Kto popiera walkę z globalnym ociepleniem

Barack Obama przekonał Izbę Reprezentantów do przegłosowania ustawy klimatycznej. Ameryka ma emitować o 17 proc. mniej dwutlenku węgla i gazów cieplarnianych do 2020 roku, a do połowy tego stulecia aż o 83 proc. mniej niż teraz. Wygląda dobrze? Jedynie na papierze.

Amerykanie boją się wszędobylskiego rządu, ale tradycyjnie wspierają ochronę środowiska. Demokraci pokazują zatem Ameryce białe niedźwiedzie taplające się w topniejących śniegach lodowców, a jednocześnie przepychają w Kongresie ustawę, która doprowadzi do cichej ingerencji rządu w niemal każdą dziedzinę życia obywateli.

Białe dachy za białe niedźwiedzie

Analizy The Heritage Foundation wykazują, że nowa ustawa będzie rocznie kosztować przeciętną amerykańską rodzinę prawie trzy razy więcej w energopochodnych wydatkach. A to dopiero początek problemów.

Ustawa klimatyczna reguluje ceny energii. Koszt energii decyduje o kosztach utrzymania i stylu życia Amerykanów: od wyboru samochodu po cenę kubka kawy. Do widzenia ulubione, bezpieczne kolosy SUV, bye#-bye „umięśnione auta” (muscle cars) wyrywające setkę w kilka sekund. Witajcie nielubiane w Ameryce, bezpieczne dla środowiska (ale nie dla ludzi) samochodziki wyciskające 40 mil z galona benzyny.

Chcesz sprzedać dom? W myśl ustawy klimatycznej twój dom musi być o 30 procent bardziej energooszczędny niż obecnie. Zanim więc przyjdą chętni, wpadnie inspektor, który oceni, czy twój dom spełnia wymogi. Jeśli nie, wstaw nowe okna, zainstaluj biały dach odbijający promienie słoneczne (propozycja Arta Rosenfelda, członka Komisji Energii Kalifornii) i koniecznie zainstaluj (na swój, oczywiście, koszt) gniazdo elektryczne do tankowania baterii hydroaut. Przeciwnicy ustawy argumentują m.in., że ceny domów wzrosną niebotycznie, co ostatecznie pogrąży rynek nieruchomości, pogłębiając recesję.

Walka o ustawę klimatyczną w Senacie będzie zatem walką o charakter Ameryki, która z kraju wolnego wyboru i wolnorynkowej samoregulacji emisji zanieczyszczeń zamieni się w kraj sterowany instrukcjami polityków w Waszyngtonie, w którym o osobistych wyborach obywateli decyduje rząd. Walką, w której – zdaniem wielu – w istocie chodzi o kasę i o władzę.

Limit i handel

Limit i handel (cap and trade) to amerykańska wersja dyrektywy o handlu emisjami (EUETS – EU Emissions Trading Scheme). Limit określa dozwoloną w USA ilość emisji zanieczyszczeń, handel – obrót niewykorzystanymi limitami.

Europejski wariant, według analiz publikowanych w „Wall Street Journal”, nie działa. Firmy emitujące dwutlenek węgla ponad otrzymane przydziały wcale nie szukają sposobów na ograniczenie emisji, ale po prostu przekazują rachunek konsumentowi. Kowalski nie tylko płaci za energię więcej, ale i nabija kasę miliarderom nowego przemysłu, których stworzył handel emisjami.

Amerykańskimi pionierami tego przemysłu są m.in. kompanie dostarczające oprogramowanie kontrolujące emisję przedsiębiorstw. Rynek oprogramowania, wart dziś 2,5 mld dolarów, ma wzrosnąć dziesięciokrotnie, jeśli ustawa o limicie i handlu zostanie wdrożona.

W jednej z firm (Hara) poważne sumy zainwestował Al Gore, sztandarowa postać zielonego lobby, autor filmu „Niewygodna prawda”. Ironią losu jest, że najbardziej niewygodna prawda ujrzała światło dzienne już po zdobyciu przez byłego amerykańskiego wiceprezydenta Oscara, kiedy media obiegły rachunki za energię zużytą w posiadłości Gore’ów w Nashville. Wynikało z nich, że państwo Gore zużyli, bagatela, 22,619 kilowatogodziny energii elektrycznej w jednym tylko miesiącu, średnio dwa razy tyle, ile zwykły Amerykanin zużywa przeciętnie w ciągu całego roku.

