Co się stało 4 czerwca 1989 roku

Takie wielkie święto 4 czerwca trzeba uczcić czymś ciekawym. Poniżej „ulubiona teoria spiskowa” Stanisława Michalkiewicza.

Kijem i marchewką
Stanisław Michalkiewicz
tygodnik „Najwyższy Czas!” • 27 maja 2016

Jeśli ktoś nie jest jeszcze zwolennikiem mojej ulubionej teorii spiskowej, to musi być – najłagodniej mówiąc – bardzo mało spostrzegawczy. Przypomnę, że moja ulubiona teoria spiskowa głosi, iż punkt ciężkości władzy w Polsce, jak na początku stanu wojennego przesunął się w stronę bezpieki, tak już tam pozostał aż do dnia dzisiejszego – na dowód czego mamy właśnie II wojnę o inwestyturę – tym razem amerykańską. Jak pamiętamy, na początku stanu wojennego internowany został Edward Gierek i jego pierwszy minister Piotr Jaroszewicz. Przecież nie dlatego, że stwarzali jakieś zagrożenie dla socjalizmu, czy sojuszu ze Związkiem Radzieckim, tylko ze względów pedagogicznych. Przy pomocy takiej aluzji soldateska chciała pokazać opinii publicznej, że partia przestała się już liczyć. Oto wsadziliśmy za kratki I sekretarza i co? – Ani jeden głos nie podniósł się w jego obronie. Tedy RAZWIEDUPR i SB zgodnie administrują stanem wojennym, aż do roku 1984, kiedy to jesienią dochodzi między nimi do gwałtownego starcia, którego spektakularnym początkiem jest zamordowanie ks. Jerzego Popiełuszki. Kiedy okazało się, że zamordowali go trzej oficerowie SB: Piotrowski, Chmielewski i Pękala, gen. Kiszczak wystąpił w TV z rewelacją, że to morderstwo miało ugodzić w generała Jaruzelskiego. Nie wyjaśnił w jaki sposób, bo w końcu generałowi nic się nie stało; to ks. Popiełuszko został zamordowany – ale dawał do zrozumienia, że toczy się walka buldogów pod dywanem. Co to za buldogi i o co walczą – tego już nie powiedział, ale i tak wszystko wyjaśniło się już w maju 1985 roku, kiedy to ze wszystkich stanowisk został zdymisjonowany gen. Mirosław Milewski. Był on postacią bardzo reprezentatywną dla SB; w UB był chyba od urodzenia, a jeśli nie, to od 1945 roku, kiedy to wstępuje na widownię dziejową, jako wywiadowca PUBP w Augustowie. Podejrzewam, że już wtedy mógł zostać seksotem NKWD, na co wskazywałby przebieg jego kariery; kończy ja w stopniu generała milicji na stanowisku ministra spraw wewnętrznych – jeśli chodzi o pion bezpieczniacki, a jeśli chodzi o pion partyjny – na stanowisku członka Biura Politycznego KC – i z tych stanowisk zostaje zdymisjonowany, co świadczy, iż w tej wojnie, którą z dzisiejszej perspektywy możemy nazwać I wojną o inwestyturę, SB została rozgromiona przez RAZWIEDUPR, który w związku z tym w drugiej połowie lat 80-tych, był absolutnym hegemonem na tubylczej scenie politycznej – jeśli, ma się rozumieć, nie liczyć Sowieciarzy.

Dlaczego doszło do tej wojny? Najwyraźniej do wiadomości RAZWIEDUPR-a i SB musiało dotrzeć, że Sowieciarze przygotowują manewr ucieczki do przodu. Od początku lat 80-tych polityczny porządek jałtański zaczął się rozsypywać, co skłoniło ich do refleksji, czy bronić go za wszelką cenę, czy też wykonać manewr ucieczki do przodu, polegający na tym, by zaproponować Amerykanom wspólne ustanowienie w Europie nowego porządku w miejsce rozsypującego się porządku jałtańskiego. Gdyby Amerykanie ofertę przyjęli, to tego nowego porządku nie trzeba by przed nikim bronić, co pozwoliłoby na skierowanie sił na inne cele. W tej sytuacji RAZWIEDUPR i SB zorientowały się, że kto będzie przekładał te nowe ustalenia w naszym bantustanie, ten nie tylko zostanie najukochańszą duszeńką obydwu gwarantów nowego politycznego porządku, ale będzie miał tutaj ostatnie słowo, czyli „waadzę”. A „waadza”, to konfitury, to możliwość maczania pyska w melasie, to – jak mówi poeta – „tytuły, forsa, włości”. Zatem trzeba było tę kwestię rozstrzygnąć zawczasu, zanim rozstrzygnie się ona między głównymi graczami. I rzeczywiście – w marcu 1985 roku na spotkaniu w Genewie Michał Gorbaczow przedstawił prezydentowi Ronaldowi Reaganowi propozycję traktatu rozbrojeniowego, który wszelako był tylko pretekstem dla oferty ustanowienia nowego porządku politycznego w Europie, który zastąpiłby rozsypujący się porządek jałtański. Oferta została przyjęta, o czym świadczyły doroczne, cykliczne spotkania obydwu przywódców. W 1986 roku spotkali się na Islandii, w 1987 roku – w Waszyngtonie, w 1988 roku – w Moskwie, a w 1989 roku, kiedy zmienił się prezydent USA, nowy prezydent, Jerzy Bush – ojciec – przyjął M. Gorbaczowa na okręcie w pobliżu Malty na Morzu Śródziemnym. I już po spotkaniu w Reykjaviku wyjaśniło się, że istotnym elementem nowego porządku będzie ewakuacja imperium sowieckiego ze Środkowej Europy. Toteż choć w 1986 roku socjalizm jest jeszcze najlepszym ustrojem na świecie ze Związkiem Radzieckim na czele, to już wokół przedsiębiorstw państwowych zaczynają pojawiać się spółki nomenklaturowe. Wiadomo bowiem, że jeśli Sowieciarze się wycofają, to ten ustrój, jakiego świat nie widział, nie przetrwa ani dnia dłużej, choćby dlatego, że nikt już nie da na to pieniędzy. A w nowym ustroju, jaki by on tam nie był, na pewno nie będzie liczyła się już znajomość Marksa i Lenina na wyrywki, tylko stan posiadania. Nie spółka „Marks i Engels” tylko „Marks & Spencer”. No ale jak ten stan posiadania zgromadzić, skoro nie ma innego majątku, jak tylko państwowy? Ano, to trzeba zacząć rozkradać majątek państwowy pod osłona „surowych praw stanu wojennego” – i to właśnie robiły spółki nomenklaturowe. Nie tylko zresztą one, bo one były przeznaczone dla nomenklaturowców drobniejszego płazu. Dla większych kaliberów były lepsze konfitury, np. w postaci Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. Państwo na nielegalny wykup długów na międzynarodowym rynku finansowym przeznaczyło 1 700 mln dolarów. Długi wykupiono, a jakże, ale tylko za 60 mln dolarów, zaś 1640 mln dolarów gdzieś się rozeszło. Konkretnie – trafiło do „starych rodzin”, jakie właśnie były zakładane. Nazywało się to uwłaszczeniem nomenklatury, które stanowiło jeden z systemowych nurtów przygotowań do transformacji ustrojowej.

Drugim systemowym nurtem była selekcja kadrowa w strukturach podziemnych. Pewne wiadomości na ten temat czerpiemy z notatek z rozmów Jacka Kuronia z płk SB Janem Lesiakiem, za pośrednictwem którego Jacek Kuroń przedstawił RAZEWIEDUPR-owi polityczną ofertę, by w zamian za dyskretną pomoc RAZWIEDUPR-a w wyeliminowaniu z podziemnych struktur tzw. „ekstremy”, udzielić mu gwarancji zachowania pozycji społecznej w nowych warunkach ustrojowych i zachowania tego, co sobie teraz kradnie. Gdyby Jacek Kuroń z taką propozycją wystąpił w 1982 lub 1983 roku, to płk Lesiak, jeśli naturalnie byłby w dobrym humorze, mógłby co najwyżej zapytać: panie Jacku, od kiedy ma pan te objawy? – ale w 1986 roku to już była oferta serio. W tej sytuacji wypada wyjaśnić kwestie terminologiczne: w czyim imieniu Jacek Kuroń tę ofertę składał, co to była ta „ekstrema” którą chciał wymiksować i dlaczego? Otóż Jacek Kuroń był wybitnym przedstawicielem „lewicy laickiej”, czyli dawnych stalinowców, którzy w różnych okresach i z różnych przyczyn, nie wyłączając rasowych, pokłócili się z partią, a nawet wystąpili przeciwko niej, tworzą jeden z dwóch nurtów tzw. „opozycji demokratycznej” w Polsce. Bo drugim nurtem to była właśnie „ekstrema”, czyli środowiska i ludzie nawiązujący do niepodległościowej tradycji II RP, do tradycji Armii Krajowej, w związku z czym między „lewicą laicką” i „ekstremą” panowało napięcie i brak zaufania, bo „ekstrema” doskonale pamiętała, jak „lewica laicka” w latach 40-tych i 50-tych ja mordowała i prześladowała na wszelkie możliwe sposoby. I to był jeden powód dla którego „lewicy laickiej” zależało na wymiksowaniu „ekstremy” przy pomocy RAZWIEDUPR-a. Drugi powód można wydestylować z pretensjonalnej, żeby nie powiedzieć – pretensyjonalnej publicystyki Adama Michnika. Ten destylat przybiera postać charakterystycznego rozumowania: walczymy z komuną. Dlaczego? Bo komunizm jest zły. A dlaczego on jest zły, ten komunizm? Bo on, ten komunizm, tłumi każdą formę spontanicznej ludzkiej aktywności. To akurat prawda; komunizm taki właśnie jest. Ale skoro tak, to komunizm nie jest zły absolutnie. Bo tłumi on wprawdzie te szlachetne formy spontanicznej ludzkiej aktywności, ale ponieważ tłumi wszystkie, to tłumi również te nikczemne formy spontanicznej aktywności. A według „lewicy laickiej”, która wobec historycznego narodu polskiego nigdy nie pozbyła się poczucia pewnej obcości, w mrocznych zakamarkach duszy narodu polskiego drzemią straszliwe demony ksenofobii i antysemityzmu. I dopóki komunizm tłumi wszystkie formy spontanicznej aktywności ludzkiej, to te demony pozostają na uwięzi. No ale my przecież z komunizmem walczymy, ba – kto wie, czy lada dzień z nim nie wygramy! I co wtedy? Ano, wtedy już nikt niczego nie będzie tłumił i te demony wyjdą na powierzchnię, do czego w żadnym razie dopuścić nie wolno! Łatwo powiedzieć: nie wolno – ale jak to zrobić? Ano, jak nie wiadomo, jak to zrobić, to trzeba się poradzić tych, co tłumili; przecież oni wiedzą, jak to się robi. I tak narodziła się idea rozmów „okrągłego stołu”, a potem nawet swoisty foedus między „lewicą laicką” a „człowiekami honoru”. Wreszcie trzeci powód wynikał stąd, że chociaż RAZWIEDUPR wprawdzie miał za złe „lewicy laickiej”, że się zbisurmaniła, to przecież wiedział, ze mimo to serce ma tam, gdzie się należy, toz naczy – po lewej stronie. A „ekstrema”? A „ekstrema” nie ma serca ani po lewej, ani po prawej stronie! Więc o czym z nią rozmawiać, skoro nic się z nia nie da uzgodnić? Toteż trzeba było ja wymiksować.

