Żydzi i kredyt w XIX w

Poniżej materiał o książce Klemensa Junosza – Pająki i Czarnebłoto. Książka została napisana pod koniec XIX wieku i przedstawia społeczność żydowskich lichwiarzy i handlarzy. Według Gabriela Maciejewskiego (wydawcy książki) jest to obraz kredytowej organizacji sieciowej, która działała na terenie I Rzeczpospolitej. Organizacji, która miała bardzo silną pozycję w tej branży. Maciejewski stawia bardzo ciekawą tezę dotyczącą skutków takiego stanu rzeczy. Szczegóły w filmie 🙂
Ja po przeczytaniu fragmentów książkę kupuję.

Poniżej jeszcze trzy duże fragmenty książki ze strony wydawcy. Fragmenty przypominają mi żydowski wątek z „Ziemi obiecanej” Władysława Reymonta (który został wycięty przez Wajdę z filmu i serialu).

—–
Na drugi dzień dziadzio Gancpomader, aczkolwiek trochę słaby i niedomagający, udał się przed Bank.
Kto tego miejsca nie widział, ten nic nie widział; kto tych wydeptanych chodników nie zna, ten nic nie zna.
Można śmiało powiedzieć, że nie ma na świecie instytucyi, tak pięknie, a zarazem niekosztownie urządzonej, jak to wielce szanowne zgromadzenie.
Lokal pod gołem niebem nic nie kosztuje, bywa on wprawdzie trochę niedogodny podczas deszczu, ale w takim wypadku nic łatwiejszego, jak schronić się do jakiej porządnej restauracyi, gdzie zbiera się bardzo dobrane towarzystwo i przy kufelku piwa rozmawia o interesach, nowościach chwili i wypadkach nadzwyczajnych, o ciekawych sprawach, licytacyach dokonanych, lub dokonać się mających, o tem, co było, co jest, co ma być, co przyjemne, co cokolwiek przykre, o wszystkiem, co ma jakikolwiek związek z finansami.
„Posiedzenia”, o ile pogoda sprzyja, odbywają się stojący, bez przewodniczącego, bez dzwonka, bez programu, a pomimo tego wszystko idzie doskonale.
Komu potrzeba rady, znajdzie tam radę, komu informacji informacyę, komu wyjaśnienia – wyjaśnienie, tanim kosztem, a niekiedy i darmo.
Członkowie zgromadzenia przechadzają się lub też stoją grupami, po kilku, i rozmawiają z sobą czasem poważnie i spokojnie, czasem z większym animuszem, z ferworem, a niekiedy zwłaszcza, gdy idzie o likwidacyę jakiego interesu, o podział zysków, namiętności się budzą, oczy płoną, usta miotają straszne przekleństwa i robi się rejwach nadzwyczajny – awantura, gwałt.
Zapisane są w kronikach zgromadzenia i przechowane w ustnej tradycyi nadzwyczajne walki, jakie tam nieraz staczano, zażarte, straszne.
Zdarzało się, że wspólnicy lub współzawodnicy psuli sobie nawzajem bardzo piękne brody i obrywali klapy od chałatów. W handlu bywa rozmaicie.
Bądź co bądź, miejsce tych stojących posiedzeń otoczone jest pewną czcią i poszanowaniem. Jest to rodzaj forum, miejsca publicznego, na którem każdy obywatel wydać się pragnie dobrze.
Człowiek, którego szanują w ogóle – jest szanowny; człowiek, cieszący się poważaniem przed Bankiem, jest dziesięć razy szanowny.
I na odwrót, można mieć awanturę, być oplwanym, spoliczkowanym nawet, to jeszcze nie hańbi; ale dostać w twarz przed Bankiem, to najokropniejszy dyshonor, to plama, którą trudno zatrzeć – nawet banknotem.
Zemsta, zwana rozkoszą bogów, dzika, straszna zemsta, wyrosła na gruncie zawiści fachowej i konkurencyi, przejawia się nieraz w sposób brutalny. Mściwy człowiek czyha, czai się, aż złapie przedmiot swej nienawiści i shańbi go… przed Bankiem.
Dziadzio Gancpomader, jako stały członek czarnej, wędrującej giełdy, widział nieraz takie zdarzenia i godna jego dusza trzęsła się w nim z oburzenia i grozy.
– Łajdaki i łotry! – wołał dziadzio – nie macież to prywatnych mieszkań, wreszcie bawaryi i restauracyi, wreszcie innych ulic do załatwiania takich spraw? Bijcie się wszędzie, gdzie tylko chcecie, ale nie tu!
Spoliczkować porządnego kapitalistę przed Bankiem czy może być większa kompromitacya!
Pomimo perswazyi dziadka, zdarzały się takie fakta smutne, świadczące, że gniew i zawziętość podobne są do dzikiego konia, którego ujarzmić i opanować trudno.
Na tych posiedzeniach stojących odbywały się niesłychanie ważne narady, tu każdy człowiek, którego praca przedstawiała jakąś wartość, był zmierzony, zważony, oceniony jak najdokładniej; tu każdy artykuł prawa i procedury przedyskutowany bywał, skomentowany i wytłumaczony tysiąckrotnie; tu opowiadano nadzwyczaj ciekawe i zajmujące rzeczy o symulacyach, o najosobliwszych figlach bankrutów podstępnych, o sposobach wykręcania się ze spraw przykrych, grożących odpowiedzialnością kryminalną.
Tam strzelały rakiety humoru i dowcipu gryzącego jak potaż, tam opowiadano sobie anegdotki i koncepta, wywołujące wybuchy wesołego śmiechu. Porządne towarzystwo, wesoła kompania!
Dziadzio Gancpomader bywał na tych posiedzeniach co dzień, nie z potrzeby bynajmniej, lecz z przyzwyczajenia; przez długie lata tam uczęszczał, więc już nie mógł się obejść bez tej przyjemności. Chciał widzieć swój świat i wiedzieć, co się w nim dzieje.
Udział jego w naradach był niewielki; sam już interesami się nie zajmował wcale, ale trochę posłuchał, co mówią i co robią; czasem proszony bywał o radę, lub o rozstrzygnięcie sporu. Nie odmawiał nigdy takich drobnych przysług; co najwyżej żądał, żeby konferencya odbyła się przy szklance piwa lub herbaty, na koszt osoby interesowanej.
Tam przychodził też co dzień pan L. B. Hapergeld, Chaim Beispiel, Mojsie Durch i inni opiekunowie główni i przydani pana Karola. Cała rada familijna. Tam oceniano krytycznie jego postępki.
– Buntuje się – mówił z westchnieniem Chaim Beispiel
– Niech się buntuje, niech go dyabli wezmą!
– Chce koniecznie wyleźć…
– Ha, ha, ha! Ja też chcę na loteryi wygrać.
– On bardzo dowcipny jest!
– Co wam to przeszkadza, że on chce wyleźć – rzekł jakiś niski, pękaty kapitalista, o oczach rybich i kształtach spasionego karpia. – Co wam to przeszkadza? Z moich klientów, a mam ich niezłą paczkę, nie ma ani jednego, który by nie chciał wyleźć, ale dotychczas żaden jeszcze nie wylazł, prócz tych, którzy pomarli. A trzeba wam wiedzieć, że ja ten interes prowadzę więcej, niż dwadzieścia lat.
– Ja też nie miałem tego zdarzenia – dorzucił drugi.
– I ja nie.
– Kto może wyleźć? Chyba że ucieknie.
– Dokąd ucieknie? On tu ma swoją familię, ma posadę, sposób do życia, a gdzie indziej, co będzie robił?
– Zawsze to z jego strony nie pięknie – wtrącił pan L. B. Hapergeld.
– Nie pięknie? – zawołał z oburzeniem karpiowaty – powiadasz pan tak nie pięknie, to łajdactwo jest! Jeżeli oni się uwolnią, to z czego my będziemy żyli? Czy przed nami świat otwarty? Czy mamy jakie posady? Cały nasz zysk jest ten marny procent i to jeszcze chcą nam odebrać.
– To jest prawda, to wielka prawda – dodał Mojsie Durch – ale nie ma się o co bać, on nie wylezie i inni też nie wylezą. Chwalić Boga, pan Hapergeld nie od parady nosi głowę na plecach, a my też znamy jego sztukę. On jest doskonale związany, może się szarpać, ile chce, może mu się zdawać, że już mu jest dobrze, że za rok pokończy interesa. Niech mu się zdaje.
– Dlaczego nie ma mu się zdawać i dlaczego pan Hapergeld, jak będzie potrzeba, nie ma go dobrze nacisnąć?
Pan L. B. Hapergeld zrobił taki gest ręką, jakby już nacisnął swego klienta. Uśmiechnął się, pogładził bródkę i otwierał usta, aby opowiedzieć, w jaki sposób pokaże swoją sztukę, gdy wtem, z ogromnym krzykiem, wpadła gromada innych finansistów, zacietrzewionych, spoconych i rozdzieliła grupę spokojnie rozmawiających.
– Co to za gwałt?!
– Co za awantura?!
– Nie pchajcie się, łajdaki, szanujcie miejsce!
Z gromady wyskoczył rudy żydek i rzucił się ku dziadkowi.
– Gancpomader, panie Gancpomader! Mnie krzywdę robią, sądź pan!
– Czego chcecie? O co robicie gwałt?
– To moje, ja jego szwagier! Jego siostra jest moja żona. Dlaczego bracia chcą krzywdzić siostrę?
– Ja jestem też jego szwagier i jeszcze gorzej niż szwagier, ja jestem jego wspólnik!
– A ja byłem jego faktor.
– Teraz nie jesteś jego faktor.
– Nic nie znaczy, mogę nim być napowrót, jeszcze dziesięć razy.
– Co mnie do tego – odezwał się wysoki żyd, w kapocie rzetelnie zabłoconej po sam pas – ja nie jestem wasz ojciec, ani wasz sędzia i obliczyłem sobie, co mi się należy: koszta i procent – zostaje reszta i niech ją bierze, kto chce, a jeżeli wy sobie przy podziale poobrywacie brody i powybijacie zęby, ja do tego nic nie dołożę. Ja jestem człowiek rzetelny, biorę, co moje, wam oddaję, co wasze.
To mówiąc, oddał zwitek banknotów temu, który stał z brzegu i najgłośniej krzyczał.
– Niech was dyabli porwą! – rzekł i oddalił się pospiesznie – co mi do waszych awantur, bijcie się, nie mam ochoty być świadkiem i chodzić do sądu.
Cała gromada rzuciła się na tego, który wziął pieniądze; popychano go, szturchano, ktoś go nawet zębami za rękę uchwycił, ale on cierpienie znosił mężnie, a banknotów bronił, jak bohater. Twarz jego stała się czerwona jak ogień, pokrył ją pot kroplisty, oczy na wierzch wyszły, usta zapieniły się, a piękna broda ruda, potargana i pomięta, świadczyła o bohaterskim zapale.
Lwica nie broni rozpaczliwiej lwiątka, ale też i lwy nie napadają waleczniej.
Podobno Homer widział walki zażarte, ale takiej z pewnością nie widział.
Zaledwie interwencya ludzi poważnych położyła kres batalii; rozepchnięto walczących, którzy jednak nie przestali krzyczeć wielkim głosem, mogącym mury wstrząsać i nie przestali wygrażać sobie nie tylko pięściami, ale denuncyacyą, policyą, sądem, kryminałem.
Dziadzio Gancpomader mówił później, że w życiu swojem nie widział podobnej awantury i tak burzliwego posiedzenia, jak wówczas.

