiego.

Na potrzeby ludzi Zachodu historia Polski zostanie napisana na nowo, choć według starych peerelowskich wzorców. I być może niedługo usłyszymy znów, że działacze Komunistycznej Partii Polski byli herosami walki z faszystowskim reżimem Piłsudskiego, a pracownicy UB walczyli jedynie z rozbuchanym po wojnie antysemityzmem.

Po 1968 roku środowisko pomarcowe wykonało ogromną pracę intelektualną, aby rozliczyć się z błędami pokolenia swoich ojców, zazwyczaj głęboko zaangażowanych w komunizm i PRL. Dziś cała refleksja została odesłana do lamusa. Powraca zasada, że nie ma wroga na lewicy, a hasło walki z faszyzmem może usprawiedliwić każdy alians polityczny.

Daniel Cohn-Bendit, w 1968 roku lider młodzieżowego buntu we Francji, dziś eurodeputowany Zielonych i wpływowy polityk europejskiej lewicy, oskarża obecny polski rząd o stalinizm. Równocześnie prawdziwi staliniści z brygad dąbrowszczaków są gloryfikowani jako obrońcy demokracji.

Nic dziwnego, że w takim pomieszaniu pojęć antylustracyjny show w Brukseli może liczyć na gorący aplauz widowni.
Piotr Semka

Jak skutecznie odebrać przywileje byłym esbekom

Źródło: Rzeczpospolita: Jak skutecznie odebrać przywileje byłym esbekom
02.04.2007

Argumentujmy – podobnie jak robili to Niemcy – że obniżanie emerytur byłym esbekom nie jest atakiem politycznym ani sądem zwycięzców nad zwyciężonymi. Przeciwnie, to zawyżanie płac i emerytur w PRL było działaniem politycznym i ideologicznym. Dzisiejsze obniżanie emerytur jest jak najbardziej zgodne z konstytucją – pisze publicysta „Tygodnika Powszechnego” Wojciech Pięciak

Polskę czeka wkrótce kolejna bitwa o przeszłość, przy której mogą zblednąć dotychczasowe spory o lustrację. Konflikt ten nadciąga powoli, niemal niezauważenie. Ale jest nieuchronny, jeśli PiS poważnie potraktuje swój projekt deubekizacji.

Stroną sporu staną się ludzie, którzy przez kilkanaście minionych lat pozostawali w cieniu i byli traktowani jak niegroźny relikt przeszłości – byli funkcjonariusze Służby Bezpieczeństwa PRL. Nie bardzo wiadomo, kim są dzisiaj, co robią, ani czy są zorganizowani? A warto byłoby to wiedzieć, skoro wkrótce wkroczą na pierwszy plan publicznej debaty. Bez wątpienia będzie ona gorąca, gdyż projekt tzw. ustawy deubekizacyjnej uderzy w ich najczulszy punkt – w stan posiadania.

Można przypuszczać, że byli esbecy nie przejmą się tymi elementami projektu deubekizacji, które zmierzają do napiętnowania ich niegdysiejszej roli, ani nawet zakazem sprawowania funkcji publicznej przez ileś lat. Nie pozostaną natomiast obojętni wobec próby odebrania im przywilejów.

Esbecy pewnie będą mogli liczyć na wsparcie również tych uczestników publicznej debaty, którzy przed 1989 r. stali po drugiej stronie barykady.

Po pierwsze skuteczność

Jak zatem skutecznie przeprowadzić ustawowe obniżenie emerytur byłych esbeków? Skutecznie, czyli tak, aby projekt ten nie tylko przeszedł przez parlament, ale ostał się w sądach, w Trybunale Konstytucyjnym?

Skutecznie, czyli aby uzyskał najszerszy konsens społeczny. Skutecznie, czyli tak, aby maksymalnie utrudnić zadanie tym, którzy będą krytykować obniżanie esbeckich emerytur, sięgając np. po argument, że jest to łamanie zasady praworządności.

Na razie wygląda na to, że politycy PiS robią wszystko, by ułatwić zadanie swym adwersarzom. Sięgają zwykle po argument moralny. Dominuje wątek winy i odpowiedzialności. Argumentacja taka jest, rzecz jasna, merytorycznie słuszna, ale samo posiadanie racji nie gwarantuje sukcesu, a ograniczanie się tylko do niej może okazać się kontrproduktywne.

Już słyszymy głosy – głównie polityków SLD, którzy zapowiedzieli, że ustawę deubekizacyjną skierują do Trybunału Konstytucyjnego – że nie można stosować odpowiedzialności zbiorowej, że skoro obniżenie emerytur jest karą, to bardzo proszę, ale powinna ona być zindywidualizowana i rozstrzygać powinien tu sąd, że nie można ograniczać praw nabytych. Wkrótce pojawi też zapewne jeszcze jeden: że przepisy emerytalne nie mogą zastępować prawa karnego. Prawda, że brzmi to mądrze i przekonująco?

Jak zatem przekonywać do emerytalnej deubekizacji? I czy obniżenie emerytur do poziomu najniższego (co zakłada projekt PiS) rzeczywiście jest najskuteczniejszym pomysłem?

Deubekizacja za miedzą

Szukając odpowiedzi na te pytania, sięgnijmy po przykład kraju, który z deubekizacją uporał się już dawno (choć nie używano tam takiego określenia). I zrobił to skutecznie. Mowa o Niemczech. Powiedzmy wprost: rozwiązania, które przyjęto w Niemczech, warto naśladować. I to z kilku powodów.

Po pierwsze: chyba nikt w Polsce nie zakwestionuje faktu, że Niemcy są modelowym przykładem praworządnego państwa prawa. Nie do obrony byłaby więc teza, że niemiecka deubekizacja emerytalna, która obroniła się przed tamtejszym Trybunałem Konstytucyjnym, gwałci zasadę praworządności.

Po drugie: Niemcy ten problem przeanalizowali naprawdę głęboko. Nie mieli zresztą innego wyjścia: gdy w 1990 r. NRD zjednoczyła się z Republiką Federalną, trzeba było poradzić sobie z dostosowaniem wschodnioniemieckich systemów socjalnych do systemu zjednoczonych Niemiec. Musiano też odpowiedzieć sobie na pytanie, co zrobić z całą gamą przywilejów emerytalnych, z których w NRD korzystali ludzie tworzący nomenklaturę partyjno-państwową i aparat terroru.

Trzeci powód ma charakter historyczny. I w ten sposób dochodzimy do problemu skutecznej argumentacji. Otóż, sytuacja komunistycznych Niemiec wschodnich była bardzo podobna do PRL. W obu krajach (w ogóle w państwach bloku) rządzący chętnie szermowali hasłem sprawiedliwości społecznej i równości; po 1945 r. było ono jednym z ich filarów legitymizujących nowy system.

W istocie ani PRL, ani NRD nie były krajami równości i sprawiedliwości. Przeciwnie, system szybko wygenerował własną kastę ludzi uprzywilejowanych. Zaliczali się do niej także pracownicy aparatu terroru, którzy byli znacznie lepiej opłacani niż zwykli obywatele. Esbeckie wynagrodzenia (i ich emerytury) były znacznie wyższe od wynagrodzeń (emerytur) zwykłych ludzi, gdyż nie było to de facto wynagrodzenie za pracę, lecz premia za wierność systemowi, w tym za zwalczanie tych, którzy się na ten system nie godzili.

Już w PRL była to sytuacja niesprawiedliwa, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że środki na zapewnienie tej premii pochodziły z pieniędzy wypracowanych przez ogół obywateli. Tak perfidnie funkcjonował komunistyczny system redystrybucji dóbr: miliony ludzi wypracowywały dochód narodowy, który rządzący wykorzystywali do utrzymywania tychże milionów w zniewoleniu.