Zarówno jeden systemowy nurt przygotowań do transformacji ustrojowej, w postaci uwłaszczenia nomenklatury, jak i nurt drugi, w postaci selekcji kadrowej w podziemiu, udały się w stu procentach. O ile pierwsza Solidarność powstawała o dołu do góry, to ta druga – od góry do dołu. Wszystko było pod kontrola, łącznie z przewodniczącym Wałęsą, naszym Kukuńkiem. Ale oprócz tych dwóch nurtów systemowych, pojawił się nurt trzeci – prywatnych przygotowań do transformacji ustrojowej. Bezpieczniacy są wprawdzie ludźmi głęboko zdemoralizowanymi, ale inteligentnymi i sprytnymi. Toteż myślę, że wielu z nich, a może nawet wszyscy, postawili sobie pytanie: Sowieciarze się wycofają, a ja co? Jaką mam polisę ubezpieczeniowa na wypadek, gdy Sowieciarzy już nie będzie, a czyjś nieubłagany palec wskaże na mnie i powie: to on wszystkiemu winien, na powróz go! Kto mnie wtedy obroni, kto za mną stanie? A ponieważ są sprytni, to się domyślili, że jak Sowieciarze się ewakuują, to prędzej czy później i raczej prędzej niż później, nastąpi odwrócenie sojuszy. No to po co czekać na odwrócenie sojuszy, to już teraz, zawczasu trzeba się przewerbować do przyszłego sojusznika i on nie da mi, jako swemu agentowi, zrobić krzywdy. I tak się stało; jedni przewerbowali się do Amerykanów, inni – do niemieckiej BND, jeszcze inni – do izraelskiego Mosadu, a jeszcze inni zostali przy GRU, bo „nie zmienia się koni podczas przeprawy”. W rezultacie Polska zaczęła by penetrowana przez obce państwa na wylot i trzy metry w głąb ziemi, a ponieważ te powiązania reprodukują się w kolejnych pokoleniach ubeckich dynastii, w Polsce ukształtował się polityczno-bezpieczniacki triumwirat w postaci Stronnictwa Ruskiego, Stronnictwa Pruskiego i Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego. Rządzą one naszym nieszczęśliwym krajem za pośrednictwem swoich politycznych ekspozytur – i dlatego podjęta 4 czerwca 1992 roku próba ujawnienia agentury w strukturach państwa się nie powiodła. Konsekwencje tamtej porażki trwają do dzisiaj, ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Toteż bez zdziwienia wysłuchałem rewelacji pana ministra Mariusza Kamińskiego, jak to „służby”, czyli bezpieczniackie watahy,przez ostatnie 8 lat robiły, co tylko chciały. Jakże miały nie robić, skoro premieru Tusku, któremu „służby” zorganizowały Platformę Obywatelską (generał Gromosław Czempiński publicznie wspominał w swoim czasie, ile to rozmów i bliskich spotkań III stopnia musiał odbyć, by doszło do utworzenia Platformy Obywatelskiej), nie udało się od nich wyemancypować, chociaż próbował to uczynić wiosną 2008 roku, inspirując aresztowanie Petera Vogla? Ten Peter Vogel, z porządnej ubeckiej familii, tak naprawdę nazywał się Piotr Filipczyński i w latach 70-tych został skazany za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem na 25 lat więzienia, ale w roku 1983, na pzepustkę z więzienia wyjechał do Szwajcarii, gdzie pod nazwiskiem Peter Vogel został znanym finansistą. Co to były za finanse – na to snop światła rzuca artykuł, jaki ukazał się w początkach 1996 roku w tygodniku „Wprost” o tym, jak to PZPR przez co najmniej 18 lat lokowała w szwajcarskich bankach obce waluty kradzione z przedsiębiorstwa „eksportu wewnętrznego” PEWEX, specjalnie w tym celu utworzonego. Z lat 1988-1989, kiedy dyrektorem PEWEXU był Marian Zacharski, który dostał to stanowisko na otarcie łez po uwolnieniu go z amerykańskiego wiezienia w rezultacie wymiany na amerykańskiego agenta, autorzy mieli dane ścisłe, a z lat poprzednich – tylko szacunkowe. Otóż w latach 1988-89, PZPR wykorzystała 800 zezwoleń dewizowych NBP (bo każdy transfer dokonywał się na podstawie zezwolenia dewizowego), więc musiała realizować więcej, niż jedno dziennie. A oto przykładowy transfer z jednego dnia: 22 mln franków szwajcarskich i 750 tys. USD. I tak dzień w dzień przez co najmniej 18 lat! Kto nadzoruje ten Sezam, kto i jaki robi użytek z tych pieniędzy – ani wiesz! Wracając tedy do premiera Tuska, to chciał on przy pomocy Vogla trochę się od swoich opiekunów wyemancypować. Ci jednak, kiedy aresztowany Vogel zaczął ujawniać wstydliwe zakątki, sprokurowali premieru Tusku aferę hazardową. I chociaż potem okazało się, że żadnej afery „nie było” to jednak premier Tusk dostał szlaban na kandydowania na prezydenta i kto wie, jakby się ta przygoda skończyła, gdyby nie Nasza Złota Pani, która w Donaldzie Tusku dlaczegoś sobie upodobała. Dała mu nagrodę Karola Wielkiego, co było poważnym ostrzeżeniem dla wszystkich, że kto teraz podniesie rękę na Donalda Tuska, będzie miał do czynienia z Naszą Złotą Panią. Tedy wszelkie szykany ustały jakby ręką odjął bo każdy zrozumiał, że żarty się skończyły tym bardziej, iż wtedy nasz nieszczęśliwy kraj znajdował się pod niepodzielną kuratelą niemiecką w ramach politycznego porządku lizbońskiego, ustanowionego ostatecznie podczas dwudniowego szczytu NATO 19-20 listopada 2010 roku w Lizbonie, gdzie proklamowane zostało strategiczne partnerstwo NATO-Rosja. Ale nie tylko Donald Tusk pozostawał pod bezpieczniacką kuratelą. W jego przypadku jeszcze zachowywane były jakieś pozory, podczas gdy za rządów pani Kopacz, ówczesna minister spraw wewnętrznych, pani Teresa Piotrowska z frakcji psiapsiółek naszej klempy, już drugiego dnia po nominacji zrzekła się nadzorowania tajnych służb, chociaż ustawa o ministrze spraw wewnętrznych nie zmieniła się nawet na jotę. A czyż wcześniej było inaczej? Któż nie pamięta nocnej wizyty ministra spraw wewnętrznych w rządzie premiera Jarosława Kaczyńskiego, pana Janusza Kaczmarka na 40 piętrze hotelu Marriott w Warszawie, gdzie składał on meldunek dzienny swemu prawdziwemu zwierzchnikowi w osobie pana Ryszarda Krauzego?

Więc nic dziwnego, że i teraz, kiedy po międzynarodowej konferencji naukowej „Most”, jaka odbyła się w Warszawie 18 czerwca ub. roku, WSI, których, jak wiadomo, „nie ma”, czyli stare kiejkuty, zostały przez Amerykanów wpisane na listę „naszych sukinsynów”, wskutek czego mamy II wojnę o inwestyturę, chociaż pan minister Kamiński w ramach „audytu” pryncypialnie napiętnował samowolki ABW i innych bezpieczniackich watah w okresie minionym, przecież z inicjatywy rządu przyjęty został projekt ustawy antyterrorystycznej, w ramach której właśnie Abewiakom przyznano przywilej koordynowania poczynań wszystkich bezpieczniackich watah? Najwyraźniej Prezes Kaczyński, który z punktu widzenia potrzeb amerykańskiej polityki we wschodniej Europie jest znacznie wygodniejszy od Platformy, bo nie tylko nie trzeba go ekscytować przeciwko złemu ruskiemu czekiście Putinowi, tylko sam się nakręca i w dodatku – za darmo, a poza tym, nie wloką się za nim jakieś niemieckie ogony, widząc, że wojskówka naprawdę próbuje wysadzić go w powietrze, zorganizowaniem „audytu” przekazał jej poważne ostrzeżenie: dotychczas wprawdzie kopaliśmy się, ale nie wyżej, jak po kostkach, w ramach niepisanej konstytucyjnej zasady: my nie ruszamy waszych – wy nie ruszacie naszych – ale skoro tak, to mogę kopnąć was wyżej, znacznie wyżej, a to będzie bolało. Z jednej strony taki kij – ale z drugiej – marchewka. Oto okazało się, że wprawdzie słynny „zbiór zastrzeżony”, jaki WSI przekazały Instytutowi Pamięci Narodowej będzie „ujawniony”, ale o zakresie tego ujawnienia będą w ostatecznym rachunku decydowały „służby” wedle swego uznania, no a poza tym – nikt nawet nie piśnie o uchyleniu ustawy nr 1066 o „bratniej pomocy”. Toteż nic dziwnego, że po machnięciu kijem podczas sejmowej debaty na temat „audytu”, polityczne ekspozytury Stronnictwa Pruskiego, Stronnictwa Ruskiego oraz Nowoczesna, której jeszcze WSI nie zdążyło przedstawić przydziału, milczą jak zaklęte, podobnie jak „Bolek” naszych czasów w osobie pana Kijowskiego, filuta „na utrzymaniu żony”, bo jeszcze nie wiedzą, czy II wojna o inwestyturę zakończy się kolejną eskalacją z udziałem Unii Europejskiej, to znaczy – Niemiec no i oczywiście Żydów, czy też wesołym oberkiem, w postaci „kompromisu” z przypominającym nadętą purchawę panem Rzeplińskim, któremu Niemcy za dobre sprawowanie właśnie nadali tytuł doktora honoris causa.

Stanisław Michalkiewicz
tygodnik „Najwyższy Czas!” • 27 maja 2016

Reklamy

Zbrodniarze PRL są nietykalni

Sąd Najwyższy uznał, że zamykanie tak zwanych wrogów władzy ludowej było zgodne z przepisami.

Śledczym IPN już raczej się nie uda doprowadzić do skazania stalinowskiego prokuratora Kazimierza Graffa. Był oskarżony o dopuszczenie do bezprawnego przetrzymywania w latach 40. tzw. wrogów władzy ludowej, m.in. działacza podziemia Stanisława Figurskiego, który przez miesiąc był trzymany w areszcie bez postanowienia o tymczasowym aresztowaniu. W tym czasie siłą zmuszono go do przyznania się do winy.

Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie, a potem Sąd Najwyższy, który rozpatrywał zażalenie prokuratorów IPN, nie dopatrzył się w działalności Graffa przestępstwa. Uznał, że działał zgodnie z ówczesnym prawem. – To już kolejna kuriozalna decyzja sądu w sprawach, w których oskarżeni są komunistyczni sędziowie i prokuratorzy – twierdzą nieoficjalnie śledczy IPN.

– Czekamy na uzasadnienie decyzji Sądu Najwyższego, a potem rozważymy, czy wystąpić z kasacją – mówi Andrzej Arseniuk, rzecznik IPN.

Graff ma więcej ciemnych plam w życiorysie. Osobiście uczestniczył m.in. w rozstrzeliwaniu żołnierzy państwa podziemnego w 1946 r., których sąd w Siedlcach w ciągu trzech dni skazał na śmierć. Jego roli w tej sprawie nie udało się jednak dowieść, gdyż nie zachowały się akta z tamtych wydarzeń.

Po umorzeniu sprawy Figurskiego śledczy IPN mają coraz mniej powodów do optymizmu. To już kolejna taka sprawa, która upadła. Tak było m.in. z tzw. sędziami stanu wojennego. Katowicki IPN zarzucał bezprawne stosowanie nieopublikowanego dekretu o stanie wojennym z 1981 roku.

– Sprawę ucięła uchwała Sądu Najwyższego z grudnia 2007 r. W efekcie ponad 20 sędziów i prokuratorów uniknie odpowiedzialności – mówi prokurator Piotr Nalepa z katowickiego oddziału IPN.

Zdaniem prof. Andrzeja Paczkowskiego tego rodzaju sprawy świadczą o przekonaniu przedstawicieli Temidy, że coś takiego jak zbrodnia sądowa nie istnieje. Akty oskarżenia są odrzucane, gdyż zdaniem sędziów nie mają odpowiedniego umocowania prawnego.

– Takie działania to przykład sędziowskiego korporacjonizmu. Linia obrony jest zawsze podobna. Działano na podstawie ówczesnych przepisów, nie łamano więc prawa, nawet jeśli zapadały wyroki śmierci – dodaje historyk dr Antoni Dudek.

Źródło : Rzeczpospolita: Stalinowskie winy bez kary
Tomasz Pietryga 16-04-2008

—————–

Śledczy Graff nieuchwytny dla IPN

Akt oskarżenia przeciwko Kazimierzowi Graffowi śledczy IPN skierowali do sądu 18 października 2007 r. Oskarżono go, że w latach 40. jako nadrzędny prokurator dopuścił do bezprawnego aresztowania Stanisława Figurskiego, jednego z działaczy niepodległościowych podziemia związanego z organizacją Ruch Oporu Armii Krajowej oraz Narodowym Zjednoczeniem Wojskowym.

słynny stalinowski proces tzw. grupy Witolda Pileckiego, żołnierza Armii Krajowej - rok 1949

Figurskiego zatrzymano w grudniu 1947 r. Dopiero po miesiącu wydano postanowienie o jego tymczasowym aresztowaniu. W tym czasie siłą zmuszono go do złożenia obciążających go wyjaśnień. Na tej podstawie w akcie oskarżenia przypisano mu dążenie do obalenia państwa polskiego oraz udział w napadach rabunkowych z bronią w ręku.

Kazimierz Graff po zwolnieniu z prokuratury został radcą prawnym. Do dziś mieszka w Warszawie

Kazimierz Graff pełnił w tym czasie „zastępstwo” na stanowisku szefa wojskowej prokuratury rejonowej w Warszawie, która prowadziła śledztwo.

W 1968 r. Graff został zwolniony z wojskowej prokuratury. Później został radcą prawnym. Dziś ma 91 lat, mieszka w Warszawie. – IPN zarzucił mu, że dopuścił do bezprawnego pozbawienia wolności Figurskiego, mimo że na podstawie wojskowego kodeksu postępowania karnego zobowiązany był w takiej sytuacji do uchylenia aresztu i zwolnienia osadzonego. Śledczy IPN uznali to za zbrodnię komunistyczną i na tej podstawie skierowali akt oskarżenia do sądu – mówi Andrzej Arseniuk, rzecznik Instytutu. Prokuratorzy powołali się na obowiązek stosowania w latach 40. konstytucji marcowej, która określała zasady i czas zatrzymań. Zatrzymanie bez postanowienia o tymczasowym aresztowaniu było możliwe tylko przez 48 godzin. Koronnym argumentem w tej sprawie miało być orzeczenie Sądu Najwyższego z 1958 r., który w bardzo podobnej sprawie utrzymał wyrok skazujący m.in. Józefa Różańskiego. Sąd uznał ważność zasad konstytucji marcowej.

Argumentacja nie przekonała jednak Wojskowego Sądu Okręgowego w Warszawie, który 22 stycznia 2008 r. umorzył postępowanie z uwagi na brak znamion czynu zabronionego.

– Dla śledczych IPN była to kuriozalna decyzja. Stąd też szybko skierowano zażalenie na to postępowanie do Sądu Najwyższego. Ten jednak utrzymał w mocy decyzje warszawskiego sądu. Teraz czekamy na uzasadnienie. Po jego otrzymaniu śledczy będą się zastanawiać, czy nie wnieść o kasację– mówi Arseniuk.

Sprawa Figurskiego nie jest jedyną ciemną plamą w życiorysie Graffa. W kwietniu 1946 r. osobiście uczestniczył w wykonaniu egzekucji na 12 członkach państwa podziemnego, którzy po trzech dniach od zatrzymania zostali skazani na kary śmierci przez Wydział ds. Doraźnych Sądu Okręgowego w Siedlcach.

W tej sprawie nie udało się oskarżyć Kazimierza Graffa, gdyż większość dokumentów jej dotyczących została zniszczona.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora

t.pietryga@rp.pl
Źródło : Rzeczpospolita: Śledczy Graff nieuchwytny dla IPN
Tomasz Pietryga 16-04-2008

————————-

Zbrodniarze śpią spokojnie

Postanowienie Sądu Najwyższego w sprawie prokuratora Kazimierza Graffa jest kolejną kuriozalną decyzją jednego z najwyższych organów prawa w Polsce, które kładzie się cieniem na polskim wymiarze sprawiedliwości.

W grudniu minionego roku uchwała Sądu Najwyższego zatrzymała śledztwo w stosunku do sędziów skazujących na wieloletnie wyroki za łamanie dekretu o stanie wojennym, który, nawet na mocy ówczesnych przepisów, nie był jeszcze prawem – bo nie został ogłoszony w Dzienniku Ustaw.

Sąd Najwyższy uznał, że skoro PRL nie był państwem prawa, to trudno pociągać do odpowiedzialności jego funkcjonariuszy, którzy naruszali fundamenty samej idei prawa. Wynika z tego bezspornie, że słudzy zbrodniczych reżimów, które z pewnością nie były państwami prawa, mogą spać spokojnie. Nawet jeśli naruszyli przepisy obowiązujące w ich państwie, które, skądinąd słusznie, trudno uznać za prawo.

W wypadku stalinowskiego prokuratora, który prześladował przeciwników politycznych i osobiście uczestniczył w egzekucjach, pojawia się nieco inne uzasadnienie. Graff działał zgodnie z ówczesnym prawem – czytaj przepisami – twierdzi Sąd Najwyższy. Zostawmy na boku fakt, że i to uzasadnienie przeczy prawdzie. Sąd Najwyższy zakwestionował wydawałoby się powszechnie przyjęte po II wojnie światowej normy, które mówią, że działanie zgodnie ze zbrodniczym prawem, czyli „ustawowym bezprawiem”, nie zwalnia z odpowiedzialności. Efektem tej zasady jest idea praw człowieka, zgodnie z którą można sądzić sprawców zbrodni przeciwko ludzkości niezależnie od lokalnego prawodawstwa.