Sam film Gore’a dofinansował Jeff Skoll, były prezydent eBay, partner inwestycyjny Gore’a, założyciel funduszu zaporowego (hedge fund) Capricorn Investment Group, LLC, w który Al Gore zainwestował 35 milionów dolarów.

Według źródeł Bloomberg News Al Gore zakończył karierę polityczną jako wiceprezydent z sumą 2 mln dolarów na koncie. Według danych Fast Company w 2007 r. jego fortuna sięgnęła już ponad 100 milionów dolarów uzyskanych z inwestycji w przedsiębiorstwa produkujące zielone technologie i ciągle rośnie. Największą kurą znoszącą zielone jajka jest dla Gore’a partnerstwo z firmą inwestycyjną Kleiner, Perkins, Caufield & Byers z Kalifornii, która m.in. chce wypuścić na amerykański rynek 50 tys. samochodów elektrycznych.

Na „zielony pociąg” załapali się inni promotorzy ustawy. Przewodnicząca Izby Reprezentantów, demokratka Nancy Pelosi, zainwestowała od 50 do 100 tys. dolarów w korporację Clean Energy Fuels. A współautor ustawy, demokrata z Massachusetts, Edward Markey podobne kwoty w Firsthand Technology Value Fund.

Niektórzy politycy w Kongresie tak się spieszyli z uchwaleniem ustawy, że opozycja republikańska w Izbie otrzymała do lektury 341 stron poprawek do ustawy o 3 nad ranem w dniu głosowania, a Agencja Ochrony Środowiska (EPA) nie ujawniła przed głosowaniem treści raportu wykazującego, że do 2030 roku czeka nas oziębienie klimatu. Powstałoby wówczas pytanie: jeśli nie ma globalnego ocieplenia, to po co nam ustawa klimatyczna?

Straszak zielonego lobby

Na ironię losu zakrawa fakt, że gdy w marcu w Dniu Ziemi aktywiści ochrony środowiska demonstrują przed Kapitolem przeciwko globalnemu ociepleniu, w Waszyngtonie sypie śnieg. Być może dlatego zielone lobby w Ameryce zarzuciło termin „globalne ocieplenie” na rzecz nowego: „zmiany klimatyczne”.

Innym straszakiem używanym przez zielone lobby w Ameryce jest węgiel. Węgiel dostarcza Ameryce niemal połowę energii. To także 40 proc. emisji dwutlenku węgla do atmosfery całej Ameryki. Zielonemu lobby to wystarcza, by straszyć: wyginą niedźwiedzie polarne, a wyspa Manhattan straci Downtown aż po Wall Street, która z ulicy Ościennej zamieni się w Portową, kiedy roztopione lodowce Alaski podniosą poziom wód o 6 metrów. Tych „prawd” uczy się dziś dzieci w amerykańskich szkołach.

Tymczasem brytyjska Antarctic Survey obsługująca pięć stacji badawczych na Antarktydzie stwierdza w „Geophysical Research Letters”, że w ciągu ostatnich 30 lat pokrywa lodowa Antarktyki rosła w tempie 100 tys. kilometrów kwadratowych co dziesięć lat. Również australijskie Centrum Badawcze na Antarktydzie w stacji Davis (Antarctic Climate and Ecosystems Co#-Operative Research Center) stwierdziło, że w ubiegłym roku średnia grubość pokrywy lodowej Antarktyki wynosiła 1,89 metra, najwięcej od dziesięciu lat.

Badania wykazują, że globalne ocieplenie przeżyli już nasi przodkowie między X a XIII wiekiem, kiedy na Ziemi panowała temperatura od 1 do 3 stopni wyższa niż obecnie. Od połowy XIX wieku temperatura wzrastała tylko o 0,5 stopnia Celsjusza, a w latach 1940 – 1975 zaczęła ponownie spadać. Jeżeli zatem w dobie powojennego boomu gospodarczego i związanej z nim emisji dwutlenku węgla do atmosfery temperatura malała, oznacza to, że relacja między emisją CO2 a temperaturą nie istnieje. Jeśli tej relacji nie ma, cała koncepcja globalnego ocieplenia traci sens.

Faktem jest także, że czynne dziś wulkany emitują więcej CO2 niż wszystkie nasze fabryki, samoloty i samochody razem wzięte. Zwierzęta i bakterie żyjące na Ziemi wytwarzają ok. 150 gigaton dwutlenku węgla rocznie, ludzie zaledwie 6,5 gigatony. Najwięcej dwutlenku węgla emitują oceany pokrywające ponad 70 proc. naszej planety. Sezonowe wahania temperatury wód oceanu odpowiedzialne są za powodzie, susze i inne klimatyczne zmiany, które obserwujemy od czasu do czasu, a które mają tyle wspólnego z apokalipsą co trąba powietrzna z tubą.

