Poradnik dla wierzących w kryzys

Nadchodzący Wielki Kryzys będzie miał nr 3 (chociaż niektórzy uważają, że wciąż trwa nr 2) Numerki będą rozdawać historycy. Obecnie ważniejsze jest przygotowanie się do nadchodzących wydarzeń.
Jeden z moich ulubieńców prof Krzysztof Rybiński przedstawia „krótką listę zaleceń przedkryzysowych„. Cieszę się, że w końcu p. prof podsumował swoje przemyślenia w tej kwestii. Przez ostatnie miesiące w swoich artykułach przemycał tylko pojedyncze sugestie.
Jeszcze bardziej cieszy mnie to, że powszechnie znany ekonomista ostrzega o możliwości nadejścia bardzo ciężkich czasów i podpowiada jak do nich się przygotować.

1. Pozbyć się funduszy akcyjnych i mieszanych, kupić dolary, jeny lub franki szwajcarskie, ewentualnie złoto, bo w kryzysie ceny akcji mocno spadną a złoty silnie się osłabi
2. Osoby które znają się trochę na rynkach finansowych mogą sprzedać kontrakty terminowe na indeksy giełdowe w Europie, bo indeksy mogą silnie spaść
3. Jak ktoś ma nieruchomość na wynajem, niech wynegocjuje długoterminowe stawki, bo te mogą spaść, ten kto wynajmuje niech skróci okres najmu, bo będzie mógł wynegocjowac korzystne warunki jak kryzys się nasili
4. Szanować swoją pracę, bo bezrobocie silnie wzrośnie i będą zwolnienia, najlepiej rozpocząć w pracy jakiś ważny długoterminowy projekt, żeby nie mogli osoby prowadzącej ten projekt zwolnić
5. Dostawcy towarów i usług niech obniżą ceny w zamian z zapewnienie sobie długoterminowych kontraktów z wysokimi karami za ich zerwanie
6. Osoby żyjące na bieżąco niech zaczną budować sobie bufor oszczędnościowy na gorsze czasy
7. Spłacić kredyt walutowy wcześniej, bo raty mogą wzrosnąć
8. Znaleźć szkolenia, które pozwolą zdobyć kwalifikacje, żeby znaleźć szybko inną pracę jak pojawią się grupowe zwolnienia
9. Szefowie firm powinni szukać innych rynków na swoje towary, bo obecne rynki mogą się skurczyć
10. Budować zapasy gotówki, bo w kryzysie spadną ceny większości aktywów (akcji, ziemi, nieruchomości, firm), co pozwoli na tanie kupno za jakiś czas (rok, dwa, kilka lat, w zależności od długości i dotkliwości kryzysu)
11. W przypadku bardzo ciężkiego kryzysu niektóre banki mogą zbankrutować, można się przed tym zabezpieczyć przesuwając oszczędności do banków państwowych, w Polsce jest to BGK
12. W kryzysie nie liczy się zwrot z kapitału, tylko zwrot kapitału, trzeba dostosować swoje inwestycje do tej zasady
13. Firmy powinny wynegocjować z bankami wyższe linie kredytowe, zanim zostaną obcięte
14. Sprzedać aktywa w krajach PIGS, zanim stanieją

Postaram się skomentować i uzupełnić tą listę w najbliższych postach.

3 inwestycyjne zasady na kryzys

Przedstawione przez prof Krzysztofa Rybińskiego

Po pierwsze – gotówka. Wiele osób i firm myśli, w co zainwestować, żeby przetrwać i uchronić majątek osobisty lub firmy przed poważnymi stratami. Okres przed kryzysem to nie jest czas kupowania ani inwestowania, tylko sprzedawania. W kryzysie ceny prawie wszystkich aktywów idą w dół, czasami bardzo mocno. To dotyczy cen akcji, obligacji krajów, które nie są postrzegane jako superbezpieczne (status superbezpiecznego mają na razie tylko cztery kraje: USA, Niemcy, Szwajcaria i Japonia), cen nieruchomości i ruchomości, cen ziemi. Wyjątek stanowią akcje firm, które kwitną w kryzysie, np. tych zajmujących się windykacją nieregulowanych należności. Są też inne branże; osoby zainteresowane z pewnością znajdą odpowiednie przykłady w internecie.

