Krach czy zwycięstwo socjalizmu na Wall Street?

Wszyscy rozpisują się o kryzysie na rynkach finansowych, jego przyczynach i skutkach. W Dzienniku znalazłem tezę, że „gdy ceny nieruchomości zaczęły spadać, coraz więcej ludzi nie było w stanie spłacać kredytów”!!! Ale wcale nie lepiej było w New York Times, który doniósł, że „osłodzona wersja planu ratowania instytucji finansowych nie zmieni sytuacji, w której część kredytów zostanie niespłacona, co powoduje, że spadają ceny domów, a to właśnie taniejące domy doprowadziły do kryzysu finansowego”. Oficjalna diagnoza jest taka: „potaniały domy”, co doprowadziło „do kryzysu finansowego” i ludzie „nie są w stanie spłacać kredytów”.

Tymczasem domy w Ameryce wcale nie „potaniały”, w klasycznym, liberalnym, znaczeniu pojęcia „wartości”. Ich wartość użytkowa jest ciągle taka sama. A gdyby nie pieniądz „fiducjarny” ich wartość wymienna, też by teraz gwałtownie nie „spadła” z tej prostej przyczyny, że wcześniej by tak bardzo nie wzrosła! Ceny nieruchomości rosły tylko i wyłącznie na skutek manipulowania popytem na nie. Kto z nas pożyczyłby bezdomnemu i bezrobotnemu sąsiadowi jakieś pieniądze? Chyba, że w chrześcijańskim odruchu pomocy bliźniemu i raczej w przekonaniu, że jest to bardziej darowizna niż pożyczka. A banki hipoteczne – pożyczały. Pod warunkiem, że kupił dom! Wcale nie dlatego, żeby mieć „zabezpieczenie hipoteczne” jako gwarancję spłaty tego konkretnego domu. I wcale nie z miłosierdzia. Dzięki zobowiązaniu bezrobotnego „Murzyna z Alabamy” do spłaty kredytu, banki miały rosnące zyski. Bo „podpis” kredytobiorcy pod zobowiązaniem do zapłaty odsetek stanowi ich „aktywo”. Na tej podstawie mogły udzielać kolejnych kredytów, które przeznaczane były na zakup kolejnych nieruchomości, których cena w związku z klasycznym prawem podaży i popytu musiała rosnąć. Kłopot tylko w tym, że popyt „Murzyna z Alabamy” nie miał odpowiednika w sile jego podaży. Bo przecież prawo Saya zostało „obalone” przez Keynesa. Jak czytamy w podręcznikach, Keynesowi udało się „obalić” prawo Jean Baptiste Saya, według którego popyt jest elementem wtórnym, zarówno chronologicznie, jak i merytorycznie, będąc niczym więcej, jak efektem zaistnienia podaży. Co prawda, żeby móc Prawo Saya obalić, Keynes najpierw musiał je nieco zmodyfikować. „Zmajstrował kukłę, która łatwo mógł znokautować” –pisze Nelson Hultberg. Efektem tego nokautu była… nacjonalizacja zasobów złota w Stanach Zjednoczonych, przeprowadzona przez amerykański rząd w 1933 roku. NACJONALIZACJA! Zamiast złota ludzie otrzymali… papierki z portretami prezydentów Stanów Zjednoczonych. Ale przez jakiś czas, widniał na nich przynajmniej napis: „wymienialny na złoto”. Od 1971 roku dolar już nie jest wymienialny na złoto, a jest na nim napisane, że stanowi „legalny środek płatniczy”. Nie wiadomo tylko ile tych „legalnych środków płatniczych” zostało wydrukowanych. No i nie wiadomo jaka będzie cena tych papierków – wyrażona, na przykład, w… nieruchomościach. Bo to banki centralne decydują o stopie procentowej. Ludzie nie spłacają dziś kredytów nie dlatego, że ich domy potaniały (jak twierdzą analitycy z Dziennika i NYT), ale dlatego że pieniądz podrożał. Zaciągali kredyty w nadziei, że jak nie będą mogli spłacać zaciągniętych przez siebie kredytów, zdecydowanie przekraczających wartość ich własnej podaży, to „najwyżej” sprzedadzą domy, które kupowali, mimo że ich nie potrzebowali, bo jakby ich potrzebowali, to nie przyjmowaliby założenia, że „najwyżej je sprzedadzą”. No bo przecież popyt miał być zawsze. Gwarantowali to makroekonomiści ze szkoły Keynesa. Jako studenci na zajęciach z mikroekonomii poznali jeszcze takie pojęcia jak popyt i podaż. Czasem nawet analizowali różne krzywe ich przebiegu. Ale potem poszli na zajęcia z „makroekonomii” i o takich „banałach” już się nie uczyli. Dowiadywali się natomiast co to jest „popyt zagregowany”, albo „szybkość cyrkulacji”. Uczyli się też statystki, mimo że (albo może właśnie dlatego) poza prawdą i półprawdą statystyka stanowi trzeci rodzaj prawdy w ekonomii: g…prawda. Najlepsi z nich oczywiście nie mięli ochoty zajmować się produkcją przysłowiowych kartofli. Chcieli pracować w bankowości inwestycyjnej albo dla rządu! Przyjmowano ich z otwartymi rękami, gdyż prześcigali się w tworzeniu uzasadnień dla polityki gospodarczej miłej sercu politykom dającym im zatrudnienie. Tworzyli bowiem wspaniałe modele zarządzania „zagregowanym popytem” i wpływania na bieżącą konsumpcję, co jest tak istotne z punktu widzenia „kupowania” głosów wyborców.

