Obiektywny dziennikarze – Piotr Kraśko

Piotr Kraśko przeprowadził wywiad z Robertem Winnickim, prezes Młodzieży Wszechpolskiej, członek Rady Decyzyjnej Ruchu Narodowego (Dziś wieczorem TVP Info, 16.04.2014)

Człowiek zastanawia się dlaczego gość spotkał się z takim niezrozumieniem gospodarza. Zastanowienie znika po uzyskaniu informacji kim jest tatuś i był dziadziuś Piotra Kraśko.

Reklamy

Dlaczego należy walczyć z dopalaczami?

Po pierwszych doniesieniach o ekscytacji Donalda Tuska produkcją i handlem dopalaczami nie mieliśmy wątpliwości, że Polakom zafundowano igrzyska. Broń Boże nie mamy interesować się np. ministrem finansów łgającym na temat eksplodującego deficytu finansów publicznych w Polsce.

Jednak krucjata Donalda Tuska jest jakaś dziwna, niespotykana. Aparat państwowy został zmobilizowany wraz z usłużnymi mediami do działań, które już na pierwszy rzut oka są przynajmniej częściowo bezprawne. Premier oszalał? A może jest drugie dno?

Kierunek wskazał sam Donald Tusk. Stwierdził, że świat dopalaczy przecina się ze zorganizowaną przestępczością. Pójdźmy premierowskim tropem.

Dopalacze są psychoaktywnymi substancjami podobnymi  w działaniu do narkotyków. Różnica polega na tym, że dopalacze nie są formalnie zakazane, a narkotyki są penalizowane. Jeżeli spojrzymy na obie kategorie z punktu widzenia mikroekonomii, to możemy uznać dopalacze za substytut części narkotyków. Substytut o istotnej przewadze konkurencyjnej. Legalny, nie zawierający w cenie premii za ryzyko kryminalne, a zatem tani.

Po konopiach indyjskich najpopularniejszym w Polsce narkotykiem jest amfetamina. Dopalacze możemy uznać za substytut amfetaminy. I to substytut bardzo skuteczny. Cena amfetaminy w Polsce spadła z średnio 80 zł za gram w 2000 r. do średnio 27 zł za gram w 2008 r. (Przestępczość narkotykowa i nielegalny rynek narkotyków, s. 25 (29 pdf)). Równocześnie zmniejszyła się podaż narkotyku. Wystąpił szok popytowy – zmniejszenie zapotrzebowania. Reakcją mafii stało się m.in. mieszanie czystej amfetaminy z niepsychoaktywnymi domieszkami (np. glukoza).

Sprzedaż dopalaczy godzi zatem w zyski zorganizowanej przestępczości. Mafia nie może do tego dopuścić, musi zdecydowanie przeciwdziałać.Szukając metod walki mafii z konkurencją dopalaczową spróbujmy naszkicować organizację narkobiznesu amfetaminowego.

Amfetamina jest narkotykiem syntetycznym. Wytwarza się go z substratów w laboratoriach chemicznych metodami typowymi dla syntezy organicznej. Najpopularniejszą metodą syntezy amfetaminy jest reakcja Leuckarta. Reakcja Leuckarta jest wręcz prymitywna w swojej prostocie. Wielokrotnie policja demonstrowała nieskomplikowane „linie technologiczne” skonfiskowane narkoprzestępcom. Wyzwaniem w produkcji amfetaminy nie jest zatem sam proces chemiczny. Jest nim substrat – w języku prawnym zwany prekursorem. Każdy prekursor do produkcji narkotyku jest poddany kontroli przez organy państwa. To zasadniczy problem logistyczny dla mafii.

Podstawowym substratem do produkcji amfetaminy metodą Leuckarta jest benzylometyloketon (BMK). Synteza BMK jest relatywnie trudna, wieloetapowa. W praktyce BMK do polskich laboratoriów amfetaminy pochodzi z przemytu. Głównym dostawcą prekursora do syntezy amfetaminy jest Rosja. Do niedawna BMK produkowano w Rosji legalnie jako płyn do czyszczenia silników. Tylko z  dwóch fabryk znikało rocznie ok. 20 t tego „środka czyszczącego”. Dzięki niemu można zsyntezować ok. 20 t czystej amfetaminy rocznie o wartości ok. 2 mld złotych rocznie (przy cenie czystej amfetaminy na poziomie 100 tys. zł za kg). Podkreślmy 2 miliardów złotych. Koszt technologiczny nie przekracza przy tym kilku procent tej wartości. Różnica to dochody mafii.

Polska słynie z produkcji amfetaminy. Produkcja tego narkotyku to świadectwo umiejętności naszych chemików, ale i profesjonalizmu mafii. Historia przemysłowej syntezy amfetaminy w Polsce sięga drugiej połowy lat osiemdziesiątych XX wieku. Produkcję i przemyt za granicę organizowali funkcjonariusze polskich służb specjalnych w tym Służby Bezpieczeństwa. Celem była demoralizacja społeczeństw zachodnich i olbrzymie zyski. Z wysokim prawdopodobieństwem stawiamy hipotezę, że narkobiznes komunistycznych służb specjalnych był działaniem nie stanowiącym prywatnej inicjatywy funkcjonariuszy. To byłoby nie tylko sprzeczne z pragmatyka służbową, ale przede wszystkim wobec skali procederu wymagało decyzji na bardzo wysokim szczeblu. Jak wysokim? Podstawowe źródło prekursora do syntezy było w Związku Radzieckim…

Operacja budowy sieci fabryk amfetaminy „przypadkowo” zbiegła się w czasie z tworzeniem za czasów Michaiła Gorbaczowa przez służby specjalne Związku Radzieckiego złotych spadochronów dla establiszmentu partyjnego w trakcie zmiany ustroju. Uważamy, że produkcja amfetaminy była złotym strzałem służb radzieckich, które zaangażowały do tej operacji towarzyszy z Polski. Zresztą nie tylko produkcja amfetaminy. Oficerowie Wojskowych Służb Informacyjnych stworzyli kanały przerzutowe narkotyków m.in. z Ameryki Południowej (zaginiony (!) artykuł „Narkowywiad” w Polskim Radiu, kopia artykułu).

Wartość czarnego rynku narkotykowego w Polsce  najprawdopodobniej kontrolowanego przez funkcjonariuszy służb specjalnych i to nie tylko z Polski to miliardy złotych rocznie. Z tej perspektywy inaczej wygląda przyczyna łatwości adaptacji twardego jądra systemu komunistycznego do kapitalizmu. Co więcej prywatyzację można w tym kontekście oceniać nie tylko jako okazję do nadzwyczajnych zysków, ale jako metodę prania brudnych pieniędzy. Kto w latach 90-tych sprawdzał pochodzenie środków za które kupowano przedsiębiorstwa? Dla dociekliwych czytelników zostawiamy ciekawy problem. Którzy z tuzów polskiego biznesu, kiedy i gdzie kupowali firmy farmaceutyczne, które mogły dawać legalny dostęp do wyposażenia laboratoryjnego i prekursorów. Czy była to tylko biznesowa moda? Czy osoby te były związane ze służbami specjalnymi?

Zostawiamy ten problem, bo jest ciekawszy. Znana jest słabość „hrabiego” do Wojskowych Służb Informacyjnych. Sam uważał, że jest jednym z głównych bohaterów raportu o działaniach żołnierzy i pracowników WSI. Najwyraźniej obawia się również aneksu do tego raportu. A skoro mowa o WSI w „Narkowywiadzie” wzmiankowano pewne modus operandi służb specjalnych. W aferze paliwowej „Konsorcjum Victoria” działało pod przykrywką WSI i wykorzystywało Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznej do eliminowania konkurencji w produkcji komponentów do paliw płynnych.

Czy takie modus operandi ma miejsce w rozgrywce z dopalaczami? Czy „trójki” Donalda Tuska odwiedzają dyskoteki, szkoły, agencje towarzyskie, siłownie poszukując narkotyków? Czy media rozpisują się o rzeczywistych przypadkach śmierci z przedawkowania narkotyków?

Z ostrożności oświadczamy, że przez myśl nam nie przeszło o pełnieniu przez „hrabiego” funkcji capo di tutti capi. Do jej zajmowania trzeba mieć wysokie kwalifikacje.

Źródło: Tomasz Franciszek Urbaś

Leszek Balcerowicz – kilka faktów

W najbardziej wpływowych mediach po 1989 r. konsekwentnie lansowano mit Leszka Balcerowicza jako swoistego tytana nowatorskiej myśli ekonomicznej. „Tytana” upowszechniającego jedynie słuszne poglądy na temat polskiej gospodarki, wbrew wrzaskowi różnych „populistycznych” dyletantów. W rzeczywistości Balcerowicz był przez wszystkie lata po 1989 r. jedynie posłusznym narzędziem w rękach sterujących nim zagranicznych globalistów typu George Soros. Z ogromnym oddaniem i konformizmem służył ich działaniom zmierzającym do opanowania kluczowych dziedzin polskiej gospodarki, przemysłu, bankowości.

Konformizmu uczył się już za młodu, pod „odpowiednim” wpływem ojca, dyrektora PGR-u. Już w młodości Leszek Balcerowicz dał szczególnie wymowny dowód umiejętności przystosowywania się do silniejszych, do tych, którzy dzierżyli władzę. Wstąpił do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, i to w czasie, gdy partia ta była szczególnie mocno skompromitowana – w 1969 roku. Gdy odliczymy trwający rok obowiązkowy staż kandydacki, okazuje się, że Balcerowicz zgłosił się do PZPR tuż po bezwzględnym moczarowskim stłumieniu ruchów studenckich i tzw. kampanii antysyjonistycznej oraz po interwencji w Czechosłowacji. Miał wtedy 22 lata. Trudno więc tłumaczyć niedojrzałością jego decyzję wstąpienia do partii komunistycznej, którą podejmowali wówczas tylko najgorsi karierowicze. Ciekawe, jak tłumaczy ten pomarcowy zaciąg Balcerowicza do partii Bronisław Geremek, który przez lata był jego najbliższym współpracownikiem w Unii Wolności.

Początkowo przez blisko dziesięć lat Balcerowicz pracował w SGPiS pod kierownictwem Pawła Bożyka, szefa doradców ówczesnego pierwszego sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka. Sam Bożyk, później złośliwie komentując wyjątkowo doktrynerskie poczynania Balcerowicza, mówił o nim, że był to jego jeden z najbardziej odległych od praktyki gospodarczej uczniów.

W latach 1978-1980 pracował w szczególnie antyreformatorskiej instytucji, za to prawdziwej szkole konformizmu – w Instytucie Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu przy KC PZPR.

W latach 90. ex post uczyniono z Balcerowicza rzekomego czołowego ekonomistę, wywodzącego się spośród opozycji solidarnościowej. W rzeczywistości przed latem 1989 roku nikt go za takiego nie uważał. Jeszcze w początkach 1989 roku Balcerowicza, mającego wówczas tylko stopień doktora, nie wzięto ani do 20-osobowego składu solidarnościowego w zespole ds. gospodarki i polityki społecznej przy Okrągłym Stole, ani do wspierającego go grona ekspertów (!!!). Próżno więc szukać jego nazwiska w informatorze „Okrągły stół. Kto jest kim. ‚Solidarność’ – opozycja. Biogramy, wypowiedzi”, Warszawa 1989.

Wykonawca planu Sorosa

Swą przyspieszoną karierę w 1989 r., awans na wicepremiera i ministra finansów, Balcerowicz zawdzięczał tylko i wyłącznie protekcji prawej ręki premiera Mazowieckiego, jego zausznika – ekonomisty Waldemara Kuczyńskiego. Początkowo ofiarował się tylko z rolą doradcy Kuczyńskiego (por. L. Balcerowicz, „800 dni”, Warszawa 1992, s. 10) i sam był zaskoczony swym nieoczekiwanym ogromnym awansem. Zawdzięczał go głównie temu, że kolejno odmówiły cztery pierwsze osoby, którym zaproponowano stanowisko ministra finansów we wrześniu 1989 r., a Balcerowicz urząd ten skwapliwie przyjął. Tym gorliwiej podjął się realizacji importowanego ze Stanów Zjednoczonych do Polski planu Sorosa-Sachsa, w Polsce funkcjonującego pod fałszywą nazwą „plan Balcerowicza”.

