Prawo do noszenia broni palnej

Poniżej krótki filmik w temacie posiadania i noszenia broni palnej.
Tego filmu nie zobaczysz w wiadomościach w przeciwieństwie nad relacjami z poczynań Jamesa Holmes.

A co najważniejsze tego zdarzenia najprawdopodobniej nie odnotują żadne statystyki. Nikt nie liczy ile razy użycie lub posiadanie broni uchroniło ich posiadaczy od śmierci, utraty zdrowia lub majątku.
Wszystkie ofiar są natomiast skrupulatnie liczone i mamy twardy argument w dyskusji.

Polityczny kapitalizm kompradorski

Stanisław Michalkiewicz w dość krótkim artykule podsumował sytuację w Polsce. Nie pisze o tych błahych sprawach dotyczących Amber Gold czy „Madzi” tylko rządzących, państwa i transformacji ustrojowej. Opisał to co dla większości osób niewidoczne i nieznane.
Prawda to czy nie? Sam osądź.
Najważniejsze aby poznawać różne spojrzenia na tą samą sprawę.

– – – – – – –

„Nie temu bowiem system służy, by prolet gnuśniał w dobrobycie, lecz aby wizje gigantyczne tytanów myśli wcielać w życie” – zauważył był Janusz Szpotański, charakteryzując komunistyczną ekonomię w poemacie „Towarzysz Szmaciak”. Nawiasem mówiąc, ta krótka charakterystyka, mimo swej zwięzłości, lepiej objaśnia naturę systemu, niż opasłe wypracowania różnych utytułowanych kujonów, co to nie tylko, że zrzynają jeden z drugiego, ale w dodatku – bez zrozumienia. Bo popatrzmy tylko: „Jako tłoczaco-ssącą pompę widzą ten system jego oczy, która jak gigantyczne serce pompuje z dołu z góry tłoczy. Z dołu ssie pompa ludzką pracę bardzo zachłannie, metodycznie, by ją przerobić w swych komorach na płace oraz inwestycje. Płace spływają wąską rurką, a inwestycje – wielką rurą, co jak najściślej jest związane z systemu celem i naturą.” No a cel systemu został ukazany w zdaniu zacytowanym na samym początku.

Wszystko to pokazuje, że komunistyczny model gospodarki był podporządkowany w całości celom politycznym. Najważniejszym celem było oczywiście udowodnienie wyższości ustroju komunistycznego nad kapitalistycznym. To była najważniejsza „gigantyczna wizja tytanów myśli”, którym się wydawało, że kiedy zlikwidują własność prywatną i zysk, jako siłę napędową gospodarki, to ta nabierze niebywałego tempa. Oczywiście nic z tego nie wyszło i jeśli nawet w początkowym okresie pojawiły się korzyści wynikające z koncentracji kapitału, jaka nastąpiła na skutek masowej nacjonalizacji, to wkrótce zostały pochłonięte przez nieuchronną w tej sytuacji biurokratyzację gospodarki.

Groteskowe próby wynalezienia namiastek własności prywatnej i zysku, które w Polsce, u schyłku kadencji Władysława Gomułki przyjęły postać „systemu bodźców materialnego zainteresowania”, którego autorstwo przypisane zostało Bolesławowi Jaszczukowi, byłyby może tylko śmieszne, gdyby próba ich przeforsowania w gospodarce nie zakończyła się masakrą w grudniu 1970 roku. Drugim politycznym celem, jaki zdominował komunistyczną gospodarkę, była jej militaryzacja, niekiedy – jak w okresie wojny koreańskiej i tzw. „planu sześcioletniego” większa, a niekiedy – jak w latach 70-tych – mniejsza. I chociaż w latach 70-tych wiele krajów komunistycznych próbowało imitować kapitalistyczne rozwiązania, to jedynym efektem tych usiłowań była imitacja dobrobytu, która zresztą rozwiała się bardzo szybko, kiedy przyszło do spłacania długów. Breżniewowski „zastój” w Związku Sowieckim, którego ponurym odpowiednikiem w Polsce był stan wojenny, oznaczał początek końca niewydolnego systemu, jego – jak powiedziałby Witkacy – „los ultimos podrigos”.

Przygotowania do transformacji

Kiedy zatem Sowieciarzom nie udał się zapoczątkowany inwazją Afganistanu eksperyment opanowania pól naftowych na Środkowym Wschodzie i zhołdowania w ten sposób przynajmniej Europy Zachodniej, Michał Gorbaczow w 1985 roku zaproponował był w Genewie prezydentowi Ronaldowi Reaganowi zawarcie traktatu rozbrojeniowego, co Amerykanie trafnie zinterpretowali jako wywieszenie białej flagi na znak sowieckiej przegranej w zimnej wojnie. Z uwagi na sowiecki arsenał nuklearny nie oznaczało to jednak bezwarunkowej kapitulacji, tylko zaproszenie do rokowań nad kontrolowanym upadkiem systemu komunistycznego. I te rokowania zostały podjęte: w roku 1986 obydwaj przywódcy spotkali się w Reykjaviku na Islandii, w roku 1987 – w Waszyngtonie, w roku 1988 – w Moskwie, a w roku 1989 Michał Gorbaczow spotkał się z nowym amerykańskim prezydentem Jerzym Bushem na okręcie w pobliżu Malty na Morzu Śródziemnym. Te przygotowania przekładały się na rozwój sytuacji w Polsce. Po pierwsze – w roku 1984 rozpoczęła się wojna między dotychczas harmonijnie współdziałającymi: razwiedką wojskową i bezpieką „cywilną”. Początkiem tej wojny było zamordowanie ks. Jerzego Popiełuszki, a jej zakończeniem – zdymisjonowanie generała Mirosława Milewskiego, oznaczające klęskę bezpieki „cywilnej” i polityczną hegemonię wywiadu wojskowego. Wywiad wojskowy projektuje, przygotowuje, przeprowadza i nadzoruje prawidłowy przebieg transformacji ustrojowej.