Do więzienia za wycięcie drzewa

Ameryka kocha przyrodę. Abraham Lincoln w 1864 roku oddał ziemię doliny Yosemite „w wieczyste publiczne władanie”, tworząc pierwszy park narodowy na świecie. Dumą napawają Wielki Kanion, bezdroża dzikiej Alaski czy bezkresne prerie Wyoming „piękne za bezkres nieba”, uwiecznione w popularnej pieśni XIX#-wiecznego organisty z New Jersey Sama Warda.

100 lat później hrabstwa w całej Ameryce przyjmują tzw. prawa drzew (tree laws). Były burmistrz Nowego Jorku Rudolph Giuliani za swej kadencji podniósł kary za nielegalne ścięcie drzew w metropolii do jednego roku pozbawienia wolności i 15 tys. dolarów grzywny.

Dziś jednak, po raz pierwszy w historii sondaży Gallupa, 51 proc. Amerykanów uważa poprawę gospodarki za ważniejszą od ochrony środowiska. Mimo to prezydent Barack Obama przeforsował ustawę klimatyczną w Izbie Reprezentantów. Choć przypuszczać należy, że polegnie ona w Senacie, zastanawia tempo narzucania społeczeństwu rozwiązań majstrowanych w gabinetach lobbystów, bankierów i innych wizjonerów przyszłej Ameryki spod znaku „Yes, we can”. To, że możemy, nie znaczy, że powinniśmy. Prezydent George W. Bush nie podpisał protokołu z Kyoto, uznając go za szkodliwy dla amerykańskiej gospodarki.

Wydaje się jednak, że prezydent Obama będzie chciał nadal polerować swój image i pojawi się w grudniu na konferencji klimatycznej w Kopenhadze, by popychać Amerykę w objęcia zbiorowych układów ekologicznych Narodów Zjednoczonych. W grudniu może być tam zimno. Tak zimno, że amerykańska delegacja może wspomnieć słowa Boba Dylana z wywiadu dla „The Rolingstones”: „Czy niepokoi pana globalne ocieplenie? – Gdzie jest to ocieplenie? – odpowiada ikona rocka. – Tu można zamarznąć”.

Autor jest dziennikarzem, byłym korespondentem TVP i TVN w USA. Publicysta, prezenter i producent telewizyjny.W Stanach Zjednoczonych od 1988 roku http://www.maxkolonkoblog.com

Rzeczpospolita: Globalne ocieplenie czy globalna ściema?
Mariusz Max Kolonko 14-07-2009,

Al Gore laureat Pokojowej Nagrody Nobla

Źródło: Rzeczpospolita: Prorok globalnej ekohisterii
Tomasz P. Terlikowski
05-01-2008,

Al Gore jest żywym dowodem na to, że aby dostać pokojowego Nobla, nie trzeba zrobić nic wielkiego. Nie trzeba nawet zrobić nic, co by związane było z pokojem. Wystarczy mieć tylko odpowiednie poglądy

Al Gore Nagroda Nobla
Al Gore laureat Pokojowej Nagrody Nobla

Wielkie narracje odeszły już w przeszłość. Odwoływanie się do religii, ale również do wielkich systemów filozoficznych czy ideologicznych –wszystko to budzi niechęć, lekkie zażenowanie, a przynajmniej lekceważenie. Ich miejsce nie pozostało jednak puste. Zajęły je wielkie histerie. A wśród nich poczesne miejsce zajmuje obecnie strach przed globalnym ociepleniem, które stać się ma nowym Armagedonem (niespełna kilka lat temu była nim „pluskwa milenijna“).

Najwytrwalszą Kasandrą „Pogodogedonu“ jest zaś Al (bert) Gore junior. Ten wiceprezydent Stanów Zjednoczonych za czasów Billa Clintona, niedoszły prezydent (wciąż kwestionuje wynik wyborczy, ale nie dzieli się wątpliwościami z Amerykanami, żeby ich nie zniechęcić do systemu demokratycznego), wyznawca nowych technologii, który wciąż przestrzega przed ich skutkami dla demokracji – zmartwychwstał politycznie i społecznie dzięki wielkiej akcji wywoływania ekohisterii. I właśnie za nią dostał Pokojową Nagrodę Nobla.