Po drugie – te same reguły dotyczą walut. Jako dobre inwestycje w czasach kryzysu postrzegane są waluty czterech wymienionych krajów. Pozostałe mogą być ryzykowne, choć na pewno będą wyjątki. Jest oczywiście problem z walutą Niemiec, czyli euro. Powinny przeważyć obawy o los Włoch i Francji i euro raczej straci na wartości względem dolara, być może znacznie. Oczywiście złoty – jako waluta kraju poważnie zadłużonego wobec zagranicy, o mało wiarygodnej polityce gospodarczej i niskiej wielkości rezerw dewizowych w relacji do zadłużenia (kapitału krótkoterminowego i portfelowego) – też poważnie ucierpi. Zatem przed kryzysem dobrą strategią jest akumulacja gotówki w bezpiecznych walutach oraz inwestycje w takie sektory, które zyskują w kryzysie.

Po trzecie – osoby, które mają dobrą znajomość rynków finansowych i sporą odporność psychiczną, mogą się pokusić o krótką pozycję na indeksach giełdowych krajów, które zostaną najmocniej dotknięte kryzysem. Dotyczy to z pewnością Włoch i Francji. Nie wyjaśniam tego slangu finansowego. Jeśli ktoś nie rozumie, to znaczy, że nie powinien tego robić.
Całość tutaj

Pan Rybiński w innym artykule stwierdza, że jego scenariusz jest aktualnie realizowany. A scenariusz ten zakłada upadek systemu bankowego Francji i Włoch i pogłębienie się kryzysu finansowego. Zgadzam się z nim.
Mam pewne zastrzeżenia co do jego porad:
1. Uważam, że nie można uznać aktywów Niemieckich jako superbezpieczne (nawet z zastrzeżeniem „na razie”). Niemiecki system finansowy i gospodarka jest powiązana w bardzo istotny sposób z francuską i włoską. Kryzys u nich bardzo szybko przełoży się na sytuację w Niemczech i na ceny akcji i obligacji.
2. W najbliższej przyszłości nie będzie czegoś takiego jak „bezpieczne waluty”. Zakładam, że mówienie o bezpiecznych walutach wynika z doświadczeń historycznych. W przypadku wcześniejszych kryzysów finansowych w jakimś kraju lub nawet międzynarodowych (kryzys w Azji w latach 90) można było wymienić lokalną walutę np na dolary. Biorąc pod uwagę ilość drukowanych dolarów (idących już w biliony) i sytuację w Europie nie można proponować EUR i USD jako bezpiecznej przystani. No chyba, że wychodzi się z założenia, że bezpieczna waluta to taka która straci mniej na wartości niż inne waluty.

Jak stacza się system finansowy

Poniżej w dużym skrócie sytuacja sektora finansowego w Irlandii. Wynika ona z bańki na nieruchomościach która pękła w 2007-2008 r.
Do tego należy dodać, że oprocentowanie Irlandzkich obligacji dziesięcioletnich wzrosło do 6%. Należy podkreślić, że do tej pory żadne problemy nie zostały rozwiązane. Obecnie państwo podłączyło kroplówkę (z miliardami euro) największym bankom aby pacjent nie zszedł gwałtowną śmiercią.

Konsekwencje tych działań są:
– ogromny wzrost zadłużenia Państwa (który w przyszłości będą musieli spłacić obywatele),
– wzmożony „druk” pieniędzy przez banki (który w przyszłości wpłynie na wzrost inflacji),

——————-

Irlandzki minister finansów zwrócił się do komisarza UE ds. konkurencji Joaquina Almunii w sprawie przedłużenia decyzji dotyczącej dalszego gwarantowania depozytów firm w jednym z największych banków tego kraju – Anglo Irish Bank. Po raz pierwszy też rząd Dublina przyznał, że nie powiodła się próba ratowania tego banku i rozważane jest nawet zamknięcie tej instytucji w perspektywie dziesięciu lat. Obecne gwarancje wygasają z końcem tego miesiąca. Rząd obawia się, że jeśli nie zostaną one przedłużone, przedsiębiorstwa będą chciały wyciągnąć depozyty i w ten sposób państwo będzie musiało wpompować kolejne miliardy euro w upadający bank.

Inwestorzy obawiają się, że fatalna sytuacja sektora bankowego w Irlandii mocniej obniży wiarygodność tego kraju. Analitycy wskazują, że może spowodować kolejne kłopoty strefy euro na miarę tych, z jakimi boryka się Grecja.

