Niemiecki kolonializm

Poniżej przedruk artykułu o ekonomicznym kolonializmie dokonanym podczas II wojny światowej przez Niemcy.
Po „pewnej” porażce w II wojnie światowej Niemcy zmienili strategię podboju z militarno-ekonomicznej na ekonomiczną (piszę o „pewnej” porażce, gdyż Niemcy którzy kręcili całym przedsięwzięciem II wojny światowej z pewnością wyszli na plus). Zmiana strategi okazała się ogromnym sukcesem. Aktywa i rynki jakie Niemcy przejęli w europie wschodniej są ogromne. Oczywiście taka ekspansja może odbywać się tylko przy współpracy władz lokalnych. W związku z tym, że lokalni władcy chętnie współpracują ekspansja trwa.

W najbliższym czasie postaram się napisać co łączy Joachima von Ribbentrop z ginem Lubuski (jeśli wiesz napisz w komentarzach).

Polecam blog autora poniższego artykułu Pana Rafała Bauera

– – – – – – – –

Źródło: Lebensraum (http://rafalbauer.pl/)
10 Listopad 2014

Czyli o tym jak blisko jest EURO do marki młynarki

Choć polska historiografia dotycząca aspektów ekonomicznych WW2 jest w powijakach, każda praca która pojawia się w tej materii już na samym początku stwierdza, iż Niemcy do prowadzenia wojny ekonomicznej… nie byli przygotowani. Zgodnie z obowiązującym od lat założeniem politykę niemiecką w Polsce dyktowała wyłącznie nazistowska polityka. Rzeczywistość która wyziera z dokumentów jest nieco bardziej skomplikowana. Ujawnia poważny konflikt, który już od czasów przygotowań wojennych skonfrontował dwie siły, które zapewniły Hitlerowi dojście do władzy: wielki biznes i nazistowski aparat polityczny.

Choć powyższe nie jest rzecz jasna żadnym odkryciem rzadko kiedy poddawane jest głębszej analizie. Tymczasem choć pośród przemysłowców nie zabrakło gorliwych nazistów tym co faktycznie uwiodło ich w planach Hitlera była chęć budowy „niemieckiego porządku europejskiego” sprowadzającego się de facto do niemieckiej dominacji gospodarczej na rozległych obszarach kontynentu. Podbój jaki marzył się przemysłowcom nie musiał być realizowany za pomocą operacji wojskowych. Doświadczenia I wojny zostały w tych kręgach dobrze przeanalizowane. Zbrojenia miały swoje walory ale jeszcze większe miała wspierana militarnym zagrożeniem ekspansja gospodarcza.

Zagorzałym wyznawcą takiego podejścia był Hjalmar Schacht, akuszer porozumienia Hitlera z niemieckim przemysłem. Przyszły prezes Reichsbanku I wojnę spędził jako nadzorca ekonomiczny okupowanej Belgii i tam właśnie doskonale zrozumiał jak wielkie efekty może dać sterowana integracja przemysłu europejskiego. Schacht, wielki wyznawca idei kanclerza Betham Hollwega zdał sobie sprawę iż jedynie ekonomiczna supremacja pozwoli faktycznie zrealizować cele niemczyzny. Przegrana na zachodzie wojna skutecznie utrudniła realizację tych planów, a geniusz Schachta ujawnił się w obszarze torpedowania i dekonstrukcji nałożonych w Wersalu na Niemcy reparacji wojennych. Miarą błyskotliwego umysłu tego człowieka było utworzenie banku BIS (Bank of International Settlements) pozornie stworzonego dla obsługi niemieckich reparacji w praktyce łączącego na szwajcarskim gruncie interesy finansowe wrogich sobie państw. To właśnie BIS miał stać się jednym z najważniejszych narzędzi w planowanej przez koła ekonomiczne kolejnej wojnie. Miał zapewnić bezpieczne rozliczenia obszarów Europy kontrolowanych militarnie.

BIS wyśmienicie się sprawdził przy anschlussie Austrii umożliwiając dokładne rozliczenie światowych interesów finansowych. O jego przydatności świadczy wydarzenie bez precedensu: zwrot zdeponowanych w Bank of England czechosłowackich rezerw złota. Jak do tego doszło? Otóż podbój czechosłowacki został bardzo dobrze przygotowany od strony prawnej. Zamiast dualnego państwa powstała niepodległa Słowacja i poddany kontroli Niemców Protektorat Czech i Moraw. Bank centralny protektoratu podobnie jak jego Słowacki odpowiednik zażądały zwrotu przeniesionych do Bank of England rezerw. Te które znajdowały się tam powierniczo jako zapisy na czechosłowackich kontach BIS natychmiast zmieniły właściciela. Transfer depozytów złożonych w Bank of England bezpośrednio przez czechosłowackich bankowców został zablokowany przez rząd brytyjski. W efekcie choć 23 tony złota zasiliły niemiecki wysiłek zbrojny drugie tyle władze brytyjskie „zamroziły” u siebie. Rzecz działa się między marcem a czerwcem 1939 r., a na obczyźnie nie działały jeszcze żadne władze czechosłowackie bądź czeskie. Edwar Benes dzięki pomocy NKWD znalazł się w Anglii dopiero rok później.

BIS umożliwił jednak znacznie więcej. Za jego pośrednictwem dokonano rzeczy unikalnej: podobnie jak w przypadku Austrii, aktywa inwestorów finansowych nie doznały najmniejszego uszczerbku! Wojna wkroczyła na zupełnie inny poziom.

Lansowana przez środowiska związane z Schachtem technika podboju w politycznym zapleczu Hitlera bynajmniej się nie podobała. Poważne kontrowersje ujawniły się już przed wybuchem wojny. Zaplecze polityczne Hitlera nie chciało chodzić na pasku bogaczy. Liderom reżimu marzyła się własna ekonomiczna potęga. W tym celu, jeszcze w 1937 roku powołano do życia Reichswerke Hermann Goring, przedsięwzięcie które na pierwszym etapie miało pojawiać się tam gdzie nie zamierzali inwestować kapitaliści. Nowe możliwości rozwojowe pojawiły się wraz z anschlussem Austrii. Za pomocą RHG „znacjonalizowano” praktycznie cały austriacki przemysł ciężki z naruszeniem interesów nie tylko lokalnych czy międzynarodowych, ale również niemieckich inwestorów prywatnych. Na tym tle doszło do poważnego konfliktu pomiędzy Schachtem i Hitlerem. Ale było to zaledwie preludium. Areną poważnego konfliktu stała się Czechosłowacja. To tutaj narodziła się potęga RHG które w swoim szczytowym momencie ekspansji posiadało aktywa od Lille we Francji aż do ukraińskiego Doniecka. W wyniku doświadczeń czechosłowackich doszło jak się wydaje do ustalenia swoistego status quo: władze polityczne postawiły sobie za cel budowę państwowej własności drogą grabieży na terytoriach okupowanych a przemysłowym gigantom pozostał świat międzynarodowych finansów w którym parteigenosse sobie całkowicie nie radzili.

