Brzydkie jest piękne i skuteczne

Źródło: Rzeczpospolita
30.05.2006

BIOLOGIA: Słaba płeć nie zawsze wybiera najbardziej atrakcyjnych partnerów

Na pierwszy rzut oka hipoteza „seksownego syna” wydaje się spójna. Według tej teorii biologii ewolucyjnej synowie kobiety która wybrała pięknego partnera, odziedziczą powaby ojca.


A zatem także synowie będą mogli przebierać w partnerkach, umożliwiając mamie sukces: sprawią, że zostanie babcią.

Kiedy jednak naukowcy zajęli się samcami ptaków muchołówek, których ojcowie prezentowali wzór ptasiej urody, okazało się, że prawidłowość taka wcale nie zachodzi.

Synowie „nie odziedziczyli atrakcyjności seksualnej ojców” – napisali szwedzcy badacze w artykule zamieszczonym w czasopiśmie „American Naturalist”. W rezultacie ich mama miała mniej wnucząt niż samiczki, które zadowoliły się mniej atrakcyjnymi samczykami. Przystojniacy byli tak zajęci podbojami, że nie mieli czasu na wychowanie potomstwa. Brzydsi okazali się lepszymi ojcami, wychowali synów, którzy osiągnęli większy sukces rozrodczy.

Po rozwinięciu teorii, według której organizmy zmieniają się dzięki doborowi naturalnemu, Darwin skierował swe myśli w stronę zagadnień związanych z płcią. „Ponieważ osobniki żeńskie produkują niewiele komórek jajowych, ich najlepsza strategia polega na wyborze „najwyższej jakości” samców jako partnerów” – napisał w 1871 roku.

W ten sposób ich potomstwo także obdarzone będzie najlepszymi cechami. Przetrwa i osiągnie sukces reprodukcyjny.

Teorię doboru płciowego, mówiącą, że samice wybierają samców z najlepszymi genami, przywołuje się najczęściej przy wyjaśnianiu, dlaczego pawie mają rokokowe ogony, a jelenie potężne rogi. Żadna z tych cech nie ma znaczenia dla przetrwania tych zwierząt. Samice jednak wybierają samców nimi obdarzonych, wywierając tym samym nacisk selekcyjny, prowadzący do coraz wyraźniejszego uwypuklania owych cech.

Tak przynajmniej twierdzą podręczniki. Ale zachowanie reprodukcyjne niektórych gatunków nie poddaje się darwinowskiej teorii doboru płciowego. Zamiast wybierać partnerów, którzy poprawią genetyczną jakość ich potomstwa, samice dokonują wyborów prowadzących do zwiększenia liczby potomstwa.

Jak wykazały badania muchołówek, kopulacja z „seksownym” samcem niekoniecznie prowadzi do bardzo licznego potomstwa. Samice świerszczy kopulują z prawie każdym samcem, który ma na to ochotę.

Tak więc przez „rozwiązłość”, a nie przez wybór najlepszego samca zwiększają genetyczną różnorodność swego potomstwa. Samice innych gatunków też nie są aż tak zauroczone atrakcyjnością ewentualnych partnerów, jak mówi teoria. Podczas gdy dwa jelenie o potężnych rogach zajęte są walką, łania spieszy złączyć się z trzecim, gorzej wyposażonym.

Demonstrowanie wdzięków i rywalizacja z innymi samcami nie jest, jak myślał Darwin, najlepszą strategią reprodukcyjną. U niektórych gatunków większy sukces przynosi współpraca. Okonie błękitnoskrzele tworzą trójkąty złożone z samicy, jednego dużego samca – obrońcy terytorium, i jednego małego samca, który podstępem zakrada się w obręb tego terytorium, kiedy samica składa ikrę. Daje to małemu spryciarzowi szanse zostania tatą.

Problem z doborem płciowym polega na tym, że teoria Darwina nie wyjaśnia zachowania w populacji cech przekazywanych przez gorzej wyposażonych samców. Jeśli samica wybiera samca z najlepszymi cechami, jak głosi teoria, to w którymś kolejnym pokoleniu wszystkie samce powinny mieć ogony, za które warto oddać życie. A przecież nie mają.

Sharon Begley tłum. Monika Swadowska

Sprawdźmy, czy paliwo z węgla jest opłacalne

Źródło: Rzeczpospolita
30.05.2006

Rozmowa z Markiem Ściążko, dyrektorem Instytutu Chemicznej Przeróbki Węgla w Zabrzu

Rz: Do Narodowego Planu Rozwoju na lata 2007 – 2013 ma być wprowadzony zapis o wspieraniu produkcji paliw z węgla. Sejmowa Komisja Gospodarki próbuje tym zainteresować rząd. Czy to ma ekonomiczny sens?

MAREK ŚCIĄŻKO: Najpierw trzeba zrobić studium opłacalności, czyli sprawdzić, jakie koszty wiążą się z produkcją paliw z węgla i czego możemy po niej oczekiwać. Liczby, które przedstawiono niedawno sejmowej komisji, są mało wiarygodne. Zawsze jest tak, że gdy zaczyna brakować gazu i ropy albo rosną ich ceny, przyjaźniej zaczynamy patrzeć na węgiel. Choćby dlatego, że mamy go w Polsce pod dostatkiem. Przy czym bezdyskusyjny jest fakt, że jeśli gaz i ropa są dostępne po rozsądnych cenach, wtedy węgiel jest zawsze na samym końcu.

Na razie nie ma chętnych do inwestowania w zgazowanie węgla czy wytwarzanie z niego paliwa. Co wstrzymuje inwestorów?

Ogromne ryzyko. Poza tym zwróćmy uwagę, że w kraju zużywamy ok. 18 mln ton ropy rocznie. Aby uzyskać taką ilość paliwa, trzeba byłoby przerobić 100 mln ton węgla, a więc wszystko, co wydobywamy.

Dzisiaj potrafilibyśmy zbudować zakład, który mógłby przerobić ok. 6 mln ton węgla, co dałoby nam najwyżej 2 mln ton paliwa. Nie rozwiązałoby to naszych problemów. Zakład przerabiający paliwo musiałby pracować 20 lub nawet 30 lat, by zwróciły się poniesione nakłady. A co będzie, gdy za dwa – trzy lata ceny ropy zaczną znów spadać?

Jednak Amerykanie zbudowali u siebie zakład zgazowania węgla. Może więc warto iść ich śladem?

Instalacja w Bullah w Północnej Dakocie z początku lat 80. jeszcze do niedawna była dotowana przez rząd. Senat amerykański uchwalił dopłaty w wysokości 25 proc. ponoszonych kosztów. Produkuje się tam z węgla brunatnego syntetyczny gaz ziemny. Amerykanie wpinają się w rurociąg biegnący z Alaski i odbiorca nawet nie wie, że otrzymuje gaz z węgla. Kiedy byłem tam na początku lat 90., wciąż mieli ogromne problemy techniczne. Dopiero od paru lat, kiedy ceny paliw wzrosły, wykazują efektywność ekonomiczną. Ponadto od dwóch lat do kanadyjskich złóż ropy naftowej instalacja pompuje dwutlenek węgla, za który kompania naftowa płaci Amerykanom. Są to więc technologie, które zaczynają się opłacać dopiero wtedy, gdy zarabia się na czymś dodatkowo, nie tylko na samym gazie czy wytwarzanym z węgla paliwie. Dzisiejsze zachwyty nad tą metodą, że jest super i trzeba ją wprowadzić, powodują więc jedynie pewien szum informacyjny. Rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Zdecydowanie za wcześnie jest dzisiaj na podejmowanie w Polsce decyzji o jej wykorzystaniu.

Producenci węgla dowodzą opłacalności przerabiania go na paliwo. Produkcja litra paliwa ma kosztować 0,64 euro, czyli około 2,5 zł.

Na świecie są zaledwie trzy konsorcja, które opanowały technologię produkcji paliwa z węgla. Powstały grupy wielkich firm, jak np. UDE i Shell czy General Electric i Chevron Texaco. Nastąpiła więc konsolidacja wiedzy. Dotychczas General Electric oferował turbiny gazowe, ostatnio kupił prawa do technologii zgazowania węgla. W ostatnich dwóch latach podzielony został rynek technologii. Aby dzisiaj określić opłacalność przerobu węgla na paliwo, nie wystarczy oprzeć się na jakimkolwiek technicznym czy naukowym opracowaniu mówiącym o tym, jak ta technologia powinna wyglądać i ile kosztuje. Efektywność inwestycyjną takiego zakładu można ocenić po precyzyjnej analizie techniczno-ekonomicznej, ale dopiero po udostępnieniu danych przez te trzy konsorcja.

Jako przykład opłacalnej instalacji podaje się działającą w Sassol w Republice Południowej Afryki. Może powinniśmy kupić technologię w tym kraju?

To nie jest instalacja odpowiednia do warunków polskich. Inne są wymagania dotyczące samego węgla. My powinniśmy zastosować inne, współczesne technologie przeróbki. Wytwarzane tam są rzeczywiście paliwa silnikowe, czyli benzyna i olej napędowy, ale też wiele innych produktów chemicznych. Podejrzewam, że dzisiaj w Polsce to nie byłoby opłacalne. Są już technologie nowsze. RPA nie miała wtedy wyboru. Do produkcji paliw z węgla skłonił ją przymus ekonomiczny. Wprowadzono wobec tego kraju embargo za apartheid.

rozmawiała Barbara Cieszewska

Rosja zmienia front

Źródło: Rzeczpospolita
29.05.2006

Relacje między Rosją a Zachodem są gorsze niż kiedykolwiek, a kryzys na linii Moskwa – Waszyngton jest bez wątpienia największy od spotkania w Reykjaviku w 1986 r. – kiedy to głasnost i pieriestrojka były dopiero w powijakach.

Dla Zachodu przyczyny takiej sytuacji są oczywiste: winien jest prezydent Władimir Putin, który zerwał z wyznawanymi tam wartościami – przede wszystkim z demokracją. Naturalną konsekwencją tego przekonania jest postrzeganie Rosji jako kraju, który niepodległość byłych sowieckich republik ma w coraz większej pogardzie. Jakby tego było mało, do kręgu elit rosyjskich wdarli się nowobogaccy pyszałkowie, którzy przy każdej okazji robią polityczne zamieszanie wokół dostaw energii. Właśnie te trzy zastrzeżenia stały się jednym z tematów przemówienia, które wiceprezydent Stanów Zjednoczonych Dick Cheney wygłosił 4 maja w Wilnie.


POMYŁKA BUSHA

Gdy spojrzeć na relacje USA – Rosja z perspektywy Waszyngtonu, najbardziej zastanawia fakt, dlaczego administracja Busha, która zwykle nie przebiera w słowach, w tej sprawie wykazuje dziwną wstrzemięźliwość. Prezydent Bush miał już wiele powodów, by żałować, że w 2001 roku w Lublanie zajrzał Putinowi w duszę. Cokolwiek tam zobaczył, na pewno uległ iluzji. Nie przyznaje się do tego tylko z tego powodu, że nic by na tym nie zyskał.

Frakcja realistów w Partii Republikańskiej uparcie krytykowała prezydenta Borysa Jelcyna, bo ich zdaniem był zbyt liberalny. Teraz wychwala Putina, lecz trudno zgadnąć, dlaczego. Dziwnym zbiegiem okoliczności na czele tej grupy stoi były obywatel ZSRR Dmitri Simes, prezes prorepublikańskiego Centrum im. Nixona. Jego zdaniem z Rosją trzeba rozmawiać łagodnie, bo jest potrzebna w wojnie z terrorem i w sporze o irański program nuklearny.

Słuszność tych argumentów zweryfikowało życie. Tak naprawdę Ameryka nie ma żadnych powodów, by łagodnie traktować Rosję – i jest to fakt, który wiceprezydent Cheney rozumie lepiej niż którykolwiek dygnitarz z Białego Domu.

Tymczasem prezydent Putin i jego świta nabrali niesłychanej pewności siebie. Przecież w latach 1999 – 2005, w przeliczeniu na dolary, PKB tego kraju wzrósł czterokrotnie. Rosyjscy przywódcy mogą więc obwieszczać tę radosną nowinę: „Rosja wraca do gry!”. I wróciła. Po ukraińskiej pomarańczowej rewolucji powszechne przekonanie na Zachodzie było takie, że Rosjanie przesadzili z interwencją. Zupełnie inne przekonanie miał Putin. Jak twierdzą źródła, postawę Moskwy wobec Kijowa uznał on za zbyt pobłażliwą.


POWTÓRKA Z FULTON?

Dając upust swojej agresji, Moskwa porównała wileńskie wystąpienie Cheneya do słynnego przemówienia Winstona Churchilla o żelaznej kurtynie z Fulton. Jak na ironię, w cieniu tych uszczypliwości odbywać się będzie zaplanowany na lipiec petersburski szczyt państw grupy G8, czyli Rosji i siedmiu najbardziej rozwiniętych państw świata.

O czym będą radzić partnerzy tak bardzo różniący się od siebie? – Prezydent Putin zaproponował dyskusję o bezpieczeństwie energetycznym. Jako dziewiąty na świecie producent ropy i piąty gazu, Rosja rzeczywiście miałaby wiele do zaoferowania, ale nie w obecnych warunkach. Wprawdzie dzięki sprawnie przeprowadzonej w latach 90. prywatyzacji przemysłu naftowego Rosja w latach 1999 – 2004 zwiększyła produkcję ropy o połowę, ale po konfiskacie majątku Jukosu przemysł wydobywczy w tym kraju zaczął przeżywać stagnację. A zapewne będzie jeszcze gorzej, bo Kreml planuje przejęcie kolejnych prywatnych koncernów.

Jednocześnie przedstawiciele rosyjskich firm sektora energetycznego zaczęli wdawać się w straganowe awantury ze swoimi klientami. 18 kwietnia dyrektor Gazpromu Aleksiej Miller dosłownie zrugał urzędujących w Moskwie ambasadorów krajów Unii Europejskiej, grożąc, że „jeśli Europa będzie się nadal łobuzować, to Rosja skieruje wszystkie swoje dostawy gazu do Chin”. Łobuzować? – Chodziło mu o przewodniczącego Komisji Europejskiej José Manuela Barroso, który uznał, że należy zastanowić się nad stworzeniem układu, który pozwoli uniezależnić Unię od Gazpromu i Putina.

Oliwy do ognia dolał również Cheney: – Wykorzystywanie ropy i gazu do upokarzania i szantażu nie ma nic wspólnego z cywilizowanym biznesem – mówił amerykański wiceprezydent. Ale i tak tydzień później twardogłowe stanowisko Millera znalazło potwierdzenie w słowach Putina.

Jakby tego było mało, prezydent George W. Bush, wiceprezydent Cheney i sekretarz stanu Condoleezza Rice rozpoczęli intensywną kampanię na rzecz przełamania monopolu Rosji na transport energii w Azji Środkowej za pomocą rury, którą gaz z Kazachstanu popłynąłby do Europy przez Azerbejdżan i Turcję. Rezygnacja z projektu eksploatacji ogromnego złoża Sztokman pod dnem Morza Barentsa (znakomicie nadającego się do zaspokojenia gazowych potrzeb USA) albo wyłączenie Amerykanów z tej inwestycji (Chevron i ConocoPhillips) – byłoby w tej sytuacji rodzajem odwetu ze strony Rosji.

Zachód niepokoi również stosunek Rosji do rozwoju demokracji i suwerenności byłych republik sowieckich. Pomarańczowa rewolucja stała się zalążkiem nowego porządku w regionie, jednocząc UE i USA przeciwko autorytarnym zapędom Putina. Zjednoczony w tej kwestii Zachód nalega teraz, by na szczycie w Petersburgu poruszyć również problem Białorusi i Gruzji – i to są naprawdę ważne tematy.


