Demokracja w EU według kanclerz Niemiec Angeli Merkel

W przyszłości musi być możliwe, by w ostateczności pozbawiać – przynajmniej przejściowo – prawa głosu państwo, które nie dotrzymuje swych zobowiązań. Niemcy uważają to za nieodzowne” –
kanclerz Niemiec Angela Merkel dla „Bild am Sonntag”
01.05.2010

Ciekawe ile takich ograniczeń dla Państw członkowskich i z jakich powodów zostanie wprowadzonych w przyszłości?
Obstawiam, że bardzo wiele.

Źródło: Rzeczpospolita: Merkel chce karać zadłużone państwa strefy euro
01-05-2010

Merkel chce karać zadłużone państwa strefy euro

Związek Socjalistycznych Republik Europejskich

Włodzimierz Bukowski o Związku Socjalistycznych Republik Europejskich (oficjalie nazywanej Unią Europejską).

Władimir Konstantinowicz Bukowski (ur. 30 grudnia 1942 w Bielebieju) – rosyjski dysydent, pisarz i obrońca praw człowieka w ZSRR.

Spędził dwanaście lat w sowieckich zakładach psychiatrycznych (psychiatria represyjna w ZSRR).
V.Bukovsky, 2007

W roku 1976 deportowany na Zachód – w ramach wymiany za sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Chile Luisa Corvalana (18 grudnia 1976)

Obecnie mieszka w Wielkiej Brytanii. Kilkakrotnie gościł w Polsce. Znany przeciwnik Unii Europejskiej – z pozycji eurosceptycznych (traktuje UE jako związek socjalistycznych republik europejskich[1]), równie sceptycznie nastawiony jest do niektórych kierunków rozwoju cywilizacji zachodniej. 16 października 2007 roku przyleciał z wizytą do Moskwy

Źródło Wikipedia

Biurokracja EU ogranicza demokrację

Coraz bardziej ograniczana demokracja staje się w UE pozorem. Lawinowo narastające unijne prawo przestaje wyznaczać ramy wolności, a staje się regulaminem życia

UE coraz szczelniej zabudowywana jest przez nowe normy prawne, regulacje i zarządzenia. Nad głowami jej obywateli jak miecz Damoklesa wisi Karta praw podstawowych. Prawa w Europie muszą zostać ujednolicone, tłumaczą nam prawodawcy z Brukseli. Dla naszego dobra zostaną „zharmonizowane” i aby „zwiększyć ich efektywność dla prawnej obrony jednostki”, dostaniemy w prezencie ich kolejny pakiet.

Im więcej dobrych praw, tym lepiej – tłumaczą europejscy mędrcy.Czy na pewno? Można odnieść wrażenie, że „żelazna klatka” racjonalnej biurokracji, o której pisał ojciec socjologii Max Weber, zamyka się w obecnym projekcie UE. Prezentowana jest jako spełnienie europejskiej historii, ale jak wszystkie utopie okazuje się raczej jej zaprzeczeniem.

Przyzwyczailiśmy się myśleć, że ujednolicenie norm prawnych jest niezbędne dla europejskiej integracji i z zasady pozytywne. Czy jest tak naprawdę? Stany Zjednoczone są krajem zintegrowanym, w którym żyje jeden naród mający silne poczucie swojej tożsamości. Dzieje się tak pomimo odmiennych praw, których przestrzegają składające się nań stany. W Europie w odmiennych państwach żyją odmienne narody. Generalną, cywilizacyjną wspólnotę realizują one w różnych kulturowo wariantach wypływających z innych historycznych doświadczeń, które przekładają się na zróżnicowane tradycje. Wyrażają się one także w odmiennych prawach.

Dwa modele integracji

Z grubsza rzecz biorąc, można przyjąć dwa modele integracji kontynentu.Jeden umownie nazwać można naturalnym. Narody stopniowo likwidują dzielące je bariery. Korzyści płynące ze współpracy prowadzą do eliminacji antagonizmów i wzmacniają tworzące się między nimi więzi. Rodzi się realna wspólnota interesu, nie tylko w wymiarze ekonomicznym, która z czasem doprowadzić powinna do integracji politycznej.