Ale cały ten ich misterny plan – jak mówił „Siara” w „Kilerów2 ” – „poszedł w p…”. Więc ukuto nową teorię. Za krach tego planu winę ponosi kapitalizm i liberalizm, a nie błędy interwencjonizmu. W Polsce może byśmy jeszcze dołożyli do listy winowajców Żydów i „cyklistów” – ale w Nowym Yorku nie wypada.

Najbardziej winna jest oczywiście rozpasana liberalna wolność. Trzeba więc ja ograniczyć. Banki robiły bowiem co chciały, bo nie były należycie kontrolowane. Ta niczym nieograniczona wolność zrodziła słynne hasło maklerów z Wall Street: „greed is good” („chciwość jest dobra”). Ale liberalna idea wolności nie oznacza, że każdy może robić co chce. Jak powiada stare amerykańskie powiedzenie, „twoja wolność machania rękami kończy się przed moim nosem”! I podobnie jest z chciwością. Tylko „chciwość” sprawia, że przedsiębiorcy, który ma 10 milionów dolarów na koncie, chce się rano podnieść dupę z łóżka i iść do roboty, żeby zarobić kolejne miliony. A jego zdolność do ich zarobienia – i tym samym przyczynienia się do wzrostu gospodarczego – jest raczej większa niż tych wszystkich, których zatrudnia on na umowę o pracę w swoim przedsiębiorstwie. Chciwość jest więc dobra. Ale istnieją jej granice – tak samo jak w przypadku wolności. Kończy się ona przed cudzą kieszenią.

Robert Gwiazdowski
6 październik 2008

Tekst uprzednio opublikowany na stronie autora www.blog.gwiazdowski.pl

Biurokracja EU ogranicza demokrację

Coraz bardziej ograniczana demokracja staje się w UE pozorem. Lawinowo narastające unijne prawo przestaje wyznaczać ramy wolności, a staje się regulaminem życia

UE coraz szczelniej zabudowywana jest przez nowe normy prawne, regulacje i zarządzenia. Nad głowami jej obywateli jak miecz Damoklesa wisi Karta praw podstawowych. Prawa w Europie muszą zostać ujednolicone, tłumaczą nam prawodawcy z Brukseli. Dla naszego dobra zostaną „zharmonizowane” i aby „zwiększyć ich efektywność dla prawnej obrony jednostki”, dostaniemy w prezencie ich kolejny pakiet.

Im więcej dobrych praw, tym lepiej – tłumaczą europejscy mędrcy.Czy na pewno? Można odnieść wrażenie, że „żelazna klatka” racjonalnej biurokracji, o której pisał ojciec socjologii Max Weber, zamyka się w obecnym projekcie UE. Prezentowana jest jako spełnienie europejskiej historii, ale jak wszystkie utopie okazuje się raczej jej zaprzeczeniem.

Przyzwyczailiśmy się myśleć, że ujednolicenie norm prawnych jest niezbędne dla europejskiej integracji i z zasady pozytywne. Czy jest tak naprawdę? Stany Zjednoczone są krajem zintegrowanym, w którym żyje jeden naród mający silne poczucie swojej tożsamości. Dzieje się tak pomimo odmiennych praw, których przestrzegają składające się nań stany. W Europie w odmiennych państwach żyją odmienne narody. Generalną, cywilizacyjną wspólnotę realizują one w różnych kulturowo wariantach wypływających z innych historycznych doświadczeń, które przekładają się na zróżnicowane tradycje. Wyrażają się one także w odmiennych prawach.

Dwa modele integracji

Z grubsza rzecz biorąc, można przyjąć dwa modele integracji kontynentu.Jeden umownie nazwać można naturalnym. Narody stopniowo likwidują dzielące je bariery. Korzyści płynące ze współpracy prowadzą do eliminacji antagonizmów i wzmacniają tworzące się między nimi więzi. Rodzi się realna wspólnota interesu, nie tylko w wymiarze ekonomicznym, która z czasem doprowadzić powinna do integracji politycznej.

Tak działali ojcowie założyciele wspólnoty europejskiej. Po kataklizmie II wojny światowej, którą wielu uważało za kolejny etap europejskiej wojny domowej rozpoczętej w 1914 roku, a prowadzącej nieomal do samobójstwa naszego kontynentu, uznali oni, że trzeba zrobić wszystko, aby w przyszłości zapobiec tego typu konfliktom. Ich cel był polityczny, ale drogę do niego stanowić miała gospodarka. Europejska Wspólnota Węgla i Stali, która w życie weszła w 1952 roku, stanowiła doskonały fundament budowania przyszłej, nie tylko ekonomicznej, jedności. Potem powstawały kolejne wspólnoty, które prowadziły do zacieśniania się europejskich więzi.

Co najmniej jednak od początku lat 90., od traktatu w Maastricht, a w rzeczywistości już wcześniej, mamy do czynienia z radykalnym odwróceniem tej metody. Europę dominować zaczyna idea stworzenia odgórnego projektu, który kraje członkowskie zmuszone będą wprowadzać w życie. O ile pierwszy model integracji wdrażany był przez „europejskich funkcjonalistów”, o tyle obecnemu patronują „kreacjoniści”, wyznawcy inżynierii społecznej. Pociąga on za sobą lekceważenie dla partykularnych kultur, czyli odrębności kształtowanych przez pokolenia odmiennych dziejów. Przyświeca mu wiara we wszechmoc „oświeconego rozumu”, którego adepci, planiści doskonali, są w stanie zaprojektować idealny ustrój kontynentu.