Droga przez mękę

Jakie konkretne rozwiązania przyjęli Niemcy? Dochodzenie do końcowego modelu okazało się prawną drogą przez mękę – trwało 15 lat i toczyło się głównie na salach sądowych – sądów powszechnych, administracyjnych, a także Sądu Najwyższego zfinałem w postaci dwóch orzeczeń Federalnego Trybunału Konstytucyjnego (w roku 1999 i 2004).

Początkowo, zaraz po 1990 r. – gdy integrowano enerdowski system emerytalny z systemem RFN – emerytury dawnych pracowników SB (w Niemczech nazywano ją Stasi) ustalono na bardzo niskim poziomie. Podobnie surowo potraktowano także innych beneficjentów systemu władzy w NRD, których, mówiąc najogólniej, obejmowały rozmaite tzw. specjalne systemy emerytalne.

Potem mnóstwo osób – byli esbecy i przedstawiciele nomenklatury – zaskarżyło te przepisy. Nie wchodząc w szczegóły, efekt końcowy był taki, że sądy, a na końcu także Trybunał Konstytucyjny, zakwestionowały część rozwiązań przyjętych w 1990 r. i stopniowo podnosiły wysokość emerytur dla większości tych tzw. nomenklaturowych grup zawodowych. Z jednym wyjątkiem: byłych pracowników Stasi i tych funkcjonariuszy aparatu partyjno-państwowego, którzy w hierarchii służbowej nadzorowali bezpiekę. W ich przypadku Trybunał Konstytucyjny RFN uznał, że znaczące obniżenie emerytur jest zgodne z zasadami praworządności, gdyż już w NRD zarobki tych ludzi były niesprawiedliwie wysokie i nieadekwatne do ich kwalifikacji i pracy. Po kilkunastu latach sporów wschodnioniemieccy esbecy dostają emerytury w takiej wysokości, jak przeciętny obywatel byłej NRD.

Stowarzyszenia byłych esbeków

Dodajmy, że byli funkcjonariusze Stasi byli aktywnymi uczestnikami tych sporów. O swoje emerytury walczyli czasem indywidualnie, ale czasem również grupowo – tworząc stowarzyszenia o tak wdzięcznych nazwach, jak Stowarzyszenie Praw Obywatelskich i Godności Człowieka albo Stowarzyszenie Pomocy Prawnej i Humanitarnej. Kreowali się na ofiary politycznych, rzekomo, prześladowań. Ale niezbyt skutecznie – mogli liczyć jedynie na wsparcie partii postkomunistycznej (PDS).

Znowelizowane regulacje emerytalne, które w 2005 r. ostatecznie przyjął Bundestag (realizując orzeczenie Trybunału z 2004 r.), nie zadowoliły nikogo – ani, rzecz jasna, byłych esbeków, ani ludzi z dawnej opozycji. Jednak kompromis ten zmniejszał choć trochę dysproporcje pomiędzy tym, jak wolne państwo traktuje ludzi, którzy kiedyś tworzyli aparat terroru, a tym, jak traktowani są poszkodowani przez komunizm.
Nie tylko polska Norymberga

Jeśli zatem politycy PiS chcą zapewnić swoim pomysłom szerokie poparcie społeczne, to powinni sięgnąć nie po argumentację w kategoriach winy (nawet jeśli wina esbeków jest oczywista), ale w kategoriach aksjologicznych i materialnych – z uwzględnieniem gospodarczo-społecznego kontekstu historycznego przed 1989 r.

To pewnie brzmi mniej efektownie niż hasło o polskiej Norymberdze, ale może być skuteczniejsze. Argumentujmy tak jak Niemcy: obniżamy emerytury esbekom, gdyż chcemy zlikwidować zjawisko znacznie zawyżonych świadczeń emerytalnych; zawyżonych niesprawiedliwe, w sposób nieuzasadniony i kosztem zwykłych ludzi – tak przed rokiem 1989, jak i dziś.

Argumentujmy – podobnie jak Niemcy – że obniżanie emerytur nie jest atakiem politycznym, sądem zwycięzców nad zwyciężonymi. Przeciwnie – to zawyżanie płac i emerytur w PRL było działaniem politycznym i ideologicznym. A ich dzisiejsze obniżanie jest jak najbardziej zgodne z konstytucją, gdyż ustawodawca ma podstawy do tego, aby wyjść z założenia, iż ludzie z SB pobierali zawyżone pensje, uzasadnione politycznie (to z werdyktu niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego). Zamiast wyważać drzwi, które ktoś już kiedyś otworzył, uczmy się od Niemców – zarówno na gruncie rozwiązań prawnych, jak i ich uzasadnienia.
Wojciech Pięciak
Autor jest redaktorem „Tygodnika Powszechnego”. Opublikował wiele książek o Niemczech i stosunkach polsko-niemieckich. Przygotowuje właśnie książkę o rozliczeniach z komunizmem w byłej NRD

Przeciwnicy lustracji agentami?

Źródło: Rzeczpospolita: Przeciwnicy lustracji agentami?
02.04.2007

Czy dwaj profesorowie Uniwersytetu Gdańskiego, przeciwnicy lustracji, mogli pracować dla PRL-owskich służb? Tak twierdzi tygodnik „Wprost”. Obaj naukowcy zaprzeczają

Spór o lustrację z tygodnia na tydzień nabiera rumieńców. Senaty kilku wyższych uczelni nie zostawiły na ustawie lustracyjnej suchej nitki. Podobnie organizacje zrzeszające rektorów (Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich i Konferencja Rektorów Uniwersytetów Polskich). Wszyscy uznali, że ustawa lustracyjna budzi wątpliwości konstytucyjne i etyczne.

Ale coraz głośniej odzywają się naukowcy, którzy popierają ustawę. W ubiegłym tygodniu41 pracowników naukowych UW napisało list, w którym uznali, że Senat UW wikła środowisko akademickie w politykę i sugeruje jego jednolitą postawę wobec lustracji – co według nich nie jest zgodne z prawdą.

Również rada naukowa Instytutu Badań Literackich PAN przyjęła uchwałę, w której uznała ustawę lustracyjną za sprzeczną „z duchem litery demokratycznego państwa”. I tu votum separatum zgłosiło czworo wybitnych profesorów.
Nie mamy się czego wstydzić

Do listu 41 naukowców UW (popierających lustrację) dopisały się kolejne 33 osoby. W Krakowie swój własny list napisało 48 pracowników naukowych Uniwersytetu Jagiellońskiego, którzy złożyli już oświadczenia lustracyjne. Dlaczego? „(…) Uczyniliśmy tak nie tylko z tego powodu, że nie mamy się czego wstydzić, ale przede wszystkim dlatego, iż uważamy, że tak pracodawca, jak młodsi koledzy i studenci mają prawo wiedzieć, jak postępowaliśmy niegdyś jako osoby prywatne oraz jako nauczyciele akademiccy związani etyką zawodową i obywatelską” – napisali.

Z osobnym apelem do pracowników naukowych o jak najszybsze podpisanie oświadczeń lustracyjnych -dla przywrócenia autorytetu nauki i wiarygodności pracowników naukowych – zwrócili się w piątek prof. Barbara Otwinowska, prof. Anna Pawełczyńska, prof. Jacek Przygodzki i prof. Elżbieta Rekłajtis.

19 kwietnia o tym, jak powinna przebiegać lustracja uczonych, rektorzy mają rozmawiać z prezydentem Lechem Kaczyńskim.
TW Lek i TW Zydran

Wczoraj na swojej stronie internetowej tygodnik „Wprost” podał, że prof. Andrzej Ceynowa, rektor Uniwersytetu Gdańskiego, i prof. Józef Włodarski, dziekan Wydziału Filologiczno-Historycznego gdańskiej uczelni, współpracowali z SB. Obaj sprzeciwiają się lustracji.