—–

Lufterman wziął na bok Lejbusia.

– Słuchaj, ja nie lubię słuchać tego kobiecego gadania, siądźmy sobie na boku.

– Siądźmy na boku.

– Może tobie będzie tęskno bez panny?

– Dlaczego ma mi być tęskno, ona mi nie ucieknie.

– Powiedziałeś piękne słowo, Lejbuś, ja się cieszę, że jesteś chłopak dorzeczny.

– Tyś powiedział mądre słowo, Lejbuś, i ja się cieszę, że jesteś chłopak dorzeczny. Chodź ze mną, pokażę ci ludzi bogatych, a wierz mi, że to jest tak dobrze, jak gdybym pokazał gotowiznę.

Lejbuś zrobił minę zdziwioną.

– Cóż stąd, że ludzie mają? Mnie z tego nic nie przyjdzie.

– I znów powiedziałeś mądre słowo, chociaż tylko przypadkiem, ponieważ nie zrozumiałeś mojej myśli. Tak jest, Lejbuś, tobie nigdy nie przyjdzie nic z ludzi, mających dużo pieniędzy, ale z tych, co posiadają niewiele, możesz mieć jedwabne życie! Prosty interes; kto ma majątek, nie potrzebuje kredytu, a jeśli potrzebuje, to ma banki, hypotekę, prywatnych kapitalistów, którzy dają na jeden procent miesięcznie; ten, co ma mało, a musi żyć i nie może się obejść bez kredytu, przyjdzie do mnie, albo do ciebie. Nasz fach nie jest zły fach, a te biedaki, to – na moje sumienie – doskonały towar – śliczne bydło. Jeżeli trafisz na dobry gatunek biedaka, będzie pracował na ciebie, jak koń, a przytem możesz go doić, jak krowę, strzydz, jak owcę, on wszystko wytrzyma. Skoro raz wszedłeś z nim w stosunek, on już jest twój, on należy do ciebie, twoja rzecz w tem, żebyś go nie wypuścił z ręki.

– A jak on zechce się wydobyć?

– Nie potrafi, jeżeli go dobrze zaplączesz, a ty jesteś z takiej familii, w której było dużo ludzi bardzo zdolnych. Niedaleko szukając, dziadzio twój, Gancpomader, był cały artysta; twój ojciec Hapergeld znany jest w mieście. Jakie on robił sztuczki, jakie sztuczki i jak zręcznie! Żonę, nie chwaląc się, bierzesz z takiego domu, w którym nigdy na swoją potrzebę rozumu nie brakowało; nie posyłano po mądrość za Żelazną Bramę; więc ponieważ idziesz z takiej familii i będziesz miał żonę z takiej familii, powinieneś być szczęśliwy i prędko dorobić się majątku, jeżeli tylko zechcesz.

– Ja już chce.

– Chcesz? Chcieć, to prawie pół interesu, potrafić, to druga połowa.

– Będę się starał.

– Staraj się, koniecznie się staraj! A teraz słuchaj uważnie. Tu widzisz dużo, bardzo dużo państwa. Piękne państwo, eleganckie, postrojone; ja sam niejedną z tych osób ustroiłem. Z tego państwa ja znam przynajmniej 40 procent; nie wszyscy się mnie kłaniają i ja się nie każdemu kłaniam. Nie wszyscy lubią się przyznawać do znajomości z Luftermanem, to nie pasuje do ich honoru.

– A pieniądze brać, to pasuje?

– Dlaczego nie? Otóż, ja ich znam. Ten na przykład siwy pan, z wąsami, co tam idzie, to też mój dobry znajomy, nawet przyjaciel. Raz zrzucił mnie ze schodów, ale nieszkodliwie.

– Ze schodów?

– Cóż nadzwyczajnego? Czasem się trafia. Poproś, niech dziadek Gancpomader, albo twój ojciec powie, ile razy przebywał schody nie na nogach, tylko na rękach, albo na plecach.

– I oni nie robili gwałtu? Nie pozywali?

– Młody jeszcze jesteś, Lejbuś. Czasem zlecieć ze schodów znaczy tyle, co na loteryi wygrać, często dobrze się opłaci; strata bywa na takim interesie rzadko kiedy, chyba, że się stanie nieszczęście, że człowiek rękę złamie.

– Ja się bardzo dziwię.

– Boś młody; jak nabierzesz doświadczenia, przestaniesz się dziwić. Może ci chodzi o honor?

– Tak.

– Mylisz się, alboż oni mogą nam ubliżyć? Nasz honor jest nasz, między nami; oni go ani naprawić, ani zepsuć nie mogą. Ten stary pan wyrzucił mnie za drzwi. Wiesz, ile go to kosztowało?

– No?

– Więcej, niż trzysta rubli. To nie jest zły interes; niech mam tylko co dzień taki, wcale się o to nie rozgniewam. A widzisz tych dwoje młodych, co idą teraz? Ja ci tę parę daruję.

– Mnie?

– Na własność.

– Doprawdy, nie rozumiem, co chcecie powiedzieć…

– Widzisz, to jest młode małżeństwo; dopiero od czterech miesięcy on się nazywa mężem, a ona jego żoną. Ponieważ on ma niedużą pensyę i trochę długów, a ona wcale nie ma żadnego dochodu, więc było im bardzo pilno się ożenić.

Lejbuś się roześmiał.

– Ja im do tego szczerze dopomogłem – rzekł Lufterman – pożyczyłem jemu dwieście rubli, żeby się zagospodarował. Dlaczego nie dopomódz takiemu młodzieńcowi? Dałem mu na bardzo dogodnych warunkach, na raty, po dziesięć rubli miesięcznie. On się zaraz ożenił, on jest szczęśliwy, sam mi mówił, że jest bardzo szczęśliwy; zapłacił już cztery raty akuratnie, lepiej niż bank. Przy pierwszej racie on się śmiał i był bardzo wesoły, przy drugiej i trzeciej nie był ani wesoły, ani smutny, przy czwartej wzdychał, przy piątej będzie stękał, a siódmej nie zapłaci. Ja wiem, że nie zapłaci.

– Dlaczego?

– Dlatego, mój kochany, że z początku nic im nie było potrzeba; oni bardzo mało co jedli, a jak tylko on wrócił ze swojego biura, to chodzili sobie na spacer. Teraz nabrali lepszego apetytu do jedzenia, a niedługo będzie im potrzebna służąca. Ja im tego nie życzę, ale może się zdarzyć, że będzie im potrzebny doktór i aptekarz, wtenczas raty będą całkiem nieregularne i wtenczas ja ci tych dwoje ludzi daruję.

– Jak nie będą mieli czem płacić? Dziękuję za prezent.

– Jesteś jeszcze niedoświadczony i z przeproszeniem twego honoru, głupi. Niech ci się nie zdaje, że ten prezent nic nie wart, on dużo wart. Sam się o tem przekonasz. Uważaj tylko na człowieka: my nie mamy innej ewikcyi, tylko osobę, jeżeli osoba jest honorowa i ma to, co u nich się nazywa ambicya, to jest więcej warta, aniżeli hypoteka na pierwszym numerze. Taki, widzisz, wstydzi się, gdy przyjdziesz do niego upominać się, wstydzi się sądu, boi kompromitacyi: drży, jak gdyby miał febrę, gdy mu wspomnisz o komorniku. Wierz mi, Lejbuś, że na takich skrzypcach, jeżeli kto dobry muzykant, może ślicznie grać. Aj, aj, jak może grać! Tylko trzeba być artystą. Ja się spodziewam, że ty będziesz artystą.

– Uczyłem się trochę przy ojcu.

– Ładna szkoła, śliczna szkoła! Jonas Hapergeld, niech on zdrowo żyje, jest duży muzykant, on ślicznie gra, a dziadzio Gancpomader w swoim czasie był cały majster! Ho, ho, ho, co on wyrabiał, co on wyrabiał…

– Ja trochę słyszałem.

– Wszystkiego słyszeć nie mogłeś i możebyś nie zrozumiał jego sztuczek. On był taki znawca, że jak komu raz w oczy spojrzał, parę słów z nim pogadał, to wiedział doskonale, co on wart.

– Mądry dziadzio!

– Bardzo mądry. No, widzisz, ja już tobie podarowałem śliczną parę, dwa gołąbki, ty pilnuj ich, żeby ci niosły złote jajka. Masz wiedzieć, że on się nazywa Karol Prawdzic i okropnie się pyszni, że się tak nazywa. Co w tem jest, ja nie wiem; on powiada, że dla niego coś jest. Nam to wszystko jedno: Antek, czy Wojtek, niech mu będzie Michał, aby był z niego dochód.

– Dużo on wam winien?

– Tymczasem sto sześćdziesiąt rubli; ale za trzy lata ty będziesz miał u niego więcej, niż tysiąc rubli. Ty będziesz miał jego pensyę, jego zarobek prywatny, jego ruchomości. Ja nie przyrównywam, ale on będzie do ciebie przyczepiony lepiej, aniżeli mąż do żony, bo w małżeństwie może być rozwód, a ten stosunek nie ma rozwodu, on trzyma się do samej śmierci.