W rzeczywistości cały plan był pomysłem słynnego amerykańskiego lewicowego miliardera George’a Sorosa, przybyłego z Węgier do USA giełdowego spekulanta żydowskiego pochodzenia. O tym, że cały rzekomy plan Balcerowicza był w istocie dziełem Sorosa, możemy dowiedzieć się również z bardzo nieostrożnej enuncjacji W. Kuczyńskiego, wspomnianego już zausznika Mazowieckiego, ministra przekształceń własnościowych w jego rządzie. Jak wyznał Kuczyński w książce „Zwierzenia zausznika” (Warszawa 1992, s. 82-83): „Soros przyjechał z planem reformy gospodarki polskiej, zwanym planem Sorosa. To była kombinacja szokowej operacji antyinflacyjnej z restrukturyzacją naszych firm”. Balcerowiczowi jako wicepremierowi nadzorującemu polską politykę gospodarczą przypadło zaś tylko zadanie firmowania tego wszystkiego i uwiarygodniania polityki służącej gospodarczym celom Zachodu.

Celom tym służyła skrajnie doktrynersko realizowana polityka gospodarcza Balcerowicza, skupiająca się głównie na walce z inflacją, przy zaniedbaniu wysiłków na rzecz wzrostu gospodarczego i pobudzania polskiego eksportu. Jednym z najszkodliwszych elementów tej polityki było nastawienie na przyśpieszoną gruntowną prywatyzację polskiego przemysłu i banków, stanowiącą faktyczną wyprzedaż za bezcen.

Rzecznik terapii szokowej

Wielkie wsparcie dla Balcerowicza stanowiły zachęty do jak najszybszej terapii szokowej lansowane już latem 1989 r. przez współdziałającego z Sorosem amerykańskiego ekonomistę Jeffreya Sachsa. Reklamował on się w Polsce jako ten, który z dnia na dzień zwalczył w Boliwii ogromną inflację. Obiecywał tę samą skuteczną terapię w Polsce, zapominając uprzedzić, że jego boliwijski sukces dokonał się kosztem ogromnie wysokiego bezrobocia i buntu boliwijskich robotników, wprowadzenia w Boliwii stanu wyjątkowego i internowania przywódców związkowych. O tym wszystkim milczano w najbardziej wpływowych polskich mediach, tym chętniej za to nagłaśniając obietnice Sachsa łatwej, bezbolesnej i szybkiej terapii szokowej. Szczególnie kłamliwa pod tym względem była informacja w „Gazecie Wyborczej” z 24 sierpnia 1989 r., zamieszczona pod znamiennym tytułem: „Cud gospodarczy w Polsce?”. Sachs obiecywał tam m.in.: „Likwidujemy całkowicie inflację w ciągu sześciu miesięcy. Stopa życiowa zacznie wzrastać za pół roku (…) Nie dajcie sobie wmówić, że radykalny program gospodarczy wymaga cierpień i wyrzeczeń”.

Nader szybko miało się okazać, że realizowana przez Balcerowicza terapia szokowa doprowadziła do wielkiego pasma cierpień i wyrzeczeń przeważającej części społeczeństwa, z korzyścią dla gromady cwaniaków polskich i zagranicznych. Pisał o tym jednoznacznie bardzo ostry amerykański krytyk terapii szokowej, noblista z dziedziny ekonomii, prof. J. Stiglitz. Dzięki skokowym podwyżkom cen państwo zagrabiło wieloletnie oszczędności obywateli. Straciły ogromną część wartości zbierane przez wiele lat wkłady na mieszkania. Państwo zgarnęło przeważną część oszczędności dolarowych, szacowanych na koniec 1988 r. na 7-15 miliardów dolarów amerykańskich (por. S. Dąbrowski, Logika postkomunistów, „Nowy Świat”, 13 stycznia 1993 r.). Przypomnijmy zapomniane już dane o rozmiarach podwyżek cen w 1990 r. Według tekstu „Gazety Wyborczej” z 29 stycznia 1991 r., opartego na danych GUS, średnie ceny w 1990 r. były sześcio-, siedmiokrotnie wyższe niż w 1989 roku. Przy tym chleb średnio podrożał 13 razy, makaron – 22 razy, ceny mebli, naczyń kuchennych, lodówek wzrosły 8-10 razy. Ceny podstawowych artykułów w wielu przypadkach stały się wyższe niż w krajach EWG. W tym samym czasie miesięczne wynagrodzenie mieszkańca Polski odpowiadało 2-3-dniowym zarobkom Francuzów lub Niemców.

Jak wielkie rozmiary przybrało skokowe zubożenie polskiego społeczeństwa w efekcie balcerowiczowskiej terapii szokowej, doskonale dokumentowała podstawowa wręcz książka o polityce społecznej wydana w 1995 r. pod redakcją prof. Juliana Auleytnera. Według niej, w samym tylko 1990 r. przeciętne płace spadły o 24 proc., realna wartość przeciętnej emerytury i renty – o 19 proc., a dochody netto z rolnictwa na 1 pracującego – o 63 proc. Rolników szczególnie dotknęło otwarcie przez Balcerowicza granic na produkty rolne z zagranicy, w dużej mierze dotowane przez rządy zachodnie i sprowadzane do Polski po dumpingowych cenach.

Dzięki wpływom starej nomenklatury tzw. plan Balcerowicza, szumnie reklamowany jako nowa, rewolucyjna wręcz reforma gospodarcza, był faktycznie tylko nową kolejną odmianą stosowanych przez rządy PRL „operacji dochodowo-cenowych”. Z tą różnicą, że tamtych nie udało się zrealizować władzom ze względu na opory społeczeństwa. Balcerowiczowi zaś to wszystko powiodło się kosztem gigantycznego ograbienia społeczeństwa z oszczędności i bardzo dużego zubożenia wielkiej części ludności. Udało się dlatego, że mógł skorzystać z ogromnego poparcia społeczeństwa dla rządu Mazowieckiego. Naród zbyt łatwo zawierzył ówczesnemu kierownictwu Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, które twierdziło, że plan Balcerowicza to jedyny skuteczny program naprawy gospodarczej, niemający rzekomo żadnej alternatywy. Tak uzyskano przyzwolenie społeczne dla drastycznego planu gospodarczego, którego władzom PRL w żadnym razie nie udałoby się zrealizować ze względu na opór Narodu. Jak szczerze wyznawał na łamach „Prawa i Życia” 10 marca 1990 r. były minister handlu wewnętrznego w rządzie M. Rakowskiego, Marcin Nurowski, „realizacja takiego programu gospodarczego w naszym wykonaniu doprowadziłaby do gigantycznej awantury w kraju”.

Skorzystała stara nomenklatura

Plan Sorosa-Balcerowicza zyskał entuzjastyczne wręcz wsparcie różnych byłych prominentów reżimu komunistycznego – od byłych ministrów PRL-owskich Nurowskiego i Mieczysława Wilczka, po byłego wicepremiera w rządzie Rakowskiego – Mieczysława Sekułę czy byłego rzecznika rządu Jaruzelskiego – Jerzego Urbana. Stało się tak nieprzypadkowo. Stara nomenklatura partyjna stanowiła trzon kadry kierowniczej w gospodarce, wprowadzającej plan Sorosa-Balcerowicza. Postarano się też o zablokowanie prawdziwie potrzebnych głębokich reform strukturalnych, od reformy banków począwszy, po restrukturyzację przemysłu, które mogłyby być niekorzystne dla starej kadry partyjnej. Tym żarliwiej wspierali za to mnożące się spółki nomenklaturowe. Zadbali również o możliwie jak najbardziej nieprecyzyjne i wadliwe przepisy w różnych dziedzinach, tak aby ułatwić dokonywanie różnych aferowych manipulacji (vide: afera FOZZ, afera z rublem transferowym, tytoniowa, ziemniaczana etc.). Balcerowicz ponosi lwią część odpowiedzialności za brak kontroli, który ułatwił dokonywanie afer przy współudziale osób usadowionych na wpływowych stanowiskach gospodarczych. Rzecz znamienna – w 1989 r. zniesiono karę konfiskaty majątku za nadużycia gospodarcze. Cwaniacy z zagranicy i wysoko uplasowani w aparacie gospodarczym ludzie starej nomenklatury świetnie wykorzystali do swych celów szanse spekulacji i drenażu dolarów z Polski dzięki utrzymywaniu przez półtora roku kursu dolara do złotego na sztywnym, niezmienionym poziomie.

Profesor Łukasz Czuma tak pisał o mechanizmie tych manipulacji w I tomie „Encyklopedii Białych Plam”: „(…) jeśli ktoś z zagranicy wymienił 1 mln dolarów na złotówki, które następnie włożył na wysoki procent – np. na 150 proc. rocznie – do banku w Polsce, to przy stałym kursie wymiennym dolara do złotówki zyskiwał w ciągu roku 1,5 mln i mógł wywieźć z Polski 2,5 mln dolarów (…) nieprecyzyjne prawodawstwo, uchwalone przez Sejm ‚kontraktowy’, pozwoliło na takie operacje na podstawie działania m.in. tzw. oscylatora”. Ocenia się, że z ówczesnej Polski wyparowały w owym czasie miliardy dolarów. Balcerowicza obciąża fakt, że nie zastopowano na czas różnych tego typu manipulacji.

Fachowcy z „Czerwonej oberży”

Dawni komunistyczni działacze byli siłą dominującą w superministerstwie gospodarczym kierowanym przez Balcerowicza – wszechwładnym resorcie finansów. Na najwyższych szczeblach tego ministerstwa zastępcami w randze wiceministrów byli, obok bezpartyjnego (choć dawniej członka PZPR) Marka Dąbrowskiego, trzej wiceministrowie z PZPR: Janusz Sawicki, Andrzej Podsiadło i Jerzy Napiórkowski. Ogromną część dyrektorów i naczelników stanowili również członkowie PZPR. Podobnie układały się stosunki w innych resortach gospodarczych podległych Balcerowiczowi, gdzie PZPR-owcy stanowili dominującą część kierownictw ministerstw. Szczególnie wymowna była sytuacja w obsadzie pozycji w tak kluczowej sferze życia gospodarczego jak banki. Dominowały tam bez reszty postacie ze starej PZPR-owskiej nomenklatury typu były członek Biura Politycznego KC PZPR, a w 1990 r. prezes Narodowego Banku Polskiego Władysław Baka czy były minister rządów PRL-owskich, a w 1990 prezes Banku PKO Marian Krzak.

Zdecydowana większość tych marksistowskich „fachowców” skupionych wokół Balcerowicza wywodziła się ze Szkoły Głównej Planowania i Statystyki, która przez lata była potocznie nazywana wielce zasłużonym mianem „Czerwonej oberży”. Była bowiem jako uczelnia prawdziwą „czerwoną kuźnią kadr”, jak wspomniał Adam Glapiński w książce „Lewy czerwcowy”. Nieprzypadkowo tak świetny obserwator anomalii życia gospodarczego jak Stefan Kisielewski (Kisiel) ostro wytykał na jesieni 1990 r. Balcerowiczowi, jako jeden z największych jego błędów, skrajną tolerancję wobec starej komunistycznej nomenklatury. W wypowiedzi z 20 września 1990 r. Kisiel stwierdził: „(…) sądziłem, że nasza reforma zacznie się od usunięcia tej właśnie nomenklatury: ludzi, którzy na drodze do kapitalizmu mogą być jedynie zawalidrogami. (…) Balcerowicz mógł te osoby usunąć metodą rewolucyjną, zaraz w styczniu, za jednym zamachem-dekretem. Tymczasem nie uczynił tego i nomenklatura nadal istnieje” (cyt. za: „Testament Kisiela”, Poznań 1992, s. 53).

Kisiel nie docenił podstawowej przyczyny utrzymania ludzi z „Czerwonej oberży” na kluczowych stanowiskach wokół Balcerowicza. Ten teoretyk, niemający zielonego pojęcia o praktyce funkcjonowania gospodarki, był wprost niewolniczo uzależniony od swych PZPR-owskich pomagierów. Byli oni wielce usłużni wobec Balcerowicza, ale nie bezinteresownie. Zajmując kierownicze stanowiska, wykorzystywali dostęp do najtajniejszych informacji gospodarczych w celu przyśpieszonego tworzenia fortun dla siebie i „kolesiów” w ówczesnych „przełomowych” czasach. Jeszcze w maju 1995 r. Lech Kaczyński jako szef NIK tak mówił o różnych przejawach zdominowania węzłowych punktów gospodarki przez ludzi starej partyjnej nomenklatury: „Banki i Ministerstwo Finansów – gdzie do dziś w lwiej części kierownicze stanowiska zajmują ludzie dawnego systemu, na przykład prezes Pekao SA Marian Kanton i jego zastępca Janusz Czarzasty, Bogusław Kott – prezes Big Banku, Krzysztof Szwarc – prezes Banku Rozwoju Eksportu, czy też Andrzej Wróblewski – przewodniczący Rady Nadzorczej Banku Śląskiego, minister finansów w rządzie Mieczysława Rakowskiego. To tylko niektóre przykłady. To wszystko – jeśli można tak powiedzieć – ‚zawodnicy z jednej drużyny’. Tych ludzi nigdy nie wymieniono, mimo że od 1989 roku minęło 6 lat” (z wywiadu L. Kaczyńskiego dla „Gazety Wyborczej” z 29 maja 1995 r.). Balcerowicza obciąża fakt, że w czasie swego panowania nad resortem finansów wyraźnie nie zrobił niczego, aby wymienić różnych PZPR-owskich prominentów na młodych zdolnych fachowców spoza układów. Ani przez chwilę nie pomyślano też o wykorzystaniu w celu reformowania polskich finansów licznych wybitnych polonijnych fachowców od gospodarki i bankowości.