Przygotowania do transformacji prowadzone były dwutorowo. Po pierwsze, już od roku 1985, kiedy to w propagandzie socjalizm był jeszcze najlepszym ustrojem na świecie, ze Związkiem Radzieckim na czele – wokół przedsiębiorstw państwowych pojawiły się spółki nomenklaturowe. Ich celem było przygotowanie dotychczasowych beneficjentów systemu komunistycznego do zajęcia odpowiedniej pozycji społecznej, a zatem – i politycznej w nowych warunkach ustrojowych – bo wiadomo było, że kiedy ZSRR wycofa się z Europy Środkowej, ustrój, jakiego świat nie widział, na pewno się nie uchowa. Te przygotowania polegały na rozkradaniu majątku państwowego – bo tylko w ten sposób komunistyczna nomenklatura mogła przekształcić się w warstwę właścicieli, którzy mogliby odgrywać decydującą rolę w nowych warunkach ustrojowych.

Drugim elementem tych przygotowań była selekcja kadrowa. Jej celem było dobranie takiej „niezależnej” reprezentacji społeczeństwa, która za powierzenie zewnętrznych znamion władzy zagwarantuje komunistycznej nomenklaturze – której najtwardszym jądrem był ówczesny polityczny hegemon, czyli wywiad wojskowy – zarówno zachowanie pozycji społecznej, jak i zachowania posiadania tego, co właśnie sobie kradnie. Najważniejszym zadaniem było zapewnienie, przynajmniej na pewien czas, wyselekcjonowanym kadrom wiarygodności w oczach opinii publicznej – i cel ten w zasadzie został osiągnięty.

Transformacja ustrojowa

Żeby lepiej zrozumieć mechanizm transformacji ustrojowej, musimy cofnąć się w czasie, najpierw do października 1988 roku, a następnie – do 6 lutego 1989 roku. W październiku 1988 roku została uchwalona przez Sejm ustawa o działalności gospodarczej, przygotowana przez ministra rządu Mieczysława F. Rakowskiego, Mieczysława Wilczka. Ustawa ta w prosty sposób likwidowała socjalizm realny w gospodarce, ustanowiony w latach 40-tych przez ówczesnego dyktatora gospodarczego Polski, Hilarego Minca, jednego z trójki wszechmogących Żydów, których Ojciec Narodów wyznaczył do przeprowadzenia komunizacji naszego nieszczęśliwego kraju. Hilary Minc miał swój gospodarczy ideał w postaci „planu doprowadzonego do każdego stanowiska pracy” – co wymagało rozciągnięcia nad gospodarką ścisłej biurokratycznej kontroli. Jej narzędziem była reglamentacja; o wszystkim decydowały odpowiednie instancje. Ustawa Mieczysława Wilczka ten krępujący nadzór właśnie znosiła, zamiast obowiązku uzyskiwania pozwolenia na prowadzenie jakiejkolwiek działalności gospodarczej wprowadzając jedynie obowiązek jej zgłoszenia do urzędu skarbowego. Była to prawdziwa rewolucja, a właściwie – kontrrewolucja, przynajmniej z komunistycznego punktu widzenia – ale kontrrewolucja w służbie komunistycznej nomenklatury, która nie potrzebowała już biurokratycznego nadzoru nad własnością, w której posiadanie weszła, tylko swobody w dysponowaniu nią. Ale jeśli nawet ustawa o działalności gospodarczej podyktowana była względami partyjnymi, to dokonana przez nią likwidacja socjalizmu realnego okazała się korzystna również dla tych, którzy do nomenklatury się nie zaliczali – i jej efektem było przywrócenie w Polsce kapitalizmu.

Jednak zwyczajny kapitalizm ma to do siebie, że o dostępie do rynku i możliwości funkcjonowania na rynku w zasadzie decydują właściwości podmiotu który działa; czy jest pracowity, czy jest przedsiębiorczy, czy jest pomysłowy, czy nie lęka się ryzyka – i tak dalej. Te właściwości wcale nie są przypisane do jakiejś jednej warstwy społecznej, a już na pewno nie do komunistycznej nomenklatury, które najtwardszym jądrem pozostawała razwiedka wojskowa. Gdyby zatem pozostawić bieg wypadków własnemu losowi, to wkrótce mogłoby się okazać, że nomenklatura została zdetronizowana przez przedsiębiorczych „cywilów”, którzy przetrwali nawet najgorsze czasy komuny. Dlatego też 6 lutego rozpoczęło się widowisko telewizyjne pod tytułem „Obrady okrągłego stołu”, przeznaczone dla szerokich mas ludowych, by je udelektować widokiem komuchów wijących się, przypieranych do ściany przez drużynę Lecha Wałęsy – podczas gdy w miejscach bardziej dyskretnych, w towarzystwie bardziej zaufanym, kładzione były właśnie fundamenty ustrojowe III Rzeczypospolitej. Wśród nich – również ekonomiczny model państwa, który nazywam kapitalizmem kompradorskim.