– Mnie się zdaje, panie Lufterman, że nie jest całkiem tak, jak wy mówicie.

– Dlaczego?

– Dlatego, że on może być od nas odczepiony.

– Jakim sposobem!

– On może wygrać na loteryi, dostać sukcesyę, może od razu dług zapłacić.

– To prawda, to może być, ale powiedz, czy widziałeś dużo ludzi, którzy wygrali na loteryi, lub otrzymali niespodziewany spadek?

– Co prawda, wcale nie widziałem.

– A czy widziałeś takich, którym by dopomogli krewni, albo przyjaciele życzliwi?

– I o takim interesie również nie słyszałem, chociaż podobno się zdarza.

– I trzęsienie ziemi i zaćmienie słońca także się zdarza, ale nie co dzień, ani nie co tydzień.

– No, a kto wam powiedział, że taki nie umrze i że dług nie przepadnie?

– Ma się rozumieć, że umrze, może nawet umrzeć młodo, nie doczekawszy się późnych lat, ale to jest bagatela.

– Ładna bagatela – śmierć!

– Dla tego, kto umiera, nie jest bagatela, ale dla nas… Jeżeli żył dość długo, kilka, lub kilkanaście lat, to z pewnością, na ścisły rachunek, nie został nam nic dłużny; zapłacił całą należność z grubemi procentami. Jeżeli umarł zaraz po zaciągnięciu pożyczki, a pożyczka była, co się rzadko zdarza, bez poręczycieli, to oczywiście jest strata. W pierwszym i w drugim wypadku strata na jednym rozkłada się na drugich. Inni zapłacą. Zresztą, co chcesz, w każdym interesie musi być trochę ryzyka, bez tego nie ma nic na świecie. Mój kochany zięciu, koniec końcem, ja ci tego pana Karola Prawdzica daruję, razem z jego żoną, z pensyą, z całym jego domem; podziękujesz mi kiedyś za ten prezent.

– Już dziękuję…

– Dam ci też kilka innych, bardzo godnych i porządnych osób. Dam ci jedną wdowę, co trzyma stołowników. Kłótliwa baba, ale płaci rzetelnie, dam ci jednego malarza, całkiem śliczny chłopak. Jest wesoły zawsze; śmieje się, gdy bierze pieniądze, śmieje się gdy płaci. Nazywa mnie Belzebubem, a raz wymalował taki obrazek, że ja niby sobie siedzę w piekle, a dyabli mnie szturchają żelaznemi widłami.

– To bardzo głupie malowanie; ja bym się rozgniewał.

– A ja nie; ja się śmiałem, choć było mi gorzko w sercu i od tej chwili podniosłem mu procent.

– Bardzo słusznie.

– Spodziewam się! Kto chce się śmiać i mieć wesołość, niech płaci: przecie i w teatrze biletów darmo nie dają.

– On mnie może też wymalować.

– Niech maluje. Ty mu nawet pozwól weksle malować; możesz jechać śmiało do tysiąca rubli.

– Tak?…

– A tak; ja się o niego dowiadywałem. On ma duży talent, on daje obrazy na wystawę; jemu może się trafić taki magnat, co od razu da mu za obraz kilka tysięcy rubli. Przytem on jest bardzo ładny chłopak; on się dobrze ożeni. Widzisz, kochany Lejbuś, że ja ci nie daję złych podarunków, przeciwnie, co ci ofiaruję, to jest sam smak. Jeszcze dostaniesz jeden prezent, pewną damę, wielką damę. Ona występowała w cyrku, potem jeździła za granicę, bo ona jest też z pochodzenia zagraniczna, a teraz żyje sobie nieźle, z własnych funduszów, utrzymuje bardzo ładne mieszkanie, ma nawet powozik i dwa konie czarne, jak smoki.

– No, a jej na co pieniądze?

– Aj, Lejbuś, Lejbuś, ty jeszcze wcale nie znasz świata, ty nie znasz, nie znasz! Nie masz pojęcia, ile jest gatunków tych ludzi. Wszystko to trzeba znać, tak, jak kupiec swój towar. Są między nimi tacy, którzy bardzo ciężko na nas pracują, bo musieli pożyczyć pieniędzy w przypadku, w nieszczęściu; są tacy, którzy mało pracują, a pieniędzy trzeba im na zabawę, na karty, na hulanie, a są i tacy, którzy nic nie pracują, mają majątek po rodzicach, a też im często brakuje. Ten gatunek zjada to, co ma i to, co się spodziewa mieć i to, czego nigdy mieć nie będzie. Są różne gatunki. Ta pani, którą ci ofiaruję, jest z takiego gatunku, że dziś setki w błoto wyrzuci, a jutro może nie mieć na szklankę herbaty i na bułkę. Wierz mi, że to śliczna ryba, paradny kawałek interesu! Byłbyś niesprawiedliwy, Lejbuś, gdybyś powiedział, że ja nie jestem dla ciebie hojny. Ja dam posag za córką, ja ci daję moich własnych ludzi, gdzie znajdziesz drugiego takiego teścia? Pewnie nie w Warszawie.

– To jest prawda; posag wytargował mój ojciec i jego potem przez trzy dni głowa bolała od klektania; a ten prezent, co mi teraz dajecie, mam obrabiać mojemi własnemi pieniędzmi; nie ma co mówić, panie Lufterman, jesteście bardzo hojny człowiek, ale ja się na tem umiem poznać.

– Wstydź się, sądzisz, jak dzieciak, żebyś się głębiej zastanowił, przekonałbyś się, że to co ja ci daję, jest bardzo dużo. Pokazać komu drogę wiele znaczy, a dać dobrą radę, też coś warto.

Rozmowa się przerwała, gdyż pani Lufterman z panną Reginą, nagadawszy się z przyjaciółkami, przyszły i rzekły, że już wielki czas wracać do domu, nadto panna Regina oświadczyła, że ma wielki apetyt na wodę sodową, przyczem spojrzała bardzo wymownie na Lejbusia. Pani Lufterman wyraziła taką samą intencję i również na Lejbusia spojrzała, ten znów z kolei zwrócił spojrzenie na przyszłego teścia.

Zrozumieli się od razu; pan Lufterman kazał dać kufelek wody i wypił go do współki ze swą małżonką; Lejbuś również kazał dać kufelek i podał go pannie Reginie, zastrzegłszy, żeby była akuratna w podziale.

Takim sposobem, za kilka drobnych groszy, zdobyto wielką masę sprawiedliwości.