Ów ustrój realizowany będzie przez system niesłychanie rozbudowanych regulacji, które funkcjonują jako europejski system prawny. Od Karty praw podstawowych przez kolejne zakazy i nakazy tworzony jest drobiazgowy projekt Europy, w której prawo wypiera politykę i narzuca ostateczny i jednoznaczny kształt naszej rzeczywistości. Owe prawne regulacje zastąpić mają tradycyjne, kulturowe fundamenty, etykę i obyczaj. Ostatnim przykładem takiego aktu jest przyjęty przez Komisję Europejską „zakaz dyskryminacji w dostępie do towarów i usług, edukacji, opieki zdrowotnej czy socjalnej”.

Dyskryminacja: i śmieszna i straszna

Na pierwszy rzut oka zakaz dyskryminacji jest oczywistością. Kiedy jednak się zastanowimy, okazuje się, że jest to przykład regulacji na tyle mętnej, że nie może ona stanowić prawa w klasycznym tego słowa znaczeniu. Wprowadzenie jej daje natomiast ogromną władzę w ręce biurokratycznej instytucji, która będzie usiłowała zakaz taki egzekwować, wszystko jedno, czy będzie to jakaś komisja czy sąd.

Zarówno w prawie unijnym, jak i normach krajów członkowskich występuje zakaz wszelkiego typu dyskryminacji rasowej czy płciowej. Czy nie wystarczy? Co oznacza wzbogacenie go o wyszczególnienie dostępu do towarów i usług? Jeśli nie mogą istnieć oficjalne przepisy dyskryminacyjne – a nie mogą – to trudno zrozumieć wprowadzenie tego kolejnego zakazu. Czy jest to żądanie wyrównania dochodów, aby każdy miał jednakowy dostęp do wszelkich dóbr? Czy kryje się za nim chęć wyeliminowania bardziej elitarnych szkół i uczelni, na które trudniej się dostać, oraz prywatnej służby zdrowia, dostęp do której wiąże się z dodatkowymi opłatami? Czy egzaminy badające sprawność intelektualną nie są przejawem dyskryminacji inteligentnych inaczej?

Sprawa jest śmieszna, ale ma poważne konsekwencje, o czym świadczy niepokój przedsiębiorców europejskich traktujących ten przepis poważnie. Dla nich jest jasne, że jest on kolejnym instrumentem biurokracji europejskiej umożliwiający jej ingerencję w procesy rynkowe i działalność gospodarczą.

Cała władza w ręce sądów

Czy ten groteskowy zapis pozostanie kolejną martwą regulacją spośród tysięcy wyprodukowanych przez unijną biurokrację czy okaże się uniwersalną bronią w rękach pyszałkowatych sędziów, zależy od przedstawicieli europejskiego wymiaru sprawiedliwości. Zaufania do nich, jak do żadnej grupy, która uzyskała zbyt wiele kompetencji, mieć nie można.

Zresztą pomysł, aby powierzać przedstawicielom pewnej wąskiej korporacji tak daleko idącą władzę, jeży włosy na głowie. Twórca koncepcji trójpodziału władzy, Montesquieu, na którego jak na objawienie powołują się wszyscy ci, którzy nigdy nie zajrzeli do „O duchu praw”, zaznaczał, że fundamentem wymiaru sprawiedliwości winni być wybierani doraźnie ławnicy, gdyż powierzenie takiej „strasznej” władzy jakiejś zamkniętej grupie prowadziłoby do opłakanych konsekwencji.

Podczas dyskusji nad projektem konstytucji europejskiej zorientowałem się, że niewielu jej polskich zwolenników ma choćby elementarną wiedzę o jej treści. Propozycje płynące z Brukseli przyjmowali jako prawdy objawione. Nieliczni, którzy zapoznali się z tekstem, na pytanie o jego wewnętrzne sprzeczności odpowiadali, że problemy z nich wynikające rozstrzygnięte zostaną przez orzecznictwo Trybunału Europejskiego. Bezrefleksyjnie powierzali więc swoją (i swoich narodów) przyszłość niekontrolowanej przez nikogo grupce, która wyłoniona została w szerzej nieznanych procedurach.

Zgodnie z klasycznymi zasadami prawo winno być jasne i jednoznaczne. Jeśli prawodawcy przestrzegają tych zasad, sędziom pozostaje jedynie stosowanie prawa. Obecne prawo europejskie jest zaprzeczeniem klarowności. Przykładem może być przywołany już zakaz dyskryminacji. Im więcej zresztą prawo chce regulować, tym bardziej tracić musi na precyzji. Staje się instrumentem władzy, który jej depozytariusze stosować mogą arbitralnie.