Tak działali ojcowie założyciele wspólnoty europejskiej. Po kataklizmie II wojny światowej, którą wielu uważało za kolejny etap europejskiej wojny domowej rozpoczętej w 1914 roku, a prowadzącej nieomal do samobójstwa naszego kontynentu, uznali oni, że trzeba zrobić wszystko, aby w przyszłości zapobiec tego typu konfliktom. Ich cel był polityczny, ale drogę do niego stanowić miała gospodarka. Europejska Wspólnota Węgla i Stali, która w życie weszła w 1952 roku, stanowiła doskonały fundament budowania przyszłej, nie tylko ekonomicznej, jedności. Potem powstawały kolejne wspólnoty, które prowadziły do zacieśniania się europejskich więzi.

Co najmniej jednak od początku lat 90., od traktatu w Maastricht, a w rzeczywistości już wcześniej, mamy do czynienia z radykalnym odwróceniem tej metody. Europę dominować zaczyna idea stworzenia odgórnego projektu, który kraje członkowskie zmuszone będą wprowadzać w życie. O ile pierwszy model integracji wdrażany był przez „europejskich funkcjonalistów”, o tyle obecnemu patronują „kreacjoniści”, wyznawcy inżynierii społecznej. Pociąga on za sobą lekceważenie dla partykularnych kultur, czyli odrębności kształtowanych przez pokolenia odmiennych dziejów. Przyświeca mu wiara we wszechmoc „oświeconego rozumu”, którego adepci, planiści doskonali, są w stanie zaprojektować idealny ustrój kontynentu.

Ów ustrój realizowany będzie przez system niesłychanie rozbudowanych regulacji, które funkcjonują jako europejski system prawny. Od Karty praw podstawowych przez kolejne zakazy i nakazy tworzony jest drobiazgowy projekt Europy, w której prawo wypiera politykę i narzuca ostateczny i jednoznaczny kształt naszej rzeczywistości. Owe prawne regulacje zastąpić mają tradycyjne, kulturowe fundamenty, etykę i obyczaj. Ostatnim przykładem takiego aktu jest przyjęty przez Komisję Europejską „zakaz dyskryminacji w dostępie do towarów i usług, edukacji, opieki zdrowotnej czy socjalnej”.

Dyskryminacja: i śmieszna i straszna

Na pierwszy rzut oka zakaz dyskryminacji jest oczywistością. Kiedy jednak się zastanowimy, okazuje się, że jest to przykład regulacji na tyle mętnej, że nie może ona stanowić prawa w klasycznym tego słowa znaczeniu. Wprowadzenie jej daje natomiast ogromną władzę w ręce biurokratycznej instytucji, która będzie usiłowała zakaz taki egzekwować, wszystko jedno, czy będzie to jakaś komisja czy sąd.

Zarówno w prawie unijnym, jak i normach krajów członkowskich występuje zakaz wszelkiego typu dyskryminacji rasowej czy płciowej. Czy nie wystarczy? Co oznacza wzbogacenie go o wyszczególnienie dostępu do towarów i usług? Jeśli nie mogą istnieć oficjalne przepisy dyskryminacyjne – a nie mogą – to trudno zrozumieć wprowadzenie tego kolejnego zakazu. Czy jest to żądanie wyrównania dochodów, aby każdy miał jednakowy dostęp do wszelkich dóbr? Czy kryje się za nim chęć wyeliminowania bardziej elitarnych szkół i uczelni, na które trudniej się dostać, oraz prywatnej służby zdrowia, dostęp do której wiąże się z dodatkowymi opłatami? Czy egzaminy badające sprawność intelektualną nie są przejawem dyskryminacji inteligentnych inaczej?

Sprawa jest śmieszna, ale ma poważne konsekwencje, o czym świadczy niepokój przedsiębiorców europejskich traktujących ten przepis poważnie. Dla nich jest jasne, że jest on kolejnym instrumentem biurokracji europejskiej umożliwiający jej ingerencję w procesy rynkowe i działalność gospodarczą.

Cała władza w ręce sądów

Czy ten groteskowy zapis pozostanie kolejną martwą regulacją spośród tysięcy wyprodukowanych przez unijną biurokrację czy okaże się uniwersalną bronią w rękach pyszałkowatych sędziów, zależy od przedstawicieli europejskiego wymiaru sprawiedliwości. Zaufania do nich, jak do żadnej grupy, która uzyskała zbyt wiele kompetencji, mieć nie można.