Poligonem doświadczalnym dla emancypujących się władz Rzeszy miała się stać agresja na Polskę. Zgodnie z wydanymi rozkazami już od pierwszego dnia wojny, wyspecjalizowane agendy policyjne prowadziły ewidencję wszelkiego majątku na zajmowanych terytoriach. Tuż za nimi podążały władze partyjne organizując dzień codzienny na okupowanych terytoriach. Warto zauważyć, iż państwo polskie mocno w tej działalności pomogło polecając swoim strukturom bezładną ucieczkę na wschód. Niemcy najczęściej zajmowali terytoria pozbawione nie tylko lokalnych władz terytorialnych i służb porządkowych ale również wyprane z głównego spoiwa każdego rynku jakim są pieniądze. W pierwszych tygodniach okupacji armia niemiecka posługiwała się obowiązującą w Rzeszy marką i to na tym tle doszło do pierwszego ważnego konfliktu pomiędzy aparatem partyjnym i przemysłowo bankowym. Reichsbank był zdecydowanie przeciwny powiększaniu bazy monetarnej dlatego też ciężar finansowania okupacji przejęły utworzone pod koniec września Reichskreditkassen emitujące asygnaty denominowane wedle kursu 1RM = 2 złote. Choć ów ekwiwalent pieniądza cieszył się sporą popularnością ujawnił na zapleczu ekonomicznym III Rzeszy dość poważne kontrowersje. O ile zgadzano się co do tego, iż na tereny wchodzące przed 1918 rokiem w skład państwa niemieckiego powinna powrócić marka, rodzaj pieniądza funkcjonującego na terytoriach okupowanych wywoływał poważne, podlane politycznym sosem spory. Choć na pierwszym etapie wojny dalszy los państwa polskiego nie został jeszcze przez Niemców przesądzony, aparat polityczny na wszelkie działania, które można było określić jako „państwowo twórcze” reagował niezwykle alergicznie. Interesującym przykładem jest tu batalia o sektor bankowy. O ile aktywa banków na terytoriach wcielonych do Rzeszy zostały wprost inkorporowane przez banki niemieckie, to na obszarze utworzonej ukazem Adolfa Hitlera generalnej guberni sprawa nie była już taka prosta. Przyczyna kolejnego konfliktu była dość prozaiczna. Elity finansowe III Rzeszy zdawały sobie sprawę iż dogodna eksploatacja terenu GG wymaga stabilizacji gospodarczo ekonomicznej podbitego terytorium realizowanej między innymi poprzez wykorzystywanie lokalnego pieniądza. W tej roli miał początkowo wystąpić złoty, niemniej sporna po dziś dzień decyzja zarządu Banku Polskiego (wywiezienie matryc drukarskich i zabezpieczeń) wywołała pilną potrzebę stworzenia całkowicie nowego pieniądza. Tymczasem władze polityczne miały w tej materii swoje własne zdanie a obszarem gorącego konfliktu stało się dalsze istnienie polskich instytucji bankowych. Choć wprowadzono pewne rozróżnienie pomiędzy instytucjami prywatnymi i państwowymi zasadniczo wszystkim miała grozić anonsowana już w październiku likwidacja. Powyższe wobec masowego szturmu klientów na okienka banków mogło grozić znacznie większą katastrofą niż radosna grabież i niszczenie majątku polskiego w pierwszym okresie okupacji. Wspólne natarcie Reichsbanku i Ministerstwa Przemysłu przeniosło kompetencje dotyczące okupowanego sektora bankowego w wyłączny zakres banku centralnego Rzeszy.

Kolejnym ważnym posunięciem było utworzenie banku centralnego dla Generalnej Guberni w miejsce zdetronizowanego Banku Polskiego. Do realizacji powyższego zadania Reichsbank oddelegował Fritza Paerscha, który sprawdził się już wcześniej jako nadzorca Reichskreditkassen. Po wielu sporach uznano, iż zarówno nowa waluta jak i sam bank powinien być ze względów marketingowych jak najbardziej „polski”. Dlatego też do jego formowania zaproszono Feliksa Młynarskiego jednego z twórców Banku Polskiego oraz autorów reformy walutowej Grabskiego z 1924 roku. „Polskość” Banku Emisyjnego miała niezwykle znaczenie również z innych powodów. Choć władzom Banku Polskiego udało się ewakuować zasoby złota zgromadzone w Polsce, na rachunkach w międzynarodowych instytucjach finansowych pozostały nie małe środki finansowe. Niemieccy grenadierzy finansowi przystąpili do akcji techniką opracowaną już w Czechosłowacji czyniąc BIS reprezentantem banku centralnego GG na arenie międzynarodowej. Powyższe nie całkiem bez sukcesów. Choć Bank Polski skutecznie odbudowywał się we Francji to stanowisko systemów bankowych innych krajów było bardzo dalekie od wstrzemięźliwości. Jako, że sytuacja międzynarodowa od czerwca 1939 roku zmieniła się jednak dość zasadniczo, bankierskie szyki solidnie plątały szykujące się do starcia z Niemcami rządy przejmując polskie aktywa w bardzo szeroko rozumiane „powiernictwo”. Powyższe czyniono niezwykle skutecznie a niektóre „zabezpieczone” podówczas aktywa stanowią własność swoich „obrońców” również dzisiaj. Warto wspomnieć, iż niemieckie wysiłki o zwrot aktywów nie dotyczyły wyłącznie złota i dewiz. Urząd Nadzoru Bankowego utworzony w GG namiętnie domagał się również dokumentacji rozliczeniowej Banku Polskiego która pozwoliła by odtworzyć wzajemne pozycje instytucji bankowych w okupowanej Polsce.

Wysiłki niemieckich bankowców zwieńczył wymierny sukces. Bank Emisyjny skapitalizowany wyłącznie za pomocą bezwartościowych obligacji Reichsbanku stworzył nową rzeczywistość płatniczą w GG oraz umożliwił jej wprzęgnięcie w niemiecki wysiłek wojenny. Opracowana w GG „broń” w wersji bardziej zaawansowanej ujawniła się jako „karbowaniec” waluta utworzona przez Niemców celem finansowania komisariatu Rzeszy Ukraina. Oceniając powyższe warto pamiętać iż odtwarzanie struktur bankowych w Polsce popierały władze emigracyjne. Pod okupacją niemiecką musiało się przecież toczyć życie. Po dziś dzień w kręgach bankowych żarliwie dyskutuje się kwestię, czy pozostawienie kraju bez dokumentów rozliczeniowych i matryc drukarskich było posunięciem celowym ponieważ w pierwszej kolejności wystawiło na szwank społeczeństwo w okupowanym kraju.