——

„W każdym handlu, a głównie w naszym handlu główną podstawą jest uczciwość.
„Zawsze uczciwość, pamiętaj to sobie! Ja miałem takie zdarzenie. Pożyczyliśmy jednemu kawalerowi, który miał się bogato ożenić, grubszą sumę; pożyczyliśmy we trzech: ja, Lejzor Talar i Noach Figielman. Odbierało się różnemi czasy i, Bogu dziękować, odebrało się bardzo pięknie; nie dołożyliśmy do tego interesu. Upłynęło kilka lat. Noach umarł, a Lejzor znalazł u siebie między papierami jeszcze jeden dokument na kilkaset rubli od tego samego pana. Udał się do niego; tamten miał trochę krótką pamięć, nie utrzymywał rachunków i niewiele się sprzeczając – zapłacił.
„Całkiem gładko to poszło, jak po maśle, ja nie wiedziałem o niczem. Jednego dnia przyszedł do mnie Lejzor, opowiedział, jak to było i podzielił pieniądze akuratnie na trzy części: jedne dla mnie, drugą dla siebie, trzecią dla dzieci po nieboszczyku Noachu. Sobie policzył tylko za dwa kursa omnibusu i wierz mi, że nawet w tym drobiazgu nie było symulacji; on naprawdę jechał omnibusem, bo go bardzo noga bolała wtedy.
„Oto uczciwość, oto człowiek, który chodzi drogą sprawiedliwych, nie łakomi się na cudze, jest wspólnik rzetelny, człowiek honorowy! I naprawdę on dużo, dużo ważył swoje słowo; jeżeli przyrzekł komu, że się zgłosi po pieniądze o dziesiątej rano, to już o siódmej spacerował po ulicy, a od dziewiątej czekał w bramie, żeby nie uchybić terminu ani na jedną minutę.
„Ja go za to szanowałem.
„Mnie to przykro, luby mój wnuczku, bardzo przykro, że nie mogę wylać na papier całego morza doświadczenia, jakie się znajduje w mojej pamięci.
„Ludzie używają do pisania pióra z ciężkiego ptaka, z gęsi – i to jest właśnie przyczyną, że pisanie nie może być tak lotne, jak myśl.
„Dużo widziałem ludzi, dużo robiłem interesów, głowa moja napełniona jest wspomnieniami, niby bryka żydowska, co kursuje pomiędzy Radomiem a Warszawą. Za jedną myślą goni druga, za drugą trzecia, dziesiąta, piętnasta; jedna drugą prześciga, potrąca, popycha; robi się z tego zbiegowisko, jarmark, a na jarmarku, mój wnuczku, jest wiele dobrych rzeczy, piękny wybór. Dla ciebie chciałbym wybrać, co najlepsze, ale w takim pośpiechu mogę niejedno pominąć. Wielkie jest w mojem sercu kochanie dla ciebie; chciałbym ci oddać wszystko, co uzbierałem do głowy mojej, żebyś miał na całe życie i jeszcze swoim dzieciom zostawił.
Dziadzio pisał tę kartkę z rozrzewnieniem wielkiem i widział oczami ducha swojego przyszłość swojego wnuka, wielką przyszłość, a dlaczego wielką? Dlatego, że wnuczek pieniędzmi robił, dlatego, że był z rodu artystów, a pieniądz w ręku artysty prędzej rośnie, niż trawa, a obficiej się mnoży, niż piasek w morzu.
Atoli rozrzewnienie dziadka nie przeciągnęło się dalej, niż na dwie karty; opanował on uczucie i poskromił je, niby rozhukanego rumaka, poczem zaraz zawrócił na grunt praktyczny i rzucał znowuż dobre rady i nauki… niby perły.
„Szanuj klienta, który ma ambicyę, bo ambicya dużo znaczy; można z niej czerpać, jak ze studni.
„Jak dostaniesz do rąk dobrego człowieka, to go nie puść; dobry dłużnik znaczy więcej, niż cztery konie. Wyobraź sobie, że czterema końmi jeździsz. Alboż ci nie wolno?
„Jeżeli dłużnik ci umrze, nie potrzebujesz siedzieć po nim na pokucie: to, co pozostał ci winien, rozłóż na innych, oni to z procentem zapłacą.
„Masz śliczny fach, mój wnuczku, szlachetne zatrudnienie, powinieneś o tem pamiętać. Zastanawiaj się dobrze, że pieniądz wspiera głowę, a głowa wspiera pieniądz. Ty masz i pieniądz i głowę, więc wszystko masz.
„Jak ci się trafi inny geszeft, choćby dobry, ale nie twego fachu, ty go nie bierz. Kto handluje pieniędzmi, nie powinien handlować pieprzem i cynamonem. Nie staraj się o martwy towar, skoro masz żywy.
2.
Na widok żony, powracającej do zdrowia, Karol zapomniał o całym świecie, o kłopotach, o Luftermanie nawet.
Przyszedł rano, gdy pan Karol do biura się wybierał.
– A, łaskawy pan Lufterman.
– No, ja jestem, dzień dobry panu.
– Przedewszystkiem bardzo panu dziękuję, że pan uwzględnił moje krytyczne położenie.
– Co ja takiego uwzględniłem?
– Żona moja chorowała kilka tygodni, rozumiesz pan, to pociąga za sobą wydatki, nie byłbym w stanie zapłacić panu raty, a pan był tak delikatny, że wcale nie przyszedł, by się upomnieć o nią.
– Rzeczywiście, ja mam bardzo delikatną naturę, ale nie wiedziałem, że pańska żona była chora. Mnie to jest bardzo przykro, trzy razy przykro: raz, że żona pańska była chora, drugi raz, że pan nie jest przygotowany na ratę, a trzeci raz, i to jest właśnie najgorszy raz, że z powodu niezapłacenia raty, ja potrzebuję wymagać od pana całkowitą sumę na jeden raz.
– Bój się pan Boga, ależ to mnie zrujnuje!
– To bardzo może być i dlatego jest mi tak przykro; ja od tej wymagalności zdrowie tracę, ale ustąpić nie mogę.
– Dlaczego? Powiedz pan dlaczego? Czy nie płaciłem rzetelnie, dopóki mogłem?
– Płacił pan.
– Czy nie jestem gotów dać panu teraz kilka rubli za pańską wyrozumiałość?
– Owszem, pan jesteś gotów, ja wiem, pan już trzyma rękę w kieszeni.
– Więc?
– Ja panu powiem prawdę: ja już mam dosyć tego lichwiarstwa, to paskudny fach, państwo powiadacie, że to niehonorowe jest, że każdy lichwiarz, to rozbójnik, złodziej, a ja powiadam, że czy ono honorowe, czy nie honorowe, to też niewiele warte, bo żadnego dochodu nie daje.
– Nie daje?
– Co się pan dziwi? Skąd ma dać? Czy z tego, że pan na przykład nie zapłaci raty, albo że drugi pan pojechał sobie na posadę do takiego kraju, w którym wcale komorników nie ma, a wyrok znaczy tyle, co nic. Miałem takie zdarzenie, dalibóg! Pan Franciszek, ten blady, z jasną brodą, pojechał do Persyi sprzedawać perkal i moje trzysta rubli z nim pojechały. A czy pan myśli, że nie trafi się taki, co sam sobie zrobi śmierć? Też miałem takiego gałgana! On sam sobie zastrzelił i moje dwieście rubli też były zastrzelone. No, powiedz pan sam, co z tego lichwiarstwa jest? Tfy! Jedno z drugiem nic. Ja potrzebuję wycofać kapitał i wolę handlować z mydłem, z gipsem, ze smołą, wolę szynk utrzymywać, niż tem paskudztwem się trudnić.
– To jest pańskie postanowienie nieodwołalne?
– To jest, panie takie, jak wyrok z ostatniej instancji. Pan musisz się starać o pieniądze.
– Ale skąd?
– Pańska głowa w tem.
– Ha, trudno, skoro pan inaczej nie chce, to muszę…
– Wierz mi pan, że mnie to bardzo boli.
– Jak prędko żąda pan tych pieniędzy?
– Gdzie pan widział człowieka, który powoli żąda?
– Więc dziś?
– Choćby w tej chwili…
– Panie, to nie sposób…
– A co jest pański sposób?
– Daj pan chociaż trochę czasu, nie jestem przygotowany, nie spodziewałem się.
– To ja się bardzo dziwię. Przecież pan pisał na wekslu własnoręcznie: „W razie chybienia jednę ratę, cała suma zrobi się wymagalna od jednego razu”. Pisał pan tak?
– Pisałem.
– A dlaczego pan raty nie zapłacił?
– Bo się pan nie zgłaszał.
– O co idzie? Ja jestem teraz zgłoszony, zapłać pan ratę i wszystko będzie w porządku, ja nie będę mógł wymagać od pana całej sumy.
3.
– Że pan nie rozumie takiej prostej rzeczy! Ja wymagam sumy, pan jej nie masz, ja nie ustąpię, a pan jej nie dostaniesz, więc cóż stąd? Prosta kombinacya: muszę znaleźć kapitalistę, który tę sumę panu da, a pan ją oddasz mnie. Czy to jasne?
– Bardzo jasne, jak w samo południe.
– Taki kapitalista niechętnie robi interesa, trzeba go namówić; jak i gdzie namówić? Przy kufelku. Człowiek, co ze swego kapitału żyje, ma grymaśną gębę, wódkę lubi mocną, bardzo mocną, śledzia marynowanego, bardzo marynowanego, piwa on nie pije, tylko czarny porter, bardzo czarny porter! Cygaro on też lubi i to najmniej za sześć groszy. Prócz tego on ma faktora, bez faktora nie zrobi nic. Faktora trzeba też sobie zjednać, a jak pan myśli, czem takiego łapserdaka zjednać? Trzeba mu wsadzić w zęby rubla, dwa, i prócz tego zapewnić mu procent od interesu. W takim razie on będzie gadał, a jeżeli nie, to nie; on będzie siedział cicho, jak kamień. Rozumiesz pan teraz, na co ja biorę te kilka rubli?
– Więc sądzisz pan, że ów kapitalista da?
– Ja myślę.
– A cóż to za osobistość?
– Wcale nie jest żadna osobistość, po prostu lichwiarz: nawet muszę pana uprzedzić, że jest z tych ordynaryjnych lichwiarzów, bardzo paskudnego gatunku, przytem ma jeden feler, niedobry dla pana.
– No?
– On jest młody, całkiem jeszcze, niedawno sobie ożenił.
– A cóż mi to przeszkadza, czy on stary, czy młody. Interes pieniężny, on pożycza, bierze procent. Co lata mają do tego?
– Dużo mają. My starsi, doświadczeni, cośmy już robili dość różnych interesów, kontentujemy się niewielkim zyskiem i niech będzie mała korzyść, byle pewna. Ja na przykład brałem od pana po ludzku, nic nie zarabiałem, całego kramu cztery procent na miesiąc. Ten łapserdak zażąda od pana najmniej ośm; a dlaczego? Bo on jest młody, chciałby się od razu zbogacić.
– Ale to niepodobieństwo!
– Nikt pana nie przymusza brać.
– Jakże, a pan?
– Przepraszam; ja panu nie bronię wziąć od kogo innego. Zresztą potarguj się pan; mnie się zdaje, że jeżeli będziesz się pan trzymał twardo, to on opuści na siedm. I jeszcze pana uprzedzam, że jego faktor, między nami mówiąc, wielki cygan, nie bierze mniej, jak pięć rubli od sta z sumy, a żona tego kapitalisty, taka sama drapieżnica, jak on, też potrzebuje dostać porękawiczne. Widzisz pan, jaka to dyferencya starzy ludzie i nowi ludzie! Jak pan robiłeś ze mną interes, toś dał dla mego małego wnuczka na pierniczek rubla; z nim co innego! Przecież wstydziłbyś się pan dać rubla młodej kobiecie, która przytem jest bardzo ładna i bardzo edukowana.
– Ależ na Boga, ten pański kapitalista, to jest jakiś rozbójnik, bez sumienia.
– I mnie się tak zdaje.
– Lichwiarz-pijawka, w najszkaradniejszym gatunku!
– Mogę za to solidarnie poręczyć. Pan dobrodziej powiedział bardzo wielką prawdę.
– Jakże się nazywa ten ludożerca?
– Taki ludożernik nazywa sobie… on sobie… sobie nazywa… Leon Bernard Hapergeld.
– Pan go dobrze znasz?
– Cokolwieczek znam, ale bardzo mało.
4.
Lejbuś na swem weselu czuł się bardzo szczęśliwym; jadł różne doskonałe rzeczy, posilał się, jakby na całe miesiące głodu, chociaż go głód nie czekał.
Rosół z kaczki, skrzydło z gęsi, całego śledzia, parę kawałków nadziewanej ryby, porcyę tortu, garść makaroników i cukierków skonsumował bez żadnej trudności; przytem nie żałował sobie ani wódki, ani piwa, ani rodzenkowego wina, ani araku do herbaty.
Młoda żona szepnęła mu delikatnie do ucha:
– Słuchaj, ty, paskudniku, jeżeli ty co dzień tak jadasz, to lepiej daj mi od razu rozwód, bo ja nie chcę, żeby mój posag był umieszczony w twoim bezdennym brzuchu.
Lejbuś mruknął znacząco i odpowiedział półgłosem:
– Ty mnie jeszcze nie znasz, Reginko, ty nie wiesz, jaki ja jestem skąpy. Za własne pieniądze ja jeść nie lubię, ale teraz, na weselu… Powiedz, moja kochana, kto sprawił to wesele?
– Jak to kto? Rodzice.
– No właśnie; rodzice sprawili, więc lepiej, że ja zjem, niżby goście mieli zjeść; niech się więcej w familii zostanie. Czy nie mam racyi?
– Masz bardzo śliczną racyę i mnie to cieszy, że jesteś mądry.
– A wiesz, Reginko, dlaczego ja tańczyłem tak gwałtownie?
– Zapewne z uciechy, że dostałeś ładną, posażną i edukowaną żonkę.
– Nie; ja się mogę cieszyć z tego siedząc i skutek będzie taki sam.
– Więc?
– Ja tańczyłem dla utrzęsienia się, żebym mógł więcej zjeść.
Pani Regina roześmiała się i powiedziała Lejbusiowi do ucha, że jest z niego bardzo przyjemny, bardzo mądry paskudnik.