AWANTURA O ROSJĘ

Wpływowi nacjonaliści rosyjscy, tacy jak Aleksander Prochanow, z pełną aprobatą porównują dzisiejszą Rosję do Niemiec z lat 30., troszcząc się o terytoria, które kiedyś należały do sowieckiego imperium i które chcą do niego powrócić. Tym, co chyba najbardziej zagraża dziś bezpieczeństwu Europy, jest możliwa aneksja autonomicznych terytoriów Gruzji: Abchazji i Południowej Osetii, której prezydent Putin może dokonać zaraz po szczycie. Być może myśli on nawet o zaanektowaniu Białorusi, z którą ponad 10 lat temu Moskwa weszła w dwuznaczny związek. W Azji Środkowej Rosja robi, co może, by zmusić Amerykanów do opuszczenia bazy lotniczej w Kirgistanie, choć może to doprowadzić nawet do rozpadu tego państwa.

Rosyjska polityka zagraniczna obrała ostatnio zdecydowanie antyzachodni kurs, stwarzając wrażenie, że prezydentowi Putinowi nie zależy już na przynależności do europejsko-amerykańskiego klubu i że jego członkom grozi gorzkie upokorzenie. Rosyjski przywódca może im, powiedzmy, dać wykład o wyższości rosyjskiej ekonomii nad zachodnią, skoro jego kraj notuje 7-procentowy wzrost gospodarczy. Może także im wypominać, jak bardzo uzależnieni są od rosyjskiego gazu.

Jednym z niebezpieczeństw szczytu w Petersburgu jest to, że stanie się on dla Putina okazją do świętowania zdobytej właśnie władzy absolutnej. Niemal pewne jest natomiast, że to spotkanie otworzy nową kartę w historii kryzysów na linii Zachód – Rosja. W sens organizowania szczytu wątpili zarówno amerykański senator John McCain, jak i były doradca ekonomiczny Putina Andriej Ilarionow.

Czy nie da się uniknąć tej całkowicie przewidywalnej tragedii i czy nie lepiej byłoby odłożyć ten szczyt, aż pojawią się lepsze perspektywy? Niestety – pewnie staniemy się świadkami potężnej awantury o Rosję.

ANDERS ASLUND, Ekspert Międzynarodowego Instytutu Ekonomiki w Waszyngtonie, Tłumaczył Rafał Kostrzyński

Tania energia na wieki

Źródło: Rzeczpospolita
26.05.2006

ROZMOWA Doktor Zygmunt Składanowski, dyrektor Instytutu Fizyki Plazmy i Laserowej Mikrosyntezy w Warszawie

Rz: W środę mieliście państwo powód do świętowania: w Brukseli podpisano porozumienie o budowie pierwszego na świecie reaktora termojądrowego ITER.

Zygmunt Składanowski: Przyznam, że nie uczciliśmy tego wydarzenia. Było to tylko porozumienie urzędnicze, którego termin wiązał się z koniecznością przygotowania odpowiednich dokumentów. Decyzja o budowie reaktora zapadła już kilka miesięcy temu, wtedy się emocjonowaliśmy.

Jakie były reakcje środowiska naukowego na wieść, że w największym europejskim projekcie badawczym weźmie udział prawie stu polskich fizyków i inżynierów?

Wszyscy byli ogromnie zadowoleni, tym bardziej że reaktor stanie pod Marsylią, na południu Francji. Istniał bowiem pomysł zbudowania go w Japonii, która – obok Unii Europejskiej, Chin, Indii, Korei Południowej, Rosji i USA – jest jednym z inwestorów.

Na czym polega udział Polaków w przedsięwzięciu?

Włączyliśmy się do prac ponad rok temu. Oprócz mojego instytutu głównym współwykonawcą jest Instytut Problemów Jądrowych oraz Politechnika Warszawska. Współpracujemy na kilku polach. Zajmujemy się między innymi przygotowywaniem diagnostyków, czyli urządzeń, za pomocą których można sprawdzić, jak zachowuje się plazma – swoista zupa składająca się z jąder i elektronów. To ona stanowi materię, z której w procesie reakcji termojądrowej wytwarzana będzie energia. Aby do tego doszło, plazma musi zostać podgrzana do stu milionów stopni Celsjusza.

Niektórzy fachowcy twierdzą, że przedsięwzięcie się nie uda, bo technologia produkcji energii w takim reaktorze będzie w pełni opracowana najwcześniej za 30 lat.

Przyznam, że jeszcze parę lat temu również byłem sceptykiem, szczególnie że ITER jest chyba najbardziej skomplikowanym urządzeniem, jakie kiedykolwiek wymyślił człowiek. Sądzę jednak, że w ciągu dziesięciu lat, dzięki udziałowi najlepszych naukowców i nakładom rzędu 10 miliardów euro, musi się udać. Choć oczywiście wiele jest naukowych zagadek.

Jakich?

Nie wiemy na przykład, jak plazma będzie zachowywać się w tak dużej, potrzebnej do działania reaktora, objętości. Na ile stabilny będzie proces zderzania się wchodzących w jej skład jąder i elektronów, w wyniku czego wyzwalana jest energia. Nie jesteśmy pewni zachowania wewnętrznych ścian urządzenia, w którym zostanie umieszczona plazma, choć stykaniu się z nimi ma zapobiegać bardzo silne pole magnetyczne.

Czym reaktor termojądrowy różni się od tradycyjnego, jądrowego?

Przede wszystkich sposobem uzyskiwania energii. W elektrowniach jądrowych powstaje ona w procesie rozszczepienia jądra, nowa technologia natomiast polega na całkowicie odwrotnej reakcji syntezy. Rozszczepienie zachodzi z dużo większą łatwością, dlatego rolą człowieka jest właściwie przeszkadzanie w tym procesie. W przypadku reakcji termojądrowej musimy pomagać, w przeciwnym razie do niej nie dojdzie.

Czy ta technologia będzie bezpieczniejsza niż stosowana obecnie?

Jest absolutnie bezpieczna z powodów, o których mówiłem przed chwilą. Możemy sprawować nad nią całkowitą kontrolę. Poza tym wiąże się z nią produkcja znacznie mniejszej ilości szkodliwych odpadów.

Dlaczego więc ekolodzy protestują i twierdzą, że lepiej byłoby udoskonalać sposoby wykorzystywania energii ze źródeł odnawialnych?

Kiedy słyszę takie twierdzenia, mam wrażenie, że ich autorzy zamiast na lekcje fizyki chodzili na wagary. By elektrownia, produkująca energię o mocy 1 GW, z której mogłyby korzystać dziesiątki tysięcy ludzi, działała przez rok, trzeba spalić biomasę (np. słomę) uzyskaną z 30 tys. kilometrów kwadratowych upraw. W przypadku elektrowni termojądrowej wystarczy 3 tys. metrów sześciennych wody. To tyle, że jej ubytku Bałtyk nawet by nie odczuł. Poza tym ważne, że technologia ta zapobiega emisji do atmosfery dwutlenku węgla, czyli powstawaniu efektu cieplarnianego.

Kiedy energia elektryczna wytworzona pod Marsylią popłynie do Polski?

Prawdopodobnie dopiero za 30 lat. Po takim czasie przewiduje się jej produkowanie do celów przemysłowych. Wtedy na pewno będziemy mieli powód do świętowania. Otrzymamy tanie i bezpieczne źródło energii na setki lat. Reaktor termojądrowy ITER jest chyba najbardziej skomplikowanym urządzeniem, jakie kiedykolwiek wymyślił człowiek DAREK GOLIK

Rozmawiała Izabela Redlińska

Dziesięć lat oligarchii w Rosji

Źródło: Rzeczpospolita
26.05.2006

Najgłośniejszy dziś rosyjski oligarcha, Michaił Chodorkowski, trafił do więzienia. Borys Bieriezowski szukał ratunku w Wielkiej Brytanii, a Władimir Gusiński – w Hiszpanii. Innym powiodło się lepiej: na kremlowskich salonach można spotkać Romana Abramowicza i Władimira Potanina. Ale są już bardziej „petentami” niż „rozgrywającymi”


Wciągu kilku zaledwie lat stosunkowo niewielkiej grupie ludzi startujących praktycznie od zera udało się w Rosji zgromadzić gigantyczne pieniądze i awansować do czołówki najbogatszych w świecie, aby z tych pozycji dyktować państwu swoje warunki. Pytanie, jak to było możliwe, do dziś budzi największe emocje.


Kazus Chodorkowskiego

Ich kariery były do siebie podobne. Większość zaczynała jeszcze w czasach pieriestrojki Gorbaczowa.

Charakterystyczna jest pod tym względem kariera najgłośniejszego rosyjskiego magnata – dziś więźnia Putina – Michaiła Chodorkowskiego. Zaczynał w 1987 r. od stanowiska dyrektora utworzonego przy Komsomole Centrum Naukowo-Technicznej Twórczości Młodzieży. Oficjalnie centrum zajmowało się świadczeniem usług informatycznych dla firm państwowych, a faktycznie – bardzo opłacalnym pod koniec lat 80. handlem komputerami. Chodorkowski opracował też skuteczną metodę skupu dewiz od przedsiębiorstw państwowych, za które płacił po kursie zbliżonym do czarnorynkowego. To z kolei pozwoliło mu na zgromadzenie odpowiednich środków, dzięki którym już w 1988 r. mógł założyć jeden z pierwszych banków komercyjnych – Innowacyjny Bank Postępu Naukowo-Technicznego – i zająć się importem poszukiwanych towarów konsumpcyjnych. W 1990 r. Chodorkowski stał już tak mocno na nogach, że jego bank, przemianowany na Menatep, stać było na wykupienie Centrum.

Po dojściu do władzy Borysa Jelcyna Chodorkowski został wiceministrem paliw i energetyki FR, dzięki czemu zyskał dostęp do wielu poufnych informacji. Zaczął skupywać udziały przedsiębiorstw, także Jukosu – jednej z największych firm naftowych w Rosji. Jego akcje (89 proc.) przejął jako zastaw w 1995 r. i wykupił dwa lata później, płacąc za nie śmieszną kwotę 271 mln dolarów…


Dzieci Komsomołu

Podobnie, z nielicznymi wyjątkami, można byłoby opisać kariery innych rosyjskich magnatów finansowych. Na przykład Romana Abramowicza. Tak jak Chodorkowski zaczynał jeszcze na studiach, gdy założył swoją pierwszą firmę Ujut, produkującą plastikowe zabawki. Potem znalazł się w otoczeniu Borysa Bieriezowskiego – innego legendarnego oligarchy, wspólnie z którym (i z pomocą Kremla) utworzył Syberyjską Kompanię Naftową – w skrócie: Sibnieft. Dodając później do niej udziały w firmach przemysłu aluminiowego.

Nieomal identyczna była kariera Michaiła Fridmana. Również był najpierw komsomolskim działaczem. Biznesem zaczął się zajmować, dopiero pod koniec lat 80., tworząc kolejne firmy, by wreszcie – pod koniec 1990 r. – powołać do życia komercyjny Alfa-Bank, który stał się podstawą finansowej potęgi całej grupy Alfa. W 1997 r. stać go już było na kupienie (przez podstawioną spółkę) 50 proc. akcji Tiumeńskiej Kompanii Naftowej. Zapłacił za nie 810 mln dolarów.

Z Komsomołu wywodzi się także Władimir Potanin – szef holdingu Interros i współwłaściciel największych na świecie zakładów Norilsk Nickel. Zaczynał w 1991 r. od założenia firmy Interros, specjalizującej się w handlu zagranicznym. Najważniejsza jednak okazała się dla niego kariera bankiera. W latach 1992 – 1993 Potanin był prezesem Banku Komercyjnego Międzynarodowa Kompania Finansowa (MFK), a rok później także prezydentem utworzonego do spółki z przyjacielem – Michaiłem Prochorowem – Oneksimbanku. Dzięki dobrym kontaktom szefa z Kremlem firma szybko awansowała do grona pięciu największych banków rosyjskich. To z kolei ułatwiało przejęcie na własność dużych zakładów – takich jak Norilsk Nickel i kompania naftowa Sidanko.

We wszystkich tych historiach mechanizm był właściwie ten sam: najpierw handel surowcami i paliwami, manipulacje kredytami i obligacjami rządowymi, a wszystko pod ochroną panującego, który rozdziela łaski.


Lata szalone

System oligarchiczny narodził się wtedy, gdy władza państwowa była najsłabsza, w budżecie na wszystko brakowało pieniędzy, a jednocześnie w kraju pojawili się już przedsiębiorcy dysponujący dostatecznymi środkami. – To był jedyny sposób – przekonywali zwolennicy prywatyzacji – na zbudowanie kapitalizmu w kraju bez kapitału i kapitalistów. A kiedy już się pojawili, mogli stawiać warunki.

Przełomowy okazał się rok 1996. To właśnie wtedy grupa najbogatszych i najpotężniejszych ludzi Rosji spotkała się z Borysem Jelcynem, aby dobić targu: dadzą pieniądze na kampanię prezydencką pod warunkiem, że będą mieli wpływ na najważniejsze decyzje polityczne i gospodarcze w państwie. Jelcyn szykujący się na drugą kadencję z notowaniami w granicach 2 proc. nie miał wyboru i musiał przystać.

Jeszcze wcześniej, w marcu 1995 r., Władimir Potanin przedstawił na posiedzeniu rządu wspólny projekt konsorcjum siedmiu banków, które zgodziły się kredytować państwo pod zastaw pakietów akcji prywatyzowanych przedsiębiorstw. Teoretycznie wszystko miało odbywać się na zasadzie konkursu, w rzeczywistości decydowało miejsce w hierarchii osób najbliższych Kremlowi. Gwarantem porozumienia został… Potanin, jako pierwszy wicepremier, odpowiedzialny za politykę gospodarczą i finansową Rosji…

To wtedy rozpoczęły się najbardziej szalone lata rosyjskiej transformacji. Pod młotek, podczas często ustawionych przetargów, szły najsmakowitsze kąski. Kupowano wszystko, jak leci, bez żadnej koncepcji, byle więcej. W rezultacie – stwierdza raport Ośrodka Studiów Wschodnich z 2002 r. – powstawały olbrzymie konglomeraty, składające się z przypadkowo i chaotycznie gromadzonych fabryk, przedsiębiorstw różnych branż, banków itd., nabywanych nieomal za bezcen, a i tak najczęściej na kredyt.


Krach pogodził wszystkich

Cały ten system załamał się wraz z przekazaniem władzy przez schorowanego Jelcyna Władimirowi Putinowi. Jednak pierwszy potężny cios zadał mu krach finansowy w sierpniu 1998 r. Jego skutkiem było bankructwo części banków komercyjnych. Padł m.in. Inkombank Władimira Winogradowa – jeden z największych rosyjskich banków komercyjnych, a także Menatep Chodorkowskiego. Ten niespecjalnie się tym jednak przejął. Wszyscy wielcy klienci banku zdążyli przenieść swoje rachunki m.in. do powiązanego z nim banku w Petersburgu, a problem mniejszych rozwiązał „przypadek”: ciężarówka, którą przewożono dokumentację bankową, wpadła do rzeki i cały ładunek zatonął.

W sumie rosyjscy oligarchowie przetrwali kryzys znacznie lepiej aniżeli większość przeciętnych przedsiębiorców. Dla niektórych była to wręcz idealna okazja, aby uwolnić się od sporej części zobowiązań.


Magnaci wyklęci

Dojście do władzy Putina oznaczało jedno: zmieniły się relacje między kapitałem a władzą. – Kreml, który nie czuł się związany z wielkim prywatnym biznesem – stwierdzał raport OSW – zdołał przejąć inicjatywę.

Oceny te, formułowane w roku 2002, dziś wymagałyby już korekty. Według oceny Banku Światowego 23 największych oligarchów i grup biznesowych Rosji kontroluje około 30 proc. sprzedaży rosyjskiego przemysłu i 17 proc. aktywów bankowych. Ich sytuacja jest już jednak inna.

Obejmując władzę na Kremlu, Putin ogłosił nową formułę – „równego oddalenia oligarchów od władzy”. Zasada ta, twierdzi Aleksiej Muchin z moskiewskiego Centrum Informacji Politycznej – została zinterpretowana jako anulowanie wcześniejszych układów między różnymi grupami interesów i sprowokowała serię nowych wojen o podział własności.

Być może dlatego wielki biznes i pokornie położył uszy po sobie, kiedy Putin – już na początku swojej pierwszej kadencji – demonstracyjnie rozprawiał się z holdingiem medialnym Media-Most Władimira Gusińskiego (zmuszając go po aresztowaniu do emigracji), a niedługo potem podobnie postąpił z Borysem Bieriezowskim.