Rozwojowi wojny ekonomicznej towarzyszyły nie słabnące spory i zmieniające się koalicje. Początkowy zagorzały przeciwnik wszystkiego co polskie, namiestnik Hitlera w GG Hans Frank szybko odkrył walory ręcznie sterowanej emisji pieniądza. Dla odmiany nominowany przez Hitlera partyjny nadzorca przemysłu i finansów Walther Funk nie ustawał w wysiłkach aby wszelkie decyzje finansowe podporządkować nazistowskiej myśli politycznej.

O tym, kto w swoich planach i strategii okazał się bardziej skuteczny dowiodła powojenna rzeczywistość. Choć nazizm w Niemczech odszedł wraz z Hitlerem, BIS nienaruszony w swym ponad narodowym statusie przetrwał wojnę i odegrał wielką rolę w powojennej odbudowie zarówno Europy jak i Niemiec. Mało kto wie również o tym iż „dziecko” Hjalmara Schachta odegrało fundamentalną rolę przy wprowadzeniu wspólnej waluty Euro a warto odnotować iż wieloletni dyrektor generalny BIS Aleksandre Lamfalussy był pierwszym prezydentem Europejskiego Instytutu Walutowego, organizacji która przekształciła się w Europejski Bank Centralny (EBC).

Owa niezwykle ważna instytucja, nadzorca narodowych banków państw tworzących UE, realny emitent pieniądza nie rezyduje co wydawało by się oczywiste w Brukseli. Nie ulokował się również w Londynie gdzie biło i bije nadal serce finansów europejskich. Siedziby EBC nie znajdziemy również w uroczo neutralnej Szwajcarii która od chwili utworzenia gości BIS. Europejski Bank Centralny, serce finansowego świata krajów unii ulokował się tam gdzie alianckie bomby zmiotły ponad 80% powierzchni zabudowy mieszkalnej, we Frankfurcie nad Menem. Być może to również przypadek ale to właśnie tam od 1147 roku odbywała się większość wyborów królów Rzeszy a od 1356 Złota Bulla Karola IV wskazywała to miasto jako godne wyboru i koronacji cesarzy niemieckich które miały tu miejsce aż do 1792 roku. Być może to wszystko przypadek ale jakże ujmujący w kategoriach symboli.

Kiedy Niemcy wykopią Turków

W końcu socjaliści przyznali, że integracja muzułmanów ze społeczeństwami europejskimi jest niemożliwa. A przyznał to nie kto inny tylko sam kanclerz Niemiec pani Angela Merkel.

…Kanclerz Merkel unika tego określenia, ale w sobotnim wystąpieniu na kongresie młodzieżówki swojej partii Junge Union nie pozostawiła wątpliwości, że budowanie w Niemczech społeczeństwa wielokulturowego należy włożyć między bajki. – To się nie sprawdziło, kompletnie się nie sprawdziło – oceniła pani kanclerz, żądając od imigrantów, by nie opierali się integracji i uczyli języka niemieckiego. (źródło: rp.pl: Niemcy: co zrobić z Turkami?
)
Co pozostaje Niemcom: przymusowa integracja lub wykopanie opornych. Jedno rozwiązanie mniej prawdopodobne od drugiego.

Walcz z socjalizmem

Może jak pewien Niemiec.

Jürgen Hass, 56-letni Niemiec na początku lat 90’ był dobrze prosperującym właścicielem firmy (agencji?) ubezpieczeniowej i lokalnym działaczem Partii Liberalnej (FDP?). W 1993 niemieckie państwo dotkliwie go skrzywdziło, skazało na karę więzienia i wysoką grzywnę za wykonywanie zawodu prawnika bez zezwolenia. Stracił biznes, przyjaciół i rodzinę – choć nie wiem czy w tej właśnie kolejności. Zaprzysiągł zemstę.

Najwyraźniej w niemieckim systemie socjalnym jest przepis, który nakłada na państwo niemieckie obowiązek opieki nad każdym dzieckiem spłodzonym przez niemieckiego obywatela. Najwyraźniej, miesięczny zasiłek z tego tytułu wynosił w 2006 roku około 500 euro. Najwyraźniej nie miało znaczenie czy dziecko rodzi się w państwie, którym 500 euro ma bardzo dużą siłę nabywczą. Reszty możecie się domyśleć.

Jürgen Hass wędrował po świecie i siał na ile mu na to pozwalały możliwości, a możliwości miał spore. Gdy zabrakło możliwości Hass po prostu uznawał nie swoje dzieci za swoje, wypełniał stosowne dokumenty i w gruncie rzeczy otwierał kolejny program zindywidualizowanej pomocy humanitarnej. Działał w Rumunii, Mołdawii, Ukrainie, Indii, Brazylii i Paragwaju. Przyznaje się do ojcostwa 1000 dzieci choć skromnie podkreśla, że tylko część z tej liczby do jego biologiczni potomkowie. Do 2006 roku państwo niemieckie wydało 3 mln euro na zasiłki dla dzieci spłodzonych lub zaadoptowanych przez Hassa.

Źródło historii: Trystero: Najlepszy dowód na luki w systemie socjalnym

Demokracja w EU według kanclerz Niemiec Angeli Merkel

W przyszłości musi być możliwe, by w ostateczności pozbawiać – przynajmniej przejściowo – prawa głosu państwo, które nie dotrzymuje swych zobowiązań. Niemcy uważają to za nieodzowne” –
kanclerz Niemiec Angela Merkel dla „Bild am Sonntag”
01.05.2010

Ciekawe ile takich ograniczeń dla Państw członkowskich i z jakich powodów zostanie wprowadzonych w przyszłości?
Obstawiam, że bardzo wiele.

Źródło: Rzeczpospolita: Merkel chce karać zadłużone państwa strefy euro
01-05-2010

Merkel chce karać zadłużone państwa strefy euro

Faszystowskie metody w praktyce

Jedną z faszystowskich (socjalistycznych lub lewackich jak kto woli) praktyk jest ograniczenie rodzicom możliwości przekazywania dzieciom wartości. Przymus chodzenia do szkoły jest świetnym przykładem ograniczenia wolności. Przodują w tym Niemcy.
Ciekawe kiedy zagości u nas takie wspaniałe prawo.

——————-

Uwe Romeike wraz z żoną Hannelore i piątką dzieci w Tennessee mieszkają od 2008 r. W przeciwieństwie do większości azylantów, nie uciekli oni przed wojną czy dyktatorskimi rządami. Para ewangelików ze względów religijnych nie chciała posyłać dzieci do szkoły. – Przez ostatnie 10 – 20 lat program nauczania w szkołach publicznych stawał się coraz bardziej sprzeczny z wartościami chrześcijańskimi – tłumaczył Uwe Romeike.