Serwilizm wobec Zachodu

Związki Balcerowicza z komunistami były gorąco wspierane przez najbardziej wpływowe zachodnie kręgi gospodarcze. Nader wymowne pod tym względem było zachowanie amerykańskiego protektora Balcerowicza – Jeffreya Sachsa. W wywiadzie dla komunistycznej „Polityki” z 6 stycznia 1990 r. Sachs wystąpił z jednoznacznym gorącym poparciem dla byłego członka Biura Politycznego KC PZPR prof. Władysława Baki, wówczas prezesa Narodowego Banku Polskiego. Określił go jako prawdziwego gwaranta „twardej, prowadzonej żelazną ręką polityki kredytowej”. Jak akcentował J. Sachs: „Odkąd prezesem NBP został profesor Baka, są coraz liczniejsze dowody, iż NBP staje się prawdziwym bankiem centralnym. Przedsiębiorstwa gorączkowo poszukują kredytów w bankach komercyjnych, te zwracają się do NBP, a Baka mówi – nie”. Dodajmy, że w tym samym czasie „dziwnym trafem” różne zarządzane przez komunistów spółki mogły liczyć na szybkie kredyty. A do tego doszła i taka „gratka”, jak wynegocjonowana przez M.F. Rakowskiego „pożyczka moskiewska”.

Wpływowe zachodnie, a zwłaszcza amerykańskie, kręgi gospodarcze, a także MFW, gorąco popierały „dogadanie się” z czołowymi komunistami w Polsce (i na Węgrzech) w oparciu o zabezpieczenie sobie nawzajem realizacji podstawowych celów na zasadzie wzajemności. Dla przywódców komunistycznych celem tym było utrzymanie w swych krajach centralnych pozycji, zwłaszcza w życiu gospodarczym, w okresie po rozpoczęciu transformacji systemowych. Dla przedstawicieli zaś Zachodu najważniejsze w Europie Środkowej było dalsze spłacanie odpowiednio oprocentowanego zadłużenia z czasów komunistycznych. Jak zwykle dla Zachodu pieniądz (money, money…) miał dużo większe znaczenie niż względy moralno-wolnościowe. Stąd na przykład wynikało ogromne poparcie prezydenta G. Busha (ojca obecnego prezydenta USA) dla kandydatury W. Jaruzelskiego na prezydenta Polski w lipcu 1989 roku. (Bush przebywał w Polsce na tydzień przed wyborem Jaruzelskiego i skutecznie naciskał na kierownictwo OKP w sprawie uratowania jego kandydatury).

Balcerowicz nieprzypadkowo stał się głównym gwarantem spłaty polskiego zadłużenia wobec Zachodu. Jeszcze w 1989 r. stanowczo stwierdził w Sejmie, że trzeba jak najszybciej spłacać komunistyczne długi, aby nie wywołać zaniepokojenia zachodnich bankierów. Rzecz w tym, że właśnie w latach 1989-1990 istniała bezpowrotnie zmarnowana przez Balcerowicza szansa całkowitego anulowania polskich długów wobec Zachodu. Pisał o tym w kwietniu 1991 r. na łamach „Ładu” Witold Gadomski, skądinąd jeden z czołowych liberałów (!) w polskim środowisku ekonomicznym (później poseł KLD, redaktor naczelny „Gazety Bankowej”, a wreszcie współpracownik „Gazety Wyborczej”): „Sprzyjająca dla Polski koniunktura międzynarodowa, która pojawiła się na wiosnę 1989 roku i trwała mniej więcej przez rok, pozwalała myśleć o uregulowaniu zadłużenia naszego kraju. Potrzebna była do tego dobra wola naszych wierzycieli i organizacji międzynarodowych (Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego. (…) Polska, jak wszyscy dłużnicy, chciałaby traktować swój dług w kategoriach politycznych. Ma przy tym większe niż inne kraje ku temu powody. Przede wszystkim dług nasz został zaciągnięty przez państwo niesuwerenne – PRL, którym rządziła wąska grupa ludzi posłusznych ZSRR. Polska pierwsza pozbyła się komunistycznych rządów, przyczyniając się do rozpadu całego systemu. Daliśmy w ten sposób Zachodowi prezent, oszczędzając mu miliardy dolarów, wydawanych wcześniej na obronę przed komunistami. Argumenty te miały szanse trafić do przekonania polityków zachodnich, a musimy pamiętać, że większość naszego długu została przejęta przez rządy, prywatnym bankom jesteśmy winni niewielką część z 50 miliardów. Niestety, koniunktura szybko minęła”.

A koniunktura minęła głównie ze względu na całkowitą niechęć Balcerowicza do zajęcia się tą sprawą. (O zmarnowaniu szansy anulowania polskich długów piszę szerzej w książce „Zagrożenia dla Polski i polskości”, Warszawa 1998, t. II, s. 26-30, powołując się m.in. na wystąpienia w tej sprawie prof. S. Kurowskiego, S. Kisielewskiego, J. Gościmskiego, S. Albinowskiego).

Usłużność Balcerowicza wobec MFW i czołowych przedstawicieli amerykańskiego establishmentu przyniosła mu ogromne profity w grudniu 1990 r., po druzgocącej przegranej jego szefa T. Mazowieckiego w wyborach prezydenckich. Zaledwie w kilka dni po tej klęsce, bo już 19 grudnia 1990 r., amerykański ambasador w Warszawie Thomas W. Simmons ostentacyjnie poprosił o oficjalne spotkanie z Balcerowiczem. Miało to najwyraźniej za cel wyeksponowanie amerykańskiego poparcia dla jego osoby. Simmons, jako ambasador w Warszawie, cieszył się ogromnym poparciem prezydenta G. Busha. Zdzisław Najder odnotował w swych wspomnieniach skandaliczne wprost zalecenie prezydenta G. Busha, gdy zwracając się do polskiej delegacji w Białym Domu, przykazywał: „I słuchajcie, co nasz ambasador mówi, że macie robić”. Zaczęły się mnożyć również naciski innego typu. Z błyskawiczną pomocą pospieszył Balcerowiczowi wciąż serwilistycznie wykonujący amerykańskie polecenia Jan Nowak-Jeziorański, „kurier z Waszyngtonu”.

Wykorzystując kompletną niewiedzę Wałęsy w sprawach gospodarczych, straszył go i innych polityków polskich, jakim to niebywałym nieszczęściem dla Polski stanie się rzekomo odejście Balcerowicza. W wywiadach udzielanych prasie Nowak posuwał się do wszelkiego rodzaju szantażów. Dosłownie robił wszystko, co tylko możliwe, by zastraszyć Polaków w kraju groźbą utraty wszelkich szans na pomoc od Zachodu w przypadku odsunięcia Balcerowicza od władzy nad polską gospodarką. Na przykład w wywiadzie dla „Życia Warszawy” z 21 grudnia 1990 r. Nowak-Jeziorański stwierdził, że: „Nie da się utrzymać pomocy z zagranicy bez utrzymania Balcerowicza”.

Zachodnie naciski na rzecz utrzymania dominacji Balcerowicza w polskim życiu gospodarczym miały gruntowne uzasadnienie w fakcie jego ogromnej usłużności wobec różnych zachodnich lobby finansowych. I to nie tylko amerykańskich. Na przykład członkiem Rady Ekonomicznej, tak znaczącego ciała doradczego przy prezesie Rady Ministrów, był w 1990 r. ówczesny gubernator banku centralnego Izraela Michael Brun. Człowiek ten był wtajemniczony w najgłębsze tajniki naszej gospodarki, takie jak zmiany kursu złotego do dolara – wiadomość na wagę złota dla spekulantów. W liście do Balcerowicza wysuwał on swoje sugestie w tej sprawie. Kto nie wierzy, niech zajrzy do książki Balcerowicza „800 dni”. Czy za takie zjawiska, jak dopuszczenie wpływowego cudzoziemca do kluczowych polskich tajemnic finansowych, nie należało postawić Balcerowicza przed Trybunałem Stanu?

Bałagan w Ministerstwie Finansów i bankowości

Balcerowicz, jako wicepremier i minister finansów, był szczególnie mocno odpowiedzialny za niebywały bałagan w podlegającym mu resorcie. Jakże wymowne pod tym względem i szokujące zarazem były informacje zawarte w zamieszczonym 18 sierpnia 1991 r. w „Tygodniku Gdańskim” wywiadzie z dyrektorem Anatolem Lawiną, wysokim urzędnikiem Najwyższej Izby Kontroli. Powiedział w nim m.in.: „Najdramatyczniejsze i najbardziej niebezpieczne jest – używając języka więziennego – dojście do ‚przekrętów’ finansowych i to na wielką skalę. Tak jest w bankach, przedsiębiorstwach handlu zagranicznego, w Ministerstwie Współpracy z Zagranicą. A Ministerstwo Finansów? Nie znam żadnej sprawy, która by była tam rzetelnie udokumentowana i załatwiona… Ministerstwo Finansów robi wszystko, by zatuszować sprawę nadużyć i bałaganu”.

Kierownictwo resortu finansów z L. Balcerowiczem na czele było bezpośrednio odpowiedzialne za fatalne zaniedbania w funkcjonowaniu systemu bankowego, który już w 1989 r. powszechnie oceniano jako skandaliczny (por. np. wywiad z prof. Antonim Kuklińskim dla „Życia Warszawy” z 9 grudnia 1989 r.). Co więcej, sam wicepremier Balcerowicz dawno przyznał, że „system bankowy jest przedmiotem uzasadnionej krytyki”. Potem jednak minęły miesiące, wreszcie rok, a potem znów kolejne miesiące bez naprawy tego fatalnego systemu, aż wreszcie doszło do afery Art. B, która obnażyła wszystkie skutki opóźnienia reformy bankowości polskiej.

Przypomnijmy tu tak zapomniany dziś fakt, że w 1991 r., pod koniec gospodarczej dyktatury Balcerowicza, powszechnie mówiono o jego odpowiedzialności za fatalny stan funkcjonowania systemu bankowego. W tej prawie z ostrą krytyką pod adresem ministra finansów wychodzili nawet czołowi liberałowie z partii Jana Krzysztofa Bieleckiego. Warto choćby przypomnieć, co mówił wówczas na temat Balcerowicza obecny przywódca PO Donald Tusk. Otóż, wypowiadając się w imieniu KLD w początkach 1991 r., Tusk stwierdził, że liberałowie mają obiekcje do działalności Balcerowicza jako „ministra finansów, zwłaszcza z powodu dysfunkcjonalości systemu bankowego” (!) (cyt. za: T. Roguski „Liberałowie liczą na sukces”, „Rzeczpospolita”, 4 września 1991 r.). Dziś ten sam Tusk dosłownie idzie w zaparte, by wybronić wszelkie przejawy działań Balcerowicza.

prof. Jerzy Robert Nowak

Źródło: Leszek Balcerowicz

Historia polski wg. Lecha Wałęsy

Lech Wałęsa:
Zbudowałem, sterowałem, poprowadziłem i zwyciężyłem
i jeszcze jedno „nie mogłem” (często powtarzane)

W części drugiej Lech Wałęsa sugeruje, że na arcybiskupa Kazimierza Nycza istnieją dokumenty świadczące o jego współpracy ze służbami PRL

Historia polski wg. Lecha Wałęsy wywiad w „Kropce nad i”
(cały wywiad w dwóch częściach poniżej opisu naciśnij play)

Zbrodniarze PRL są nietykalni

Sąd Najwyższy uznał, że zamykanie tak zwanych wrogów władzy ludowej było zgodne z przepisami.

