Declan Ganley – człowiek, który pokonał Taraktat Lizboński

Kampania przed referendum w Irlandii wchodzi w decydującą fazę. Przez ulice Dublina mknie autobus Libertasu, antylizbońskiej organizacji biznesmena Declana Ganleya. Jej szef, wyluzowany i ironiczny, co chwilę rzuca dowcipem, działacze się śmieją. Choć jest gorąco, a Ganley od rana prowadził na ulicach kampanię, nie wygląda na zmęczonego. Siada wśród sterty ulotek, tłumacząc polskiemu dziennikarzowi, dlaczego agituje przeciw Lizbonie.

– Europa powinna być rządzona demokratycznie, a nie przez brukselską elitę, której nikt nie wybiera. Nie chcę narzuconego z góry prezydenta i ministra spraw zagranicznych Europy, co przewiduje traktat z Lizbony.– A gdyby powstał traktat zakładający ich wybór w ogólnoeuropejskim głosowaniu powszechnym? – pada pytanie.

– To by mi zaczęło przypominać demokrację! – w oku Ganleya pojawia się błysk. Człowiek, który stał się w wielu krajach ikoną eurosceptyków, na każdym kroku podkreśla swoje prounijne poglądy. – Nie jestem żadnym eurosceptykiem, jestem proeuropejski. Ale chcę Europy demokratycznej, a nie zarządzanej przez elitę, która nie musi odpowiadać przed ludźmi za swe decyzje – tłumaczy.

Według irlandzkiej Komisji Referendalnej grupa Ganleya wydała na kampanię najwięcej ze wszystkich irlandzkich organizacji – około 1,3 miliona euro. Pracownicy Libertasu rozdali 2 miliony broszur. Dla porównania, rządząca prawicowa partia Fianna Fail przeznaczyła na kampanię za przyjęciem traktatu tylko około 700 tys. euro. Fine Gael, druga siła polityczna na Zielonej Wyspie, na ten sam cel wydała 500 tysięcy.

Pieniądze, które Ganley rzucił na szalę, rozdrażniły jego przeciwników. 39-letni przedsiębiorca z Galway mówi tymczasem z rozbrajającą miną, że przeznaczył z własnej kieszeni na kampanię… 6 tysięcy euro. Reszta miała pochodzić z darów i składek. Kto je wręczył? Tajemnica.

Ponieważ niewiele wiadomo o pochodzeniu jego fortuny, wokół postaci Ganleya tworzą się mity. Irlandzkie gazety nazywają go tajemniczym Panem „Nie”, a jego polityczni przeciwnicy przypisują mu powiązania z kręgami nacjonalistycznymi. Niektórzy widzą w nim agenta CIA, który działa w imieniu amerykańskich republikanów chcących „osłabić Europę”. Wytyka mu się też, że mówi z brytyjskim akcentem.Kim jest naprawdę ten tajemniczy człowiek?

Biznes w Iraku, Albanii, Rosji…

Ganley urodził się w rodzinie irlandzkiej mieszkającej w Londynie. Żył tam przez kilkanaście lat i dlatego do dziś mówi z londyńskim akcentem. Gdy skończył 13. rok życia, jego rodzice wrócili do Irlandii.

Już w młodości miał żyłkę do interesów, ćwiczył ją, sprzedając i kupując akcje. Po szkole pracował najpierw na budowie, a potem jako drobny urzędnik w przedsiębiorstwie ubezpieczeniowym. Etatowa praca szybko mu się znudziła i zaczął próbować sił, rozkręcając własny biznes. Zarabiał, gdzie tylko mógł. Sposób, w jaki doszedł do pierwszego miliona, okryty jest tajemnicą. Wiadomo tylko, że działał niekonwencjonalnie, szukając zysku w miejscach, które inni biznesmeni omijali, np. w Iraku i Albanii. Szczególne zainteresowanie wzbudzała w nim Rosja oraz państwa byłego bloku sowieckiego, gdzie po upadku komunizmu otworzyły się szerokie perspektywy dla ekspansji biznesu. W 1992 roku był krótko doradcą ekonomicznym rządu łotewskiego.

Na początku lat 90. założył niewielką firmę przemysłu drzewnego Kipelova, która z czasem rozrosła się do rozmiarów przedsiębiorstwa zatrudniającego 6 tysięcy ludzi. W 1997 roku, gdy sprzedawał Kipelovą, była to największa firma drzewna na terenie dawnego ZSRR. Kupił ją Renaissance Capital, przedsiębiorstwo założone przez Borisa Jordana, jednego z byłych szefów Gazprom Media i gazpromowej telewizji NTV.

Prowadząc interesy na Wschodzie, Ganley nie ominął również Polski.– Spędziłem sporo czasu w Warszawie, a moja żona ma polskie korzenie. Jej dziadek służył w polskim legionie austriackiej armii w czasie I wojny – mówi nam biznesmen.

Gdy doszedł do wielkich pieniędzy, próbował realizować bardzo ambitne projekty. Proponował między innymi ubezpieczanie… zachodnich satelitów, które mieliby wystrzeliwać w kosmos Rosjanie. Nie udało się. Za to całkiem nieźle mu szło w telekomunikacji. Jego firma Broadnet działała w dziesięciu państwach UE, zanim sprzedał ją za ogromne pieniądze.

W pewnym momencie spółki Ganleya zaczęły robić interesy z przemysłem obronnym USA. Stało się to później pretekstem do oskarżeń o rzekome powiązania biznesmena z CIA. Rivada Networks, której jest prezesem, zatrudnia kilku byłych amerykańskich wojskowych. Według irlandzkiego tygodnika „Phoenix” Ganley zalicza do swych bliskich przyjaciół dowódcę amerykańskiej armii na Pacyfiku admirała Timothy J. Keatinga oraz byłego podsekretarza stanu USA do spraw handlu Johna Kneuera.