Zresztą pomysł, aby powierzać przedstawicielom pewnej wąskiej korporacji tak daleko idącą władzę, jeży włosy na głowie. Twórca koncepcji trójpodziału władzy, Montesquieu, na którego jak na objawienie powołują się wszyscy ci, którzy nigdy nie zajrzeli do „O duchu praw”, zaznaczał, że fundamentem wymiaru sprawiedliwości winni być wybierani doraźnie ławnicy, gdyż powierzenie takiej „strasznej” władzy jakiejś zamkniętej grupie prowadziłoby do opłakanych konsekwencji.

Podczas dyskusji nad projektem konstytucji europejskiej zorientowałem się, że niewielu jej polskich zwolenników ma choćby elementarną wiedzę o jej treści. Propozycje płynące z Brukseli przyjmowali jako prawdy objawione. Nieliczni, którzy zapoznali się z tekstem, na pytanie o jego wewnętrzne sprzeczności odpowiadali, że problemy z nich wynikające rozstrzygnięte zostaną przez orzecznictwo Trybunału Europejskiego. Bezrefleksyjnie powierzali więc swoją (i swoich narodów) przyszłość niekontrolowanej przez nikogo grupce, która wyłoniona została w szerzej nieznanych procedurach.

Zgodnie z klasycznymi zasadami prawo winno być jasne i jednoznaczne. Jeśli prawodawcy przestrzegają tych zasad, sędziom pozostaje jedynie stosowanie prawa. Obecne prawo europejskie jest zaprzeczeniem klarowności. Przykładem może być przywołany już zakaz dyskryminacji. Im więcej zresztą prawo chce regulować, tym bardziej tracić musi na precyzji. Staje się instrumentem władzy, który jej depozytariusze stosować mogą arbitralnie.

Planiści z paragrafem

Obecni kreatorzy Unii odwołują się zwykle do tych samych haseł, co ich poprzednicy, ale sposób ich rozumienia budzi podejrzenie, że chodzi o zgoła odmienne projekty. Eliminacja protekcjonizmu i barier dzielących poszczególne kraje z pewnością sprzyja wolnemu rynkowi. Czy służy mu jednak ujednolicenie norm prawnych i narzucenie odgórnych rozwiązań? Można mieć uzasadnione wątpliwości. Działania te motywowane są również potrzebami rynku. Dlaczego więc sprawa nie została pozostawiona mechanizmom konkurencji, która z czasem wymusiłyby na przedsiębiorcach dostosowanie się do optymalnych rozwiązań?

Fundamentalną zasadą rynku jest cena płacona za błędne posunięcia. Wyobrażenie, że odgórnie wyeliminujemy wszystkie koszty gospodarki rynkowej, zachowując jej przewagi, jest nieporozumieniem.

Brukselskimi planistami kieruje impuls podobny do tego, który ożywiał planistów socjalistycznych. Wydaje się im, że mogą zaprojektować precyzyjnie kosmos gospodarki, który nie poddaje się takim działaniom. Warto przypomnieć, że Marks wymyślał swoją teorię również jako projekt racjonalnego uporządkowania rynkowego chaosu, gdyż w ten właśnie sposób jawił się autorowi „Kapitału” świat konkurencji.

Rynek działa w ramach prawa. System prawny może jednak gospodarce sprzyjać lub jej przeszkadzać. Nadmierne regulacje jej nie służą. Rynek to przestrzeń wolności. Jasno wytyczone ramy pozwalają mu się rozwijać. Próba nadmiernego uporządkowania międzyludzkich relacji blokuje ich rozwój. We współczesnej UE prawo zaczyna zastępować rynek, czego przytoczone regulacje były tylko przykładem.

Metoda, którą posługują się obecni inżynierowie UE, narzuca już pewien określony model stosunków społecznych. Jest to biurokratyczny, scentralizowany system, który opiera się na wierze, że oświecony rozum odgórnie jest w stanie narzucić optymalny ład ludzkiemu kosmosowi, w tym wypadku kosmosowi europejskiemu. Przy takim podejściu ludzkie jednostki i zbiorowości stają się tworzywem w rękach inżynierów społecznych. A ci nie liczą się ani z ich specyfiką, ani z tradycjami. Co najwyżej traktują je jako przeszkodę. Socjalistyczni inżynierowie posługiwali się władzą polityczną. Inżynierowie UE zastąpili je paragrafem.