Według tygodnika Włodarski i Ceynowa byli tajnymi współpracownikami służb aż do końca PRL. Włodarski podpisał zobowiązanie do współpracy jako student w 1974 r. Miał rozpracowywać młodzież hipisowską oraz środowiska o nastawieniu antykomunistycznym. Przyjął pseudonim Zydran. Włodarski za współpracę z SB miał brać pieniądze. Po ukończeniu studiów przejął go Departament II MSW -kontrwywiad. Wtedy zaczął się posługiwać pseudonimem Jan.
Zemsta pracowników IPN?

Włodarski zaprzecza, że współpracował z bezpieką. Uważa, że artykuł we „Wprost” to zemsta pracowników IPN za to, iż krytykuje lustrację.

Według tygodnika prof. Andrzej Ceynowa pracował dla kontrwywiadu jako TW Lek – m.in. relacjonował swoje rozmowy z goszczącymi w Gdańsku Amerykanami. Ceynowa po ukończeniu anglistyki wyjeżdżał często do USA. W czasie stanu wojennego przez rok przebywał w renomowanym Yale University.

Archiwa IPN są otwarte dla dziennikarzy od 15 marca. Czy „Wprost” mógł wciągu dwóch tygodni zdobyć materiały archiwalne na temat Ceynowy i Włodarskiego? Z informacji „Rz” wynika, że zachowana dokumentacja byłej SB dotycząca TW Lek jest niewielka. Fakt samej rejestracji w latach 80. jest bezsporny. Nie wiadomo, czy zachowały się zobowiązanie do współpracy, teczka pracy, teczka personalna i dokumentacja funduszu operacyjnego.

Ostatnio o Ceynowie zrobiło się głośno 21 marca, przy okazji lustracji naukowców. Profesor wpadł na „fortel lustracyjny”. Na czym miałby polegać? Tych naukowców,którzy nie chcieliby się zlustrować, mógłby na ich życzenie przekwalifikować na asystenta. A asystenci nie podlegają lustracji. – Ta forma lustracji jest niesprawiedliwa -mówił kilka dni temu Ceynowa „Gazecie Wyborczej”.

Prof. Józef Włodarski także w „Gazecie Wyborczej” mówił: – IPN nie może być po tylu latach wyrocznią. Archiwa są niewiarygodne.

Jeszcze przed ujawnieniem rewelacji „Wprost” gdański poseł PiS Jacek Kurski zwołał konferencję prasową. Wezwał TW Zydran i TW Lek do ujawnienia – ale nie podał, o kogo chodzi. – Nie może być tak, że pod pozorem buntu wykształciuchów unikną lustracji ludzie zamieszani we współpracę z bezpieką – powiedział „Rz” Kurski. – Ta sprawa pokazuje, że ludzie przeciwni lustracji tak naprawdę bronią swojej skóry.

Wykształciuchy płyną z prądem – czyli lustracja na uniwersytetach

Źródło: Rzeczpospolita: Wykształciuchy płyną z prądem
28.03.2007

Prawdziwy intelektualista czy choćby inteligent to nie ten, który idzie ze wszystkimi, płynąc z prądem powszechnej w środowisku opinii, ale ten, kto potrafi się jej przeciwstawić, odważnie broniąc opinii niepopularnych. Ale dziś w środowiskach naukowych niewielu jest odważnych, którzy chcieliby płynąć pod prąd – pisze Tomasz Terlikowski, publicysta „Rzeczpospolitej”

Histeria pracowników naukowych trwa. Kolejne uczelnie i wydziały wydają oświadczenia, w których sprzeciwiają się „łamaniu sumień”, „atakowi na niezależność wyższych uczelni” czy nawet „zamachowi na demokrację”. Rektorzy – w imię wierności powołaniu naukowca – sugerują, jak ominąć prawo, przechodząc ze stanowiska profesora na stanowisko asystenckie. A wszystko przy wsparciu czy wręcz pod wpływem niechętnej jakiejkolwiek lustracji części mediów, które kreują niechętnych oczyszczeniu pracowników nauki na bohaterów sumienia porównywalnych tylko z tymi, którzy przed laty sprzeciwiali się komunizmowi.

Nacisk środowiska

Tyle tylko, że akurat obecnie odwagi trzeba raczej do tego, by głosić poglądy prolustracyjne. Zwolennicy oczyszczenia środowiska są skutecznie marginalizowani. – Istnieje niezwykle silna presja środowiska, by nie głosić poglądów prolustracyjnych. Część moich kolegów nie przyznaje się do tego, że jest za oczyszczeniem, bo obawia się, że ich projekty badawcze zostaną utrącone – opowiada jeden z pracowników naukowych niższego szczebla Uniwersytetu Warszawskiego. – Istnieje także bardzo silny nacisk, by decyzje podejmować jednogłośnie, bez sprzeciwu.

Przyznaje to, choć niezwykle ostrożnie, nawet prof. Mirosława Grabowska, którą trudno posądzić o poglądy bliskie rządowi PiS. – Ja nic takiego nie odczułam, może dlatego, że jestem przyzwyczajona do bycia w mniejszości. Ale zgłaszają się do mnie od dwóch – trzech dni młodsi koledzy z innych wydziałów, którzy opowiadają o naciskach – mówi prof. Grabowska. – Ale nawet jeśli nie ma nacisków, to doskonale widać zmianę atmosfery na antylustracyjną.

To właśnie ta atmosfera sprawia, że wiele osób podpisuje się pod apelami o zaprzestanie lustracji. A żeby podpisów było odpowiednio dużo, listy podsuwane są przez profesorów doktorantom i początkującym doktorom, którzy bez szemrania je podpisują. – Nie ma oczywiście przymusu, ale trudno odmówić człowiekowi, od którego zależy twoja kariera – opowiada historyk do niedawna związany z jednym z polskich uniwersytetów.

Nacisk środowiska jest tak mocny, że z wykonywania ustawy lustracyjnej wycofują się nawet ci, którzy początkowo ją wspierali. Na Uniwersytecie Jagiellońskim, gdzie rektor prof. Karol Musioł ogłosił, że zrealizuje ustawę lustracyjną, niezwykle ostre naciski na niego trwały tak długo, aż zdecydował się wstrzymać przesyłanie oświadczeń lustracyjnych do momentu orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego. W oświadczeniu przekazanym mediom swoje stanowisko wyjaśnia wątpliwościami prawnymi. Jednak nieoficjalnie w Krakowie sugeruje się, że nie mniej istotną przyczyną tej decyzji były niezwykle mocne naciski środowiska naukowego, które przeciwne jest jakiejkolwiek lustracji.

Środowisko nieoczyszczone

Skąd bierze się tak mocny nacisk na wstrzymanie lustracji? Poza słuszną krytyką niektórych rozwiązań prawnych zastosowanych w ustawie powodem może być absolutna niechęć do oczyszczenia środowiska w ogóle. W polskiej nauce nadal jako autorytety funkcjonują profesorowie, którzy jak Eugeniusz Duraczewski, karierę zrobili w peerelowskiej propagandzie historycznej. I nikomu nie przeszkadza, że jeszcze w 1987 roku przekonywał on w oficjalnych publikacjach, że za mordem polskich oficerów w Katyniu stali Niemcy, a nie Sowieci. – Profesorowie, którzy pisali magisteria i doktoraty z myśli ekonomicznej Stalina, nadal pracują. I dla nich jakiekolwiek wspomnienie o oczyszczeniu jest niedopuszczalne – wskazuje dr Piotr Gontarczyk, historyk z IPN.