Planiści z paragrafem

Obecni kreatorzy Unii odwołują się zwykle do tych samych haseł, co ich poprzednicy, ale sposób ich rozumienia budzi podejrzenie, że chodzi o zgoła odmienne projekty. Eliminacja protekcjonizmu i barier dzielących poszczególne kraje z pewnością sprzyja wolnemu rynkowi. Czy służy mu jednak ujednolicenie norm prawnych i narzucenie odgórnych rozwiązań? Można mieć uzasadnione wątpliwości. Działania te motywowane są również potrzebami rynku. Dlaczego więc sprawa nie została pozostawiona mechanizmom konkurencji, która z czasem wymusiłyby na przedsiębiorcach dostosowanie się do optymalnych rozwiązań?

Fundamentalną zasadą rynku jest cena płacona za błędne posunięcia. Wyobrażenie, że odgórnie wyeliminujemy wszystkie koszty gospodarki rynkowej, zachowując jej przewagi, jest nieporozumieniem.

Brukselskimi planistami kieruje impuls podobny do tego, który ożywiał planistów socjalistycznych. Wydaje się im, że mogą zaprojektować precyzyjnie kosmos gospodarki, który nie poddaje się takim działaniom. Warto przypomnieć, że Marks wymyślał swoją teorię również jako projekt racjonalnego uporządkowania rynkowego chaosu, gdyż w ten właśnie sposób jawił się autorowi „Kapitału” świat konkurencji.

Rynek działa w ramach prawa. System prawny może jednak gospodarce sprzyjać lub jej przeszkadzać. Nadmierne regulacje jej nie służą. Rynek to przestrzeń wolności. Jasno wytyczone ramy pozwalają mu się rozwijać. Próba nadmiernego uporządkowania międzyludzkich relacji blokuje ich rozwój. We współczesnej UE prawo zaczyna zastępować rynek, czego przytoczone regulacje były tylko przykładem.

Metoda, którą posługują się obecni inżynierowie UE, narzuca już pewien określony model stosunków społecznych. Jest to biurokratyczny, scentralizowany system, który opiera się na wierze, że oświecony rozum odgórnie jest w stanie narzucić optymalny ład ludzkiemu kosmosowi, w tym wypadku kosmosowi europejskiemu. Przy takim podejściu ludzkie jednostki i zbiorowości stają się tworzywem w rękach inżynierów społecznych. A ci nie liczą się ani z ich specyfiką, ani z tradycjami. Co najwyżej traktują je jako przeszkodę. Socjalistyczni inżynierowie posługiwali się władzą polityczną. Inżynierowie UE zastąpili je paragrafem.

Rewizja tożsamości

Obecny model tworzenia Europy musi prowadzić w kierunku biurokratycznego państwa opiekuńczego. Nie sposób wyobrazić sobie innego ładu budowanego przez system nakazowo-rozdzielczy. Dzieje się tak bez względu na retorykę, do której odwołują się – często świadomie instrumentalnie – twórcy obecnej Unii.

Przykładem bywa zasada pomocniczości, którą tak obficie szermują dokumenty europejskie i której pełno było w projekcie konstytucji unijnej.

Zasada ta (dziś w Polsce, stosując kalkę językową, nazywamy ją subsydiarnością, co świadczy, że zapomnieliśmy o jej źródle) była droga ojcom założycielom europejskiej wspólnoty. Wywodzi się z katolickiej doktryny społecznej i zakłada, że instancje szczebla wyższego zajmują się tylko tymi sprawami, których nie sposób załatwić na szczeblu niższym, a więc samorządowym.

Obecny model tworzenia Unii, czyli narzucania jej odgórnie drobiazgowych praw i regulacji, jest zaprzeczeniem pomocniczości.

Projekt konstytucji europejskiej ciągle powoływał się na pomocniczość, zaznaczając, że zasada ta obowiązuje we wszystkich sprawach, chyba że dotyczą one europejskiej integracji. Tego, że każde zjawisko społeczne w Europie może mieć związek z integracją, dowodzić chyba nie trzeba.

System praw socjalnych gwarantowanych obywatelom w Karcie praw podstawowych i wszelkich regulacjach, jak choćby owym zakazie dyskryminacji prowadzi do przekształcenia Europy w opiekuńcze superpaństwo. Ale projekt europejski idzie dalej. To także próba przebudowy świadomości Europejczyków, zasadniczej reorientacji ich kultury.

Twórcy projektu konstytucji europejskiej jednoznacznie przeciwstawili się umieszczeniu w preambule odniesienia do jej chrześcijańskiego rodowodu. Gotowi byli odwoływać się do tradycji antycznej i oświeceniowej, natomiast za żadną cenę nie zgodzili się na odnotowanie najważniejszego składnika europejskiej tożsamości. Biorąc pod uwagę, że chodziło wyłącznie o potwierdzenie oczywistości, a nie deklarację ideową, deklaracją ideową staje się właśnie ta odmowa.

Uznanie, że Europa jest przede wszystkim wspólnotą kultury, co wydaje się bezdyskusyjne, w wydaniu twórców projektu konstytucji, czyli establishmentu unijnego, nie oznacza akceptacji europejskiej tożsamości, ale jej rewizję. Wyraźnie wskazuje to Karta praw podstawowych tudzież inne prawa ,w tym nawet przytoczony zakaz dyskryminacji.

Europę napędzać ma impuls walki z wszelkimi nierównościami czy dyskryminacjami, który przybiera charakter radykalnego egalitaryzmu wymierzonego w tradycyjnie dominujący w Europie ład kulturowy.