Rewizja tożsamości

Obecny model tworzenia Europy musi prowadzić w kierunku biurokratycznego państwa opiekuńczego. Nie sposób wyobrazić sobie innego ładu budowanego przez system nakazowo-rozdzielczy. Dzieje się tak bez względu na retorykę, do której odwołują się – często świadomie instrumentalnie – twórcy obecnej Unii.

Przykładem bywa zasada pomocniczości, którą tak obficie szermują dokumenty europejskie i której pełno było w projekcie konstytucji unijnej.

Zasada ta (dziś w Polsce, stosując kalkę językową, nazywamy ją subsydiarnością, co świadczy, że zapomnieliśmy o jej źródle) była droga ojcom założycielom europejskiej wspólnoty. Wywodzi się z katolickiej doktryny społecznej i zakłada, że instancje szczebla wyższego zajmują się tylko tymi sprawami, których nie sposób załatwić na szczeblu niższym, a więc samorządowym.

Obecny model tworzenia Unii, czyli narzucania jej odgórnie drobiazgowych praw i regulacji, jest zaprzeczeniem pomocniczości.

Projekt konstytucji europejskiej ciągle powoływał się na pomocniczość, zaznaczając, że zasada ta obowiązuje we wszystkich sprawach, chyba że dotyczą one europejskiej integracji. Tego, że każde zjawisko społeczne w Europie może mieć związek z integracją, dowodzić chyba nie trzeba.

System praw socjalnych gwarantowanych obywatelom w Karcie praw podstawowych i wszelkich regulacjach, jak choćby owym zakazie dyskryminacji prowadzi do przekształcenia Europy w opiekuńcze superpaństwo. Ale projekt europejski idzie dalej. To także próba przebudowy świadomości Europejczyków, zasadniczej reorientacji ich kultury.

Twórcy projektu konstytucji europejskiej jednoznacznie przeciwstawili się umieszczeniu w preambule odniesienia do jej chrześcijańskiego rodowodu. Gotowi byli odwoływać się do tradycji antycznej i oświeceniowej, natomiast za żadną cenę nie zgodzili się na odnotowanie najważniejszego składnika europejskiej tożsamości. Biorąc pod uwagę, że chodziło wyłącznie o potwierdzenie oczywistości, a nie deklarację ideową, deklaracją ideową staje się właśnie ta odmowa.

Uznanie, że Europa jest przede wszystkim wspólnotą kultury, co wydaje się bezdyskusyjne, w wydaniu twórców projektu konstytucji, czyli establishmentu unijnego, nie oznacza akceptacji europejskiej tożsamości, ale jej rewizję. Wyraźnie wskazuje to Karta praw podstawowych tudzież inne prawa ,w tym nawet przytoczony zakaz dyskryminacji.

Europę napędzać ma impuls walki z wszelkimi nierównościami czy dyskryminacjami, który przybiera charakter radykalnego egalitaryzmu wymierzonego w tradycyjnie dominujący w Europie ład kulturowy.

Zakwestionowane mają zostać wszelkie klasyczne role społeczne, nawet wynikające z biologii (jak podział płciowy), wszelkie hierarchiczne porządki, jak na przykład relacje miedzy rodzicami a dziećmi, między kulturą dominującą a kulturami przyniesionymi przez przybyszy spoza kontynentu.

Laickość staje się agresywną quasi-religią eliminującą Kościół z przestrzeni publicznej, na cenzurowanym staje tradycyjnie najważniejsza instytucja kultury, czyli rodzina. Dopiero niezróżnicowana zbiorowość stanie się łatwym obiektem kurateli oświeconej elity.

Kontrkultura instytucjonalna

Według lewicowej antropologii, która dominuje współcześnie w Europie i którą w dużej mierze przyswoiła sobie również polityczna prawica europejska, człowiek jest bezgrzeszny, zło musi więc pochodzić z kultury. To przesądy „paternalistycznej” kultury mają być odpowiedzialne za dyskryminację i nierówności Ponieważ jednostki i zbiorowości są kulturowo zdeterminowane – oczywiście poza tymi, którzy dostąpili oświecenia, a więc należą do europejskiej elity – same wyzwolić się z okowów tradycji nie potrafią. Dopiero odgórna interwencja pozwoli im się wyemancypować – to kolejne słowo klucz dominującego europejskiego żargonu. Służyć ma temu prawo.