Te związki posłużyły zwolennikom „tak” do wysuwania sugestii, że biznesmen działa na zlecenie z Ameryki, a być może nawet otrzymuje stamtąd pieniądze. I to mimo że spaliły na panewce jego próby uzyskania kontraktu na sieć telefonii mobilnej w Iraku, w których starał się wykorzystać kontakty w amerykańskiej administracji rządowej.

– Declan wydaje się większy, potężniejszy, niż jest w rzeczywistości. To, co osiągnął w życiu, robi wielkie wrażenie na ludziach. Chciałbym jednak podkreślić, że to człowiek uczciwy, który nigdy nie kłamał na temat swoich osiągnięć – broni go partner i współzałożyciel Libertas Chris Coughlan.

Droga do władzy?

Ganley mógłby mieszkać w swoim XIX-wiecznym pałacyku w Galway, którego poprzednim właścicielem był znany piosenkarz Donovan, cieszyć się towarzystwem żony i bawić czworo małych dzieci. Zaspokoiwszy ambicje biznesowe, szef Libertasu najwidoczniej nabrał jednak ochoty na karierę polityczną. Jego przystąpienie do kampanii przeciw traktatowi lizbońskiemu było dla zwolenników „tak” niczym grom z jasnego nieba. Irlandzka klasa polityczna, niemal w całości prolizbońska, miała przeciw sobie tylko kilka biednych jak mysz kościelna antylizbońskich organizacji lewicowych. Myślała więc, że referendum pójdzie jak po maśle. Aż tu nagle pojawił się Ganley i sfinansował wielką, profesjonalną kampanię przeciwko traktatowi.

Pikanterii tej historii dodaje fakt, że Ganley jest członkiem Fianna Fail i – jak ujawnił „Rz” – wspierał partię swoimi pieniędzmi.

Gdy pytamy go, czy nie czuł dyskomfortu, prowadząc kampanię przeciw własnemu ugrupowaniu, uśmiecha się szelmowsko i odwraca wzrok. Przez chwilę głęboko się zastanawia. – Moja sytuacja we Fianna Fail wygląda mniej więcej tak: chodzę wokół wielkiego muru i szukam jakiejś małej dziury, żeby móc się przecisnąć – wyjaśnia i nagle wybucha głośnym śmiechem.

Czyżby ambitny biznesmen liczył na to, że zwycięska akcja antylizbońska będzie trampoliną do władzy we Fianna Fail? Niewykluczone, ale jest też inna możliwość. – Być może ta kampania jest wstępem do utworzenia w Irlandii pierwszej partii promującej ekonomiczny liberalizm. Declan Ganley byłby oczywiście liderem – mówi irlandzki politolog Peadar ó Broin.

Po przegranym referendum stał się postacią bardzo niewygodną dla politycznego establishmentu Irlandii, szczególnie po prawej stronie sceny politycznej. Dawni przyjaciele zaprzeczają, że go znają. Gdziekolwiek zapytać, trafia się na pełne zażenowania milczenie. W drugiej połowie lat 90. Ganley był jednym z głównych „dobroczyńców” partii premiera Briana Cowena, przeznaczając setki tysięcy euro na jej kampanie wyborcze. Dziś żaden z działaczy Fianna Fail nie chce się przyznać do kontaktów z milionerem.

Rzecznik prasowy Fianna Fail Gene McKenna reaguje nerwowo, gdy pada nazwisko Ganleya. Próbuje kręcić, ale w końcu musi przyznać, że wróg nr 1 ma tę samą legitymację.

– Tak, o ile wiem, wciąż należy do Fianna Fail – sapie McKenna. – Jednak nie jestem w stanie powiedzieć, od kiedy. Nie znam listy członków partii na pamięć. Zresztą nie muszę w szczegółach wiedzieć, kto jest członkiem. Szczególnie na niskim szczeblu, na prowincji.

Mimo że kierownictwo Fianna Fail nakazało swym członkom „bezkompromisowe” poparcie dla traktatu, głośna kampania Ganleya nie jest, zdaniem McKenny, powodem do wykluczenia go z partii. – Nie wszyscy u nas popierają ten traktat. Każdy ma prawo do własnego zdania. Fianna Fail to nie jest południowoamerykańska dyktatura – tłumaczy.

McKenna uważa, że Ganley zaszkodził głównie sobie, „chodząc po różnych mediach i opowiadając kłamstwa”. – Ten człowiek występuje wszędzie, gdzie się da, i mówi rzeczy, które nie są zgodne z prawdą. Szkodzi samemu sobie a przede wszystkim szkodzi Irlandii – twierdzi.

O tym, że Ganley w przeszłości finansował partię, McKenna „nic nie wie”. – Nie oznacza to, że to niemożliwe. Wiele osób wspiera partię. Jest ich tak wiele, że nie jestem w stanie powiedzieć, kto i kiedy przekazywał pieniądze – podkreśla.

Nagroda za przeczytanie traktatu

Ganley zmusił premiera Irlandii Briana Cowena do wstydliwego wyznania, że „nie przeczytał traktatu w całości”. Dzięki temu z człowieka, o którym wcześniej nigdzie poza Irlandią nikt nie słyszał, stał się postacią znaną w całej Europie.

Zdaniem politologa Uniwersytetu w Dublinie Johna Coakleya niechęć byłych partyjnych kolegów nie powstrzyma Ganleya. – Jest zręcznym i inteligentnym biznesmenem. To właściwości, które otwierają mu drogę do polityki – uważa Coakley. Według niego Ganley w sprytny sposób przypisał sobie wszystkie zasługi za zwycięstwo przeciwników traktatu. – Bądźmy szczerzy, tego dokumentu nikt nie przeczytał. Tylko on, jako jedyny. To zrobiło wrażenie na ludziach. I teraz co z tego, że tak naprawdę nie on obalił traktat lizboński? Był we właściwym miejscu o właściwej porze. Skoncentrował całą uwagę na sobie – podkreśla politolog.