Śledczym IPN już raczej się nie uda doprowadzić do skazania stalinowskiego prokuratora Kazimierza Graffa. Był oskarżony o dopuszczenie do bezprawnego przetrzymywania w latach 40. tzw. wrogów władzy ludowej, m.in. działacza podziemia Stanisława Figurskiego, który przez miesiąc był trzymany w areszcie bez postanowienia o tymczasowym aresztowaniu. W tym czasie siłą zmuszono go do przyznania się do winy.

Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie, a potem Sąd Najwyższy, który rozpatrywał zażalenie prokuratorów IPN, nie dopatrzył się w działalności Graffa przestępstwa. Uznał, że działał zgodnie z ówczesnym prawem. – To już kolejna kuriozalna decyzja sądu w sprawach, w których oskarżeni są komunistyczni sędziowie i prokuratorzy – twierdzą nieoficjalnie śledczy IPN.

– Czekamy na uzasadnienie decyzji Sądu Najwyższego, a potem rozważymy, czy wystąpić z kasacją – mówi Andrzej Arseniuk, rzecznik IPN.

Graff ma więcej ciemnych plam w życiorysie. Osobiście uczestniczył m.in. w rozstrzeliwaniu żołnierzy państwa podziemnego w 1946 r., których sąd w Siedlcach w ciągu trzech dni skazał na śmierć. Jego roli w tej sprawie nie udało się jednak dowieść, gdyż nie zachowały się akta z tamtych wydarzeń.

Po umorzeniu sprawy Figurskiego śledczy IPN mają coraz mniej powodów do optymizmu. To już kolejna taka sprawa, która upadła. Tak było m.in. z tzw. sędziami stanu wojennego. Katowicki IPN zarzucał bezprawne stosowanie nieopublikowanego dekretu o stanie wojennym z 1981 roku.

– Sprawę ucięła uchwała Sądu Najwyższego z grudnia 2007 r. W efekcie ponad 20 sędziów i prokuratorów uniknie odpowiedzialności – mówi prokurator Piotr Nalepa z katowickiego oddziału IPN.

Zdaniem prof. Andrzeja Paczkowskiego tego rodzaju sprawy świadczą o przekonaniu przedstawicieli Temidy, że coś takiego jak zbrodnia sądowa nie istnieje. Akty oskarżenia są odrzucane, gdyż zdaniem sędziów nie mają odpowiedniego umocowania prawnego.

– Takie działania to przykład sędziowskiego korporacjonizmu. Linia obrony jest zawsze podobna. Działano na podstawie ówczesnych przepisów, nie łamano więc prawa, nawet jeśli zapadały wyroki śmierci – dodaje historyk dr Antoni Dudek.

Źródło : Rzeczpospolita: Stalinowskie winy bez kary
Tomasz Pietryga 16-04-2008

—————–

Śledczy Graff nieuchwytny dla IPN

Akt oskarżenia przeciwko Kazimierzowi Graffowi śledczy IPN skierowali do sądu 18 października 2007 r. Oskarżono go, że w latach 40. jako nadrzędny prokurator dopuścił do bezprawnego aresztowania Stanisława Figurskiego, jednego z działaczy niepodległościowych podziemia związanego z organizacją Ruch Oporu Armii Krajowej oraz Narodowym Zjednoczeniem Wojskowym.

słynny stalinowski proces tzw. grupy Witolda Pileckiego, żołnierza Armii Krajowej - rok 1949

Figurskiego zatrzymano w grudniu 1947 r. Dopiero po miesiącu wydano postanowienie o jego tymczasowym aresztowaniu. W tym czasie siłą zmuszono go do złożenia obciążających go wyjaśnień. Na tej podstawie w akcie oskarżenia przypisano mu dążenie do obalenia państwa polskiego oraz udział w napadach rabunkowych z bronią w ręku.

Kazimierz Graff po zwolnieniu z prokuratury został radcą prawnym. Do dziś mieszka w Warszawie

Kazimierz Graff pełnił w tym czasie „zastępstwo” na stanowisku szefa wojskowej prokuratury rejonowej w Warszawie, która prowadziła śledztwo.

W 1968 r. Graff został zwolniony z wojskowej prokuratury. Później został radcą prawnym. Dziś ma 91 lat, mieszka w Warszawie. – IPN zarzucił mu, że dopuścił do bezprawnego pozbawienia wolności Figurskiego, mimo że na podstawie wojskowego kodeksu postępowania karnego zobowiązany był w takiej sytuacji do uchylenia aresztu i zwolnienia osadzonego. Śledczy IPN uznali to za zbrodnię komunistyczną i na tej podstawie skierowali akt oskarżenia do sądu – mówi Andrzej Arseniuk, rzecznik Instytutu. Prokuratorzy powołali się na obowiązek stosowania w latach 40. konstytucji marcowej, która określała zasady i czas zatrzymań. Zatrzymanie bez postanowienia o tymczasowym aresztowaniu było możliwe tylko przez 48 godzin. Koronnym argumentem w tej sprawie miało być orzeczenie Sądu Najwyższego z 1958 r., który w bardzo podobnej sprawie utrzymał wyrok skazujący m.in. Józefa Różańskiego. Sąd uznał ważność zasad konstytucji marcowej.

Argumentacja nie przekonała jednak Wojskowego Sądu Okręgowego w Warszawie, który 22 stycznia 2008 r. umorzył postępowanie z uwagi na brak znamion czynu zabronionego.

– Dla śledczych IPN była to kuriozalna decyzja. Stąd też szybko skierowano zażalenie na to postępowanie do Sądu Najwyższego. Ten jednak utrzymał w mocy decyzje warszawskiego sądu. Teraz czekamy na uzasadnienie. Po jego otrzymaniu śledczy będą się zastanawiać, czy nie wnieść o kasację– mówi Arseniuk.

Sprawa Figurskiego nie jest jedyną ciemną plamą w życiorysie Graffa. W kwietniu 1946 r. osobiście uczestniczył w wykonaniu egzekucji na 12 członkach państwa podziemnego, którzy po trzech dniach od zatrzymania zostali skazani na kary śmierci przez Wydział ds. Doraźnych Sądu Okręgowego w Siedlcach.

W tej sprawie nie udało się oskarżyć Kazimierza Graffa, gdyż większość dokumentów jej dotyczących została zniszczona.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora

t.pietryga@rp.pl
Źródło : Rzeczpospolita: Śledczy Graff nieuchwytny dla IPN
Tomasz Pietryga 16-04-2008

————————-

Zbrodniarze śpią spokojnie

Postanowienie Sądu Najwyższego w sprawie prokuratora Kazimierza Graffa jest kolejną kuriozalną decyzją jednego z najwyższych organów prawa w Polsce, które kładzie się cieniem na polskim wymiarze sprawiedliwości.

W grudniu minionego roku uchwała Sądu Najwyższego zatrzymała śledztwo w stosunku do sędziów skazujących na wieloletnie wyroki za łamanie dekretu o stanie wojennym, który, nawet na mocy ówczesnych przepisów, nie był jeszcze prawem – bo nie został ogłoszony w Dzienniku Ustaw.

Sąd Najwyższy uznał, że skoro PRL nie był państwem prawa, to trudno pociągać do odpowiedzialności jego funkcjonariuszy, którzy naruszali fundamenty samej idei prawa. Wynika z tego bezspornie, że słudzy zbrodniczych reżimów, które z pewnością nie były państwami prawa, mogą spać spokojnie. Nawet jeśli naruszyli przepisy obowiązujące w ich państwie, które, skądinąd słusznie, trudno uznać za prawo.

W wypadku stalinowskiego prokuratora, który prześladował przeciwników politycznych i osobiście uczestniczył w egzekucjach, pojawia się nieco inne uzasadnienie. Graff działał zgodnie z ówczesnym prawem – czytaj przepisami – twierdzi Sąd Najwyższy. Zostawmy na boku fakt, że i to uzasadnienie przeczy prawdzie. Sąd Najwyższy zakwestionował wydawałoby się powszechnie przyjęte po II wojnie światowej normy, które mówią, że działanie zgodnie ze zbrodniczym prawem, czyli „ustawowym bezprawiem”, nie zwalnia z odpowiedzialności. Efektem tej zasady jest idea praw człowieka, zgodnie z którą można sądzić sprawców zbrodni przeciwko ludzkości niezależnie od lokalnego prawodawstwa.

Niby wszyscy zgadzamy się na to, niby akceptujemy trybunały przeciwko zbrodniarzom z Bałkanów czy Rwandy, ale jeśli przychodzi do polskiego podwórka, okazuje się, że zasady te przestają obowiązywać.

Czy tylko dlatego, że wśród prawników, którzy niedawno jeszcze byli sędziami Sądu Najwyższego, znaleźć możemy takich, którzy wydawali z pogwałceniem norm prawa wyroki w stanie wojennym? Czy dlatego, że wyrastające z PRL środowisko sędziowskie dba bardziej o korporacyjny interes niż o elementarne zasady prawa?

Źródło : Rzeczpospolita: Zbrodniarze śpią spokojnie
Bronisław Wildstein 15-04-2008

Ile nas kosztowało wyzwolenie w 1945r. przez Sowietów

Źródło: Rzeczpospolita: Haracz za „wyzwolenie” Polski
21.07.2007

Polska poniosła w czasie II wojny światowej niewątpliwie największe straty ludzkie i materialne w przeliczeniu na jednego mieszkańca. Zdecydowana większość tych strat była skutkiem systematycznego terroru niemieckiego, czego symbolem, obok wymordowania około 5 milionów polskich obywateli, była zagłada Warszawy. Straty ludności stolicy Polski przewyższały kilkakrotnie straty całej Francji, nie mówiąc o innych okupowanych krajach zachodnich czy Czechosłowacji. Podobnie rzecz się miała ze stratami materialnymi.

Wydawać by się więc mogło, że właśnie Polska miała nie tylko wyjątkowe moralne, ale też polityczne prawo do odszkodowań wojennych kosztem pokonanych Niemiec. Jednakże za sprawą „wyzwolicieli” sowieckich, którzy potraktowali zrujnowany kraj jako należny im łup wojenny, nie dane było Polsce uzyskać choćby symbolicznej rekompensaty za poniesione straty. Brytyjczycy i Amerykanie przyjęli tę sytuację do wiadomości bez większych sprzeciwów.

Węgiel za pół darmo

Podczas konferencji wielkiej trójki w Poczdamie latem 1945 roku uzgodniono, że Niemcy zapłacą 20 miliardów dolarów reparacji wojennych. Połowa tej kwoty miała przypaść Związkowi Radzieckiemu, który poniósł w liczbach absolutnych największe straty ludzkie. Niewątpliwie to Armia Czerwona pokonała Wehrmacht. Wkład wojsk amerykańskich i brytyjskich był co prawda znaczący, ale na pewno nie decydujący. Natomiast francuski wysiłek wojenny był zgoła nikły – polski przewyższał go zdecydowanie mimo mniejszego potencjału ludzkiego i gospodarczego.

W Poczdamie uzgodniono, że polskie żądania reparacyjne zostaną zaspokojone z części, która przypadła Związkowi Radzieckiemu. 16 sierpnia 1945 roku została podpisana w Moskwie dwustronna umowa -pomiędzy marionetkowym rządem „polskim” (Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej) a rządem sowieckim -o odszkodowaniach za wyrządzone przez Niemców straty.

W myśl tej umowy Związek Radziecki zrzekł się wszelkich roszczeń do mienia niemieckiego i innych aktywów na całym terenie Polski. Ponadto ustalono, że przekaże Polsce15 proc. ze swojej części masy reparacyjnej, czyli 1,5 miliarda dolarów. Równocześnie jednak rząd „polski” zobowiązał się do corocznych dostaw węgla po specjalnych cenach (na poziomie ok. 10 proc. cen światowych) w wysokości 8 milionów ton w roku 1946, po 13 milionów ton w następnych czterech latach (1947 – 1950) oraz po 12 milionów ton w kolejnych. Strona sowiecka narzuciła cenę w wysokości 1,22 dolara zatonę węgla oraz 1,44 dolara za tonę koksu. W tej sytuacji nawet ów „polski” rząd chciał w ogóle zrezygnować z „reparacji”. Lecz dopiero w marcu 1947 r. Stalin zgodził się na zmniejszenie dostaw węgla o połowę. Jednak równocześnie zostały zredukowane o połowę odszkodowania, jakie miała uzyskać Polska, z 15 do 7,5 proc, całej sowieckiej masy reparacyjnej.