Pierwotny plan rządu opierał się na pomocy mającej podzielić Anglo Irish Bank na ”dobry” i ”zły” (te złe długi miało pokryć państwo). Ta strategia dotychczas kosztowała jednak podatników już 23 mld euro, a szacuje się, że suma ta może wzrosnąć do 35 mld euro.

Wizyta ministra Lenihana w Brukseli zbiegła się w czasie z filmem dokumentalnym wyemitowanym przez narodową stację telewizyjną RTE, pokazującym jak 29 września 2008 roku prezes Anglo Sean FitzPatrick (wobec którego toczy się obecnie postępowanie w sprawie malwersacji finansowych) udał się po pomoc do Bank of Ireland. Znajdująca się również w złej kondycji instytucja nie była jednak w stanie sprostać potrzebom Anglo.

Zaalarmowany dramatyczną sytuacją szef BoI poinformował o prośbie FitzPatricka zarządzających bankiem Allied Irish Banks (właściciel polskiego Banku Zachodniego WBK). Jeszcze tego samego wieczoru zwołano rozmowy szefów BoI i AIB z premierem Brianem Cowenem oraz ministrem finansów. W odpowiedzi na sugestie prezesów o potrzebie nacjonalizacji Anglo Irish strona rządowa zdecydowała się jedynie na przedstawienie planów gwarancji rządowych. Jednocześnie BoI i AIB zostały zobowiązane do uzyskania w ciągu kilku dni między 4 a 5 mld euro każdy, w celu pomocy w ratowaniu Anglo. Strategia rządu przyniosła jednak jedynie krótkotrwały efekt. Ze względu na wysokość zadłużenia grupy Anglo stał się bankrutem, a państwo zostało zmuszone do jego przejęcia w styczniu 2009 r.

Zapoczątkowana dwa lata temu spirala państwowej pomocy upadającym bankom wydaje się być studnią bez dna. Zarówno opozycja, jak i wielu specjalistów dziwi się decyzji ratowania pogrążonego w horrendalnych długach Anglo Irish Banku.

– Sprawa Anglo mocno odbija się na postrzeganiu irlandzkiej gospodarki, a co się z tym wiąże, na wycenie obligacji. Aby uspokoić rynki, powinno być jasno powiedziane, co jest planowane w sprawie Anglo i o jakich docelowych sumach mowa, szczególnie jeśli operacja ma trwać 10 – 15 lat – powiedział ”Rz” Brian Devine, analityk NCB Stockbrockers.

Źródło: Rzeczpospolita: Irlandzkie kłopoty
Zuzanna Reda 08-09-2010

W grecji lepiej …nie mówić

Europa debatuje na temat kryzysu greckiego, ogłasza sukces, a S&P od razu informuje, że nawet nie zmieni swojego nastawienia. Gorzej, po poniedziałkowej emisji siedmioletnich obligacji emisja obligacji 12-letnich się nie udała, gdyż po dwóch dniach inwestorzy stracili już 2,3 proc. z inwestycji, której dokonali 29 marca. Przy czym zgodnie z informacjami podanymi przez Royal Bank of Scotland, o ile rentowność obligacji greckich wzrosła o 40 pkt bazowych, o tyle wyemitowanych 25 marca siedmioletnich obligacji stanu Kalifornia zmalała o 18 punktów bazowych. Greckie mają rentowność 6,4 proc., kalifornijskie 5,44 proc., a różnica w kosztach zabezpieczających wzrosła do 141 pkt. bazowych na niekorzyść członka eurogrupy i to mimo że rating Moody’s dla Grecji jest o dwa szczeble wyższy, gdyż wynosi A2, podczas gdy Kalifornii sytuuje się na samym dole kategorii inwestycyjnych Baa1.

Panuje powszechny pesymizm co do tego, że ustalenia europejskie doprowadzą do obniżki premii na długu greckim sprzyjającej zwiększeniu popytu na nowe emisje. A z drugiej strony Grecja wpada w spiralę deficytu, w której obniżki wydatków rządowych nie nadążają za wzrostem kosztu obsługi długu. Grecja potrzebuje wyemitować 32 mld euro w tym roku. Przy czym odsetki, jakie musi opłacić od tegorocznych trzech emisji, już są o 3,9 mld euro wyższe w porównaniu z tymi lat 2000-2008. Przy obecnych warunkach rynkowych za emisje, które wystąpią do końca roku, zapłacą 18,9 mld euro w porównaniu z 9,4 mld.