– Lepszego startu do politycznej kariery nie można sobie wyobrazić. On chce się wspiąć na samą górę. Ma pieniądze, ma popularność, teraz potrzeba mu już tylko jednego. Władzy.

Źródło : Rzeczpospolita: Pan „Nie” czyta traktat
Aleksandra Rybińska, Marcin Szymaniak 21-06-2008

Reklamy

Perspektywy Unii Europejskiej

Traktat lizboński nie rozwiąże żadnych problemów Unii! Biurokracja, protekcjonizm, bezsensowne subsydia dla rolników czy nadmiar przepisów, to wszystko zostanie. Mamy do czynienia z wyjątkowo archaicznym dokumentem – przekonuje brytyjski politolog Hugo Robinson

Polska jest o krok od ratyfikacji traktatu lizbońskiego. Brakuje tylko podpisu prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Gdyby pan mógł, co by pan mu poradził? Podpisywać czy nie?

– Oczywiście, że nie podpisywać! Ten dokument nie jest do niczego potrzebny ani Polsce, ani Europie. Przeciwnie. Z drugiej jednak strony, patrząc realnie – szanse na to, by wasz prezydent nie zgodził się na ratyfikacje, są niewielkie. Polska raczej nie storpeduje traktatu.

Dlaczego uważa pan, że traktat nie jest dobry dla Polski?

– Bo przekazuje szereg ważnych kompetencji i decyzji z polskiego parlamentu do Brukseli. W kilkudziesięciu kluczowych sprawach Polska nie będzie mogła zastosować prawa weta, a jurysdykcja Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości będzie radykalnie rozszerzona. Nastąpi wielka centralizacja władzy w rękach wąskiej grupy eurokratów, którzy daleko od Warszawy będą podejmować kluczowe dla Polaków decyzje. A przecież to polski, wybrany demokratycznie parlament, a nie Bruksela, ma za zadanie reprezentować polski naród.

Badania wskazują, że Polacy są nastawieni euroentuzjastycznie. Może nie będzie im to przeszkadzać?

– Zacznie im przeszkadzać, gdy zorientują się, że coraz więcej decyzji jest podejmowanych za ich plecami. Kiedyś ludzie akceptowali fakt, że Unia przejmuje pewne kompetencje państw – ale chodziło o tak mało kontrowersyjne sprawy jak jednolity europejski rynek. Traktat lizboński narzuca jednak ten mechanizm na przykład w kwestiach przestępczości czy imigracji. To kwestie fundamentalne, ściśle związane ze specjalną relacją państwo – obywatele. Obawiam się, że gdy Bruksela zacznie narzucać poszczególnym państwom przepisy, których nie będą chcieli ich obywatele, to nastroje wobec Unii gwałtownie się zmienią. Ludzie zapytają, dlaczego nie mogą sami o sobie decydować. Gdyby w sprawie traktatu przeprowadzono referendum, politycy mogliby powiedzieć: „Sami tego chcieliście”. A tak?

Unia Europejska lubi podkreślać przywiązanie do zasad demokracji. Jak pan myśli, dlaczego w sprawie traktatu politycy woleli nie odwoływać się do woli narodów?

– W Wielkiej Brytanii sprawa jest prosta – rząd wie, że społeczeństwo odrzuciłoby traktat. Moja organizacja prowadziła wielką kampanię na rzecz referendum. Jeżeli narodowy parlament ma nieodwracalnie przekazać część swych uprawnień ponadnarodowej biurokracji, to warto spytać ludzi o zdanie. Kiedyś rząd nam to obiecał. Wystarczyło jednak przepakować Konstytucję UE w traktat i obietnicę złamano. To niesmaczne. Holendrzy i Francuzi, odrzucając unijną konstytucję w referendum, pokazali, że Europejczycy nie chcą dalszej integracji. Mimo to eurokraci bezwstydnie ją forsują ponad głowami narodów. Referenda powinny być zorganizowane we wszystkich państwach członkowskich. Tymczasem głosować będą tylko Irlandczycy i wszystko wskazuje na to, że wspierana przez rząd kampania na „tak” odniesie sukces.

Unia ma jednak demokratyczne instytucje. Na przykład Parlament Europejski.

– Zwolennicy traktatu często powołują się na ten argument. Wskazują, że kompetencje PE mają zostać zwiększone. Oczywiście, zgoda. Parlament to ciało o niebo lepsze niż Komisja czy Rada UE. Ale pamiętajmy, że to bardzo specyficzna instytucja. Wybierana małą ilością głosów (frekwencja w wyborach europejskich jest na ogół niska), a więc nie posiada specjalnej legitymizacji. Nie wiem, jak jest w Polsce, ale w Wielkiej Brytanii związek pomiędzy obywatelami a PE jest znikomy. Ludzie nie interesują się tym, co się dzieję podczas jego obrad, gazety o tym nie piszą. Nikt się nie czuje związany z tym gremium. Najważniejszy jest parlament państwowy.

Może to cena, jaką trzeba zapłacić za dobrobyt i wzmocnienie kontynentu?

– Ale ten traktat nie rozwiąże żadnych problemów, które trapią Unię! Jego twórcy nie myślą o prawdziwej, głębokiej reformie, której ta instytucja wymaga. Po ratyfikacji traktatu stare problemy się nasilą. Biurokracja, protekcjonizm, bezsensowne subsydia dla rolników czy nadmiar przepisów. Ten traktat nie stawia czoła fundamentalnym wyzwaniom, którym należy sprostać, żeby Unia Europejska mogła sprawnie działać w XXI wieku. Mamy do czynienia z wyjątkowo archaicznym dokumentem. To na pewno nie jest żadne „wzmocnienie kontynentu”. Proszę mnie dobrze zrozumieć: nie chcę, żeby Unia padła. Chcę, żeby to była nowoczesna, sprawna struktura. W obecnym kształcie długo jednak nie pociągnie.