Starsi, pamiętający jeszcze marksistowsko-leninowską politgramotę, mogą pamiętać również ten przymiotnik. Marksiści-leniniści określali nim tubylców w koloniach, którzy w zamian za wzorową kolaborację z kolonialną administracją, obdarzani byli przywilejami natury gospodarczej, tworząc dzięki nim niewielką enklawę bogatych tubylców, których marksiści-leninisci z przekąsem nazywali „burżuazją kompradorską”. W kapitalizmie kompradorskim – i to właśnie różni go w sposób istotny od zwyczajnego kapitalizmu, zarazem nieuchronnie gospodarkę polityzując – o dostępie do rynku i możliwości funkcjonowania na rynku decyduje przynależność do sitwy, której najtwardszym jądrem są tajne służby a w szczególności – wywiad wojskowy z komunistycznym rodowodem. Sitwa ta, za pośrednictwem agentury nie tylko kontroluje kluczowe segmenty gospodarki z sektorem paliwowym i finansowym na czele, ale za pośrednictwem agentury w aparacie państwa i mediach zabezpiecza tę kontrolę nie tylko przed wszelką interwencją osób niepowołanych, ale również – przed wtargnięciem niepowołanych osób na obszar zastrzeżony dla sitwy. Dlatego też agentury w strukturach państwa, ani w społecznych kręgach opiniotwórczych za żadne skarby nie tylko wyeliminować, ale nawet ujawnić nie można. Z tego punktu widzenia niezwykle pouczający jest głośny w Polsce przypadek pana Romana Kluski, który nie tylko przeborował sobie dostęp do rynku, ale również odniósł na nim spektakularny sukces. Wtedy okazało się, że on do żadnej sitwy nie należy, że w tym segmencie rynku jest intruzem – więc został natychmiast stamtąd wyciśnięty – ale nie przez konkurencję, tylko przez aparat państwa, który – co się okazało w ciągu następnych 10 lat – złamał wszystkie prawa przez siebie ustanowione!

Decyzja o budowie w naszym nieszczęśliwym kraju kapitalizmu kompradorskiego została wsparta działaniami legislacyjnymi. „Pierwszy niekomunistyczny” rząd znanego ze swej „postawy służebnej” premiera Mazowieckiego rozpoczął odwrót od zasad sformułowanych w ustawie Wilczka. W rezultacie, o ile we wspomnianej ustawie przypadki reglamentacji były bardzo nieliczne, bodajże nie przekraczające kilkunastu, a ich wspólnym mianownikiem było ryzyko sprowadzenia niebezpieczeństwa powszechnego (obrót bronią, amunicją, materiałami wybuchowymi, hurtowy obrót lekami, obrót spirytusem i wódką, prowadzenie agencji detektywistycznych itp.), to 10 lat po wejściu w życie ustawy Wilczka, na skutek nieustannego jej „nowelizowania”, reglamentacja w postaci koncesji, zezwoleń, licencji i pozwoleń obejmowała już 202 obszary działalności gospodarczej.

Drugim posunięciem, dokonanym w pierwszym roku rządów premiera Mazowieckiego, było profilaktyczne wyeliminowanie potencjalnej konkurencji dla komunistycznej nomenklatury. Dokonał tego wicepremier Leszek Balcerowicz przy pomocy ustawy o uporządkowaniu stosunków kredytowych, symetrycznego podniesienia oprocentowania lokat terminowych w bankach komercyjnych oraz sztywnego kursu dolara po 9500 zł. Ustawa o uporządkowaniu stosunków kredytowych, stanowiąca istotny element „planu Balcerowicza”, dla którego „nie było alternatywy”, wprowadzała tzw. „zmienną stopę oprocentowania kredytów” – niezależnie od umowy z bankiem. Jeśli np. umowa z bankiem opiewała na 4 proc. rocznie, to wspomniana ustawa wprowadzała 40 proc miesięcznie. Nietrudno się domyślić, że to rozwiązanie doprowadziło do drenażu zasobów kredytobiorców. A kim byli ówcześni kredytobiorcy? Ano, to byli bogatsi chłopi i drobni przedsiębiorcy – bo wielkich jeszcze wtedy nie było, zatem – zalążek przyszłej polskiej klasy średniej, któremu wicepremier Balcerowicz złamał kręgosłup, jako potencjalnej konkurencji dla komunistycznej nomenklatury i zagranicznych grandziarzy.

Bo na drenażu się nie skończyło. Dzięki stabilizacji kursu dolara na poziomie 9 500 zł do Polski ściągali finansowi grandziarze ze wschodniego wybrzeża USA, którzy wymieniali dolary po sztywnym kursie, umieszczali pieniądze w bankach na wysoko (80-100 proc.) oprocentowanych lokatach terminowych, po roku odbierając je ze stuprocentowym zyskiem bez ryzyka. Zatem ten fragment „planu Balcerowicza” uruchomił przepływ pieniądza od polskich kredytobiorców poprzez pozostające pod kontrolą razwiedki banki do zagranicznych finansowych grandziarzy, dzięki czemu wicepremier Balcerowicz, przedtem nieznany szerszemu ogółowi bakałarz w SGH, zyskał reputację ekonomisty światowej sławy i nawet mówiło się o nagrodzie Nobla. Tak czy owak, potencjalna konkurencja dla razwiedki i jej podopiecznych została wyeliminowana, dzięki czemu nic nie przeszkadzało dawnym nomenklaturowcom w rabunkowym eksploatowaniu zasobów naszego nieszczęśliwego kraju i frymarczeniu jego interesami, które prof. Witold Kieżun nazywa postkolonializmem.

Reakcje na kapitalizm kompradorski

Kapitalizm kompradorski jest szkodliwy zarówno ze względu na interes narodowy, jak i interes państwowy. Szkodliwość jego bierze się stąd, że konieczność pozostawania kluczowych segmentów gospodarki z sektorem paliwowym i finansowym na czele pod kontrolą razwiedki pociąga za sobą konieczność wyrzucania wszystkich, którzy do sitwy nie należą, poza główny nurt życia gospodarczego. To zaś sprawia, że narodowy potencjał gospodarczy wykorzystywany jest w niewielkim stopniu, ze wszystkimi tego konsekwencjami. Interes narodowy zaś polega na tym, by naród się rozwijał, a nie zwijał. Każdy normalny człowiek uważa, że lepiej jest być, niż nie być – może z wyjątkiem ludzi o skłonnościach samobójczych – ale i oni, odratowani zaraz się nawracają i też uważają, że jednak lepiej być. Żeby jednak być, to znaczy – żeby naród się rozwijał, musi mieć odpowiednie warunki rozwoju. W przeciwnym razie zaczyna się zwijać – właśnie jak nasz mniej wartościowy naród tubylczy, w którym na przestrzeni zaledwie 20 lat odsetek dzieci i młodzieży w populacji spadł aż o 10 procent! Takie są skutki niepełnego wykorzystania narodowego potencjału gospodarczego wskutek konieczności zachowania ekonomicznego sensu sitewnego przywileju. Jeśli chodzi o państwo, to nie jest ono w stanie stworzyć siły w żadnym segemncie swego funkcjonowania – z segmentem militarnym na czele.