Prawdziwym ciosem dla „wielkiego biznesu” stała się jednak rozprawa z imperium Chodorkowskiego. Nieśmiałe protesty w jego obronie ze strony Związku Przedsiębiorców i Przemysłowców nie na wiele się zdały i najbogatszy spośród rosyjskich magnatów finansowych trafił na wiele lat do więzienia. Co przy tym istotne, jeśli w przypadku Gusińskiego i Bieriezowskiego na upartego można było wszystko tłumaczyć konfliktem politycznym, to z Chodorkowskim było już inaczej. Chodziło nie tyle o politykę (o to, że finansował opozycyjne wobec Kremla ugrupowania), lecz o wrogie przejęcie Jukosu, na którego olbrzymie złoża naftowe miały apetyt nowe klany z bezpośredniego otoczenia Putina.

Tendencje te – twierdzą moskiewscy komentatorzy – mogą się nasilać w miarę zbliżania się nowej kampanii prezydenckiej w roku 2008. Rywalizujące między sobą „putinowskie” grupy, które spóźniły się na jelcynowską prywatyzację i z których każda myśli o uzyskaniu jak najlepszej pozycji startowej przy nowej władzy – rywalizują teraz ze sobą o zgromadzenie maksymalnych zasobów materialnych, aby zapewnić sobie zwycięstwo i dominującą pozycję wobec konkurentów.


Jak uratować skórę

To zupełnie nowa sytuacja i każdy z wielkich magnatów szuka własnego rozwiązania. Michaił Fridman na przykład sprzedał koncernowi British Petroleum za około 7 mld dolarów część udziałów w Tiumeńskiej Kompanii Naftowej, licząc, że obecność zachodniego inwestora uchroni go przed ryzykiem politycznym. I dobrze zrobił, bo już rok później postawiono mu zarzuty – podobne do tych ze sprawy Chodorkowskiego – o machinacje podatkowe.

Również Abramowicz zaczął stopniowo wyprzedawać swoje aktywa, w tym akcje Sibnieftu, które kupił Gazprom, płacąc za nie około 13 mld dolarów. Gotów byłby w ogóle zlikwidować biznes i żyć jak rentier, zajmując się jedynie swoim ukochanym klubem Chelsea, na który wydaje wielokrotnie więcej, niż wynoszą roczne budżety wielu rosyjskich regionów. Jednak władza, z której ochrony na razie korzysta i z którą pozostaje w bliskich kontaktach – na to się nie zgodziła. Wielu innych – pod przymusem lub z ostrożności – najzwyczajniej wyjechało z Rosji. Ścigany rosyjskimi listami gończymi Władimir Gusiński – pierwszy, którego Putin zmusił do emigracji – kursuje między Hiszpanią a Izraelem. Podobnie jest z Borysem Bieriezowskim. Znalazł schronienie w Wielkiej Brytanii, ale po świecie musi podróżować pod zmienionym nazwiskiem. Ostatnio zatrzymano go w Brazylii, w której występował, jako Płaton Jelenin. Poszedł w ślady Abramowicza i podobno kupił udziały brazylijskiego klubu piłkarskiego Corintians…

Inni wybrali Izrael. Tu na przykład znalazł schronienie partner Chodorkowskiego w interesach – Leonid Niewzlin, formalnie oskarżany w Rosji o pranie pieniędzy, a także o podwójne zabójstwo oraz usiłowanie dokonania ośmiu innych.

Po krachu finansowym w 1998 r. największym marzeniem rosyjskich oligarchów była stabilizacja i wypracowanie przejrzystych reguł gry. Po cichu nawet liczono na Putina. Te nadzieje szybko się jednak rozwiały. Przestrzeń, w której działa wielki biznes, pozostała strefą podwyższonego ryzyka. W układzie władza – biznes dziś, odwrotnie niż za czasów Jelcyna, dominuje ta pierwsza.

Co więcej, narodził się nowy system kapitalizmu państwowego, w którym rządząca elita i biurokracja mają coraz większe apetyty i ambicje bezpośredniego włączenia się do gry o podział rynku i własności.

SŁAWOMIR POPOWSKI

Kompleks imperium – pytania o rosję

Źródło: Rzeczpospolita
15.05.2006

Z Richardem Pipesem, historykiem, byłym doradcą prezydenta Reagana, rozmawia Dariusz Rosiak

Prezydent Putin z hiszpańską królową Zofią
i księżniczką Letizią. Madryt, luty 2006 r.
(c) REUTERS/ALBERTO MARTIN/POOL

Rz: Czy umieszczenie siedziby Muzeum Katyńskiego naprzeciwko ambasady Rosji to dobry pomysł?

Richard Pipes: Jeśli rzeczywiście ktoś wpadł na taki koncept, to jest to niemądra prowokacja. Choćby z tego powodu, że obecny rząd Federacji Rosyjskiej nie jest odpowiedzialny za zbrodnię katyńską.

Jednak wielu Polaków jest oburzonych tym, że Rosja nie chce uznać tych morderstw za ludobójstwo i ciągle unika otwartego wzięcia na siebie odpowiedzialności. Muzeum naprzeciwko ambasady przypominałoby władzom o tych niewygodnych faktach.

Władze rosyjskie mają na sumieniu wiele grzechów, za które nie chcą wziąć odpowiedzialności, ale to nie jest dobry sposób skłonienia ich do zmiany zdania. Rosjan należy krytykować, gdy na to zasługują, a nie bezmyślnie prowokować.

Polska jest średniej wielkości krajem, na który nikt nie zwróci uwagi, jeśli będziemy cisi i pokorni. Może zdecydowane, jednoznaczne stawianie naszych interesów jest dobrą polityką wobec Moskwy?

Aby prowadzić skuteczną politykę wobec Rosji, trzeba przede wszystkim zrozumieć psychikę jej narodu. Dzisiejsi Rosjanie są zagubieni, rzeczywistość ich przygniata, nie wiedzą, jak się odnieść do wielu aspektów życia u siebie i za granicą. Amerykanów można krytykować, ile kto chce, bo są pewni siebie i nie zwracają na to uwagi. Tymczasem Rosjanie są przeczuleni na swoim punkcie, boją się krytyk, bo są siebie niepewni. Mają ogromny kompleks: żyją w przekonaniu, że Bóg dał im prawo do posiadania imperium. Chcą być partnerami dla Chin, Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych, ale nie Polski. Poza tym Rosjanie uważają Polaków za naród niewdzięczny. Oni rozumują tak: najpierw ich wyzwoliliśmy spod faszyzmu, potem pozwoliliśmy im wyzwolić się spod komunizmu. A co oni robią w zamian? Przyłączają się do NATO, stają się sojusznikami Niemiec. Oczywiście przy okazji zapominają, że w 1939 napadli na Polskę wspólnie z Niemcami, a potem przez 50 lat nie pozwalali jej stać się krajem wolnym. Wolą wypominać Polakom rzekomą zdradę słowiańszczyzny – bo przecież jesteście katolikami, traktować was jak przyczółek zachodniego imperializmu. Niedawno oglądałem statystyki – trzy czwarte Rosjan uważa Zachód za wroga. Polska jest dla nich dzisiaj przybudówką Zachodu.

No dobrze, ale co ma z tego dla nas wynikać?

Ja nie usprawiedliwiam zachowania Rosji, ale próbuję je zrozumieć i radzę politykom, by również się o to starali. Takie kraje jak Polska nie powinny być uległe wobec Moskwy, ale nie powinny też poddawać się emocjom i chęci „szczypania słonia” za wszelką cenę. A takie wystąpienia, jak na przykład porównanie przez ministra obrony budowy gazociągu północnego do paktu Ribbentrop-Mołotow, tylko pogłębiają frustrację Rosjan. Radosław Sikorski jest moim przyjacielem, nie popieram budowy tego gazociągu, ale ta analogia jest niedorzeczna. Pakt Ribbentrop-Mołotow prowadził w prostej linii do wybuchu II wojny światowej. Co niby ma mówić dzisiejszym Rosjanom i Niemcom to historyczne nawiązanie?

Jak w takim razie powinna zareagować Polska na budowę gazociągu północnego? Może dobrym wyjściem byłoby włączenie się do tego przedsięwzięcia, co – jak sugerowali „Rzeczpospolitej” ludzie z otoczenia premiera – jest przez rząd rozważane?

Rozumiem i popieram polski sprzeciw wobec budowy tego gazociągu. To jest wynik rosyjsko-niemieckiej umowy, której celem jest ominięcie Polski i stworzenie dla Rosji możliwości szantażu energetycznego. Wasz protest jest absolutnie uprawniony. Nie jestem zaangażowany w negocjacje, więc trudno mi radzić, w jaki sposób Polska może wybrnąć z tej sytuacji, ale wiem jedno: prowokowanie Rosji nie ma sensu, o wiele bardziej rozsądne wydaje mi się wpływanie na rozwój wypadków od wewnątrz. Jeśli możecie zapobiec tej budowie, to zapobiegnijcie, jeśli nie – to się do niej włączcie.

W swoich książkach od wielu lat głosi pan tezę, że Rosja to kraj, którego współczesny ustrój jest zdeterminowany historią, a bolszewizm wynikał z systemu społecznego, który istniał jeszcze za czasów caratu. Ciągle pan uważa, że Rosja po prostu nie nadaje się do demokracji?

Przed czterema miesiącami opublikowałem książkę „Russian Conservatism and Its Critics” (Rosyjski konserwatyzm i jego krytycy), w której stawiam tezę, że Rosja to kraj tradycyjnie autokratyczny. Pamiętajmy, że dla Rosjan podstawowym problemem jest poczucie osobistego bezpieczeństwa. Według badań statystycznych 85 proc. Rosjan przedkłada „poriadok” nad „swobodu”. Oczywiście w różnych krajach demokratycznych ludzie mają różny stosunek do „porządku” – inaczej traktują go Francuzi czy Polacy, inaczej Brytyjczycy, jednak generalnie Europejczycy i Amerykanie cenią zarówno „poriadok”, jak i wolność. To współistnienie prawa i wolności jest jednym z najważniejszych założeń demokracji. Tymczasem według Rosjan demokracja to anarchia i bezprawie.

Pisał pan o tym szczególnie w odniesieniu do czasów prezydenta Jelcyna, kiedy okazało się, że demokratyczny eksperyment w Rosji się nie powiódł. Ale dlaczego zakłada pan, że błąd leży w naturze i historii Rosjan? Może nie natura winna, tylko ci, którzy nie zdołali skutecznie i z poszanowaniem prawa przeprowadzić reformy?

Kiedy upadł komunizm, wierzyłem, że Rosjanie przyjmą reguły demokracji. I przyjęli – na krótko. Niech pan spojrzy na rosyjską opinię publiczną. W tym kraju jest stale obecna grupa około 10 proc. społeczeństwa, którą można nazwać zwolennikami demokracji. Reszta albo jest otwarcie wroga wobec wolności politycznej i obywatelskiej (około 2/3 społeczeństwa), albo jej nie zależy (25 – 30 proc. Rosjan). W Rosji nie ma społeczeństwa obywatelskiego i nikt nie oczekuje jego powstania. Jak to wyjaśnić? Zacznijmy od tego, że Rosjanie nie ufają sobie nawzajem, wierzą najbliższej rodzinie i najbliższym przyjaciołom. Cała reszta to wrogowie. Z wyjątkiem władcy, oczywiście – władcy też wierzą. A przecież bez wzajemnego zaufania nie ma społeczeństwa obywatelskiego. Wie pan, gdyby jutro w Waszyngtonie nastąpiło trzęsienie ziemi i cały nasz rząd by zniknął, Amerykanie natychmiast zaczęliby się organizować w grupy pomocy, jakieś stowarzyszenia sąsiedzkie itd. W Rosji zapanowałby chaos i całkowite bezprawie.

Pan uważa, że Rosjanie to naród, który został „zaprogramowany” do wchodzenia w konflikty między sobą, ale nigdy z władcą czy rządem.

Rosjanie nie mają poczucia wspólnoty obywatelskiej, a władzę uznają za coś, co ma ich chronić przed wrogiem zewnętrznym i przed nimi samymi. To również tłumaczy popularność Władimira Putina. Putin wprowadził w Rosji element stabilizacji, a poza tym daje Rosjanom poczucie, że za granicą się z nimi liczą. Oczywiście obecna siła Rosji jest w ogromnej mierze fikcyjna, ale jeśli Putin drwi sobie z Ameryki, tak jak w ostatnim orędziu do narodu, to się Rosjanom podoba.

Czy Rosjanom nie przeszkadza, że gnębi organizacje pozarządowe, przejmuje kontrolę nad mediami, prowadzi wyniszczającą wojnę w Czeczenii?

Im się to podoba. Gdy Putin mówi, że organizacje pozarządowe zagrażają Rosji, to się z nim zgadzają. Gdy mówi, że rząd powinien bardziej ingerować w gospodarkę – też się zgadzają. Rosjanie nie mieliby nic przeciwko kompletnej nacjonalizacji wydobycia ropy i gazu.

Rosja jest ogromnym krajem z ogromnymi oczekiwaniami, ale jej faktyczna rola w świecie maleje. Czy Rosjanie tego nie widzą?

Rosja ma gaz i ropę, i to są obecnie jej główne narzędzia uprawiania polityki. Moskwa traktuje surowce naturalne jako metodę utrzymywania i rozszerzania zakresu władzy. I ma teraz wspaniałą koniunkturę: ceny surowców są wysokie i najprawdopodobniej będą rosły, bo zwiększa się popyt. Na szczęście Ameryka nie jest zależna od Rosji, ale Europa – tak. To zresztą jest dla Amerykanów bardzo niepokojące; już prezydent Reagan przestrzegał Europejczyków przed zbytnim uzależnieniem energetycznym od Rosji. Bezskutecznie.

Czy siła militarna Rosji odgrywa w dalszym ciągu dużą rolę w kształtowaniu jej polityki?

Putin lubi się chwalić, jacy jego naukowcy są mądrzy i jak skutecznie potrafią zneutralizować siłę Ameryki, ale prawda jest prosta. Stany Zjednoczone mają dziś tak ogromną przewagę, zwłaszcza w dziedzinie broni jądrowej, że mowa o jakiejkolwiek przeciwwadze jest nieporozumieniem. Rosyjskie przechwałki o sile militarnej to bajki.

Rosjanie próbują również wywierać naciski czysto polityczne dla zaakcentowania swojej roli w świecie. Przykładem niech będzie sposób, w jaki rozegrali zwycięstwo Hamasu w Autonomii Palestyńskiej, czy sprzeciw wobec amerykańskich prób powstrzymania produkcji broni jądrowej przez Iran, lub choćby zeszłoroczne wspólne manewry z Chinami u wybrzeży Tajwanu. Nie są specjalnie skuteczni, ale próbują.

Ich działania nie przynoszą może bezpośrednich efektów politycznych, ale jednak ograniczają wybory Ameryki i Europy. Weźmy sprawę Iranu: przy sprzeciwie Rosji i Chin nie da się powstrzymać Teheranu przy pomocy ONZ.

Nie musimy działać przez ONZ. Jeśli uznamy, że Ameryka jest zagrożona, możemy zbombardować Iran.

To właśnie nazywam ograniczeniem wyborów politycznych. Jaka, pańskim zdaniem, powinna być polityka USA wobec Moskwy?

Przede wszystkim uważam, że nie jest właściwe, by Amerykanie, szczególnie wysocy rangą przedstawiciele administracji, mówili Rosjanom, jaki powinni mieć rząd. Odnoszę się tu oczywiście do wypowiedzi wiceprezydenta Cheneya w Wilnie, w czasie której ganił Rosję za brak demokracji. Biały Dom ma ostatnio obsesję na punkcie szerzenia demokracji i udzieliło się to chyba – całkiem niepotrzebnie – wiceprezydentowi.

Pozwolę sobie zauważyć, że doradzał pan prezydentowi Reaganowi, który – za co wielu Polaków jest mu wdzięcznych – też miał obsesję szerzenia demokracji, wówczas w Europie Wschodniej.