Emisja 8 mld pięcioletnich euroobligacji z 25 stycznia miała rentowność o 3,81 pkt proc. większą od analogicznych emisji niemieckich w porównaniu z 26 punktami bazowymi w okresie przedkryzysowym. A emisja 5 bilionów dziesięcioletnich euroobligacji z 4 marca miała rentowność o 3,25 pkt proc. większą od analogicznych emisji niemieckich w porównaniu z 34 punktami bazowymi w okresie przedkryzysowym. W sumie nic dziwnego, że tylko emisje tegoroczne będą kosztowały o 13,4 mld euro więcej. Peter Chatwell z Credit Agricole uważa że: „Grecja potrzebuje wydostać z aktualnego kryzysu finansowego i zacząć rozwijać się z przyzwoitym tempem, tak aby duże zadłużenie nie przybrało kształtu kuli śnieżnej”. Tylko jak to zrobić, jeśli obniżki wydatków budżetowych nie nadążają za wzrostem kosztu obsługi długu, a obniżki wydatków wpychają kraj w recesję.

Nic dziwnego, że Simon Johnson z MIT i Peter Boone z London School of Economics pisząc na Economix blog „The New York Times”`a uważają, że Grecja porzucona na łaskę aktualnych warunków rynkowych jest niewypłacalna. Jeśli rentowność ich obligacji wzrośnie do 10 proc., to przy największej na świecie skali długu zagranicznego do PKB, będzie to oznaczało konieczność transferu za granicę w wysokości aż 12 proc. PKB rocznie. Jak podają autorzy, jest to niemożliwe do zrealizowania, gdyż, dla porównania, reparacje niemieckie po I wojnie światowej miały wynosić 2,4 proc. i nie zostały zrealizowane, a w przypadku kryzysu obsługi długu lat osiemdziesiątych w Ameryce Łacińskiej transfer netto wynosił 3,5 proc.

Obecny kryzys finansowy przeniósł się z kryzysu instytucji finansowej do realnej gospodarki i finansów publicznych. Wzrosty gospodarcze w Niemczech, które tylko w 20 proc. przekładają się na wzrost głównego partnera politycznego, Francji, ograniczają zakres antykryzysowej współpracy. W momencie, gdy francuski deficyt budżetowy jest na tyle poważny, że wzrost kosztów pożyczkowych pochłania korzyści gospodarczej ekspansji, musi to gasić entuzjazm do popierania niemieckiego modelu wzrostu opartego o nadwyżkę handlową. I nawet Jean-Claude Trichet, prezes EBC, przykazując europejskiemu parlamentowi informację, że niemiecki wzrost i nadwyżka handlowa tak naprawdę nie są elementami związanymi z jakąś szczególną polityką niemiecką, ale wynikają z procesu starzenia się społeczeństwa, nie jest w stanie uśmierzyć narastających konfliktów interesów. Są one spowodowane powstałą nierównowagą handlową i problemami związanymi z poprzednią ekspansją, podczas której w Niemczech koszty pracy od 2000 r. wzrosły w sposób nieznaczny, natomiast w Hiszpanii, Irlandii i Grecji o ponad 30 proc., a i we Francji o 20 proc. Dlatego można obecnie uznać, że problemy związane z rozwojem koniunktury w strefie euro będą długotrwałe i będą się charakteryzowały trwałym charakterem procesów deflacyjnych.

W sytuacji, kiedy Hiszpania musi wykazać się ekspansją eksportową, brak popytu niemieckiego sprawia, że zadanie to jest niewykonalne, zwłaszcza kiedy stopy procentowe EBC są dostosowane do gospodarki niemieckiej, która stanowi największą część strefy euro. To jest przyczyną wielu rozpaczliwych restrukturyzacyjnych prób w Hiszpanii mających na celu dywersyfikację i zmianę swojej produkcji, w tym nastawienie się na wyspach Kanaryjskich na biotechnologie i energie odnawialne. Jest to bardzo trudne do przeprowadzenia w kraju, który poprzednio był nastawiony na turystykę, a z drugiej strony na budownictwo finansowane przez obcokrajowców. Brak optymalności obszaru walutowego spowodował, że w sytuacji ograniczonego wzrostu płac w Niemczech wystąpił brak równowagi w całej strefie euro. Deficyt fiskalny strefy wynosi 7 proc., więc bez realokacji wewnątrz strefy dla jej zrównoważenia jej bilans płatniczy powinien wzrosnąć o 4 proc., a więc eksport aż o ok. 600 mld USD. Jest to trudne do wyobrażenia w sytuacji, kiedy tak wiele gospodarek stara się w tym samym celu i czasie przeprowadzić tę samą operację.

