Co się stało 4 czerwca 1989 roku

Takie wielkie święto 4 czerwca trzeba uczcić czymś ciekawym. Poniżej „ulubiona teoria spiskowa” Stanisława Michalkiewicza.

Kijem i marchewką
Stanisław Michalkiewicz
tygodnik „Najwyższy Czas!” • 27 maja 2016

Jeśli ktoś nie jest jeszcze zwolennikiem mojej ulubionej teorii spiskowej, to musi być – najłagodniej mówiąc – bardzo mało spostrzegawczy. Przypomnę, że moja ulubiona teoria spiskowa głosi, iż punkt ciężkości władzy w Polsce, jak na początku stanu wojennego przesunął się w stronę bezpieki, tak już tam pozostał aż do dnia dzisiejszego – na dowód czego mamy właśnie II wojnę o inwestyturę – tym razem amerykańską. Jak pamiętamy, na początku stanu wojennego internowany został Edward Gierek i jego pierwszy minister Piotr Jaroszewicz. Przecież nie dlatego, że stwarzali jakieś zagrożenie dla socjalizmu, czy sojuszu ze Związkiem Radzieckim, tylko ze względów pedagogicznych. Przy pomocy takiej aluzji soldateska chciała pokazać opinii publicznej, że partia przestała się już liczyć. Oto wsadziliśmy za kratki I sekretarza i co? – Ani jeden głos nie podniósł się w jego obronie. Tedy RAZWIEDUPR i SB zgodnie administrują stanem wojennym, aż do roku 1984, kiedy to jesienią dochodzi między nimi do gwałtownego starcia, którego spektakularnym początkiem jest zamordowanie ks. Jerzego Popiełuszki. Kiedy okazało się, że zamordowali go trzej oficerowie SB: Piotrowski, Chmielewski i Pękala, gen. Kiszczak wystąpił w TV z rewelacją, że to morderstwo miało ugodzić w generała Jaruzelskiego. Nie wyjaśnił w jaki sposób, bo w końcu generałowi nic się nie stało; to ks. Popiełuszko został zamordowany – ale dawał do zrozumienia, że toczy się walka buldogów pod dywanem. Co to za buldogi i o co walczą – tego już nie powiedział, ale i tak wszystko wyjaśniło się już w maju 1985 roku, kiedy to ze wszystkich stanowisk został zdymisjonowany gen. Mirosław Milewski. Był on postacią bardzo reprezentatywną dla SB; w UB był chyba od urodzenia, a jeśli nie, to od 1945 roku, kiedy to wstępuje na widownię dziejową, jako wywiadowca PUBP w Augustowie. Podejrzewam, że już wtedy mógł zostać seksotem NKWD, na co wskazywałby przebieg jego kariery; kończy ja w stopniu generała milicji na stanowisku ministra spraw wewnętrznych – jeśli chodzi o pion bezpieczniacki, a jeśli chodzi o pion partyjny – na stanowisku członka Biura Politycznego KC – i z tych stanowisk zostaje zdymisjonowany, co świadczy, iż w tej wojnie, którą z dzisiejszej perspektywy możemy nazwać I wojną o inwestyturę, SB została rozgromiona przez RAZWIEDUPR, który w związku z tym w drugiej połowie lat 80-tych, był absolutnym hegemonem na tubylczej scenie politycznej – jeśli, ma się rozumieć, nie liczyć Sowieciarzy.

Dlaczego doszło do tej wojny? Najwyraźniej do wiadomości RAZWIEDUPR-a i SB musiało dotrzeć, że Sowieciarze przygotowują manewr ucieczki do przodu. Od początku lat 80-tych polityczny porządek jałtański zaczął się rozsypywać, co skłoniło ich do refleksji, czy bronić go za wszelką cenę, czy też wykonać manewr ucieczki do przodu, polegający na tym, by zaproponować Amerykanom wspólne ustanowienie w Europie nowego porządku w miejsce rozsypującego się porządku jałtańskiego. Gdyby Amerykanie ofertę przyjęli, to tego nowego porządku nie trzeba by przed nikim bronić, co pozwoliłoby na skierowanie sił na inne cele. W tej sytuacji RAZWIEDUPR i SB zorientowały się, że kto będzie przekładał te nowe ustalenia w naszym bantustanie, ten nie tylko zostanie najukochańszą duszeńką obydwu gwarantów nowego politycznego porządku, ale będzie miał tutaj ostatnie słowo, czyli „waadzę”. A „waadza”, to konfitury, to możliwość maczania pyska w melasie, to – jak mówi poeta – „tytuły, forsa, włości”. Zatem trzeba było tę kwestię rozstrzygnąć zawczasu, zanim rozstrzygnie się ona między głównymi graczami. I rzeczywiście – w marcu 1985 roku na spotkaniu w Genewie Michał Gorbaczow przedstawił prezydentowi Ronaldowi Reaganowi propozycję traktatu rozbrojeniowego, który wszelako był tylko pretekstem dla oferty ustanowienia nowego porządku politycznego w Europie, który zastąpiłby rozsypujący się porządek jałtański. Oferta została przyjęta, o czym świadczyły doroczne, cykliczne spotkania obydwu przywódców. W 1986 roku spotkali się na Islandii, w 1987 roku – w Waszyngtonie, w 1988 roku – w Moskwie, a w 1989 roku, kiedy zmienił się prezydent USA, nowy prezydent, Jerzy Bush – ojciec – przyjął M. Gorbaczowa na okręcie w pobliżu Malty na Morzu Śródziemnym. I już po spotkaniu w Reykjaviku wyjaśniło się, że istotnym elementem nowego porządku będzie ewakuacja imperium sowieckiego ze Środkowej Europy. Toteż choć w 1986 roku socjalizm jest jeszcze najlepszym ustrojem na świecie ze Związkiem Radzieckim na czele, to już wokół przedsiębiorstw państwowych zaczynają pojawiać się spółki nomenklaturowe. Wiadomo bowiem, że jeśli Sowieciarze się wycofają, to ten ustrój, jakiego świat nie widział, nie przetrwa ani dnia dłużej, choćby dlatego, że nikt już nie da na to pieniędzy. A w nowym ustroju, jaki by on tam nie był, na pewno nie będzie liczyła się już znajomość Marksa i Lenina na wyrywki, tylko stan posiadania. Nie spółka „Marks i Engels” tylko „Marks & Spencer”. No ale jak ten stan posiadania zgromadzić, skoro nie ma innego majątku, jak tylko państwowy? Ano, to trzeba zacząć rozkradać majątek państwowy pod osłona „surowych praw stanu wojennego” – i to właśnie robiły spółki nomenklaturowe. Nie tylko zresztą one, bo one były przeznaczone dla nomenklaturowców drobniejszego płazu. Dla większych kaliberów były lepsze konfitury, np. w postaci Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. Państwo na nielegalny wykup długów na międzynarodowym rynku finansowym przeznaczyło 1 700 mln dolarów. Długi wykupiono, a jakże, ale tylko za 60 mln dolarów, zaś 1640 mln dolarów gdzieś się rozeszło. Konkretnie – trafiło do „starych rodzin”, jakie właśnie były zakładane. Nazywało się to uwłaszczeniem nomenklatury, które stanowiło jeden z systemowych nurtów przygotowań do transformacji ustrojowej.