Komuniści stanowili bezpośrednie zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych, wypowiedzieli nam wojnę, zimną wojnę, a od zmiany reżimu w Moskwie zależało bezpieczeństwo USA i innych narodów. Dziś Rosja nie jest wrogiem Stanów Zjednoczonych. Owszem, mamy z nią problemy, ale Ameryka ma problemy z wieloma krajami. Nie zgadzamy się z Europą w wielu sprawach, nie zgadzamy się z Chinami. Ale nikt w Waszyngtonie nie mówi Chinom, że mają porzucić komunizm. Nie wiem, po co Biały Dom miałby się w to wtrącać.

Jak pan ocenia politykę Europy Zachodniej wobec Rosji?

Od lat kraje zachodnioeuropejskie stosują wobec Rosji politykę appeasementu. W 1981 roku Niemcy mówili, że stan wojenny jest wewnętrzną sprawą Polski, podobnie Francuzi. Te państwa sabotowały amerykańskie naciski na Polskę i Rosję. Taki dobrotliwy stosunek do Rosji pozostał. Niemcy, Francuzi, Brytyjczycy ciągle uważają, że Rosja jest takim samym krajem jak każdy inny. Ale to nieprawda. To państwo nie porzuciło ambicji imperialnych – chce być mocarstwem nie tym sensie, w jakim Ameryka jest wielkim mocarstwem: potęgą ekonomiczną, kulturalną czy militarną. Rosja chce wywierać bezpośredni wpływ na życie ludzi w konkretnych krajach.

W jakich?

Przede wszystkim Moskwa chce odzyskać wpływy w krajach dawnego Związku Radzieckiego. Będzie robić wszystko, co w jej mocy, by nie stracić Ukrainy, Gruzji i utrzymać kontrolę w Azji Środkowej. Zresztą w Azji Środkowej to jej się udaje.

Ale Rosja już straciła Ukrainę, prawda?

Z pewnością nie pogodziła się z tym. Ukraina to kolebka państwa rosyjskiego i Rosja będzie starała się ją odzyskać, m.in. przez „szantaż gazowy” oraz wspieranie prorosyjskiej ludności na wschodzie itd.

Ale przecież w obecnych warunkach odbudowanie imperium rosyjskiego jest mrzonką. Dlaczego Rosjanie tego nie akceptują?

Nie wiem. Często rozmawiam z Rosjanami, daję wykłady, mówię: „Jeśli chcecie naprawdę zbudować z Rosji potęgę, zostawcie w spokoju zagranicę. Budujcie potęgę od środka: stwórzcie sprawną gospodarkę – nie możecie opierać się wyłącznie na eksporcie surowców, bo gdy ceny spadną, przeżyjecie szok. Stwórzcie państwo prawa, pozwólcie zwykłym obywatelom uczestniczyć w polityce. Nie zrobicie tego w ciągu roku czy dwóch lat, ale dajcie sobie pół wieku, a powstanie sprawne, nowoczesne państwo i społeczeństwo obywatelskie”. Nie lubią mnie, gdy im to mówię, nazywają rusofobem. Ja nie jestem żadnym rusofobem… Po prostu wierzę, że państwa mogą się zmienić. Wystarczy popatrzeć na Japonię. To również kraj z tradycją autokratyczną, a dziś ma społeczeństwo obywatelskie i demokrację. Tylko że trzeba chcieć, a Rosja nie chce…

Dariusz Rosiak



Richard Pipes
Historyk, znawca Rosji, przez 40 lat wykładał na Uniwersytecie Harvarda, był doradcą prezydenta Ronalda Reagana. Urodzony w Cieszynie, młodość spędził w Warszawie. Po upadku stolicy w 1939 roku przedostał się na Zachód, od 1940 r. przebywał w USA. Autor ponad 20 książek, m.in. „Rosja bolszewików”, „Żyłem. Wspomnienia niezależnego” i „Rosja carów”, która właśnie ukazała się w wydawnictwie Magnum

Targowisko mocarstwowej próżności

Żródło: Tygodnik Powszechny
30.04.2006

Rosja i atom

Podczas lipcowego szczytu G-8 prezydent Władimir Putin nie tylko zamierza olśnić partnerów z grupy najbardziej rozwiniętych państw świata rozmachem odrestaurowanego carskiego pałacu w Strielnie pod Petersburgiem. Chce także przekonać ich, że Rosja jest energetyczną potęgą – konwencjonalną i atomową.

Anna Łabuszewska

Obok zapewnień o stabilności dostaw tradycyjnych surowców coraz częściej pojawiają się bowiem deklaracje o rozwoju rosyjskiej energetyki jądrowej. Czy to oznacza, że trauma po Czarnobylu minęła i spadkobierczyni ZSRR zamierza przystąpić do rozbijania atomu na dużą skalę? I to zarówno w celach cywilnych, jak i militarnych?

Usypianie i budzenie atomu

Przez pierwsze lata po katastrofie czarnobylskiej panowały nastroje alarmistyczne: spodziewano się następnego wybuchu. Władze ZSRR trzymały informacje o energetyce jądrowej w sejfach, co podgrzewało atmosferę. Zwolennicy jawności zyskali argument w walce z partyjnym betonem: twierdzili, że z ludźmi trzeba rozmawiać otwarcie i że tylko to może uratować kraj przed kryzysem. Nie uratowało. Co więcej, po upadku ZSRR ekipa Jelcyna też nie spieszyła się ze zdjęciem klauzuli „ściśle tajne” z dokumentacji dotyczącej energii atomowej.

Efektem Czarnobyla było zaniechanie budowy planowanych jeszcze w ZSRR siłowni nuklearnych. Na początku lat 90. ubito setki hektolitrów piany w dyskusjach o stanie bezpieczeństwa działających elektrowni, zbierano podpisy pod petycjami o rezygnacji z tej dziedziny energetyki. Prasa odnotowywała wszystkie wycieki i naruszenia normalnego trybu pracy siłowni. A że było tego sporo (np. tylko w 1992 r. zanotowano w rosyjskich elektrowniach jądrowych ponad 200 przypadków naruszenia normalnego trybu pracy i 56 wyłączeń bloków od sieci energetycznej oraz 60 awarii urządzeń kontrolujących bezpieczeństwo), powstawało wrażenie, że reaktory się sypią.

Istniało – i nie jest powiedziane, że przestało istnieć, choć oficjalne statystyki odnotowują mniej naruszeń i awarii (w 2005 r. 40 naruszeń i ani jednej awarii) – jeszcze jedno zagrożenie. Zdaniem specjalistów jedna trzecia przypadków naruszenia normalnego trybu pracy elektrowni wynika z błędów personelu. Tymczasem przez całe lata 90. rosyjska energetyka atomowa traciła kadry. Przez kraj przetaczały się protesty spauperyzowanej grupy pracowniczej związanej z tą gałęzią energetyki. Padały instytuty naukowe, pracownicy szukali szczęścia na Zachodzie, a ci, którzy nie emigrowali, odchodzili z branży. Niektórzy próbowali handlować chodliwym na „czarnym rynku” towarem (prasa zachodnia huczała od afer z przemytem rosyjskich materiałów rozszczepialnych). Ten „aspekt ludzki” był bodaj największym zagrożeniem dla funkcjonowania siłowni.

Stan nieufności do oficjalnych komunikatów utrzymywał się przez lata. W 2004 r. w Saratowie wybuchła panika na wieść o awarii w pobliskiej bałakowskiej elektrowni atomowej. Władze wydawały sprzeczne komunikaty i unikały kontaktu z przerażonymi mieszkańcami. Toteż ludność natychmiast wykupiła cały jod w obwodzie, samorzutnie przystąpiła do ewakuacji, organizowano protesty, zawiązano komitet domagający się wyjaśnień.

Tym ludziom nie można się dziwić. Po kłamstwach władz na temat zatonięcia w 2000 r. okrętu podwodnego „Kursk” Rosjanie wrócili do podwójnych standardów zaufania (a może nigdy ich nie porzucili?).

Z jednej strony na pytanie: „Czy darzy pan/pani zaufaniem prezydenta” ponad 70 proc. szczerze odpowiada „tak”, ale gdy prezydent zapewnia o bezpieczeństwie elektrowni atomowych, każdy podejrzewa, że za kryje się za tym jakiś wybieg.

Energetyka atomowa ma kilka twarzy, jak słowiański bóg Światowid: twarz władzy (robiącej biznes i lekceważącej zagrożenia), twarz ekologów (bijących na alarm) i twarz zwykłych ludzi, którzy są zagubieni, bo nie wiedzą, której z tamtych dwóch twarzy wierzyć. Teraz władzom zależy na przekonaniu społeczeństwa, by nie protestowało przeciw planom rozbudowy energetyki atomowej, toteż czujność na wszelkie sposoby się usypia, wygłasza formułki o bezpieczeństwie reaktorów, o taniej energii, o zyskach dla gospodarki. Propaganda ma się w Rosji dobrze.

Do planów rozwoju energetyki jądrowej wrócimy, teraz kilka słów o bezpieczeństwie.

Greenpeace na dachu

Sprawa bezpieczeństwa – czy właściwego zabezpieczenia elektrowni jądrowych – spędza ludziom sen z powiek nie od dziś. Pod koniec 1999 r. niedaleko Moskwy otwarto ośrodek szkolący pracowników ochrony obiektów, w których przechowywana jest broń atomowa. Ośrodek powstał za amerykańskie pieniądze, co według ekspertów świadczy o tym, że Rosja samodzielnie nie jest w stanie zapewnić bezpieczeństwa ani elektrowniom atomowym, ani bazom wojskowym, w których znajdują się głowice jądrowe.

Problem bezpieczeństwa obiektów nuklearnych szczególnie mocno wypłynął w związku z kwestią czeczeńską. Po serii zamachów terrorystycznych w Moskwie i na Kaukazie radykalny przywódca czeczeński Szamil Basajew zaczął się odgrażać, że kolejnym obiektem ataku będą siłownie jądrowe. Właściwie trudno powiedzieć, dlaczego do takiego ataku nie doszło. Władze ogłosiły zaostrzenie środków bezpieczeństwa. W 2001 r. przeprowadzono ćwiczenia taktyczne pod kryptonimem „Atom” na znajdującej się wówczas w budowie elektrowni jądrowej w Wołgodońsku (siłownia położona najbliżej Czeczenii). Przedstawiciele resortu obrony ujawnili, że terroryści czeczeńscy podejmowali próby rozpoznania obiektów, ale bez powodzenia.

Akcji propagandowej władz pokerowe „sprawdzam” powiedzieli niesforni ekolodzy. W 2002 r. aktywiści Greenpeace bez trudu dostali się na dach obiektu „Krasnojarsk 26″, który wedle słów ekologa Władimira Czuprowa „zawiera kilkadziesiąt Czarnobyli”. Co by było, gdyby zamiast nich na obiekt ruszyli „czarni”, jak pogardliwie nazywa się ludzi z Kaukazu?

Przeciwnicy planów budowy nowych obiektów i utrzymywania istniejących (przestarzałych i stwarzających zagrożenie) podnoszą jeszcze jedną kwestię.

W podpisanym w lutym tego roku dekrecie prezydenta o tajemnicy państwowej do wykazu tego, czego nie wolno publikować, wpisano „wszelkie informacje dotyczące projektowania, wznoszenia i eksploatacji, a także zapewnienia bezpieczeństwa obiektów kompleksu jądrowego i punktów przechowywania odpadów jądrowych”. Ludzie nie będą się zatem mogli dowiedzieć np., co stanie się z czterema tysiącami ton zużytego paliwa jądrowego z leningradzkiej elektrowni atomowej, które zgromadzono nad Bałtykiem, 90 metrów od brzegu. Przy czym wiadomo, że zbiorniki wykonano szybko, bez ekspertyzy i nikt nie może zapewnić, że są szczelne.

Można być natomiast pewnym jednego: w ogólnej atmosferze podejrzliwości i narastającej psychozie otaczania tajemnicą wszystkiego władze dopilnują, by żadne wiadomości mącące sielski obrazek kwitnącej pod rządami Putina krainy nie zobaczyły światła dziennego.

„Pokojowe” rozbijanie atomu

Elementem tego idyllicznego pejzażu jest zarządzony przez Putina plan uczynienia z Rosji potęgi energetycznej. Rozwój energetyki jądrowej został przez władzę wpisany do strategii przekształcenia Rosji w jedyne wiarygodne zaplecze energetyczne rozwiniętego świata. W deklaracjach programowych główny nacisk położono na rozbudowanie systemu rurociągów naftowych i gazowych (do Europy i Chin). Ale zaraz potem wymieniono konieczność wzmocnienia sektora nuklearnego.

Dziś elektrownie atomowe dostarczają 16 proc. energii w skali Rosji (takie są parametry w oficjalnych statystykach, zdaniem niezależnych ekspertów nisza energetyki atomowej wynosi nie więcej niż 4 proc.). W dziesięciu rosyjskich elektrowniach pracuje 31 bloków energetycznych. Do 2030 r. planuje się zbudowanie 40 nowych reaktorów, które powinny pokrywać 25 proc. zapotrzebowania na energię. Na zrealizowanie tego planu trzeba będzie wyłożyć 60-70 mld dolarów. Zepchnięte przez lata do narożnika, atomowe lobby zaciera ręce.

Natomiast krytycy planów ekipy Putina wskazują, że wyznaczone wskaźniki są nierealne. Choćby z powodu spodziewanych braków paliwa jądrowego. W 2005 r. zapotrzebowanie na rudę uranu wynosiło 16 tys. ton, wyprodukowano zaledwie 3,2 tys., braki uzupełniono z zapasów. Eksperci z Federalnej Agencji Zasobów Naturalnych twierdzą, że nawet przy oszczędnym używaniu materiałów, zasoby Rosji skończą się w 2020 r. Tymczasem zgodnie z planami Kremla wydobycie należałoby zwiększyć sześciokrotnie. Nadzieje pokłada się w rozwoju wydobycia z mało eksploatowanych złóż na Syberii Wschodniej, gdzie znajduje się wysokouranowa ruda.

Tyle eksperci cywilni. Eksperci wojskowi wzruszają z pobłażaniem ramionami: „Braki w paliwie to rzecz w energetyce jądrowej nienowa. Zawsze uzupełniano je z zapasów wzbogaconego uranu, wytwarzanego na użytek armii”. Poza tym rosyjscy spece od atomu chcą zakupić złoża w Kazachstanie.

Atomowy koncern

Business is business. I to niezły. Ministerstwo Energii Atomowej zostało przekształcone w Rosatom – Federalną Agencję ds. Energii Atomowej. Agencji podlega produkcja broni jądrowej, energetyka atomowa, przechowywanie odpadów, eksport materiałów. To 96 przedsiębiorstw i instytucji, w tym zakłady wydobywające i przetwarzające rudę uranu, firmy kontrolujące 17 proc. światowego rynku paliwa nuklearnego. To także przedsiębiorstwa odpowiadające za utylizację atomowych okrętów podwodnych i budujące elektrownie za granicą.

Rosja buduje aktualnie siłownie jądrowe w „czułych” miejscach: w Iranie, Indiach i Chinach (które do 2050 r. zamierzają uruchomić sto elektrowni atomowych). Ameryka szczególnie mocno protestuje przeciw dokończeniu budowy obiektu w irańskim Busher (tymczasem Iran planuje otwarcie jeszcze 20 elektrowni, no i ma swoje plany „bombowe”).

Przez rosyjską prasę przetoczyła się fala publikacji o planowanej prywatyzacji branży. Nowo mianowany szef Rosatomu Siergiej Kirijenko – nazywany od czasu swej nieoczekiwanej nominacji na premiera w 1998 r. „Kinder-niespodzianką” – zapewniał, że żadnych niespodzianek nie będzie i cały resort pozostanie w gestii państwa. Tymczasem komentatorzy uważają, że Kirijenko został przez Putina wysłany na atomowy „odcinek” po to, by przejąć kontrolę nad dochodowymi przedsięwzięciami branży i do 2008 r. – roku wyborów prezydenckich – móc obdzielić tych członków ekipy rządzącej, którzy „nie załapali się” na mlekiem i ropą płynące stanowiska w sektorze paliwowym.