——

Reklamy

Polska100 kontra wyczyny na międzynarodową skalę

Podobnież Polska Fundacja Narodowa zamierza wydać do 20 mln zł na projekt Polska100. Ma być to DWULETNI rejs dookoła świata w wykonaniu Mateusza Kusznierewicza (i jego kolegów ;).

A słyszałeś o opłynięciu Antarktydy w 72 dni. Przez 9 osobową grupkę polaków. Jak to wykorzystano medialnie?
A wystarczyła agencja PR, przeszkolenie dla załogi z kręcenia filmów i łącze satelitarne do ich transmisji. Czy z takiej historii można zrobić pozytywny przekaz? Czy można z takim przekazem dotrzeć do milionów osób? Jaki można by z tego zrobić „serial dokumentalny”.
Bez promocji tego wydarzenia prawie nikt o tym nie wie. Film ze startu obejrzało mniej niż 2000 osób. A na FB obserwuje ich 1500 osób. Szukałem relacji z wydarzenia po angielsku ale nie znalazłem

DCIM100GOPROG0080486.JPG

Obowiązkowa miłość do WOŚP

Ostatnio Patryk Jaki (kandydat na prezydenta Warszawy) powiedział, że nie daje na WOŚP. Uzasadnił to racjonalnie tym, że fundacja WOŚP znaczną część pieniędzy przejada (m.in wydaje na organizację koncertu Woodstock, reklamę). Piszę o tym od kilku lat (Czego nie wiesz o WOŚP części 1, części 2 i cześć 3). I oczywiście rozpoczął się emocjonalny najazd na Patryka Jakiego, który wygląda między innymi tak :

„Panie Jaki, znamy się tylko z widzenia. Podczas naszego ostatniego pobytu w szpitalu Pański Syn wraz z Żoną leżeli w sali naprzeciwko. Aniela czasami uśmiechała się do Pańskiego Syna przez szybę w drzwiach, bo była na stałe przypięta do pomp podających leki” – napisali na swoim profilu na Facebooku rodzice dziewczynki. „Część pomp była zakupiona z pieniędzy z WOŚP. Badania Pańskiego syna i innych dzieci są przeprowadzane na sprzęcie zakupionym przez WOŚP Pańska żona spadła na łóżkach zakupionych przez fundację MacDonals. Szpital jest super wyposażony bo tysiące ludzi miało odruch serca i chciało pomóc. Skoro ma Pan z tym problem polecam prywatne szpitale. Proszę nie być hipokrytą” – zaapelowali do wiceministra Jakiego (zachowano oryginalną pisownię – przyp. red.).

– Gdyby przyjąć rozumowanie ludzi piszących ten list, to by oznaczało, że każdy, kto korzysta z publicznej służby zdrowia, ma obowiązek wspierać WOŚP, bo inaczej won ze szpitala – skomentował dla WP apel rodziców Anielki wiceminister Patryk Jaki. – Przypominam, że kwota, którą przez te wszystkie lata zebrał WOŚP stanowi zaledwie 0,001 procenta tego, co – między innymi ja – płacę na służbę zdrowia. Liczby są twarde, jeśli nie kupiłby tego sprzętu WOŚP, to i tak byłby w szpitalu – dodał.

– W związku z tym, co piszą ci ludzie z zacietrzewienia politycznego – haniebnie wykorzystując swoją zmarłą córkę – jest ohydne. Co gorsza, jest nieprawdziwe – ocenił wiceminister Jaki.

Wiceminister przyznał w rozmowie z WP, że przez lata wspierał WOŚP. – Przestałem, kiedy się dowiedziałem, że pan Owsiak nie rozlicza się z całej działalności i nawet nie wykonuje wyroków sądów. A także od kiedy zaangażował się w ruchy proaborcyjne – tłumaczył WP Patryk Jaki. – Od tej pory zamiast na WOŚP daję na organizacje charytatywne, które nie angażują się w politykę – powiedział nam wiceminister sprawiedliwości.

Źródło wp.pl: Rodzice zmarłej Anielki apelują do Patryka Jakiego
_

A teraz najlepsze czyli ocena (sytuacji/ stanowiska Jakiego/ artykułu) dokonana przez czytelników WP. ponad 75% ocenia dobrze 🙂

I tak należy rozmawiać o WOŚP. Konkrety, fakty i liczby (np należy podać ile każdego roku płacisz składek na NFZ a ile zbiera Jurek od jednego darczyńcy). Wskazywanie kto robi to lepiej i taniej. Jest szansa na uświadomienie/przekonanie myślących. „Wierzących” w Jurka nic nie przekona.

Czytelnicy WP.PL oceniają Patryka Jakiego

Czego nie wiesz o WOŚP – cz.3

Po raz kolejny zajrzałem do sprawozdań finansowych WOŚP. Omawiałem tą kwestię we wcześniejszych wpisach w części 1 i części 2.

Sprawozdanie finansowe Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy za rok 2013 można pobrać z mojej strony lub fundacji. A za 2014 z mojej strony lub fundacji.

Przejdźmy do faktów ze sprawozdania finansowego za 2013r:
– Fundacja w 2013r zebrała ponad 60,7 + 2,5 mln uzyskała z przychodów finansowych,
– 2013 jest pierwszym rokiem od lat kiedy fundacja z czystym sumieniem mogła powiedzieć że wszystkie pieniądze z puszki poszły na programy pomocowe (czyli na zaopatrzenie placówek medycznych i pomoc medyczna, Program Powszechnych Przesiewowych Badań Słuchu u Noworodków, Program Infant Flow, Program „Ratujemy i Uczymy Ratować”). Na ten cel poszło aż 62,4 mln,
– w tymże roku fundacja poniosła stratę w wysokości 7,7 mln zł,
– fundacja wydała 7,1 mln na „działalność propagatorską, informacyjną i pożytku publicznego” – w tej pozycji najprawdopodobniej uwzględniono organizację przystanku Woodstock, a także tzw wielkiego finału. Fundacja określa tą pozycję jako wydatek na cel statutowy.
– WOŚP w 2013r zmniejszył ilość posiadanej środków finansowych o 7,4 mln zł. Cóż za zbieg okoliczności. Jest to kwota równa stracie finansowej za ten rok. Na koniec roku na kontach fundacji znajdowało się 42,6 mln zł.
– koszty administracyjne wyniosły ponad 4,6 mln zł,
– sprawozdanie za 2013r ukazało się jak zwykle w połowie 2014r.

Wnioski ze sprawozdania za 2013r.
Na początku postawmy pytanie dlaczego fundacja przeznaczyła w 2013r więcej na cele statutowe niż zebrała?
W drugiej połowie roku bloger Matka Kurka został pozwany przez WOŚP/Jerzego Owsiaka
Pod koniec 2013r m.in TV Republika zadała pytanie o wydatki fundacji

Później po raz kolejny pytania padły na oficjalnej konferencji podsumowującej finał

To poszukiwanie słoika zostało pokazane we wszystkich telewizjach.
Stawiam tezę, że Jerzy Owsiak się przestraszył medialnego zainteresowania finansami WOŚP, a także finału procesu sądowego (który sam wytoczył) i wykazał się wydając na cele statutowe więcej niż zebrał.
W 2014 roku sprawa finansów WOŚP ucichła, a niektóre media odtrąbiły, że Jerzy Owsiak sprawę z blogerem wygrał.

– – – – – – – – – –

A w sprawozdania finansowego WOŚP za rok 2014 dowiadujemy się:
– Fundacja w 2014r zebrała ponad 63,5 + 2 mln uzyskała z przychodów finansowych + 2 mln przychody operacyjne,
Na programy pomocowe fundacja wyłożyła tylko 40,6 mln (czyli zaopatrzenie placówek medycznych i pomoc medyczna, Program Powszechnych Przesiewowych Badań Słuchu u Noworodków, Program Infant Flow, Program „Ratujemy i Uczymy Ratować”, Program „Cukrzyca”, Szkolenia dla dyspozytorów medycznych),
– Co wynika z dwóch powyższych pozycji? To że z każdych 10 zł które przekazałeś na WOŚP 3,5 zł trafiały gdzieś indziej niż na dzieci i starców. A gdzie podziały się 22,9 mln zł? A tutaj:
– fundacja wydała ponad 8,3 mln na „działalność propagatorską, informacyjną i pożytku publicznego” – w tej pozycji najprawdopodobniej uwzględniono organizację przystanku Woodstock, a także tzw wielkiego finału. Fundacja określa tą pozycję jak zwykle jako wydatek na cel statutowy.
– koszty administracyjne wyniosły 4,7 mln zł,
– WOŚP w 2014r zwiększył ilość posiadanych środków finansowych o 17,8 mln zł (czyli wzrost o 41,7% w stosunku do roku poprzedniego). Na koniec roku na kontach fundacji znajdowało się 60,4 mln zł.
– Aktywa fundacji wzrosły z 64,3 mln do 81,3 mln czyli o 17 mln zł (czyli aż o 26,4% w ciągu jednego roku).
– zysk wyniósł 14,7 mln zł (przy wzroście przychodów o 3,7 mln.).

Wnioski ze sprawozdania z 2014r.
Fundacja wróciła do starych praktyk czyli zwiększania wartości aktywów. W roku podobnie jak w 2012 gwałtownie wzrosła ilość gotówki (przy bardzo podobnych przychodach).
Warte podkreślenia jest fakt, że na koniec 2008 roku aktywa fundacji wynosiły 36,6 mln zł a po 6 latach 81,3 oznacza to wzrost o 122%. Ten wzrost aktywów w małym stopniu został wypracowany przez fundację. Większość stanowią fundusze o darczyńców takich jak Ty i przychody finansowe.

Rockefeller, Morgan i wojna

Autor: Murray N. Rothbard
Źródło: mises.pl
Tłumaczenie: Paweł Kot

Tekst stanowi część książki Wall Street, Banks, and American Foreign Policy (1984) – (książkę można pobrać bezpłatnie)

W latach 1930. Rockefellerowie mocno naciskali na wojnę z Japonią, którą postrzegali jako agresywnego konkurenta o zasoby ropy i kauczuku w Azji Południowo-Wschodniej oraz zagrożenie dla ich marzeń o masowym „rynku chińskim” dla produktów naftowych. Z drugiej strony, nie chcieli interwencji w Europie, gdzie utrzymywali co prawda raczej słabe związki z Wielką Brytanią i Francją, ale posiadali za to bliskie powiązania finansowe z firmami niemieckimi, takimi jak I.G. Farben.