Społeczeństwo nasze reaguje na kapitalizm kompradorski na trzy sposoby. Cześć ludzi, widząc, że są wyrzucani na margines głównego nurtu życia gospodarczego – emigruje. Na ogół radzą sobie w obcych krajach, gdzie nie znają stosunków, często nawet języka i nie mają żadnego oparcia – ale odsetek ludzi zdeklasowanych wśród emigrantów jest znacznie niższy, niż w kraju, co oznacza, że emigruje najbardziej dynamiczny, energiczny i zdolny element. Wskutek emigracji jakość naszego narodu systematycznie się pogarsza, bo trzeba zwrócić uwagę, że nie emigrują starcy, ani osoby nieuleczalnie chore, tylko ludzie młodzi i zdrowi. Inna część nie emigruje, bo nie może, albo nie chce – ale prowadzi z kapitalizmem kompradorskim wojnę.

O taktyce i środkach walki w tej wojnie niewiele wiadomo, ale wiadomo, że ona się toczy – o czym informuje Główny Urząd Statystyczny podając, że około 30 procent PKB, a więc tego, co zostało w Polsce wyprodukowane i sprzedane, powstaje w „szarej strefie”, a więc w konspiracji przed władzami. Jedna trzecia gospodarki – co pokazuje, że w tej konspiracji musi brać udział co najmniej połowa ludności! To jest przyczyna, dla której gospodarka jeszcze jako-tako funkcjonuje, dostarczając naszemu narodowi ekonomicznych podstaw egzystencji. Gdyby – jak odgrażają się kolejne rządy – „szara strefa” została zlikwidowana, wystąpiłyby prawdopodobnie skutki identyczne, jak przy strajku włoskim, kiedy to działalność przedsiębiorstw i instytucji ustaje, chociaż pracownicy pracują bardzo skrupulatnie, przestrzegając przepisów i procedur ustanowionych niby to dla sprawnego działania jednych i drugich. Gospodarka może by nie ustała, bo ciśnienie potrzeb życiowych jest potężne – ale mogłaby wejść w paroksyzmy zagrażające ekonomicznym podstawom egzystencji narodu.

I wreszcie trzecia grupa, która ani nie emigruje, ani nie prowadzi żadnej wojny, ale widząc się wypchniętą poza główny nurt życia gospodarczego, coraz natarczywiej prezentuje postawy roszczeniowe, domagając się, by rząd wziął ich na swoje utrzymanie. Rząd na swoje utrzymanie nikogo wziąć nie może, natomiast może narzucić obowiązek utrzymywania tych ludzi współobywatelom – i to właśnie robi. Podatki, mimo że wysokie, już dawno przestały na to wystarczać i obecnie jedynym sposobem podtrzymywania iluzji płynności finansowej państwa jest powiększanie długu publicznego z szybkością dochodzącą obecnie do około 10 tys. złotych na sekundę. Zabezpieczeniem tego długu są przyszłe podatki, co oznacza, że rządy pozastawiały przyszłe dochody obywateli i to na dziesiątki lat naprzód. To zaś pokazuje, że nasi Umiłowani Przywódcy nie są naszymi reprezentantami, tylko naszymi nadzorcami i to nadzorcami podwójnymi – zarówno z ramienia razwiedki, która powierza im zewnętrzne znamiona władzy – jak i z ramienia lichwiarskiej międzynarodówki, owych „rynków finansowych”, przed którymi Umiłowani Przywódcy demokratycznych państw skaczą z gałęzi na gałąź.

Rozpaczliwa alternatywa

Jakie z tego wnioski? Ano proste – a właściwie jeden wniosek – że mianowicie trzeba jak najszybciej zlikwidować model politycznego kapitalizmu kompradorskiego i zastąpić go zwyczajnym kapitalizmem. Jest to konieczne ze względu na interes narodowy i państwowy, jest to możliwe technicznie, bo wymaga zmiany prawa – a już starożytni Rzymianie zauważyli, że cuius est condere eius est tolere, co się wykłada, że kto ustanowił, ten może znieść – czyli, że nie przekracza to możliwości umysłu ludzkiego – natomiast jest to bardzo trudne, a kto wie, czy w ogóle możliwe politycznie. Rzecz w tym, że razwiedka, będąca głównym beneficjentem kapitalizmu kompradorskiego, od połowy lat 80-tych ma w naszym nieszczęśliwym kraju władzę polityczną. Zatem tylko ona mogłaby dokonać tej operacji. Jakże jednak ma ją przeprowadzić, jakże ma likwidować kapitalizm kompradorski, skoro ciągnie z niego grubą rentę?

Zatem jako społeczeństwo stoimy wobec rozpaczliwej alternatywy: albo ich pozabijać, albo ich przekonać. Jakże ich jednak pozabijać, skoro to oni mają siłę, skoro poprzez agenturę nie tylko kontrolują całe państwo i jego zasoby, ale również, na wszelki wypadek, dysponują prywatnymi, częściowo uzbrojonymi armiami w postaci agencji ochrony, liczącymi co najmniej 200 tysięcy ludzi – dwukrotnie więcej, niż policja? Jakże ich pozabijać, skoro jeszcze w ubiegłym roku, z inicjatywy prezydenta Komorowskiego, znowelizowali przepisy o stanach nadzwyczajnych i wyposażyli policję w rozmaite urządzenia do pacyfikowania obywateli, między innymi – do obezwładniania ich ultradźwiękami.