Zgodnie z niemieckim prawem rodzicom, którzy uchylają się od obowiązku szkolnego, grozi grzywna lub nawet więzienie. Amerykańskie media przypominają przypadki, gdy policjanci wraz z pracownikami opieki społecznej wkraczali do domów i odbierali rodzicom dzieci.

W 2006 roku również do domu państwa Romeike przyszli policjanci i zaprowadzili ich dzieci do szkoły. Na wyjazd do USA małżeństwo zdecydowało się rok później, gdy sąd orzekł, że w najpoważniejszych przypadkach pracownicy opieki społecznej mogą odbierać dzieci rodzicom.

– Wiedzieliśmy, że musimy uciekać – opowiadał Uwe Romeike.

Rzeczpospolita

: Niemcy dostali azyl polityczny
jap 28-01-2010

Zdelegalizować Lefebrystów czyli wolność po niemiecku

SPD i Zieloni chcą, by agenci kontrwywiadu zbadali działalność Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X

Zdaniem polityków obu partii bractwo działa na szkodę niemieckiego państwa.

– Głównym zadaniem Urzędu Ochrony Konstytucji jest zbieranie informacji na temat ekstremistycznych ugrupowań działających na terenie Niemiec. Kontrwywiad powinien zająć się Bractwem Kapłańskim Świętego Piusa X – uważa przewodniczący Komisji Spraw Wewnętrznych w Bundestagu. Poseł SPD Sebastian Edathy powiedział dziennikowi „Handelsblatt”, że lefebryści stanowią zagrożenie dla wolności religijnej w kraju i neutralności światopoglądowej niemieckiego państwa. „Moim zdaniem poglądy głoszone przez bractwo są niezgodne z niemiecką konstytucją” – stwierdził.

Szef frakcji Zielonych w Bundestagu Volker Beck jest podobnego zdania. – Lefebryści odrzucają zasady demokracji, którymi są między innymi laickość państwa i wolność religijna. Chcą ograniczyć prawa człowieka i zrobić z Niemiec państwo wyznaniowe – podkreśla poseł Zielonych. Ma to czynić z bractwa „podobnie niebezpieczną organizację jak Kościół scjentologiczny”. – Lefebryści to siedlisko antysemitów i fanatyków religijnych. Dla mnie sprawa jest jasna. Decyzja, czy powinno się ich obserwować czy nie, należy jednak do urzędu ochrony państwa – uważa były sekretarz generalny SPD Klaus-Uwe Benneter.

Lewicę i Zielonych wzburzyły wypowiedzi zwierzchnika bractwa w Niemczech. Ksiądz Franz Schmidberger nawoływał na łamach prasy do stworzenia w Niemczech „państwa wyznaniowego”, w którym obowiązywałaby kara śmierci. Podkreślił również, że w szkołach prowadzonych przez lefebrystów dzieci będą czytały dzieła autorów oświecenia wyłącznie po to, by wiedzieć „skąd się biorą choroby, na które cierpi dzisiejsze społeczeństwo”. – To skandal! Lefebryści gardzą homoseksualistami, uważają kobiety za niższe istoty i negują Holokaust. Nie powinniśmy tego tolerować – uważa Volker Beck.

Centralna Rada Katolików domaga się sprawdzenia programu nauczania należących do nich szkół oraz odebrania im funduszy publicznych. Lefebryści otrzymują od państwa niemieckiego około 1,1 miliona euro rocznie na prowadzenie działalności edukacyjnej. – Warto sprawdzić, czy w szkołach bractwa nie uczy się przypadkiem niechęci do Żydów – zadeklarował przewodniczący rady Hans-Joachim Meyer.

Zwierzchnik bractwa odpiera zarzuty. – Program nauczania w naszych szkołach jest uzgadniany z Ministerstwem Oświaty. Nie mamy nic do ukrycia. To zwyczajna nagonka, której celem jest zdyskredytowanie naszej wspólnoty – pisze ksiądz Schmidberger na swej stronie internetowej. Na temat obserwacji przez kontrwywiad milczy.

Ten nie widzi zresztą konieczności wzięcia pod lupę lefebrystów. – Nic nie wskazuje na to, że chcą zdestabilizować niemieckie państwo. Nie zamierzamy więc niczego badać, bo nie ma ku temu żadnych powodów – oświadczyła rzeczniczka kontrwywiadu. Jej zdaniem nie da się udowodnić, że działalność bractwa jest „motywowana politycznie”, a tym bardziej że stanowi ona zagrożenie dla demokracji.

— dpa

masz pytanie, wyślij e-mail do autorki

a.rybinska@rp.pl

Rzeczpospolita: Lefebryści pod lupą
Aleksandra Rybińska 12-02-2009

Koniec wolności w Niemczech

Niemiecka policja będzie mogła podsłuchiwać obywateli i monitorować ich komputery. To kolejny kraj, który wprowadza podobne przepisy. Przeciw nowym uprawnieniom dla służb ostro protestują obrońcy swobód obywatelskich i dziennikarze

Możliwość podsłuchiwania dziennikarzy, adwokatów, lekarzy, a także umieszczania trojanów w komputerach podejrzanych – to tylko niektóre z nowych uprawnień, które otrzymuje Federalna Policja Kryminalna (BKA), niemiecka superpolicja.

– Pozwoli nam to na efektywną walkę z zagrożeniem terrorystycznym – tłumaczy Wolf-gang Schaüble, szef MSW nazywany przez przeciwników szeryfem. Dopiął swego po latach zmagań i zażartej debaty. Ustawa wchodzi w życie z początkiem nowego roku.

Przeciwnicy ustawy wywalczyli jedynie to, że w każdym przypadku instalowania podsłuchu czy trojanów (specjalnych programów instalowanych przez Internet w komputerach osobistych) wymagana będzie każdorazowo zgoda sędziego.

– Niemcy przekształcają się w państwo policyjne – alarmują obrońcy praw obywatelskich. Najbardziej oburzeni są dziennikarze. Na łamach „Spiegel Online” protestuje 12 redaktorów naczelnych największych niemieckich mediów. Ich zdaniem dopuszczalność podsłuchiwania rozmów dziennikarzy z ich informatorami ogranicza wolność prasy.

– To prawdziwy skandal – mówi Wolfram Weimer, szef magazynu „Cicero”. BKA najechała trzy lata temu jego redakcję, konfiskując wiele materiałów w poszukiwaniu informatora we własnych szeregach, zdradzającego redakcji poufne informacje. Inwigilowani nie będą mogli być tylko duchowni, posłowie oraz obrońcy w sprawach karnych. Z badań przeprowadzonych niedawno przez Instytut Maksa Plancka wynika, że niemiecka policja trzykrotnie częściej niż amerykańska sięga po podsłuchy.