Dla realizacji tego postępowego celu tradycyjne, demokratyczne mechanizmy stanowienia prawa okazują się mało skuteczne. Jeśli jesteśmy kulturowo uwarunkowani, to wybierani (i odwoływani) przez nas reprezentanci będą unikali tworzenia prawa w niezgodzie z opiniami ogółu. Prawo europejskie stanowione przez establishment, który oderwał się od swoich wyborców, ma inny charakter. Prace nad projektem europejskiej konstytucji są tego dobitnym przykładem. Utworzona w ramach gabinetowych zabiegów grupa, która miała uporządkować dziesiątki tysięcy stron regulacji, przekształciła się w samozwańczą konstytuantę i drogą manipulacji (wielodniowe dyskusje o drobiazgach i zatwierdzane w ostatnich momentach najważniejsze decyzje) uzyskała zgodę na przygotowany wcześniej projekt łącznie z dokumentem tak fundamentalnym, jak Karta praw podstawowych. Gdy projekt odrzucony został w referendach, wprowadzono go w wersji integralnej do międzyrządowego traktatu. Ponieważ Irlandczycy w referendum nie przyjęli go, europejskie elity usiłują wymusić na nich zmianę decyzji.

Obok jednak traktatów normujących działanie całej Unii Bruksela produkuje ogromne liczby regulacji, których w rzeczywistości nie kontroluje nikt, a które pełnią w niej funkcję prawa.

Prawo zamiast polityki

Wbrew obiegowym opiniom demokratyczna polityka jest domeną wolności. Obywatele zgodnie ze swoją wolą kształtują stosunki w swoim państwie. Oddelegowują czasowo rządy swoim przedstawicielom, których wybierają ze względu na ich programy i kwalifikacje, oraz rozliczają z ich działań. Prawo wyznacza ramy polityce. Z zasady jest czymś definitywnym. Dlatego powinno być czytelne i ograniczone. Prawo współczesne, a prawo unijne w szczególności, jest tego zaprzeczeniem. Porządek prawny w systemie demokratycznym może być ostatecznie rewidowany przez obywateli, którzy wybierają swoich prawodawców. Granicą wolności winny być prawa podstawowe zawarte w konstytucji (pisanej albo nie). Nadmiernie rozbudowane konstytucje odbierają obywatelom wolność, narzucają im bowiem coraz bardziej szczegółowe i niezwykle trudne do zmiany regulacje, które są już wyłączone spod ich woli.

Proces ten w UE przebiega w sposób lawinowy. Normy przyjmowane przez Komisję Europejską pętają prawa narodowe i są właściwie niekonsultowane z nikim. Coraz bardziej ograniczana demokracja staje się w UE pozorem. Europejski establishment traktuje ją zresztą jako zło nie do końca konieczne, a w każdym razie możliwe do obejścia. Przecież nie można powierzać przyszłości kontynentu nieoświeconej i uwięzionej w kulturowych przesądach zbiorowości – czasami nieomal wprost mówią unijne elity.

Tę postawę pokazuje kazus referendów, których europejscy decydenci starają się unikać jak ognia. Jeśli jednak są zmuszeni je zaakceptować, a wyniki okazują się dla nich niepomyślne, usiłują powtarzać je aż do oczekiwanego przez siebie rezultatu. W tym momencie uznane zostają za definitywne. Ich wyniki można zresztą próbować omijać, co pokazuje przykład projektu konstytucji odrzuconej w referendach i przyjętej (nie do końca) jako traktat rządowy.

Tradycyjnie prawo wyrasta z i winno być kontynuacją moralności, etyki i obyczaju. Jego zapisy dotyczą tylko jego szczególnego wymiaru i spraw ogólnych. Zgodnie ze zdrowym rozsądkiem relacje w życiu codziennym, w rodzinie, pracy, środowisku sąsiedzkim, grupie koleżeńskiej kształtowane powinny być w sposób spontaniczny, a nie poprzez prawo, które siłą rzeczy przybierać musiałoby w takiej sytuacji charakter regulaminu naszego życia. Regulaminy nie są w stanie objąć jego bogactwa, skutecznie natomiast pętają wolność.