Korporacja rządząca Rosją nabiera apetytu na odcinanie dywidend z tytułu zarządzania państwem. Plan przewiduje skonsolidowanie systemu energetycznego (w czasach ZSRR system ten nazywał się „Mir”), łączącego państwa WNP i kraje bałtyckie, by sprzedawać energię elektryczną na Zachód. Operatorem sprzedaży jest firma INTER RAO, którą założyli Anatolij Czubajs (szef rosyjskiego monopolisty energetycznego) i Władimir Ałganow (lobbysta znany również w Polsce).

O tym, że w branży atomowej można się obłowić, przekonuje głośna ostatnio sprawa byłego ministra energii atomowej, Jewgienija Adamowa. Został on aresztowany w Szwajcarii w maju 2005 r. na wniosek USA, które ścigały go za przywłaszczenie, bagatela, 9 mln dolarów wyasygnowanych z amerykańskiego programu na bezpieczeństwo rosyjskich obiektów jądrowych. Rosji udało się wyrwać Adamowa z rąk amerykańskiej sprawiedliwości, istniała bowiem silna obawa, że kiedy postawi on stopę w USA, zaraz wyda wszystkie tajemnice związane z branżą.

Tak czy inaczej, Adamow stanął przed rosyjskim sądem i Amerykanie muszą obejść się smakiem – tajemnice rosyjskich reaktorów pozostaną dla nich niedostępne. Znany dysydent i pisarz Władimir Bukowski zaapelował do Zachodu (gdy pechowy minister siedział jeszcze w szwajcarskim areszcie) o podjęcie próby wymiany Adamowa na Michaiła Chodorkowskiego, skazanego za malwersacje podatkowe eks-szefa Jukosu. Ale nikt nie potraktował tego poważnie, podobnie jak twierdzeń, że Adamow może wydać Amerykanom dane o rozmieszczeniu obiektów jądrowych w Rosji.

Jeśli chodzi o cywilne obiekty jądrowe, to informacje można znaleźć w internecie. Każda z rosyjskich elektrowni atomowych ma własną stronę internetową, na której zamieszczone są dane dotyczące reaktorów, mocy itd. Inaczej rzecz się ma z obiektami wojskowymi. Tu internet nie wystarczy. Trzeba jeszcze gęstego sita, by oddzielić ziarna prawdy od plew propagandy. A propaganda coraz mocniej pracuje nad stworzeniem obrazu Rosji jako militarnego mocarstwa nuklearnego.

Nowy wyścig zbrojeń

Przy każdej okazji Putin podkreśla, że armia przestała liczyć zardzewiałe postsowieckie głowice i zaczęła wprowadzać nowe rozwiązania. Modernizacja „parku atomowego” czy wyposażanie wojska w nowe rakiety międzykontynentalne „Topol-M” ma ponownie zaprowadzić Rosję na mocarstwowy Olimp. Bo rosyjska armia nigdy nie przestała ścigać się z amerykańską i nawet w najchudszych latach Rosja walczyła o utrzymanie parytetu jądrowego z USA.

Władze Rosji zdają się nie reagować na zmieniający się skład „klubu atomowego” i rozkład sił w nim. Jak koń dorożkarski podążają wydeptaną koleiną dawnej rywalizacji. Miesiąc temu Putin powołał komisję wojskowo-przemysłową przy Radzie Ministrów, która jest kopią istniejącej w ZSRR instytucji kierującej wyścigiem zbrojeń.

Czy odtworzenie sowieckiej struktury, która przegrała zimnowojenny wyścig, pomoże Moskwie w odzyskaniu wymarzonej pozycji światowego mocarstwa? Putin na pewno będzie się o to starał. Ze wszystkich sił.

Świat wraca do atomu, bo nie ma wyjścia

Żródło: Tygodnik Powszechny
30.04.2006

Spór o energetykę jądrową: ZA. Z prof. Andrzejem Hrynkiewiczem z Instytutu Fizyki Jądrowej PAN, wiceprzewodniczącym Rady ds. Atomistyki, rozmawia Michał Kuźmiński

Wiele razy pytano mnie, czy zgodziłbym się wybudować sobie willę koło elektrowni jądrowej. Oczywiście, że bym się zgodził!

2006-04-24

Jedna z kilkudziesięciu francuskich elektrowni atomowych pod miastem Cattenom /fot. KNA-Bild

MICHAŁ KUŹMIŃSKI: – Był taki moment, kiedy w Europie mówiło się o odwrocie od energii atomowej, o przejściu na „zielone” źródła energii. Tymczasem ostatnio, wobec debaty o niezależności energetycznej i o redukcji emisji gazów cieplarnianych, a także wobec rosnącego zapotrzebowania na prąd, coraz częściej mówi się wręcz o renesansie energetyki nuklearnej. Skąd ten zwrot?

ANDRZEJ HRYNKIEWICZ: – Odwrót od energii atomowej spowodowany był przez Czarnobyl. Była to wielka katastrofa, ale mogę właściwie ręczyć za to, że drugiej takiej już nie będzie. Doświadczenie pokazało, że tego rodzaju reaktor i tak obsługiwany nie powinien w ogóle być zbudowany. Był to reaktor z natury niebezpieczny, ponieważ gdy reakcja w jego rdzeniu już się rozhuśtała, bardzo trudno było ją zatrzymać. W Czarnobylu pręty hamujące reakcję były już spuszczone do reaktora i okazało się, że to za mało, by zatrzymać stapianie się rdzenia. A gdy się to już stało, nastąpił wybuch wodoru, który zerwał kopułę reaktora i zaczęły się wydobywać promieniotwórcze produkty rozszczepienia.

Ale zawsze porównuję katastrofę w Czarnobylu do katastrofy, która miała miejsce dwa lata wcześniej w Bhopalu w Indiach, gdzie w zakładach chemicznych Union Carbide wylało się 40 ton izocyjanku metylu. Niemal natychmiast zginęło 1760 osób, a do 1986 r. zatrucia spowodowały śmierć dalszych 12 tysięcy, ciężkie obrażenia odniosło 200 tys., zaś ewakuacja objęła 400 tys. osób. Warto natomiast wiedzieć, że z okolic Czarnobyla ewakuowano w sumie ok. 300 tys. osób, ale większość niepotrzebnie. Usuwano bowiem ludzi z obszarów, gdzie skażenie promieniotwórczością było takie, jak naturalne skażenie w Norwegii! Tymczasem w trzy lata po katastrofie ukazał się w „Przekroju” artykuł pewnej pani redaktor, która napisała, że gdyby nie poświęcenie kilkudziesięciu pracujących w Czarnobylu osób, Europy nie byłoby po Paryż…

„Zielony” atom

– Ale przecież nawet ryzyko zachorowań to wystarczający argument przeciw. Czarnobyl oraz awaria w Three Mile Island z 1979 r. obudziły świadomość ryzyka: zaprzestano rozwoju energetyki atomowej. Katastrofy te pokazały opinii publicznej, że to niebezpieczna zabawa.

– Three Mile Island pokazało raczej, że inaczej przebiega stopienie się rdzenia typowego reaktora typu PWR, a takie pracują wszędzie na świecie, a zupełnie inaczej typu RBMK, tego z Czarnobyla. Wtedy nikt nie zginął. Kilka osób z obsługi dostało wyższą dawkę promieniowania, ale nie trzeba było nikogo ewakuować. Reaktorów RBMK, oprócz Rosji i krajów postsowieckich [np. w elektrowni Ignalina na Litwie, która jest stopniowo wyłączana – red.] nikt już nie stosuje. Reaktory, jakie miano wykorzystać w Żarnowcu, typu PWR, pracują dziś m.in. w Finlandii i kraj ten ma z nimi bardzo dobre doświadczenia. Świat wraca do energetyki jądrowej, bo nie ma innego wyjścia.

– Nie ma? A energia odnawialna?

– Owszem, trzeba z niej korzystać, gdzie się tylko da. W Brazylii i Indiach przemysłowo wykorzystuje się biomasę, w Europie Niemcy i Dania są potentatem w aeroenergetyce. W Salwadorze i na Filipinach znaczna część zapotrzebowania na energię elektryczną jest pokrywana z zasobów gorących wód geotermalnych. Ale mało jest krajów, którym Bóg dał położenie sprawiające, że warto tam wykorzystywać odnawialne źródła energii na większą skalę.

– Jakie są ku temu możliwości w Polsce?

– Kiepskie. Gdy chodzi o energię wiatru, nadaje się tylko pas na Pomorzu. Energię wodną właściwie już wykorzystaliśmy. Gdy chodzi zaś o wody geotermalne, to Polska ma duże złoża, ale wód o niskiej temperaturze. Doskonale nadają się do ciepłownictwa, natomiast nie do produkcji elektryczności. Powinniśmy wykorzystywać energię geotermalną, ale w zakresie, w jakim jest to po prostu możliwe. Ciepłownictwo moglibyśmy w dużym stopniu w Polsce obsłużyć.

– W Polsce nie mieliśmy szczęścia z energetyką atomową. Teraz, 20 lat po Czarnobylu, pojawił się program rządu Marka Belki „Polityka energetyczna kraju do roku 2025″, gdzie mówi się, że do roku 2021-2022 powinna powstać u nas elektrownia atomowa.

– W pełni to popieram. Np. Stany Zjednoczone muszą wrócić do energii atomowej. Wielkie miasta przecież giną tam w smogu spalin samochodowych, administracja Busha chce więc wprowadzić wodór jako paliwo amerykańskich samochodów. Ale wodór trzeba najpierw otrzymać. Najprościej dzięki elektrolizie, do tego jednak potrzeba prądu elektrycznego, a ten w opłacalnym wymiarze można otrzymać z reaktorów jądrowych. Drugi sposób to tzw. cykl jodowo-siarkowy, ale w jego skład wchodzi reakcja endotermiczna, do której potrzeba temperatury 850 stopni Celsjusza. W tej chwili opracowywane są reaktory tzw. czwartej generacji, z czego jeden to reaktor wysokotemperaturowy, chłodzony helem, który na wyjściu osiąga temperaturę 1000 stopni Celsjusza. To idealny reaktor do produkcji wodoru przez cykl jodowo-siarkowy.

Poza tym można by nawet – jeśli warunki pozwolą – zbudować taki reaktor na Śląsku i doprowadzając gorący hel do złoża upłynniać węgiel, co dawałoby o wiele cenniejsze paliwo i ograniczyło zapotrzebowanie na ropę i gaz ziemny. W Odolanowie produkujemy hel, który, póki co, rozrzutnie sprzedajemy. A tymczasem powinniśmy się włączyć w amerykańskie prace nad reaktorami wysokotemperaturowymi. Bo choć początkowo zapowiadano je najwcześniej na rok 2015, może – pod naciskiem Busha – byłyby opracowane już wcześniej?

Byle do 2025 r.

– Samochody napędzane wodorem, elektrownie, które nie emitują spalin… Elektrownie atomowe wydają się idealne dla środowiska. Ale co z odpadami radioaktywnymi?

– Nie ma problemu z rozwiązaniem sprawy odpadów, ale trzeba mieć cierpliwość. Na początku odpady promieniotwórcze mają tak duże promieniowanie i wydzielanie ciepła, że najpierw przez 30-40 lat trzeba je schładzać w specjalnych basenach koło elektrowni. Robi się tak na całym świecie, jednocześnie opracowując metody składowania. Dość proste – na przykład zeszklone odpady zamyka się w nierdzewnych kontenerach, okrywa dodatkowo gliną, by izolować je od wody, i przechowuje na dużych głębokościach. Idealna jest np. stara kopalnia soli – bo skoro była tam sól, oznacza to, że nie docierała tam woda.

Wierzę w przyszłość energetyki jądrowej w Polsce, chociaż pewnie już jej nie dożyję. Jak lew walczyłem o Żarnowiec i uważam zaprzestanie jego budowy za ogromny błąd. Rząd powinien wreszcie się do tego przyznać. Do dziś w rocznicę katastrofy w Czarnobylu media straszą nas energetyką jądrową, sugerując, że na szczęście zamiast atomowej powstała w Żarnowcu elektrownia wodna. W rzeczywistości, od dawna istniejąca wodna elektrownia pompowa nad jeziorem Żarnowieckim nie dostarcza energii netto, a w założeniu elektrownia jądrowa miała przeznaczać okresowy nadmiar energii elektrycznej na pompowanie wody do jej górnego zbiornika.

Gdyby nie wmawiano nam, że miał to być czarnobylski reaktor, który zaraz wybuchnie, gdyby ludzie wiedzieli chociaż, że elementy tego reaktora były produkowane w Czechach, a nie w Rosji, mielibyśmy już co najmniej dwa bloki w Żarnowcu, może też blok w Klempiczu koło Poznania. I już w tej chwili mielibyśmy to, z czym teraz będziemy czekać do 2025 r.

– Czy rok 2025 to realny termin? Po rezygnacji z Żarnowca rozproszyła się kadra naukowo-techniczna, która miała obsługiwać elektrownię. Poza tym akurat planów inwestycji u nas nie brakuje, z realizacją gorzej…

– Co do kadry, jest to w znacznym stopniu racja, ale nie jest aż tak źle. Natomiast my nie będziemy budowali reaktora – musimy go kupić. Niemcy i Francuzi opracowują właśnie tzw. EPR, European Power Reactor, który będzie miał moc 1500-2000 MW. Dwa takie reaktory sprostałyby naszemu zapotrzebowaniu przewidywanemu na 2025 r. Mówi się u nas jeszcze o reaktorze wysokotemperaturowym budowanym w Afryce Południowej. Ale osobiście proponowałbym poczekać na ten amerykański, o którym wspominałem.

– Jeremy Rifkin przedstawia wizję ekonomii wodorowej, gdzie prąd do produkcji wodoru pozyskuje się ze źródeł odnawialnych [patrz rozmowa w tym numerze – red.]. Zwraca on uwagę, że zasoby uranu skończą się mniej więcej wtedy, kiedy zasoby ropy naftowej…

– Faktycznie, ropy wystarczy nam na około 60 lat, gazu na 70 lat, a uranu, jeśli będzie się go wykorzystywać tak, jak dotychczas, wystarczy na 85 lat. A jeżeli będziemy budować nowe reaktory, to oczywiście zużyjemy go szybciej. Tylko że następnym krokiem rozwoju technologii są reaktory powielające – dziś do rozszczepienia używamy uranu 235, zaś głównym izotopem tego pierwiastka jest uran 238, który nie jest rozszczepialny. Ale w reaktorze powielającym możemy przerobić go na pluton 239, który rozszczepiać się daje. Ponieważ uranu 235 jest w skorupie ziemskiej tylko 0,7 proc., a głównie występuje uran 238, będziemy mieli 140 razy więcej paliwa niż się dziś szacuje – a więc prawie na 12 tysiącleci! Mało tego, w reaktorze powielającym daje się również na rozszczepialny uran 233 przerabiać tor 232, którego jest w skorupie ziemskiej trzy razy więcej niż uranu. Jeżeli nawet tego zabraknie, to uran można czerpać z wody morskiej, a tych zasobów starczy na miliony lat.

Pokój z widokiem na reaktor

– A może jednak warto by, zamiast na energetykę jądrową, przeznaczać pieniądze na w pełni bezpieczną eksploatację źródeł odnawialnych, poszukiwać nowych, bardziej wydajnych technologii? Przecież koszty budowy elektrowni atomowej są gigantyczne, a nawet jeden procent ryzyka to już ryzyko.

– Ale jakie źródła? Polska nie jest krajem, który ma warte uwagi złoża energii odnawialnej. Buraki cukrowe będziemy przerabiać na paliwo?

– A fotoogniwa?

– Zabezpieczenie przewidywanych na 2025 r. potrzeb energetycznych Polski – 270 TWh brutto, nawet przy pomocy fotoogniw o dużej wydajności, które nawiasem mówiąc są drogie, wymagałoby pokrycia nimi powierzchni 2 tys. km kw., albo budowy 7 tys. elektrowni wiatrowych o mocy 5 MW każda, które pokryłyby 10 tys. km kw. powierzchni. Oczywiście, nawet w Polsce możemy – i powinniśmy! – stosować cieplne baterie słoneczne na dachach, do ogrzewania. Latem doskonale spełniałyby swoje zadanie. Ale prądu elektrycznego z palca nie wykrzeszemy.