Według specjalistów posługiwanie się trojanami nie poprawi efektywności walki z terroryzmem. – Który terrorysta podłączy swój komputer do Internetu, wiedząc, że BKA przyśle mu trojana – zadaje retoryczne pytanie prof. Andreas Pfitzmnann. Dlatego BKA domaga się zezwolenia na włamanie się do mieszkań podejrzanych, aby móc instalować w ich komputerach odpowiednie oprogramowanie.

Debata na temat podsłuchiwania i kontrolowania korespondencji elektronicznej nie toczy się tylko w Niemczech.

W Stanach Zjednoczonych rozpoczęła się po zamachach z 11 września. Agencja Bezpieczeństwa Narodowego (NSA) otrzymała wówczas pozwolenie na monitorowanie bez wyroku sądowego rozmów zagranicznych i e-maili mieszkańców USA podejrzanych o kontakty z terrorystami. W specjalnej bazie danych gromadzi również niemal wszystkie amerykańskie billingi.

– Jeśli dzwoni do was al Kaida, chcemy wiedzieć, po co – tłumaczył prezydent George W. Bush. Argumentacja ta nie przekonuje jednak obrońców swobód obywatelskich. Uważają oni, że służby specjalne uzyskały narzędzia pozwalające im inwigilować społeczeństwo.

Podobnych argumentów używają liberałowie z Wielkiej Brytanii, którzy oskarżają swój rząd o próbę wprowadzenia systemu rodem z Orwella. Chodzi o wielką bazę danych połączeń telefonicznych i internetowych Brytyjczyków, którą planuje utworzyć Londyn. Podobny pomysł mają władze Szwecji, które przeforsowały ostatnio uchwaloną ustawę o kontroli rozmów telefonicznych, esemesów i poczty elektronicznej.

Ustawa ta – okrzyknięta mianem orwellowskiej – została już zaskarżona do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Choć podobne działania władz wywołują opór obywateli, specjaliści ds. terroryzmu i przestępczości zorganizowanej przekonują, że są one niezbędne. Członkowie nielegalnych organizacji kontaktują się bowiem ze sobą właśnie za pomocą nowoczesnej elektroniki – Internetu i telefonów komórkowych.

Jako przykład podawane jest choćby ostatnie aresztowanie groźnego przywódcy zbrojnego skrzydła ETA. Jak podał hiszpański dziennik „El Mundo”, Mikel Garikoitz Aspiazu Rubina wpadł właśnie dzięki temu, że Amerykanie przechwycili jego korespondencję i poinformowali o tym hiszpańską policję.

Federalna Policja Kryminalna http://www.bka.de

Rzeczpospolita: Policjanci rodem z Orwella?
Piotr Jendroszczyk , Piotr Zychowicz 18-12-2008

Holokaust w Niemczech wciąż trwa

Bundestag zajmie się wkrótce sprawą zaostrzenia przepisów o tzw. późnych aborcjach. Niemki usuwają ciążę nawet w szóstym miesiącu. Najczęściej – gdy lekarz wykrywa wady płodu.

– Pragniemy zachęcić rodziny, aby rozważyli możliwość życia z dzieckiem upośledzonym – mówi Johannes Singhammer z CSU. Wiele kobiet decyduje się na późną aborcję, kierując się wynikami badań prenatalnych, gdy okazuje się, że dziecku grozi upośledzenie. W przypadku diagnozy, że dziecko urodzi się z zespołem Downa, aborcję wybiera 90 procent kobiet w Niemczech. Nawet w szóstym i późniejszym miesiącu ciąży. I jest to zgodne z obowiązującym od 1995 roku prawem.

Bawarscy chadecy chcą wspólnie z CDU zmienić te przepisy. Nie zamierzają jednak zakazywać późnych aborcji. Proponują jedynie wprowadzenie kilkudniowego obowiązkowego okresu, w którym kobiety muszą się zastanowić nad tym, czy usunąć ciążę. Lekarze mieliby więc zostać zobowiązani – pod karą 10 tysięcy euro – do skierowania kobiet do specjalistycznych poradni. Aborcja byłaby możliwa dopiero po takich konsultacjach.

Podobna procedura obowiązuje w Niemczech kobiety, które noszą się z zamiarem usunięcia ciąży. Przedstawienie zaświadczenia z poradni jest w zasadzie jedynym warunkiem legalnego zabiegu. Tymczasem kobiety, które po badaniach prenatalnych decydują się na późną aborcję, podejmują decyzję szybko i często jedynie po konsultacjach z lekarzami. W takich przypadkach nierzadko brakuje nawet wyczerpującej dokumentacji medycznej o wadach płodu. To także ma ulec zmianie.

– Wszyscy musimy wiedzieć, ile się popełnia w Niemczech morderstw – mówi dziennikarzom Heribert Kentenich z jednej z berlińskich klinik. Ze statystyk wynika, że rocznie dokonuje się w Niemczech około 200 późnych aborcji. Organizacja Pro Familie twierdzi, że aborcji tego rodzaju jest o kilkaset więcej.

37-letnia Johanna Z. z Berlina zdecydowała się niedawno na aborcję, będąc w szóstym miesiącu ciąży. „Po tym zabiegu marzyłam o śmierci” – zwierzyła się reporterce jednej z niemieckich gazet. Miała wyrzuty sumienia i dopiero po kilku miesiącach odzyskała równowagę. Oskarża lekarzy, że nie informowali jej o psychicznych konsekwencjach tak późnej aborcji.

Zmianom w prawie aborcyjnym sprzeciwiają się SPD i Zieloni. Przekonują, że prawo nie jest złe, a większa liczba zabiegów wynika z rosnącej presji na dokonywanie badań prenatalnych, w wyniku których kobiety informowane są o wadach genetycznych płodu. Są to często informacje nieprawdziwe. – Zdarza się też, że kobiety decydują się na aborcję w przypadkach, kiedy zdiagnozowane wady nie są dolegliwe dla dziecka i można je usunąć w wyniku późniejszego leczenia – przekonuje „Rz” dr Gero Winkemann z organizacji Pro Life.

Rzeczpospolita: Późna aborcja podzieliła Niemców
Piotr Jendroszczyk 23-09-2008

Wojna o Islam w Niemczech

Muzułmanie w Europie. W Kolonii miał się odbyć europejski szczyt partii sprzeciwiających się islamizacji Europy. Impreza nie doszła do skutku. Lewaccy bojówkarze w imię tolerancji obrzucili przeciwników kamieniami, a władze Niemiec potępiły organizatorów szczytu.