Drugim systemowym nurtem była selekcja kadrowa w strukturach podziemnych. Pewne wiadomości na ten temat czerpiemy z notatek z rozmów Jacka Kuronia z płk SB Janem Lesiakiem, za pośrednictwem którego Jacek Kuroń przedstawił RAZEWIEDUPR-owi polityczną ofertę, by w zamian za dyskretną pomoc RAZWIEDUPR-a w wyeliminowaniu z podziemnych struktur tzw. „ekstremy”, udzielić mu gwarancji zachowania pozycji społecznej w nowych warunkach ustrojowych i zachowania tego, co sobie teraz kradnie. Gdyby Jacek Kuroń z taką propozycją wystąpił w 1982 lub 1983 roku, to płk Lesiak, jeśli naturalnie byłby w dobrym humorze, mógłby co najwyżej zapytać: panie Jacku, od kiedy ma pan te objawy? – ale w 1986 roku to już była oferta serio. W tej sytuacji wypada wyjaśnić kwestie terminologiczne: w czyim imieniu Jacek Kuroń tę ofertę składał, co to była ta „ekstrema” którą chciał wymiksować i dlaczego? Otóż Jacek Kuroń był wybitnym przedstawicielem „lewicy laickiej”, czyli dawnych stalinowców, którzy w różnych okresach i z różnych przyczyn, nie wyłączając rasowych, pokłócili się z partią, a nawet wystąpili przeciwko niej, tworzą jeden z dwóch nurtów tzw. „opozycji demokratycznej” w Polsce. Bo drugim nurtem to była właśnie „ekstrema”, czyli środowiska i ludzie nawiązujący do niepodległościowej tradycji II RP, do tradycji Armii Krajowej, w związku z czym między „lewicą laicką” i „ekstremą” panowało napięcie i brak zaufania, bo „ekstrema” doskonale pamiętała, jak „lewica laicka” w latach 40-tych i 50-tych ja mordowała i prześladowała na wszelkie możliwe sposoby. I to był jeden powód dla którego „lewicy laickiej” zależało na wymiksowaniu „ekstremy” przy pomocy RAZWIEDUPR-a. Drugi powód można wydestylować z pretensjonalnej, żeby nie powiedzieć – pretensyjonalnej publicystyki Adama Michnika. Ten destylat przybiera postać charakterystycznego rozumowania: walczymy z komuną. Dlaczego? Bo komunizm jest zły. A dlaczego on jest zły, ten komunizm? Bo on, ten komunizm, tłumi każdą formę spontanicznej ludzkiej aktywności. To akurat prawda; komunizm taki właśnie jest. Ale skoro tak, to komunizm nie jest zły absolutnie. Bo tłumi on wprawdzie te szlachetne formy spontanicznej ludzkiej aktywności, ale ponieważ tłumi wszystkie, to tłumi również te nikczemne formy spontanicznej aktywności. A według „lewicy laickiej”, która wobec historycznego narodu polskiego nigdy nie pozbyła się poczucia pewnej obcości, w mrocznych zakamarkach duszy narodu polskiego drzemią straszliwe demony ksenofobii i antysemityzmu. I dopóki komunizm tłumi wszystkie formy spontanicznej aktywności ludzkiej, to te demony pozostają na uwięzi. No ale my przecież z komunizmem walczymy, ba – kto wie, czy lada dzień z nim nie wygramy! I co wtedy? Ano, wtedy już nikt niczego nie będzie tłumił i te demony wyjdą na powierzchnię, do czego w żadnym razie dopuścić nie wolno! Łatwo powiedzieć: nie wolno – ale jak to zrobić? Ano, jak nie wiadomo, jak to zrobić, to trzeba się poradzić tych, co tłumili; przecież oni wiedzą, jak to się robi. I tak narodziła się idea rozmów „okrągłego stołu”, a potem nawet swoisty foedus między „lewicą laicką” a „człowiekami honoru”. Wreszcie trzeci powód wynikał stąd, że chociaż RAZWIEDUPR wprawdzie miał za złe „lewicy laickiej”, że się zbisurmaniła, to przecież wiedział, ze mimo to serce ma tam, gdzie się należy, toz naczy – po lewej stronie. A „ekstrema”? A „ekstrema” nie ma serca ani po lewej, ani po prawej stronie! Więc o czym z nią rozmawiać, skoro nic się z nia nie da uzgodnić? Toteż trzeba było ja wymiksować.