Straty wynikające z dostaw węgla do Związku Radzieckiego w latach 1946 – 1953 po zaniżonych cenach i tak były ogromne. Gdyby Polska sprzedała ten węgiel na rynku światowym, uzyskałaby około 836 milionów dolarów więcej. A co zyskała w zamian? Według wewnętrznych danych sowieckich wartość dostaw do Polski z tytułu reparacji wyniosły do 1 stycznia 1950 roku 186,5 miliona dolarów. Było to 5,6 proc. otrzymanych do tego czasu przez Związek Radziecki reparacji, które wyniosły 3326,4 miliona dolarów. W sumie do1953 roku, kiedy zakończyły się wypłaty reparacyjne, Polska otrzymała – także według danych sowieckich – urządzenia i towary na sumę 228,3 miliona dolarów (a miała dostać na kwotę 750 milionów dolarów). Jest jednak wątpliwe, czy te liczby są prawidłowe, ponieważ strona polska nie miała możliwości ich zweryfikowania. Ponadto, gospodarka sowiecka miała wybitnie „księżycowy” charakter, co oznaczało, że także ceny produktów były ustalane arbitralnie, bez związku z ich rzeczywistą, wolnorynkową wartością.

Realizacja reparacji wojennych za zniszczenia spowodowane przez okupację niemiecką była dla Polski w istocie ogromnym obciążeniem. Polska, zamiast zyskać, straciła około 600 milionów dolarów. Suma ogromna w tamtych czasach, zwłaszcza dla tak zrujnowanego kraju. Kiedy państwa zachodnie otrzymywały pomoc w ramach planu Marshalla – także zachodnie Niemcy – Polska płaciła haracz sowieckim „wyzwolicielom”.

Największy rabunek XX wieku

Nie były to jedyne straty spowodowane celową i systematyczną polityką „gospodarczą” sowieckich „wyzwolicieli”. Jak wspomniano, Związek Radziecki zrzekł się 16 sierpnia 1945 roku roszczeń do mienia niemieckiego i innych aktywów niemieckich na terenie całej Polski, w tym także na nowych ziemiach zachodnich. Jednak wcześniej, od lutego do sierpnia 1945 roku, teren dzisiejszej Polski był obszarem zapewne największej, obok terenów przyszłej NRD, systematycznej akcji rabunkowej w historii XX wieku. Sowieckie trofiejne komanda demontowały i wywoziły całe fabryki, elektrownie, młyny, urządzenia, tory kolejowe, stacje telefoniczne, rzeźnie, surowce, półfabrykaty, bydło, z całej „wyzwolonej” Polski. Rabunek ten był zaplanowany i przeprowadzany systematycznie na osobiste polecenie Stalina. Najbardziej atrakcyjnym kąskiem dla Sowietów był przemysł Górnego Śląska. Już 31 stycznia 1945 r. Stalin wydał rozporządzenie, aby rozpoznać stan przemysłu na Śląsku. W tym samym dniu marszałek Żukow zameldował Stalinowi, że zakłady przemysłowe na terenach właśnie wyzwolonej Polski prawie nie ucierpiały, ponieważ Niemcy nie mieli czasu, aby je zniszczyć, a tym bardziej ewakuować. Podobnie było na pozostałych terenach na wschód od Odry.

W lutym 1945 r. Państwowy Komitet Obrony (Gosudarstwiennyj Komitet Oborony – GKO), który skupiał całą władzę w Związku Radzieckim do momentu rozwiązania 4 września 1945 roku, wydelegował do Polski, głównie na Górny Śląsk, komisje ekspertów, których zadaniem była rejestracja wszystkich ważnych zakładów i urządzeń przemysłowych.

W aparacie GKO została powołana specjalna struktura zajmująca się zdobyczami wojennymi. 25 lutego 1945 r. Stalin, przewodniczący GKO, wydał rozporządzenie nr 7590 o stworzeniu Komitetu Specjalnego przy GKO pod kierownictwem Georgija Malenkowa, jednego ze swoich najbliższych współpracowników. Zadanie Komitetu Specjalnego zostało sformułowane w punkcie 2 rozporządzenia: „a) Ustalenie i rejestracja podlegających wywozowi do ZSSR z terytorium Niemiec, a także z terytorium Polski (według rozporządzenia GKO nr 7558 z 20 lutego tego roku) urządzeń, szyn kolejowych, parowozów, wagonów, statków parowych oraz innych rodzajów środków transportu, surowców oraz gotowych produktów”.

Komitet Specjalny otrzymał ponadto za zadanie zorganizowanie demontażu i wywozu tych urządzeń i materiałów do Związku Radzieckiego.

Pięć dni wcześniej, 20 lutego1945 r., Stalin wydał wspomniane rozporządzenie nr 7558 dotyczące spraw polskich. Punkt 6b stanowił, że wywozowi do Związku Radzieckiego z terytorium Polski podlegają te urządzenia, materiały oraz produkty konieczne doprowadzenia wojny, które pochodzą z niemieckich zakładów lub też zakładów rozbudowanych przez Niemców w czasie wojny. Dotyczyło to także zakładów na ziemiach niemieckich, które miały wejść w skład Polski. Rozporządzenie nr 7558 regulowało te kwestie całościowo, bez względu na to, czy chodziło o ziemie Polski (formalnie sojusznika!) czy Niemiec.

Tym samym wszystkie fabryki i zakłady na terenach niemieckich, które miały wejść w skład Polski, oraz cały przemysł ciężki (metalurgiczny, zbrojeniowy, chemiczny itd.) na terenie Polski zostały uznane za zdobycz wojenną i podlegały wywozowi do Związku Radzieckiego. W czasie wojny Niemcy rozbudowywali istniejące polskie zakłady dla potrzeb wojennych na terenie całej Polski, a zwłaszcza na Górnym Śląsku. Tereny te były bowiem względnie bezpieczne przed bombardowaniami alianckimi oraz leżały stosunkowo blisko frontu wschodniego. Ponadto należy podkreślić, że definicja „na potrzeby prowadzenia wojny” oznaczała praktycznie cały przemysł, ponieważ w czasie wojny cała gospodarka pracuje na potrzeby frontu.

Stal, rtęć i turbiny

Już 2 marca1945 r. Stalin podpisał siedem pierwszych rozporządzeń dotyczących demontażu i wywozu całych zakładów z terenów Polski, a przygotowanych przez zespół Malenkowa. Pierwsze rozporządzenie, nr 7608, dotyczyło urządzeń z walcowni rur w Gliwicach (Oberhütte Rohlstahlwerke), które zostały wywiezione do zakładów imienia Lenina w Dniepropietrowsku. Następne dwa rozporządzenia dotyczyły urządzeń z Julienhütte w Bobrku koło Bytomia, które wywieziono do zakładu imienia Dzierżyńskiego, również w Dniepropietrowsku, oraz z walcowni w Łabędach, które trafiły do zakładów Dnieprospecstal wmieście Zaporoże.

Rozporządzenie nr 7611 dotyczyło wywozu z Górnego Śląska stali walcowanej, w sumie 26 tysięcy ton, 2 tysięcy ton rur i 4 tysięcy 560 ton innych rodzajów stali. Rozporządzenie nr 7612 dotyczyło wywozu 86 ton rtęci z Chrzanowa. Rozporządzenie nr 7614 regulowało wywóz ze Śląska 19 turbin o mocy 507 tysięcy kilowatów oraz 32 kotłów wysokociśnieniowych.

Następne rozporządzenia dotyczące demontażu i wywózek Stalin podpisał 6 marca. Dotyczyły one między innymi fabryki sztucznego kauczuku w Oświęcimiu, fabryki dynamitu w Bydgoszczy, 2000 km linii kolejowych wraz z całym oporządzeniem (stacje, łączność itd.), urządzeń z zakładów zbrojeniowych Osthütte oraz Graf Renard w Sosnowcu. A także innych urządzeń z zakładów w Gliwicach, Dąbrowie Górniczej, Siemianowicach, Zgodzie, Chorzowie, Częstochowie oraz Katowicach.

Do lipca 1945 r. Stalin podpisał setki rozporządzeń dotyczących demontażu i wywozu urządzeń, fabryk, surowców, produktów i półfabrykatów z terenu całej Polski. Zajął się także bydłem, owcami i końmi. 9 marca 1945 roku wydał rozporządzenie nr 7768 o przegnaniu z Niemiec (dzisiejszych zachodnich terenów Polski) oraz z Polski 487 tysięcy sztuk „zdobycznego” bydła oraz 100 tysięcy „zdobycznych” owiec. Dla zabezpieczenia tego przedsięwzięcia polecił zarekwirować 10 tysięcy koni oraz 4 tysiące pojazdów konnych. Pięć dni później wydał jeszcze rozporządzenie nr 7815 o przegonieniu kolejnych 44 tysięcy 600 „zdobycznych” koni z Niemiec (z dzisiejszych zachodnich terenów Polski) oraz z Polski.

Duża część – zapewne większość -urządzeń i sprzętu o mniejszej wartości została zdemontowana bez odpowiednich rozporządzeń z centrali. Demontowane i wywożone były nie tylko urządzenia i sprzęt z przemysłu zbrojeniowego, ciężkiego oraz chemicznego, lecz także środki łączności (np. centrale telefoniczne), transportu (kolej wąskotorowa), elektrownie, także te małe, urządzenia portowe w Gdyni, Gdańsku i Szczecinie, zakłady przemysłu żywnościowego (rzeźnie, młyny, tartaki, mleczarnie, fabryki konserw rybnych), tekstylnego, obuwniczego itd. Czyli wszystko, co tylko przedstawiało jakąkolwiek wartość.

Masa zdemontowanych i wywiezionych z terenów Polski (tych nowych i tych starych) urządzeń, sprzętu i materiałów była ogromna. Według danych sowieckich do 2 sierpnia 1945 roku wywieziono jako zdobycz wojenną 1 milion 821 tysięcy ton urządzeń, sprzętu, a także różnych cennych materiałów, czyli 145 tysięcy 680 wagonów kolejowych. Jest to jednak liczba dalece niepełna. Nie zawiera między innymi dostaw węgla z Polski do Związku Radzieckiego oraz do Berlina w roku 1945. Za dostarczony wtedy polski węgiel Niemcy płacili Związkowi Radzieckiemu produktami przemysłowymi. Liczby te nie zawierają także wspomnianych już wcześniej setek tysięcy bydła i koni przegonionych na teren Związku Radzieckiego.

Szczególnie wartościowe urządzenia, np. ze śląskich kombinatów chemicznych, transportowano drogą powietrzną. Specjalnie w tym celu Stalin wydał 15 maja rozporządzenie nr 8571 o rozbudowie lotnisk w Lisiczańsku, Kemerowie i Stalingradzie. Dzień później wydał jeszcze rozporządzenie nr 8587 o oczyszczeniu i rozminowaniu Odry, Szprewy, dolnego biegu Wisły wraz z kanałami Prus Wschodnich, co miało zabezpieczyć wywóz zdobycznej flotylli rzecznej oraz „trofiejnych” urządzeń i materiałów. Rząd „polski” dostał polecenie mobilizacji 8 tysięcy pracowników, którzy mieli pracować przy oczyszczaniu Odry i Wisły, natomiast NKWD miał przydzielić do tego celu 60 tysięcy jeńców wojennych.

Poza tym Sowieci wywozili z byłych terenów niemieckich i z Polski meble, sedesy, umywalki, wanny, dywany, obrazy i inne cenne rzeczy. Z Białorusi i Ukrainy sowieccy aparatczycy wysyłali całe komanda, które „organizowały” i przewoziły „trofiejny” sprzęt i towary do prywatnych celów sowieckich towarzyszy. Oficerowie Armii Czerwonej robili to na skalę wręcz masową. Natomiast zwykli żołnierze nie mieli takich możliwości. Im pozostały zegarki, pierścionki, obrączki, które można było przewieźć w bagażu podręcznym.

W obliczu tych wszystkich faktów żądania odszkodowań, które wysuwa Pruskie Powiernictwo w stosunku do Polski, muszą być ocenione jako prowokacja. Rząd niemiecki co prawda umywa ręce, twierdząc, że nie ma z nimi nic wspólnego i ich nie popiera. Ale część opinii publicznej w Niemczech co najmniej sympatyzuje z żądaniami Pruskiego Powiernictwa. W Niemczech panuje bowiem szeroko rozpowszechnione przekonanie, że Polska zyskała gospodarczo dzięki przesunięciu granic o 200 km na zachód i przejęciu stosunkowo dobrze uprzemysłowionych terenów niemieckich.