Brakuje w tym środowisku nawet próby dokonania moralnej oceny współpracy z SB. Bo choć kilku starszych profesorów przeniesiono na emerytury po ujawnieniu ich współpracy z bezpieką, to inni nadal funkcjonują w swoich środowiskach. Profesor Andrzej Garlicki (KO Pedagog), choć przyznał się do podpisania deklaracji współpracy, a z informacji podawanych przez media wynika, że współpracował z bezpieką do roku 1989 – nie tylko nie zaprzestał działalności badawczej, ale wciąż uchodzi za eksperta i wybitnego specjalistę.

Takich historii może być zresztą o wiele więcej. – Środowisko naukowe obok dziennikarskiego i prawniczego było jednym z najlepiej zinfiltrowanych w Polsce. Na razie trudno jednak o jednoznaczne dane procentowe ilości agentury – podkreśla dr Gontarczyk. A dr Tomasz Ochinowski, socjolog i psycholog z Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego, konkluduje: – Komunistom udało się przetrącić moralny kręgosłup inteligencji humanistycznej. Aby robić karierę w naukach społecznych, szło się na ustępstwa. I to widać do tej pory.

Zapewne dlatego tak niechętnie – szczególnie na wydziałach humanistycznych – patrzy się nie tylko na przypominanie niewygodnych wydarzeń z przeszłości, ale nawet na badania nad historią najnowszą. – Na spotkania IPN czy Ośrodka Myśli Politycznej w Krakowie przychodzi wyłącznie inteligencja techniczna, humaniści otwarcie je ignorują – podkreśla Michał Szułdrzyński, doktorant na Uniwersytecie Jagiellońskim i redaktor naczelny kwartalnika „Nowe Państwo”.

Inteligencja w opozycji

Ogromne znaczenie dla podtrzymywania histerii wokół oświadczeń lustracyjnych ma również fakt programowej opozycyjności elit naukowych wobec PiS. – Do dobrego tonu należy wyśmiewanie się ze zdolności naukowych Lecha Kaczyńskiego. I mało kto chce pamiętać, że po elektryku i niedoszłym magistrze mamy obecnie prezydenta doktora habilitowanego – opowiada dziekan Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu ks. prof. Paweł Bortkiewicz. – Zdarzają się oczywiście inne poglądy, ale traktowane są one trochę jak underground.

Programowa antyrządowość, podobnie zresztą jak przyłączenie się do antylustracyjnej nagonki, sprawia wrażenie najprostszego sposobu na załapanie się na intelektualne salony.

Tyle tylko, że ci wszyscy, którzy próbują polepszyć sobie w ten sposób samopoczucie, mogliby pamiętać, że prawdziwy intelektualista czy choćby inteligent to nie ten, który idzie ze wszystkimi, płynąc z prądem powszechnej w środowisku opinii, ale ten, kto potrafi się jej przeciwstawić, broniąc opinii niepopularnych. Obecnie zaś taką niepopularną opinią wśród naukowców pozostaje opowiedzenie się po stronie oczyszczenia własnego środowiska.

Tomasz P. Terlikowski

Wykładowcy i naukowcy w sieci SB

Źródło: Rzeczpospolita: Akademicy w sieci SB
26.03.2007

Po 1956 roku najważniejszym środkiem werbunku w środowiskach akademickich był paszport. Ale znam też przypadek osoby, która jako TW doszła do stanowiska rektora jednej z uczelni wyłącznie z nienawiści do innego profesora, którego chciała zniszczyć donosami – mówi znany historyk i politolog w rozmowie z Joanną Lichocką

Rz: Co pan myśli, kiedy słyszy pan protesty środowisk akademickich przeciw składaniu oświadczeń lustracyjnych?

Antoni Dudek: Ja złożyłem oświadczenie lustracyjne na Uniwersytecie Jagiellońskim i nie mam poczucia, że jakieś moje prawa osobiste zostały naruszone, choć rozumiem, że ktoś może czuć inaczej. Byłem przeciwny modelowi lustracji, który zakłada składanie oświadczeń na tak wielką skalę. Jestem za otwarciem archiwów, by wszystkie dokumenty, z zastrzeżeniem sfery intymnej, były dostępne dla wszystkich zainteresowanych. Senaty uczelni wyższych po zapoznaniu się z ustaleniami, które poczyniliby historycy lub dziennikarze, musiałyby podejmować indywidualne decyzje, czy chcą mieć w swoim gronie danego konfidenta SB.

Skąd tak gwałtowny protest pracowników wyższych uczelni?

Dla niektórych to część protestu przeciw obecnemu układowi rządzącemu. Inni uważają rzeczywiście, że coś się niedobrego dzieje, i nie chcą dowodzić, że nie są wielbłądem. I są tacy, którzy chronią swoją przeszłość. Na Uniwersytecie Jagiellońskim nie słychać tak gwałtownych protestów jak na przykład na Uniwersytecie Warszawskim, bo na krakowskiej uczelni już ujawniono wielu współpracowników SB, w tym dyrektora Instytutu Historii. Na większości polskich uczelni jednak wciąż występuje niepisana presja środowiska naukowego, by się tym po prostu nie zajmować.

Czy można oszacować, ile osób ze środowiska naukowego mogło być uwikłanych we współpracę z SB?

Nikt w SB nie prowadził tak szczegółowych statystyk. Mamy jednak dane z połowy lat 70. o wykształceniu tajnych współpracowników SB w całym kraju. O ile wśród ogółu społeczeństwa około 4 proc. ludzi miało wtedy wyższe wykształcenie, to wśród TW było ich 37 proc.

Niewykształceni mniej interesowali SB?

Chłop z zapadłej wsi był mało atrakcyjnym współpracownikiem, bo czego esbecy mogli się od niego dowiedzieć? Nauczyciele akademiccy, lekarze, prawnicy, dziennikarze mieli większe skłonności do kontestowania ustroju. Tam był ferment opozycyjny, kontakty z Zachodem. Środowiska te kształtowały też postawy społeczne i SB chciała mieć przez nie wpływy.

Jak duże były te wpływy?

W całej Polsce od połowy lat 40. liczba agentów systematycznie wzrastała. W 1956 r. sieć gwałtownie się załamała. Potem znowu była odbudowywana. Na uczelniach ważną cezurą jest Marzec ’68, bo kierownictwo bezpieki i partii dochodzi do wniosku, że za mało wiedziało o tym, co się dzieje w szkołach wyższych. W konsekwencji zaczęła się znacząca rozbudowa agentury. Apogeum przypada na lata 80. Mamy dane z lat 1981 – 1983, które mówią, że w warszawskich szkołach wyższych liczba tajnych współpracowników wzrosła z 58 do 124. A tajny współpracownik to tylko jedna z kategorii. I tak na przykład w Krakowie w 1981 roku na UJ działało 18 tajnych współpracowników, 25 kontaktów operacyjnych i 11 kontaktów służbowych. Tajny współpracownik był najwyższą formą współpracy agenturalnej, ale zgodnie z instrukcjami pracy operacyjnej, które obowiązywały po 1970 roku, nie można było jako TW rejestrować członków PZPR. Oni zostawali kontaktami operacyjnymi. Z 25 kontaktów operacyjnych 90 proc. to z pewnością członkowie PZPR. Wreszcie kontakty służbowe – to najbardziej dyskusyjny rodzaj agentury. Były to osoby funkcyjne – dziekani, prodziekani czy nawet prorektorzy, czyli ludzie, którzy z racji sprawowanej funkcji spotykali się z oficerami SB. Ale nie oznacza to, że każdy, kto zajmował funkcję kierowniczą, był kontaktem służbowym. Stawał się nim ten, kto wyraźnie wykazywał większą chęć do rozmowy z SB niż inny. Gdy dawał sygnały gotowości udzielania informacji, to był rejestrowany.