Niby wszyscy zgadzamy się na to, niby akceptujemy trybunały przeciwko zbrodniarzom z Bałkanów czy Rwandy, ale jeśli przychodzi do polskiego podwórka, okazuje się, że zasady te przestają obowiązywać.

Czy tylko dlatego, że wśród prawników, którzy niedawno jeszcze byli sędziami Sądu Najwyższego, znaleźć możemy takich, którzy wydawali z pogwałceniem norm prawa wyroki w stanie wojennym? Czy dlatego, że wyrastające z PRL środowisko sędziowskie dba bardziej o korporacyjny interes niż o elementarne zasady prawa?

Źródło : Rzeczpospolita: Zbrodniarze śpią spokojnie
Bronisław Wildstein 15-04-2008

Przebaczenie za PRL

Źródło: Rzeczpospolita: Przebaczenie i pojednanie
10.03.2007

W polskim życiu publicznym teza, że komunizm był zjawiskiem antyludzkim i antyobywatelskim, nie bywa na ogół kwestionowana. Sprawą sporną, a w gruncie rzeczy nadal niedostatecznie rozpoznaną, pozostaje istota zła specyficznego dla tego ustroju, a także jego skala.

Jednakże spory najżywsze dotyczą przede wszystkim postaw wobec ówczesnego aparatu ucisku, a zwłaszcza wobec instytucji policyjnego nadzoru. Dotyczą więc zachowań i wyborów osobistych, które w tym przypadku – bardziej niż w jakimkolwiek innym – miały doniosłe konsekwencje społeczne zarówno dla osób poszczególnych, jak i dla całych środowisk.
·

Coraz szerzej prowadzone badania najnowszych dziejów Polski, przy stosunkowo nietrudnym dostępie do zachowanych dokumentów, ujawniają raz po raz przypadki współdziałania – nie zawsze wymuszonego szantażem – z organami bezpieczeństwa PRL. Niekiedy chodzi tu o osoby publicznego zaufania. Wtedy, rzecz zrozumiała, polemiki są najbardziej żarliwe: jedni bronią dobrego imienia i nienagannego obrazu osoby obwinionej, inni – dobrego imienia i rzetelności badawczej historyków. Bywa tak, że i pierwsi, i drudzy przedstawiają swoje racje w złej wierze. Wśród pierwszych bowiem są tacy, którzy podjęli niegdyś analogiczną współpracę: broniąc zatem innych, chronią siebie. Wśród drugich nie brak tych, którym publiczna kompromitacja określonej postaci sprawia radość i satysfakcję. Tego rzecz jasna nie ujawniają, zapewniają natomiast o wiarygodności ustaleń badaczy – historyków.

Bez względu na motywy uczestników tego konfliktu wiedza o ówczesnych postawach i zachowaniach ma znaczenie pierwszorzędne. W niemałej mierze porządkuje pamięć o epoce Polski Ludowej, pozwala znaleźć kryteria oceny tamtego czasu, ożywia też w nas wrażliwość na własne niewierności, odstępstwa i zachowania małoduszne. Dlatego pomaga również odzyskać niezależność wobec osobistej historii, a przez to – rzeczywistą wolność w myśleniu zarówno o państwie obecnym, ponownie niepodległym, jak i o przyszłości.

Jednakże badacz archiwów – historyk, pokrzywdzony, publicysta, który ujawni nazwisko współpracownika służb bezpieczeństwa PRL, z reguły podlega z tego powodu krytyce, przy czym do zarzutów rytualnie zgłaszanych: prawnych (nieprzestrzeganie wymogów procesowych) lub metodologicznych (fałszywe świadectwo źródeł), dołączył ostatnio zarzut natury moralnej: brak umiejętności wybaczania. Zarzut ten miewa postać ogólną i w tej też postaci jest upowszechniany: Polacy jako naród mieliby być dotknięci tym defektem. Otóż bardziej niż sam zarzut interesuje mnie jego kluczowe słowo: „przebaczenie”.
·

Co to znaczy: przebaczyć? Czy po prostu tyle co: puścić w niepamięć, przejść mimo? Wydaje się, że nie. Akt przebaczenia zakłada zainteresowanie innym, jest skierowany ku innemu, ku winowajcy – nie polega więc na nonszalanckim: „nie mówmy o tym”. Ponadto krzywda – bez względu na jej rozmiar – jest sprawą poważną. Narusza bowiem dobro i odbiera poczucie bezpieczeństwa. Ten, kto ją lekceważy – nawet jeśli taką postawę przyjmuje pokrzywdzony – przyzwala na nią, w pewnej więc mierze w niej uczestniczy. Nie – przebaczenie nie uchyla krzywdy i na pewno jej nie bagatelizuje. Raczej wymaga tego, by ją dostrzec i przeżyć. By pokrzywdzony uznał ją i – przynajmniej wobec samego siebie – w jakimś sensie o niej zaświadczył. Tylko wtedy jest ono możliwe.

Przebaczenie to swego rodzaju akt, działanie. Jego adresatem jest inny człowiek. Niekiedy także ja sam, który wybaczam – bywa przecież, że wybaczam sobie. A co jest jego przedmiotem? W znaczeniu subiektywnym: utrwalone negatywne nastawienie. Wybaczam, a więc nie żywię już urazy, nie pragnę odwetu, nie zrywam więzi, nie mam w sobie nienawiści. W znaczeniu obiektywnym, i może bardziej istotnym: doznana krzywda, a więc pewien normatywny ład. Sprawiedliwość prawna domaga się, by za wyrządzone zło należycie odpłacić. Sprawiedliwość wszelka wymaga, by za nie zadośćuczynić. Akt przebaczenia nie uchyla wymogu zadośćuczynienia. Jest natomiast decyzją – zawsze osobistą – zrzeczenia się odpłaty. W relacjach z osobą bliską ta decyzja oznacza powrót do nadziei i zaufania. Jeśli przynosi jakiś dar, to ten dar obejmuje oboje.

Paweł Lisicki w esejach ostatnio wydanych („Powrót z obcego świata”) chyba trafnie podkreśla, że postawa wybaczająca jest czymś nadnaturalnym. Z pewnością jest czymś nadzwyczajnym – jest przecież postawą wielkoduszną. O wybaczenie można tylko prosić, można o nie apelować lub doń zachęcać – żaden obowiązek go nie wymusza. Ale też żadna okoliczność zewnętrzna go nie zatrzymuje.
·

Słyszymy często: wybaczenie wymaga uprzedniej skruchy winowajcy. Ale cóż to znaczy? Bez względu na postawę winowajcy nie mamy obowiązku wybaczać. I bez względu na postawę winowajcy wybaczyć możemy. Wielkoduszność nie ma zewnętrznych granic. Nie zamyka rachunków, lecz je odrzuca. Przebaczenie jest aktem nieuwarunkowanym. Jest czynem wolnym. Możemy więc wybaczyć również wtedy, gdy sprawca nie uświadamia sobie własnego występku. A nawet wtedy, gdy się nim syci, gdy – odrzucając skruchę – występek akceptuje.

Wtedy jednak nie możemy się ze sprawcą pojednać.

Nie przebaczenie, lecz pojednanie wymaga skruchy winowajcy. Wymaga również odwagi i pokory: przyznania się i gotowości do przyjęcia odrzucenia. Ale także od tego, kto zła doznał, pojednanie wymaga pokory i odwagi. Trzeba pokory, by wyznać, że zostaliśmy dotknięci, zranieni, upokorzeni, że postawa innego nas obchodzi, że zależy nam na nim. Trzeba odwagi, by ze swoją raną skonfrontować się z innym, by w charakterze świadka własnej sprawy wystąpić wobec innego. Przebaczenie zawsze otwiera drogę do pojednania. Gdy jednak brak odwagi i pokory, pozostawia nas ono w rzeczywistości tylko osobistej. Wprowadza ład serca, to prawda – dlatego jest aktem nie tylko wolnym, lecz także twórczym. Ale spełnia się dopiero wtedy, gdy wystawia nas na ryzyko osobowego kontaktu z innym człowiekiem. Dopiero wówczas, gdy to ryzyko przyjmiemy, będziemy tymi, którzy „wprowadzają pokój”.

Jerzy Wocial
Jest pracownikiem Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego. Należy do rady redakcyjnej miesięcznika „Więź”

Jerzy Urban w Stanie Wojennym

Źródło: Rzeczpospolita: Nagroda za zwalczanie „Solidarności”
03.01.2007

Niepoddanie Daniela Passenta i Krzysztofa Teodora Toeplitza upokarzającej weryfikacji dziennikarzy było udaną inwestycją w przyszłość. Obaj w okresie stanu wojennego wsparli piórem władzę ludową walczącą z „kontrrewolucją” – pisze historyk IPN

Goebbels stanu wojennego” – tak Jerzego Urbana nazwał kiedyś Ryszard Bender. Rola Urbana – od sierpnia 1981 roku rzecznika prasowego rządu – nie sprowadzała się jednak jedynie do propagandowej tuby peerelowskich władz. Ten były błyskotliwy publicysta i felietonista był autorem wielu projektów strategii dla władz i to nie tylko w dziedzinie propagandy. Bez przesady można stwierdzić, że był wręcz współkreatorem polityki władz PRL w latach 1981 – 1989.

Poniżej publikujemy dwie perełki z tzw. archiwum Urbana, czyli z akt Biura Prasowego Rządu Urzędu Rady Ministrów. Doskonale ilustrują one stosunek rzecznika prasowego do dziennikarzy. Tych dyspozycyjnych wobec władz trzeba było dopieszczać (przykładowo w listopadzie 1981 roku dziennikarzowi „Trybuny Ludu” Janowi Brodzkiemu – jak Urban pisał – „człowiekowi wielkich zasług”, pomagał uzyskać asygnatę na samochód). Natomiast tych związanych z opozycją lub występujących przeciwko władzy ludowej należało albo posadzić w więzieniu, albo przynajmniej wyrzucić z pracy.

Pierwszy z cytowanych dokumentów to półprywatny list Urbana do Lesława Tokarskiego, kierownika Wydziału Prasy, Radia i Telewizji Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej z 1 stycznia 1982 roku. Dotyczy weryfikacji dziennikarzy (tak nazywano formalną ocenę dziennikarzy po wprowadzeniu stanu wojennego, której skutkiem było zwolnienie z mediów osób niechętnych władzy), a właściwie jest wnioskiem o niepoddawanie jej trzech kolegów rzecznika prasowego rządu z okresu jego pracy w tygodniku „Polityka” (Krzysztofa Teodora Toeplitza, Daniela Passenta i Andrzeja Krzysztofa Wróblewskiego). Miał to być rewanż za ich zasługi w walce przeciw „Solidarności”. Przy czym w przypadku dwóch pierwszych chodziło nie tylko o te jawne (czyli teksty sygnowane ich nazwiskiem), ale też o utajoną współpracę z władzami (opracowania dla władz, anonimowe teksty przeciwko związkowi).

Na marginesie warto zauważyć, że współpraca dziennikarzy z władzami, o czym się dzisiaj zapomina, miała niejedno oblicze. Od tej najbardziej utajonej, czyli agenturalnej np. ze Służbą Bezpieczeństwa, przez również niejawne służenie władzy swym piórem, aż po teksty pisane podwłasnym nazwiskiem i piętnujące aktualnego wroga rządzących Polską Ludową.

Nieco odmienny od spraw Passenta i Toeplitza jest przypadek Wróblewskiego. Urban zastosował tutaj zasadę „wróg mojego wroga, jest moim przyjacielem”. Nie przeszkadzało mu to, iż Wróblewski opowiedział się, jako jedyny z tej trójki, przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego. Wystarczyło, że między sierpniem 1980 roku a grudniem 1981 roku, jak pisał rzecznik prasowy rządu, „raczej grał po naszej stronie”, a więc krytykował wiele działań NSZZ „Solidarność”.

Oczywiście niepoddawanie części dziennikarzy upokarzającej procedurze weryfikacji miało być również inwestycją w przyszłość. W przypadku Toeplitza i Passenta z całą pewnością udaną. Obaj w okresie stanu wojennego wsparli piórem władzę ludową walczącą z „kontrrewolucją”. Przykładowo Passent w 1982 roku na łamach „Polityki” o weryfikacji swych kolegów po piórze pisał: „Zgadzam się z Urbanem, że wiarygodność pewnych ludzi, a także prasy po 13 grudnia wymagała, aby część aktywu odeszła, aby ludzie najbardziej krótkowzroczni i zacietrzewieni, którzy utracili poczucie rzeczywistości i stracili tę niezbędną dla dziennikarza kwalifikację usunęli się, niekoniecznie na zawsze, ale przynajmniej na czas otrzeźwienia i kaca. Słowem problem polityczno-kadrowy w dziennikarstwie istniał. Ani Urban, ani weryfikanci go nie wymyślili”.

Ciekawe, że jeśli wierzyć zapiskom ówczesnego wicepremiera Mieczysława Rakowskiego, w poufnym liście skierowanym do niego Passent krytykował przebieg weryfikacji. Stwierdzał w nim bowiem: „trwa czystka bez precedensu w okresie 25 lat mojej pracy zawodowej”. A jednocześnie ubolewał w nim, iż jej ofiarami padają nie tylko działacze opozycyjni, ale też „ludzie słabsi, zagubieni lub po prostu z charakterem – wszyscy oni mogliby być pomocni w procesie wychodzenia z kryzysu, do jakiego doprowadzono nasz kraj”.

Z całą pewnością zawiodły natomiast nadzieje pokładane w osobie Wróblewskiego. Ten bowiem, jak pisał Urban na łamach swego „Alfabetu…”, na zebraniu w sprawie reaktywowania „Polityki” po wprowadzeniu stanu wojennego wystąpił niespodziewanie jako „lider grupy opozycyjnej”, a nawet „dążył do zniszczenia pisma”. Gdy mu się to nie udało i zespół redakcyjny podjął decyzję o dalszym wydawaniu „Polityki”, odszedł (wraz z kilkoma innymi osobami) z redakcji i stał się „wyrazistym stronnikiem opozycji”.

Znacznie krótszy, ale równie ciekawy, jest drugi dokument z połowy grudnia 1984 roku. Urban „na prośbę” Rakowskiego zwraca się w nim do ministra spraw wewnętrznych Czesława Kiszczaka z propozycją wydania jego podwładnym polecenia zbadania publikacji związanego z opozycją korespondenta socjalistycznego dziennika ” Le Matin de Paris” Krzysztofa Wolickiego pod kątem możliwości postawienia go przed sądem „za kłamstwa ewidentne i możliwe do udowodnienia”. Notabene wicepremier i rzecznik prasowy rządu proponowali taki sposób postępowania wobec niewygodnych dziennikarzy stosować „możliwie szeroko”. No cóż, widocznie uznali, iż lepiej stosować represje, niż prostować nieprawdziwe informacje. Autor jest historykiem, pracownikiem Biura Edukacji Publicznej IPN
Grzegorz Majchrzak

Z tzw. archiwum Urbana
Trzech kolegów rzecznika

Nr 1
Warszawa, 1 I 19[82]
Tow[arzysz]
L[esław] Tokarski
Pozwalam sobie na prywatny list dotyczący trzech moich kolegów. Sądzę jednak, że wynikają z niego pewne ogólniejsze problemy dotyczące weryfikacji dziennikarzy.