A czy zgadza się pan z tezą, że znaleźliśmy się na drodze do budowy europejskiego superpaństwa?

– Aż tak źle nie jest. Centralizacja władzy w rękach eurokratów to wprawdzie drobny krok w tę stronę, ale do utworzenia takiego molocha i zniesienia państw narodowych jeszcze daleka droga. Faktycznie, przewidziano stworzenie instytucji prezydenta UE, będzie również unijny minister spraw zagranicznych. Ale by zbudować europejskie superpaństwo, potrzeba jeszcze kilku traktatów. Proszę zresztą pamiętać o poważnej przeszkodzie – nie ma czegoś takiego jak europejski naród, europejska opinia publiczna czy europejski patriotyzm.

W Polsce istnieją obawy, że Unia może zostać zdominowana przez Francję i Niemcy, i realizować interesy tych krajów?

– Bracia Kaczyńscy mieli dobre powody, żeby sprzeciwiać się nowemu systemowi głosowania w UE. Rację miał również Jan Rokita, gdy bronił systemu z Nicei. Dla Polski był on wyjątkowo korzystny. A teraz wasze wpływy zostaną poważnie zmniejszone. Podobnie jak wiele innych krajów, w szeregu spraw nie będziecie mogli stosować prawa weta. Przekonuje się nas, że to pozwoli „zdynamizować Unię” i przyspieszyć proces podejmowania decyzji. W Wielkiej Brytanii wielu ludzi, zwłaszcza związanych z biznesem, nie podziela tego poglądu. Dla nich to, że Unia będzie mogła swobodnie ustalać kolejne prawa, jest niemiłą perspektywą. I tak zmagają się z tysiącem przepisów narzucanych z Brukseli. Wracając do pańskiego pytania – choć traktat rzeczywiście poprawi pozycję Niemiec, to wydaje się, że na tym dokumencie stracą wszystkie państwa narodowe. Zyskają eurokraci.

W Polsce wielkie kontrowersje wzbudza zawarta w traktacie Karta praw podstawowych.

– I nic dziwnego. To pewnie najważniejsza i najbardziej kontrowersyjna część traktatu. Określa się ją czasami mianem traktatu w traktacie. To nieprzewidywalny i niebezpieczny dokument. Nie bardzo nawet wiadomo, o co w nim chodzi, jaka jest różnica między pryncypiami a prawami. Karta praw podstawowych – brzmi szlachetnie. Ale spróbujmy to przełożyć na język prawniczy. Wtedy okaże się, że dokument daje wolną rękę prawnikom, którzy mogą go dowolnie interpretować. Deklaracje szybko mogą się przerodzić w nakazy prawne. Idea w obowiązek. Brytyjski rząd przecież zębami i pazurami walczył, aby powstrzymać przyjęcie Karty.

W Polsce szczególne obawy wzbudziły zapisy dotyczące praw dla homoseksualistów…

– Wiem, że to u was drażliwy temat. W Wielkiej Brytanii dyskusja na temat traktatu skupia się raczej wokół zapisów ekonomicznych. Na przykład „prawo do strajku”. Organizacje zrzeszające biznesmenów niepokoją się, że może to zniszczyć konkurencyjność brytyjskich towarów i odwrócić liberalne reformy wprowadzone przez panią Thatcher. Lewica też się niepokoi. Na przykład zapisami o „prawie do własności”. Karta nie jest więc ani lewicowa, ani prawicowa. To po prostu mętny dokument wprowadzający prawniczą niejednoznaczność.

Ostro krytykuje pan kierunek, w jakim zmierza Unia. Jak zatem według pana powinna wyglądać wspólnota?

– Przede wszystkim powinna być bardziej elastyczna, żeby kraje, które nie chcą głębszej integracji, nie musiały w niej uczestniczyć. Państwa członkowskie powinny odzyskać swoje prawa. Problemem Unii jest bowiem jej zachłanność. Wszelkie zmiany są nieodwracalne. Jeszcze nie było przypadku, żeby Unia zrezygnowała z jakichś prerogatyw, które odebrała państwom.

A w kwestii gospodarki? Co Unia powinna zrobić, żeby móc konkurować ze Stanami Zjednoczonymi czy wzrastającymi azjatyckimi potęgami: Indiami i Chinami?

– Trzeba zrezygnować z wszystkich regulacji, które dławią naszą przedsiębiorczość i konkurencyjność. Protekcjonizm handlowy to dziś przeżytek. Polityka Unii jest tak naprawdę kierowana przez rozmaite grupy interesu, na przykład francuskich rolników czy włoski biznes tekstylny. W połowie roku, gdy Francja przejmie kierownictwo Unii, na pewno zobaczymy dalsze „postępy” w tej dziedzinie. Nicolas Sarkozy jest, niestety, bardzo gaullistowski, bardzo protekcjonalistyczny i podejrzliwy wobec wolnego rynku. Wszystko to, o czym mówię, zwiększa cenę naszych produktów. Zamiast walczyć z Chińczykami, sami się im podkładamy. Prawdziwymi przegranymi są europejscy konsumenci.

Czy Unia może jeszcze zmienić kurs?

– Oczywiście. Jak wcześniej powiedziałem, musi przyjść moment, w którym Europejczycy stwierdzą, że mają dość i wystąpią przeciw Unii. Zobaczymy, jak będzie się sprawdzało euro. Na przykład Portugalia i Hiszpania już mają kłopoty ze zbyt silnym kursem euro, na który nie mają wpływu. Euro to symbol integracji. Jeżeli unia monetarna poniesie porażkę, to będzie wielki cios dla koncepcji unii politycznej. Są zresztą inne słabe punkty, gdzie mogą się pojawić rysy, a nawet pęknięcia. Musimy na to liczyć.

Czyli Unia potrzebuje kryzysu, żeby rozpocząć poważne reformy?