Zakwestionowane mają zostać wszelkie klasyczne role społeczne, nawet wynikające z biologii (jak podział płciowy), wszelkie hierarchiczne porządki, jak na przykład relacje miedzy rodzicami a dziećmi, między kulturą dominującą a kulturami przyniesionymi przez przybyszy spoza kontynentu.

Laickość staje się agresywną quasi-religią eliminującą Kościół z przestrzeni publicznej, na cenzurowanym staje tradycyjnie najważniejsza instytucja kultury, czyli rodzina. Dopiero niezróżnicowana zbiorowość stanie się łatwym obiektem kurateli oświeconej elity.

Kontrkultura instytucjonalna

Według lewicowej antropologii, która dominuje współcześnie w Europie i którą w dużej mierze przyswoiła sobie również polityczna prawica europejska, człowiek jest bezgrzeszny, zło musi więc pochodzić z kultury. To przesądy „paternalistycznej” kultury mają być odpowiedzialne za dyskryminację i nierówności Ponieważ jednostki i zbiorowości są kulturowo zdeterminowane – oczywiście poza tymi, którzy dostąpili oświecenia, a więc należą do europejskiej elity – same wyzwolić się z okowów tradycji nie potrafią. Dopiero odgórna interwencja pozwoli im się wyemancypować – to kolejne słowo klucz dominującego europejskiego żargonu. Służyć ma temu prawo.

Dla realizacji tego postępowego celu tradycyjne, demokratyczne mechanizmy stanowienia prawa okazują się mało skuteczne. Jeśli jesteśmy kulturowo uwarunkowani, to wybierani (i odwoływani) przez nas reprezentanci będą unikali tworzenia prawa w niezgodzie z opiniami ogółu. Prawo europejskie stanowione przez establishment, który oderwał się od swoich wyborców, ma inny charakter. Prace nad projektem europejskiej konstytucji są tego dobitnym przykładem. Utworzona w ramach gabinetowych zabiegów grupa, która miała uporządkować dziesiątki tysięcy stron regulacji, przekształciła się w samozwańczą konstytuantę i drogą manipulacji (wielodniowe dyskusje o drobiazgach i zatwierdzane w ostatnich momentach najważniejsze decyzje) uzyskała zgodę na przygotowany wcześniej projekt łącznie z dokumentem tak fundamentalnym, jak Karta praw podstawowych. Gdy projekt odrzucony został w referendach, wprowadzono go w wersji integralnej do międzyrządowego traktatu. Ponieważ Irlandczycy w referendum nie przyjęli go, europejskie elity usiłują wymusić na nich zmianę decyzji.

Obok jednak traktatów normujących działanie całej Unii Bruksela produkuje ogromne liczby regulacji, których w rzeczywistości nie kontroluje nikt, a które pełnią w niej funkcję prawa.

Prawo zamiast polityki

Wbrew obiegowym opiniom demokratyczna polityka jest domeną wolności. Obywatele zgodnie ze swoją wolą kształtują stosunki w swoim państwie. Oddelegowują czasowo rządy swoim przedstawicielom, których wybierają ze względu na ich programy i kwalifikacje, oraz rozliczają z ich działań. Prawo wyznacza ramy polityce. Z zasady jest czymś definitywnym. Dlatego powinno być czytelne i ograniczone. Prawo współczesne, a prawo unijne w szczególności, jest tego zaprzeczeniem. Porządek prawny w systemie demokratycznym może być ostatecznie rewidowany przez obywateli, którzy wybierają swoich prawodawców. Granicą wolności winny być prawa podstawowe zawarte w konstytucji (pisanej albo nie). Nadmiernie rozbudowane konstytucje odbierają obywatelom wolność, narzucają im bowiem coraz bardziej szczegółowe i niezwykle trudne do zmiany regulacje, które są już wyłączone spod ich woli.

Proces ten w UE przebiega w sposób lawinowy. Normy przyjmowane przez Komisję Europejską pętają prawa narodowe i są właściwie niekonsultowane z nikim. Coraz bardziej ograniczana demokracja staje się w UE pozorem. Europejski establishment traktuje ją zresztą jako zło nie do końca konieczne, a w każdym razie możliwe do obejścia. Przecież nie można powierzać przyszłości kontynentu nieoświeconej i uwięzionej w kulturowych przesądach zbiorowości – czasami nieomal wprost mówią unijne elity.

Tę postawę pokazuje kazus referendów, których europejscy decydenci starają się unikać jak ognia. Jeśli jednak są zmuszeni je zaakceptować, a wyniki okazują się dla nich niepomyślne, usiłują powtarzać je aż do oczekiwanego przez siebie rezultatu. W tym momencie uznane zostają za definitywne. Ich wyniki można zresztą próbować omijać, co pokazuje przykład projektu konstytucji odrzuconej w referendach i przyjętej (nie do końca) jako traktat rządowy.

Tradycyjnie prawo wyrasta z i winno być kontynuacją moralności, etyki i obyczaju. Jego zapisy dotyczą tylko jego szczególnego wymiaru i spraw ogólnych. Zgodnie ze zdrowym rozsądkiem relacje w życiu codziennym, w rodzinie, pracy, środowisku sąsiedzkim, grupie koleżeńskiej kształtowane powinny być w sposób spontaniczny, a nie poprzez prawo, które siłą rzeczy przybierać musiałoby w takiej sytuacji charakter regulaminu naszego życia. Regulaminy nie są w stanie objąć jego bogactwa, skutecznie natomiast pętają wolność.