Zarówno jeden systemowy nurt przygotowań do transformacji ustrojowej, w postaci uwłaszczenia nomenklatury, jak i nurt drugi, w postaci selekcji kadrowej w podziemiu, udały się w stu procentach. O ile pierwsza Solidarność powstawała o dołu do góry, to ta druga – od góry do dołu. Wszystko było pod kontrola, łącznie z przewodniczącym Wałęsą, naszym Kukuńkiem. Ale oprócz tych dwóch nurtów systemowych, pojawił się nurt trzeci – prywatnych przygotowań do transformacji ustrojowej. Bezpieczniacy są wprawdzie ludźmi głęboko zdemoralizowanymi, ale inteligentnymi i sprytnymi. Toteż myślę, że wielu z nich, a może nawet wszyscy, postawili sobie pytanie: Sowieciarze się wycofają, a ja co? Jaką mam polisę ubezpieczeniowa na wypadek, gdy Sowieciarzy już nie będzie, a czyjś nieubłagany palec wskaże na mnie i powie: to on wszystkiemu winien, na powróz go! Kto mnie wtedy obroni, kto za mną stanie? A ponieważ są sprytni, to się domyślili, że jak Sowieciarze się ewakuują, to prędzej czy później i raczej prędzej niż później, nastąpi odwrócenie sojuszy. No to po co czekać na odwrócenie sojuszy, to już teraz, zawczasu trzeba się przewerbować do przyszłego sojusznika i on nie da mi, jako swemu agentowi, zrobić krzywdy. I tak się stało; jedni przewerbowali się do Amerykanów, inni – do niemieckiej BND, jeszcze inni – do izraelskiego Mosadu, a jeszcze inni zostali przy GRU, bo „nie zmienia się koni podczas przeprawy”. W rezultacie Polska zaczęła by penetrowana przez obce państwa na wylot i trzy metry w głąb ziemi, a ponieważ te powiązania reprodukują się w kolejnych pokoleniach ubeckich dynastii, w Polsce ukształtował się polityczno-bezpieczniacki triumwirat w postaci Stronnictwa Ruskiego, Stronnictwa Pruskiego i Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego. Rządzą one naszym nieszczęśliwym krajem za pośrednictwem swoich politycznych ekspozytur – i dlatego podjęta 4 czerwca 1992 roku próba ujawnienia agentury w strukturach państwa się nie powiodła. Konsekwencje tamtej porażki trwają do dzisiaj, ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Toteż bez zdziwienia wysłuchałem rewelacji pana ministra Mariusza Kamińskiego, jak to „służby”, czyli bezpieczniackie watahy,przez ostatnie 8 lat robiły, co tylko chciały. Jakże miały nie robić, skoro premieru Tusku, któremu „służby” zorganizowały Platformę Obywatelską (generał Gromosław Czempiński publicznie wspominał w swoim czasie, ile to rozmów i bliskich spotkań III stopnia musiał odbyć, by doszło do utworzenia Platformy Obywatelskiej), nie udało się od nich wyemancypować, chociaż próbował to uczynić wiosną 2008 roku, inspirując aresztowanie Petera Vogla? Ten Peter Vogel, z porządnej ubeckiej familii, tak naprawdę nazywał się Piotr Filipczyński i w latach 70-tych został skazany za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem na 25 lat więzienia, ale w roku 1983, na pzepustkę z więzienia wyjechał do Szwajcarii, gdzie pod nazwiskiem Peter Vogel został znanym finansistą. Co to były za finanse – na to snop światła rzuca artykuł, jaki ukazał się w początkach 1996 roku w tygodniku „Wprost” o tym, jak to PZPR przez co najmniej 18 lat lokowała w szwajcarskich bankach obce waluty kradzione z przedsiębiorstwa „eksportu wewnętrznego” PEWEX, specjalnie w tym celu utworzonego. Z lat 1988-1989, kiedy dyrektorem PEWEXU był Marian Zacharski, który dostał to stanowisko na otarcie łez po uwolnieniu go z amerykańskiego wiezienia w rezultacie wymiany na amerykańskiego agenta, autorzy mieli dane ścisłe, a z lat poprzednich – tylko szacunkowe. Otóż w latach 1988-89, PZPR wykorzystała 800 zezwoleń dewizowych NBP (bo każdy transfer dokonywał się na podstawie zezwolenia dewizowego), więc musiała realizować więcej, niż jedno dziennie. A oto przykładowy transfer z jednego dnia: 22 mln franków szwajcarskich i 750 tys. USD. I tak dzień w dzień przez co najmniej 18 lat! Kto nadzoruje ten Sezam, kto i jaki robi użytek z tych pieniędzy – ani wiesz! Wracając tedy do premiera Tuska, to chciał on przy pomocy Vogla trochę się od swoich opiekunów wyemancypować. Ci jednak, kiedy aresztowany Vogel zaczął ujawniać wstydliwe zakątki, sprokurowali premieru Tusku aferę hazardową. I chociaż potem okazało się, że żadnej afery „nie było” to jednak premier Tusk dostał szlaban na kandydowania na prezydenta i kto wie, jakby się ta przygoda skończyła, gdyby nie Nasza Złota Pani, która w Donaldzie Tusku dlaczegoś sobie upodobała. Dała mu nagrodę Karola Wielkiego, co było poważnym ostrzeżeniem dla wszystkich, że kto teraz podniesie rękę na Donalda Tuska, będzie miał do czynienia z Naszą Złotą Panią. Tedy wszelkie szykany ustały jakby ręką odjął bo każdy zrozumiał, że żarty się skończyły tym bardziej, iż wtedy nasz nieszczęśliwy kraj znajdował się pod niepodzielną kuratelą niemiecką w ramach politycznego porządku lizbońskiego, ustanowionego ostatecznie podczas dwudniowego szczytu NATO 19-20 listopada 2010 roku w Lizbonie, gdzie proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO-Rosja. Ale nie tylko Donald Tusk pozostawał pod bezpieczniacką kuratelą. W jego przypadku jeszcze zachowywane były jakieś pozory, podczas gdy za rządów pani Kopacz, ówczesna minister spraw wewnętrznych, pani Teresa Piotrowska z frakcji psiapsiółek naszej klempy, już drugiego dnia po nominacji zrzekła się nadzorowania tajnych służb, chociaż ustawa o ministrze spraw wewnętrznych nie zmieniła się nawet na jotę. A czyż wcześniej było inaczej? Któż nie pamięta nocnej wizyty ministra spraw wewnętrznych w rządzie premiera Jarosława Kaczyńskiego, pana Janusza Kaczmarka na 40 piętrze hotelu Marriott w Warszawie, gdzie składał on meldunek dzienny swemu prawdziwemu zwierzchnikowi w osobie pana Ryszarda Krauzego?