Natomiast wiedza o sowieckich rabunkach jest szczątkowa nawet w samej Polsce, a poza jej granicami, w tym także w Niemczech, żadna. Strona rosyjska zaś do dzisiaj dba, żeby żadne „nieodpowiednie” dokumenty nie ujrzały światła dziennego, ponieważ inaczej przedstawiałby się wtedy ogólny bilans polsko-radzieckiej „przyjaźni”. Upadłby wtedy mit o”wyzwoleniu” Polski, za które Polacy mają być dozgonnie wdzięczni nie tylko Związkowi Radzieckiemu, ale także dzisiejszej, putinowskiej Rosji.
Bogdan Musiał
Dr hab. Bogdan Musiał jest pracownikiem Biura Edukacji Publicznej IPN

Podejście intelektualistów socjalistów do komunizmu

Źródło: Rzeczpospolita: Moraliści unurzani we krwi
28.04.2007

Rozmowa Grzegorza Dobieckiego ze Stéphanem Courtois i Jeanem-Louisem Panné, inicjatorami i współautorami „Czarnej księgi komunizmu”

Grzegorz Dobiecki: Generał Wojciech Jaruzelski został oskarżony o zbrodnię komunistyczną za wprowadzenie stanu wojennego. Postawione mu zarzuty dotyczą przede wszystkim kierowania związkiem przestępczym o charakterze zbrojnym. Jak panowie, jako historycy, oceniają zasadność oskarżenia i kwalifikację samego czynu?

Stéphane Courtois: Kwalifikacja jest łagodna. Bo to nie był pucz w stylu latynoskich caudillos czy afrykańskich kacyków, lecz akt kolaboracji z obcym mocarstwem. Przypadek marszałka Petaina. Jean-Louis Panné: Ale takiej oceny nie mógłby sobie wyrobić czytelnik francuskich gazet. Żadna nie przedstawiła rzetelnie, o co Jaruzelski jest oskarżony i dlaczego. Informacje były bardzo skąpe, przypominały raczej dezinformację. Wracał głównie znany argument: mniejsze zło. Uważam, że nie należy go odrzucać. Jednak w stanie wojennym wiele osób straciło życie. Dlatego osądzenie generałów i sekretarzy, choćby symboliczne, wydaje się imperatywem historycznym i moralnym. Sprawa ma przy tym szczególny kontekst polityczny. Polska była pierwszym krajem, który uwolnił się spod komunistycznych rządów. Ceną było kompromisowe porozumienie opozycji z władzami. Dzisiaj słychać głosy, że już za późno, że stare dzieje, że osąd po 18 latach nie ma sensu. Zauważmy jednak, że wtedy odpowiedni ludzie go nie przeprowadzili, bo nie mogli – albo nie chcieli. Teraz, kiedy władze Polski wreszcie mogą i chcą, przypisuje się im najgorsze intencje.

S.C.: Co pozostaje w zgodzie z linią wszelkich grup komunistycznych albo post-, neoczy filokomunistycznych. Amnestia i amnezja. To ciągle ta sama linia, którą nakreślił Nikita Chruszczow w swym tajnym raporcie. Jesteśmy unurzani we krwi po szyję, ale za nic nie ponosimy odpowiedzialności. I ciszej nad tymi trumnami, sami zatroszczymy się o oficjalną pamięć. Kiedy dzisiaj, nawet z opóźnieniem, chce się dochodzić prawdy, natychmiast padają oskarżenia o reakcjonizm. Przypominanie o zbrodniach komunistycznych miałoby oznaczać powrót do tzw. zimnowojennej retoryki.

Jeżeli zbrodnie komunistyczne pojawiają się we francuskiej prasie – to zwykle w cudzysłowie. Dlaczego?

S.C.: Osoby, które o tym decydują, uważają najwyraźniej, że te czyny nie były zbrodniami. Albo ściślej: że były usprawiedliwione. A zbrodnia usprawiedliwiona przestaje być zbrodnią. We Francji w wielu kręgach pozostaje w mocy stara komunistyczna zasada: nie da się usmażyć omletu, nie rozbijając jajek. Jak się robi rewolucję, trzeba zamordować nieco kontrrewolucjonistów, burżujów i kapitalistów. Owszem, to przykre, ale nieuniknione. Przykład podobnego rozumowania, i to na najwyższym szczeblu państwa, widzieliśmy po publikacji „Czarnej księgi komunizmu” w 1997 r. Ówczesny premier Lionel Jospin oświadczył przed Zgromadzeniem Narodowym, że jest dumny z obecności ministrów komunistycznych w swym rządzie. Według jego określenia „komuniści nigdy nie podnieśli ręki na wolność”. Mieliśmy więc do czynienia – i nadal mamy – z absolutną negacją zbrodniczego charakteru komunizmu przez znaczną część lewicy we Francji.

Nie tylko we Francji. 19 kwietnia, po siedmiu latach redagowania sformułowań, Unia Europejska napiętnowała zbrodnie totalitarne. Nie zdecydowała się jednak na ustanowienie kar za ich negowanie. Co więcej, UE nie potępiła wprost zbrodni stalinowskich. Jak to interpretować?

J.L.P.: Jako chowanie głowy w piasek. Przyjęcie określenia „totalitarne” pozwoliło uniknąć nazwania rzeczy po imieniu. Za ścisłością sformułowań, czyli uczciwością historyczną, opowiadała się w Parlamencie Europejskim niemała część deputowanych. Jej wysiłki zostały storpedowane przede wszystkim przez grupki ze skrajnej lewicy twierdzące, że historyczna debata została już zamknięta, a wszystkie zbrodnie dostatecznie wyraźnie napiętnowane. W istocie, oceniając zbrodnie stalinowskie, UE przyjęła – tu użyję cudzysłowu – „postępową” interpretację historii dopuszczającą rozmaite „okoliczności łagodzące”. Jeszcze raz górę wzięła moralność o zmiennej geometrii, zależnej od zbrodni i ich sprawców. Zbrodnią absolutną jest więc eksterminacja Żydów przez nazistów. Czyny komunistów są bardziej „akceptowalne”.

Przypomnijmy i to, że w 2005 r. Parlament Europejski odmówił oddania hołdu polskim oficerom zamordowanym w 1940 r. przez NKWD. Czy Europa – mowa o tzw. starej Unii – postrzega Katyń jako marginalną sprawę, którą z niezrozumiałym uporem rozdmuchują Polacy? Jako „detal historii” (za określenie w ten sposób komór gazowych Le Pen otrzymał wyrok – red.)?

S.C.: Myślę, że problem jest poważniejszy, a przykład Francji dobrze go ilustruje. Przez całe dziesięciolecia podporządkowana Moskwie Francuska Partia Komunistyczna (PCF) była potęgą. Dlatego zdołała narzucić wykładnię historii najnowszej. Najpierw obowiązywało kłamstwo o zbrodni hitlerowskiej. Kiedy prawda wyszła na jaw – przynajmniej dla tych, którzy chcieli ją poznać – pojawił się plan B. Przedstawiał on przedwojenną Polskę jako państwo faszystowskie. Naturalnąkoleją rzeczy oficerowie-faszyści zginęli z rąk antyfaszystów. Dziejowej sprawiedliwości stało się zadość. Najgorsze, że lewica jest do dziś przekonana, iż tylko ona ma prawo decydować, kto jest faszystą, a kto antyfaszystą. Widział pan dopiski na afiszach wyborczych Sarkozy’ego. Faszysta! Toż to idiotyzm.

Widziałem też dopiski „100 milionów ofiar” na plakatach trockisty Besancenota i komunistki Buffet. Kogo reprezentowało aż pięciu kandydatów skrajnej lewicy?

J.L.P.: To już kwestia trybu wyłaniania i zatwierdzania oficjalnych kandydatur. Skrajna lewica miała w wyborach prezydenckich nadreprezentację zupełnie nieodpowiadającą jej rzeczywistym wpływom politycznym. Zresztą wyniki głosowania w pierwszej turze potwierdziły, że ten obóz przestał się liczyć organizacyjnie. Jednak liczy się nadal ideologicznie. Jego emanacją stają się najróżniejsze stowarzyszenia obrony praw człowieka, organizacje antyrasistowskie, ekologiczne, alterglobalistyczne, komitety pomocy dla imigrantów i bezdomnych. Idee lewackie nie potrzebują już ulicznej agitacji i rozrzucania ulotek. Znalazły nowy pas transmisyjny do mas: Internet. Są ciągle modne w środowisku akademickim. Dowody, niby niewinne, widać na ulicy. Sierpy i młoty, podobizny Che Guevary – do nabycia w co drugim paryskim butiku. Niedawno zapytałem młodego człowieka w koszulce z emblematem KGB, czy założyłby wdzianko z napisem „Gestapo”. Odpowiedział: nie, przecież kagiebiści dopier…lili gestapowcom. Skądinąd koszulki z napisem „Gestapo” czy swastyką nie kupiłby w Paryżu legalnie. Te wszystkie uwagi można pewnie odnieść również do wielu innych krajów Europy Zachodniej, niemniej jednak znowu wypada powiedzieć, że sytuacja Francji jest specjalna. Tutaj nałożyły się na siebie idee Wielkiej Rewolucji, wpływy komunistów i legenda Maja ’68. Toksyczna mieszanka. Ale – proszę mi wierzyć – nie żywi się nią przeciętny obywatel Francji.

S.C.: Za to intelektualiści za nią przepadają. Od 1968 r. stołeczny salon uważa się za urząd cenzury nowej moralności, tej rewolucyjnej. Francja szczyci się swoją wyjątkowością kulturalną. Zgoda, ale w takim razie do wyjątkowej sfery zaliczmy również, jako zabytek, archaizm polityczny i ideologiczny.

Dziś się mówi: poprawność polityczna. Kiedyś to był zwykły konformizm.

J.L.P.: Byli również nonkonformiści. Raymond Aron, Albert Camus. André Malraux przeszedł z przedwojennego obozu lewicowych radykałów na stronę generała de Gaulle’a.

S.C.: Tak, tylko że we wszelkich rankingach wybitnych Francuzów pisarz Camus znajdzie się zawsze za Jeanem-Paulem Sartrem. Gdyż Sartre „wielkim filozofem był”, a z takim tytułem największe bzdury uchodzą bezkarnie. Największa nieuczciwość intelektualna i moralna. Nawet wspieranie morderców z bandy Baader-Meinhof i antysemickich terrorystów palestyńskich. Sartre mylił się we wszystkim, od początku do końca. A przecież na jego pogrzeb przyszły tłumy. Trudno pojąć, że to zaślepienie wciąż trwa. Łatwiej już wytłumaczyć, skąd się wzięło. Premier Jospin przed swym startem w wyborach prezydenckich w 2002 r. do ostatniej chwili wypierał się wieloletniej przynależności do komórki trockistowskiej. Faktycznie nigdy nie przestał być leninowcem, dlatego zresztą te wybory przegrał. Własną porażkę też tłumaczył po leninowsku: naród nie dorósł. Według recepty Brechta wypadałoby zmienić naród. Bardzo wielu członków francuskiej Partii Socjalistycznej myśli w podobny sposób, bo też bardzo wielu z nich to ekstrockiści. Masowo wprowadzał ich do PS w 1981 r. Franćois Mitterrand, żeby zniwelować wpływy stalinowskiej partii komunistycznej. Skażenie leninizmem przetrwało Mitterranda.

A co się dzieje, gdy ktoś pójdzie w przeciwną stronę? Jak filozof André Glucksmann, w młodości flirtujący z maoizmem, a dzisiaj głośno popierający kandydaturę Sarkozy’ego? Albo – żeby daleko nie szukać – jak historyk Stéphane Courtois?

S.C.: Zasłużyłem na status diabła, renegata i zaprzańca. W dodatku sam nie wiem, co czynię. Rok temu „Le Nouvel Observateur” napisał, że stałem się ideologiemdokończenie A9 prawicy katolickiej. Nie jestem katolikiem, ale napisali – znaczy prawda. Ostatnio ten sam tygodnik ogłosił, że wybrałem obóz Sarkozy’ego. Nie dokonałem takiego wyboru, ale może mi się tak tylko wydaje.