„Nie dla meczetów. Nie dla minaretów. Nie dla modłów muezinów” – pod takimi hasłami miała się w piątek rozpocząć w Kolonii konferencja przeciwko islamizacji kraju. Organizatorzy, stowarzyszenie Pro Köln, zaprosili przedstawicieli nacjonalistycznych partii z całej Europy oraz dziennikarzy. Impreza zakończyła się jednak fiaskiem.

Spotkanie miało się odbyć w ratuszu dzielnicy Nippes. Potem przeniesiono je do ratusza dzielnicy Rodenkirchen. Dostępu do niego bronili zarówno lewicowi demonstranci, jak i służba bezpieczeństwa ratusza. – Spotykamy się na statku na Renie – ogłosili działacze Pro Köln. Ale i tam czekali demonstranci. Obrzucony kamieniami i butelkami statek odpłynął, zanim na pokładzie zdążyli się zainstalować przedstawiciele mediów i zaproszeni goście.

– Pokażemy swoją siłę w sobotę – zapowiedział Markus Wiener, jeden z liderów Pro Köln. Według niego w demonstracji przeciwko postępującej islamizacji Niemiec uczestniczyć będzie kilka tysięcy osób. Swój udział zapowiedzieli m.in. Mario Borghezio z Ligi Północnej oraz Filip Dewinter z flamandzkiego ugrupowania Vlaams Belang.

Obrońcy praw muzułmanów obiecują zgromadzić w sobotę 40 tysięcy przeciwników Pro Köln. W obawie przed zamieszkami policja ściąga do Kolonii posiłki z całej Nadrenii. Jeszcze w piątek Kongres potępiła jednak rzeczniczka federalnego ministerstwa spraw wewnętrznych, określając go mianem „inicjatywy populistów i ekstremistów”.

W Kolonii już od kilku lat trwa ostra konfrontacja pomiędzy przeciwnikami i zwolennikami budowy ogromnego meczetu z minaretami o wysokości 55 metrów. Przeciwnicy zrzeszeni w organizacji Pro Köln starają się temu zapobiec. Mają przeciwko sobie nieomal wszystkie siły polityczne w mieście. Zdaniem mediów Pro Köln jest organizacją „skrajnie prawicową”, ksenofobiczną i rasistowską. – Nic podobnego. Chcemy jedynie uwidocznić zagrożenie, jakie niesie uległość wobec ekspansji islamu. W końcu trzeba powiedzieć nie – tłumaczy Markus Wiener.

Przed meczetem Turecko-Islamskiego Związku Religijnego (Ditib) w tureckiej dzielnicy Ehrenfeld tłum nagradza oklaskami płynące z megafonu informacje o niepowodzeniu konferencji przeciwko islamizacji. „Naród przeciwko nienawiści i głupocie” – napis tej treści trzyma w ręku znany scenograf Jochen Schumacher. Obok plakaty i transparenty organizacji lewicowych. Są młodzi członkowie SPD i Zielonych. – Tak powinna wyglądać solidarność – mówi Ali Kizylkaya, szef Centralnej Rady Muzułmańskiej w Niemczech.

– Nie mam wątpliwości, że jest w tym wiele politycznej poprawności. Nikt w Niemczech nie chce uchodzić za ksenofoba. Ma to swe źródła w niemieckiej historii – tłumaczy natomiast Bekir Alboga z Ditib. Rozmawiamy przed meczetem mieszczącym się w budynku byłej mleczarni. Za kilka tygodni zostanie zrównany z ziemią i kosztem ponad 20 milionów euro rozpocznie się budowa nowej świątyni. – Zgromadziliśmy już część środków – zapewnia Alboga.

Takie plany spędzają sen z powiek w Niemczech nie tylko członkom takich organizacji jak Pro Köln. – Ludzie lękają się postępującej islamizacji i lęki te są całkowicie zrozumiałe – mówi Udo Ulfkotte, autor licznych książek o zagrożeniu islamskim dla Niemiec i Europy. Zwraca uwagę na coraz większą liczbę meczetów w Niemczech.

W budowie lub w stadium planowania są teraz 184 muzułmańskie świątynie z kopułami i minaretami. Do tego dochodzi 2600 tzw. meczetów podwórkowych, w odnowionych halach fabrycznych czy salach gimnastycznych. Liczba muzułmanów w Niemczech sięga już 3,4 miliona, w zdecydowanej większości są pochodzenia tureckiego. Nowe świątynie powstają we Frankfurcie nad Menem, w Berlinie, Monachium i innych wielkich miastach.

Zastrzeżenia do budowy nowych świątyń zgłaszają Kościoły, liczne organizacje społeczne i komitety obywatelskie. – Problemem nie są meczety, lecz islam – ogłosił niedawno znany pisarz Ralph Giordano, ściągając na swą głowę gromy ze strony liberałów.

Z badań wynika jednak, że ponad połowa Niemców jest zdania, że pomiędzy chrześcijaństwem a islamem trwa „wojna cywilizacji”. Jeszcze dwa lata temu większość obywateli Niemiec nie zauważała żadnego konfliktu tego rodzaju.

W Kolonii nie jest inaczej. Świadczy o tym sukces Pro Köln, która cztery lata temu zdobyła ponad cztery procent głosów w wyborach samorządowych. Liczącej zaledwie 300 członków organizacji udało się zebrać ponad 20 tysięcy pod-pisów przeciwko budowie świątyni.

Strona organizacji Pro Köln
http://www.pro-koeln-online.de

Rzeczpospolita: Zwyciężyli obrońcy islamu
Piotr Jendroszczyk 20-09-2008

————————————-

Fiasko „Kongresu przeciwko Islamizacji”. Większość zaproszonych nie zdołała dotrzeć do centrum miasta


Obrońcy tolerancji i wolności dla muzułmanów …


… i mała próbka ich działań.

Powybijane szyby, spalone kontenery na śmieci, sparaliżowana komunikacja w całym regionie Kolonii – taki jest wynik dwudniowych protestów lewicowych ugrupowań w Kolonii przeciwko kongresowi zorganizowanemu przez organizację Pro Köln (Dla Kolonii). Rannych zostało kilku policjantów. Zatrzymanych zostało też pół tysiąca demonstrantów ze środowisk lewackich i anarchistycznych. W areszcie znajduje się kilkunastu szczególnie agresywnych demonstrantów. Ich zachowanie potępił Fritz Schramma (CDU), burmistrz Kolonii, który sam występował na wiecu przeciwko inicjatywie Pro Köln.