Mamy jeszcze jakieś dane?

Na Politechnice Warszawskiej w 1982 roku było 49 tajnych współpracowników i prawdopodobnie jeszcze więcej kontaktów operacyjnych. W tej grupie są zarówno studenci, jak i pracownicy administracji oraz nauczyciele akademiccy. Ale jaka była proporcja poszczególnych grup, możemy spróbować się dowiedzieć na przykładzie agentury na KUL w Lublinie. W 1983 roku było tam 39 TW. W 1988 roku liczba ta wzrosła do 50, z czego 23 było pracownikami naukowymi. Ale te dane nie obejmują wywiadu cywilnego, czyli Departamentu I MSW. Wywiad miał na uczelniach niezależną sieć nieuwzględnioną w danych, które podałem.

Jakie jeszcze rodzaje specsłużb PRL zajmowały się wyższymi uczelniami?

Najbardziej znaczące uniwersytety były przedmiotem zainteresowania kontrwywiadu i wywiadu, bo tam było dużo kontaktów zagranicznych. Mniejsze ośrodki były domeną Departamentu III, który zajmował się rozpracowywaniem opozycji i środowisk inteligenckich. A KUL zajmował się Departament IV, bo to uczelnia kościelna.

Wielu naukowców mówi, że rutyną było podpisywanie zobowiązania przed wyjazdem za granicę i składanie raportów po powrocie. Że każdy musiał tak robić.

Nieprawda. Nie każdy nauczyciel akademicki, który wyjeżdżał za granicę, musiał być zwerbowany. Wiele osób wyjeżdżało, choć nigdy niczego nie podpisało. Ale były i takie, które nigdzie nie wyjeżdżały, bo nie chciały niczego podpisać. Jedno jest prawdą – po 1956 roku najważniejszym środkiem werbunku w środowiskach akademickich był paszport. Były też inne – wypadek samochodowy, sprawy obyczajowe, ale też i chęć awansu. Znam przypadek osoby, która doszła do stanowiska rektora jednej z najważniejszych uczelni w Polsce i była tajnym współpracownikiem wyłącznie z nienawiści do innego profesora, którego chciała zniszczyć donosami.

Ta sprawa została ujawniona i opisana?

Wciąż czeka na swojego autora, choć w PRL była to postać znana, piastowała wysokie godności państwowe. Warto natomiast pamiętać, że wywiad PRL zajmował się przede wszystkim środowiskami polonijnymi oraz tzw. ośrodkami dywersji ideologicznej. Historyk, który chciał pojechać do Instytutu Sikorskiego czy Instytutu Piłsudskiego, był w znacznie gorszej sytuacji od biologa, który jechał do Francji albo do Szwecji, by się zajmować badaniami DNA.

Były uczelnie bardziej i mniej zinfiltrowane? Bardziej lub mniej „czerwone”? Do jakiego stopnia elita intelektualna PRL była świadomie kształtowana?

Tym zajmowała się PZPR. Byli wyznaczeni towarzysze, którzy prowadzili politykę kadrową uczelni. W drugiej połowie lat 80. studiowałem historię na UJ i nie mogłem wyjść ze zdumienia, że wśród wykładowców jest magister w wieku przedemerytalnym. Nazywał się Andrzej Kozanecki i dobiegał sześćdziesiątki. Nie rozumiałem, dlaczego magister w tym wieku wciąż pracuje na uczelni, dlaczego jest otoczony szacunkiem starszej kadry i dlaczego prowadzi ćwiczenia z historii PRL. Dopiero kilka lat później z akt krakowskiej PZPR się dowiedziałem, że był on na przełomie lat 60. i 70. sekretarzem komitetu krakowskiego PZPR i głównym architektem polityki kadrowej w krakowskich szkołach wyższych. Decydował o akceptacji wniosków o profesurę czy o wydaniu paszportu na wyjazd zagraniczny. W stanie wojennym został I sekretarzem PZPR na uniwersytecie. Na UJ trzymano go jeszcze w latach 90. Tego typu towarzyszy na uczelniach było więcej.

Z tego, co pan mówi, środowisko naukowe ma poważny problem z rozliczeniem się z przeszłością.

Tu są dwie kwestie. Pierwsza to sprawa tajnej współpracy z SB. Druga – zupełnie jawnej współpracy z reżimem PRL, co po roku 1989 odkreślono grubą kreską. Pomijając likwidację Akademii Nauk Społecznych przy KC PZPR, szkoły partyjnej, której wykładowcy rozeszli się zresztą bez większych problemów po innych szkołach wyższych, nie przeprowadzono żadnych procedur weryfikacyjnych. W NRD po 1989 roku od razu zwolniono niemal wszystkich wykładowców nauk społecznych i pokrewnych. Podobnie w Czechach. Tymczasem szkolnictwo wyższe w III RP uległo swoistej petryfikacji, a wielu ludzi skompromitowanych w czasach PRL wciąż odgrywa w nim istotną rolę.

Jest na to sposób?

Trzeba liczyć na proces biologicznej wymiany. Czas na gruntowną zmianę elit akademickich był po roku 1989. Usuwanie teraz kogoś z uczelni tylko dlatego, że przed 1989 rokiem był gorliwym marksistą, byłoby absurdalne, zwłaszcza że on już przecież dawno zmienił poglądy. Sensowniejsze wydaje się wprowadzenie takiego modelu kariery akademickiej, który pozwoliłby na szybszy awans i samodzielność młodych naukowców, a zarazem wyeliminował tych profesorów, którzy swoją karierę w większym stopniu zawdzięczają partii czy bezpiece niż rzeczywistym dokonaniom naukowym.

Czemu tego jeszcze nikt nie opisał?

Jest presja środowiskowa. Poza tym to wymaga przedarcia się przez ogromną liczbę dokumentów. Łatwo jest opisać konkretną sprawę, jeśli zachowała się teczka pracy agenta, natomiast pisanie przekrojowych zagadnień, np. opisanie dużego uniwersytetu, jest zadaniem ogromnym. Materiały są rozproszone, trzeba je jak mozaikę zbierać i układać. Historycy zaczęli to robić dopiero teraz. Dane, które podałem, pochodzą z badań nad KUL, UJ i środowiskami akademickimi w Warszawie. W ciągu roku, dwóch możemy się spodziewać pierwszych publikacji.
Rozmawiała Joanna Lichocka

Antoni Dudek jest politologiem i historykiem z UJ, doradcą prezesa IPN. Ostatnio wyszła jego książka „Historia polityczna Polski 1989 2005”

Lustracja dziennikarzy i ich opór przed nią

Źródło: Rzeczpospolita: Zaczadzony umysł dziennikarskich gwiazd
12.03.2007

Składanie w ambasadzie amerykańskiej oświadczenia, że nie jest się dziwką, alfonsem ani terrorystą, dziennikarzy jakoś nie upokarzało, a składanie państwu polskiemu oświadczenia, że nie było się konfidentem bezpieki, upokarza tak, że gorzej nie można? – pyta publicysta „Rzeczpospolitej”

Czy jesteś narkomanem, prostytutką albo stręczycielem? Czy byłeś, jesteś bądź zamierzasz się angażować w działalność terrorystyczną? Czy podlegałeś śledztwu w sprawie zbrodni nazistowskich? – to tylko niektóre pytania, na jakie odpowiada każdy ubiegający się o amerykańską wizę. Nie słyszałem nigdy, aby którykolwiek z naszych dziennikarzy czy pracowników naukowych odmówił wypełnienia tego formularza. Dotyczy to także liderów i uczestników nabierającej rozpędu akcji odmowy składania oświadczeń lustracyjnych, z których znakomita większość w USA bywała, a pozostali nigdy pryncypialnie możliwości wyjazdu nie odrzucali.