Tak. Unia w obecnym kształcie długo nie przetrwa. Euroentuzjaści prowadzili swoją kampanię od wielu lat. Przekonali ludzi do swojej wizji. Teraz przyszła pora, żeby głośno przemówili eurosceptycy. Musimy dotrzeć do Europejczyków. Pokazać im, że jest alternatywa. Obecnie tylko Wielka Brytania i Polska są krajami, gdzie wśród elit – klasy politycznej czy przedsiębiorców – występują nastroje eurosceptyczne. Czytam najważniejsze francuskie i hiszpańskie gazety i wiem, że tam tego nie ma. Na górze panuje powszechny konsensus, przekonanie, że w Unii wszystko idzie świetnie. Euroseptycyzm występuje zaś wśród zwykłych obywateli. Prędzej czy później nastroje te przenikną do elit.

Hugo Robinson jest politologiem z konserwatywnego, brytyjskiego think tanku Open Europe.

Źródło : Rzeczpospolita: W obecnym kształcie Unia długo nie przetrwa
Piotr Zychowicz 05-05-2008

Traktat Reformujący EU- Konstytucja Europejska

Wśród Polaków zdaje się panować powszechne przekonanie, że Polska, sprzeciwiając się Karcie praw podstawowych, kompromituje się. Jednak kwestionowanie korzyści większej integracji europejskiej nie jest żadną aberracją

W czerwcu tego roku politycy i przywódcy różnych państw europejskich wypowiadali się przy rozmaitych okazjach o tym, czym jest traktat europejski. Oto kilka spośród tych wypowiedzi:

Angela Merkel: „Istota konstytucji została zachowana. Taka jest prawda”.

Jose Zapatero: „Zachowaliśmy każdy istotny punkt konstytucji”.

Vaclav Klaus: „Zmiany są jedynie kosmetyczne, podstawowy dokument jest ten sam”.

Valery Giscard d’Estaing: „Ten tekst jest faktycznie powtórzeniem wielkiej części istoty konstytucji”.

Anders Fogh Rasmussen: „Zniknęły wszystkie elementy symboliczne, zostało to najważniejsze, sam rdzeń”.

Co do prawdziwej natury tego traktatu – traktatu, o którym eurokraci nadal nas zapewniają, że nie ma on nic wspólnego z odrzuconą konstytucją – nie można już mieć wątpliwości. Wcześniej było to możliwe głównie wskutek trudności w jego rozumieniu. Jego mętny i pokrętny język był sam w sobie poszlaką, że kryje się w nim coś podejrzanego. I rzeczywiście:„Opinia publiczna w końcu bezwiednie przyjmie propozycje, jakich nie odważamy się ludziom wyłożyć w sposób bezpośredni… Wszystkie wcześniejsze propozycje będą zawarte w nowym tekście, ale będą w jakiś sposób zamaskowane i zatajone”, oświadczył Giscard d’Estaing w lipcu tego roku w „Le Monde”.

„Zdecydowano, że ten dokument ma być niezrozumiały. Bo jeśli będzie niezrozumiały, to ludzie pomyślą, że nie może być konstytucyjny – takie mniej więcej było rozumowanie. Gdyby był od razu jasny, to pomyśleliby, że może powinno być referendum”, powiedział w lipcu Giuliano Amato, były premier Włoch.

„Celem traktatu konstytucyjnego była czytelność; celem tego traktatu jest nieczytelność. Udało się” – przyznał w czerwcu belgijski minister spraw zagranicznych Karel de Gucht.

Przywódcy prawie wszystkich europejskich państw w jakimś momencie przyznali, że traktat jest w istocie tożsamy z konstytucją. Przyznali też, że specjalnie został sformułowany w taki sposób, by ten fakt zamaskować. Mimo to żaden rząd nie chce się zgodzić na referendum w tej sprawie. Sarkozy oświadczył z rozbrajającą szczerością, że nie pozwoli na referendum, ponieważ wie, że je przegra. W Wielkiej Brytanii, mimo ogromnej presji, premier Brown również odmawia obiecanego referendum. Ruchy sprzeciwiające się przyjęciu traktatu i domagające się referendum istnieją w prawie każdym europejskim kraju.

Mętnie i zagadkowo

W Polsce jednak uwaga skupia się na razie na sprawie Karty praw podstawowych, która jest częścią traktatu i stanie się wiążąca w chwili jego podpisania. 30 listopada ukazał się w „Rzeczpospolitej” artykuł Zdzisława Brodeckiego, Jerzego Zajadły i Tomasza Tadeusza Koncewicza, trzech profesorów prawa z Gdańska, którzy twierdzą, że „krytyka Karty oparta jest na hasłowym, uproszczonym i selektywnym jej odczytywaniu”. Uderzające i zastanawiające jest, jak podobnym językiem posługują się obrońcy traktatu i Karty, żeby nas do nich przekonać. Jedną z jego cech jest niezrozumiałość; język tego artykułu jest miejscami nie mniej zagadkowy niż język traktatu. Niełatwo, doprawdy, rozszyfrować takie np. zdanie, jak: „prawa zapisane w Karcie, które nie są oparte na TUE lub TWE, mogą być wykorzystane i udzielać ochrony, ale tylko w zakresie korzystania z kompetencji przez Unię, Wspólnotę lub państwa członkowskie implementujące prawo wspólnotowe”.

Wolno się zastanawiać, czy tutaj też niezrozumiałość jest zamierzona. Nie jest to wykluczone, ponieważ po rozszyfrowaniu trudno oprzeć się wrażeniu, że twierdzenie to jest – jak zresztą i wiele innych twierdzeń w tym tekście – nieco obłudne. Komisja Europejska przyznała, że Karta zawiera „pewne nowe prawa”, które według niej „już istnieją”, ale dotychczas nie były jeszcze „formalnie” chronione jako podstawowe prawa w żadnym innym traktacie. Nie jest jasne, w jakim sensie prawa te mimo to „istnieją”.