W takiej sytuacji pozostaje ich przekonać – ale to drugie jest jeszcze mniej prawdopodobne, niż to pierwsze. Wprawdzie przykład węgierski pokazuje, że takie cuda się zdarzają – ale przyczyną cudu węgierskiego mogła być okoliczność, że tam Niemcy, Rosjanie i Francuzi, którzy węgierską gospodarkę kontrolowali, wyślizgali węgierską bezpiekę, zostawiając ją na lodzie, a ona w tej sytuacji jednym susem przeszła na stronę umęczonego narodu, zapalając zielone światło Wiktorowi Orbanowi. U nas sytuacja jest inna po pierwsze dlatego, że razwiedka nadal kontroluje najważniejsze segmenty gospodarki i z cudzoziemskimi gradziarzami tylko się układa – a po drugie dlatego, że wcale nie jest pewne, czy pozwoliliby jej na to nasi sąsiedzi, strategiczni partnerzy. Oni mają bowiem do nas tylko jeden interes – taki sam, mówiąc nawiasem, jak w XVIII wieku – żeby w naszym nieszczęśliwym kraju nie powstał nawet zalążek żadnej siły – a ponieważ mają wystarczająco wiele instrumentów, by swoje zamiary względem nas przeprowadzić, to perspektywa przekonania razwiedki do rozwiązań zgodnych z interesem narodowym i państwowym wydaje się bardzo mało prawdopodobna.

Pod tym względem sytuacja nasza jest gorsza niż innych państw, zwłaszcza – państw poważnych. O ile bowiem zarówno tutaj, jak i tam rządzą tajne służby, o tyle bezpieczniacy rządzący państwami poważnymi, po swojemu, bo po swojemu, ale o swoje państwa dbają, podczas gdy nasza bezpieka zachowuje się jak okupant, który na domiar złego nie jest pewien trwałości okupacji. Skąd taka różnica? Doszedłem do wniosku, że stąd, iż bezpieczniacy w państwach poważnych zawsze służyli własnemu krajowi, bez względu na jego ustrój, podczas gdy bezpieczniacy w naszym nieszczęśliwym kraju od 1944 roku zawsze służyli komuś innemu – i tak już zostało do dnia dzisiejszego. I kto wie, czy nie to właśnie jest naszym największym problemem politycznym.

Stanisław Michalkiewicz

Źródło: http://www.michalkiewicz.pl : Polityczny kapitalizm kompradorski
14 sierpnia 2012

Umowa społeczna

Umowa społeczna. Pewnie o niej słyszałeś nie raz. Często powołują się na nią związkowcy i inni socjaliści. Nikt jej nie widział ani nie podpisywał ale wielu się na nią powołuje. Poniżej propozycja umowy społecznej dla Polski i nie tylko.
(całość wraz z omówieniem na stronach Instytutu Misesa: „Zgoda rządzonych?”)

 

UMOWA SPOŁECZNA

Ja, pierwsza strona umowy („rządzący”), zobowiązuję się:

(1) Określić, ile swoich pieniędzy mi oddasz, a także jak, kiedy i gdzie wpłacisz te pieniądze. Twoje zdanie w tej sprawie się nie liczy, chyba że będziesz błagał mnie o litość, a jeśli nie wywiążesz się z tego zobowiązania, moi pośrednicy udzielą ci kary grzywny lub ukarzą pozbawieniem wolności, a w razie gdybyś wykazywał trwały opór, nawet śmiercią.

(2) Tworzyć tysiące przepisów, których musisz bezwzględnie przestrzegać, także pod groźbą kary wymierzonej przez moich pośredników. Nie będziesz miał żadnego realnego wpływu na treść tych zasad, tak licznych i złożonych, a niejednokrotnie również niezrozumiałych, że człowiek jest w stanie zapamiętać jedynie ich garstkę, nie mówiąc nawet o dokładnym ich przyswojeniu. Jednak jeśli złamiesz choć jedną z nich, nie zawaham się ukarać cię zgodnie z prawem ustanowionym przeze mnie i moich wspólników.

(3) Dostarczyć ci, na zasadach określonych przeze mnie i moich pośredników, tak zwane dobra i usługi publiczne. Być może niektóre z nich będą miały dla ciebie pewną wartość, jednak większość okaże się bezużyteczna, a inne uznasz wręcz za odpychające. Jako jednostka w żadnym wypadku nie będziesz miał realnego wpływu na to, jakie dobra i usługi tobie dostarczam, a ekonomiści będą wciskali ci bajeczki, że to ty „domagasz się” wszystkich tych rzeczy i wyceniasz je na taką kwotę, jaką ja zamierzam poświęcić na dostarczenie ich tobie.

(4) W razie wszelkich sporów między nami, sędziowie — którzy zawdzięczają mi nominację i pensję — zadecydują, jak ten spór rozstrzygnąć. Jeśli twoja sprawa w ogóle zostanie doprowadzona przed sąd, w trakcie rozprawy i tak jesteś na straconej pozycji.

W zamian za powyższe „korzyści” ze strony rządu, ty, druga strona umowy („obywatel”), zobowiązujesz się:

(5) Siedzieć cicho, nie sprawiać kłopotów, wykonywać wszystkie rozkazy wydawane przez rządzącego i jego pośredników, płaszczyć się przed nimi, jakby byli ważnymi, honorowymi ludźmi; a gdy każą ci skakać, upewnić się tylko jak wysoko.

Co, jeśli demokracja jest banialukiem?

Dzisiaj znowu przedruk. Tym razem o wolności.
W Polsce chyba nikt nie ma wątpliwości, że odpowiedz na to pytanie brzmi TAK zwłaszcza w stosunku do polskiej demokracji.