Więc nic dziwnego, że i teraz, kiedy po międzynarodowej konferencji naukowej „Most”, jaka odbyła się w Warszawie 18 czerwca ub. roku, WSI, których, jak wiadomo, „nie ma”, czyli stare kiejkuty, zostały przez Amerykanów wpisane na listę „naszych sukinsynów”, wskutek czego mamy II wojnę o inwestyturę, chociaż pan minister Kamiński w ramach „audytu” pryncypialnie napiętnował samowolki ABW i innych bezpieczniackich watah w okresie minionym, przecież z inicjatywy rządu przyjęty został projekt ustawy antyterrorystycznej, w ramach której właśnie Abewiakom przyznano przywilej koordynowania poczynań wszystkich bezpieczniackich watah? Najwyraźniej Prezes Kaczyński, który z punktu widzenia potrzeb amerykańskiej polityki we wschodniej Europie jest znacznie wygodniejszy od Platformy, bo nie tylko nie trzeba go ekscytować przeciwko złemu ruskiemu czekiście Putinowi, tylko sam się nakręca i w dodatku – za darmo, a poza tym, nie wloką się za nim jakieś niemieckie ogony, widząc, że wojskówka naprawdę próbuje wysadzić go w powietrze, zorganizowaniem „audytu” przekazał jej poważne ostrzeżenie: dotychczas wprawdzie kopaliśmy się, ale nie wyżej, jak po kostkach, w ramach niepisanej konstytucyjnej zasady: my nie ruszamy waszych – wy nie ruszacie naszych – ale skoro tak, to mogę kopnąć was wyżej, znacznie wyżej, a to będzie bolało. Z jednej strony taki kij – ale z drugiej – marchewka. Oto okazało się, że wprawdzie słynny „zbiór zastrzeżony”, jaki WSI przekazały Instytutowi Pamięci Narodowej będzie „ujawniony”, ale o zakresie tego ujawnienia będą w ostatecznym rachunku decydowały „służby” wedle swego uznania, no a poza tym – nikt nawet nie piśnie o uchyleniu ustawy nr 1066 o „bratniej pomocy”. Toteż nic dziwnego, że po machnięciu kijem podczas sejmowej debaty na temat „audytu”, polityczne ekspozytury Stronnictwa Pruskiego, Stronnictwa Ruskiego oraz Nowoczesna, której jeszcze WSI nie zdążyło przedstawić przydziału, milczą jak zaklęte, podobnie jak „Bolek” naszych czasów w osobie pana Kijowskiego, filuta „na utrzymaniu żony”, bo jeszcze nie wiedzą, czy II wojna o inwestyturę zakończy się kolejną eskalacją z udziałem Unii Europejskiej, to znaczy – Niemiec no i oczywiście Żydów, czy też wesołym oberkiem, w postaci „kompromisu” z przypominającym nadętą purchawę panem Rzeplińskim, któremu Niemcy za dobre sprawowanie właśnie nadali tytuł doktora honoris causa.

Stanisław Michalkiewicz
tygodnik „Najwyższy Czas!” • 27 maja 2016

Reklamy

Niekoniecznie estetyczne kroki wg Mateusza Kijowskiego

„…Ale musimy mieć świadomość, że jeżeli zostaliśmy wyprowadzeni przez bagna na manowce przez legalnie wybraną władzę, poza obszar porządku prawnego, to nie da się wrócić inną drogą i mogą pojawić się niekoniecznie estetyczne kroki. Inaczej się nie da.” – Matusz Kijowski

cały wywiad tutaj

Nowa świecka tradycja – grupowe bieganie po grobach

Narodziła się nowa świeca tradycja. Polega ona na grupowym bieganiu po chrześcijańskich grobach. Narodziny tradycji nastąpił na cmentarzu pod Verdun podczas obchodów stulecia bitwy. Ojcem i matką jednocześnie (tak tak, dzieją się takie rzeczy na świecie) nowej tradycji jest Volker Schlöndorff. Lewicowa mentalność zobowiązuje.
Poniżej relacja.

PS. jak zauważysz na filmie, ofiarami tej bitwy byli żydzi i muzułmanie. To przekaz dla tych którzy mają wątpliwości, że walczyli oni za nasza i waszą wolność i mają prawo do zasiłków w Niemczech i Francji jak każdy inny chrześcijanin.