Oczywiście ramy dla ludzkich spraw budowane są przez prawo, ale nadmierna rozbudowa podważa jego fundament i niszczy naturalny porządek ludzkich relacji. Wypierać zaczyna etykę, obyczaj, moralność. Konstruktywiści unijni uznają to za proces pozytywny. Naturalny ludzki porządek rodzi się z tradycji, zwyczajów utrwalonych przez pokolenia. Tradycja jest z natury konserwatywna, zgodnie z progresistowskim credo musi być więc źródłem zła. Dlatego, zgodnie z dominującą w UE tendencją, należy zastąpić ją odgórnie zaplanowanym przez oświecone umysły ładem, który wyrażał się będzie przez kolejne prawne regulacje.

Temu dominującemu obecnie UE kierunkowi towarzyszy odradzanie się nacjonalizmu państw ją tworzących. Dotyczy to zwłaszcza Niemiec, które pozbyły się już swoich historycznych kompleksów i aspirują do dominującej w Europie roli. Ale to już nieco inny wymiar problemu.

Źródło: Rzeczpospolita: Utopia Eurokratów

Bronisław Wildstein  26-07-2008

Declan Ganley – człowiek, który pokonał Taraktat Lizboński

Kampania przed referendum w Irlandii wchodzi w decydującą fazę. Przez ulice Dublina mknie autobus Libertasu, antylizbońskiej organizacji biznesmena Declana Ganleya. Jej szef, wyluzowany i ironiczny, co chwilę rzuca dowcipem, działacze się śmieją. Choć jest gorąco, a Ganley od rana prowadził na ulicach kampanię, nie wygląda na zmęczonego. Siada wśród sterty ulotek, tłumacząc polskiemu dziennikarzowi, dlaczego agituje przeciw Lizbonie.

– Europa powinna być rządzona demokratycznie, a nie przez brukselską elitę, której nikt nie wybiera. Nie chcę narzuconego z góry prezydenta i ministra spraw zagranicznych Europy, co przewiduje traktat z Lizbony.– A gdyby powstał traktat zakładający ich wybór w ogólnoeuropejskim głosowaniu powszechnym? – pada pytanie.

– To by mi zaczęło przypominać demokrację! – w oku Ganleya pojawia się błysk. Człowiek, który stał się w wielu krajach ikoną eurosceptyków, na każdym kroku podkreśla swoje prounijne poglądy. – Nie jestem żadnym eurosceptykiem, jestem proeuropejski. Ale chcę Europy demokratycznej, a nie zarządzanej przez elitę, która nie musi odpowiadać przed ludźmi za swe decyzje – tłumaczy.

Według irlandzkiej Komisji Referendalnej grupa Ganleya wydała na kampanię najwięcej ze wszystkich irlandzkich organizacji – około 1,3 miliona euro. Pracownicy Libertasu rozdali 2 miliony broszur. Dla porównania, rządząca prawicowa partia Fianna Fail przeznaczyła na kampanię za przyjęciem traktatu tylko około 700 tys. euro. Fine Gael, druga siła polityczna na Zielonej Wyspie, na ten sam cel wydała 500 tysięcy.

Pieniądze, które Ganley rzucił na szalę, rozdrażniły jego przeciwników. 39-letni przedsiębiorca z Galway mówi tymczasem z rozbrajającą miną, że przeznaczył z własnej kieszeni na kampanię… 6 tysięcy euro. Reszta miała pochodzić z darów i składek. Kto je wręczył? Tajemnica.

Ponieważ niewiele wiadomo o pochodzeniu jego fortuny, wokół postaci Ganleya tworzą się mity. Irlandzkie gazety nazywają go tajemniczym Panem „Nie”, a jego polityczni przeciwnicy przypisują mu powiązania z kręgami nacjonalistycznymi. Niektórzy widzą w nim agenta CIA, który działa w imieniu amerykańskich republikanów chcących „osłabić Europę”. Wytyka mu się też, że mówi z brytyjskim akcentem.Kim jest naprawdę ten tajemniczy człowiek?

Biznes w Iraku, Albanii, Rosji…

Ganley urodził się w rodzinie irlandzkiej mieszkającej w Londynie. Żył tam przez kilkanaście lat i dlatego do dziś mówi z londyńskim akcentem. Gdy skończył 13. rok życia, jego rodzice wrócili do Irlandii.