I) K[rzysztof] T[eodor] Teplitz. Był jednym z policzalnych na palcach jednej ręki wybitnych dziennikarzy bezpartyjnych, który z umiarem obiektywizując jednak walczył z „S[olidarnością]” i amokiem inteligencji. Zrezygnował z przyczyn politycznych z funkcji sekretarza generalnego St[owarzyszenia] Filmowców [Polskich], u [Andrzeja] Wajdy. Zespół „Kultury” usiłował go usunąć z redakcji i zlikwidować jego felieton. Wybronił się przemówieniem do zespołu. Od lutego [19]81 był doradcą [Mieczysława] Rakowskiego, pisał cenne memoriały dla kierownictwa, współpracował z moim biurem, robiąc teksty anonimowe ostro już walczące z „S[olidarnością]”. Potrafił się narazić otoczeniu. Oczywiście byli ludzie, którzy pisali bardziej jednoznacznie, ale oni nie są Toeplitzami. Jego wybór był tym cenniejszy, bo wolny, niezdeterminowany żadnymi związkami, przynależnościami, nawykami itd.

Dobrze, tylko o co chodzi, skoro przecież i Ty zapewne uznasz, że Toeplitz jest typowym dziennikarzem do [pozytywnego] zweryfikowania.

Chodzi o to, że Toeplitz mi powiedział, że nie podda się żadnej weryfikacji, bo nie uważa, że zasługuje na potraktowanie w tym trybie i ma w dupie, bo może robić zupełnie inne rzeczy, niż pracować w propagandzie. Kwestia jest czysto ambicyjna i prestiżowa, on uważa, że weryfikował się tym, co pisał i [swą] postawą. Uważam, że ma rację. Sam też reagowałbym urazą, gdyby mnie teraz weryfikowano, i Ty też. Jednym słowem uważam, że Toeplitz jest ok[ay], ma bardzo cenne zdolności, nie będziemy mieli wielu takich intelektualistów gotowych do tak politycznej współpracy i że należy go popieścić i przyciągnąć, a nie weryfikować. I np. uważam, że tow. [Stefan] Olszowski powinien z nim pogawędzić, aby nie było tak, że gesty przyciągające to domena pewnych tylko osób z kierownictwa, a inne osoby są od gromienia wyłącznie. To oczywiście tylko taka sugestia.

II) [Daniel] Passent. Jego postawa była dosyć podobna jak Toeplitza. Passent nie mówi, że nie da się zweryfikować, ale także bym mu tego oszczędził i szukał gestów pozytywnych, a nie procedur weryfikacyjnych. (Np. poufnie mówiąc, tekst mojego biura o dostępie „S[olidarności]” do środków masowego przekazu on robił i różne inne). Zapewne są i inni tacy, w stosunku do których słowo „weryfikacja” nie jest zręczne.

III) Andrzej Krzysztof Wróblewski. Zupełnie inny problem. A[ndrzej] K[rzysztof] W[róblewski] zaraz po sierpniu [1980 roku] robił z Passentem wywiady z [Lechem] Wałęsą i innymi, porządnie ich dociskające. Wewnątrz „Polityki” na tej kanwie powstał podział i skandal. Np. przyjechał Wajda i wygłosił do zespołu płomienne przemówienie przeciw A.K. W[róblewskiemu] i P[assentowi], że szargają świętości. Potem A.K. W[róblewski] był jednym z niewielu, którzy obiektywizując tak lub owak, jednak konsekwentnie dosuwał „S[olidarności]” i nie dał się zwariować. Był jednym z niewielu tych, którzy byli gotowi pisać teksty przeciw „S[olidarności]”. Miał na tym tle różne nieporozumienia z żoną. Za szczucie Wałęsy przeciw Wróblewskiemu Rakowski wywalił z „Polityki” [Wojciecha] Giełżyńskiego i [Leszka] Stefańskiego. (Donieśli oni Wałęsie co A.K. W[róblewski] mówił o nim i „S[olidarności]” na zebraniu zespołu, a mówił dosadnie). W maju [19]81 ustąpiłem z kierownika działu krajowego w „Polityce”.

Mimo że wiązało się to z silnym antagonizmem politycznym między częścią działu a mną, kilkunastoosobowy zespół działu wraz z ekstremą typu [Ernest] Skalski, [Wanda] Falkowska podpisał petycję, żebym został, bo uważali Wróblewskiego, który przejmował schedę za jeszcze gorszego (no, nie tylko sprawy polityczne grały tam rolę). Detale te służą zobrazowaniu postawy Wróblewskiego, który pisał rzeczy rozmaite, ale generalnie nie ustawiał się okrakiem na barykadzie, lecz raczej grał po naszej stronie. W tej chwili jest on osobą, która oświadcza, że odchodzi od dziennikarstwa politycznego, gdyż nie akceptuje 13 grudnia. Sprawę A. K. W[róblewskiego] załatwi zapewne jakoś Rakowski, jak wszystkie sprawy „Polityki”, ale chodzi mi tu o problem znów szerszy: tego rodzaju ludzi szkoda się wyzbywać, bo oni odejdą, a skurwiele złożą galante deklaracje lojalności. Jest tu też ten problem, że w tej chwili postawy wielu ludzi kształtują się pod wpływem pewnego szoku, który przeminie wraz z normalizacją sytuacji i ludzie będą formować swą postawę w zależności od narastającej sytuacji politycznej w Polsce, a 13 grudnia stanie się jednak tylko epizodem w narastającym cyklu zdarzeń.

Wreszcie sprawa metodologiczna, którą chcę dziś podnieść na sztabie. Zdecydowaliście, że naczelny redaktor określa, z kim chce pracować, i tylko ci podlegają procesowi weryfikacji, inni już są wyeliminowani. Zasada niby słuszna, bo naczelny winien określać, z kim chce pracować. Tyle, że on pozbędzie się przecież tych, z którymi nie chce, stosując różne kryteria, niekoniecznie polityczne i niekoniecznie sprawiedliwe. Wyleje tych, którzy mu się nie nadają, albo z którymi jest w konflikcie. W porządku, ale ta eliminacja nie powinna przecież automatycznie rzutować na eliminację z zawodu, bo ktoś niechciany przez tego redaktora czy nie nadający się do tej redakcji może być znakomity gdzie indziej. Zmierzam do tego, że należałoby zastosować polityczną weryfikację do gremiów wyeliminowanych przez naczelnych redaktorów. Inaczej naczelny w obecnym systemie będzie miał jednoosobowe prawo eliminacji nie z redakcji, lecz z zawodu.

I to znów wiąże się ze sprawą szerszą ewentualnej weryfikacji decyzji eliminujących. Będą przecież odwołania, pojawią się protektorzy, pojawi się problem znajdowania pracy dla tych, którzy odpadli. Czy to wszystko jest przewidziane i ujęte w jakieś instytucjonalne ramy?
Ukłony
[Jerzy] Urban
Metoda na Wolickiego

Nr 2
1984-12-14
JU/2740/84
Poufne
Towarzysz gen. broni Czesław Kiszczak
Minister Spraw Wewnętrznych
Na prośbę tow[arzysza] M[Mieczysława] Rakowskiego zwracam się z następującą sugestią: Krzysztof Wolicki regularnie publikuje w paryskim dzienniku „LeMatin” artykuły szkalujące zjadliwie polskie władze, pełne kłamstw i insynuacji. Jest to obywatel polski, zamieszkały w Warszawie. Ostatnio wytykałem mu publicznie ogłoszenie twierdzenia, że winę G[rzegorza] Piotrowskiego i innych [zabójców ks. Jerzego Popiełuszki – przyp. G.M.] pragnie się zatuszować, gdyż nie zostali oni oskarżeni o zabójstwo, lecz przestępstwo karane maksymalnie 15 latami więzienia.

Uważamy, że trafne byłoby pociągnięcie go do odpowiedzialności sądowej za szkalowanie, ale tak, aby to było wyraziście nie za poglądy (aby nie czynić zeń męczennika) tylko za kłamstwa ewidentne i możliwe do udowodnienia. Sądzimy też, że tą właśnie metodą [tak w oryginale – G.M.] warto stosować możliwie szeroko. Jeżeli towarzysz minister podzieli tę sugestię, prosimy o wydanie dyspozycji zbadania publikacji K[rzysztofa] Wolickiego z punktu widzenia możliwości prawnych pociągnięcia go do odpowiedzialności sądowej.

Jerzy Urban

Interwencja ZSRR podczas stanu wojennego

Źródło: Rzeczpospolita: Jaruzelski żąda wsparcia, Kreml się uchyla
12.12.2006

Kreml odrzucił możliwość zbrojnej interwencji w Polsce. Uznał bowiem, że konsekwencją takiego kroku może być nawet odsunięcie partii komunistycznej od władzy – twierdzi historyk IPN

Czy przed 13 grudnia groziła nam interwencja państw Układu Warszawskiego? Jaka była polityka „bratnich państw socjalistycznych” w ostatnich miesiącach przed wprowadzeniem stanu wojennego?

Relację – na podstawie dokumentów z archiwów polskich i innych krajów Europy Wschodniej – rozpocznijmy 19 października 1981, czyli dzień po wyborze Wojciecha Jaruzelskiego na I sekretarza KC PZPR. Tego dnia szef partii rozmawiał telefonicznie z Leonidem Breżniewiem, szefem Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. „Zgodziłem się przyjąć to stanowisko po wewnętrznej walce i tylko dlatego, że wiedziałem, że wy mnie popieracie, i że wy jesteście za taką decyzją” – deklarował. Dodał też, że uczyni wszystko – „jako komunista i jako żołnierz” – w celu zmiany sytuacji w PRL.

Wkrótce sowieckie kierownictwo spotkała jednak przykra niespodzianka. Na posiedzeniu Biura Politycznego KC KPZR 29 października 1981 r. Breżniew mówił: „Nie wierzę, aby tow. Jaruzelski zrobił cokolwiek konstruktywnego. Wydaje mi się, że nie jest zbyt śmiałym człowiekiem […]. Tow. Jaruzelski nie przejawia żadnej inicjatywy. Być może trzeba się przygotować do rozmowy z nim”.

Pierwsze dni urzędowania nowego I sekretarza nie przyniosły przełomu, natomiast – jak oświadczył ówczesny szef KGB Juri Andropow – „polscy przywódcy napomykają o pomocy militarnej ze strony bratnich państw”, co zapewne odebrano jako kolejną próbę ucieczki od rozwiązania problemu własnymi siłami. Zarówno Andropow, jak i minister obrony Dmitrij Ustinow uznali, że to niemożliwe – „powinniśmy zdecydowanie trzymać się swojej linii – nie wprowadzać naszych wojsk do Polski”.

Wsparcie dla towarzyszy

Od 1 do 4 grudnia 1981 r. w Moskwie odbywało się posiedzenie Komitetu Ministrów Obrony państw-stron Układu Warszawskiego. Niespodziewanie na prośbę reprezentantów PRL zaproponowano przyjęcie komunikatu wyrażającego zaniepokojenie sytuacją w Polsce i wyrażającego potrzebę „podjęcia odpowiednich kroków w celu zapewnienia bezpieczeństwa wspólnoty socjalistycznej”. Zdaniem strony polskiej stanowić to miało „wsparcie dla komunistów i sił patriotycznych, które chcą bronić socjalistycznego państwa, a jednocześnie ostrzeżenie dla sił kontrrewolucyjnych”.

Propozycja została odrzucona (podobnie jak jej łagodniejszy wariant) po sprzeciwie delegacji rumuńskiej i węgierskiej. Wydarzenie to dowodzi, że już w 1981 r. gen. Jaruzelski pragnął wykorzystać rzekome zagrożenie interwencją wojsk Układu Warszawskiego dla usprawiedliwienia stanu wojennego. Przyjęcie komunikatu przydałoby jego poczynaniom wiarygodności.

Niepowodzenie nie zniechęciło gen. Jaruzelskiego. 8 i 9 grudnia 1981 r. spotkał się on kolejno z marszałkiem Kulikowem i sowieckim wicepremierem Bajbakowem, którym przedstawił żądania dotyczące udzielenia wsparcia militarnego oraz gospodarczego. Miało to być warunkiem wprowadzenia stanu wojennego (co ciekawe, stronie sowieckiej najwyraźniej nie przekazano jeszcze dokładnego terminu tej operacji).

Pogrzebana doktryna

10 grudnia o żądaniach debatowano na posiedzeniu Biura Politycznego KC KPZR. O ile kwestia pomocy ekonomicznej nie wywołała kontrowersji, o tyle emocje wzbudziło drugie żądanie Jaruzelskiego. Potraktowano je najwyraźniej jako próbę odroczenia rozprawy z opozycją.

Najbardziej jednoznacznie wypowiedział się Andropow: „Nie możemy ryzykować. Nie zamierzamy wprowadzać wojsk do Polski. Jest to słuszne stanowisko i musimy się go trzymać do końca. Nie wiem, jak rozwinie się sprawa z Polską, ale jeśli nawet Polska będzie pod władzą „Solidarności”, to będzie to tylko tyle. A jeśli na Związek Radziecki rzucą się kraje kapitalistyczne, a oni już mają odpowiednie uzgodnienia o różnego rodzaju sankcjach ekonomicznych i politycznych, to dla nas będzie to bardzo ciężkie. Powinniśmy przejawiać troskę o nasz kraj, o umacnianie Związku Radzieckiego. To jest nasza główna linia”. Apelował o zrobienie „czegoś” w celu zabezpieczenia tranzytowych linii komunikacyjnych.

Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, iż słowa te padły w atmosferze zdenerwowania wywołanego wrażeniem, iż Jaruzelski wymiguje się od podjęcia zdecydowanych działań, to wydaje się że odzwierciedlają one ostateczne stanowisko Moskwy. Nawet w warunkach „zaproszenia” przez najwyższe władze PRL (i oczywiście idącej za tym chęci współpracy) Kreml odrzucił możliwość zbrojnej interwencji. Uznał bowiem, że konsekwencją może być nawet odsunięcie partii komunistycznej od władzy. Tym samym „doktryna Breżniewa” została pogrzebana jeszcze za życia sowieckiego przywódcy.