– – – – – – – – – – – – –
Źródło: Napolitano: Co, jeśli demokracja jest banialukiem?

Co, jeśli możesz głosować tylko dlatego, że i tak nie robi to żadnej różnicy? Co, jeśli niezależnie od tego jak zagłosujesz, elity i tak postawią na swoim? Co, jeśli zasada „jedna osoba, jeden głos” jest wyłącznie fikcją stworzoną przez rząd, aby skłonić cię do uległości? Co, jeśli demokracja jest groźna dla wolności osobistej? Co, jeśli demokracja eroduje ludzkie rozumienie praw naturalnych i fundamenty rządu oraz zamienia wybory w konkursy piękności?

Co, jeśli demokracja pozwala rządowi robić wszystko, co tylko zechce, tak długo jak coraz więcej ludzi fatyguje się, żeby pojawić się przy urnie wyborczej w celu jego poparcia, a nie przeciwstawienia się mu? Co, jeśli celem demokracji jest przekonanie ludzi, że ich pomyślny rozwój może zależeć nie od tworzenia dóbr, ale od kradzieży dokonywanej na innych? Co, jeśli jedyną moralną ścieżką prowadzącą do dostatku – z wyjątkiem spadku – jest dobrowolna działalność gospodarcza? Co, jeśli rząd wmówił ci, że możesz osiągnąć dostatek poprzez działalność polityczną? Co, jeśli działalność gospodarcza obejmuje wszystkie produktywne i pokojowe rzeczy, które robimy? Co, jeśli działalność polityczna obejmuje wszystkie pasożytnicze i destrukcyjne rzeczy, które robi rząd?

Co, jeśli rząd został pierwotnie ustanowiony po to, żeby chronić ludzką wolność, ale zawsze zamieniał się w polityczne i imperialistyczne przedsiębiorstwa, które dążą do rozszerzania swojej władzy, poszerzania swojego terytorium i zwiększania kontroli nad ludnością? Co, jeśli idea, że potrzebujemy rządu, żeby się nami zajmował, jest w rzeczywistości fikcją? Co, jeśli nasza siła jako jednostek i trwałość kulturalna nie są zależne od siły rządu, ale od miary wolności, jaką mamy od rządu?

Co, jeśli obserwujemy niepokoje społeczne na całym świecie dokładnie dlatego, że rząd wymknął się spod kontroli? Co, jeśli mieszanka wielkiego rządu i demokracji generuje poddaństwo i zniszczenie? Co, jeśli wielki rząd niszczy ludzkie motywacje, a demokracja przekonuje ich, że jedyną motywacją, jakiej potrzebują, to pójść zagłosować i zgodzić się ze wszystkim, czego chce rząd?

Co, jeśli republikańskie prawybory, które właśnie rozkręcają się na naszych oczach, nie są w rzeczywistości tak demokratyczne, jak się wydają? Co, jeśli wyniki ze stanów, które do tej pory zagłosowały, nie odpowiadają składom delegacji, które zostaną przez te stany wysłane nadchodzącego lata na konwencję w Tampa, ponieważ to nie wyniki się liczą, ale tajne spotkania, które mają miejsce po głosowaniach? Co, jeśli Józef Stalin miał rację, kiedy mówił, że najpotężniejszą osobą na świecie jest ten, kto liczy głosy?

Co, jeśli największy tyran w historii żyje pośród nas? Co, jeśli ten tyran zawsze unika odpowiedzialności, niezależnie od tego, jakie prawa obowiązują, albo co mówi Konstytucja? Co, jeśli tym tyranem jest większość wyborców? Co, jeśli tyrania większości w demokracji nie zna granic swojej władzy?

Co, jeśli rząd wprowadza w błąd wyborców, aby uzasadnić wszystko, co chce zrobić? Co, jeśli rząd przekupuje ludzi za pomocą pieniędzy, które sam drukuje? Co, jeśli daje świadczenia biednym, ulgi podatkowe klasie średniej i plany ratunkowe („bailouty”) bogatym, aby utrzymać wszystkich zależnymi od siebie? Co, jeśli tętniąca życiem republika potrzebuje nie tylko demokratycznego procesu wyborczego, ale także doinfomowanych i zaangażowanych wyborców, którzy rozumieją pryncypia ograniczonego rządu, ekonomii wolnorynkowej i boskiego pochodzenia praw naturalnych?

Co, jeśli moglibyśmy uwolnić się spod jarzma wielkiego rządu poprzez akcję edukacyjną i informacyjną oraz odwagę osobistą, które prowadzą do rewolucyjnego powrotu do podstawowych pryncypiów? Co, jeśli grupa sprawująca władzę tego nie chce? Co, jeśli rząd pozostaje taki sam niezależnie od tego, kto wygra wybory?

Co, jeśli wolność wygra dzięki kampanii prezydenckiej Rona Paula, który walczy nie tylko o głosy jak jego konkurenci, ale edukuje ludzi, zdobywa serca i umysły niegdyś wolnych ludzi i inspiruje ich, żeby ponownie walczyli o swoją wolność? Co, jeśli możemy ponownie być wolni? Co będzie potrzebne, żeby stało się to rzeczywistością?

Andrew Napolitano (tłum. Łukasz Stefaniak)

Artykuł ukazał się na łamach amerykańskiego konserwatywnego portalu Townhall.com:

Wolność jest ważniejsza niż wygoda

Poniżej wywiad z Richardem Matthew Stallmanem. Ukazał się on na stronach Obserwatora Finansowego czyli „tubie propagandowej” NBP. Często można tak znaleźć bardzo ciekawe i rzeczowe teksty.