Pomnik żydowski pod Verdun (ma 25 m długości i 15 m wysokości)
Monument_Israélite_Verdun

Pomnik muzułmański pod Verdun
musmem1

musmem2

musmem3

Źródło zdjęć 1 i 2

Socjalizm i socjaliści

Chociaż ma trochę lat to czasami jestem zaskakiwany prostym wyjaśnieniem spraw które wydawać by się mogło są złożone i głębokie. Poniżej Stanisław Michalkiewicz w 750 słowach przedstawia esencję socjalizmu, socjalistów a nawet jego historię. Nie pisze tylko skąd się wziął socjalizm i kto za nim stoi, na ale ile można wymagać od tak krótkiego tekstu 🙂

– – – – – – –

Dziewuchy jako proletariat zastępczy
serwis „Prawy.pl” (prawy.pl)
12 kwietnia 2016

Z pobytów we Francji odniosłem wrażenie, że istnieją dwa narody francuskie, które zwłaszcza cudzoziemcowi łatwo odróżnić. Należący do pierwszego francuskiego narodu porozumiewają się między sobą językiem francuskim, który jest dla cudzoziemca zrozumiały, podczas gdy przedstawiciele drugiego francuskiego narodu między sobą porozumiewają się beknięciami: aaa, uuu, eee – i tak dalej. Cudzoziemiec tych beknięć oczywiście nie rozumie, ale oni doskonale je rozumieją. Inna rzecz, że przy pomocy takich beknięć można przekazywać chyba tylko bardzo proste komunikaty: dobrze mi, niedobrze mi, chodź tu, odsuń się – i tym podobne. Zastanawiając się, skąd wynika przynależność do pierwszego czy do drugiego francuskiego narodu, doszedłem do wniosku, że decyduje o tym okoliczność, czy rodzice zajmują się dziećmi, czy też puszczają je samopas. Bo nie wynika to ani z poziomu wykształcenia, ani ze stopnia zamożności, tylko właśnie ze sposobu funkcjonowania rodziny. Dzieci wyrastające w rodzinach normalnych z reguły należą do pierwszego francuskiego narodu, podczas gdy dzieci z rodzin rozbitych, albo wychowywane przez samotne matki, z reguły trafiają do narodu drugiego. Ma to oczywiście również konsekwencje polityczne, bo funkcjonariuszami państwowymi, czy w ogóle – publicznymi przeważnie zostają członkowie pierwszego francuskiego narodu, podczas gdy ten drugi przeważnie pełni podrzędne funkcje obsługowe. Oczywiście przedstawiciele pierwszego francuskiego narodu bardzo chętnie schlebiają przedstawicielom narodu drugiego, komplementując ich jako „suwerenów” i „sól ziemi” i „ozdobę republiki”, ale gołym okiem widać, że robią to tylko po to, by dzięki roztaczaniu przed oczyma narodu drugiego obraz rzeczywistości podstawionej, tym łatwiej utrzymywać go w ryzach. Być może mają rację, bo zastanówmy się, do czego mogłoby dojść, gdyby tak drugi naród został puszczony samopas? Prawdopodobnie wybuchłaby „wojna wszystkich ze wszystkimi” – o której pisał Tomasz Hobbes. Uważał on, że człowiek jest z natury zły, że instynkt podpowiada mu, by innego człowieka ujarzmić i zjeść – ale ponieważ żaden nie uzyskuje przewagi, która zapewniłaby mu bezpieczeństwo, ludzie tworzą państwo, które monopolizuje przemoc, zapewniając w ten sposób wszystkim możliwość przetrwania. Ciekawe, że koncepcję takiej społecznej umowy lansował również Jan Jakub Rousseau, uważający, że człowiek jest z natury dobry, zaś psuje go cywilizacja, a już najbardziej – własność prywatna. Ideałem Rousseau była demokracja, w której każdy powinien zostać zmuszony do wolności. Słowem – „A kiedy znajdziesz się za drutem, opuści troska cię i smutek i radość w sercu twym zagości, żeś do Królestwa wszedł Wolności”.