Nikt nie chce interwencji

Andriej Gromyko, minister spraw zagranicznych, najwyraźniej zirytowany apelował do nieobecnych liderów PZPR, aby podjęli decyzję, czy „wycofują się ze swoich pozycji” wobec żądań przejęcia władzy przez „Solidarność”, czy też „wprowadzają stan wojenny, izolują ekstremistów „Solidarności” i zaprowadzają właściwy porządek”. Gromyko uznał, że należy „jakoś stłumić oczekiwania Jaruzelskiego i innych przywódców na wprowadzenie wojsk”. Warto przywołać także kolejny fragment jego wypowiedzi: „Sądzę, że nie powinniśmy teraz dawać jakichkolwiek zdecydowanych wskazówek, które zmusiłyby ich do takich czy innych działań. Myślę, żezajmiemy tutaj właściwe stanowisko: zaprowadzenie porządku w Polsce jest sprawą Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej – Komitetu Centralnego, Biura Politycznego”.

Marszałek Ustinow poinformował o wzmacnianiu sowieckich garnizonów w PRL, stwierdził też, że jest „skłonny sądzić, iż Polacy nie zdecydują się na konfrontację”. On też był za tym, by władzom PRL nie narzucano rozwiązań. W podobnym duchu wypowiedział się Michaił Susłow: „Prowadzimy szerokie działania na rzecz pokoju i teraz nie wolno nam zmieniać swojego stanowiska. Światowa opinia publiczna nie zrozumie nas. […] Niechaj sami towarzysze polscy określą, jakie działania mają podjąć. Nie powinniśmy popychać ich do jakichś bardziej zdecydowanych działań. […] Myślę, że mamy tu wszyscy zgodny pogląd, że nie może być mowy o żadnym wprowadzeniu wojsk”. Wiktor Griszyn: „O wprowadzeniu wojsk nie może być mowy”.

Podsumowując, 10 grudnia 1981 r. Moskwa nie tylko podtrzymała swoje dotychczasowe stanowisko, że nie zamierza wprowadzić wojsk do Polski, lecz także była skłonna rozszerzyć „politykę nieinterwencji” o nowy element – złagodzenie nacisków na przywódców PRL (wychodzono najwyraźniej z założenia, iż owa presja była źródłem prośby o pomoc militarną).

Z zapisków generała Anoszkina

Podstawowym źródłem odtworzenia międzynarodowego aspektu rozwoju wydarzeń w kolejnych godzinach jest „zeszyt roboczy” generała Anoszkina, adiutanta marszałka Kulikowa. 10 grudnia po południu do sowieckiego ambasadora w Warszawie z polecenia Jaruzelskiego zadzwonił gen. Milewski i poprosił o zajęcie stanowiska w następujących kwestiach:

„1) Prosimy, aby przyjechał do nas ktoś z kierownictwa partyjnego. Kto będzie i kiedy?

2) Ogłosić oświadczenie o poparciu dla nas. […]

3) Czy możemy liczyć na pomoc po linii wojskowej ze strony ZSRR (o dodatkowym wprowadzeniu wojsk)?

4) Jakie będą przedsięwzięcia w zakresie pomocy ekonomicznej dla Polski ze strony ZSRR?”.

Po skontaktowaniu się w tej sprawie z centralą Aristow udzielił następujących wyjaśnień:

„1) Nikt nie przyjedzie.

2) Środki zostaną podjęte.

3) Nie będziemy wprowadzać wojsk.

4) Odpowiedź przygotuje Bajbakow”.

Gen. Anoszkin zanotował słowa: „To dla nas straszna nowina! Przez półtora roku paplanina o wprowadzeniu wojsk – wszystko odpadło. Jaka jest sytuacja Jaruzelskiego?!”, będące zapewne zapisem reakcji Milewskiego. Kolejny element odpowiedzi dla Milewskiego Anoszkin odnotował 11 grudnia, cytując fragment depeszy Aristowa: „Na tym etapie nie będzie radzieckiej obecności”.

Dopiero wieczorem 11 grudnia, podczas rozmowy z gen. Florianem Siwickim, strona sowiecka została poinformowana o prawdopodobnym terminie rozpoczęcia operacji „z soboty na niedzielę”, z zastrzeżeniem, że „decyzja ta nie została dotąd przekazana do wykonania”. Zgodnie z dalszym zapisem Anoszkina Siwicki przekazał, że Jaruzelski jest rozczarowany, iż ze strony sowieckiej nie przyjechał nikt z kierownictwa, „aby przekonsultować z nami zagadnienia wielkiej pomocy gospodarczej i wojskowej”, poprosił także o wyjaśnienie, jak można rozumieć następny etap wydarzeń (skoro na obecnym etapie „nie będzie radzieckiej obecności”).

Najwyraźniej polscy generałowie mieli nadzieję, że usłyszą deklarację o wsparciu wojskowym już po wprowadzeniu stanu wojennego. Siwicki posunął się wręcz – według Anoszkina – do szantażu: „jeśli nie będzie politycznego, ekonomicznego i wojskowego wsparcia ze strony ZSRR, to nasz kraj może być stracony (dla Układu Warszawskiego)”.

W odpowiedzi Kulikow udzielił Siwickiemu wsparcia psychicznego, mówiąc: „macie realną siłę”. Odwoływał się do wcześniejszych obietnic rozwiązania sprawy własnymi siłami. Zażądał również odpowiedzi na pytanie, czy „mechanizm został uruchomiony”, czy Jaruzelski nadal się waha.

Jak zanotował Anoszkin „Siwicki odjechał nieusatysfakcjonowany. Niczego nowego od W.G. Kulikowa nie uzyskał i nie usłyszał. Naczelny dowódca Zjednoczonych Sił Zbrojnych jest spętany przez Moskwę!”. Zagadkowe jest to ostatnie zdanie. Może ono albo być cytatem z wypowiedzi wzburzonego Siwickiego, albo też wyrażać nastroje samego Kulikowa, co świadczyłoby o tym, że on sam był skłonny udzielić „wsparcia militarnego”.

Gen. Jaruzelski wprowadził stan wojenny nocą z 12 na 13 grudnia 1981 r. Związkowi Sowieckiemu udało się rozwiązać polski kryzys bez użycia własnych wojsk. Nie zapobiegło to jednak sankcjom ekonomicznym i politycznym, których tak obawiał się Andropow. Niezależnie jednak od tego, jaką strategię przyjąłby Kreml, nie ulega wątpliwości, że to wydarzenia Sierpnia ’80 zadały systemowi komunistycznemu śmiertelny cios.
Łukasz Kamiński
Autor jest historykiem z Uniwersytetu Wrocławskiego i zastępcą dyrektora Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej. Artykuł stanowi skróconą wersję wstępu do książki „Przed i po 13 grudnia. Państwa bloku wschodniego wobec kryzysu w PRL 1980 – 1982”, której I tom ukaże się w najbliższych dniach.

Wspomnienia ze stanu wojennego

Źródło: Rzeczpospolita: http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/dodatek1_061209/index.html
09.12.2006

Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski prezes Fundacji im. Brata Alberta w Radwanowicach b. duszpasterz nowohuckiej „Solidarności”
Komitet pomocy na plebanii

Jako kleryk szóstego roku seminarium duchownego miałem wtedy praktykę w Chrzanowie. Zaraz po północy obudziło mnie dobijanie się do plebanii. To były kobiety, którym wyciągnięto z domów mężów i synów. Były przerażone nagłymi aresztowaniami bez podania powodów. Nie wiedziały, co robić, więc przybiegły do kościoła. Mówiły o wyjątkowej brutalności milicji, wykrzykiwaniu, obelgach. Ktoś opowiadał, że przewodniczącego „Solidarności” w Fabloku zabrali w samej piżamie, skutego kajdankami na oczach żony i dzieci. Najpierw nie wiedzieliśmy, że to stan wojenny. Sądziliśmy, że chodzi o jakąś lokalną akcję. Kościół został otwarty, ludzie napływali. Od pierwszej mszy zamiast kazania wszyscy na klęczkach śpiewali „Święty Boże, święty mocny”. Natychmiast na plebanii zawiązał się komitet pomocy dla ofiar stanu wojennego, ludzie zaczęli przynosić, co kto miał. Kościół był jedynym miejscem, gdzie szukano oparcia i pociechy. Tu ludzie zgłaszali, kto został internowany.
j.sad.

Andrzej Przewoźnik, sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walki i Męczeństwa
Kurs historii najnowszej

Miałem wówczas 18 lat i współpracowałem ze środowiskiem katowickiej „Solidarności”, które pomagało szkołom. Otrzymałem od nich bibułę, którą rozprowadziłem w rejonie Krakowa. O stanie wojennym dowiedziałem się w niedzielę, 13 grudnia rano na krakowskiej giełdzie staroci. Już po południu widziałem zwiększoną ilość wozów milicyjnych, transportery opancerzone. Moim pierwszym odruchem było oczyszczenie mieszkania z ulotek. Potem przez dwa, trzy tygodnie rozprowadziłem je wszystkie. Nie czułem strachu, ale przede wszystkim wściekłość, że coś takiego jak stan wojenny mogło się zdarzyć. Pierwszy raz zobaczyłem wtedy, jak ludzi wyprowadza się z domów, jak się ich aresztuje. Interesowałem się historią, byłem wychowany w kulcie powstania warszawskiego, ideałów akowskich. Dlatego stan wojenny tak bardzo mnie oburzał. To był dla mnie błyskawiczny kurs najnowszej historii, który wpłynął na moje dalsze życie. To właśnie obrazy, które widziałem na ulicach 13 grudnia, sprawiły, że zaangażowałem się w podziemie bez chwili zastanowienia.
map

Jerzy Połomski, piosenkarz
Między Nowym Jorkiem a Chicago

Wyszedłem przed dom, żeby uruchomić samochód. Mijał mnie kolega, aktor Bogdan Krzywicki, przed którym wyraziłem zdziwienie, że jednocześnie wysiadł mi odbiornik radiowy i telewizyjny. Dopiero on uprzytomnił mi, że ogłoszono stan wojenny. Pierwsze uczucie to wielkie zdziwienie. Drugie, że grożą restrykcje. Żeby nie poddać się przygnębieniu i mieć rodzinny nastrój, zatargałem do domu aż cztery choinki. Potem musiałem pójść do biura paszportowego, bo z zespołem Break Water miałem zakontraktowany cykl recitali w Stanach Zjednoczonych. O dziwo, udało nam się wyjechać. Koncerty miałem rozplakatowane pod nieszczęśliwym w tych okolicznościach tytułem „Cała sala śpiewa z nami”. Organizator nie przewidział, że później przyjdzie mi się z tego tłumaczyć przed polonijną publicznością. Cały stan wojenny przeczekałem między Nowym Jorkiem a Chicago. Brałem udział w koncertach na rzecz kolegów w Polsce, którzy przyłączyli się do bojkotu telewizji. Myślałem, że już nie wrócę do kraju. Zdecydowałem się na to dopiero wtedy, gdy Moskwa pochowała dwóch kolejnych pierwszych sekretarzy, a w Polsce odwołano stan wojenny.
j.r.k.

Dr hab. Antoni Dudek, historyk
Nagranie generała

Gdy ogłoszono stan wojenny, miałem 14 lat i zacząłem dopiero szkołę średnią. Osiedle, przy którym mieszkaliśmy w Krakowie, było przy trasie do Nowej Huty. Jechała tam kolumna wozów pancernych do pacyfikacji miejscowego kombinatu. To było w nocy i pamiętam ogromny huk tych pojazdów. Nie było żadnych zajęć w szkole, więc poszliśmy z kolegami obejrzeć patrole milicyjno-wojskowe chodzące po Krakowie. Już wtedy miałem temperament historyka i jak tylko w telewizji pojawił się generał Jaruzelski, wyciągnąłem mój wielki szpulowy magnetofon i zacząłem nagrywać jego wystąpienie i po kolei wszystkie komunikaty, które wówczas ogłaszano. Okazało się to zajęciem całkowicie bezsensownym, bo nazajutrz i tak wszystko wydrukowały gazety. Do dziś pamiętam, że dość radykalnie zmieniono program telewizyjny. Zostawiono tylko jeden kanał i wyświetlono film „Jarzębina czerwona” o walkach na Wale Pomorskim w 1945 roku. To było dość surrealistyczne, bo ten film nijak się miał do tego, co się wówczas wydarzyło. Dlaczego nagle walki o Wał Pomorski? Ktoś miał taką fantazję z nowego kierownictwa telewizji.
map

Janusz Kurtyka, prezes Instytutu Pamięci Narodowej
Paradoks dziejów

Miałem 22 lata i mieszkałem w Krakowie. Tuż przed 13 grudnia zakończył się strajk studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego, wróciłem do domu i bardzo długo spałem. O stanie wojennym dowiedziałem się dopiero rano. Pierwszą myślą było sprawdzenie, co się dzieje w siedzibie Zarządu Regionu „Solidarności”. Na miejscu znalazłem się już po wkroczeniu tam ZOMO i SB. Kordon nikogo nie przepuszczał. Paradoks historii sprawił, że kiedy już byłem szefem oddziału krakowskiego IPN, jednym z moich – bardzo rzeczowych – partnerów w różnych działaniach organizacyjnych był oficer UOP, który 13 grudnia, jako młody oficer SB stał na czele ekipy wkraczającej do regionu „Solidarności”. Z pierwszych dni stanu wojennego pamiętam niemal powstańczy nastrój. Byłem wtedy bardzo młody i wydawało mi się, że pojawi się szeroki opór, wybuchnie kolejne powstanie. Już wtedy wiedziałem jednak, że gdyby nawet tak się stało, byłoby to przedsięwzięcie skazane na niepowodzenie. Doświadczyłem wtedy pierwszy raz nieuchronności procesu historycznego. Przystąpiłem do konspiracji solidarnościowej i NZS-owskiej.
map

Prof. Jerzy Eisler, historyk
Piechotą do mamy

W grudniu 1981 r. miałem 29 lat i byłem doktorantem w Instytucie Historii. O stanie wojennym dowiedziałem się wyjątkowo późno. W niedzielę tuż po południu przyszła przyjaciółka mojej szwagierki i powiedziała: „Witam w stanie wojny”. Dla mnie najważniejsze nie było wtedy uniknięcie aresztowania – nie byłem bowiem żadnym prominentnym działaczem „Solidarności”. Bardzo bałem się natomiast wezwania do wojska, bo miałem przydział mobilizacyjny do brygady wojsk obrony wewnętrznej w Górze Kalwarii. Wobec tego poszedłem piechotą do mojej mamy, gdzie byłem zameldowany. Po drodze widziałem oczywiście żołnierzy. Poprosiłem mamę, aby na okres paru tygodni wyprowadziła się do przyjaciółki. Nikogo nie było w domu, więc nie można było wręczyć mi wezwania do wojska. W ten sposób udało mi się uniknąć tego, że mógłbym spotkać w mundurze na ulicy kogoś ze swoich kolegów. Wieczorem oglądaliśmy dziennik telewizyjny. Mój wspaniały teść, człowiek, który nigdy nie używał brzydkich słów, po przemówieniu Jaruzelskiego zaklął i poszedł do łazienki nerwowo palić papierosy. Ja zaś obejrzałem początek filmu „Jarzębina czerwona”, ale nie byłem w stanie 13 grudnia oglądać filmu o chwale ludowego Wojska Polskiego. Od zwariowania i poczucia bezsensu uratowała mnie moja najstarsza córka Kasia, która miała wówczas dopiero dwa tygodnie. Jako młody tata nie mogłem po prostu zwariować, choć czułem złość i rozpacz.
map

Agnieszka Holland, reżyser
Początek długiej nocy w Szwecji

Na początku grudnia 1981 r. pojechałam do Szwecji. Jeździłam po różnych miastach, pokazując swój film „Aktorzy prowincjonalni” i mówiąc o sytuacji w Polsce. 16 XII miał przyjechać mąż z córeczką i święta mieliśmy spędzić u rodziny w Göteborgu. W trakcie moich peregrynacji fatalistyczno-katastroficzna wizja tego, co musi się w mym kraju wydarzyć, narastała. Miałam za sobą doświadczenie czeskie i zmiażdżenie praskiej wiosny. Czułam, że coś strasznego stanie się teraz, wkrótce. Nalegałam, żeby rodzina przyspieszyła swój przyjazd. Bez skutku.