Credo Gore’a

Histeria ta (jak każda inna) niewiele ma wspólnego z faktami naukowymi, z odkryciami klimatologów, geografów czy choćby ekologów zajmujących się globalnym ociepleniem. Opiera się ona na zgrabnie przyrządzonym filmie (nagrodzonym, a jakże), bogato ilustrowanych książkach oraz pokazach slajdów uzupełnianych ciepłym, a gdy trzeba kaznodziejskim głosem Ala Gore’a, który już przez swoich medialnych sympatyków określany jest mianem gwiazdy pop kultury z pozytywnym przesłaniem.

Fakty, odkrycia naukowe czy choćby rzeczywistość nie zaprzątają przy tym głowy megagwiazdy politycznego show-biznesu. A najlepszym tego dowodem jest wyrok brytyjskiego sądu, który uznał, że film „Inconvenient Truth“ jest w wielu miejscach, i to kluczowych dla jego przesłania, zwyczajnie niezgodny z prawdą. – Apokaliptyczny scenariusz, który przedstawia, podobnie jak wizje wzrostu poziomu morza w najbliższym czasie o siedem metrów nie znajdują, pokrycia w opiniach naukowców – podkreślił sędzia Burton. Nie znajdują i zapewne nie znajdą, bowiem nie mają się one wcale opierać na wiedzy, a na wierze. Nie ukrywa tego zresztą sam autor, sugerując, że zajął się obroną klimatu Ziemi pod wpływem wypadku samochodowego swojego syna, który miał miejsce w 1989 roku. To on stał się powodem, dla którego Gore zajął się ekologią, i to z pasją baptystycznego kaznodziei głoszącego już nie sądny dzień chrześcijan, ale klimatyczny koniec świata. Pasja religijna była w jego twórczości tak mocna, że jeden z recenzentów jego twórczości M. Scott Peck nie wahał się określić jednej z jego prac „książką prorocką, a nawet świętą“.

Stopniowo zresztą, inie ma co ukrywać, że pod wpływem związków z ruchem ekologicznym Gore tracił – nawet czysto rodzinne – związki z chrześcijaństwem. Urodzony i wychowany jako baptysta już w swoich pierwszych książkach o ekologii dystansował się od tradycyjnego chrześcijaństwa. „Chrześcijańscy ignoranci, którzy obawiają się otwarcia umysłów na nauki głoszone poza ich własnym systemem wiary, odrzucając przekonanie, że ziemia jest naszą świętą matką, stają się zagrożeniem dla przetrwania ludzkości“ – przekonywał w swojej książce „Earth in Balance“.

W 2003 r. zerwał w końcu ze swoim wyznaniem, uznając je za zbyt konserwatywne, powiązane z prawicą religijną, a do tego niewystarczająco otwarte na ekologię. Kim jest zatem obecnie? Pytany o to przez dziennikarzy, odpowiadał, że chodzi z żoną do różnych wspólnot. – Jesteśmy teraz bardzo ekumeniczni – podkreślał w rozmowie w 2003 roku. Ale już w tegorocznym wywiadzie dla londyńskiego „The Times“ zdecydował się na większą szczerość: „Mam bardzo osobistą definicję tego, kim jest Stwórca Wszechświata. Wierzę, że jest On siłą poruszającą świat, ale nie sądzę, by ją w jakikolwiek sposób predeterminował“. A jego żona Tipper Gore uzupełniała w licznych radiowych wypowiedziach: „Sądzę, że jestem naśladowczynią Baba Rama Dassa“ (czyli harwardzkiego profesora, który choć zaczynał od eksperymentów z narkotykami, to ostatecznie został „mistrzem duchowym“, czerpiącym swoje inspiracje z hinduizmu).

Nawet jednak tak ograniczona wiara w „świętą matkę ziemię“ stworzoną przez Kreatora Wszechświata oraz w konieczność jej obrony przed zakusami złych ludzi, którzy mogą doprowadzić do końca jej istnienia, nie przekłada się na jakieś szczególne praktyki byłego wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych. W lipcu 2007 roku wywołał on na przykład niemały skandal wśród zafascynowanych nim ekologów, godząc się na podanie na weselu córki zagrożonej wyginięciem chilijskiej ryby.