Jak Sobieski

– Staramy się zrobić w Kolonii to, co Jan III Sobieski zrobił pod Wiedniem: powstrzymać islam – przekonuje Adriana Bolchini, przewodnicząca jednej z włoskich organizacji walczących z islamizacją Europy. Rozmawiamy na malowniczym Heumarkt, rynku starego miasta w Kolonii. Z dala tysiące gardeł skandują: „Nazi raus” („Naziści wynocha”). Na szczelnie otoczonym przez policję Heumarkt przygotowano scenę z wielkim napisem „Stop islam”. – To nie prowokacja ani wezwanie do przemocy, lecz jedynie wyraz sprzeciwu przeciwko rozprzestrzenianiu się islamu w Niemczech i Europie oraz nadmiernej tolerancji – tłumaczy Manfred Rouhs z ugrupowania Pro Köln. Od lat sprzeciwia się ono budowie największego w Europie meczetu w dzielnicy Ehrenfeld.

– Musimy zjednoczyć siły, bo za chwilę będzie za późno – grzmiał ze sceny Mario Borghezio, eurodeputowany z ramienia włoskiej Ligi Północnej, były podsekretarz stanu w pierwszym rządzie Silvio Berlusconiego. Prezentował przy tym książkę Oriany Fallaci „Wściekłość i duma”, w której słynna dziennikarka udowadnia, że nie istnieje żaden umiarkowany islam, a elity polityczne Europy tolerują ekspansję islamu w imię fałszywie pojętych wartości. – To nasz manifest – powtarzał Borghezio.

Napięcie rośnie

Nagle ucichły głośniki, gdyż policja cofnęła zezwolenie na organizację wiecu. – Napięcie w mieście rośnie. Nie możemy ryzykować – tłumaczy rzecznik policji. Na miejsce wiecu nie udaje się przedostać grupie kilkuset uczestników kongresu antyislamskiego. Przedstawiciele europejskich ugrupowań nacjonalistycznych otoczeni przez demonstrantów nie mieli szans wydostania się z lotniska w pobliskim Bonn. Wśród nich byli Filip Dewinter, szef Vlaams Belang, dużej partii flamandzkiej z Belgii, oraz wiceprzewodniczący austriackiej Partii Wolności (FPÖ) Andreas Mölzer.

Dziesiątki tysięcy przeciwników kongresu opanowały niemal całą Kolonię. Dostępu do Heumarkt bronili przez całą noc z piątku na sobotę. Grzali się przy płonących kontenerach na śmieci. – „Precz z nazistami” – głosiły transparenty. Pod jednym z plakatów wizerunek małpy ze swastyką na ramieniu i podpis: „Nie wszyscy załapali się na ewolucję”.

– Nie mamy nic wspólnego z nazizmem. Chcemy jedynie przedstawić swe argumenty. Mamy do tego prawo w demokracji – powtarzali działacze Pro Köln. – Nie damy się zwieść. Hasła antyislamskie to maskarada, za którą kryją się prawicowi ekstremiści. Nie chodzi już o meczet, ale o walkę z rasizmem i nietolerancją – mówi Paul Petzold, student psychologii z Kolonii i jeden z organizatorów protestu. Jego zdaniem zwłaszcza obarczone nazistowską przeszłością Niemcy nie mogą być miejscem tworzenia się w Europie prawicowej antyislamskiej koalicji.

Szowiniści czy rzecznicy większości

– Mamy kłopoty z organizacją europejskiego bloku przeciwko islamizacji – przyznaje Mario Borghezio. Powstała w roku ubiegłym w Parlamencie Europejskim grupa Tożsamość, Tradycja, Suwerenność, zrzeszająca przedstawicieli siedmiu skrajnie prawicowych ugrupowań, rozpadła się po kilku miesiącach.

– Sporo jest w Europie sił szowinistycznych. Zaliczamy się do ugrupowań umiarkowanych po stronie prawicy – zapewnia Manfred Rouhs z Pro Köln. Innego zdania są niemieckie media, kwalifikujące przeciwników budowy meczetu w Kolonii jako organizację ksenofobiczną i rasistowską. Z badań wynika jednak, że większość mieszkańców Kolonii ma zastrzeżenia do budowy meczetu.– Opór budzi wysokość minaretów – mówi jeden z kolońskich dziennikarzy. Sięgać będą 55 metrów w niebo, górując nad pejzażem zachodniej części miasta. Meczet stanie się atrakcją turystyczną, podobnie jak słynna katedra. – Nigdy się z tym nie pogodzimy – zaklinają się przedstawiciele Pro Köln.

Rzeczpospolita: Wojna o islam w Kolonii
Piotr Jendroszczyk 20-09-2008

—————————————–

Bitwa o islam, która rozegrała się w Kolonii, pokazuje, że zachodnioeuropejskie społeczeństwa nie radzą sobie ze zjawiskiem rosnącej roli muzułmanów. Nie chcą debaty na ten temat.

Lęki widać w sondażach, ale gdy wyrażają je – nieliczni – politycy czy intelektualiści, to większość mediów krzyczy o ksenofobii, obskurantyzmie czy neonazizmie.

To zrozumiałe, że wielu Niemców jest szczególnie wyczulonych na działania nacjonalistycznych radykałów. Nie da się zaprzeczyć, że część przeciwników budowy wielkich meczetów to znani z innych demonstracji zwolennicy porządków w stylu Trzeciej Rzeszy, gdy prawdziwy Niemiec miał pracę i poczucie dumy z tego, że jest Niemcem. Oni wykorzystują każdą okazję, by protestować przeciwko obcym.

Ale wznoszenie w Kolonii minaretów o wysokości 55 metrów nie podoba się znacznej części mieszkańców. Podobnie jest w wielu innych europejskich miastach, gdzie muzułmanie są coraz liczniejsi. Nie jest to – a w każdym razie nie tylko – wynik niechęci do innego wyznania. To lęk przed, na razie symboliczną, dominacją religii, która nie tylko jest nowa na tym terenie, ale i wiąże się z obyczajami oraz normami, które są sprzeczne z wartościami wyznawanymi przez zachodnich Europejczyków.

O tym trzeba dyskutować. Nie ma też powodu, by przeciwnicy rosnącej roli islamu nie mogli protestować na ulicach miast czy organizować kongresy. Chyba że będą na nich nawoływali do przemocy wobec muzułmanów, ale o tym w Kolonii nie było słychać.

W Niemczech i w wielu krajach zachodnich bez problemu można organizować protesty przeciw papieżowi. Co więcej marsze i wiece w centrach niemieckich miast mogą organizować prawdziwi neonaziści z NPD, byle nie pod hasłami antyislamskimi. Potępienie pod adresem organizatorów niedoszłego kongresu antyislamistów wygłaszali także politycy chadeccy. A to ich, najsilniejsza w Niemczech, partia nie chce w UE muzułmańskiej Turcji i to w ich partii dyskutuje się o wiodącej kulturze (niemieckiej), której podporządkować powinni się imigranci wyznający islam.