Oczywiście ramy dla ludzkich spraw budowane są przez prawo, ale nadmierna rozbudowa podważa jego fundament i niszczy naturalny porządek ludzkich relacji. Wypierać zaczyna etykę, obyczaj, moralność. Konstruktywiści unijni uznają to za proces pozytywny. Naturalny ludzki porządek rodzi się z tradycji, zwyczajów utrwalonych przez pokolenia. Tradycja jest z natury konserwatywna, zgodnie z progresistowskim credo musi być więc źródłem zła. Dlatego, zgodnie z dominującą w UE tendencją, należy zastąpić ją odgórnie zaplanowanym przez oświecone umysły ładem, który wyrażał się będzie przez kolejne prawne regulacje.

Temu dominującemu obecnie UE kierunkowi towarzyszy odradzanie się nacjonalizmu państw ją tworzących. Dotyczy to zwłaszcza Niemiec, które pozbyły się już swoich historycznych kompleksów i aspirują do dominującej w Europie roli. Ale to już nieco inny wymiar problemu.

Źródło: Rzeczpospolita: Utopia Eurokratów

Bronisław Wildstein  26-07-2008

Dlaczego europejczycy są lewicowi – czyli lewicowa indoktrynacja

Lewicowa indokrynacja? Młodzież dowiaduje się w szkołach, że międzynarodowe korporacje to szarańcza, a kapitaliści to potwory

„Codzienna walka”, „Kapitał wypiera pracę”, „Nowoczesne niewolnictwo”, „Powrót do średniowiecza” – takie tytuły królują po dziś dzień w niemieckich podręcznikach szkolnych.

– Przeważa niechęć do kapitalizmu – twierdzi Stefan Theil, autor opracowania na temat wizerunku kapitalizmu w niemieckich szkołach. Jeden z podręczników zamieszcza zdjęcie opasłego kapitalisty z różą w zębach obok spoconego robotnika. W innym – kapitalista z książkowej ilustracji cieszy się z rozszerzenia UE, bo umożliwi mu to obniżenie obowiązujących w Niemczech standardów socjalnych.

Praca, depresja, rak

W wielu podręcznikach można znaleźć obszerne cytaty z programów związków zawodowych. – Przedsiębiorstwa są przedstawiane jako miejsca, w których robi się podejrzane interesy – twierdzi Theil.

Podobnie jest z podręcznikami francuskimi, które głoszą, że wzrost gospodarczy „wymusza nieuporządkowany styl życia, prowadzi do przepracowania, stresu, depresji, zawałów, a nawet sprzyja zachorowalności na raka”. Tak przynajmniej twierdzą autorzy „Histoire du XXe siecle” (Historia XX wieku), podstawowego podręcznika przygotowującego do egzaminów na studia wyższe.

– Zdumiewające, jak małą wiedzę na tematy ekonomiczne mają absolwenci szkół średnich – mówi prof. Günter Faltin z Wolnego Uniwersytetu w Berlinie. Wini konserwatywnych nauczycieli, którzy wyrośli w okresie niemieckiego cudu gospodarczego i państwa dobrobytu zapoczątkowanego przez Ludwiga Erharda i jego program społecznej gospodarki rynkowej. Właśnie mija 60 lat funkcjonowania tego modelu i wprowadzenia niemieckiej marki (DM), która niemal z dnia na dzień zmieniła obraz niemieckiej gospodarki i zapełniła półki sklepowe. Niemcy tęsknią do tych czasów i nie przyjmują do wiadomości, że wraz z rozwojem globalizacji wszystko się zmieniło. Jeszcze trzy lata temu połowa pytanych o zdanie obywateli oceniała „stosunki gospodarcze” jako niesprawiedliwe. Dzisiaj, gdy liczba bezrobotnych zmniejszyła się o półtora miliona, trzy czwarte ankietowanych wyraża niezadowolenie z kierunku rozwoju gospodarczego. – Jednej z przyczyn takiego stanu rzeczy należy szukać właśnie w niemieckich podręcznikach szkolnych – twierdzi prof. Faltin.

Niemcy nie chcą zakładać firm

– Nie jest wcale tak źle. Podręczniki przedstawiają bardziej zróżnicowany obraz gospodarki niż się na pozór wydaje – twierdzi Susanne Grindel z Instytutu Georga-Eckerta zajmującego się badaniami porównawczymi podręczników z różnych krajów.

Jedno jest jednak pewne. Niemieckie podręczniki podkreślają w większym stopniu rolę państwa w organizowaniu życia gospodarczego niż na przykład angielskie czy amerykańskie, które kładą nacisk na osobistą odpowiedzialność obywateli za ich status ekonomiczny. Dlatego zaledwie co piąty Niemiec jest zdania, że warto prowadzić własną działalność gospodarczą, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych wskaźnik ten jest dwa razy wyższy.

– Czas uświadomić wszystkim, że pojęcie społecznej gospodarki rynkowej to nie tylko sprawa podziału dóbr, ale uporządkowany system gospodarki rynkowej, który opiera się na wolności osobistej, konkurencji i odpowiedzialności jednostki – głosi Hans Tietmeyer z Initiative Neue Soziale Marktwirtschaft (Inicjatywa Nowej Społecznej Gospodarki Rynkowej).