Ideowymi spadkobiercami Jana Jakuba Rousseau są rewolucjoniści, którzy pragną stworzyć na nowo świat w wersji uzupełnionej i poprawionej. To znaczy – przynajmniej niektórzy z nich, bo inni tylko korzystają z tego pretekstu, by dobrze wypić i smacznie zakąsić. Takie podejrzenia rodzą się w momencie, gdy w pismach teoretyków rewolucji napotykamy się na postulat m.in. wspólnych żon. Ponieważ tradycyjny proletariat w postaci pracowników najemnych od rewolucjonistów się odwrócił, zaczęli oni gorączkowo poszukiwać proletariatu zastępczego, bo rewolucjonista bez proletariatu, który mógłby wyzwalać i którym by kierował, to postać groteskowa, niczym Cygan bez drumli. Nawiasem mówiąc, proletariusze najemni byli dla rewolucjonistów partnerem nielojalnym, bo proletariusz o niczym innym nie marzył, tylko – jakby tu jak najszybciej przestać być proletariuszem. A kiedy taki jeden z drugim proletariusz się dorobił, to stawał się nieprzejednanym wrogiem rewolucjonistów, nie bez słuszności podejrzewając ich, że będą chcieli mu na użytek „wspólny”, czyli własny odebrać to, czego z takim trudem się dochrapał. Ciekawe, że i rewolucjoniści najbardziej ze wszystkich nienawidzili „drobnomieszczanina”, czyli właśnie – wzbogaconego proletariusza. Więc kiedy proletariusze odwrócili się od rewolucjonistów, ci zaczęli rozglądać się za proletariatem zastępczym i ich argusowe oko skierowało się na kobiety. Kobieta bowiem – wszystko jedno: biedna, czy bogata, mądra, czy głupia – kobietą być nie przestanie. Zatem wystarczy tylko by dla lepszego użytku rewolucjonistów przekonać je, by źrenicę swojej wolności ulokowały w zapewnieniu sobie – a tak naprawdę – nie tyle „sobie”, co właśnie rewolucjonistom używającym ich wedle upodobania, bezkarności przy likwidowaniu rezultatów tego rewolucyjnego pasożytnictwa. W ogóle socjalistyczna koncepcja zmierza do rozerwania związku między sposobem życia człowieka a konsekwencjami przyjętego sposobu funkcjonowania. Do tego właśnie sprowadza się kolektywizm – że odpowiada „społeczeństwo”, co na sytuację kobiet przekłada się w lansowaniu seksualnego bezładu jako szczytowego osiągnięcia „samorealizacji”. Nietrudno się domyślić, że największe korzyści seksualny bezład przynosi mężczyznom, którzy w ten sposób zbliżają się do upragnionego ideału wspólnoty kobiet, którym oferuje się bezkarność za mordowanie poczętych w ten sposób dzieci. Na skutek systematycznego duraczenia w ramach komunistycznej rewolucji prowadzonej według strategii Antoniego Gramsciego, bardzo wiele kobiet w tę formę „samorealizacji” uwierzyło i gotowe są one walczyć o nią do upadłego. Jako proletariat zastępczy są jedynie mięsem armatnim rewolucjonistów, ale skoro dały się uwieść ich syrenim śpiewom, to muszą wyjść naprzeciw swemu przeznaczeniu. No i wychodzą na ulice jako „dziewuchy”, co ma nadać ich autodegradacji ironiczną asekurację. Biedne, głupie ofiary cwanych spryciarzy!

Stanisław Michalkiewicz

Panama Papers – pierwsze spostrzeżenia – cz1

Pierwsze spostrzeżenia dotyczące Panama Papers (05.04.2016):
1. na pierwszej ujawnionej liście nie ma znaczących Brytyjczyków i obywateli USA – gdyż oni mają swoje raje podatkowe i po „niezależnych” nie muszą się szlajać),
2. najważniejsi ujawnieni politycy pełniący funkcje (poniżej) są osobami z którymi USA prowadzi istotne „interesy”

= Pakistan Nawaz Sharif, Prime Minister of Pakistan[1]
= Argentina Mauricio Macri, President of Argentina[1]
= Saudi Arabia Salman, King of Saudi Arabia[1]
= United Arab Emirates Khalifa bin Zayed Al Nahyan, President of the United Arab Emirates and Emir of Abu Dhabi[1]
= Ukraine Petro Poroshenko, President of Ukraine[1]

3. Podobnie jest z listą polityków którzy nie pełnią już funkcji:

= Pakistan Benazir Bhutto, Prime Minister of Pakistan[1]
= Georgia (country) Bidzina Ivanishvili, Prime Minister of Georgia[1]
= Iraq Ayad Allawi, Acting Prime Minister of Iraq[1]
= Jordan Ali Abu al-Ragheb, Prime Minister of Jordan[1]
= Qatar Hamad bin Khalifa Al Thani, Emir of Qatar[1]
= Qatar Hamad bin Jassim bin Jaber Al Thani, Prime Minister of Qatar[1]
= Sudan Ahmed al-Mirghani, President of Sudan[1]
= Ukraine Pavlo Lazarenko, Prime Minister of Ukraine[1]
= Moldova Ion Sturza, Prime Minister of Moldova[2][3][4]

4. W obu powyższych listach nadreprezentacje stanowią poważni politycy/przywódcy z bogatych krajów arabskich w których nie było „Rewolucji”. Chciałby się dodać jeszcze.
https://panamapapers.icij.org/the_power_players/

5. inne ciekawe ciekawe osoby ze znaczących krajów
= Deng Jiagui, szwagier aktualnego prezydenta Chin i przewodniczącego KPCh – Xi Jinping
= Maryam Nawaz, Hasan Nawaz Sharif and Hussain Nawaz Sharif, children of Prime Minister Nawaz Sharif

6. kilka dni temu Rosjanie sugerowali, że będzie wyciek dokumentów który ma uderzyć w prezydenta Putina (złodziej pierwszy krzyczy „łapać złodzieja”?)

7. i jeszcze „przeciek” w liczbach (nie wiem jak bardzo prawdziwych) https://panamapapers.icij.org/graphs/

Prowokacje w kościołach przeciw nowemu prawu aborcyjnemu

W dniu wczorajszym (03.04.2016) odbyły się „protesty” a tak naprawdę cienkie prowokacje zorganizowane w Kościołach Katolickich przeciw nowemu prawu aborcyjnemu. Prowokacje odbył się w momencie odczytywania list Prezydium Konferencji Episkopatu Polski dotyczącego ochrony życia m.in w Kościele Św Anny w Warszawie.

Sytuacja została wykreowana na potrzeby mediów postępowych (a może przez nie :)).
Według mnie kreuje się przekaz „Polki protestują przeciw stanowisku Kościoła Katolickiego”. Rzeczywistość wygląda inaczej.

1. Główny przekaz pojawia się na facebooku Gazety Wyborczej

2. Oczywiście pojawia się także artykuł z wypowiedziami zwykłych ludzi:

„- Każda kobieta, każdy człowiek, ma prawo do wyboru i nikogo nie zmuszam do tego, żeby dokonywał aborcji, natomiast uważam, że nie powinno się kobiet, w różnych sytuacjach życiowych, zmuszać do tego, żeby nie usuwały ciąży – mówi Ida Zagrzejewska, która opuściła kościół. Kobiety sprzeciwiają się podejmowaniu decyzji za nie. – Nie wolno nikogo do niczego zmuszać – dodaje Anna Zawadzka.”