Morganowie byli z kolei silnie powiązani finansowo z Wielką Brytanią i Francją, toteż szybko opowiedzieli się za wojną z Niemcami, podczas gdy ich zainteresowanie Dalekim Wschodem stało się minimalne. Ambasador USA w Japonii, Joseph C. Crew, były partner Morgana, był jednym z niewielu urzędników w administracji Roosevelta, szczerze zainteresowanych pokojem z Japonią.

W pewnym sensie II wojna światowa była wojną koalicyjną: Morganowie dostali swoją wojnę w Europie, Rockefellerowie swoją w Azji. Do rządu wracali teraz tacy ludzie Morganów, jak Lewis W. Douglas i Dean G. Acheson (protegowany Henry’ego Stimsona), którzy opuścili administrację Roosevelta rozczarowani polityką słabej waluty i nacjonalizmem gospodarczym. Nelson A. Rockefeller został szefem działań związanych podczas II wojny światowej z Ameryką Łacińską, w ten sposób rozsmakowując się w służbie publicznej.

Po II wojnie światowej zjednoczony wschodni establishment, złożony z rodzin Rockefellerów, Morganów, Kuhnów oraz Loebów, krótko cieszył się ze swojej niekwestionowanej supremacji. „Kowbojskie” firmy z rolniczego południa, niezależni nafciarze oraz budowlańcy z Teksasu, Florydy i południowej Kalifornii zaczęli bowiem konkurować z Jankesami o zdobycie władzy politycznej. Chociaż obie grupy popierały zimną wojnę, kowboje zawsze byli bardziej nacjonalistyczni, bardziej wojowniczy i mniej zważali na to, co myśleli nasi Europejscy sojusznicy. Byli także mniej przychylni dla pomocy finansowej dla, kontrolowanego obecnie przez Rockefellerów, Chase Manhattan Banku i innych banków z Wall Street, które beztrosko udzielały pożyczek krajom komunistycznym i Trzeciego Świata, a teraz oczekują od amerykańskiego podatnika, że zapłaci rachunek — bezpośrednio w podatkach lub przez dodruk dolarów.

Trzeba jasno powiedzieć, że to, która partia znajduje się u władzy, jest o wiele mniej ważne od finansowych i bankowych powiązań danego reżymu. Świadectwem znaczenia władzy finansowej była kontrola nad polityką zagraniczną, jaką przez długi czas posiadał Henry A. Kissinger, odkrycie niezwykle wpływowego starszego polityka Johna J. McCloya, związanego z Rockefeller-Chase Manhattan Bankiem. Kolejnym tego dowodem jest skuteczność lobbingu, jaki Kissinger i David Rockefeller, szef Chase Manhattan, zastosowali wobec Jimmy’ego Cartera, by ten zezwolił na przyjazd do USA chorego szacha Iranu, co spowodowało upokarzający kryzys z zakładnikami.

Poza kilkoma szczegółami, jasne jest, że wyzwanie rzucone władzy Rockefellerów i Morganów w Radzie ds. Stosunków Międzynarodowych (CFR) i stworzonej przez Rockefellerów Komisji Trójstronnej (Trilateral Commission) spaliło na panewce, i że „rząd ciągły” (ang. permanent government) rządzi niezależnie od partii będącej nominalnie przy władzy. W konsekwencji głośno zapowiadany „dwupartyjny konsensus w polityce zagranicznej”, narzucony przez establishment od II wojny światowej, wydaje się niezagrożony.

David Rockefeller, od 1970 (według Wikipedii od 1969 r. — przyp. red.) do 1981 r. prezes zarządu należącego do jego rodziny Chase Manhattan Bank, założył Komisję Trójstronną w 1973 r., a pomogło mu w tym wsparcie finansowe CFR oraz Fundacji Rockefellera. Joseph Kraft, waszyngtoński felietonista wielu czasopism, który osobiście wyróżnia się członkostwem w CFR i Komisji Trójstronnej, trafnie określił CFR jako „szkołę mężów stanu”, która „w przybliżeniu może być organem czegoś, co C. Wright Mills nazwał elitą władzy — grupą ludzi o podobnych zainteresowaniach i poglądach, zakulisowo kształtujących bieg wydarzeń”.

Komisji Trójstronnej przyświecała idea umiędzynarodowienia procesu formułowania polityki. Komisja składa się z małych grup liderów korporacji międzynarodowych, polityków i ekspertów od polityki międzynarodowej ze Stanów Zjednoczonych, Europy Zachodniej i Japonii, którzy spotykają się, by koordynować politykę gospodarczą i zagraniczną pomiędzy swoimi krajami.

Być może najważniejszą postacią w polityce zagranicznej od czasu II wojny światowej jest osiemdziesięcioletni John J. McCloy, ulubiony doradca wszystkich prezydentów. Podczas II wojny światowej McCloy, jako asystent podstarzałego sekretarza Stimsona, praktycznie zarządzał Departamentem Wojny; to McCloy przewodniczył podejmowaniu decyzji o internowaniu wszystkich Amerykanów pochodzenia japońskiego i jest właściwie ostatnim Amerykaninem, który nadal usprawiedliwia to działanie.

Przed i w czasie wojny, McCloy — uczeń Stimsona — poruszał się wokół Morgana (był zresztą jego prawnikiem); jego szwagier, John S. Zinsser, był w latach 1940. członkiem zarządu J.P. Morgan & Co. Wpisując się w powojenną zmianę układu sił, McCloy przeniósł się szybko do kręgu Rockefellera. Został partnerem w działającej na Wall Street firmie prawniczej Milibank, Tweed, Hope, Hardley&McCloy, która długo doradzała rodzinie Rockefellerów i Chase Bankowi.

Następnie objął stanowisko prezesa zarządu Chase Manhattan Banku, dyrektora Fundacji Rockefellera i Centrum Rockefellera, oraz wreszcie, od 1953 do 1970 r., prezesa zarządu Rady ds. Stosunków Międzynarodowych. W czasie prezydentury Trumana McCloy był prezesem Banku Światowego, a potem Wysokim Komisarzem USA w Niemczech. Był również specjalnym doradcą prezydenta Johna F. Kennedy’ego ds. rozbrojenia i przewodniczącym Komitetu Koordynacyjnego ds. Kryzysu Kubańskiego. To McCloy „odkrył” profesora Henry’ego Kissingera dla armii Rockefellera. Nic dziwnego, że John K. Galbraith i Richard Rovere przezwał McCloy’a „panem establishmentem”.

Szybki przegląd liderów polityki zagranicznej po II wojnie światowej pozwoli nam odkryć dominację elity bankierów. Pierwszym sekretarzem obrony Trumana był James V. Forrestal, były dyrektor generalny banku inwestycyjnego Dillon, Read & Co., ściśle związanego z grupą inwestycyjną Rockefellera. Forrestal był także członkiem zarządu Chase Securities Corporation, filii Chase National Bank.

Innym sekretarzem obrony Trumana był Robert A. Lovett, wspólnik w potężnym nowojorskim domu inwestycyjnym Brown Brothers Harriman. W czasie sprawowania obowiązków sekretarza obrony, Lovert pozostawał w zarządzie Fundacji Rockefellera. Sekretarz sił powietrznych Thomas K. Finletter był podczas służby czołowym prawnikiem korporacyjnym na Wall Street i członkiem zarządu CFR-u. W. Averell Harriman — multimilioner oraz wspólnik w Brown Brothers Harriman — był z kolei ambasadorem w Wielkiej Brytanii i sowieckiej Rosji oraz sekretarzem handlu w administracji Trumana. Harriman stanowił często niedocenianą, ale dominująca siłę w Partii Demokratycznej od czasów Roosevelta.

Za Trumana ambasadorem w Wielkiej Brytanii był też Lewis W. Douglas, szwagier Johna J. McCloya, członek zarządu Fundacji Rockefellera i CFR-u. Na stanowisku ambasadora przy Dworze Świętego Jakuba (oficjalna nazwa dworu angielskiego — przyp. red.) zastąpił go Walter S. Gifford, członek zarządu AT&T oraz przez prawie dwie dekady członek zarządu Fundacji Rockefellera. Ambasadorem przy NATO za Trumana był William H. Draper Jr., wiceprezydent Dillon, Read & Co.

Duży wpływ na tworzenie polityki „zimnej wojny” przez administrację Trumana miał dyrektor ds. planowania polityki w Departamencie Stanu, Paul H. Nitze. Nitze, którego żona należała do rodziny Prattów, związanych z Rockefellerami od początków Standard Oil, był wiceprezesem Dillon, Read & Co.

Gdy Truman przystąpił do wojny w Korei, utworzył Office of Defense Mobilization, które miało zarządzać krajową gospodarką. Pierwszym dyrektorem tej instytucji został Charles E. („elektryczny Charlie”) Wilson, dyrektor generalny kontrolowanego przez Morgana General Electric Company, który należał także do zarządu Morgan Guaranty Trust Company. Jego najbardziej wpływowymi asystentami byli Sidney J. Wienberg — wszechobecny, główny wspólnik w banku inwestycyjnym Goldman Sachs& Co. — oraz były generał Lucius D. Clay, prezes zarządu Continental Can Co. i dyrektor Lehman Corporation.

Na stanowisku prezesa Banku Światowego McCloya zastąpił Eugene Black, który zajmował to stanowisko przez dwie kadencje Eisenhowera. Black sprawował również, przez 14 lat, funkcję wiceprezesa Chase National Banku. Do objęcia stanowiska w Banku Światowym namówił go Winthrop W. Aldrich, prezes zarządu banku Chase National Banku i szwagier Johna D. Rockefellera Jr.

Rządy Eisenhowera okazały się złotymi czasami dla interesów Rockefellerów. Będąc rektorem Uniwersytetu Columbia, Eisenhower często uczestniczył w obiadach na wysokim szczeblu, gdzie liderzy środowiska Rockefellerów i Morganów przygotowywali go do prezydentury. Spotykał się m. in. z prezesem zarządu Standard Oil of New Jersey Rockefellerów, dyrektorami generalnymi sześciu innych dużych przedsiębiorstw naftowych, wliczając Standard of California i Socony-Vacuum oraz wiceprezesem wykonawczym J.P. Morgan & Co.