13 XII rano dotarłam do Göteborga, na dworcu czekał na mnie kuzyn. „Co myślisz, że będzie?” – spytał. ” Finis Polonia” – odpowiedziałam, mając na myśli swe przeczucia. On zrozumiał, że już wiem. Ja tymczasem paplałam całą drogę do jego mieszkania i zamilkłam dopiero, kiedy zobaczyłam w telewizorze czołgi na ulicach Warszawy. Następne dni spędziłam jak w transie. Bombardowali mnie szwedzcy dziennikarze, byłam jedyną jakoś znaną osobą z Polski. Wahałam się kilka dni, zwyciężyło poczucie obowiązku wobec więzionych i prześladowanych: zaczęłam udzielać ostrych wywiadów, wiedząc, że ryzykuję długą rozłąkę z krajem i bliskimi. Tak też się stało. Bardziej niż gniew odczuwałam rozpacz. Zapowiadała się długa noc. Wiedziałam, że moje życie i życie wielu mych rodaków nigdy już nie będzie takie samo.
j.r.k.

Górnictwo a stan wojenny

Źródło: Rzeczpospolita: Wciąż budzą się z tym wspomnieniem…
09.12.2006

Trza fedrować, fedrować, fedrować! – to zawołanie towarzyszyło polskiemu górnictwu przez całe czterdziestolecie Polski Ludowej

Władza kokietowała górników w sposób szczególny: „z pracy, trudu i znoju waszych rąk rośnie ludowa ojczyzna”, „węgiel – towar nr 1 polskiego eksportu”. I oto oni właśnie „zdradzili” władzę ludową. I dlatego tak brutalnie potraktowano górników i Śląsk 25 lat temu w czasie wprowadzania stanu wojennego.

W akcjach strajkowych w samym tylko górnictwie węgla kamiennego na Górnym Śląsku wzięło udział ponad 45 tys. osób. Zginęło dziewięciu górników kopalni Wujek. Wielu było rannych. Ponad 120 trafiło do szpitali, a 3 tys. udzielono pomocy lekarskiej. Ponad 1 tys. górników zwolniono dyscyplinarnie, a 141 wytoczono proces. Strajkowało 25 na 68 kopalń. Zatrzymano prawie 1 tys. osób, skazano 121, kilkaset postawiono przed kolegiami ds. wykroczeń. Oprócz górników pracę straciło prawie 1,5 tys. pracowników innych zakładów.

Kopidoły i łapańce

Do tłumienia protestów wojewódzka Milicja Obywatelska miała 5,5 tys. funkcjonariuszy, z czego 2,5 tys. przysłano spoza Śląska, a część sił stanowili członkowie Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej. Posługiwano się również jednostkami wojska.

Na Śląsku atak na zakłady przemysłowe był totalny, dobrze zorganizowany, przeprowadzony wielkimi siłami. Zastraszyć miały też komunikaty Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego zapowiadające ostre represje.

Wbrew temu, a może właśnie na skutek tej skali operacji, odzew na wprowadzenie stanu wojennego był największy w kraju. Mimo braku łączności i koordynacji niezależnie od siebie zastrajkowało w regionie kilkadziesiąt przedsiębiorstw. Największe nasilenie protestów wystąpiło 14 i 15 grudnia, czyli w poniedziałek i wtorek po wprowadzeniu stanu wojennego. Strajkowały kopalnie, huty, w tym największa – Huta Katowice, przedsiębiorstwa transportowe, fabryki.

W 1987 roku jeden z liderów śląskiego podziemia ps. Karol (późniejszy premier Jerzy Buzek) opowiadał:

– Kim były kopidoły, które zjechały do kopalni 13 i 14 grudnia 1981 roku i zaczęły strajkować? Akurat tego dnia zjechali strajkować i Ślązacy, i napływowi. Ale rzeczywiście postawy miejscowych i napływowych są różne. Ma to swoje wytłumaczenie. Na terenie, na którym jesteśmy obcy, gdzie nie zostajemy dłużej, pozwalamy sobie na robienie różnych rzeczy, takich, z których nie będziemy musieli się rozliczać. Tam, gdzie chcemy zostać na zawsze, czy w miejscu urodzenia jakiś wewnętrzny hamulec broni nas przed ich robieniem. Z drugiej strony ludzie, którzy nie urodzili się na Śląsku, a tylko tu zamieszkali, chętniej idą na manifestacje. „Jak mnie wypieprzą, to najwyżej wrócę w Kieleckie” – myśli łapaniec. U napływowych z jednej strony spotykamy się z postawą naganną moralnie, z drugiej, z nieprawdopodobną odwagą i zdolnościami do brawurowej akcji. Ale tym, którzy mówią, że 13 grudnia kopidoły poszły kopać, należałoby to wcisnąć z powrotem w gardło. Determinacja śląskich górników brała się może stąd, że oni w pewnym sensie uznawali „Solidarność” za swoją władzę. I tej władzy, w tym momencie, oddali cześć. W kopalniach działy się wówczas rzeczy straszne. Świadomość ludzka nie wymaże tego tak szybko. Ci, co wtedy strajkowali i oglądali rozbijanie kopalń przez ZOMO, wciąż budzą się z tym wspomnieniem.

Ataki 14 i 15 grudnia

14 grudnia 1981 r. zaatakowano trzy strajkujące zakłady: kopalnię Wieczorek oraz huty Katowice i Baildon. Pacyfikacja katowickiej kopalni Wieczorek trwała cztery godziny. Przeciwko dwóm tysiącom strajkujących wysłano siedmiuset milicjantów i armatki wodne.

Przed godz. 16 zaatakowano Hutę Katowice. Siły były większe: obok ZOMO, ORMO i sześciu armatek wodnych użyto czterech kompanii piechoty, czterech kompanii czołgów i dwóch kompanii rozpoznania (kilkuset żołnierzy i kilkadziesiąt czołgów). Interwencja odniosła połowiczny sukces – strajkujący wycofali się na lepiej zabezpieczone wydziały.

Wieczorem rozpoczęła się interwencja w hucie Baildon w Katowicach, gdzie strajk podjęły 4 tys. osób. Zaangażowano siły milicyjne oraz dwie kompanie rozpoznania wojska. Akcja trwała dwie godziny. Strajkujący nie stawiali oporu, zostali jednak pobici w trakcie przepuszczania przez „ścieżkę zdrowia”.

Następnego dnia ponad tysiąc zomowców, kilkuset ormowców oraz cztery armatki wodne wysłano na teren Rybnickiego Okręgu Węglowego. Kilkusetosobową grupę skierowano do tłumienia strajku w KWK Staszic. Zomowców wspierały dwie kompanie wojska i pluton czołgów. Użyto gazów i armatek wodnych. Brutalnie zaatakowano również mieszkańców hotelu pracowniczego, skąd wypychano górników przez okna.

W kopalni Jastrzębie przeciw 3 tys. strajkujących górników użyto gazów i pałek. Stosunkowo spokojnie przebiegało „odblokowanie” kopalni Moszczenica, gdzie załoga opuściła bocznymi drogami atakowany zakład.

W trzeciej jastrzębskiej kopalni – Manifest Lipcowy (dawniej i dziś Zofiówka) – strajkowało 2,5 tys. osób. W ich pamięci została strzelanina, jaka miała miejsce w czasie pacyfikacji.

– Większość stwierdziła, że zostajemy, wychodzimy na plac i bronimy kopalni. Każdy bierze, co może, do ręki. Błyskawicznie wszelkiego rodzaju pręty, łomy, trzonki od kilofów, od młotów zostały wyzbierane. Wielotysięczna rzesza górników staje przed cechownią na długości bramy Jedynki i Dwójki z zamiarem obrony kopalni. Atak rozpoczął się w południe. – Zza bramy padły serie z broni palnej – opowiadał Alojzy Pietrzyk, górnik kopalni Manifest Lipcowy. – Rannych górników odnoszono na punkt opatrunkowy. W tym czasie bezbronni górnicy w konfrontacji z czołgami i z bronią palną tłukli reflektory w tych czołgach, które wjechały, walili stylami po burtach i ciągle spychani byli przez te czołgi. Za nimi szły ZOMO. Krzyczano „gestapo, gestapo”. Spychani byliśmy w stronę warsztatów mechanicznych, szybów, magazynów, a część w stronę placu drzewnego. Przed kopalnią ludzie rzucali pieniędzmi po burtach czołgów. Wołali do żołnierzy, bo myśleli, że ci w mundurach to Rosjanie. Pluli na nich….

To były pierwsze strzały w stanie wojennym.

Dziewięciu zabitych w Wujku

16 grudnia 1981 r. to był najtragiczniejszy dzień stanu wojennego. Przeciwko strajkującym górnikom katowickiej kopalni Wujek wysłano ponad dziesięć kompanii milicji, sześć kompanii wojska, sześć plutonów czołgów, pluton specjalny ZOMO (17 osób), siedem armatek wodnych, helikopter, 55 wozów bojowych. Użyto broni – było dziewięć ofiar śmiertelnych i 21 rannych.

Na miejscu polegli:
Józef Czekalski (48 lat),
Krzysztof Giza (24 lata),
Ryszard Gzik (35 lat),
Bogusław Kopczak (28 lat),
Zenon Zając (22 lata),
Zbigniew Wilk (30 lat),
Andrzej Pełka (19 lat,)
oraz zmarli w szpitalu
Jan Stawisiński (21 lat)
Joachim Gnida (28 lat).
Najdłuższy strajk

Wojskowi komisarze zakładów pracy prowadzili negocjacje ze strajkującymi załogami. Grozili represjami karnymi i interwencją. Czasami groźby wywoływały efekt oczekiwany, czasami zaostrzały protest. W kopalni Anna w Pszowie komisarz wojskowy, chcąc zdementować informacje o krwawej pacyfikacji w kopalni Jastrzębie, zaproponował wyjazd delegacji strajkujących. Po powrocie… potwierdziła ona użycie siły. W efekcie górnicy zjechali pod ziemię i tam ponad stu kontynuowało strajk do 20 grudnia.

W całym regionie najdłużej protestowały: Huta Katowice oraz kopalnie Piast i Ziemowit.

Atak na Hutę Katowice – ze względu na znaczenie kombinatu, obawy przed sabotażem oraz możliwością podejmowania różnorodnych działań ze strony strajkujących – przygotowywano długo. Komitet strajkowy, nie widząc żadnych możliwości negocjacji, 23 grudnia o godz. 5.30 zakończył strajk. O 13 do huty wjechały czołgi 10. Sudeckiej Dywizji Pancernej. Z pracy zwolniono blisko jedną piątą załogi.

23 grudnia zakończył się również strajk w kopalni Ziemowit. Spod ziemi wyjechało 1300 górników.

Najdłużej trwała strajkowa szychta w Piaście, gdzie blisko 1 tys. ludzi siedziało pod ziemią dwa tygodnie – do 28 grudnia 1981 r. Był to ostatni w Polsce strajkujący po wprowadzeniu stanu wojennego zakład przemysłowy. W czasie procesu mecenas Jerzy Kurcyusz, obrońca oskarżonego o kierowanie strajkiem Zbigniewa Bogacza, powiedział: „Wbrew oporom ludzi złych lub głupich, wbrew żądaniom drakońskich kar porozumienie kiedyś nastąpić musi”. Sąd Bogacza uniewinnił, a był to wyrok w tym okresie wyjątkowy.

W 1984 roku Tadeusz Jedynak, ówczesny szef śląskiego podziemia, (internowany przez rok – od 13 grudnia 1981 do 23 grudnia 1982) tłumaczył mi:

– Widzieliśmy tę siłę 13 grudnia. Myślę, że Śląsk został jakby uratowany. Wbrew pozorom ubecja do końca nie miała rozpracowanych wszystkich działaczy. Oni znali ludzi z nazwiska, ale nie mogli tak wyłożyć ludzi na patelnię, jak to zrobili w innych regionach. Może dlatego, że to za duże terytorium, za dużo MKZ-ów, żeby wszędzie szperać. Było parę nazwisk znanych i tych ludzi w jakiś sposób się przycisnęło. Oczywiście zdejmowano zakładowych przewodniczących, zdejmowano jakichś innych ludzi. A te strajki w zakładach po 13 grudnia robili całkiem inni ludzie. Ludzie, którzy się od tych swoich przywódców na zakładach pracy nauczyli.

Żądania górników były konkretne: odwołanie stanu wojennego oraz uwolnienie internowanych i aresztowanych działaczy „Solidarności”. Komunikaty podane przez zmilitaryzowane telewizję i radio oraz specjalne gazetki mówiły o nieodpowiedzialnych elementach; wrócono do retoryki używanej w prasie po wydarzeniach radomskich w roku 1976.

Kij i marchewka

Przywódcy strajków dostali wyroki od trzech do siedmiu lat więzienia. Nikt wówczas nie miał nadziei na szybką amnestię. Ludzie, których odwiedzałem na początku 1982 roku na Śląsku, patrzyli na mnie z przerażeniem i zdziwieniem. Obawiali się prowokacji. W 1982 roku, kiedy wielu działaczy „Solidarności” zostało internowanych, kiedy wielu siedziało w więzieniach, szczególnie na Śląsku władza starała się zmusić górników, robotników nastawionych opozycyjnie, do wyjazdu z Polski. Wojskowi byli komisarzami w kopalniach. To pogarszało stosunki międzyludzkie i zwiększyło ilość tragicznych wypadków pod ziemią.