——————–
Wywiad

Źródło: Obserwator Finansowy: Wolność jest ważniejsza niż wygoda

Jeden z głównych argumentów przeciwników ACTA ma wymiar czysto ekonomiczny. W skrócie: artyści od piractwa nie zbiednieją. – To prawda. Dyskusja o ochronie tzw. „własności intelektualnej” jest pełna nieporozumień. Samo to pojęcie, to sztuczny termin sklecony z nieprzystających do siebie pojęć – przekonuje Richard Stallman, legendarny haker oraz jeden z twórców systemu Linux.

Obserwator Finansowy: Nie korzysta pan ze Skype’a?

Richard Stallman: Z komórki również nie korzystam.

Dlaczego?

Bo zagrażają mojej wolności.

Skype zagraża wolności?

Rozmawiając za pośrednictwem Skype’a, komórek, nawet tych nie będących smartfonami, albo zakładając konto na Gmailu, dajemy wielkim koncernom możliwość podsłuchiwania nas, śledzenia nas, gromadzenia o nas danych. Tak skonstruowano to oprogramowanie i tak się je wykorzystuje. Ja się na to nie zgadzam.

Możliwe, ale w zamian za to „wielkie koncerny” ułatwiają nam dostęp do kultury. Amazon.com sprzedaje tanie e-booki, Apple oferuje piosenki za dolara na iTunes…

To jest wygodne, owszem, ale czy wie pan, że np. koncern Amazon ma możliwość zdalnego usunięcia e-booka, który klient czyta na wyprodukowanym przez tę firmę czytniku o nazwie Kindle? Oczywiście, że firma może to zrobić jedynie na wyraźne życzenie władz państwowych, ale jednak… W „Roku 1984” Georg Orwell opisywał praktykę manipulowania przeszłością poprzez reedytowanie już opublikowanych książek i gazet. Czy to przypadek, że Kindle znaczy w języku angielskim „podpalać”? Ja nie ufam rządowi, który brata się z koncernami, ani koncernom, które bratają się z rządem.

Brzmi jak teoria spiskowa.

Takie zagrożenia istnieją. Ja nie mówię o spisku, tylko o faktycznych zagrożeniach, których musimy być świadomi.

Elektronicznych książek również pan nie czyta?

Ja nie sądzę, żeby warto było płacić za to swoją wolnością. Kupuję książki papierowe, za które nie płacę kartą, a gotówką. W ten sposób jestem anonimowy, niezależny, nikt nie robi bazy informacji na temat przeprowadzanych przeze mnie transakcji, na temat moich gustów. Książki, które kupuję mogę trzymać, jak długo mi się podoba, odsprzedać, pożyczyć znajomemu, wielokrotnie skserować i nikt mi nic nie zrobi. To jest wolność, jaką powinien dysponować również konsument kultury elektronicznej. I o tę wolność trzeba walczyć.

Wzniosłe słowa.

Trzeba sobie uświadomić jedno. Internet jest polem bitwy między dwiema ideami. Jedna jest taka, że sieć powinna być przestrzenią dzielenia się kulturą, a druga taka, że powinna być przestrzenią jej reglamentowanej sprzedaży. O to, która zwycięży, toczą się teraz bitwy.

Mówi pan o ACTA?

Zgadza się. A w USA – o SOPA. Na szczęście, przynajmniej tymczasowo, udało nam się tę ustawę zablokować. Uniknęliśmy sytuacji, w której na życzenie właściciela prawa autorskiego, licencji, czy patentu zamykana jest strona WWW, która rzekomo te prawa gwałci.

Ale czy w zaostrzaniu kontroli nad treściami w Internecie nie chodzi jednak o ochronę własności intelektualnej przed piratami? Czy nie jest tak, że internauci burzą się, bo ktoś chce po prostu zakazać im kradzieży?

Tyle w pańskich pytaniach mylących terminów, że nie wiem, od czego zacząć. Używa pan na przykład pojęcia „własność intelektualna”, a to jest sztuczny termin sklecony innych z nieprzystających do siebie pojęć – prawa autorskiego, patentowego i prawa o znakach handlowych. Każde z tych praw powstało z innych powodów i innym celom miało służyć.

„Ochrona własności intelektualnej” to nic innego, jak ochrona interesów firm, które zarabiają na samym posiadaniu patentów, licencji… Mówimy tu o setkach miliardów dolarów. Mniej więcej od połowy lat ’60 nasilił się lobbing, który chce uczynić prawo chroniące „własność intelektualną” jeszcze bardziej restrykcyjnym. Pomaga w tym nawet ONZ. Używa pan również terminu „piraci” i mówi, że „kradną”. Taka retoryka jest na rękę wielkim koncernom, ale jest myląca. Piraci napadali na statki. W Internecie nie ma piratów, są tylko ludzie, którzy dzielą się muzyką, filmami, zdjęciami… Co w tym złego?

Myślę, że wiele złego jest w sytuacji, gdy ktoś włamuje się na komputer artysty i kopiuje sobie z niego nieopublikowane jeszcze dzieło, a potem dystrybuuje je wśród znajomych.

Ależ to zwykłe złodziejstwo! Ja jestem przeciwnikiem ingerowania w czyjąkolwiek prywatność. To, o czym mówię dotyczy utworów, czy oprogramowania już zakupionego, które potem ludzie kopiują. Według mnie w dzieleniu się swoją własnością nie ma niczego złego, wręcz przeciwnie – dzielenie się jest po prostu dobre.

Nie sądzi pan, że na takim „dzieleniu się” artyści, czy choćby tacy, jak pan programiści, zwyczajnie tracą?

Jeśli chodzi o muzykę, filmy, czy gry komputerowe, to na „piractwie” tracą tak naprawdę wyłącznie wielkie gwiazdy i ich wydawnictwa. Tylko im zależy na pełnej kontroli dystrybucji ich wytworów, bo przez „piractwo” są odrobinę mniej bogaci. Tymczasem artyści nieznani, młodzi twórcy tracą tak naprawdę na silnych wydawnictwach, bo silne wydawnictwa wcale nie chcą się z nimi dzielić zyskami ze sprzedanych utworów. Początkującym i mało znanym artystom zależy na tym, żeby kopiowano ich bez ich wiedzy i zgody jak najczęściej. Tylko w ten sposób świat może się o nich dowiedzieć. Wie pan, że mianem piratów po raz pierwszy zostały określone właśnie wydawnictwa przez niezadowolonych autorów? Było to na początku XX w.