Gospodarzem jednego z obiadów był Clarence Dillon, multimilioner i emerytowany założyciel Dillon, Read & Co. W skład zaproszonych gości wchodzili: Russell B. Leffingwell — prezes zarządu J.P. Morgan & Co i CFR (przed McCoyem); John M. Schiff — główny wspólnik w banku inwestycyjnym Kuhn, Loeb& Co.; Jeremiah Milban — finansista i dyrektor Chase Manhattan Banku; oraz John D. Rockefeller Jr.

Nawet jeszcze wcześniej, bo w 1949 roku, Eisenhower poprzez specjalny zespół badawczy został przedstawiony czołowym postaciom w CFR-ze. Zespół badawczy wyszedł z planem utworzenia nowej organizacji nazwanej American Assembly — w gruncie rzeczy rozbudowanego zespołu badawczego CFR-u — którego główną funkcją miało oficjalnie być budowanie perspektyw dla prezydentury Eisenhowera. Liderem komitetu Citizens for Eisenhower był multimilioner John Hay Whitney, późniejszy ambasador Ike’a w Wielkiej Brytanii, potomek wielu bogatych rodzin, którego dziadek stryjeczny (brat dziadka — przyp. red.), Oliver H. Payne razem z Johnem D. Rockefellerem Sr. zakładał Standard Oil Company. Whitney przewodniczył swojemu własnemu koncernowi inwestycyjnemu J.H. Whitney & Co., a później został wydawcą „New York Herald Tribune”.

W administracji Eisenhowera polityka zagraniczna była prowadzona przez rodzinę Dullesów, a konkretnie przez sekretarza stanu Johna Fostera Dullesa, który wynegocjował traktat pokojowy z Japonią za czasów Trumana. Dulles przez trzy dekady był głównym wspólnikiem w Sullivan & Cromwell — czołowej firmie zajmującej się na Wall Street prawem korporacyjnym, której najważniejszym klientem było Standard Oil Company of New Jersey Rockefellerów. Dulles był przez 15 lat członkiem zarządu Fundacji Rockefellera, a przed zajęciem stanowiska sekretarza stanu — jej prezesem.

Najważniejszy jest mało znany fakt, że żoną Dullesa była Janet Pomeroy Avery, kuzynka Johna D. Rockefellera Jr. Na czele supertajnej Centralnej Agencji Wywiadowczej za czasów Eisenhowera stał Allen Dulles — brat Johna Dullesa oraz również wspólnik w Sullivan & Cromwell. Allen Dulles przez długi czas pozostawał członkiem zarządu CFR-u i był jego prezesem od 1947 do 1951 roku. Ich siostra — Eleanor Lansing Dulles — była w tamtej dekadzie szefem sekcji niemieckiej w Departamencie Stanu.

Podsekretarzem stanu i człowiekiem, który zastąpił Johna Fostera Dullesa na wiosną 1959 roku, był Christrian A. Herter — były gubernator Massachusetts. Jego żona, podobnie jak żona Nitzego, należała do rodziny Prattów. Wuj jego żony, Herbert L. Pratt, przez wiele lat sprawował funkcje dyrektora generalnego albo prezesa zarządu Standard Oil Company of New York. Jeden z kuzynów pani Herter, Richardson Pratt, zajmował stanowisko asystenta skarbnika Standard Oil of New Jersey do 1945 roku. Co więcej, jeden z wujów Hertera, przez wiele lat był skarbnikiem Rockefeller Institute for Medical Research.

Herter został zastąpiony na stanowisku podsekretarza stanu przez C. Douglasa Dillona, ambasadora Eisenhowera we Francji. Douglas był synem Clarence’a i będąc samemu prezesem zarządu Dillon, Read & Co., miał szybko zostać członkiem zarządu Fundacji Rockefellera.

Być może dla zapewniania jakiejś równowagi dla tej bankiersko-biznesowej koalicji, Eisenhower wyznaczył na sekretarzy obrony trzech ludzi z kręgów Morgana, a nie Rockefellera. Charles B. Wilson był dyrektorem generalnym General Motors, członkiem zarządu J.P. Morgan & Co. Następca Wilsona, Neil H. McEllroy, był dyrektorem generalnym Procter & Gamble Co. Jego prezes zarządu, R. R. Deupree, był także dyrektorem J.P. Morgan & Co.

Trzeci sekretarz obrony, który był za Eisenhowera podsekretarzem i sekretarzem marynarki, to Thomas S. Gates Jr., który był wspólnikiem w powiązanej z Morganami filadelfijskiej firmie inwestycyjnej Drexel & Co. Gdy Gates ustąpił ze stanowiska sekretarza obrony, został dyrektorem generalnym nowo utworzonego, flagowego banku komercyjnego w interesach Morganów — Morgan Guaranty Trust Co.

Stanowiska sekretarza marynarki, a później zastępcy sekretarza obrony (zaś jeszcze później sekretarza skarbu) zajmował w administracji Eisenhowera teksański biznesmen Robert B. Anderson. Po opuszczeniu Departamentu Obrony, Anderson został członkiem zarządu kontrolowanej przez Rockefellera firmy American Overseas Investing Co. Zanim został sekretarzem skarbu, pożyczył 84 000 USD od Nelsona A. Rockefellera, aby kupić za nie udziały w firmie Nelsona — International Basic Economy Corporation.

Szefem Komisji Energii Atomowej za Eisenhowera był Lewis L. Strauss. Przez dwie dekady Strauss był wspólnikiem w banku inwestycyjnym Kuhn, Loeb & Co. W 1950 r. Strauss został doradcą finansowym rodziny Rockefellerów, a wkrótce także członkiem zarządu Rockefeller Center.

Potężną siłą przy decydowaniu na temat polityki zagranicznej była Rada Bezpieczeństwa Narodowego, w skład której wchodzili bracia Dulles, Strauss i Wilson. Szczególnie ważne jest stanowisko doradcy prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego. Pierwszym doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego Eisenhowera był Robert Cutler — dyrektor generalny Old Colony Trust Co., największego trustu poza Nowym Jorkiem. Old Colony było filią First National Bank of Boston.

Po dwóch latach na najwyższym stanowisku w dziedzinie bezpieczeństwa narodowego Cutler wrócił do Bostonu, aby zostać prezesem zarządu Old Colony Trust, po pewnym czasie wracając na kolejna dwa lata na stanowisko doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego. W międzyczasie Eisenhower miał dwóch kolejnych doradców. Pierwszym był Dillon Anderson — prawnik korporacyjny z Huston, który pracował dla wielu firm naftowych. Szczególnie znacząca była jego posada prezesa małej, ale fascynującej firmy z Connecticut: Electro-Mechanical Research Inc. Electro-Mechanical była ściśle powiązana z pewnymi finansistami Rockefellerów: jednym z dyrektorów tej firmy był Godfrey Rockefeller, komandytariusz w banku inwestycyjnym Clark, Dodge & Co.

Po nieco ponad roku Anderson zrezygnował ze stanowiska doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego i został zastąpiony przez Williama H. Jacksona — wspólnika w firmie inwestycyjnej J.H. Whitney & Co. Zanim Anderson doszedł do swojej silnej pozycji, był jednym z wielu tajnych doradców Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Do specjalnych doradców należał też Eugene Holman — dyrektor generalny Standard Oil Company of New Jersey.

Możemy wspomnieć o jednej z akcji administracji Eisenhowera, która pokazuje zadziwiający wpływ personelu bezpośrednio powiązanego z bankierami i interesami finansowymi. W 1951 r. reżym Mohammeda Mossadeka w Iranie zdecydował o nacjonalizacji Anglo-Irańskiej Kompanii Naftowej. Nowo powołana administracja Eisenhowera od razu poważnie zaangażowała się w sytuację. Dyrektor CIA i były prawnik Standard Oil, Allen W. Dulles, poleciał do Szwajcarii, aby zorganizować potajemne obalenie Mossadeka, wtrącenie go do więzienia i powrót szaha na tron.

Po długich zakulisowych negocjacjach przywrócono działanie przemysłu naftowego w Iranie, ale na innych zasadach. Brytyjczycy nie mieli już dla siebie całego tortu — ich udziały w nowym konsorcjum zredukowano do 40 proc., tyle samo dostało się pięciu największym firmom naftowym z USA (Standard Oil of New Jersey, Socony-Vacuum — wczesniej Standard Oil of NY, a obecnie Mobil — Standard Oil of California, Gulf i Texaco).

Później ujawniono, że sekretarz stanu Dulles wprowadził ostre ograniczenia dla udziału w konsorcjum mniejszych, niezależnych przedsiębiorstw naftowych ze Stanów Zjednoczonych. Oprócz uzyskania korzyści dla Rockefellerów, Kermit Roosevelt, który z ramienia CIA kierował sytuacją na miejscu, został szybko nagrodzony posadą wiceprezesa Mellon’s Gulf Oil Corp.

Państwo nowoczesne a narodowe i ich budżety

Poniżej kopia dobrego tekstu Gabriela Maciejewskiego. Im więcej czytam tego autora tym bardziej przeraża mnie jak my wszyscy myślimy szablonami, które wbijają nam do głowy szkoła, media i literatura.