– 50 procent spożywanych ryb tego gatunku pochodzi z nielegalnych połowów – grzmiała Rebecca Keeble z Humane Society International. – Al Gore mógł wybrać coś innego do zjedzenia – uzupełniała na łamach „Australia Daily Telegraph“. I na nic zdały się zapewnienia Gore’a i sztabu jego pracowników, że akurat te ryby zostały złowione całkowicie legalnie, i że istnieją na to dowody. Nic nie pomogły także zapewnienia, że były wiceprezydent absolutnie zgadza się z przeciwnikami nielegalnych połowów ryb zagrożonych wyginięciem.

Rzeczniczka Gore’a musiała się zresztą borykać nie tylko z zarzutami spożywania nieodpowiednich posiłków, ale także z wypominaniem przez radykalnych ekologów, że choć Gore wiele mówi o konieczności wyrzeczeń i ograniczania emisji gazów cieplarnianych –to jego własna rezydencja w Nashville pożera tyle samo energii, co małe miasteczko. Jednak to już się zmieniło. Po dwóch latach Gore zamontował w swoim domu wszystkie możliwe energetyczne nowinki, dzięki czemu zaoszczędza ok. 13 procent dotychczas zużywanej energii. O tej dobrej nowinie donosiły nawet polskie portale internetowe.

Darowane gafy

Niedbałość o fakty czy o zgodność własnych wypowiedzi z rzeczywistością nie zdarza się zresztą Gore’owi tylko w przypadku ekologii. Jeszcze jako wiceprezydent i późniejszy kandydat na prezydenta zasłynął wśród dziennikarzy jako człowiek mający kłopot z odróżnianiem rzeczywistości od swoich własnych projekcji. W licznych wywiadach zapewniał na przykład, że to na nim i jego żonie (pobrali się, mając 21 lat, mają czworo dzieci i są – jak zapewniają ich znajomi – znakomitym małżeństwem, z czwórką dzieci) wzorował jednego z głównych bohaterów „Love Story“ Erich Segal. Ten ostatni jednak zdecydowanie zaprzeczył i wskazał, że inspiracją był nie demokratyczny polityk, ale aktor Tommy Lee Jones.

Innym razem – na potrzeby kampanii – zapewniał, że jest synem farmera, który od dzieciństwa zaznał ciężkiej pracy na farmie i własnymi siłami osiągnął wszystko. Problem polega tylko na tym, że – jak ujawnił sympatyzujący z nim „New York Times“ – to wierutna bzdura. Al Gore junior jest bowiem synem Alberta Gore’a Seniora, wielokrotnego senatora i prominentnego polityka Partii Demokratycznej.

Jego ojciec nie tylko nigdy nie posłał go na farmę, ale wręcz zapowiedział dziennikarzom jeszcze przed jego urodzinami, że mają się strzec przed umieszczeniem informacji o narodzinach syna gdzieś w głębi gazety. A zatem dzień po narodzinach na pierwszej stronie „Tennessean“ ukazała się informacja o przyjściu na świat oczekiwanego potomka: „Dobrze panie Gore, oto i on, na pierwszej stronie“. W późniejszych latach młody Gore też nie poznał pracy na farmie, bowiem od dziecka był przygotowywany do odegrania roli polityka, a nie farmera.

Najsłynniejszą wpadką polityka było jednak wyznanie, że to on – podczas pracy w Kongresie – podjął inicjatywy, dzięki którym powstał Internet. Tego było za wiele dla dziennikarzy zajmujących się nowymi mediami. „W 1969 roku Departament Obrony zatwierdził działania agencji ARPANET. Gore miał wówczas 21 lat“ – grzmiał magazyn „Wired“

Działania Gore’a w latach 90., kiedy próbował wspomóc nauczycieli i uczniów w dostępie do tworzonej sieci, też nie miały większego znaczenia. Gore chciał bowiem, by nowa sieć rozwijała się pod pewnym (oczywiście, jak to w Stanach Zjednoczonych, względnym) nadzorem państwa, a jej rzeczywisty sukces związany jest raczej z anarchicznym sposobem rozwoju.

Miraż akcji niepolitycznej

Wszystkie te wypowiedzi, gafy i potknięcia zostały jednak Gore’owi wybaczone, gdy zadeklarował zerwanie z polityką. Po przegranych wyborach rozpoczął serię wykładów, później zaczepił się jako doradca Google’a i innych wielkich firm internetowych, ale konsekwentnie odmawiał komentowania prezydentury Busha. Po 11 września zadeklarował nawet, że Bush jest i jego naczelnym wodzem.