Dla górników był kij i marchewka. Kartka górnicza dawała możliwość kupienia sześciu kilogramów mięsa wtedy, gdy zwykły śmiertelnik miał szansę jedynie na 2,5 kg. Górnik miał też większe przydziały alkoholu i papierosów, które w pierwszym okresie stanu wojennego były reglamentowane. Najważniejsze były jednak przywileje z tytuły książeczek G, czyli możliwość kupowania za pracę w soboty i niedziele towarów, których w Polsce nie było. Lodówek, pralek, nart. Barbórki lat 1982 – 1988 wiązały się zawsze z akademiami, karczmami piwnymi, orderami, ale też ćwiartką gorzały i pętem kiełbasy.

W 1982 roku zwiększono wydobycie. Militaryzacja kopalń, przywiązanie do zakładu i nakaz przychodzenia sześć dni w tygodniu do roboty swoje robiły. Górnicy, przytłoczeni ciężarem najdłuższego w dziejach PRL protestu przeciw władzy, przestali czuć się gospodarzami zakładów. Bali się podpaść, bo równało się to z przeniesieniem do innego, gorzej płatnego oddziału wydobywczego, a zależne było od decyzji sztygara. Bali się ludzi, których w 1982 r. przyjmowano do kopalń, a których zadaniem była nie tyle praca wydobywcza, ile szpiegowanie.

JAROSŁAW J. SZCZEPAŃSKI
W tekście korzystałem m.in. z opracowania Jana Jurkiewicza „Solidarność Śląsko-Dąbrowska” oraz swoich materiałów i publikacji, m.in. książki „Górnik polski. Ludzie z pierwszych stron gazet”, Iskry 2005.

Kartki towarowe w stanie wojennym

Źródło: Rzeczpospolita: W kolejce po wszystko
09.12.2006

Tak się kończył w Polsce socjalizm

„Grzybki będą musiały nam podczas świąt zastąpić mięso, ryby a może i jaja” – pisała w „Życiu Warszawy” datowanym 12 – 13 grudnia 1981 roku Irena Gumowska, ówczesna guru gospodyń domowych. Na polskim stole wołowe z kością na długo zajęło wówczas miejsce schabowego. A kilka rolek papieru toaletowego stało się mile widzianym prezentem imieninowym.

Kartka towarowa z PRL

Zapamiętana i wyłaniająca się z dokumentów gospodarcza codzienność okresu stanu wojennego i lat 80. to kartki, kolejki i niedobór niemal wszystkiego. W fabrykach – komisarze wojskowi, przestoje wskutek wyłączeń prądu, niedostatek surowców i materiałów. Brak dewiz na import i możliwości kupowania na kredyt, bo wiele państw zachodnich wprowadziło sankcje wobec Polski. Wreszcie – emigracja. W latach 80. z Polski wyjechało kilkaset tysięcy ludzi. Nie tylko z przyczyn politycznych, ale także z poczucia ekonomicznej beznadziei.

Polskie porównania lata 1980 - 2005
Polskie porównania lata 1980 – 2005

Za czym kolejka ta stoi?

W 1982 roku na kartki były: mięso, masło, cukier, kasze, słodycze, proszek do prania, buty, obrączki ślubne. Pieluchy (z tetry, o pampersach nikt nie słyszał) i śpioszki dla dzieci przez całe lata 80. sprzedawano za okazaniem karty ciąży. Reglamentacja objęła także wódkę (z możliwością zamiany na kawę) i papierosy: zamiast trzech paczek można było dostać 10 dag cukierków.

W szczególnej cenie były kartki na benzynę. W 1982 r. miesięczny jej przydział do malucha wynosił 30 litrów, ale jednorazowo można było zatankować najwyżej dziesięć. Kto mógł, szukał dojść do pracowników stacji benzynowych, korumpując ich na wszelkie sposoby.

Cały kartkowy przydział trzeba było wystać w kolejkach, podobnie, jak jajka, sery czy olej. Kupno mebli, pralki czy lodówki przez całe lata 80. graniczyło z cudem: najpierw należało zapisać się do społecznej kolejki przed sklepem, potem – meldować na dyżurach. Wtedy właśnie pojawiła się nowa profesja: stacza, zazwyczaj emeryta lub rencisty, który za opłatą czekał przed sklepem na dostawę.

W trochę innej sytuacji byli rolnicy. Mieli minimalne przydziały kartkowe, ale prosiaka mogli wyhodować sami i jeszcze zarobić na sprzedaży mięsa miastowym. Nielegalny ubój kwitł niemal tak samo bujnie jak bimbrownictwo.

Załamanie objęło cały handel i to na wiele lat. W 1988 roku „pokrycie przychodów pieniężnych ludności dostawami towarów, wynoszące 77 proc., zbliżyło się do poziomu fatalnego 1982 roku” – piszą Janusz Kaliński i Zbigniew Landau w „Gospodarce polskiej XX wieku”. Jak wyliczają, wartość całej sprzedaży detalicznej (po uwzględnieniu inflacji) była w 1989 roku o 1 proc. mniejsza niż w 1980. Dostawy mięsa, czekolady i jaj zmalały o połowę. A Polsce przez ten czas przybyło ponad 2,5 miliona mieszkańców.

Życie ze „zrzutów”

Te braki byłyby jeszcze trudniejsze do zniesienia, gdyby nie pomoc zagraniczna. Zaczęła się w 1981 roku: do listopada napłynęło 3,8 mln paczek ze świata, głównie z żywnością.

W stanie wojennym i przez parę następnych lat mieszkańcy wielu krajów pomagali biedującym Polakom. Na skalę tak dużą, że można by ten okres nazwać epoką zrzutów. Przesyłki czasem trafiały bezpośrednio do potrzebujących, najczęściej jednak do kościołów, w których te dary dzielono. W przeciętnej paczce były konserwy, olej, kawa, herbata, czekolada, mydło, pasta do zębów, proszek do prania. Ze „zrzutów” pochodziły także lekarstwa, mleko i odżywki dla niemowląt, a nawet nasiona.

Większe pieniądze, mniejsze zakupy

Brakom, czyli załamaniu równowagi rynkowej, miały przeciwdziałać podwyżki cen, wówczas głównie urzędowych. Zaczęły się dwa miesiące po wprowadzeniu stanu wojennego i trwały przez całe lata 80.

W 1982 roku ceny wzrosły o 101 proc., w następnych latach zwiększały się rocznie o 15 – 25 proc., a w roku 1988 już o 60 proc. Wskaźników inflacji wtedy nie ogłaszano, zresztą tak naprawdę nie było po co: żeby obliczyć je w zgodzie z rzeczywistością, należałoby wziąć pod uwagę także „górkę” zawartą w cenie telewizora, upominek dla ekspedientki za odłożenie rajstop dla dziecka czy telefon o dostawie mebli. No i opłatę za ryzyko dla baby z cielęciną.

Wskutek inflacji sklepowe rachunki robiły się coraz wyższe. W 1981 roku największym nominałem w obiegu był banknot 2000 złotych, w czerwcu następnego roku pojawił się „pięciotysięcznik”.

Choć nasze portfele były coraz grubsze, coraz mniej mogliśmy kupić. Płace wprawdzie rosły, ale cen nie doganiały. W 1981 roku średnia pensja wynosiła 7689 złotych, a w 1988 roku – 53 090 zł. Przeciętne zarobki wzrosły więc w tym czasie 6,9 razy, a ceny, te urzędowe – 7,7 razy.

Jeśli już mieliśmy pieniądze, zamienialiśmy je na dolary, marki czy franki. Pod koniec dekady w bankach znajdowały się depozyty walutowe warte prawie cztery razy więcej niż te w złotych. Krajowy pieniądz był zresztą coraz słabszy. W 1982 r. za dolara na czarnym rynku płacono 400 złotych (pół litra krajowej wódki w Peweksie kosztowało wówczas 65 – 85 centów), w 1988 r. – 2500 zł. Rok później, gdy dolary można już było legalnie kupić w kantorze – najpierw 7400 zł, a potem nawet i 15 tysięcy złotych.

Na zwolnionych obrotach

Lata 80. to prawdziwy schyłek realnego socjalizmu. Nieefektywna gospodarka funkcjonowała na zwolnionych obrotach. Produkcja sprzedana przemysłu w 1988 roku była realnie zaledwie o 13 proc. większa niż w 1979 roku. Fabrykom ciągle brakowało importowanych surowców, półproduktów i materiałów. No i prądu: codziennie groziły im wyłączenia.

Fatalnie było z inwestycjami, które zaczęły maleć już od 1979 roku.

Dochód narodowy wytworzony przez 11 lat nie sięgnął poziomu z roku 1978. Zadłużenie zagraniczne przestaliśmy spłacać już w 1981 roku. Stan wojenny spowodował, że nie doszły do skutku starania o członkostwo w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, które mogły stworzyć szanse na negocjacje z wierzycielami. Potem narastały zaległe odsetki, a do 1989 roku dług zwiększył się z 26 mld do 41 miliardów dolarów.

Podejmowane przez władze próby przełamania kryzysu i reform nie dawały efektów. Gospodarce pomogła natomiast ustawa zezwalająca na tworzenie firm z udziałem kapitału zagranicznego. Powstające wówczas firmy polonijne ożywiły pewne jej dziedziny. Podobne skutki miała liberalizacja przepisów paszportowych po formalnym zniesieniu stanu wojennego. Polacy zaczęli masowo wyjeżdżać za granicę w celach handlowych, przywożąc do kraju najpierw tony proszków do prania i kawy, a potem – tureckie swetry, magnetowidy, kasety wideo, komputery w częściach i samochody. Rozbudzona podczas tych wyjazdów przedsiębiorczość w pełnej skali ujawniła się już w nowej epoce politycznej i gospodarczej.
HALINA BIŃCZAK

Rozliczenie stanu wojennego

Źródło: Rzeczpospolita: Stan wojenny bez rozliczenia
09.12.2006

Klimat do rozliczeń stanu wojennego w Polsce zmienił się dopiero po komisji Rywina

15 listopada 1997 roku. Sala Sądu Wojewódzkiego w Katowicach nabita. Ludzie stoją nie tylko dlatego, że za chwilę ma być ogłoszony wyrok, ale także z powodu tłoku. Początkowo jest cisza, ale gdy sędzia Ewa Krukowska wyczytuje kolejne nazwiska zomowców i słowo: „uniewinnić”, na sali narasta zamieszanie. Zanim sędzia kończy odczytywanie wyroku, zaczynają się okrzyki: „Niech się pani nie wysila”, „Hańba!”, „Sąd pod sąd”, „Strzelali do ludzi, a teraz nie ma winnych”. Zamieszanie jest tak wielkie, że między wyrokiem a uzasadnieniem sędzia ogłasza przerwę. W tym czasie zbulwersowana publiczność opuszcza salę. Potem w uzasadnieniu pojawi sięopinia, że odblokowywanie kopalń w stanie wojennym należało do obowiązków służbowych milicji.

Scena z ogłoszenia pierwszego wyroku w sprawie zomowców odpowiedzialnych za śmierć górników w kopalni Wujek jest symboliczna dla procesu rozliczania przestępstw PRL w minionych 17 latach.

Pytanie o rozliczenie stanu wojennego powraca przy okazji kolejnych grudniowych rocznic. Od lat najczęściej pada odpowiedź – nie został on rozliczony. Czy jest jeszcze szansa, by coś tu zmienić?

Dotąd nigdy jednoznacznie nie odpowiedziano na pytanie, jak to rozliczenie w ogóle powinno wyglądać. Czy powinniśmy rozliczać stan wojenny jako taki, jego autorów i skutki? Czy może tylko przypadki, w których złamano wówczas obowiązujące prawo? Rzeczywistość ostatnich lat pokazała, że możliwe było tylko to drugie, i to też w sposób niepełny i nieudolny. Dopiero ostatnio zaczęło się to zmieniać.

– Rozliczenie stanu wojennego nie nastąpiło, bo nie było woli politycznej – uważa senator PiS Zbigniew Romaszewski. – Zdecydował o tym przede wszystkim aksamitny sposób wychodzenia z komunizmu, zapoczątkowany rozmowami Okrągłego Stołu. W efekcie nie nastąpiła wymiana elit, a ze strony elit postpezetpeerowskich istniał gigantyczny opór przeciw jakimkolwiek rozliczeniom, bo były zainteresowane utrzymaniem pozycji w strukturze społeczeństwa. To był grzech pierworodny III RP – dodaje.

Jan Rokita z PO, który w latach 1989 – 1991 stał na czele nadzwyczajnej komisji sejmowej badającej zabójstwa popełnione przez funkcjonariuszy MSW w stanie wojennym, zgadza się z tą opinią, ale tylko częściowo.

– Oddzielić od siebie trzeba dwie kwestie – rozliczeń autorów stanu wojennego oraz osądzenia przestępstw w stanie wojennym, popełnianych przez funkcjonariuszy milicji. Kwestia pierwsza ma wymiar polityczny i dopiero w ostatnich latach doszło w tej sprawie do przełomu. Wynikało to z klimatu po aferze Rywina. Pierwszym sygnałem było skazanie generała Czesława Kiszczaka w 2004 roku, a kolejnym – śledztwo IPN dotyczące autorów stanu wojennego. Co do drugiej kwestii, niektóre przestępstwa zostały osądzone już dawno, a część z nich, w tym niektóre zabójstwa, jest już dziś nie wyjaśnialna – mówi Rokita.

Trybunału Stanu nie było

Prześledzenie kolejnych prób rozliczania stanu wojennego w ostatnich kilkunastu latach potwierdza tezę Rokity – sytuacja zaczęła się zmieniać około 2003 roku.

Nieudana była próba podważenia legalności całego stanu wojennego i wszystkich jego skutków w parlamencie. Sejm II kadencji w 1996 roku, zdominowany przez formacje postkomunistyczne, zgodził się z wnioskiem Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej, że nie ma podstaw do stawiania generała Wojciecha Jaruzelskiego i członków Rady Państwa przed Trybunałem Stanu. Mimo że dla nikogo nie ulegało wątpliwości, iż Rada Państwa wydała dekret o stanie wojennym wbrew PRL- owskiej konstytucji.

Posłowie uznali jednak, że autorzy stanu wojennego działali „w stanie wyższej konieczności”, bo polskie władze „miały pełne i obiektywne podstawy do tego, aby obawiać się zbrojnej interwencji wojsk Układu Warszawskiego lub interwencji wojsk ZSRR”.

Kiszczak i MO przed Temidą

Skoro stan wojenny był legalny, legalne było też jego prawo. Można więc było sądzić jedynie tych, którzy je złamali. Ale i to odbywało się z wielkimi problemami. Symboliczne znaczenie mają tu trzy najgłośniejsze sprawy lat 80.: zabójstwa ks. Jerzego Popiełuszki (choć został zamordowany już po formalnym zniesieniu stanu wojennego), śmierci górników z kopalni Wujek oraz zabójstwa Grzegorza Przemyka.