Już w młodości miał żyłkę do interesów, ćwiczył ją, sprzedając i kupując akcje. Po szkole pracował najpierw na budowie, a potem jako drobny urzędnik w przedsiębiorstwie ubezpieczeniowym. Etatowa praca szybko mu się znudziła i zaczął próbować sił, rozkręcając własny biznes. Zarabiał, gdzie tylko mógł. Sposób, w jaki doszedł do pierwszego miliona, okryty jest tajemnicą. Wiadomo tylko, że działał niekonwencjonalnie, szukając zysku w miejscach, które inni biznesmeni omijali, np. w Iraku i Albanii. Szczególne zainteresowanie wzbudzała w nim Rosja oraz państwa byłego bloku sowieckiego, gdzie po upadku komunizmu otworzyły się szerokie perspektywy dla ekspansji biznesu. W 1992 roku był krótko doradcą ekonomicznym rządu łotewskiego.

Na początku lat 90. założył niewielką firmę przemysłu drzewnego Kipelova, która z czasem rozrosła się do rozmiarów przedsiębiorstwa zatrudniającego 6 tysięcy ludzi. W 1997 roku, gdy sprzedawał Kipelovą, była to największa firma drzewna na terenie dawnego ZSRR. Kupił ją Renaissance Capital, przedsiębiorstwo założone przez Borisa Jordana, jednego z byłych szefów Gazprom Media i gazpromowej telewizji NTV.

Prowadząc interesy na Wschodzie, Ganley nie ominął również Polski.– Spędziłem sporo czasu w Warszawie, a moja żona ma polskie korzenie. Jej dziadek służył w polskim legionie austriackiej armii w czasie I wojny – mówi nam biznesmen.

Gdy doszedł do wielkich pieniędzy, próbował realizować bardzo ambitne projekty. Proponował między innymi ubezpieczanie… zachodnich satelitów, które mieliby wystrzeliwać w kosmos Rosjanie. Nie udało się. Za to całkiem nieźle mu szło w telekomunikacji. Jego firma Broadnet działała w dziesięciu państwach UE, zanim sprzedał ją za ogromne pieniądze.

W pewnym momencie spółki Ganleya zaczęły robić interesy z przemysłem obronnym USA. Stało się to później pretekstem do oskarżeń o rzekome powiązania biznesmena z CIA. Rivada Networks, której jest prezesem, zatrudnia kilku byłych amerykańskich wojskowych. Według irlandzkiego tygodnika „Phoenix” Ganley zalicza do swych bliskich przyjaciół dowódcę amerykańskiej armii na Pacyfiku admirała Timothy J. Keatinga oraz byłego podsekretarza stanu USA do spraw handlu Johna Kneuera.

Te związki posłużyły zwolennikom „tak” do wysuwania sugestii, że biznesmen działa na zlecenie z Ameryki, a być może nawet otrzymuje stamtąd pieniądze. I to mimo że spaliły na panewce jego próby uzyskania kontraktu na sieć telefonii mobilnej w Iraku, w których starał się wykorzystać kontakty w amerykańskiej administracji rządowej.

– Declan wydaje się większy, potężniejszy, niż jest w rzeczywistości. To, co osiągnął w życiu, robi wielkie wrażenie na ludziach. Chciałbym jednak podkreślić, że to człowiek uczciwy, który nigdy nie kłamał na temat swoich osiągnięć – broni go partner i współzałożyciel Libertas Chris Coughlan.

Droga do władzy?

Ganley mógłby mieszkać w swoim XIX-wiecznym pałacyku w Galway, którego poprzednim właścicielem był znany piosenkarz Donovan, cieszyć się towarzystwem żony i bawić czworo małych dzieci. Zaspokoiwszy ambicje biznesowe, szef Libertasu najwidoczniej nabrał jednak ochoty na karierę polityczną. Jego przystąpienie do kampanii przeciw traktatowi lizbońskiemu było dla zwolenników „tak” niczym grom z jasnego nieba. Irlandzka klasa polityczna, niemal w całości prolizbońska, miała przeciw sobie tylko kilka biednych jak mysz kościelna antylizbońskich organizacji lewicowych. Myślała więc, że referendum pójdzie jak po maśle. Aż tu nagle pojawił się Ganley i sfinansował wielką, profesjonalną kampanię przeciwko traktatowi.

Pikanterii tej historii dodaje fakt, że Ganley jest członkiem Fianna Fail i – jak ujawnił „Rz” – wspierał partię swoimi pieniędzmi.