3. A na końcu ktoś pokazuje kim jest „pani” prowokatorka Anna Zawadzka

Internet zapewnia wspaniałe możliwości.

– – – – –

I na koniec kilka informacji o towarzyszce Annie Zawadzkiej
z homopedii
http://www.homopedia.pl/wiki/Anna_Zawadzka

Anna Zawadzka (pseudonim: Anka Zet) (ur. 14 czerwca 1973 w Warszawie), polska pedagożka, dziennikarka, wydawczyni, producentka filmowa, działaczka na rzecz środowisk LGBT

Absolwentka Wydziału Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego z 1999 r. Publikowała w „Życiu Warszawy” w 1999 r. Była dziennikarką Warszawskiego Ośrodka Telewizyjnego w 2000 r. Współpracowała z tygodnikiem NIE w 2002 r. Publikuje regularnie na portalach Homiki.pl i Femioteka.pl. Działaczka ruchu feministycznego i LGBT.

Pracowała jako pedagog w dwóch wiejskich gimnazjach, gdzie z powodu orientacji seksualnej nie przedłużono jej umowy o pracę.

Założycielka wydawnictwa Anka Zet Studio, które m.in. opublikowało w 2005 r. książkę Agaty Engel-Bernatowicz i Aleksandry Kamińskiej pt.: Coming out. Ujawnienie orientacji psychoseksualnej – zaproszenie do dialogu oraz w 2008 r. pracę autorstwa Alicji Długołęckiej i Agaty Engel-Bernatowicz: Kiedy kobieta kocha kobietę – Album relacji (ISBN 9788392657002).

W 2005 r. producentka filmu Aleksandry Polisiewicz: Marsz Równości idzie dalej, dokumentu dotyczącego zakazanego w Poznaniu Marszu Równości z 2005 r. W 2001 r. realizatorka filmu dokumentalnego o polskich lesbijkach i gejach: Ich ten sam świat. Aktywistka Porozumienia Lesbijek (LBT) i Porozumienia Kobiet 8 Marca. Założycielka i prezeska Fundacji Anka Zet Studio w 2006 r.

Założycielka portali internetowych Comingout.pl i Ankazet.com, na których publikuje własne teksty o charakterze edukacyjnym i kulturalnym, propagujące budowę społeczeństwa tolerancyjnego i otwartego na różnorodność.

Prywatnie jest życiową partnerką Ygi Kostrzewy.

Procedura nadzoru praworządności a kara śmierci

Kara śmierci również za zdradę
Stanisław Michalkiewicz
Komentarz • serwis „Prawy.pl” (prawy.pl) • 19 stycznia 2016

W ramach intensywnego reformowania naszego nieszczęśliwego kraju warto zastanowić się również nad jeszcze jedna reformą, w postaci przywrócenia kary śmierci i to nie tylko za zabójstwa z winy umyślnej, ale również – za zdradę stanu. W ogóle jest rzeczą zdumiewającą, że chociaż około 70 procent obywateli nie tylko w Polsce, ale i w innych krajach Unii Europejskiej aprobuje karę śmierci za morderstwa, to Umiłowani Przywódcy, mający pełne gęby frazesów o demokracji, skutecznie blokują przywrócenie tej kary do arsenału kar kodeksowych. Trudno o lepszą i bardziej przekonującą ilustrację, że nie są żadnymi demokratami, tylko wykonują zadania postawione im przez jakąś mafię, czy jakieś mafie, które wystrugały ich z banana i w ten sposób zrobiły z nich człowieków. Co to za mafie – na to pytanie można odpowiedzieć jedynie odwołując się do teorii spiskowej, która wszelako przez ekspozytury mafii w mediach i środowisku autorytetów moralnych jest stanowczo potępiana. W następstwie tego potępienia do wierzenia podawane są idiotyczne opowieści, że z tą demokracją, to wszystko naprawdę i wielu mikrocefali skutecznie ogłupionych przez żydowską gazetę dla Polaków święcie w to wierzy.

Te mafie są oczywiście różne w różnych krajach, więc nie będę tutaj rozwijał spiskowej teorii wszystkiego, tylko skoncentruję się na naszym nieszczęśliwym kraju. Jak wiadomo, w następstwie stanu wojennego punkt ciężkości władzy w Polsce przesunął się w stronę tajnych służb i już tam pozostał. Poszlaką, która to potwierdzała, było internowanie Edwarda Gierka i jego pierwszego ministra Piotra Jaroszewicza. Chociaż nie stwarzali oni najmniejszego zagrożenia ani dla socjalizmu, ani dla sojuszy, zostali internowani, by w ten sposób przekazać opinii publicznej sygnał, że partia już się nie liczy, że liczą się tylko tajne służby: RAZWIEDUPR i SB. Chociaż bowiem internowano I sekretarza, ani jeden głos nie podniósł się w jego obronie. Świadczy to oczywiście również i o partyjniakach, którzy rok wcześniej na widok Gierka sikali po nogach, ale czort z nimi, bo ważniejsze jest oczywiście przesunięcie wspomnianego punktu ciężkości władzy w stronę tajnych służb.

Jak w 2011 roku stwierdził Trybunał Konstytucyjny, dekret o stanie wojennym był niezgodny z konstytucją, a więc Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego, będąca – jak się okazało – organizacją przestępczą o charakterze zbrojnym – dokonała zamachu stanu w celu stłumienia niepodległościowego zrywu historycznego narodu polskiego. Te prawne oceny potwierdzają, że RAZWIEDUPR, będący od 1944 roku politycznym kierownikiem polskojęzycznej wspólnoty rozbójniczej, z którą historyczny naród polski musi dzielić terytorium państwowe, nigdy nie cofał się przed zdradą stanu i zdradą narodu, kiedy tylko w grę wchodziły jego partykularne interesy, interesy wspólnoty rozbójniczej i wreszcie – interesy jego zagranicznych protektorów, przede wszystkim – Związku Radzieckiego, który teraz tylko zmienił położenie.