Jak pogodzić to z argumentacją antylustratorów? Składanie Wujowi Samowi oświadczenia, że nie jest się dziwką, alfonsem ani terrorystą, jakoś ich nie upokarzało – a składanie Rzeczypospolitej oświadczenia, że nie było się (bądź: było się, bo przecież i tak można) konfidentem bezpieki, upokarza tak, że gorzej nie można, że muszą się przeciwko temu upokorzeniu odwoływać do akcji obywatelskiego nieposłuszeństwa?

Nic nowego

Oświadczenie lustracyjne, wbrew temu, co twierdzą zwolennicy bojkotu, nie stawia osoby je składającej na pozycji podejrzanego. Wręcz przeciwnie; gdyby państwo traktowało obywateli jako podejrzanych, sprawdzałoby ich, a nie zakładało prawdomówność.

Oświadczenie takie nie jest zresztą instrumentem nowym. Od dawna składają je wszyscy kandydaci na posłów i senatorów, także ci z piękną opozycyjną kartą. Myślę, że Bogdan Borusewicz czy Zbigniew Romaszewski mieliby większe od dziennikarskich gwiazd prawo oburzać się, że ktoś śmie ich pytać o przeszłość. Ale jakoś się nie oburzali.

Oświadczenia lustracyjne złożyła większość dziennikarzy niemieckich, w tym praktycznie wszyscy z terenów byłej NRD. Fakt, że czynili to nie z mocy ustawy, ale na żądanie pracodawców, jest może jakimś argumentem w sporze o kształt prawa lustracyjnego, ale co do kwestii rzekomego „zapewniania, że się nie jest wielbłądem” nie zmienia niczego.

Oświadczenia lustracyjne składali także adwokaci – na mocy decyzji swojego zawodowego samorządu. Po podjęciu tej decyzji stu kilkudziesięciu członków palestry przeniosło się cichcem do korporacji radców prawnych, która swoim członkom takiego wymogu nie stawia, ale żaden z nich nie odmówił złożenia oświadczenia, twierdząc, że to go jako adwokata poniża.

Upokorzone środowisko

Niektórzy z uczestników i kibiców bojkotu przywiązują wielką wagę do faktu, że obowiązek składania oświadczeń wynika z ustawy, nie zaś z inicjatywy środowiska. Ten argument wydaje mi się równie pretekstowy jak rzekome „upokorzenie” – wiadomo, że w tych środowiskach nie istnieje żaden powszechnie szanowany samorząd zawodowy, który mógłby sprawę załatwić.

W ogólnej degrengoladzie naszego życia publicznego korporacja adwokacka była wyjątkiem, regułą jest to, co zaprezentowali radcy prawni. Argument „niech dziennikarze lustrują się sami” w praktyce oznacza odłożenie sprawy „na świętej Nigdy”.

Nie można także uznać sensowności twierdzenia, że żądanie oświadczeń z mocy ustawy to jakaś niedopuszczalna ingerencja państwa w dziennikarską wolność i naruszenie fundamentalnej dla demokracji niezależności tego środowiska. Ustawa lustracyjna wprowadza tylko procedury i rząd nie ma żadnej możliwości ingerowania w nie na czyjąś korzyść bądź niekorzyść.

Mówiąc krótko – argumentacja zwolenników bojkotu jest w oczywisty sposób nieskładna, naciągana, a momentami wręcz kłamliwa, i wydaje się oczywiste, że w całej akcji nie chodzi o to, co jej zwolennicy deklarują.

Sadzenie lasu

O co zatem? Chestertonowski ksiądz Brown uczył, że mądry człowiek stara się ukryć liść w lesie, a jeśli nie ma w pobliżu lasu, mądry człowiek stara się go zasadzić. Demagogia, mająca na celu skłonienie jak największej liczby dziennikarzy czy naukowców do bojkotu prawa lustracyjnego, nie jest pierwszą próbą takiego właśnie zasadzenia lasu.

W sprawach lustracji istnieje już pewna rutyna, zgodna zresztą ze szkoleniem na wypadek demaskacji, jakiego udzielała swym konfidentom bezpieka. Każdy zdemaskowany zaprzecza, że w ogóle nie rozmawiał. Kiedy znajdą dowody, że rozmawiał, twierdzi, że nic nie podpisywał. Gdy znajdą się podpisy, mówi, że owszem podpisał, ale nie donosił i nie brał pieniędzy. A jeśli znajdą się i donosy, i pokwitowania – że pisał o głupstwach i nikogo nie skrzywdził.

Ludziom, którzy nie wiedzą na razie, ile z ich teczek się zachowało, akcja bojkotu i rozmaite sztuczki prawne, w rodzaju tych wymyślonych przez kierownictwo „Gazety Wyborczej”, mają pozwolić dotrwać do chwili opublikowania danych z IPN, co z kolei pozwoli im wybrać odpowiednią opcję z powyższej listy.

Zrównywanie prawa demokratycznej Polski z reżimem PRL, demagogia o „lojalkach IV RP” etc. to zachowania głupie i podłe, świadczące o umysłowym zaczadzeniu znacznej części naszych tzw. elit intelektualnych. Przykre, że w imię jakiejś przedziwnej salonowej perwersji w obronę tak złej sprawy angażują się niekiedy osoby skądinąd zacne.
Rafał A. Ziemkiewicz

Nieposłuszeństwo obywatelskie wg Jacka Żakowskiego

Źródło: Rzeczpospolita: Między snem Martina Luthera Kinga a koszmarem Jacka Żakowskiego
12.03.2007

Sytuacji Martina Luthera Kinga czy Mahatmy Gandhiego nijak nie da się porównać z Polską Anno Domini 2007. Prawo dotyczące lustracji dziennikarzy nie łamie fundamentalnej zasady godności człowieka i nie narusza zasady równości wobec prawa, bez względu na rasę, orientację seksualną czy wyznanie religijne. Jest ono tylko próbą weryfikacji zawodowej osób, które pełnią funkcję czwartej władzy – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”

Nieposłuszeństwo obywatelskie – te dwa słowa od kilku dni nie schodzą z ust przeciwnikom lustracji dziennikarzy. Ich działania nie są przecież (któż śmiałby tak pomyśleć) próbą obrony kilku osób, które muszą się przyznać do bycia kapusiem, nie są łamaniem obowiązującego w suwerennym kraju prawa. Są natomiast szlachetnym odruchem walki o najbardziej podstawowe prawa człowieka, które są łamane przez rząd i pozostający na jego usługach Instytut Pamięci Narodowej. W tak zarysowanej scenie Jacek Żakowski, Ewa Milewicz, Wojciech Czuchnowski czy Wojciech Mazowiecki, a wraz z nimi redaktorzy naczelni „Gazety Wyborczej” i „Przekroju”, przekształcają się w bohaterów na miarę Martina Luthera Kinga czy Mahatmy Gandhiego, którzy zgodnymi z prawem metodami biernego oporu starają się zwyciężyć struktury zła…

Problem polega tylko na tym, że obraz ten nie ma nic wspólnego ani z polską rzeczywistością, ani z rzeczywistymi działaniami bojowników o prawa człowieka, posługujących się zasadą „obywatelskiego nieposłuszeństwa” i „zaniechania przemocy”.

Stosowanie takich porównań nie tylko deprecjonuje Kinga i Gandhiego, ale także ośmiesza rzeczywistość opisaną przez znakomitych przecież publicystów „GW” czy „Polityki”.