Wszystko zmieniło się jednak po decyzji o inwazji na Irak. Gore, jako jeden z nielicznych demokratów, zdecydowanie się jej przeciwstawił. I tak już zostało, były wiceprezydent jest nadal jednym z najwytrwalszych i najostrzejszych krytyków Busha. – Rzeczywistą cechą tej prezydentury jest to, że w istocie Bush jest słabym człowiekiem. On ukazuje się jako twardy facet, ale za zamkniętymi drzwiami jest całkowicie posłuszny tym, którzy wspierali go finansowo oraz własnej koalicji z gabinetu owalnego –mówił Gore w rozmowie z reporterem „New Yorkera“.

Powodem do ataków na Busha jest także jego pobożność, Wszystko to razem sprawia, że przegrany kandydat na prezydenta, któremu zarzucano drewniany styl i drętwość wypowiedzi, stał się jednym z najbardziej cenionych polityków wśród demokratycznie nastawionych dziennikarzy i publicystów. Magazyn „Time“ przewiduje nawet, że mimo zdecydowanej odmowy Gore’a możliwe jest jeszcze „skuszenie“ go i jego start w najbliższych wyborach, naprzeciw jednego z kandydatów republikańskich. Gore zaprzecza i zapewnia, że z polityką skończył, a teraz chce się zajmować wyłącznie wielką akcją moralną, jaką jest – według niego – ochrona ziemi przed ekologicznym Armagedonem.

Problem polega tylko na tym, że akurat ta akcja – o rzekomo moralnym charakterze – ma bardzo wymierne rezultaty polityczne. Dotyka bowiem oceny prezydentury Busha, jest często wykorzystywana do atakowania tego ostatniego. Jest próbą nie tyle zmiany życia jednostek (w czym –nawet jeśli dokonuje się to w atmosferze histerii–nie ma nic złego), ile wprowadzenia rozwiązań prawnych, które zmiany wymuszą, a ich brak będą karać finansowo. A głównym winowajcą – przecież już wskazanym – nie będą Chiny czy Rosja, lecz Stany Zjednoczone.

Dlatego oparta na fałszywych przesłankach i prorokująca nierealne scenariusze moralna wizja Ala Gore’a została nagrodzona. Powodem był jej antyamerykanizm i sprzeciw wobec Busha, a nie zasługi dla pokoju. Tych były wiceprezydent Stanów Zjednoczonych zwyczajnie nie ma. Ale też nie były mu one potrzebne. Liczyło się bowiem, co innego.

Nagroda Nobla, Al Gore i inni kłamcy

Źródło: Niedziela: Skandaliczne Noble
28.11.2007

Gdy kilka tygodni temu rozmawiałem z Antoniem Gasparim, przewodniczącym ruchu „Chrześcijanie na rzecz Środowiska Naturalnego” (Cristiani per l’ambiente), usłyszałem zdecydowaną krytykę przyznania Pokojowej Nagrody Nobla Alowi Gore’owi.

Gaspari twierdził, że wyróżnienie dla Gore’a to prawdziwy skandal, dodając, iż nie jest to pierwsza kontrowersyjna decyzja Norweskiego Komitetu, który wybiera laureatów Pokojowej Nagrody. Warto więc wspomnieć, jakie „osobistości” zostały już wyróżnione tą prestiżową nagrodą.

W 2004 r. „pokojowego” Nobla dostała Kenijka Wangari Maathai, którą przedstawiano jako wybitną działaczkę na rzecz środowiska naturalnego (jak widać, problemy ekologiczne są obsesją Komitetu w Oslo). Problem w tym, że Kenijka, która zasłynęła, dzięki temu, że przeprowadziła kampanię sadzenia drzewek, aby zapobiec dezertyfikacji (pustynnieniu) Afryki, jest postacią bardzo kontrowersyjną.

Gdy w 1997 r. kandydowała na urząd prezydenta swego kraju, deklarowała, że Kenię trzeba oczyścić z przybyszów z Indii, których wielu osiedliło się w zachodniej Afryce. Jak donosiły światowe media, tony wypowiedzi późniejszej laureatki Nagrody Nobla na temat Hindusów zamieszkujących jej kraj „nie odbiegały bardzo daleko od idei czystki etnicznej”.

Wangari Maathai jest również zwolenniczką barbarzyńskiej praktyki wycięcia łechtaczki – obrzezania (clitoridectomia), bardzo rozpowszechnionej w Afryce (ocenia się, że na Czarnym Kontynencie ofiarami tej praktyki padło prawie 100 mln kobiet).