Kiedy patrzymy na zagrożenia dotyczące strefy euro, fakt debaty dotyczącej możliwego wyjścia z niej Grecji, nie do końca zdajemy sobie sprawę że z tą chwilą wszystkie kraje aspirujące do wejścia do niej, jak i kraje peryferyjne z punktu widzenia inwestorów, stają się obciążone ryzykiem ewentualnego odejścia od euro. Pod względem finansowym oznacza to konieczność płacenia premii pokrywającej to ryzyko przy zaciąganiu zobowiązań, i to nawet jeśli jest to zadłużenie w panującej walucie.

Źródło: http://www.obserwatorfinansowy.pl: To już jest kryzys realnej gospodarki
Dr Cezary Mech

2010-04-02 16:00

Krach czy zwycięstwo socjalizmu na Wall Street?

Wszyscy rozpisują się o kryzysie na rynkach finansowych, jego przyczynach i skutkach. W Dzienniku znalazłem tezę, że „gdy ceny nieruchomości zaczęły spadać, coraz więcej ludzi nie było w stanie spłacać kredytów”!!! Ale wcale nie lepiej było w New York Times, który doniósł, że „osłodzona wersja planu ratowania instytucji finansowych nie zmieni sytuacji, w której część kredytów zostanie niespłacona, co powoduje, że spadają ceny domów, a to właśnie taniejące domy doprowadziły do kryzysu finansowego”. Oficjalna diagnoza jest taka: „potaniały domy”, co doprowadziło „do kryzysu finansowego” i ludzie „nie są w stanie spłacać kredytów”.