Charakterystyczny wydaje się także ton: zastraszający, pouczający i pogardliwy. Karta ma „pomóc obywatelom identyfikować się z nią, skoro to właśnie obywatele są najważniejszymi beneficjentami zawartych w niej praw”. Gdzie indziej czytamy, że „trzeba społeczeństwu jasno powiedzieć”, na czym polega „ideologia” przeciwników Karty (o ideologii za chwilę). Inaczej mówiąc: Te sprawy są dla Was, dzieci, za trudne, wy tego nie możecie zrozumieć, ale my wiemy, co jest dla was dobre, a przecież o wasze dobro nam chodzi.

Niebezpieczne artykuły

O mętnej, niekiedy absurdalnej, niekiedy ryzykownej treści Karty już pisano, warto jednak przytoczyć kilka jej artykułów.

Tak więc w art. 7 czytamy, że „każdy ma prawo do poszanowania swego życia prywatnego i rodzinnego, domu i komunikowania się”. Ten artykuł, a zwłaszcza zwrot „i komunikowania się”, należy do ryzykownych, ponieważ mógłby utrudniać walkę z przestępczością i z terroryzmem.

Art. 10, o wolności sumienia i religii: „Prawo to obejmuje wolność… uzewnętrzniania, indywidualnie lub wspólnie z innymi, publicznie lub prywatnie, swej religii lub światopoglądu poprzez uprawianie kultu, nauczanie, praktykowanie i uczestniczenie w obrzędach”. – Ten artykuł też należy do kategorii ryzykownych, ponieważ, przez szerokość praw, jakie obejmuje, stwarza świetne warunki do propagandy islamistycznej – która prędzej czy później do Polski też przywędruje – już jest mowa o zbudowaniu meczetu w Krakowie. Nie należy się łudzić, że to, co się dzieje w Anglii, we Francjii, w Holandii, nie nastąpi także w Polsce. Powstanie problem noszenia chust w szkołach („uzewnętrznianie”), problem islamizmu w meczetach („nauczanie”) itd. Otwiera to drogę do niezliczonych procesów i utrudnień.

Art. 12: „Partie polityczne na poziomie Unii przyczyniają się do wyrażania woli politycznej jej obywateli.” Ten artykuł należy do kategorii uprawnień absurdalnych.

W art. 14 czytamy, że prawo do nauki obejmuje „możliwość korzystania z bezpłatnej nauki obowiązkowej”. – Bez komentarza.

Art 19: „Nikt nie może być… wydany w drodze ekstradycji do państwa, w którym istnieje poważne ryzyko, iż może być poddany karze śmierci, torturom lub innemu nieludzkiemu lub poniżającemu traktowaniu albo karaniu”. To znów kategoria uprawnień ryzykownych. Wielka Brytania, w której to prawo obowiązuje, ma ogromne problemy z ekstradycją kogokolwiek, ze szczególnym uwzględnieniem terrorystów. Również Polskę to czeka.

Art 23: „Należy zapewnić równość mężczyzn i kobiet we wszystkich dziedzinach… Zasada równości nie stanowi przeszkody w utrzymywaniu lub przyjmowaniu środków zapewniających specyficzne korzyści dla osób płci niedostatecznie reprezentowanej”. To należy do kategorii absurdalnej i ryzykownej naraz. Oto otwarta droga do tzw. działań afirmatywnych, jak np. narzucanie obowiązkowego procentu kobiet w danej instytucji, np. w parlamencie.

Art. 35: „Każdy ma prawo dostępu do profilaktycznej opieki zdrowotnej”. Ten artykuł, mętny w sposób skrajny, mógłby być interpretowany w sposób, który pozwoliłby pacjentom wytaczać procesy lekarzom i szpitalom i oskarżać ich o to, że nie wykryli wcześniej jakiejś choroby.

Roszerzenie władzy sądów europejskich

Co jednak Karta zmienia, skoro niektóre z tych uprawnień istnieją już w konstytucji – to znaczy, przepraszam, w traktacie, który konstytucją broń Boże nie jest? Autorzy tekstu w „Rzeczpospolitej” twierdzą, że nic. Nie jest to jednak zgodne z prawdą. Spójrzmy na kilka wyjaśnień o znaczeniu i naturze Karty, jakich dostarczają.

„Z punktu widzenia aksjologii Karta ma wzmacniać Unię Europejską”, piszą autorzy, „a nie ingerować (…) w system kompetencji państw członkowskich (…). Karta (…) wyraża aksjologię Unii i niczego państwom członkowskim nie narzuca (…). Ochrona praw człowieka ulegnie wzmocnieniu i zmierzać będzie do jeszcze większego stopnia porównywalności między Unią a państwami członkowskimi, niż jest to dzisiaj (…)”.

Jednocześnie twierdzą, że Karta „nie tworzy nowych zadań oraz kompetencji i nie modyfikuje już istniejącego ich systemu”. Wolno się zastanawiać, w jaki dokładnie sposób, nic nie tworząc, nie dodając, nie zmieniając i w nic nie ingerując, Karta mogłaby cokolwiek wzmacniać. Okazuje się jednak, że, owszem, wzmacnia, i to dość mocno, ale bynajmniej nie w mętny i kuriozalny sposób proponowany przez autorów i odznaczający się nicniezmienianiem.

Otóż Karta będzie mogła wzmacniać Unię Europejską, ponieważ otwiera ogromne możliwości zmiany, tworzenia i dodawania. Można wprawdzie argumentować, że otwieranie możliwości tworzenia, zmieniania itd. nie jest tym samym, co tworzenie itd., a zatem że powyższe twierdzenie jest w ścisłym sensie prawdziwe; ale byłby to kolejny przykład typowej dla obrońców Karty i traktatu kazuistyki.