Kenijka brała czynny udział w różnych spotkaniach międzynarodowych gremiów na temat środowiska. Była jednym z prelegentów narady United Nations Environment Programme (Program Narodów Zjednoczonych do spraw Ochrony Środowiska), podczas której dyskutowano na temat nowej uniwersalnej i panteistycznej religijności mającej zastąpić chrześcijańsko-judaistyczną wizję świata. Narada ta odbywała się w ramach projektu, którego celem było przygotowanie tzw. Karty Ziemi. Wangari Maathai powiedziała wówczas, że „Karta Ziemi jest listą nowych przykazań”, dodając, że jej przygotowanie jest „jakby pisaniem na nowo Biblii”. Warto dodać, że ks. prof. Michael Schooyans z Papieskiej Akademii Nauk Społecznych nazwał „Kartę Ziemi” – która w zamyśle jej twórców miałaby zastąpić Powszechną Deklarację Praw Człowieka – projektem antyludzkim, pogańskim i panteistycznym.

Oto zasługi, za jakie można dostać Pokojową Nagrodę Nobla!

Jeszcze większym skandalem niż Nobel dla Wangari Maathai było przyznanie go w 1992 r. Gwatemalce Rigobercie Menchú Tum. Sławę zawdzięcza ona książce biograficznej napisanej w 1982 r. przez antropolog Elisabeth Burgos, byłą żonę lewicowego działacza francuskiego Régisa Debraya. Burgos przez osiem dni nagrywała wspomnienia Menchú, na których podstawie powstała książka zatytułowana: „Nazywam się Rigoberta Menchú”. Rigoberta opowiada w niej o trudnym dzieciństwie ubogiej dziewczynki z ludu Majów, ofiary przemocy potomków hiszpańskich konkwistadorów. Jej ojciec Vincente nie pozwalał jej uczęszczać do szkoły, ponieważ musiała pomagać mu w pracy w polu. Rodzina Menchú była tak biedna, że jeden z braci Rigoberty zmarł z głodu. Zdesperowany ojciec stanął wówczas na czele Indian, którzy powstali przeciw latyfundystom i domagali się kawałka ziemi do uprawy. Niestety, wojsko siłą stłumiło powstanie, a Vincente został zabity. Nie dość na tym, brata Rigoberty spalono na placu wioski, a rodzina Menchú musiała się temu przyglądać. Tragiczny los spotkał również matkę. Tyle wspomnienia Rigoberty.

Książka stała się bestsellerem, a nieznana nikomu Gwatemalka z ludu Majów zaczęła być postrzegana jako symbol walki ludów tubylczych z wyzyskim, zniewoleniem i ubóstwem – walki o lepszy świat. Menchú powtarza, że jej doświadczenia osobiste są rzeczywistością wielu ludów tubylczych, dlatego czuje się powołana do ich reprezentowania. Staje się tak sławna i popularna, szczególnie w lewicowych i radykalnych kręgach intelektualnych na Zachodzie, że w 1992 r. Komitet z Oslo przyznaje jej Pokojową Nagrodę Nobla.

Sława i prestiżowe wyróżnienie sprawiły, że zaczęto się lepiej przyglądać postaci gwatemalskiej noblistki. Rodzinną wioskę Menchú odwiedził antropolog David Stoll, który następnie w swej książce zdemaskował kłamstwa zawarte w biografii najsłynniejszej Gwatemalki. Okazało się, że ojciec Rigoberty nie był bezrolnym chłopem, lecz posiadał 2700 ha ziemi. Dziewczynka nie była zmuszana do pracy w polu, lecz uczęszczała do dwóch znanych szkół prowadzonych przez siostry zakonne. Patetyczna walka o ziemię była w rzeczywistości sporem między ojcem a jego krewnymi. Nikt też nigdy nie słyszał o spaleniu jej brata. Jednym słowem – „heroiczny” życiorys przedsiębiorczej Rigoberty, któremu zawdzięcza sławę, Nagrodę Nobla i funkcję ambasadora Narodów Zjednoczonych, był stekiem kłamstw. Potwierdził to również dziennikarz gazety „New York Times” wysłany do Gwatemali.