Gdy pytamy go, czy nie czuł dyskomfortu, prowadząc kampanię przeciw własnemu ugrupowaniu, uśmiecha się szelmowsko i odwraca wzrok. Przez chwilę głęboko się zastanawia. – Moja sytuacja we Fianna Fail wygląda mniej więcej tak: chodzę wokół wielkiego muru i szukam jakiejś małej dziury, żeby móc się przecisnąć – wyjaśnia i nagle wybucha głośnym śmiechem.

Czyżby ambitny biznesmen liczył na to, że zwycięska akcja antylizbońska będzie trampoliną do władzy we Fianna Fail? Niewykluczone, ale jest też inna możliwość. – Być może ta kampania jest wstępem do utworzenia w Irlandii pierwszej partii promującej ekonomiczny liberalizm. Declan Ganley byłby oczywiście liderem – mówi irlandzki politolog Peadar ó Broin.

Po przegranym referendum stał się postacią bardzo niewygodną dla politycznego establishmentu Irlandii, szczególnie po prawej stronie sceny politycznej. Dawni przyjaciele zaprzeczają, że go znają. Gdziekolwiek zapytać, trafia się na pełne zażenowania milczenie. W drugiej połowie lat 90. Ganley był jednym z głównych „dobroczyńców” partii premiera Briana Cowena, przeznaczając setki tysięcy euro na jej kampanie wyborcze. Dziś żaden z działaczy Fianna Fail nie chce się przyznać do kontaktów z milionerem.

Rzecznik prasowy Fianna Fail Gene McKenna reaguje nerwowo, gdy pada nazwisko Ganleya. Próbuje kręcić, ale w końcu musi przyznać, że wróg nr 1 ma tę samą legitymację.

– Tak, o ile wiem, wciąż należy do Fianna Fail – sapie McKenna. – Jednak nie jestem w stanie powiedzieć, od kiedy. Nie znam listy członków partii na pamięć. Zresztą nie muszę w szczegółach wiedzieć, kto jest członkiem. Szczególnie na niskim szczeblu, na prowincji.

Mimo że kierownictwo Fianna Fail nakazało swym członkom „bezkompromisowe” poparcie dla traktatu, głośna kampania Ganleya nie jest, zdaniem McKenny, powodem do wykluczenia go z partii. – Nie wszyscy u nas popierają ten traktat. Każdy ma prawo do własnego zdania. Fianna Fail to nie jest południowoamerykańska dyktatura – tłumaczy.

McKenna uważa, że Ganley zaszkodził głównie sobie, „chodząc po różnych mediach i opowiadając kłamstwa”. – Ten człowiek występuje wszędzie, gdzie się da, i mówi rzeczy, które nie są zgodne z prawdą. Szkodzi samemu sobie a przede wszystkim szkodzi Irlandii – twierdzi.

O tym, że Ganley w przeszłości finansował partię, McKenna „nic nie wie”. – Nie oznacza to, że to niemożliwe. Wiele osób wspiera partię. Jest ich tak wiele, że nie jestem w stanie powiedzieć, kto i kiedy przekazywał pieniądze – podkreśla.

Nagroda za przeczytanie traktatu

Ganley zmusił premiera Irlandii Briana Cowena do wstydliwego wyznania, że „nie przeczytał traktatu w całości”. Dzięki temu z człowieka, o którym wcześniej nigdzie poza Irlandią nikt nie słyszał, stał się postacią znaną w całej Europie.

Zdaniem politologa Uniwersytetu w Dublinie Johna Coakleya niechęć byłych partyjnych kolegów nie powstrzyma Ganleya. – Jest zręcznym i inteligentnym biznesmenem. To właściwości, które otwierają mu drogę do polityki – uważa Coakley. Według niego Ganley w sprytny sposób przypisał sobie wszystkie zasługi za zwycięstwo przeciwników traktatu. – Bądźmy szczerzy, tego dokumentu nikt nie przeczytał. Tylko on, jako jedyny. To zrobiło wrażenie na ludziach. I teraz co z tego, że tak naprawdę nie on obalił traktat lizboński? Był we właściwym miejscu o właściwej porze. Skoncentrował całą uwagę na sobie – podkreśla politolog.

– Lepszego startu do politycznej kariery nie można sobie wyobrazić. On chce się wspiąć na samą górę. Ma pieniądze, ma popularność, teraz potrzeba mu już tylko jednego. Władzy.

Źródło : Rzeczpospolita: Pan „Nie” czyta traktat
Aleksandra Rybińska, Marcin Szymaniak 21-06-2008