Ta mieszanka dławionych obaw i dławionej krytyki do niczego dobrego nie doprowadzi.

Rzeczpospolita: Czy można rozmawiać o islamie
Jerzy Haszczyński 21-09-2008

—————————————–

Komentarz

Islam is not a religion, nor is it a cult. In its fullest form, it is a complete, total, 100% system of life.

As long as the Muslim population remains around or under 2% in any given country, they will be for the most part be regarded as a peace-loving minority, and not as a threat to other citizens. This is the case in:

United States — Muslim 0.6%
Australia — Muslim 1.5%
Canada — Muslim 1.9%
China — Muslim 1.8%
Italy — Muslim 1.5%
Norway — Muslim 1.8%

At 2% to 5%, they begin to proselytize from other ethnic minorities and disaffected groups, often with major recruiting from the jails and among street gangs.. This is happening in:

Denmark — Muslim 2%
Germany — Muslim 3.7%
United Kingdom — Muslim 2.7%
Spain — Muslim 4%
Thailand — Muslim 4.6%

From 5% on, they exercise an inordinate influence in proportion to their percentage of the population. For example, they will push for the introduction of halal (clean by Islamic standards) food, thereby securing food preparation jobs for Muslims. They will increase pressure on supermarket chains to feature halal on their shelves — along with threats for failure to comply. This is occurring in:

France — Muslim 8%
Philippines — Muslim 5%
Sweden — Muslim 5%
Switzerland — Muslim 4.3%
The Netherlands — Muslim 5.5%
Trinidad & Tobago — Muslim 5.8%

At this point, they will work to get the ruling government to allow them to rule themselves (within their ghettos) under Sharia, the Islamic Law. The ultimate goal of Islamists is to establish Sharia law over the entire world.

When Muslims approach 10% of the population, they tend to increase lawlessness as a means of complaint about their conditions. In Paris , we are already seeing car-burnings. Any non-Muslim action offends Islam, and results in uprisings and threats, such as in Amsterdam , with opposition to Mohammed cartoons and films about Islam. Such tensions are seen daily, particularly in Muslim sections, in:

Guyana — Muslim 10%
India — Muslim 13.4%
Israel — Muslim 16%
Kenya — Muslim 10%
Russia — Muslim 15%

After reaching 20%, nations can expect hair-trigger rioting, jihad militia formations, sporadic killings, and the burnings of Christian churches and Jewish synagogues, such as in:

Ethiopia — Muslim 32.8%

At 40%, nations experience widespread massacres, chronic terror attacks, and ongoing militia warfare, such as in:

Bosnia — Muslim 40%
Chad — Muslim 53.1%
Lebanon — Muslim 59.7%

From 60%, nations experience unfettered persecution of non-believers of all other religions (including non-conforming Muslims), sporadic ethnic cleansing (genocide), use of Sharia Law as a weapon, and Jizya, the tax placed on infidels, such as in:

Albania — Muslim 70%
Malaysia — Muslim 60.4%
Qatar — Muslim 77.5%
Sudan — Muslim 70%

After 80%, expect daily intimidation and violent jihad, some State-run ethnic cleansing, and even some genocide, as these nations drive out the infidels, and move toward 100% Muslim, such as has been experienced and in some ways is on-going in:

Bangladesh — Muslim 83%
Egypt — Muslim 90%
Gaza — Muslim 98.7%
Indonesia — Muslim 86.1%
Iran — Muslim 98%
Iraq — Muslim 97%
Jordan — Muslim 92%
Morocco — Muslim 98.7%
Pakistan — Muslim 97%
Palestine — Muslim 99%
Syria — Muslim 90%
Tajikistan — Muslim 90%
Turkey — Muslim 99.8%
United Arab Emirates — Muslim 96%

100% will usher in the peace of ‘Dar-es-Salaam’ — the Islamic House of Peace. Here there’s supposed to be peace, because everybody is a Muslim, the Madrasses are the only schools, and the Koran is the only word, such as in:

Afghanistan — Muslim 100%
Saudi Arabia — Muslim 100%
Somalia — Muslim 100%
Yemen — Muslim 100%

Unfortunately, peace is never achieved, as in these 100% states the most radical Muslims intimidate and spew hatred, and satisfy their blood lust by killing less radical Muslims, for a variety of reasons.

Very sad but true. Europa powinna sie obudzic kiedy nie jest zapozno.

W.

——————————-

A tak przedstawia sprawę niezależny „Der Dziennik”

Pomóżcie w naszej walce z islamizacją Niemiec” – wzywają działacze organizacji „Pro Koeln” i organizują w tym celu w Kolonii Kongres przeciwko islamizacji. A miasto juz wygląda jak oblężone. Przyjadą setki radykałów i tysiące zwolenników tolerancji (tolerancja różne ma twarze; lewacka ma twarz taką jak zdjęcia powyżej) i wielokulturowości. Policja boi się rozruchów.

„W całych Niemczech meczety rosną jak grzyby po deszczu, nawoływania muezinów i chusty przykrywające głowy dominują na ulicach” – alarmują działacze „Pro Koeln” na swojej stronie internetowej. Jutro na kongres do Kolonii przyjadą setki prawicowych radykałów, także spoza Niemiec.

Przywódcą radykałów jest Markus Beisicht, 45-letni adwokat z Leverkusen. Ostrzega nie tylko przed islamizacją społeczeństwa i wzywa do obrony „chrześcijańskiej kultury Zachodu”.

Za najlepszy przykład islamizacji Niemiec radykałowie uważają projekt bydowy w Kolonii wielkiego meczetu. Władze miasta zgodziły się na bydowę świątyni, która będzie zwieńczona prawie 37- metrową kopułą, a dwa minarety będą wysokie na 55 metrów.

Poglądy „Pro Koeln” i jej szefa mają zwolenników. Od czterech lat organizacja zasiada w miejskiej radzie. Jednak zdecydowana większość mieszkańców, z konserwatywnym merem Fritzem Schrammą chce bronić wielokulturowości miasta.Dlatego zwołano na sobotę wielki wiec, na który ma przyjść 40 tysięcy zwolenników tolerancji. Policja ściąga posiłki i ostrzega przed prowokacjami, które mogą przerodzić się w zamieszki.

Burmistrz Schramma wezwał 120 tysięcy Turków mieszkających w Kolonii, by w sobotę na znak protestu nie otwierali sklepów i barów. Zaś miejsowi restauratorzy od wczoraj organizują w swoich lokalach odczyty przeciwko radykałom, akcje informacyjne i występy muzyków pod hasłem „Nie ma piwa dla nazistów”.

Andrzej Geller/PAP

Źródło: Dziennik: W Kolonii nie chcą muzułmanów
czwartek 18 września 2008 20:24