Tymczasem domy w Ameryce wcale nie „potaniały”, w klasycznym, liberalnym, znaczeniu pojęcia „wartości”. Ich wartość użytkowa jest ciągle taka sama. A gdyby nie pieniądz „fiducjarny” ich wartość wymienna, też by teraz gwałtownie nie „spadła” z tej prostej przyczyny, że wcześniej by tak bardzo nie wzrosła! Ceny nieruchomości rosły tylko i wyłącznie na skutek manipulowania popytem na nie. Kto z nas pożyczyłby bezdomnemu i bezrobotnemu sąsiadowi jakieś pieniądze? Chyba, że w chrześcijańskim odruchu pomocy bliźniemu i raczej w przekonaniu, że jest to bardziej darowizna niż pożyczka. A banki hipoteczne – pożyczały. Pod warunkiem, że kupił dom! Wcale nie dlatego, żeby mieć „zabezpieczenie hipoteczne” jako gwarancję spłaty tego konkretnego domu. I wcale nie z miłosierdzia. Dzięki zobowiązaniu bezrobotnego „Murzyna z Alabamy” do spłaty kredytu, banki miały rosnące zyski. Bo „podpis” kredytobiorcy pod zobowiązaniem do zapłaty odsetek stanowi ich „aktywo”. Na tej podstawie mogły udzielać kolejnych kredytów, które przeznaczane były na zakup kolejnych nieruchomości, których cena w związku z klasycznym prawem podaży i popytu musiała rosnąć. Kłopot tylko w tym, że popyt „Murzyna z Alabamy” nie miał odpowiednika w sile jego podaży. Bo przecież prawo Saya zostało „obalone” przez Keynesa. Jak czytamy w podręcznikach, Keynesowi udało się „obalić” prawo Jean Baptiste Saya, według którego popyt jest elementem wtórnym, zarówno chronologicznie, jak i merytorycznie, będąc niczym więcej, jak efektem zaistnienia podaży. Co prawda, żeby móc Prawo Saya obalić, Keynes najpierw musiał je nieco zmodyfikować. „Zmajstrował kukłę, która łatwo mógł znokautować” –pisze Nelson Hultberg. Efektem tego nokautu była… nacjonalizacja zasobów złota w Stanach Zjednoczonych, przeprowadzona przez amerykański rząd w 1933 roku. NACJONALIZACJA! Zamiast złota ludzie otrzymali… papierki z portretami prezydentów Stanów Zjednoczonych. Ale przez jakiś czas, widniał na nich przynajmniej napis: „wymienialny na złoto”. Od 1971 roku dolar już nie jest wymienialny na złoto, a jest na nim napisane, że stanowi „legalny środek płatniczy”. Nie wiadomo tylko ile tych „legalnych środków płatniczych” zostało wydrukowanych. No i nie wiadomo jaka będzie cena tych papierków – wyrażona, na przykład, w… nieruchomościach. Bo to banki centralne decydują o stopie procentowej. Ludzie nie spłacają dziś kredytów nie dlatego, że ich domy potaniały (jak twierdzą analitycy z Dziennika i NYT), ale dlatego że pieniądz podrożał. Zaciągali kredyty w nadziei, że jak nie będą mogli spłacać zaciągniętych przez siebie kredytów, zdecydowanie przekraczających wartość ich własnej podaży, to „najwyżej” sprzedadzą domy, które kupowali, mimo że ich nie potrzebowali, bo jakby ich potrzebowali, to nie przyjmowaliby założenia, że „najwyżej je sprzedadzą”. No bo przecież popyt miał być zawsze. Gwarantowali to makroekonomiści ze szkoły Keynesa. Jako studenci na zajęciach z mikroekonomii poznali jeszcze takie pojęcia jak popyt i podaż. Czasem nawet analizowali różne krzywe ich przebiegu. Ale potem poszli na zajęcia z „makroekonomii” i o takich „banałach” już się nie uczyli. Dowiadywali się natomiast co to jest „popyt zagregowany”, albo „szybkość cyrkulacji”. Uczyli się też statystki, mimo że (albo może właśnie dlatego) poza prawdą i półprawdą statystyka stanowi trzeci rodzaj prawdy w ekonomii: g…prawda. Najlepsi z nich oczywiście nie mięli ochoty zajmować się produkcją przysłowiowych kartofli. Chcieli pracować w bankowości inwestycyjnej albo dla rządu! Przyjmowano ich z otwartymi rękami, gdyż prześcigali się w tworzeniu uzasadnień dla polityki gospodarczej miłej sercu politykom dającym im zatrudnienie. Tworzyli bowiem wspaniałe modele zarządzania „zagregowanym popytem” i wpływania na bieżącą konsumpcję, co jest tak istotne z punktu widzenia „kupowania” głosów wyborców.

Ale cały ten ich misterny plan – jak mówił „Siara” w „Kilerów2 ” – „poszedł w p…”. Więc ukuto nową teorię. Za krach tego planu winę ponosi kapitalizm i liberalizm, a nie błędy interwencjonizmu. W Polsce może byśmy jeszcze dołożyli do listy winowajców Żydów i „cyklistów” – ale w Nowym Yorku nie wypada.

Najbardziej winna jest oczywiście rozpasana liberalna wolność. Trzeba więc ja ograniczyć. Banki robiły bowiem co chciały, bo nie były należycie kontrolowane. Ta niczym nieograniczona wolność zrodziła słynne hasło maklerów z Wall Street: „greed is good” („chciwość jest dobra”). Ale liberalna idea wolności nie oznacza, że każdy może robić co chce. Jak powiada stare amerykańskie powiedzenie, „twoja wolność machania rękami kończy się przed moim nosem”! I podobnie jest z chciwością. Tylko „chciwość” sprawia, że przedsiębiorcy, który ma 10 milionów dolarów na koncie, chce się rano podnieść dupę z łóżka i iść do roboty, żeby zarobić kolejne miliony. A jego zdolność do ich zarobienia – i tym samym przyczynienia się do wzrostu gospodarczego – jest raczej większa niż tych wszystkich, których zatrudnia on na umowę o pracę w swoim przedsiębiorstwie. Chciwość jest więc dobra. Ale istnieją jej granice – tak samo jak w przypadku wolności. Kończy się ona przed cudzą kieszenią.

Robert Gwiazdowski
6 październik 2008

Tekst uprzednio opublikowany na stronie autora www.blog.gwiazdowski.pl