– Nie ma przecież technologii, która ma same zalety. Jakie według Pana, zwolennika energetyki jądrowej, są merytoryczne argumenty przeciwko niej?

– Gdy chodzi o argumenty, o których się słyszy, to po pierwsze sprawa przechowywania odpadów, o której już mówiłem – tu musimy mieć cierpliwość, bo rzeczywiście nie jest to jeszcze do końca opracowane. Po drugie – obawa przed terrorystami. Ale wydaje mi się, że nawet rozwalenie elektrowni jądrowej nie jest dla terrorysty tak spektakularne, jak np. zniszczenie wieżowców na Manhattanie. Terrorysta chciałby, żeby w ciągu paru godzin zginęły setki tysięcy ludzi. Przecież reaktor ma potężną betonową kopułę i choćby uderzono w niego samolotem, zostanie ona najwyżej uszkodzona. A jeśli nawet, to nie ma przecież problemu, by umieszczać reaktory pod ziemią.

Ja osobiście nie potrafię podać argumentu, który mnie samego by przekonywał. Wiele razy, gdy broniłem Żarnowca, pytano mnie, czy zgodziłbym się wybudować sobie willę koło elektrowni jądrowej. Oczywiście, że bym się zgodził! Bo tam najbardziej dbają o bezpieczeństwo, elektrownia jądrowa nie zanieczyszcza środowiska, a prawdopodobieństwo awarii szkodliwej dla otoczenia jest bliskie zera. Dla mnie jedynym argumentem przeciw energetyce atomowej jest ludzka psychoza. Tego się boję. Chociaż z drugiej strony, nastroje też się zmieniają. Według sondaży jest już więcej zwolenników niż przeciwników energii atomowej.

– Na razie przeszło 90 proc. prądu produkujemy z węgla. Czeka nas zamknięcie starzejących się elektrowni, ale przecież na razie energii nam nie brakuje…

– Gdy chodzi o produkcję elektryczności na jednego mieszkańca w Polsce, jest ona u nas ponad siedem razy mniejsza niż w Norwegii i ponad dwa razy mniejsza niż we Francji i w Niemczech. Wyprzedzają nas niemal dwukrotnie Czechy i Bułgaria. Nie odczuwamy braku energii elektrycznej, gdyż kuriozalny jest u nas rozkład głównych rodzajów energii dostarczanej do użytkowników: dostają oni 20 proc. w węglu, 46 proc. w produktach naftowych i gazie ziemnym, zaś zaledwie 14 proc. to elektryczność, najlepsza i najbardziej ekologiczna postać energii, główna jej forma w rozwiniętych krajach świata. Cały ten węgiel spalany jest w rozproszonych kotłowniach i w setkach tysięcy indywidualnych palenisk, gdzie nie da się zainstalować filtrów gazów odlotowych. Efektem jest „niska emisja”, zatruwająca przede wszystkim duże miasta.

Ze źródeł odnawialnych, powtarzam, trzeba korzystać, gdzie się da. Poza tym, musimy na razie budować elektrownie gazowe lub gazowo-parowe, mniej zagrażające środowisku niż spalanie węgla, a niezależnie od tego – budować wreszcie energetykę atomową.

Prof. ANDRZEJ HRYNKIEWICZ (ur. 1925 w Wilnie) jest fizykiem, członkiem rzeczywistym Polskiej Akademii Nauk i członkiem czynnym Polskiej Akademii Umiejętności oraz wiceprzewodniczącym Rady ds. Atomistyki. Doktor honoris causa Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie oraz Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. Od 1985 r. zajmuje się problemami energetyki. Brał udział w dyskusjach na temat jej przyszłości w Polsce, występował m.in. jako ekspert, sprzeciwiając się rezygnacji z planów budowy elektrowni atomowej w Żarnowcu. Opublikował m.in.: „Energia. Najważniejszy problem cywilizacji” (Warszawa 1990) i „Energia. Wyzwanie XXI wieku” (Kraków 2002) oraz „Program polskiej energetyki na tle zrównoważonego rozwoju Świata” (Kraków 2005).

Obłok z jodem idzie nad krajem – (Czarnobyl)

Żródło: Tygodnik Powszechny
30.04.2006

Co się działo w Polsce 20 lat temu

Przed aptekami ustawiały się kolejki po płyn lugola, w sklepach zabrakło mleka w proszku. Nikt nie wiedział dokładnie, co się stało, w oficjalne informacje władz nikt nie wierzył. W Polsce wybuchła panika.

Tomasz Potkaj / 2006-04-24


W poniedziałek, 28 kwietnia 1986 r., licznik Geigera w stacji Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej w Mikołajkach na Mazurach najwyraźniej się popsuł. Promieniowanie w wysokości 2,5 milirentgena na godzinę – to mniej więcej 500 razy więcej niż norma.

Alarmujące dane poszły do Warszawy z samego rana, ale i tak część pracowników uznała, że z licznikiem musi być coś nie w porządku. Zmienili zdanie dopiero po południu, kiedy na terenie instytutu wylądował helikopter, przyrządy do mierzenia przejęło wojsko, zarządzono tajemnicę, a przy bramie stanął wartownik.

Jeszcze tego samego dnia, o godzinie 18.00, w polskim programie brytyjskiego radia BBC podano informację, że w jednej z elektrowni na terenie Ukraińskiej Republiki Sowieckiej nastąpiła awaria. Pewnie niewielu mieszkańców Mikołajek słuchało zachodnich rozgłośni. Ale wiadomości, zwłaszcza złe, roznoszą się szybko. Następnego dnia wielu mieszkańców Mikołajek uskarżało się na bóle głowy, żołądka i mdłości.

W tamten poniedziałek, 28 kwietnia, profesor Zbigniew Jaworowski z Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej w Warszawie przyjechał do pracy jak zwykle przed dziewiatą. Od sekretarki dowiedział się, że o siódmej rano przyszedł teleks ze stacji IMGW w Mikołajkach, że radioaktywność powietrza jest tam 550 tysięcy razy wyższa niż wczoraj, i że podobnie jest w Warszawie. Parking przed instytutem był silnie skażony.

Profesor był w szoku. W czasie wielu lat pracy nigdy wcześniej nie zetknął się z tak wysokim poziomem skażenia. Meldunki, jakie nadchodziły jedne po drugim ze 140 placówek Służby Pomiaru Skażeń z całego kraju, alarmowały o fali ogromnego skażenia, które przesuwało się ze wschodu na zachód.

Spektrometryczne (pozwalające mierzyć kąty załamania i rozszczepienia promieni świetlnych) badanie pyłu zebranego w Centralnym Laboratorium Ochrony Radiologicznej już około 13.00 dało pewność, że źródłem skażenia był reaktor jądrowy.

Oficjalny komunikat sowieckiej agencji prasowej TASS pojawił się późnym wieczorem. Nie zawierał jednak ani nazwy reaktora, ani informacji niezbędnych do planowania działań ochronnych.

Jod: sprawa polityczna

Z radioizotopów zawartych w pyle najbardziej niebezpieczny był jod-131, mogący powodować rozwój komórek raka tarczycy.

Po analizie zebranych danych prof. Jaworowski wiedział już, że kilka milionów polskich dzieci może otrzymać dawkę tego izotopu w ilości przekraczającej 50 mSv. W tej sytuacji międzynarodowe autorytety medyczne zalecały profilaktyczne podanie jodu trwałego, blokującego dostęp jodu-131 do tarczycy.

– Zadzwoniłem do profesor Wandy Szotowej, w owym czasie wicedyrektorki Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie i przesłałem jej odpowiednią literaturę, prosząc, aby przygotowała swoich kolegów pediatrów i endokrynologów do rozpoczęcia takiej akcji – wspominał po latach profesor.

Po południu Jaworowski przekazał tę informację – za pośrednictwem sekretarza naukowego PAN, prof. Zdzisława Kaczmarka – premierowi PRL Zbigniewowi Messnerowi. Kiedy około pierwszej w nocy wrócił do domu, powiedział żonie: „Wszystkie dzieci w Polsce powinny mieć podany jod”.

Mniej więcej w tym czasie, kiedy profesor Jaworowski po wyczerpującym dniu wracał do domu, w gmachu Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (w latach 90. będzie on siedzibą giełdy) rozpoczynało się trwające do rana posiedzenie.

W gabinecie Mariana Woźniaka, sekretarza tegoż Komitetu, zebrali się: Jan Główczyk (odpowiedzialny za propagandę sekretarz KC PZPR), ministrowie zdrowia, spraw wewnętrznych, zagranicznych oraz rzecznik rządu. Około czwartej nad ranem dowieziono profesora Zenona Bałtrukiewicza, a także Jaworowskiego (który tej nocy spał w sumie dwie godziny).

Zgodnie z ich sugestią ustalono, że wszystkim dzieciom (w pierwszej kolejności ze wschodnich województw) zostanie podany nieradioaktywny jod, wstrzyma się wypas bydła na łąkach, a mleko od krów przebywających na pastwiskach nie będzie kierowane do sklepów.

– Około szóstej rano sekretarz Woźniak zatelefonował do Moskwy, do odpowiadającego mu rangą sekretarza Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego – opisywał po latach nocne spotkanie profesor Jaworowicz. – Po rozmowie stwierdził, że jego rozmówca nic nie wie o katastrofie w Czarnobylu. Wtedy w to nie wierzyliśmy, lecz dziś wiemy, że mogło być to prawdą.

Przed siódmą do gmachu KC PZPR przyjechał Wojciech Jaruzelski, pierwszy sekretarz Komitetu Centralnego. W gronie kilku najbliższych współpracowników podjął decyzję o powołaniu komisji rządowej. Na jej czele stanął minister rolnictwa Zbigniew Szałajda.

29 kwietnia po 22.30 na biurka 49 wojewodów przyszedł teleks z Inspektoratu Obrony Cywilnej Kraju z informacją o zadaniach w związku ze skażeniem promieniotwórczym. W ciągu kilku kolejnych godzin w każdym z województw powołano kilkuosobowe zespoły. „Sanepid” otrzymał polecenie przeprowadzania pomiaru aktywności promieniotwórczej w mleku, mięsie i drobiu.

Pomiar aktywności dobowego opadu całkowitego przeprowadzało się tak: pracownik „Sanepidu” wystawiał na zewnątrz plastikową kuwetę z niewielką zawartością wody destylowanej. Po 24 godzinach zawartość kuwety trzeba było odparować, a następnie spalić na popiół w tzw. piecu muflowym. Popiół sypało się do miseczki pomiarowej i umieszczało w „domku” ołowiowym. Wewnątrz „domku” umieszczona była sonda wysyłająca promieniowanie, wykrywane następnie przez aparaturę pomiarową. Jednostką miary były bekerele na metr kwadratowy.

W przypadku, kiedy plastikową kuwetę (przydatną przecież dla kota) ktoś ukradł, czynność trzeba było powtórzyć.

Akcja „lugolowa”

Tymczasem z aptek zaczęła znikać jodyna. Mleka w proszku i masła zabrakło w sklepach tuż po tym, kiedy w telewizji pojawiły się pierwsze niepokojące informacje. Mówiły o tym, że należy ograniczać spożycie sałaty, szpinaku, szczawiu, szczypiorku, pietruszki, kopru, młodego rabarbaru, rzodkiewek. I że trzeba unikać podawania dzieciom mleka ze sklepu.

Pomysłodawcą akcji z płynem lugola (to wodny roztwór jodku potasu i pierwiastkowego jodu) był ktoś w ministerstwie zdrowia. Bo okazało się, że zapas tabletek jodowych jest zbyt mały, a przepis na płyn lugola znał każdy absolwent farmacji. Ustalono dawki dla grup wiekowych i wstępny zasięg. Później okazało się, że płyn podano 18,5 miliona ludziom, co było ponoć największą tego typu akcją na świecie.

W pierwszej kolejności wydawano go w 11 województwach ze „ściany” północno-wschodniej, gdzie poziom skażenia był największy. – Pamiętam przerażenie i brak dostępu do rzetelnej informacji – opowiadał kilka lat temu dr Ryszard Wiśniewski, dyrektor Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Białymstoku, który w kwietniu 1986 r. pracował jako lekarz w klinice chirurgii dziecięcej szpitala tamtejszej Akademii Medycznej. – Krążyły plotki, że gdzieś wylądował helikopter, że ktoś w kombinezonie pobiera do analizy piasek z przedszkolnej piaskownicy. No i wszędzie kolejki do aptek po płyn lugola, bo nie wiadomo było, kto ma go brać, a kto nie.

– Reakcje społeczne w Polsce na awarię w Czarnobylu analizowałbym jako przejaw paniki – mówi Marcin Zaremba, historyk z Uniwersytetu Warszawskiego. – Trochę przypominała panikę związaną z wojną koreańską w 1950 r. czy z ryzykiem wojny nuklearnej przy okazji konfliktu w kubańskiej Zatoce Świń w 1961 r. To naturalna reakcja: w sytuacji, kiedy ludzie pozbawieni są rzetelnych źródeł informacji i mają przekonanie, że władza coś przed nimi ukrywa, zwłaszcza że katastrofa wydarzyła się na terenie ZSRR, jest miejsce na piętrowe teorie i zwyczajne plotki, których nie sposób zweryfikować.

„Pod wieczór w Warszawie nastroje były już panikarskie” – zanotował w swoim dzienniku pod datą 29 kwietnia 1986 r. Mieczysław Rakowski, człowiek władzy, wówczas odsunięty przez Jaruzelskiego na boczny tor (pełnił mało znaczącą w strukturach władz PRL funkcję wicemarszałka sejmu). „Informacje o tym, na ile chmura radioaktywnego jodu zagraża zdrowiu, są sprzeczne” – pisał dzień później. – „Jedni twierdzą, że współczynnik radioaktywnego jodu nie jest groźny, inni, że kilkakrotnie przekracza dopuszczalne normy. W każdym razie niepokój jest ogromny”.

Rakowski pisze dalej, że jeden z jego znajomych, lekarz, zrezygnował z wyjazdu na daczę na Mazurach, ponieważ dysponował wiarygodnymi danymi na temat wielkości skażenia.

Mimo to oficjalne pochody pierwszomajowe były podobnie liczne, jak te ubiegłoroczne. I podobnie jak w poprzednich latach, w większych miastach odbyły się demonstracje podziemnej „Solidarności”, rozpędzane przez milicję.

Ukazujący się nielegalnie solidarnościowy „Tygodnik Mazowsze” odnotował, że 2 maja na ulicy Świdnickiej we Wrocławiu ośmioosobowa grupa działaczy ruchu „Wolność i Pokój” rozwinęła plakaty z napisem: „Czy atomowa śmierć ze wschodu jest inna?” oraz: „Następny będzie Żarnowiec” . W Żarnowcu koło Gdańska budowano wówczas pierwszą polską elektrownię atomową (po 1990 r. z budowy zrezygnowano).

Jako polityczną odczytano rezygnację kilku drużyn z rozpoczynającego się na początku maja w Kijowie „Wyścigu Pokoju”. Polska drużyna miała demonstracyjnie odmówić wyjazdu; w końcu kolarze polecieli do Kijowa dzień później niż planowano. Na lotnisku żegnał ich wicepremier Zbigniew Gertych.

„W kolejkach jedno wielkie złorzeczenie” – notował Rakowski. – „Powtarza się słowo: zbrodniarze. Zdaje się, że przyjazne uczucia narodu dla ZSRR mamy na długi czas z głowy”.

Informacje, dezinformacje

Początkowo informacji o katastrofie w Czarnobylu w polskich mediach prawie nie było, choć sowiecka telewizja w wieczornym dzienniku „Wriemia”, nadanym w poniedziałek 28 kwietnia kilka minut po 21, przekazała komunikat Rady Ministrów ZSRR (po raz pierwszy pojawiła się nazwa „Czarnobyl”).