– Zapomniano już, że sukces gospodarczy RFN był wynikiem neoliberalnego eksperymentu bez precedensu – tłumaczy „Der Spiegel”, wyjaśniając mechanizm reform Ludwiga Erharda.

Wyniki badań podręczników historii http://www.insm.de/index.html

————————

dr Ireneusz Krzemiński, socjolog, Uniwersytet Warszawski

W Niemczech w ostatnich latach do głosu doszła intelektualna lewica, która stanowi tam część elit. Lewicowe poglądy są szerzone w szkołach i na uniwersytetach. Lewica stanowi dominującą siłę na uczelniach, jednak nie jest to moim zdaniem stałe zjawisko. To się zmienia. W tej chwili wrogie wobec kapitalizmu nastroje są również powodowane rosnącym kryzysem gospodarczym. Ja bym się tym specjalnie nie przejmował. Wszyscy pamiętamy, jak wrogo francuskie elity intelektualne podchodziły do rozszerzenia Unii Europejskiej o byłe kraje bloku wschodniego, w tym Polskę. Źródłem tego wrogiego nastawienia były między innymi francuskie uniwersytety zdominowane przez wykładowców o lewicowych poglądach. Mimo to jesteśmy dziś członkami Unii. Na szczęście w takich krajach jak USA i Wielka Brytania liberalizm oraz konserwatyzm znowu rosną w siłę. Sytuacja w Polsce jest oczywiście zupełnie inna niż na Zachodzie. Przede wszystkim kryzys gospodarczy na razie do nas nie dotarł. Nawet nie rozważamy takiej możliwości, że może kiedyś do nas dotrzeć. Kiedy to się stanie, także u nas będą mnożyć się głosy krytykujące kapitalizm. W mediach, na uniwersytetach i w szkolnych podręcznikach.

To, że dziś mniej krytycznie podchodzimy do kapitalizmu niż Zachód, jest także związane z naszym doświadczeniem socjalizmu. Przez cały okres PRL przeciwstawiało się oba te systemy: kapitalizm i socjalizm. Socjalizm był tym dobrym, a kapitalizm tym złym systemem. Aż okazało się, że socjalizm zaprowadził nas w ślepą uliczkę. Polacy zrozumieli, że kapitalizm oznacza wolny rynek i demokrację, a w porównaniu z socjalizmem ma tę zaletę, że mimo iż nie jest doskonały, można go poprawić, udoskonalić. To doświadczenie, którego brak elitom na Zachodzie.

—not. ryb

Piotr Jendroszczyk z Berlina
————-

Źródło : Rzeczpospolita: Niemcy nie lubią kapitalizmu
Aleksandra Rybińska, Piotr Jendroszczyk 24-06-2008

Antykapitalizm niemieckich socjalistów

Gdy przyjrzeć się dzisiejszej nagonce na Nokię w Niemczech, śmieszne wydają się zarzuty o „prześladowanie” biznesmenów w Polsce za rządów Jarosława Kaczyńskiego – pisze zastępca redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej”

W ojczyźnie Karola Marksa odżywa właśnie wyjątkowo obrzydliwa forma populizmu. Posługując się językiem, jakiego używano do niedawna na zachodzie Europy w stosunku do Polski, można by stwierdzić, że mamy do czynienia ze „zjawiskiem budzącym najwyższy niepokój”.

Politycy z lewej i prawej strony prześcigają się w rzucaniu obelg na Nokię, fiński koncern, który ośmielił się zamknąć ostatnią w Niemczech fabrykę telefonów komórkowych i zwolnić ponad 2 tys. pracowników. Liderzy SPD mówią o bezdusznym wyzysku i „brutalnym kapitalizmie z epoki kamienia”, a ministrowie rządu Angeli Merkel (m. in. Horst Seehofer z „prawicowej” CSU) ostentacyjnie nawołują do bojkotu skandynawskiej firmy.

– Nie chcę już widzieć w moim domu żadnej nokii – mówi przywódca socjalistów Kurt Beck.

Obronimy was przed potworem

Stąd nagle ten seans nienawiści? Ano stąd, że pod koniec stycznia i w ostatnim tygodniu lutego w trzech niemieckich landach – Hesji, Dolnej Saksonii i Hamburgu – odbędą się wybory, a atak na Nokię jest najlepszym i najtańszym sposobem, by podlizać się elektoratowi. Wszak szary niemiecki wyborca jest wychowywany od lat w aurze podejrzliwości wobec kapitalizmu. Dlatego łatwo nim manipulować i wciskać bajki o „społecznej gospodarce rynkowej” i opiekuńczej roli państwa. Dziś nad Renem każdy kapitalista to krwawy, żarłoczny, bezwzględny potwór zainteresowany wyłącznie zyskami i nieliczący się ze zwykłym człowiekiem. A politycy? Politycy oczywiście liczą się ze zwykłym człowiekiem i was, drodzy wyborcy, przed owym monstrum obronią własną piersią.

Stosownej indoktrynacji poddawane są już szkolne dzieci. Stefan Theil pisze w ostatnim numerze periodyku „Foreign Policy”, że w podręcznikach ekonomii główny nacisk kładzie się na „wychwalanie korporacyjnej i kolektywistycznej tradycji niemieckiego systemu”. Nauczanie odbywa się przez pryzmat „odwiecznego konfliktu między pracownikiem a pracodawcą”, a główna batalia toczy się o wysokość pensji i kodeks pracy.