Jeśli Karta stanie się wiążąca prawnie – co nastąpi z chwilą podpisania Traktatu – będzie już czymś więcej niż „deklaracją polityczną”, jaką jest obecnie. Obywatele Unii będą mogli się na nią powoływać, by kwestionować decyzje poszczególnych państw Unii tam, gdzie ich zdaniem prawo narusza ich podstawowe prawa. Podobnie będzie mogła czynić Komisja Europejska wobec państw Unii.

Autorzy piszą dalej, iż Karta „wskazuje, że prawa w niej gwarantowane mają być interpretowane w świetle tradycji konstytucyjnych państw członkowskich i orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw Człowieka”. Otóż to. Kluczowe są tu ostatnie słowa. To Trybunał będzie decydował, czy dane państwo jest słusznie oskarżone o gwałcenie prawa w Karcie. To sędziowe Trybunału będą odpowiedzialni za interpretowanie Karty. A interpretacje będą potrzebne, ponieważ jest to, jak już kilkakrotnie podkreślałam, dokument niezwykle mętny i nieprecyzyjny.

Jest jasne, i kilkoro sędziów europejskich to przyznało, że Karta będzie wpływać na prawa narodowe, gdy stanie się wiążąca, a na pewno w znaczny sposób rozszerzy władzę sądów europejskich i Trybunału. I znowu: to sądy europejskie będą decydować, gdzie leży granica między prawem narodowym a europejskim.

Kto powinien wyznaczać ton dyskusji

Przeciwnicy Karty, jak piszą autorzy tekstu w „Rzeczpospolitej”, „w imię swej ideologii, której rzeczywistą treść skrzętnie ukrywają, są gotowi położyć na szali nawet dalszą reformę Unii”.

Przekonanie, że sprzeciwiać się Karcie można tylko wskutek ideologii, jest częste wśród entuzjastów Unii Europejskiej. Nie mogą oni sobie wyobrazić, że ktoś mógłby z racjonalnych, nieideologicznych powodów, z którymi można się zgadzać lub nie, żywić niechęć do Karty albo do traktatu.

Takich powodów, na przykład, jak obawa przed oddawaniem coraz większej władzy gigantycznej, przez nikogo niewybranej i skorumpowanej biurokracji. Wydaje im się (jak pokazuje słówko „nawet”), że tylko ktoś szalony mógłby się sprzeciwiać dalszej integracji państw europejskich pod władzą europejskiego sądu, europejskiego prezydenta, europejskiej dyplomacji i europejskiego ministra spraw zagranicznych – temu, co autorzy elegancko nazywają „dalszą reformą Unii”.

Jaka miałaby być ta skrzętnie ukrywana treść przeciwników Karty? Okazuje się, że jest to ideologia, w świetle której „państwo powinno być bardziej opresyjne, a obywatele i tak mają za dużo praw”. A więc przeciwnikom Karty chodzi o to, żeby społeczeństwo trzymać krótko, a najlepiej by móc wsadzać kogo chcą do więzienia bez procesu. No, naturalnie: jest to przecież Karta praw, i to podstawowych, a więc jasne jest, że jej przeciwnicy chcą odebrać ludziom prawa.

Po tej dech zapierająco pogardliwej, obraźliwej dla inteligencji czytelnika konstatacji, po tych bezczelnych oskarżeniach, po własnych obłudnych argumentach, autorzy narzekają, że debata jest „wyznaczana przez uprzedzenia i nierzetelne argumenty”. Po czym oświadczają: „Polacy nie zasługują na stosowanie wobec nich tak prymitywnej socjotechniki”. Lecz najbardziej osłupiające jest jedno z końcowych zdań, utrzymane w tonie pogardy, od którego zaczęli: „Apelujemy więc, by ton i kierunek dyskusji nie był wyznaczany przez osoby, które po trzech latach członkostwa w Unii nadal nie rozumieją, co oznacza być państwem członkowskim oraz nowocześnie, po europejsku myśleć o Polsce i jej przyszłości”.

Warto dodać, że obywatele państwa założycielskiego Unii Europejskiej, czyli Francji, w referendum odrzucili konstytucję. Widać Francuzi też nie rozumieją, biedacy, co oznacza być państwem członkowskim; ich też trzeba nauczyć. Holendrzy i Duńczycy także mogliby się dokształcić.Przykro nam, przeciwnikom Karty, żeśmy tacy tępi i nic nie rozumiemy. Zawsze jednak staraliśmy się, i staramy się nadal, myśleć normalnie, to znaczy racjonalnie, nie zaś „po europejsku”. Staramy się też nie „debatować w sposób obraźliwy, pogardliwy i infantylizujący dla naszego rozmówcy.

W kierunku ścisłej integracji

Wróćmy na chwilę do traktatu-który-nie-jest-konstytucją – tego traktatu, w którym wszystko najważniejsze jest „zamaskowane i zatajone” i który „miał być niezrozumiały”, lecz który mimo to państwa europejskie podpisały w miniony czwartek w Lizbonie – nie dopuściwszy do referendum w tej sprawie. W Polsce, o ile wiem, nie było ruchu domagającego się referendum; w ogóle mało o tym traktacie mówiono. A posuwa się on niezwykle daleko na drodze do pełnej europejskiej integracji. Otwiera drogę do stworzenia stanowiska stałego europejskiego prezydenta (który zamiast głów państwa negocjowałby z Komisją), europejskiego ministra spraw zagranicznych i ogromnego europejskiego korpusu dyplomatycznego; obdarza Unię osobowością prawną, co pozwala jej podpisywać umowy i traktaty.