J.L.P.: Problem jest dużo poważniejszy niż tylko nieuleczalny przypadek „Le Nouvel Observateur”. Przed dwoma laty stulecie świętowała gazeta „L’Humanité”, już formalnie niezależna od PCF. Były organ partii komunistycznej przeżywa kłopoty finansowe, więc podniósł się lament: cóż to byłby za cios dla wolnego słowa, gdyby jej zabrakło. Pismo założone w 1905 r. przez Jeana Jaures’a przetrwało jako wolna trybuna tylko do lat 20. Później – bez żadnej przerwy, bez cienia wahania, kłamiąc codziennie – popierało już niezmiennie bolszewicką Rosję i ZSRR. Także w chwilach miażdżenia powstania w Budapeszcie, kneblowania praskiej wiosny i internowania „Solidarności”. Za „L’Humanité” ujęły się również redakcje bliskie prawicy. Problem polega bowiem na tym, że francuskie środowisko dziennikarskie w 80 procentach jest lewicowe. Nawet w gazetach związanych z nurtem konserwatywnym, jak „Le Figaro”, pojawiają się teksty, które z powodzeniem mogłaby wydrukować „L’Humanité”. To nie jest żadna dywersja, lecz owa sztafeta pokoleń francuskiej inteligencji. Chciałoby się powiedzieć: genetyczne obciążenie Majem ’68.

Możliwe, że przypadki, które znalazłem, są odosobnione. Jednak je przytoczę. Od kilku lat patronem ulicy w Drancy nie jest już Lenin. Kiedy Jean-Christophe Lagarde z centrowej partii UDF pokonał w wyborach lokalnych komunistycznego mera miasteczka, nakazał zmianę nazwy ulicy. Lagarde dołączył przed rokiem do grupy deputowanych rządzącej UMP, która zgłosiła projekt ustanowienia Dnia Hołdu dla Ofiar Komunizmu w rocznicę upadku muru berlińskiego. A z panów wypowiedzi może wynikać, że we Francji nic się w tej mierze zrobić nie da.

S.C.: Niezupełnie. Od czterech lat wraz z m.in. Władimirem Bukowskim 7 października organizujemy właśnie taki dzień pamięci, i to międzynarodowy. Nadaliśmy mu nazwę Memento Gułag. Poza Francją nasze konferencje odbywały się już w Rzymie, Bukareszcie i Berlinie. Przyznaję jednak, że wzięliśmy sprawy we własne ręce, bo – niestety – nie wierzymy, żeby zacna inicjatywa poselska, o której pan mówi, kiedykolwiek wyszła poza fazę projektu. Wspaniale, że są tacy merowie jak pan Lagarde. Ale wskażę co najmniej kilkanaście miasteczek tylko wokół Paryża z ulicami Lenina, Maurice’a Thoreza czy Jacques’a Duclos (członek władz Kominternu i Kominformu). Ten ostatni był agentem NKWD i KGB. Jednoznacznie potwierdzają to dokumenty z archiwów moskiewskich, do których miałem dostęp. Czytałem jego listy do sowieckich generałów. We Francji ciągle nie mówi się o tym głośno. Tabu.

Inny temat tabu to hiszpańska wojna domowa. Romantyczny mit każe wierzyć, że po stronie Republiki walczyli jedynie ludzie szlachetni, kryształowe charaktery. Lepiej tych pomników nie ruszać, bo nie wiadomo, co wychynie spod warstwy brązu?

J.-L.P.: Nikt nie twierdzi, że frankiści wspierani przez hitlerowskie Niemcy byli tą dobrą stroną. Ale na ówczesną Hiszpanię należy patrzeć jak na teatr wojny nie tylko domowej. Ścierały się tam dwie potęgi totalitarne, a Republika stała się zakładnikiem ich konfrontacji.

S.C.: Legenda Brygad Międzynarodowych skrywa prawdę o zamiarach Związku Radzieckiego wobec Republiki Hiszpańskiej. Bardzo wcześnie, już od 1937 r., wywiad sowiecki, Armia Czerwona, hiszpańska kompartia i Międzynarodówka Komunistyczna przejmowały kontrolę nad Republiką. Pamiętajmy, że właśnie w czasie tej wojny Stalin przyjął koncept „demokracji ludowej” opracowany przez Togliattiego. Testowany w Hiszpanii, posłużył potem za model dla zniewolonych krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Dokumenty nie pozostawiają wątpliwości: Brygady Międzynarodowe pozostawały pod całkowitą kontrolą sowieckiej policji politycznej. Miały wewnętrzny aparat represji likwidujący ludzi niewygodnych. W Moskwie, w archiwach Kominternu, leżały teczki każdego członka Brygad. Byli więc oni w dyspozycji NKWD i jego szefa Jeżowa, osobiście odpowiedzialnego za „wielki terror” z lat 1937 – 1938. Zwierzchnika organizacji przestępczej dopuszczającej się zbrodni przeciwko ludzkości. Taka kwalifikacja jest oczywista, nawet jeśli NKWD nie został nigdy publicznie napiętnowany jak gestapo i SS.

J.-L.P.: Bardzo wielu ludzi pojechało do Hiszpanii bić się z faszystami w imię własnych przekonań. Tyle że ów mit porywu serca, solidarności ze słuszną sprawą roztacza się – niesłusznie – również na Brygady Międzynarodowe.

W tym tonie napisał pan niedawno list do redakcji „Le Monde”, reagując na korespondencję z Warszawy pióra Célii Chauffour. Dziennikarka oburzała się, że władze Polski chcą pozbawić rent garstkę dąbrowszczaków, weteranów Brygad Międzynarodowych. Nie wyjaśniła do końca, dlaczego.

J.-L.P.: Między Polską a Hiszpanią czy – szerzej – między Wschodem a Zachodem Europy istnieje konflikt pamięci. Sądzę, że dałoby się go łatwo zażegnać, gdyby tylko Zachód – zamiast ulegać komunistycznej mitologii – zechciał poznać dalsze kariery niektórych członków Brygad Międzynarodowych ze Wschodu. Zasługi generała Waltera w likwidowaniu antykomunistycznego ruchu oporu, czyli w polskiej wojnie domowej. Jego współpracę z Iwanem Sierowem z NKWD. Więcej niż prawdopodobne kontakty Bernarda Kona z wywiadem sowieckim. Działalność generała Juliusza Hibnera na czele Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. On sam ją zresztą opisał we wspomnieniach zamieszczonych w „Zeszytach Historycznych” Instytutu Literackiego. Nic nie stoi na przeszkodzie, by rząd hiszpański przyznał własne renty żyjącym jeszcze polskim członkom Brygad. Jednocześnie dobrze by się stało, gdyby władze Polski nie potraktowały ich wszystkich zbiorowo i automatycznie. Każdy przypadek wypada rozpatrzyć osobno, bo w tym gronie są nie tylko funkcjonariusze komunistycznej Służby Bezpieczeństwa i aparatu represji. Są także ludzie z piękną przeszłością. Taka była teza mojego listu do „Le Monde”. Pozostał bez odpowiedzi, co mnie zresztą specjalnie nie zdziwiło.

S.C.: A ja mam ciągle siłę i ochotę się dziwić. Na przykład kiedy słyszę, że w Portugalii – to było trzy miesiące temu – odbywa się zjazd 63 partii komunistycznych. Sześćdziesięciu trzech! Albo że w Parlamencie Europejskim mamy grupę Zjednoczonej Lewicy dotowaną przez tę instytucję. W jej skład wchodzi kilkanaście stronnictw, które są dziedzicami w prostej linii partii komunistycznych sprzed okresu 1989 – 1991. Czy to kogoś szokuje? Nikogo. Co innego, gdyby to były partie neonazistowskie…

J.-L.P.: Antyfaszystowską uzurpację lewicy zdemaskował Franćois Furet. Dlatego był tak atakowany za swoją „Przeszłość iluzji”. Wywołał niemal furię, bo dotknął – moim zdaniem – sedna sprawy. Wykazał, że lewica nie ma monopolu na antyfaszyzm. Od wydania „Przeszłości iluzji” minęło 15 lat, Furet umarł, a ataki na niego trwają.

Proszę nie mówić, że nic się nie zmienia. Gdyby tak było, nie wydaliby panowie „Czarnej księgi komunizmu”, zwłaszcza we Francji.

S.C.: Ta praca ma ciąg dalszy. Wydaliśmy cztery obszerne tomy o totalitaryzmie, również opracowane przez międzynarodowy zespół historyków m.in. z Andrzejem Paczkowskim w składzie. „Czarna księga” ukazała się w 80. rocznicę wybuchu Rewolucji Październikowej; za pół roku na swój sposób „uczcimy” 90. rocznicę tego wydarzenia. Dla Larousse’a przygotowujemy „Słownik komunizmu”, chyba pierwsze tak kompletne opracowanie w świecie. Rzeczywiście, niech to będzie dowód, że jednak coś się zmienia, a wyjątkowość Francji może polegać i na tym, że są w tym kraju historycy gotowi rzetelnie wykonywać swoją pracę.

J.-L.P.: Reakcjoniści gotowi mieć nowe problemy.

S.C.: No cóż, psy szczekają, karawana jedzie dalej…

Żeby nie było wątpliwości co do ról: punkt widzenia zależy od punktu szczekania?

S.C.: Przynajmniej tak to wygląda z wysokości karawany.
rozmawiał Grzegorz Dobiecki

Jean-Louis Panné
Francuski historyk i publicysta. Jest autorem książek i artykułów na temat dziejów najnowszych, edytorem książek Simone Veil Witolda Gombrowicza, Hannah Arendt. W latach 80. należał do stowarzyszenia „Solidaritéavec Solidarność”. Pomagał internowanym i ich rodzinom. Współpracował z solidarnościowym „Tygodnikiem Mazowsze”. Jest jednym ze współautorów „Czarnej Księgi Komunizmu”.

Stéphane Courtois
Niegdyś sam zafascynowany komunizmem, obecnie uznawany jest za jednego z największych krytyków tego systemu we Francji. Jest wykładowcą paryskiej Sorbony. Wydaje również periodyk „Communisme”. We wstępie wydanej przez siebie w 1997 roku „Czarnej księgi komunizmu” napisał, że komunizm jest odpowiedzialny za śmierć większej liczby ludzi niż narodowy socjalizm. To stwierdzenie wywołało szok wśród – nadal niepotrafiącychsobie poradzić ze swoim zaangażowaniem na rzecz zbrodniczego systemu – francuskich intelektualistów. Wielu z nich nie szczędziło Courtois ostrej krytyki.

Bronisław Geremek przeciwko lustracji

Źródło: Rzeczpospolita: W roli głównej profesor Geremek
27.04.2007

Czy antylustracyjny protest profesora Bronisława Geremka jest jedynie odruchem serca i sumienia? Trudno nie zauważyć, jak bardzo ta sprawa pasuje obozowi centrolewicy, który z akcji przeciw lustracji uczynił ważny element swojej obecnej taktyki. Koalicja Lewica i Demokraci, pozostając dziś w opozycji, nie musi się specjalnie martwić, że spór o lustrację europosła Geremka zaostrzy konflikt między obecnym rządem a Brukselą i jeszcze bardziej pogorszy wizerunek Polski.

Decyzja o przeniesieniu konfliktu lustracyjnego z krajowego podwórka na unijne nie jest więc przypadkiem. Centrolewica uznała, że w Polsce – gdzie straciła polityczne wpływy – nie jest w stanie wygrać tej batalii. Łatwiej będzie jej na arenie brukselskiej, gdzie wciąż jest gigantem, posiadając kilku znanych powszechnie polityków i zaufanie zachodnich elit. Dzięki tym wpływom Lewicy i Demokratów już dziś Polska jest przedstawiana w zachodnich mediach jako krwawa dyktatura prawicowych autokratów. Grunt pod kolejne przedstawienie został więc przygotowany. Jak teatrolodzy przyjrzyjmy się więc trzem elementom przygotowanego przez centrolewicę nowego spektaklu: aktorowi dobrze dobranemu do głównej roli, idealnej scenie, na której rozgrywa się ów dramat, i naiwnej widowni.
Aktor pierwszoplanowy

Bronisław Geremek to postać, która w sposób chyba najbardziej skuteczny spośród polskich polityków może umiędzynarodowić akcję bojkotu oświadczeń lustracyjnych. Profesor znany jest w kręgach francuskich elit lewicowych od lat 50., gdy studiował na Sorbonie, a potem w latach 60. szefował tamtejszemu Centrum Kultury Polskiej. W czasach ostrej reglamentacji przez władze PRL wyjazdów na Zachód stypendium, z którego korzystał Geremek, było bezcennym skarbem i zapewniało mu monopol na kontakty z francuskimi elitami. Gdy w PRL powstawała demokratyczna opozycja, a potem działała „Solidarność”, na Zachodzie to właśnie Geremek był traktowany jako główny ich strateg.