Kiedy w następstwie porozumienia między Sowietami i USA co do ustanowienia nowego porządku politycznego, który w Europie zastąpiłby rozsypujący się porządek jałtański, RAZWIEDUPR w 1985 roku rozgromił Służbę Bezpieczeństwa, zostając tubylczym hegemonem na polskiej scenie politycznej, przygotował i przeprowadził transformację ustrojową. W ramach systemowych przygotowań zainicjował uwłaszczenie nomenklatury i selekcję kadrową w strukturach podziemnych, by w ten sposób wyłonić „reprezentację społeczną”, do której miałby zaufanie i z którą miałby „wynegocjować” transformację. Elementem tych przygotowań stało się również eliminowanie kary śmierci. W roku 1988 ustanowione zostało tzw. „moratorium” na wykonywanie kary śmierci. Nie została one wykreślona z kodeksu, sądy więc mogły ja nadal orzekać, ale już nie mogła być wykonywana. Kiedy w roku 1995 Sejm to moratorium przedłużył, zapytaliśmy w imieniu UPR ówczesnego ministra sprawiedliwości, pana Jerzego Jaskiernię, kto to „moratorium” w roku 1988 w Polsce wprowadził. Odpowiedział nam na piśmie, że „nie można ustalić autora tej decyzji”, bo lepiej wyjaśnia mechanizm funkcjonowania naszego państwa, niż cokolwiek innego. Oto anonimowy dobroczyńca ludzkości zakazuje wykonywania kary zapisanej w ustawie i orzekanej przez sądy – a wszystkie organy państwowe w podskokach się mu podporządkowują i w dodatku nikogo nie interesuje, kto wydał taki rozkaz. A przecież nie trzeba specjalnej przenikliwości, żeby domyślić się o co chodzi. Wprawdzie Amerykanie wynegocjowali z Sowieciarzami, że komuchom za ich zbrodnie włos z głowy nie spadnie, ale „na tym świecie pełnym złości nigdy nie dość jest przezorności”. Wprawdzie więc RAZWIEDUPR zainstalował nowe władze, ale na wypadek, gdyby urwały się z łańcucha i strzeliły im do łba jakieś głupstwa, asekurował się wspomnianym moratorium. Cokolwiek się stanie, nie pójdziemy na powróz, a skoro tak – to potem się zobaczy.

Bezkarność zdrady stanu i zdrady narodowej dokonanej 13 grudnia 1981 roku zachęciła uczestników RAZWIEDUPR-a nie tylko do bezceremonialnego kontynuowania okupacji kraju i rozkradania jego zasobów, ale również – do podjęcia działań wyczerpujących znamiona zdrady stanu i zdrady narodowej obecnie. Oto próbując kontynuować okupację Polski i rozkradanie jej zasobów, RAZWIEDUPR przy pomocy swojej agentury, w porozumieniu z żydowskim lobby w Polsce i – obawiam się, że niestety również z przyzwoleniem Naszego Największego Sojusznika zza oceanu – podjął czynności noszące znamiona zdrady stanu i zdrady narodowej. Nie tylko podejmuje próby politycznej destabilizacji kraju poprzez ekscytowanie ulicznych rozruchów, ale odwołując się do poparcia ośrodków zagranicznych, przygotowuje prowokację, której finałem może być nawet scenariusz rozbiorowy.

W tej sytuacji przywrócenie kary śmierci nie powinno dotyczyć tylko zabójstw z winy umyślnej, dokonanych w zamiarze bezpośrednim, ale również dokonanej w zamiarze bezpośrednim zdrady stanu w postaci domagania się interwencji w Polsce ośrodków zagranicznych, a okoliczność obciążającą stanowiłoby pobieranie na prowadzenie takiej działalności pieniędzy od podmiotów zagranicznych. Periculum in mora – bo jeśli w safandulstwa, albo lęku, co powiedzą na to jakieś eunuchy, odstąpimy od takiej regulacji, to w rezultacie beztroskiej aktywności jakichś filutów pozostających „na utrzymaniu żony” możemy ocknąć się z ręką w przysłowiowym nocniku.

Stanisław Michalkiewicz

Komentarz • serwis „Prawy.pl” (prawy.pl) • 19 stycznia 2016

Biedni posłowie cz.1 – kto ma 1kg złota?

Czasami przeglądam oświadczenie majątkowe posłów. Jest to bardzo ciekawa lektura. Czasami można dowiedzieć się więcej o danym pośle niż z jego słów lub działań. Czasami z tych dokumentów wyłania się uczciwość danego posła. Czasami jego naiwność lub głupota (zwłaszcza jeśli przegląda się zeznania rok po roku).

Przeglądając co bardziej znanych spotkałem się z bardzo ciekawym zapisem. Poseł oświadcza że posiada „metale przemysłowe” o wartości ok 150000 zł. Podaje tą informację w kilku kolejnych zeznaniach. Wartość się zmienia.
Poseł jest na tyle uczciwy, że podaję dość dokładną wartość posiadanych „metali przemysłowych” na określony dzień. Z tego wnioskuję, że posiada ok 27 uncji złota (ok 840g).
Co ciekawsze wartość metalu stanowi ok 16% wartości majątku i aż 86 % wartości majątku ruchomego. Twardziel.

Zgadnij do kogo należy złoto?
Odpowiedz w następnym poście.