– – – – – – – –

Symbol kontra budżet
31.01.2015
Gabriel Maciejewski

Za sytuację normalną i zdrową uważamy organizowanie się społeczności wokół symboli. Stan ten nazywamy państwem narodowym, a jego początków szukamy gdzieś na pograniczach XVIII i XIX wieku. Tak nam kwestię państwa narodowego naświetlają historycy. Nie jest to prawda, wcześniej także były państwa narodowe i one istniały od samego początku świata, tyle, że w piśmiennictwie XIX wiecznym ktoś po prostu wyśrubował normy i zaczął domagać się państwa etnicznie jednolitego. Ten wzór nie jest możliwy do osiągnięcia i nie ma szans na przetrwanie. Przykładem dawniejszym niech będzie starożytny Izrael, a trochę nowszym cesarskie Niemcy, narodowe państwo oszukane, składające się w 1/3 z Polaków.
Państwo narodowe zostało wdrukowane do naszych głów wraz ze słowem „nowoczesność” i ono tam funkcjonuje do dziś, a nie dość, że tam to jeszcze, we wszystkich podręcznikach i opracowaniach. Formuła – nowoczesne państwa narodowe – używana jest tam nader często. Jest to formuła chybiona i błędna. Nie ma czegoś takiego jak nowoczesne państwo narodowe. Naród bowiem, za każdym razem stanowi w takim państwie jedynie pretekst do legitymizacji jakiegoś gangu, już to rodzinnego już to połączonego interesami. Wzorem dla powstania nowoczesnych państw narodowych, był jak przypuszczam starożytny Izrael i jego doktryna, polegająca na ścisłym sprzęgnięciu tronu i świątyni oraz wykorzystaniu narodu jako siły umożliwiającej realizację decyzji zapadających w tejże świątyni. Przymiotnik narodowy, stosowany do państwa narodowego, rozumianego tak, jak nam się to przedstawiło w szkole czy na studiach, służy do tego jedynie, by ciemnemu ludowi wcisnąć poczucie wybraństwa i uzyskać za to od niego pieniądze oraz zobowiązanie do służby wojskowej. Ta zaś oznacza po prostu udział w realizacji imperialnych interesów wspomnianego gangu. W cesarskich, XIX wiecznych Niemczech gangiem była rodzina Hohenzollern mająca długie tradycje w zakresie podstępnych rabunków i wrabiania ludzi w poważne kłopoty, a we Francji państwo narodowe firmowane było przez skłócony gang masonów, dążący do jak najszybszej konfrontacji z tymiż Niemcami. Po wielkiej wojnie polscy politycy również chcieli tu utworzenia państwa narodowego, nie rozumiejąc czym ono jest w istocie.
W XIX wieku idea narodowych państw, silnych i zaopatrzonych w „narodowe” armie miała być, jak sądzę, przeciwwagą dla idei imperialnej Wielkiej Brytanii. Podczas gdy tam centrum idei państwa był władca, na kontynencie był nim naród, tyle, że z narodem w początkowym okresie istnienia państw narodowych mało kto się utożsamiał. Było więc państwo narodowe propagandową fikcją, która miała oczywiście swój cel i sens, ale był on ukryty dla polityków z państw aspirujących, takich jak Polska.
Państwa narodowe, prócz oczywiście budżetu, który dzielony jest w sposób skrajnie na przeciętnego obywatela państwa narodowego niezrozumiały, dysponują symbolami, a symbole te służą do dyscyplinowania obywateli mających oddawać świadczenia dla tegoż państwa. Jak pamiętamy redystrybucja dóbr w Niemczech zadowalała wszystkich, to znaczy socjal był zawsze duży, ale też wymagania jakie państwo stawiało obywatelom były znacznie poważniejsze niż na przykład u nas. W Wielkiej Brytanii poddanym nie należało się nic i nie mieli oni pojęcia o budżecie, a żyli tylko dzięki temu co udało im się ukraść lub dzięki tak zwanym umiejętnie prowadzonym interesom, to znaczy zinstytucjonalizowanemu rabunkowi. W nagrodę mogli sobie wspólnie pośpiewać „God save the Quin”
W Polsce zaznaczała się zawsze dramatyczna przewaga symbolu nad budżetem. W dodatku była ta przewaga odwrotnie proporcjonalna do siły państwa. To znaczy im słabsze było państwo tym mocniej trzeba było wpatrywać się w jego symbole. W czasach kiedy państwa nie było trzeba się było liczyć z tym, że ktoś każe Polakom umierać za te symbole, bez nadziei, na odzyskanie państwa.
Kiedy więc następnym razem przyjedzie pod wasz dom jakaś powstańcza milicja i zacznie wygrażać karabinem, zapytajcie ich spokojnie jaki mają budżet. Wokół budżetu bowiem organizują się państwa poważne i nowoczesne, takie, które swoich obywateli nie oszukują i takie, które nie eksploatują przechodzonych idei, sprzedawanych frajerom spod lady, jako skończone rewelacje i sama nowoczesność. Idei takich jak idea państwa narodowego zarządzanego przez tabuny „kompetentnych i sprawnych urzędników”. Państwo narodowe ma w du..ie naród, musimy sobie w końcu z tego zdać sprawę, bo przecież przećwiczyliśmy to na własnej skórze. II RP miała na sztandarach hasło Bóg, honor, ojczyzna, a była na bakier ze wszystkimi tymi pojęciami, każde zaś przemówienie polityka z tamtej formacji zaczynało się od słów: Polacy, rodacy….a dalej już szło z górki. PRL nie był żadnym państwem narodowym, ale państwem gangów, podległych jednemu centralnemu gangowi, który też był prowadzony na sznurku przez banki. Obecne państwo jest wręcz państwem antynarodowym, czego efekt jest taki, że my ciągle wzdychamy do prawdziwego, narodowego państwa. A niektórzy mówią, że gdyby Dmowski doszedł do władzy, to dopiero by było, ho, ho, wyrzuciłby Żydów i nasze byłby kamienice. Nikogo by nie wyrzucił, siedziałby grzecznie jak wszyscy i słuchał co tam mądrego mówią w radio Londyn. Politycy państw narodowych słabych, takich jak Polska mają ponadto pewien łatwo wykrywalny defekt, oni sobie nie radzą z kokieterią obcych, a ideę państwa narodowego utożsamiają z ideą wodzowską, albo ideą monarchii. To jest fikcja, bynajmniej nie przypadkowa, ale narzucona celowo, a służąca do opanowania tych polityków przez gangi z państw ościennych, dysponujących większymi budżetami. Nazwijmy więc w końcu tę kwestię wprost – państwo narodowe to parawan.
Żeby zrozumieć jak to wszystko hula naprawdę, trzeba odrzucić ideę państwa narodowego i odrzucić ideę nowoczesność, jako tego momentu, w którym przyszło nam żyć. Ktoś powie, że to będzie ahistoryczne. Nie jestem przekonany, a nawet jeśli to co z tego, skoro będzie skuteczne i da nam wgląd w sprawy istotne. Otóż państwa prawdziwie nowoczesne (w naszym rozumieniu) istniały zawsze i były to państwa organizowane wokół budżetu. Budżetem tym dysponowali najbogatsi obywateli państwa z przeznaczeniem na inwestycje. Zaznaczam – na inwestycje, nie na przeżarcie, nie na socjal, nie na utrzymanie armii, nie na parady wojskowe czy parady równości. Jedynymi świętami w państwach poważnych i nowoczesnych były święta kościelne. Innych nie było, bo i po co. Sprawy poważne załatwiano dyskretnie, pieniądze zawsze były, bo każda inwestycja zwracała się dziesięciokrotnie i wszyscy byli zarobieni. Jakie ja mam na myśli państwa? Otóż chodzi mi o średniowieczną Wenecję i Genuę, ale bardziej o Wenecję, bo Genua realizowała politykę cesarską, czyli pozwalała się wkręcać w rozdysponowywanie nie swojego budżetu z przeznaczeniem na cele imperialne. Wenecjanie też stworzyli imperium, ale ono powstało mimochodem, wprost z nadmiaru, z tego, że nie było już co robić z tymi pieniędzmi i trzeba je było jakoś zainwestować. Ktoś powie, że polityka Wenecji była straszna, a nam nic do tego. Oczywiście, że nic, bo przecież wiem, że u nas nikt nie będzie takiej polityki realizował. U nas budżet przeznaczony dla dobra narodu zawsze jest rozkradany, a w zamian za to dostajemy, w zależności od momentu historycznego, albo paradę wojskową, albo paradę równości. I możemy się cieszyć tym, że jesteśmy dziesiątą potęgą gospodarczą na świecie, albo tym, że tolerancja osiągnęła u nas niespotykane wprost rozmiary, choć gdzieniegdzie faszystowska hydra jeszcze podnosi łeb.
Być może znowu mnie poniosło, ale chcę powiedzieć, że w państwach narodowych i za takich uważane, lub w państwach nowoczesnych, jaki do nich przymiotnik dodamy to już nieważne, budżet nigdy nie jest przeznaczony na to na co powinien. Musimy sobie z tego zdawać sprawę. A w państwach narodowych, nowoczesnych i słabych, jak Polska, on jest wręcz przeznaczany na realizację celów narodowi wrogich. I tak jest, zauważcie, zawsze. Państwo narodowe, czy państwo nowoczesne to takie, które każe wierzyć w lepszą przyszłość. Państwo, które jest zorganizowane wokół budżetu to państwo, które ma swobodę w dysponowaniu kredytami na inwestycje. One zwykle nie są tanie, w Wenecji w XIII wieku były chyba najdroższe. Co z tego, skoro zwracały się z sześciokrotnym przebiciem po trzech miesiącach.
Czy ktokolwiek myśli dziś takimi kategoriami, które ja tu podsuwam? Przypuszczam, że nikt, a bierze się to z tego, nie płacimy złotem. Pieniądz zaś jest kreowany i manipulacja nim polega jednak na czymś innym niż w wieku XIII. No, ale nie znaczy to wcale, że mamy oślepnąć, że mamy oddawać cześć dziwnym symbolom, a zapomnieć o budżecie i kościelnych świętach. Taką mam konkluzję na dziś.

Wróżby i przepowiednie z liczbowych fusów

Wróżby i przepowiednie dla złota i dolara.
Oglądając poniższy film warto pamiętać że:
– Ceny metali szlachetnych nie są ustalane na wolnym rynku, rynki te są kontrolowane i razie „wyższej konieczności” mogą zawiesić lub zamknąć działalność,
– Zasady „gry” na rynkach mogą zostać zmienione przez kontrolujących dane rynki,
– Państwa mają nieporównywalnie większe możliwości kontroli swoich obywateli a także przepływu informacji niż 50 czy 100 lat tamu,
– Państwa/grupy wpływów w znacznie większym stopniu mogą kontrolować proces wymiany pieniędzy/metali/towarów niż 50 czy 100 lat temu,
– Powrót złota jako pieniądza/środka wymiany jest sprzeczny z interesami Państw (także Chin, Indii, Rosji, Iranu i Brazylii) i systemu bankowego,

Sam oszacuj jakie są szanse na to aby złoto odzyskało swoją wartość/znaczenie jako pieniądz 🙂
_