Nieposłuszeństwo amerykańskiego pastora…

Już sam pomysł, by zestawić sprzeciw wobec segregacji rasowej z obroną kapusiów, którzy będą musieli przyznać się do swojej działalności lub przestać wypowiadać się jako autorytety, wydaje się – najdelikatniej rzecz ujmując – nadużyciem. Obywatelskie nieposłuszeństwo Martina Luthera Kinga skierowane było przeciwko prawu, które naruszało najbardziej podstawową zasadę godności człowieka, która jest niezależna od jego pochodzenia, orientacji seksualnej, rasy czy religii. Prawo, które łamie tę podstawową zasadę godności osoby ludzkiej, jest prawem złym, któremu można i należy się przeciwstawiać.

Metoda obywatelskiego nieposłuszeństwa wybrana przez amerykańskiego pastora, choć zakorzeniona w chrześcijańskiej tradycji i ugruntowana lekturą Mahatmy Gandhiego, miała jednak wymiar pragmatyczny. Zasada non violence była na amerykańskim Południu najnormalniej w świecie jedyną skuteczną metodą walki politycznej. Próba siłowego rozwiązania w warunkach kontrolowania sił policyjnych i porządkowych przez białych musiałaby doprowadzić do rzezi czarnych.

Pokojowy protest, akcje bojkotu ekonomicznego czy polityczne happeningi były o wiele skuteczniejsze i pewniejsze niż siła. W tamtym czasie bowiem mało prawdopodobne wydawało się ściśle polityczne rozwiązanie kwestii. Partie na Południu kontrolowane były bowiem przez białych zwolenników segregacji, którzy skutecznie uniemożliwiali ściśle legalistyczne rozwiązanie problemów.

…i jego parodia

Sytuacji baptystycznego pastora nijak nie da się więc porównać z Polską Anno Domini 2007. Prawo dotyczące lustracji dziennikarzy nie łamie fundamentalnej zasady godności człowieka i nie narusza zasady równości wobec prawa, bez względu na rasę, orientację seksualną czy wyznanie religijne. Jest ono tylko próbą (kulawej, trzeba przyznać) weryfikacji zawodowej osób, które pełnią funkcję czwartej władzy.

Jeśli podobne oświadczenia składać musieli politycy i sędziowie, to nie ma najmniejszych powodów, by nie składali ich dziennikarze. Sugerowanie, że ma to ich poniżać nie wytrzymuje krytyki.

Sugestia, że rząd próbuje ograniczyć dostęp do zawodu dziennikarza, jest co najmniej zabawna. Ustawa nie karze bowiem – dokładnie tak jak w przypadku polityków – za sam fakt współpracy, lecz jedynie za jego zatajenie. Jeśli ktoś chce nadal pracować jako dziennikarz, a ma w swoim życiu epizod donoszenia na przyjaciół, musi się do tego przyznać. I nic więcej.

Nie ma to zatem nic wspólnego z dyskryminacją ze względu na przeszłość. Jest najwyżej jasnym pokazaniem, że zawód dziennikarza wymaga pewnych standardów etycznych. Jeśli więc można dostrzec analogie między postawą „obywatelskiego nieposłuszeństwa” Kinga a jego parodią w wydaniu współczesnych antylustytratorów – to jest to sfera taktyki politycznej.

Miara autentyczności

King miał pełną świadomość, że w sytuacji politycznej USA początku lat 50. jego wizja nie ma innych szans realizacji niż przy zachowaniu postawy non violence. Podobnie zdają się myśleć nasi przeciwnicy lustracji dziennikarzy. Oni także mają świadomość, że zdecydowana większość społeczeństwa (w tym także polityków, którzy uchwalali prawo) opowiada się za weryfikacją moralną osób odgrywających istotną rolę w życiu publicznym.

Obecnie nie ma więc możliwości takiej zmiany prawa, w której TW mogliby nadal chronić się pod maskę własnego dobrego imienia. Dlatego zamiast normalnej akcji polityczno-publicystycznej podejmują działania próbujące szantażem emocjonalnym wymusić zawieszenie (specjalnie dla nich) prawa.

Różnica jest jednak taka, że o ile w południowych stanach USA rzeczywiście łamano prawa ludzkie, a policja stanowa jednoznacznie opowiadała się po stronie osób je łamiących, o tyle w Polsce nie mamy z czymś takim do czynienia. IPN nie jest zbrojnym ramieniem rządu czy prezydenta (prezes Kurtyka krytykował przecież prezydencką nowelizację ustawy), a prawo lustracyjne nikogo nie dyskryminuje.

I wreszcie trudno nie dostrzec, że o ile „obywatelskie nieposłuszeństwo” Martina Luthera Kinga niosło ze sobą autentyczne zaangażowanie, o tyle w przypadku wezwań publicystów „GW” czy „Polityki” mamy do czynienia jedynie z jego pozorowaniem, swoistą medializacją. Amerykański pastor rozpoczynając akcję, miał pełną świadomość, że ryzykuje życiem. Tak się zresztą w końcu stało.

Czym natomiast ryzykują bojownicy o dobre imię agentów? Przykład Lesława Maleszki pokazuje, że nawet nie utratą ciepłej posadki. Najwyżej przesunięciem na inne odcinki pracy. Bufetową na pewno nikt nie zostanie.
Tomasz P. Terlikowski

Komunistów trzeba ukarać

Źródło: Rzeczpospolita: Komunistów trzeba ukarać
07.02.2007

Potrzebne jest jednoznaczne wskazanie, że PRL to nie była niepodległa Polska, a ludzie, którzy nią kierowali, de facto umacniali sowiecką dominację nad naszym krajem. PZPR miała w imieniu innego państwa i na jego polecenie pacyfikować wszelkie przejawy suwerenności narodu – twierdzi publicysta „Rzeczpospolitej”

Dekomunizacja? Nawet nie warto o tym marzyć. W ł a ś c i w i e wszystkie argumenty są przeciw. Począwszy od czysto politycznych, a skończywszy na społecznych i moralnych. A więc powiedzmy sobie szczerze: dlaczego nie będzie dekomunizacji?

Bo nie da się jej przeprowadzić w parlamencie. Bo to pomysł na tyle radykalny i nierozsądny, że nigdy nie znajdzie odpowiedniej większości. Kto w obecnym Sejmie mógłby przegłosować ustawę dekomunizacyjną? Przecież Platforma Obywatelska po pierwsze jest partią umiarkowaną, daleką od skrajności, więc nie zaangażuje się w takie awantury, a po drugie jest tak skłócona z PiS, że nie ma mowy, aby zechciała poprzeć taki projekt. O SLD czy PSL od razu zapomnijmy – to partie postkomunistyczne, a więc same są zagrożone ewentualną ustawą.

LPR i Samoobrona? Nawet nie myślmy o ich poparciu, bo – jak niedawno pisał Ryszard Bugaj w „Rzeczpospolitej” – nie wypada korzystać z głosów partii tak skompromitowanych w sprawie o takim ciężarze moralnym jak dekomunizacja…

Podobnie miało być z lustracją

Przypomnijmy sobie, jak wyglądały losy lustracji w Polsce. W roku 1990 nikt głośno nawet nie mówił okonieczności sprawdzania, kto z polityków III RP był agentem SB, a dwa lata później po liście Macierewicza było jeszcze gorzej, bo ten, kto opowiadał się za lustracją, był uznawany za oszołoma – tak nazywano osoby, które wyrażały poglądy odmienne od uznanych za poprawne politycznie. Ale mimo to w kwietniu 1996 roku Sejm przyjął ustawę lustracyjną. A był to Sejm wybrany w 1993 roku, w którymdominowali postkomuniści, a rolę prawicy (w Polsce tradycyjnie prolustracyjnej) odgrywały niechętne lustracji KPN i Unia Wolności – bo rzeczywiste ugrupowania prawicowe przegrały wybory.