Już podczas procesu toruńskiego w 1985 roku było oczywiste, że czterej sądzeni oficerowie SB to nie są jedyni sprawcy śmierci księdza Jerzego Popiełuszki. Po 1990 roku przed sądem postawiono dwóch generałów MSW – byłego szefa SB Władysława Ciastonia i szefa Departamentu IV Zenona Płatka. Ich proces toczył się w latach 1992 – 1994. Zakończył się uniewinnieniem. Po kilku latach przed sądem znowu stanął sam Ciastoń. Jednak w 2002 roku znów został uniewinniony.

Jeszcze bardziej skomplikowane były dzieje procesu zomowców odpowiedzialnych za śmierć dziewięciu górników w kopalni Wujek. Ich proces przed Sądem Okręgowym w Katowicach zaczynał się trzykrotnie. Finał procesu rozpoczętego w 1993 roku został przytoczony wyżej. Podobny był efekt drugiego procesu, który toczył się w latach 1999 – 2001. Trzeci proces zaczął się we wrześniu 2004 r. Rokita we wszystkich zeznawał jako świadek i podkreśla, że dopiero teraz odniósł wrażenie, iż sąd chce doprowadzić sprawę do końca.

W oddzielnym postępowaniu sądzony był generał Czesław Kiszczak za wydanie szyfrogramu, który decyzję o użyciu broni scedowywał na dowódców lokalnych akcji pacyfikacyjnych. W 1996 roku, po pierwszym procesie, został uniewinniony. Na karę w zawieszeniu sąd skazał go dopiero po drugim procesie, w marcu 2004 r.

Podobnie wyglądała historia procesów milicjantów oskarżonych o śmiertelne pobicie Grzegorza Przemyka. W 1997 roku tylko jeden z nich Arkadiusz Denkiewicz otrzymał wyrok czterech lat (zmniejszony do dwóch na podstawie amnestii) za słowa „bijcie tak, aby nie było śladów”. Drugi milicjant Ireneusz K. był już cztery razy uniewinniany, a obecnie staje przed sądem po raz piąty. Ostatnio jednak być może pojawiła się szansa na przełom, bo znaleziono nowy materiał dowodowy – zdjęcia z nieoficjalnej wizji lokalnej, przeprowadzonej przez milicję w komisariacie przy ul. Jezuickiej krótko po śmierci maturzysty.

Tezę Rokity potwierdza natomiast ostateczny finał sprawy milicjantów odpowiedzialnych za śmierć trzech demonstrantów w Lubinie 31 sierpnia 1982 r. Z dwóch pierwszych procesów, zakończonych w 1995 i 1998 r., wyszli obronną ręką. Dopiero w 2003 roku zastępca komendanta wojewódzkiego MO w Legnicy Bogdan Garus, zastępca komendanta rejonowego w Lubinie Jan Maj oraz dowódca plutonu ZOMO Tadeusz Jarodzki otrzymali wyroki więzienia.

Komisja Rokity bez kropki nad i

Przed 2000 rokiem działająca w Sejmie kontraktowym komisja Rokity była bodaj jedynym organem państwa, który potraktował sprawę rozliczeń poważnie. Po dwóch latach pracy i przebadaniu 115 tajemniczych zgonów stwierdziła, że w 91 organy bezpieczeństwa miały na pewno lub prawie na pewno swój udział. Choć raport wskazywał na odpowiedzialność ponad 100 funkcjonariuszy, a także około 70 prokuratorów odpowiedzialnych za matactwa, nie było daleko idących konsekwencji prawnych. Osiem lat więzienia dostał milicjant, który podczas demonstracji w Krakowie 13 października 1982 r. zastrzelił Bogdana Włosika. Niewielkie wyroki otrzymali milicjanci odpowiedzialni za śmierć trzech innych osób.

IPN wziął sprawy w swoje ręce

Od tamtego czasu działo się niewiele (choć istotna była nowelizacja kodeksu karnego z 1995 roku, ustalająca, że bieg przedawnienia przestępstw funkcjonariuszy publicznych z czasu PRL zaczyna się w 1990 roku) aż do powstania w 2000 roku Instytutu Pamięci Narodowej. W badaniu przestępstw lat 80. wyspecjalizował się pion śledczy katowickiego oddziału IPN – właśnie tam w tym roku przygotowane zostały akty oskarżenia przeciw twórcom stanu wojennego. Mimo tych wysiłków wiele spraw nie zostało wyjaśnionych i dziś są na to niewielkie szanse. Jak choćby głośna sprawa śmierci działacza „Solidarności” RI Piotr Bartoszcze w lutym 1984 r. czy tajemniczych zabójstw trzech księży – Stefana Niedzielaka, Stanisława Suchowolca i Sylwestra Zycha – już w 1989 roku.

Niewykluczone, że gdyby nie zaniechania z lat 90., szanse na wyjaśnienie także tych spraw byłyby większe. Zbigniew Romaszewski nie dziwi się, że badanie tych spraw miało taki, a nie inny przebieg. – Jak dyspozycyjny aparat przemocy PRL miał sprawiedliwie osądzić przestępstwa tamtego systemu – pyta retorycznie. Rokita jednak zastrzega: – Konkluzja, że niczego w ogóle nie rozliczono, też jest nieprawdziwa.

PIOTR ŚMIŁOWICZ

Bibuła i kolportaż – czasopisma w stanie wojennym

Źródło: Rzeczpospolita: Bibuła i kolportaż
09.12.2006

W 1982 roku w podziemiu ukazywało się co najmniej osiemset czasopism

Wolności słowa drukowanego nigdy nie było w Polsce tyle, co w stanie wojennym. Była prawie nieograniczona. Kosztowała tyle, co ryza papieru, kawałek muślinu i pudełko pasty Komfort. Albo kilka miesięcy więzienia.

I nigdy wcześniej ani potem nie miała takiej wagi. Bibuła, a właściwie jej obieg, był podstawową formą istnienia zakazanej „Solidarności”, a kartka powielaczowa jej głównym orężem.

Zbrojne bojówki władzy nocą 13 grudnia splądrowały wszystkie lokale związkowe w poszukiwaniu arsenałów „Solidarności”. Nie znalazły ani jednej sztuki broni, ani jednego naboju. Nic nie dały rewizje w domach opozycjonistów. Po paru miesiącach gorliwego tropienia funkcjonariusze SB znaleźli u dwóch związkowców z Piotrkowa Trybunalskiego dwa pistolety własnej konstrukcji. Naprawdę to aktywiści partyjni i ormowcy zaopatrzyli się na początku stanu wojennego w pistolety. Wydano ich tyle, że – jak ustalił Andrzej Paczkowski – wystarczyłoby do wyposażenia w broń krótką pięciu dywizji.

Po wypowiedzeniu jej wojny polsko- jaruzelskiej podziemna „Solidarność” nie odstąpiła od walki non- violence. Koncepcję długiego marszu następująco wyłożyli 24 stycznia 1982 roku przywódcy Mazowsza – Zbigniew Bujak i Wiktor Kulerski – w liście do Władysława Frasyniuka kierującego podziemiem we Wrocławiu: „Należy przebudować organizację związkową w strukturę zdecentralizowaną i niesformalizowaną, opartą na grupach związkowców, których łączą więzy koleżeńskie, sąsiedzkie i przyjacielskie”. Trzeba się skupić – pisali – „na niesieniu pomocy prześladowanym i ich rodzinom; odrodzeniu niezależnej prasy i sieci jej kolportażu; stworzeniu nowej sieci łączności; wznowieniu ruchu wydawniczego; wypracowaniu systemu zbierania i przekazywania informacji; doprowadzeniu do wytworzenia się skutecznie działającej opinii publicznej, z którą będą się musieli liczyć służalcy; stopniowym organizowaniu biernego oporu i walki cywilnej”.

Głównym pomysłem na budowanie podziemnej „Solidarności” była produkcja i rozpowszechnianie bibuły. Bujak i Kulerski formułując tę koncepcję, czerpali nie tylko z doświadczeń pracy niepodległościowej pod zaborami i państwa podziemnego z czasów II wojny światowej, ale również z zaobserwowanej w ciągu z górą miesiąca spontanicznej reakcji społeczeństwa na zbrojną akcję WRON. Strajki zostały spacyfikowane, manifestacje uliczne rozbite, sparaliżowana działalność związkowa. A drugi obieg eksplodował!

Oprócz operacji o kryptonimie „Jodła”, polegającej na aresztowaniu i internowaniu przywódców „Solidarności” i opozycji, funkcjonariusze MSW mieli w pierwszym dniu stanu wojennego do przeprowadzenia również operacje „Klon” i „Azalia”. Pierwsza miała na celu zastraszenie liderów, którzy nie zostali internowani, aby nie podejmowali żadnej działalności publicznej, czyli odebranie społeczeństwu zdolności do samoorganizacji. Druga – przerwanie i udaremnienie łączności i komunikacji. Wyłączone zostały telefony i – co ważniejsze dla spacyfikowania „Solidarności” – teleksy; to tak, jakby dziś zamilkły telefony komórkowe i przestał działać Internet. Przywrócona na poważnie została cenzura publikacji i rozwinięta (bo zawsze w PRL istniała) perlustracja (kontrola) korespondencji, zawieszona większość gazet i czasopism, zmilitaryzowane telewizja i radio, zakazane swobodne podróżowanie. Bojówki ZOMO i SB, nie znalazłszy w siedzibach „Solidarności” arsenałów broni, zostawiały po sobie poprzewracane dalekopisy z przeciętymi przewodami, roztrzaskane lub unieruchomione powielacze, zniszczone urządzenia do nagrywania kaset magnetofonowych i sprzęt nagłaśniający. Jednym z głównych celów autorów stanu wojennego było bowiem przywrócenie monopolu władz na rozpowszechnianie informacji i sparaliżowanie swobodnej komunikacji społecznej. Tego celu nie osiągnięto.

Pierwsze niezależne gazety w stanie wojennym ukazały się od razu 13 grudnia. Wydawały je komitety strajkowe w dużych zakładach,zwłaszcza tam, gdzie odtwarzały się tymczasowe władze regionalne związku. Produkowane były przeważnie na zakładowym sprzęcie poligraficznym, żyły więc tyle, ile trwał strajk – dzień, dwa, maksimum trzy.

Niewiele później wyszły pierwsze numery czasopism stworzonych w konspiracji. Wrocławskie „Z dnia na dzień” (kontynuacja organu regionalnych władz „Solidarności”; pismo stało się rekordzistą kraju – ukazało się 540 jego numerów, w tym w konspiracji prawie 400) zostało wydrukowane już w nocy z 14 na 15 grudnia. Pierwszy numer krakowskich „Aktualności” nosił datę 14 grudnia. Warszawskie „Wiadomości Dnia”, później „Wiadomości” – 17 grudnia. Z tą samą datą ukazała się łódzka „Solidarność Walcząca”.

W Warszawie 7 stycznia 1982 roku zadebiutował „Tygodnik Wojenny”. Niewiele później, ale jeszcze w styczniu, ukazał się ” CDN Głos Wolnego Robotnika”, „Wola”, „KOS”. 11 lutego – „Tygodnik Mazowsze”, najbardziej znana gazeta podziemna. W Poznaniu „Obserwator Wielkopolski”, w Krakowie „Biuletyn Małopolski”, w Gdańsku „Solidarność”, we Wrocławiu „Biuletyn Dolnośląski” i „Solidarność Dolnośląska”. To tylko najbardziej popularne tytuły. Ich zasięg był ponadregionalny, redakcja – profesjonalna, trwałość wieloletnia. „Tygodnik Mazowsze” ukazywał się w nakładzie kilkudziesięciu tysięcy egzemplarzy, pozostałe osiągały po kilkanaście i więcej tysięcy. Rozpowszechnianiem każdego z pism zajmowało się od kilkuset do kilku tysięcy ludzi. Kolportaż bibuły w istocie stanowił siatkę organizacyjną podziemia.

Ale gazetkę podziemną w stanie wojennym mógł w zasadzie wydać, kto chciał. Znajomość najprostszej techniki powielania – sitodruku – była po okresie solidarnościowego karnawału dość rozpowszechniona. Umiejętność drukowania wydawała się wówczas tak naturalna, że cenzura przegapiła swego rodzaju instruktaż – dodatek „Mały drukarz” opublikowany w… czasopiśmie dla dzieci „Miś”. Bibliografia podziemnego ruchu wydawniczego odnotowuje tytuły efemerycznych czasopism, wydanych raz lub kilka razy; ktoś chciał się publicznie wypowiedzieć i na tyle wystarczyło mu ochoty lub weny. Bibuła wychodziła nawet w ośrodkach internowania, gdzie gazetki były przepisywane ręcznie albo powielane za pomocą rozmaitych wynalazków. Matrycą drukarską mogła się na przykład stać cynfolia z opakowania czekolady nakłuwana igłą, a farbą drukarską – pasta do butów.

Dla okresu stanu wojennego charakterystyczna była znaczna liczba czasopism satyrycznych. Krakowska Wolna Oficyna Bezcykoryjnych wydała np. dwa numery „Wroniego Zwierciadła”, warszawska Nowa Agencja Informacyjna – „Żółwia wrona nie pokona”. Istniała też „Dżdżownica – Organ Pełzającej Kontrrewolucji”. Przeważnie były to efemeryczne tytuły. Przez kilka lat jednak ukazywała się ” Jaruzela” (aluzja do wydawanej legalnie w Łodzi „Karuzeli”); dokonała żywota już w 1989 roku pod zmienioną nazwą „Głos Szarego Członka”.

Jednym z weselszych tytułów, choć najzupełniej poważnego pisma, był biuletyn „Solidarności” w warszawskim Miejskim Przedsiębiorstwie Taksówkowym – „Głos Wolnego Taksówkarza”. Powszechnie żartowano, że łatwiej zdobyć „Głos…” niż wolną taksówkę.

Wiele czasopism podziemnych osiągało rozmiar sporych książek i wysoki poziom literacki, eseistyczny i publicystyczny. Można by wymienić co najmniej kilkadziesiąt tytułów takich almanachów. Ewenementem na skalę światową były naukowe, redagowane i wydawane w konspiracji periodyki, jak wrocławski socjologiczny „Przyjaciel Nauk” i warszawski „Almanach Humanistyczny”.

W 1982 roku w podziemiu ukazywało się w całym kraju co najmniej 800 czasopism. Wydano ponad 300 książek i broszur. W następnych latach liczba tytułów prasowych poza zasięgiem cenzury zbliżyła się do 2 tysięcy, książek – do 4,5 tysiąca.

Co czwarty dorosły obywatel Polski zetknął się w stanie wojennym z drugim obiegiem wydawniczym. W dużych miastach w miarę regularnie miewało kontakt z bibułą 40 procent czytających, a w metropoliach – 60 procent.
ANDRZEJ KACZYŃSKI