Zadziwiające jest, że Komitet Noblowski nie odebrał jej nagrody, a ONZ nadal traktuje ją jako swego ambasadora, stając się poniekąd gwarantem jej integralności moralnej i intelektualnej. Obrońcy Menchú powtarzają, że cel uświęca środki, a cel jej działalności jest szlachetny. Dlatego w aureoli noblistki podróżuje ona ciągle po świecie, jest zapraszana na kongresy, konferencje i spotkania, udziela wywiadów i bierze czynny udział w działalności politycznej. Gdy 20 września 2003 r. masoni włoscy świętowali rocznicę zdobycia Rzymu przez wojska piemonckie i obalenia doczesnej władzy papieży, głównym ich gościem była Menchú, która miała dać swe „świadectwo walki w obronie ludzi, którzy są pozbawieni podstawowych praw” (to bardzo znaczące).

Sławna za granicą, w Gwatemali Rigoberta nie jest traktowana zbyt poważnie. Gdy 9 września 2007 r. ta samozwańcza obrończyni uciśnionego ludu wystartowała w wyborach prezydenckich w swym kraju, wynik był żenujący – otrzymała jedynie 3,05 proc. głosów!

W tym kontekście warto przypomnieć, że w 2003 r. wiele osobistości i organizacji z całego świata wskazywało na Jana Pawła II jako na najlepszego kandydata do Pokojowej Nagrody Nobla za jego wysiłki w celu niedopuszczenia do wojny w Iraku oraz za wielki wkład w pojednanie wyznawców różnych religii. Jednak i tym razem Komitet w Oslo nie wziął pod uwagę rzeczywistych zasług kandydatów do Pokojowej Nagrody, lecz pokierował się kryteriami politycznej poprawności i doraźnymi interesami politycznymi, wybierając irańską adwokatkę. Honorowanie osobistości religijnych nie jest politycznie poprawne, a poza tym Jan Paweł II postrzegany był przez laickie kręgi jedynie jako szef instytucji, która prześladuje kobiety (Kościół katolicki sprzeciwia się kapłaństwu kobiet), homoseksualistów (Kościół katolicki nie chce uznać związków osób tej samej płci) i utrudnia walkę z AIDS (Kościół katolicki uważa, że masowa dystrybucja prezerwatyw nie jest bynajmniej sposobem na rozwiązanie problemu AIDS). Wielkie zasługi Papieża na polu światowego pokoju i pojednania między narodami stały się sprawą drugoplanową.

Po przeanalizowaniu powyższych faktów trzeba się zastanowić, czy Pokojową Nagrodę Nobla należy jeszcze uważać za najbardziej prestiżowe wyróżnienie na świecie. Wybór kandydatów w ostatnich latach skłania raczej do stwierdzenia, że jest to jedynie nagradzanie osób – nie zawsze wybitnych i zasłużonych – które w jakiś tam sposób wcielają stronnicze poglądy ideologiczne i polityczne członków Komitetu Nagrody Nobla.

* * *

Gdy rozmawiałem na temat skandalicznych Pokojowych Nagród Nobla z moim włoskim znajomym, Antoniem Gasparim, powiedział mi, że równie dyskusyjne – żeby użyć eufemizmu – są niektóre decyzje podejmowane przez Komitet wybierający laureatów w dziedzinie literatury. Podał mi dwa konkretne przykłady dotyczące włoskich zdobywców nagrody. W 1959 r. Nobla otrzymał Salvatore Quasimodo – dobry tłumacz i mierny poeta, chociaż bezdyskusyjnie najwybitniejszym ówczesnym poetą we Włoszech był Giuseppe Ungaretti. W 1997 r. literackiego Nobla przyznano Dario Fo – mało znanemu poecie piszącemu w dialekcie lombardzkim i udzielającemu się w teatrze, który na dodatek nigdy nie był pisarzem. Członkowie Komitetu Nagrody Nobla zignorowali największego żyjącego poetę włoskiego Mario Luzziego. Jakie więc pozaartystyczne kryteria zadecydowały, że to prestiżowe wyróżnienie – a za takie uchodzi Nagroda Nobla – zostało przyznane nie najwybitniejszym poetom, lecz ludziom mniej zasłużonym? Antonio Gaspari zasugerował wyjaśnienie tej kwestii: Ungaretti i Luzzi byli katolikami, natomiast Quasimodo oraz Fo to komuniści (drugi z nich to także zażarty antyklerykał). Komuniści – tak, katolicy – nie. Jeżeli takie są kryteria przyznawania Nagrody Nobla w dziedzinie literatury, to przestańmy nazywać ją najbardziej prestiżowym wyróżnieniem na świecie.
Włodzimierz Rędzioch