Po południu 28 kwietnia polskie radio i telewizja podały jedynie, że dzień wcześniej nad północnymi regionami Polski przeszedł radioaktywny obłok i nikomu nie zagraża żadne niebezpieczeństwo.

Dzień później telewidzowie dowiedzieli się jedynie, że „radioaktywny obłok jodu znajduje się wysoko nad Polską, że nastąpiło jedynie podwyższenie stężenia aktywnego jodu w powietrzu, tendencja stężenia jest spadkowa i nie stwierdzono podwyższenia stężenia innych pierwiastków” – co było nieprawdą.

Późniejsze, podawane po 1 maja, informacje w prasie i telewizji były już bardziej rzetelne. Np. „Express Wieczorny” z 5 maja opublikował komunikat komisji rządowej wraz z tabliczką średnich wartości skażeń kraju.

– Reakcja w pierwszych dniach po katastrofie była typowa dla władz PRL: ukrywanie, chowanie głowy w piasek – mówi Marcin Zaremba. – Powołanie komisji rządowej i w sumie sprawne przeprowadzenie akcji lugolowej było jednak przyznaniem, że coś się stało i – koniec końców – chyba jakimś przełomem.

Zaremba: – Wiedza ekologiczna Polaków do dziś jest mniejsza niż na Zachodzie Europy, a 20 lat temu była śladowa. Nikt nie wiedział wtedy, jakie są skutki promieniowania ani czy dawka, którą otrzymaliśmy, jest dla nas bezpieczna. Zdawałem wtedy maturę i pamiętam nadzieje, jak się okazało płonne, że jej termin zostanie przesunięty. Zresztą informacji o rozmiarach i skutkach katastrofy przed 1 maja właściwie w ogóle nie było, bo przecież ludzie nie poszliby na pierwszomajowe pochody.

– Histerię antyczarnobylską nakręciły media i lobby ekologiczne – uważa prof. Jaworowski, od lat walczący z mitami i plotkami na temat katastrofy i jej skutków. – Kiedy w 1990 r. Sejm podjął decyzję o zaprzestaniu budowy elektrowni w Żarnowcu, skazując nas na węgiel, argument Czarnobyla był jednym z bardziej istotnych. Tymczasem skutki awarii w Czarnobylu są śladowe. Wystarczy powiedzieć, że dawka promieniowania na całe ciało, jaką otrzymali Polacy w ciągu pierwszego roku po czarnobylskiej awarii, wynosiła 0,27 mSv, co stanowi 11 proc. rocznej naturalnej dawki promieniowania, czyli takiej, jaką otrzymujemy od Matki Ziemi. W ciągu całego życia Polacy otrzymają od opadu czarnobylskiego dawkę wynoszącą ok. 0,9 mSv, czyli 0,5 proc. dawki, jaką zostaną napromieniowani ze źródeł naturalnych. Tak mała dawka nie może mieć zauważalnych skutków dla zdrowia ludności kraju.

Jednak badania, jakie przez lata prowadził zespół naukowców pod kierunkiem prof. Idy Kinalskiej z Kliniki Endokrynologii Akademii Medycznej w Białymstoku, mówią co innego. W ramach dwóch edycji badań pod nazwą „Czarnobyl I” (bezpośrednio po katastrofie) i „Czarnobyl II” (10 lat później), zespół białostockich endokrynologów przebadał 21 tys. mieszkańców dawnych województw białostockiego, suwalskiego, łomżyńskiego i częściowo olsztyńskiego.

Co się okazało? – Gdy doszło do awarii w elektrowni, tarczyca u mieszkańców tej części kraju zaczęła chłonąć jod radioaktywny i inne jodki, które wywarły na nią bardzo niekorzystny wpływ – twierdzi prof. Kinalska. Białostoccy endokrynolodzy zaobserwowali, że co druga przebadana kobieta w wieku poniżej 50 lat ma powiększoną tarczycę, a u dzieci wykazano pojawiające się niegroźne guzki tarczycy. Także u osób, które w 1986 r. były dziećmi, stwierdzono większą od normalnej ilość przeciwciał przeciwtarczycowych, co skutkuje większą ilością przypadków nadczynności tarczycy.

Jednak najbardziej alarmująco brzmi inne ustalenie zespołu: po 1986 r. liczba zachorowań na raka tarczycy wśród mieszkańców Polski północno-wschodniej wzrosła dziesięciokrotnie. – Ten rodzaj nowotworu jest zależny od promieniowania – komentuje prof. Kinalska.

– To histeria – polemizuje prof. Jaworowski. – Ona zaczęła się już wtedy, w kwietniu 1986 r. Do nas, do Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej, dzwoniły tysiące osób z prośbą o informacje, o radę. Pamiętam pewną kobietę, nauczycielkę z Gdańska. Miała czerwoną twarz i była przekonana, że to skutek Czarnobyla. Nie chciała mi uwierzyć, więc osobiście zawiozłem ją do Katedry Chorób Skórnych Akademii Medycznej, gdzie pracował mój znajomy. Po konsultacji okazało się, że kilka dni wcześniej owa pani była na wycieczce klasowej w młodniaku sosnowym, a zaczerwienienie na twarzy było klasyczną ostrą alergią pyłkową.

– Zresztą – dodaje Jaworowski – ja się nie dziwię tej kobiecie, bo takie brednie opowiadają nawet lekarze. Kilka miesięcy temu miałem wykład na temat skutków Czarnobyla. Po wykładzie jedna ze słuchaczek, studentka, powiedziała, że jej ciocia zmarła na raka w 1987 r. – rok po katastrofie, i że lekarz powiedział, iż to Czarnobyl. Ręce opadają.

– Muszę podkreślić, że kuracja lugolowa przeprowadzona na wielką skalę po katastrofie przyniosła skutek – mówi profesor Kinalska. – W białoruskim Homlu, którego odległość od Czarnobyla jest niemal dokładnie taka jak Białegostoku, zachorowalność na nowotwory tarczycy jest nieporównanie większa.

Ukryta prawda?

W styczniu 1987 r. na zasypanym śniegiem trawniku przed blokiem na jednym z warszawskich osiedli znaleziono ciało mężczyzny. Zbigniew Wołoszyn, jeden z pracowników Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej, fizyk. Wypadł z okna mieszkania na 12 piętrze, czy może został wypchnięty?

Według relacji jego przyjaciół Wołoszyn, działacz podziemnej „Solidarności”, po katastrofie w Czarnobylu przez osiem miesięcy robił pomiary promieniowania i zbierał dowody mające skompromitować niektórych pracowników Centralnego Laboratorium. Wyniki badań i kopie dokumentów miał gromadzić w zeszycie. Podobno wykazywały one, że procedury zastosowane przez Laboratorium były błędne. Że wartość poziomu skażeń była zaniżona.

Podobno, bo zeszytu nigdy nie odnaleziono. Dwukrotne śledztwo (jedno już w latach 90.) prowadzone w sprawie tej śmierci nie przybliżyło do jej rozwikłania. Oficjalną wersją, którą kwestionuje rodzina i dawni przyjaciele Wołoszyna, jest samobójstwo lub nieszczęśliwy wypadek.

– Nie ma żadnych tajemnic Czarnobyla, niczego nie ukrywano – mówi profesor Jaworowski. – 377 stron szczegółowych badań pomiarów wraz z opisem zastosowanej metody opublikowano jeszcze w 1986 r. na Zachodzie, w języku angielskim. Drugi raz wydano to w Polsce na początku lat 90. Tu już nie ma nic do ujawnienia, nic do odkrycia. Wszystko zostało powiedziane.

Od czarnobylskiego ognia spłonęło wielkie imperium

Żródło: Tygodnik Powszechny
30.04.2006

Co się stało 20 lat temu?
Był 15 grudnia 2000 r., gdy oficjalnie zamknięto Czarnobylską Elektrownię Atomową. Polecenie wydał – przed kamerami telewizji – prezydent Leonid Kuczma. Wydarzenie to można uznać za symbol tego, co działo się wokół Czarnobyla przez długie lata: ciągu błędów i nadużyć, nieporozumień, półprawd, mitów i kłamstw, niekiedy wołających o pomstę do Nieba.
Tadeusz A. Olszański

Dlaczego symbol? Ano dlatego, że elektrownia bynajmniej nie została zamknięta. Została jedynie wyłączona. Nadal pracują tam trzy tysiące osób, nadal w dwu reaktorach jest paliwo jądrowe.

Ale gest Kuczmy wystarczył, by świat poczuł się usatysfakcjonowany i bezpieczny – i by nie wywiązał się ze zobowiązań finansowych mających wspomóc budowę nowej osłony reaktora, zniszczonego w kwietniu 1986 r.

Zniszczony blok elektrowni w Czarnobylu /fot. www.pripyat.com
Zniszczony blok elektrowni w Czarnobylu /fot. http://www.pripyat.com

Katastrofa

25 kwietnia 1986 r. czwarty, najnowszy blok Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej przygotowywano do zatrzymania. Miał zostać poddany rutynowemu przeglądowi, zapewne zamierzano usunąć pewne usterki. Przy okazji kierownictwo elektrowni postanowiło przeprowadzić eksperyment, sprawdzający możliwości przeciwdziałania skutkom nagłej przerwy w dostawach prądu, także do pomp chłodzących reaktor. Eksperyment źle zaplanowano i źle przeprowadzono, a seria błędów operatorów i ich przełożonych doprowadziła około północy 26 kwietnia do powstania w rdzeniu reaktora temperatury, w której rozpadają się cząsteczki wody. Powstała mieszanina piorunująca. O pierwszej w nocy seria wybuchów rozerwała korpus reaktora i wyrzuciła w powietrze ogromną ilość materiałów promieniotwórczych.

Obsługa długo nie rozumiała, co się stało. Przez kilka godzin chłodzono wodą nieistniejący już reaktor, a ogromne ilości pary wodnej powiększały emisję skażeń. Szczęściem obsługa trzeciego bloku (stanowiącego jedną budowlę z czwartym) wbrew wyraźnemu poleceniu zdecydowała się przestawić reaktor w tryb jałowy. Gdyby nie to, on także zostałby zniszczony, gdyż wodę z jego systemu chłodzenia użyto do chłodzenia bloku czwartego.

Wybuch miał charakter chemiczny; wybuch jądrowy w jakimkolwiek reaktorze atomowym jest niemożliwy ze względu na prawa fizyki. Jego bezpośrednią konsekwencją był pożar: przy wolnym dostępie powietrza zapaliło się dwa i pół tysiąca ton grafitu, używanego do kontroli reakcji łańcuchowej. Powstał komin cieplny, który przez tydzień „pompował” substancje promieniotwórcze na wysokość przeszło dziesięciu kilometrów. To dlatego mogły one zostać rozniesione nad cały świat.

Zduszenie pożaru groziło jeszcze większą katastrofą. Ciąg powietrza, wzbudzany przez płonący grafit, chłodził rozpalone paliwo jądrowe, które inaczej mogłoby przepalić kolejne stropy i dotrzeć do zbiornika wodnego w podziemiu. Wtedy wybuch pary rozniósłby pół elektrowni. Zrzucenie z helikopterów między 27 kwietnia a 2 maja pięciu tysięcy ton piasku, gliny i węgliku boru miało jedynie stłumić płomienie, powstrzymać emisję skażeń. I to się udało, podobnie jak wypompowanie wody ze zbiornika. Później, 9 maja, po wypaleniu się większości grafitu, ten gigantyczny tampon załamał się – i w powietrze znów uniosły się masy radioaktywnych popiołów. Te opadły jednak już w bezpośrednim sąsiedztwie elektrowni.

Akcja ratunkowa obfitowała w akty niekłamanego, żołnierskiego bohaterstwa. Prowadzono ją, zwłaszcza na początku, chaotycznie. Ale też nikt na świecie nie stanął wcześniej wobec podobnego wyzwania. Z 200 tysięcy uczestników akcji ratunkowej i wstępnej dezaktywacji 134 osoby zapadły na chorobę popromienną. 28 z nich zmarło w ciągu kilku tygodni. Jeszcze dwie osoby zmarły od oparzeń, a jeden z pracowników czwartego bloku, Wałerij Chodemczuk, zginął pod gruzami (jego ciała nie wydobyto).

Taki jest bilans bezpośrednich ofiar katastrofy.

Przyczyną awarii była seria błędów obsługi, niekompetencja i zadufanie. Jeśli nawet przyczyniły się do niej usterki w budowie reaktora, miały trzeciorzędne znaczenie. Jednak taka katastrofa była wpisana w samą konstrukcję reaktorów RBMK z moderatorem grafitowym. W moderowanych wodą reaktorach WWER podobna awaria była niemożliwa (choć i w taką konstrukcję, jak w każdą inną, wpisane są określone potencjalne katastrofy). Te reaktory były niebezpieczne – i nadal są, bo sporo ich pracuje w Rosji.

Nie był to pierwszy poważny wypadek w Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej. W 1982 r. podczas włączania reaktora po przerwie konserwacyjnej przez pomyłkę wyłączono jego chłodzenie. Doszło do przegrzania reaktora, stopienia części paliwa i uwolnienia substancji promieniotwórczych przez system wentylacyjny. Obsługa zorientowała się „już” po kilkudziesięciu minutach, więc awaria nie przekształciła się w katastrofę. Ale do dziś nie wiemy, jaki był rozmiar ówczesnego skażenia, choć niewątpliwie znacznie mniejszy niż w 1986 r.

Po katastrofie

Ugaszenie pożaru umożliwiło budowę tzw. sarkofagu (po ukraińsku Ukryttia, Schron), otaczającego zniszczony czwarty blok ze wszystkich stron, także od spodu, pod fundamentami (ta część, zabezpieczająca wody gruntowe na wypadek przepalenia fundamentów, wydawała się wówczas najważniejsza). Ukończono go w listopadzie 1986 r.

Ze względu na bardzo wysoki poziom promieniowania konstrukcję montowano przy użyciu zdalnie sterowanych dźwigów, więc z niewielką dokładnością. Była to konstrukcja pionierska – nikt wcześniej nie musiał projektować ani wznosić takiej budowli.

Budowli, a nie „sarkofagu”, gdyż nie chodziło o to, by odciąć dostęp do zniszczonego bloku. Musiał on pozostawać pod stałym nadzorem, nikt bowiem nie wiedział, jak będzie zachowywać się magma roztopionego uranu, plutonu i betonu. Konieczny był więc dostęp dla ludzi i sprzętu.

Z terenów skażonych wysiedlono ponad 350 tys. ludzi (niektóre miejscowości objęto wysiedleniem dopiero w połowie lat 90.). 6 maja 1986 r. rozważano nawet wysiedlenie Kijowa. Na najbardziej skażonych terenach: tam, gdzie opadały większe fragmenty paliwa jądrowego, podjęto szeroko zakrojoną akcję dezaktywacyjną. Tzw. rudy las – sośninę porażoną tak silnie, że igliwie zrudziało i opadło – wycięto i zasypano ziemią. Część silnie skażonej ziemi także zasypywano piaskiem, ale co najmniej kilka wysiedlonych wsi, zamiast zburzyć budynki i przykryć je ziemią, spalono bez myśli o tym, że powoduje to dalszą migrację skażeń. A dziesiątki skażonych podczas akcji ratunkowej śmigłowców i setki samochodów pozostawiono na polanach. Szabrownicy nie czekali długo.

Wyrzut substancji promieniotwórczych trwał dziesięć dni; większość ciężkich pierwiastków opadła w promieniu stu kilometrów od elektrowni. Opad promieniotwórczy skoncentrował się głównie na Polesiu (po obu stronach granicy ukraińsko-białoruskiej), a także we wschodniej części Białorusi oraz między Briańskiem a Tułą. Lżejsze, w większości krótko żyjące izotopy obiegły cały świat.

Migracja izotopów wciąż trwa. Z tysięcy kilometrów kwadratowych lasów i pól, których nie sposób było odizolować, wiatr unosi je z kurzem. Każdej wiosny rozsiewa je pylenie traw i zdziczałych zbóż. Każdego lata porywa je dym samorzutnych (i nie tylko samorzutnych) pożarów łąk i lasów, porywają wylewy rzek i strumieni. Te najcięższe siła grawitacji pociąga coraz głębiej – kiedyś dotrą do warstw wodonośnych. Jeszcze inne opuszczają strefę na butach pielgrzymów odwiedzających groby bliskich i w workach szabrowników.