Mimo wszystko w świecie, w który wszyscy wszystko kopiują twórcy nie mieliby żadnej motywacji do pracy, czy nie?

Przede wszystkim nie postuluję likwidacji prawa chroniącego artystów, czy innowatorów, a tylko naprawę tego prawa. Poza tym zakłada pan niesłusznie, że jedyną motywacją twórców są pieniądze. Tak nie jest. Kompozytor nie przestanie komponować tylko dlatego, że na tym nie zarobi. Ale nawet, gdyby to założenie było prawdziwe, to jest wiele sposobów, na które można dać zarabiać twórcom, przy jednoczesnym zaakceptowaniu faktu, że ludzie będą się ich wytworami w sposób nieograniczony dzielić.

Na przykład?

Można na przykład finansować działalność twórców z podatków. Kto jest bardziej popularny, dostaje więcej, a kto mniej – dostaje mniej. To finansowanie należałoby zorganizować tak, by nie odbywało się w systemie linearnym, a raczej takim, który nawet średnio znanym twórcom zapewniałby rozsądne dochody.

To inżynieria społeczna nie do zrealizowania.

A prawa autorskie i patenty to nie jest inżynieria społeczna? Ale ok. Mam jeszcze inny pomysł. Wystarczyłoby do każdego odtwarzacza dołączyć opcję mikropłatności za wybrane utwory. Chodziłoby o to, żeby każdy słuchający muzyki, czy oglądający film, mógł wyrazić swoje uznanie, wysyłając danemu artyście pieniądze. Ta dobrowolna płatność powinna być dla jego portfela nieodczuwalna, ale jeśli artysta byłby lubiany otrzymywałby takich małych kwot setki tysięcy.

Brzmi rozsądnie, ale trzebaby jednak prawnie zmusić producentów oprogramowania do stworzenia takiego systemu mikropłatności. To nie jest zbyt duża ingerencja w wolny rynek?

Politycy ingerują w wolny rynek w o wiele bardziej drastyczny sposób.

Wróćmy na moment do wielkich koncernów i pańskiej walki z nimi. W ramach przeciwwagi dla komercyjnego systemu operacyjnego Windows, stworzył pan własny – GNU. Czy ktoś go w ogóle używa?

Jeśli ktoś używa tzw. Linuksa, to tak naprawdę używa GNU, bo Linkux to jest tylko jądro systemu. Ale dla jasności – ja tylko zainicjowałem projekt GNU, nie jestem jego jedynym autorem. Rozwijać system pomagają tysiące ludzi z całego świata. To jest całkowicie funkcjonalny system. W działalności mojej Fundacji Wolnego Oprogramowania – wolnego, czyli takiego, które działa bez licencji i każdy może zrobić z nim co chce – chodzi o to, żeby przeciwstawiać się praktykom ograniczania swobody twórczej w Internecie.

Walczy już pan z „systemem” prawie 30 lat. Nie ma pan wrażenia, że to trochę walka z góry przegrana?

Nie. Zwolenników idei wolnego oprogramowania jest coraz więcej. Nawet wśród waszych polityków są tacy. Gdy trzy lata temu byłem w Polsce dowiedziałem się, że jej zwolennikiem jest jeden z waszych ministrów. Nazywał się chyba Waldemar Pawlak.

To minister gospodarki.

Wciąż?

Tak.

Mam nadzieję więc, że uda mu się sprawić, by w szkołach dzieciaki pracowały nie na Windowsie, a na dowolnym oprogramowaniu, które kwalifikuje się jako wolne.

Rozmawiał Sebastian Stodolak

Richard Matthew Stallman (ur. 1953) – absolwent fizyki na Harvardzie, programista, aktywista związany z Partią Zielonych. Zajmuje się promowaniem idei wolnego oprogramowania wśród polityków na całym świecie. Znany jest z krytyki wymierzonej w Steve’a Jobsa i Billa Gatesa. W 1984 r. założył kontynuowany do dzisiaj „Projekt GNU”, czyli projekt wypracowania całkowicie darmowego i podatnego na wszelkie zmiany wprowadzane przez użytkowników systemu operacyjnego. Mimo kontrowersyjnych poglądów aż 10 uznanych uniwersytetów przyznało mu doktorat honoris causa, bądź tytuł profesorowa honorowego za szczególne osiągnięcia.

ACTA – w skrócie

Mnie jak zwykle oburza podejście polskiego „rządu” do sprawy podpisania kolejnych zobowiązań międzynarodowych bez konsultacji z polskimi grupami interesu których to dotyczy. Zobowiązań które nie realizują żadnych interesów Polaków. Obawiam się również, że „rządzący” robią to bez głębszej analizy jakie przyniesie to skutki. Jak zwykle zastanawiam się czy „rządzący” są tak skorumpowani czy tak głupi, że działają tak jak działają. Stawiam na głupotę, a ty?

I jeszcze ciekawy bardzo ciekawy głos w dyskusji o ACTA

Póki można póty słuchajcie 🙂

Okupacja Wall Street

Trwa okupacja wall street. Dzisiaj kilka filmików.
Komentarz postaram się przedstawić jutro.
Nowe linki do filmów i artykułów na bieżąco na twitterze: #OccupyWallStreet
Na żywo z Wall Street

Trochę reklamy

Trochę męczeństwa

Trochę brutalności i chaosu

I jak zwykle bębniarze

A na podsumowanie ludzie z drugiej strony barykady