Wprowadza, w znacznej ilości spraw, zasadę głosowania większościowego i pozwala na likwidację weta (wskutek czego przeciwnikom jakiegoś proponowanego prawa będzie trudniej je zablokować). W wielu sprawach daje większą władzę Parlamentowi Europejskiemu, który wskutek tego będzie mógł blokować decyzje głów państw. W większości spraw definiuje władzę Unii i poszczególnych państw jako „wspólną”, ale mówi, że poszczególne państwa mogą w tych sprawach podejmować decyzje, tylko jeżeli Unia się od podjęcia decyzji wstrzymuje. Powołuje europejskiego prokuratora. Otwiera drogę do stworzenia europejskiej armii (cel, który potwierdzili w tym roku między innymi Sarkozy i Merkel). Wprowadza większościowe głosowanie w sprawie pomocy humanitarnej (co może być podstawą takich decyzji, czy należy, na przykład, dalej finansować rząd palestyński po dojściu do władzy Hamasu).

Traktat wymaga od państw Unii konsultacji z Radą Europejską przez podjęciem jakichkolwiek kroków w polityce zagranicznej; wymaga też wspólnej polityki imigracyjnej i ustanowienia praw, których celem byłaby integracja imigrantów, a także daje Unii prawo ustalania praw obywateli państw trzecich zamieszkałych legalnie w jednym z państw Unii. Istniejąca już instytucja Eurojust – grupa sędziów unijnych – będzie mogła wszczynać śledztwa przeciwko obywatelom państw unijnych. Unia będzie mogła definiować, co jest przestępstwem, i ustalać minimalne i maksymalne wyroki więzienia.

Mamy prawo sprzeciwu

Polska, tak samo jak inne państwa Unii, ma prawo kwestionować korzyści większej integracji i federacji politycznej; ma prawo sprzeciwiać się woli niewybranych przez nikogo biurokratów. Wśród Polaków zdaje się panować powszechne przekonanie, że Polska, sprzeciwiając się Karcie, zachowuje się w Europie jak niegrzeczne dziecko u cioci na imieninach; że się kompromituje. Niektórzy sądzą nawet, że Polska nie może sobie na takie wybryki pozwolić: że Unia narzuci jej kary, postawi do kąta, pozbawi deseru. Może nawet wyrzuci, jeśli Polska będzie za bardzo podskakiwać.

Nie jest tak. Unia od początku lubiła odpowiadać na sprzeciw groźbami końca cywilizacji (Margot Wallström w pamiętny sposób groziła, że odrzucenie konstytucji będzie klęską, ponieważ tylko konstytucja może nas ochronić przed… holokaustem.) Nikt nie może nikogo znikąd wyrzucać. A Polska nie jest odizolowana; kwestionowanie korzyści większej integracji nie jest żadną aberracją właściwą tylko Polsce i Wielkiej Brytanii ze swoją słynną niespisaną konstytucją.

Niektórzy zdają się sądzić, że lepsze prawo narzucane przez biurokratów z Brukseli (bo „europejskie”, bo „cywilizowane”) aniżeli prawo polskie (bo „ciemne”, bo „zacofane”, bo „prymitywne”). Mówią tak tylko ci, co mają dla Polski i Polaków głęboką pogardę. Polsce, tak samo jak każdemu krajowi, należy się możliwość podejmowania własnych decyzji – w demokratyczny sposób. Nie tylko Anglia ma prawo dbać o suwerenność swojego parlamentu.

Kolejny powód niechęci do sprzeciwu, często w Polsce spotykany i też wyraźnie podzielany przez wspomnianą trójkę autorów, wiąże się z niechęcią do grup, które taki sprzeciw wyrażają. Że to antysemici, faszyści, nacjonaliści, fanatycy; że czarnosecińcy; że ksiądz Rydzyk. (Możliwe, że to jest właśnie ta „ideologia”, którą ponoć wyznają wszyscy przeciwnicy Karty.)

Wydaje mi się jednak, że nie powinniśmy rezygnować z opinii, którą uważamy za słuszną, tylko dlatego, że nie podobają nam się ludzie, którzy ją podzielają. We Francji przed referendum była obawa, że odrzucenie konstytucji zostanie odebrane jako świadectwo francuskiego „szowinizmu” i „ksenofobii”; tak nie było.

Czasem też ludzie się obawiali, że głosując „nie”, znajdą się w „niesmacznym” towarzystwie (np. komunistów albo radykalnej prawicy). Skutek odrzucenia konstytucji był jednak taki, że towarzystwo to zostało osłabione i zmarginalizowane, nie zaś wzmocnione. Jeśli ksiądz Rydzyk sądzi, że 2 + 2 = 4, nie stanowi to dobrego powodu, by tej prawdzie przeczyć.

Nie ma też podstaw, by sądzić, że przyznając ją, jakoś mu pomagamy czy „idziemy na rękę”. Zdarza się, że wskutek swoich opinii na różne tematy znajdujemy się w towarzystwie, które nam nie odpowiada. Trudno. Niezależność myślenia i uczciwość intelektualna miewają takie skutki. Trzeba się z nimi pogodzić.

Inna często spotykana obiekcja jest taka, że Polska potrzebuje Europy, by się bronić przed Związkiem Sowieckim – przepraszam, przed Rosją. Ale Unia nie wykazała jak dotąd najmniejszego entuzjazmu do potępiania Rosji za cokolwiek. Przeciwnie, mizdrzyła się do niej. Wprawdzie wyraziła zaniepokojene wynikiem ostatnich wyborów (choć Sarkozy zadzwonił do Putina z gratulacjami), ale wolno wątpić w jej determinację, by się Rosji na dłuższą metę sprzeciwiać. Zresztą obrona przed Rosją należy do NATO i sama Europa liczy na NATO, żeby się przed nią bronić.We wszystkich krajach Unii istnieją ruchy sprzeciwiające się dalszej integracji, kwestionujące wielomiliardowe unijne wydatki i żywiące niechęć do ustawodawstwa europejskiego, które w każdej dziedzinie życia coraz bardziej nas przytłacza. Jeżeli trzeba coś jasno powiedzieć, to właśnie to.

Agnieszka Kołakowska jest tłumaczką i publicystką. Mieszka w Paryżu

Źródło : Rzeczpospolita: Sztuka owijania w bawełnę
Agnieszka Kołakowska 15-12-2007