Dwa lata później została przyjęta ustawa o Instytucie Pamięci Narodowej dająca dostęp do akt dawnej SB wszystkim poszkodowanym oraz historykom. I za ustanowieniem tej instytucji głosowała nie tylko współrządząca wówczas Akcja Wyborcza „Solidarność”, ale też będąca z nią w koalicji Unia Wolności – partia, ufundowana na głębokiej niechęci do rozliczenia komunistycznej spuścizny.

Choć od upadku PRL upływają kolejne lata, to – paradoksalnie – coraz trudniej znaleźć przeciwników rozliczania komunizmu. Dziś ze świecą trzeba by było szukać publicystów jawnie deklarujących się przeciw lustracji, ujawnianiu akt SB (zwykle ich deklaracje brzmią: jestem za lustracją, ale…), a teksty, których autorzy piszą o spaleniu bądź zabetonowaniu teczek, należą do medialnego folkloru.

Przestrzegałbym więc przed stwierdzaniem, że w obecnym Sejmie w jakiejś formie nie przeszłaby dekomunizacja głosami dawnego obozu solidarnościowego. Nic nie jest przesądzone.

Ale jeśli nawet PO, obrażona na PiS i zabiegająca przed wyborami prezydenckimi o poparcie SLD dla Donalda Tuska, byłaby przeciwnikiem ustawy, to czy rzeczywiście należałoby wzgardzić głosami LPR iSamoobrony? Skoro udało się kiedyś Akcji Wyborczej „Solidarność” kupić poparcie Unii Wolności dla ustawy o IPN, to tym razem na pewno uda się namówić koalicjantów PiS i użyć ich – po prostu – jak młotka do wbicia gwoździa. Ustawa przyjęta głosami rządowej koalicji nie będzie przecież mniej warta i mniej skuteczna od takiej, za którą głosowałaby Platforma.

Ludzie tęsknią za PRL…

Kolejnym argumentem używanym przez przeciwników dekomunizacji jest niesprzyjająca atmosfera społeczna. Skoro ludzie wspominają PRL z sentymentem, domagają się Hansa Klossa i Janka Kosa w telewizji, to sprzeciwią się ograniczaniu praw byłych komunistów. Poza tym każdy miał w rodzinie lub wśród przyjaciół jakiegoś partyjnego, więc dekomunizacja u wszystkich budzi niepokój. Dorzućmy jeszcze jeden argument – od 1989 roku minęło już tak wiele czasu, że postkomuniści uzyskali demokratyczny mandat, mieli swoich premierów, swojego prezydenta. Zostali oswojeni przez demokrację i nie są już groźni.

Argument mówiący o uzyskaniu wyborczej legitymacji wydaje się być rozsądny – któż śmiałby podważać logikę demokracji? Ale jest też równie ryzykowny – przecież nikt nie zaproponuje, aby nie ścigać przestępców tylko dlatego, że kiedyś zdobyli mandaty poselskie lub senatorskie. Logika demokracji oraz logika słuszności i sprawiedliwości nie zawsze są – używając języka komputerowego – kompatybilne.

Oczywiście – istnieje instytucja immunitetu parlamentarnego, ale dekomunizacja nie musi jej naruszać. Wystarczy, że ustawa po prostu zakaże niektórym kategoriom działaczy PZPR startu w wyborach (wszak polskie prawo zna karę pozbawienie niektórych praw obywatelskich) i już od następnej kadencji Sejm będzie zdekomunizowany.

…ale chcą rozliczenia komunizmu

Nie wolno zbyt łatwo na podstawie sentymentu do syrenki, trabanta czy kronik filmowych sprzed 30 lat wyrokować o poglądach ludzi na dekomunizację. Nawet najbardziej zaciekli przeciwnicy PRL potrafią dziś wspominać pierwszy adapter Bambino. Warto też zauważyć, że ostatnio – wraz ze zwiększaniem się swobodnej debaty w mediach – coraz większym społecznym poparciem cieszą się rozliczenia komunizmu: lustracja i odbieranie przywilejów dawnym ubekom. Skoro więc Polacy chcą karać miecz komunistycznego państwa, pewnie też nie sprzeciwiliby się ukaraniu ręki, która ten miecz dzierżyła – czyli Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej.

Po drugie, załóżmy przez chwilę, że Polacy rzeczywiście wspominają państwo komunistyczne jako coś własnego i sympatycznego. Niestety, to tylko argument za tym, że dekomunizacja jest naprawdę potrzebna. Skoro w ciągu kilkunastu lat istnienia III Rzeczpospolita nie potrafiła za pomocą łagodnych metod pokazać, że PRL była zła, to i dziś półśrodki – takie jak degradowanie członków WRON i odbieranie przywilejów ubekom – nie wystarczą.

Prawo – jak od dawna wiadomo – nie tylko odzwierciedla poglądy panujące w społeczeństwa, ale też je kształtuje (tego argumentu używano choćby wtedy, gdy wbrew woli większości Polaków zlikwidowano karę śmierci). Potrzebne jest więc jednoznaczne wskazanie przez państwo, że tamten kraj to nie była niepodległa Polska, a ludzie, którzy nim kierowali, de facto umacniali sowiecką dominację nad naszym krajem. PZPR miała w imieniu innego państwa i na jego polecenie pacyfikować wszelkie przejawy suwerenności narodu.

Zbiorowa odpowiedzialność

Na koniec argument przeciwników dekomunizacji mówiący o tym, że byłby to proces niemoralny, bo opierający się za zasadzie zbiorowej odpowiedzialności. Łatwo go rozbroić, szukając analogii do przepisów kodeksu karnego przewidujących kary za uczestnictwo w związku przestępczym oraz za kierowanie nim.

Jakie kary i dla kogo? Czy karać już sekretarza podstawowej organizacji partyjnej czy dopiero sekretarza komitetu powiatowego partii? A może każdego członka PZPR? To kwestie techniczne. Choć moim zdaniem – dla zdrowia społecznego – lepiej byłoby uznać, że cała PZPR była organizacją przestępczą, i wyciągnąć z tego odpowiednie wnioski.

PiS wprawdzie zaczęło przegląd swoich kadr pod kątem przynależności do PZPR, ale nie wierzę, by to i inne ugrupowania – a wszystkie mają członków dawniej należących do partii komunistycznej – zdecydowały się na tak szeroką lustrację.

Czy możliwe, żeby ktoś – zapisując się do PZPR – nie zdawał sobie z jej celów? Nawet najwięksi ideowi komuniści musieli mieć tego świadomość. Ten, kto tego nie rozumiał, musiał być ślepcem lub – przepraszam – kretynem. Oczywiście, mogły się zdarzać przykłady Konradów Wallenrodów lub ludzi, którzy uznali, że – jak na ich sumienia – z członkostwem z PZPR wiąże się zbyt wiele zła. Byli i tacy, którzy swoją późniejszą działalnością w opozycji odpokutowali członkostwo w kompartii – każdy z takich przypadków powinien być sądowo zbadany. Wszak także członków gangów, którzy podejmują współpracę z policją, uwalnia się od kary.

Napiętnować zło

Dla historii, dla przyszłych pokoleń, dla wychowania młodych ludzi, wreszcie dla oczyszczenia psychiki narodu członkowie PZPR powinni zostać napiętnowani i ukarani. I nie chodzi tylko o uchwałę Sejmu stwierdzającą, że PZPR była organizacją służącą obcemu mocarstwu – choć nawet takiej uchwały się nie doczekaliśmy – ale o ustawę, która stwierdzi, że dawni członkowie kompartii byli ludźmi, którzy zgrzeszyli politycznie, więc teraz poniosą polityczną karę. Utracą choć część praw wyborczych. Bo nie chodzi o to, aby dziś tych ludzi zamykać do więzień. Chodzi o to, aby stało się jasne, co jest dobre, a co złe.
Dominik Zdort