Doskonała znajomość francuskiego, wytworny sposób bycia w połączeniu z ogromnym talentem dyplomatycznymuczyniły go wymarzonym rozmówcą dla zachodnich korespondentów w Polsce. Michnik i Kuroń, a potem Wałęsa, zachwycali zachodnich korespondentów jako autentyczni bojownicy o demokrację i trybuni ludowi, ale to profesor Geremek był tym, do kogo przychodzili, aby porozmawiać o taktyce antykomunistycznej opozycji.

Tę pozycję Bronisław Geremek utrzymał po roku 1989. Nadal był wyrocznią dla zachodnich polityków i publicystów, gdy usiłowali zorientować się, kto jest w polskim życiu publicznym dobry, a kto zły. Byłoby jednak niesprawiedliwością nie wspomnieć, że swoje dyplomatyczne talenty wykorzystał też, lansując polską kandydaturę do NATO, a potem do Unii Europejskiej. Przez wiele lat przewodniczył Sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, potem był szefem polskiej dyplomacji. Te stanowiska dały mu osobiste wpływy niewspółmierne do politycznej siły jego środowiska. Gdy rozpoczął się schyłek Unii Wolności, Geremek wraz ze swoją partią znalazł się na marginesie poważnej polityki. Ratunkiem okazała się Europa – w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2004 roku ambitny profesor i kilku jego partyjnych kolegów zdobyli mandaty i powrócili na polityczną – tym razem brukselską – scenę.

Z polskiej perspektywy Geremek jednak nadal był słabo widoczny. W świetle jupiterów znalazł się ponownie dopiero w ostatnich dniach, gdy włączył się w akcję bojkotu lustracji. Dla zachodnich mediów jest doskonałym kandydatem na ofiarę reżimu Kaczyńskich: intelektualista ocalały z Holokaustu i bohater „Solidarności”. Skoro taki człowiek tak ostro zaprotestowałzaprotestował przeciw lustracji, to musi to być sprawa życia i śmierci. Tak w każdym razie uważa wielu brukselskich polityków.

Sam proces lustracji przedstawiany jest przez zachodnich dziennikarzy jako prześladowanie zasłużonych dysydentów. „Geremek wie, że nie chodzi tylko o niego. Lustracja ma – za pomocą jedynie archiwów komunistycznej tajnej policji – wyrównać rachunki Kaczyńskich nie tylko z byłymi agentami, ale także tą częścią dawnej opozycji, która, doszedłszy do władzy wraz z Lechem Wałęsą, zagrodziła im drogę do rządów u narodzin demokracji w Polsce” – tłumaczy belgijski dziennik „Le Soir”.
Na deskach teatru europejskiego

Aktor antylustracyjnego spektaklu dla Zachodu został wybrany tym bardziej trafnie, że na stałe występuje na najbardziej odpowiedniej scenie. Parlament Europejski jest areną, na której dominuje lewica. Mimo formalnego wyrównania sił obozu prawicowego i lewicowego to politycypolitycy lewicy należą do najaktywniejszych, inicjując rozmaite śledztwa, rezolucje i protesty. Dość wspomnieć tylko sprawy dotyczące Polski: ciągnące się śledztwo w sprawie naszego udziału w lotniczym przerzucie więźniów CIA czy debaty o homofobii w Polsce.

Skąd wiedza eurodeputowanych o Polsce? Z zachodnich mediów. A w sprawie Geremka także od niego samego. W trakcie środowej sesji Parlamentu Europejskiego nie dopuszczono do głosu posła Michała Kamińskiego z PiS, który chciał sprostować wiele przekłamań, jakie znalazły się w wypowiedziach obrońców profesora.

Przeciwnicy lustrowania profesora Geremka – przynajmniej ci z Niemiec – stosują zresztą wobec tego problemu podwójną miarę. Szef europarlamentu Hans Poettering powinien przecież pamiętać, że po zjednoczeniu Niemiec nawet najzacniejsi opozycjoniści wypełniali kwestionariusze lustracyjne i nikt nie czuł się upokorzony.

Teraz brukselski „Le Soir” rzuca hasło „wszyscy z Bronisławem Geremkiem!”, wzywa do walki z „czystkami lustracyjnym”. Jeśli dorzucić do tego hasło prześladowań polskich dąbrowszczaków – to możemy się niedługo doczekać demonstracji pod polskimi ambasadami. „Jak po 13 grudnia” – jak zapewne efektownie ogłosi wiele zachodnich mediów.
Widzowie mocno biją brawo

Ważnym elementem poparcia zachodnich elit dla akcji profesora Geremka jest brak większego zrozumienia dla moralnego wymiaru dekomunizacji. I tu znów standardy wyznacza lewica, która bije na alarm, gdy dostrzeże gdzieś cień groźby faszyzmu, ale już w kwestii komunizmu tradycyjnie stosuje inną miarę.

Wspomnijmy tu, że w latach PRL ludzie opozycji KOR-owskiej uparcie tłumaczyli politykom Zachodu, na czym polega zło komunizmu. Miał w tym swój pozytywny udział i profesor Geremek.

Dziś ci sami ludzie, w imię bezwzględnej walki politycznej przeciw prawicy, wykorzystują brak wiedzy Zachodu o zbrodniach komunizmu i demonstracyjnie sabotują lustrację. Proces lustracyjny przedstawiają jako nienawistny rytuał. Prof. Geremek krytykuje na lamach „Le Monde” plany dekomunizacji, mówiąc, że są „nie do przyjęcia w demokratycznej Europie”. Tylko patrzeć, gdy sygnatariusze niedawnego listu w obronie weteranów wojny w Hiszpanii rozpoczną kampanię w obronie generała Jaruzelskiego.

Na potrzeby ludzi Zachodu historia Polski zostanie napisana na nowo, choć według starych peerelowskich wzorców. I być może niedługo usłyszymy znów, że działacze Komunistycznej Partii Polski byli herosami walki z faszystowskim reżimem Piłsudskiego, a pracownicy UB walczyli jedynie z rozbuchanym po wojnie antysemityzmem.

Po 1968 roku środowisko pomarcowe wykonało ogromną pracę intelektualną, aby rozliczyć się z błędami pokolenia swoich ojców, zazwyczaj głęboko zaangażowanych w komunizm i PRL. Dziś cała refleksja została odesłana do lamusa. Powraca zasada, że nie ma wroga na lewicy, a hasło walki z faszyzmem może usprawiedliwić każdy alians polityczny.

Daniel Cohn-Bendit, w 1968 roku lider młodzieżowego buntu we Francji, dziś eurodeputowany Zielonych i wpływowy polityk europejskiej lewicy, oskarża obecny polski rząd o stalinizm. Równocześnie prawdziwi staliniści z brygad dąbrowszczaków są gloryfikowani jako obrońcy demokracji.

Nic dziwnego, że w takim pomieszaniu pojęć antylustracyjny show w Brukseli może liczyć na gorący aplauz widowni.
Piotr Semka

Przeciwnicy lustracji agentami?

Źródło: Rzeczpospolita: Przeciwnicy lustracji agentami?
02.04.2007

Czy dwaj profesorowie Uniwersytetu Gdańskiego, przeciwnicy lustracji, mogli pracować dla PRL-owskich służb? Tak twierdzi tygodnik „Wprost”. Obaj naukowcy zaprzeczają

Spór o lustrację z tygodnia na tydzień nabiera rumieńców. Senaty kilku wyższych uczelni nie zostawiły na ustawie lustracyjnej suchej nitki. Podobnie organizacje zrzeszające rektorów (Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich i Konferencja Rektorów Uniwersytetów Polskich). Wszyscy uznali, że ustawa lustracyjna budzi wątpliwości konstytucyjne i etyczne.

Ale coraz głośniej odzywają się naukowcy, którzy popierają ustawę. W ubiegłym tygodniu41 pracowników naukowych UW napisało list, w którym uznali, że Senat UW wikła środowisko akademickie w politykę i sugeruje jego jednolitą postawę wobec lustracji – co według nich nie jest zgodne z prawdą.

Również rada naukowa Instytutu Badań Literackich PAN przyjęła uchwałę, w której uznała ustawę lustracyjną za sprzeczną „z duchem litery demokratycznego państwa”. I tu votum separatum zgłosiło czworo wybitnych profesorów.
Nie mamy się czego wstydzić

Do listu 41 naukowców UW (popierających lustrację) dopisały się kolejne 33 osoby. W Krakowie swój własny list napisało 48 pracowników naukowych Uniwersytetu Jagiellońskiego, którzy złożyli już oświadczenia lustracyjne. Dlaczego? „(…) Uczyniliśmy tak nie tylko z tego powodu, że nie mamy się czego wstydzić, ale przede wszystkim dlatego, iż uważamy, że tak pracodawca, jak młodsi koledzy i studenci mają prawo wiedzieć, jak postępowaliśmy niegdyś jako osoby prywatne oraz jako nauczyciele akademiccy związani etyką zawodową i obywatelską” – napisali.

Z osobnym apelem do pracowników naukowych o jak najszybsze podpisanie oświadczeń lustracyjnych -dla przywrócenia autorytetu nauki i wiarygodności pracowników naukowych – zwrócili się w piątek prof. Barbara Otwinowska, prof. Anna Pawełczyńska, prof. Jacek Przygodzki i prof. Elżbieta Rekłajtis.

19 kwietnia o tym, jak powinna przebiegać lustracja uczonych, rektorzy mają rozmawiać z prezydentem Lechem Kaczyńskim.
TW Lek i TW Zydran

Wczoraj na swojej stronie internetowej tygodnik „Wprost” podał, że prof. Andrzej Ceynowa, rektor Uniwersytetu Gdańskiego, i prof. Józef Włodarski, dziekan Wydziału Filologiczno-Historycznego gdańskiej uczelni, współpracowali z SB. Obaj sprzeciwiają się lustracji.

Według tygodnika Włodarski i Ceynowa byli tajnymi współpracownikami służb aż do końca PRL. Włodarski podpisał zobowiązanie do współpracy jako student w 1974 r. Miał rozpracowywać młodzież hipisowską oraz środowiska o nastawieniu antykomunistycznym. Przyjął pseudonim Zydran. Włodarski za współpracę z SB miał brać pieniądze. Po ukończeniu studiów przejął go Departament II MSW -kontrwywiad. Wtedy zaczął się posługiwać pseudonimem Jan.
Zemsta pracowników IPN?

Włodarski zaprzecza, że współpracował z bezpieką. Uważa, że artykuł we „Wprost” to zemsta pracowników IPN za to, iż krytykuje lustrację.

Według tygodnika prof. Andrzej Ceynowa pracował dla kontrwywiadu jako TW Lek – m.in. relacjonował swoje rozmowy z goszczącymi w Gdańsku Amerykanami. Ceynowa po ukończeniu anglistyki wyjeżdżał często do USA. W czasie stanu wojennego przez rok przebywał w renomowanym Yale University.

Archiwa IPN są otwarte dla dziennikarzy od 15 marca. Czy „Wprost” mógł wciągu dwóch tygodni zdobyć materiały archiwalne na temat Ceynowy i Włodarskiego? Z informacji „Rz” wynika, że zachowana dokumentacja byłej SB dotycząca TW Lek jest niewielka. Fakt samej rejestracji w latach 80. jest bezsporny. Nie wiadomo, czy zachowały się zobowiązanie do współpracy, teczka pracy, teczka personalna i dokumentacja funduszu operacyjnego.

Ostatnio o Ceynowie zrobiło się głośno 21 marca, przy okazji lustracji naukowców. Profesor wpadł na „fortel lustracyjny”. Na czym miałby polegać? Tych naukowców,którzy nie chcieliby się zlustrować, mógłby na ich życzenie przekwalifikować na asystenta. A asystenci nie podlegają lustracji. – Ta forma lustracji jest niesprawiedliwa -mówił kilka dni temu Ceynowa „Gazecie Wyborczej”.

Prof. Józef Włodarski także w „Gazecie Wyborczej” mówił: – IPN nie może być po tylu latach wyrocznią. Archiwa są niewiarygodne.

Jeszcze przed ujawnieniem rewelacji „Wprost” gdański poseł PiS Jacek Kurski zwołał konferencję prasową. Wezwał TW Zydran i TW Lek do ujawnienia – ale nie podał, o kogo chodzi. – Nie może być tak, że pod pozorem buntu wykształciuchów unikną lustracji ludzie zamieszani we współpracę z bezpieką – powiedział „Rz” Kurski. – Ta sprawa pokazuje, że ludzie przeciwni lustracji tak naprawdę bronią swojej skóry.