Walka, walka, walka. Nic dziwnego, że w takiej atmosferze Nokia nie jest już dobrze zarządzaną firmą sprzedającą nowoczesne produkty, nie jest już powszechnie poważaną marką. Jest wrogiem.

Szef wpływowego związku zawodowego IG Metall Berthold Huber mówi w radiu: „Nie pozostaje nam nic innego, jak walczyć”. Jeden z pracowników zakładu Nokii w Bochum obwieszcza reporterom: „Jesteśmy w stanie wojny”. A Kurt Beck w specjalnie nagranym internetowym klipie deklaruje: „Będziemy walczyć ramię w ramię z ludźmi, którzy stracili pracę”.

Masy przeciw biznesowi

Tak oto podsycany jest rewolucyjny zapał mas. Jak za dawnych, dobrych lat… Żadna rewolucja jednak się nie powiedzie, jeśli nie uda się wstrząsnąć ludzkimi pokładami jadu. Masy mają skierować swój gniew przeciwko wielkiemu biznesowi: w zależności od potrzeb mogą to być banki, firmy ubezpieczeniowe, fundusze inwestycyjne (nazwane niegdyś przez byłego wicekanclerza Franza Münteferinga „szarańczą”) czy producenci komórek. Poważni politycy z poważnych partii bez skrupułów przekraczają kolejne granice populizmu. Czym się różnią tyrady Becka i Seehofera od wściekłych ataków na globalizację w wykonaniu Jeana-Marie Le Pena?

Nokia przeniesie teraz produkcję do nowo budowanej fabryki w Rumunii. Niemiecka klasa polityczna zapewne wolałaby, żeby Rumuni nie eksportowali telefonów, tylko pokornie korzystali z unijnych zapomóg (opłacanych z pieniędzy… niemieckich podatników), ale prawa wolnego rynku są – chwała Bogu – bezlitosne. Siła robocza w Klużu jest wielokrotnie tańsza niż w Bochum. Podatki osobisty i korporacyjny są w Rumunii płaskie i wynoszą 16 procent, podczas gdy w Niemczech dopiero niedawno CIT został obniżony z blisko 39 do 30 proc., a najwyższa stawka PIT sięga 42 proc. No i w Siedmiogrodzie nie panoszy się IG Metall.

Niemieccy politycy, poza kilkoma chlubnymi wyjątkami, nie chcą zrozumieć, że nie żyjemy już ani w XIX, ani w XX wieku. Nie mieści im się w głowie, że prywatna firma bardziej dba o swoich akcjonariuszy niż o zapewnienie bezpieczeństwa socjalnego lokalnej społeczności. Nie potrafią pojąć, że niskie podatki służą rozwojowi przedsiębiorczości, a wysokie przedsiębiorczość dławią. Otwierają szeroko oczy, kiedy ktoś nieśmiało zauważy, że większość państw byłego bloku sowieckiego cieszy się dzisiaj dużo większym liberalizmem gospodarczym niż Niemcy. Z niedowierzaniem kręcą głową, gdy dowiadują się, że w Polsce, by założyć zakład naprawiający komputery, nie trzeba się zapisywać do cechu, zdawać egzaminów i być informatykiem z wykształcenia.

Czy będą równie zdziwieni, gdy zaczną kupować montowane w Rumunii komórki i okaże się, że działają równie dobrze, a może i lepiej niż nokie produkowane w Zagłębiu Ruhry?

Zostaje nauczka

Afera z fińską firmą to festiwal cynizmu najwyższej próby. Wyobraźmy sobie teraz niemieckiego polityka, który na forum publicznym, np. w Davos, będzie namawiał zagraniczne koncerny do inwestowania w jego ojczyźnie. Owszem, Niemcy oferują fantastyczne warunki: znakomitą infrastrukturę, doświadczoną kadrę menedżerską, przejrzyste prawo. A oprócz tego szczerą nienawiść do kapitalizmu większości społeczeństwa podkręcaną od czasu do czasu i przez socjaldemokratów, i przez chadeków.Gdy przyjrzeć się dzisiejszej nagonce na Nokię, śmieszne wydają się zarzuty o „prześladowanie” biznesmenów w Polsce za rządów Jarosława Kaczyńskiego. Były premier rzeczywiście kilkakrotnie zagalopował się w krytyce „oligarchów” en masse, ale trudno porównywać tamte puste groźby z bardzo dobrze przemyślanym bojkotem fińskiego koncernu przez berliński establishment.

Nauczka jednak pozostaje, albowiem przeogromna jest wśród polityków pokusa wzniecania niezdrowych uczuć u wyborców. Na szczęście Polacy, w przeciwieństwie do zachodnich sąsiadów, nie są aż tak podatni na antykapitalistyczne slogany, skoro ugrupowanie uważane za skrajnie liberalne i sprzyjające „wielkiemu biznesowi” w cuglach wygrało wybory.Na koniec jeszcze drobna osobista deklaracja (świadomie ocierająca się o kryptoreklamę): jestem dumnym posiadaczem nokii i gdy w najbliższym czasie wybiorę się za Odrę, będę się z nią bezwstydnie obnosił. Jeśli jednak Finowie zmiękną i ulegną hordom niemieckich populistów, nie będzie już dla nokii miejsca w moim domu.

Źródło : Rzeczpospolita: Niemiecki seans nienawiści do kapitalizmu
Marek Magierowski 24-01-2008