Dzięki temu izotopy „poczarnobylskie”, choć coraz szerzej rozprzestrzenione, są coraz bardziej rozproszone, coraz bardziej zmieszane z innymi źródłami promieniowania przenikliwego w naszym otoczeniu (choćby radonem, emitowanym przez warstwy granitu). Ich oddziaływanie jest coraz mniej wyróżnialne, coraz słabsze. Wynika to z praw fizyki, z samej natury świata.

Była to jedna z największych katastrof technogennych, choć – wbrew medialnym kliszom – nie największa. Dwa lata wcześniej wybuch w fabryce chemicznej w Bhopalu (Indie) kosztował 15 tys. istnień ludzkich – nie licząc uszkodzeń wrodzonych u dzieci rodzących się po katastrofie.

Zainteresowanym szczegółami katastrofy w Czarnobylu, dotyczącymi rozmiarów skażeń i dawek, rodzajów izotopów etc., polecam artykuł prof. Zbigniewa Jaworowskiego w kwietniowym numerze „Świata Nauki”. Sam przejdę do pośrednich skutków katastrofy, znacznie poważniejszych niż jej bezpośrednie, fizyczne i techniczne, a nawet medyczne konsekwencje.

Bo od czarnobylskiego ognia spłonęło imperium.

Duchowy Czarnobyl

Upadek państwa sowieckiego był wynikiem wielu czynników. W połowie lat 80. Związek Sowiecki usiłował dźwignąć się z kryzysu, utrzymać status supermocarstwa, zagrożony wobec beznadziejnie już przegranej wojny w Afganistanie oraz niemożności sprostania rozwojowi technologicznemu USA.

Taki był istotny cel przebudowy (pieriestrojki) podjętej przez Michaiła Gorbaczowa. Projektu, który mógł się powieść, skoro powiodło się podobne przedsięwzięcie w Chinach. Nie powiódł się z wielu powodów. A Czarnobyl nie był wśród nich ostatnim.

Pierwszą reakcją władz sowieckich na katastrofę było kłamstwo. Oficjalne przesłanie brzmiało: nic się nie stało, niech się święci Pierwszy Maja, wszyscy do walki z alkoholizmem. Nie żartuję: od 1985 r. sowiecka nomenklatura była do tego stopnia zaabsorbowana „osuszaniem” kraju (czyli odbieraniem człowiekowi sowieckiemu artykułu pierwszej potrzeby, porównywalnego z chlebem), że 28 kwietnia 1986 r. pierwszy sekretarz kijowskiego komitetu Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego, indagowany o katastrofę przez członków organizacji partyjnej Uniwersytetu Kijowskiego, odpowiedział dosłownie: „Aleście wymyślili problem. My się zastanawiamy, czy sprzedawać pierwszego maja wódkę, czy nie. To jest problem!”. Tego dnia Kijów już wiedział o katastrofie, choć nieoficjalnie. I kto tylko mógł, wywoził dzieci z miasta.

Opisany epizod mówi coś więcej: ludzie nie tylko wiedzieli, ale odważyli się pytać, głośno i wyraźnie. Parę dni później wiedzieli już wszyscy – ewakuacji setek tysięcy ludzi (w większości przez Kijów) i angażowania tysięcy instytucji w akcję ratunkową nie dało się utajnić. A kilkudniowe ukrywanie tego, co było nie do ukrycia, wstrząsnęło społeczeństwem. Tym bardziej, że nie chodziło o kolejne mniej lub bardziej abstrakcyjne kłamstwa polityczne czy bajki o tym, że „lokomotywy staniały”, ale o zdrowie dzieci.

Już po kilku miesiącach zaczął powstawać, przede wszystkim na Ukrainie, spontaniczny ruch ekologiczny, skupiający głównie młodzież i intelektualistów. Władze nie wiedziały, co z nim zrobić – tworzenie organizacji nieformalnych (tj. niezależnych od partii komunistycznej) od niedawna było oficjalnie tolerowane. A co inteligentniejsi członkowie elit komsomolskich zajmowali się już bogaceniem, „front ideologiczny” niewiele ich obchodził.

Kilka miesięcy po katastrofie w Czarnobylu doszło do pożaru biblioteki Akademii Nauk w Leningradzie, który akademik Dimitrij Lichaczow nazwał „duchowym Czarnobylem”. Hasło padło na podatny grunt. Z dnia na dzień powstało pojęcie „ekologii ducha”, a „nieformałowie” zaczęli nie tylko pytać o Czarnobyl, ale upominać się o historię i kulturę narodową, o prawa języka ukraińskiego i – z mniejszą determinacją – białoruskiego (podobne były reakcje w Rosji, choć tam z oczywistych względów nie istniała kwestia językowa). Do ruchu, który z ekologicznego stawał się narodowym, przyłączało się coraz więcej intelektualistów bez dysydenckich sympatii, jak wielki prozaik Ołeś Honczar czy wybitny poeta Borys Olijnyk (który także w niepodległej Ukrainie nie zerwał z partią komunistyczną).

W 1987 r. Gorbaczow ogłosił politykę jawności życia publicznego (Głasnosti). Nie miał innego wyjścia: ludzie sami brali tę jawność, a władze – już za słabe, by to przebudzenie stłumić – musiały stanąć na jego czele, aby choć trochę je kontrolować. Bezskutecznie: prawda coraz szerzej torowała sobie drogę (a obok niej torowały sobie drogę nowe nieprawdy). Po paru latach system komunistyczny zwietrzał do tego stopnia, że nie dało się go utrzymać. Czy jednak Gorbaczow proklamowałby jawność, gdyby nie było takiej społecznej reakcji na katastrofę czarnobylską? Można wątpić.

Katastrofa czarnobylska zachwiała również gospodarką sowiecką, i tak się załamującą. Koszty akcji ratunkowej, przesiedlenia kilkuset tysięcy ludzi, budowy nowych osiedli etc. szły w miliardy dolarów. Sfinansowano je kosztem innych celów – żaden budżet nie może mieć aż takich rezerw „na wydarzenia nadzwyczajne”. Potem dołączyły dalsze koszty, dalsze szkody, jak choćby trwała rezygnacja z wykorzystania Prypeci i Dniepru jako szlaków żeglugowych.

Już po kilku latach wątki ekologiczne zeszły na dalszy plan, a katastrofa czarnobylska i los jej ofiar (podobnie jak weteranów wojny afgańskiej, bardzo licznych na Ukrainie) zeszły do roli demagogicznych haseł najróżniejszych ugrupowań. Ukraińska elita podjęła walkę o prawo do tożsamości narodowej, a potem – o niepodległość.

Ale nie można zapomnieć, że droga prowadząca do ogłoszenia niepodległości Ukrainy i rozwiązania Związku Sowieckiego zaczęła się wtedy, w kwietniu 1986 r. – od niewygodnych pytań o pożar elektrowni w Czarnobylu.

Gorzka gwiazda Piołun

Kilka lat przed katastrofą Lina Kostenko napisała w jednym z wierszy „I wschodzi ponad Dnieprem gorzka gwiazda piołun. / Tam wybuch. Ówdzie wulkan. Ruina. Zagłada” (fragment wiersza *** [Strasznyj kalejdoskop…], w tłumaczeniu autora).

W 1986 r. te słowa znakomitej popularnej poetki skojarzono z katastrofą, co nadało Czarnobylowi wymiar apokaliptyczny. Bo czornobyl to jedna z potocznych ukraińskich nazw piołunu (w botanicznym nazewnictwie jest to bylica pospolita). A czarnobylska elektrownia położona jest nieco powyżej Kijowskiego Zbiornika Wodnego, głównego źródła wody dla metropolii. Biblijna Gwiazda Piołun spadła właśnie na źródła wód (Apokalipsa 8,10-11). Wielu ludzi w Kijowie było wówczas przekonanych, że woda zmieniła smak.

Tereny objęte wysiedleniem w oficjalnej terminologii nosiły nazwę stref (zon). To słowo wywołało niemal natychmiastowe skojarzenie z filmem „Stalker” – do tego stopnia, że ludzi nielegalnie przedostających się do zony (w większości szabrowników) zaczęto nazywać stalkerami. I to skojarzenie kształtowało w świadomości społecznej obraz zagrożeń związanych z katastrofą czarnobylską. Tym bardziej, że przejmujący film Tarkowskiego łatwo było uznać za jej przeczucie.

Niemal natychmiast po katastrofie pojawiły się apokaliptyczne pogłoski o jej następstwach. Można było usłyszeć o dziesiątkach tysięcy zmarłych, grzebanych w masowych grobach, o świecących chmurach (także w Polsce!), o samolotach, które celowo wytrącały z powietrza substancje radioaktywne nad Białorusią, a wkrótce – o „popromiennych mutacjach”, zmianach, jakie pod wpływem promieniowania zachodziły u całych populacji różnych gatunków roślin czy zwierząt. Wiele lat później białoruskie dzieci wierzyły w istnienie bajkowego „potwora radiacji”, którego można było bać się „racjonalnie”, inaczej niż niewyczuwalnego dla człowieka promieniowania.

Opowieści te, rzadko oparte na faktach, brały się nie tylko z zakorzenionego lęku przed wojną jądrową, ale też z popularnej fantastyki amerykańskiej, która właśnie wtedy, dzięki pieriestrojkowym klubom wideo, docierała masowo do mieszkańców sowieckich miast. To z tych filmów brały się przywołane wyżej pojęcia o mutacjach, sprzeczne z elementarną wiedzą biologiczną. A i przekonanie o promieniowaniu jako źródle nieuniknionej, „milczącej” śmierci wydaje się mieć związek z filmem „Ostatni brzeg”.

Koniec lat 80. przyniósł załamanie zaufania do nauki i rozwój najróżniejszych irracjonalizmów. Łatwo wierzono we wszystko, czy to w „uzdrowiciela” Kaszpirowskiego, czy to w to, że wódka zabezpiecza przed promieniowaniem, a czerwone wino „wypłukuje radionuklidy” z organizmu, czy wreszcie w to, że katastrofę czarnobylską wywołano celowo, by wyniszczyć naród ukraiński.

W to ostatnie przed dziesięciu laty wierzyła znaczna część Ukraińców. Wielu zapewne wierzy do dziś. W mediach można spotkać określenia takie, jak „atomowa mina, podstępnie podłożona pod samo serce Ukrainy przez moskiewskie imperium”. W 1989 r. ukraińscy patrioci żądali „czarnobylskiego procesu norymberskiego”. W tym roku pojawiło się w Kijowie otwarte porównanie Hołodomoru z 1933 r. oraz katastrofy czarnobylskiej, jako dwóch zbrodni ludobójstwa.

To ostatnie skojarzenie przypomina, że Ukraina wciąż żyje w cieniu przemilczanej przez dziesięciolecia katastrofy z lat 30., kiedy to co najmniej trzy miliony ofiar pochłonął głód, który nie był klęską elementarną, ale wynikiem błędnej polityki gospodarczej, a może nawet – zbrodniczego zamiaru. Dopiero dziś Ukraina odzyskuje pamięć i celebruje żałobę po ofiarach Hołodomoru. O Czarnobylu można było głośno mówić, gdy to pierwsze wydarzenie wciąż było najściślejszym tabu. Czy i to nie przyczyniło się do wyolbrzymienia konsekwencji tragedii czarnobylskiej?

Dwa oblicza katastrofy

Długofalowe konsekwencje katastrofy są przedmiotem zaciekłych sporów. Jedni twierdzą, że wyzwolone wówczas promieniowanie przenikliwe zabiło już dziesiątki tysięcy ludzi i zabije jeszcze setki tysięcy, inni – że główną konsekwencją Czarnobyla jest irracjonalna „radiofobia”, gdyż skutki promieniowania dla zdrowia są znikome, a w każdym razie – niemierzalne.

Te dwa stanowiska zazwyczaj łączą się z negatywnym lub pozytywnym stosunkiem do rozwoju energetyki jądrowej, przedmiotem jednego z istotniejszych sporów politycznych współczesnej Europy.

Zgodnie z oficjalnymi danymi ukraińskimi, w kraju tym skażone zostały 2293 miejscowości w dwunastu obwodach. Liczba poszkodowanych to 2 930 184, w tym 901 050 dzieci. Dokładność tych liczb wskazuje, że chodzi o osoby oficjalnie uznane za poszkodowanych. Inne dane mówią o 5 mln napromieniowanych na Ukrainie, 9 mln (w tym 3 mln dzieci) na Ukrainie, Białorusi i Rosji, pół miliona zmarłych spośród dwóch milionów oficjalnie uznanych za ofiary Czarnobyla na Ukrainie, drugie tyle na Białorusi i 100 tys. w Rosji. Jeszcze inne źródła twierdzą, że w latach 1986–1990 w całym Związku Sowieckim w następstwie katastrofy czarnobylskiej zmarło 167 tys. osób, że do 2005 r. zmarło ponad 30 tys. uczestników likwidacji następstw katastrofy itd. Nadwyżka raka tarczycy, wywołana przez emisję jodu-131 (jedynego, który można jednoznacznie powiązać z katastrofą), szacowana jest na 4 tys. przypadków do 2002 r., ale te same dane mówią o tym, że w 99 proc. został on wyleczony.

Z drugiej strony szacunki Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (IAEA) mówią, że spośród 650 tys. uczestników likwidacji następstw katastrofy (do 1990 r.) około 6 tys. może umrzeć przedwcześnie z tego powodu; raporty Komitetu Naukowego ONZ ds. Skutków Promieniowania Jądrowego (UNSCEAR) z 2001 r. i Forum Czarnobylskiego z 2005 r. wręcz zaprzeczają wzrostowi zachorowań w konsekwencji katastrofy czarnobylskiej, sugerując, że widoczne pogorszenie stanu zdrowia mieszkańców Białorusi i Ukrainy jest skutkiem przesadnej reakcji psychicznej i ujawnienia licznych chorób niemających związku z promieniowaniem przenikliwym. Podobnego zdania jest Światowa Organizacja Zdrowia.

To ostatnie niewątpliwie jest prawdą: nie sposób przypisać wpływowi promieniowania chorób reumatycznych, gruźlicy czy cukrzycy, masowo wykrywanych po Czarnobylu. Nie dysponujemy poważnymi danymi epidemiologicznymi sprzed katastrofy, nie wiemy więc, czy można tu mówić o wzroście zachorowań. Nie ulega wątpliwości, że w schyłkowym okresie Sowietów, a zwłaszcza po rozpadzie imperium, jakość życia i stan zdrowia jego mieszkańców pogorszyły się gwałtownie, że załamanie demograficzne objęło wszystkie kraje postkomunistyczne, że nadużywanie alkoholu i tytoniu oraz życie w przewlekłym stresie obniżają ogólną odporność organizmu. Tak np. znaczącego wzrostu śmiertelności niemowląt po katastrofie nie da się jednoznacznie przypisać radioaktywności, a zaburzeń psychicznych wśród dzieci urodzonych kilka lat po Czarnobylu w ogóle nie da się jej przypisać.

Media, zwłaszcza te poszukujące sensacji, każdą wadę wrodzoną człowieka czy zwierzęcia chętnie składają na karb Czarnobyla. Wolontariusze, opiekujący się dziećmi z wadami rozwojowymi, przypisują je promieniowaniu, bo tylko tak mogą zdobyć sponsorów, choć takie same wady 40 lat temu przypisywano alkoholizmowi rodziców. Wreszcie ci, którzy z katastrofalnych skutków jakiejkolwiek dawki promieniowania uczynili artykuł wiary, nie dają się niczym przekonać.

Syndrom Czarnobyla

Tymczasem skażenie radioaktywne pochodzące z katastrofy czarnobylskiej nie jest jedynym źródłem promieniowania przenikliwego. Nie jest nawet głównym: na znacznej części obszarów wówczas skażonych naturalne tło promieniotwórcze jest znacznie wyższe od skażenia. A większość wysiedlonych Ukraińców przeniesiono na tereny, na których to tło było jeszcze wyższe, bo granitowa płyta, źródło radonu, jest tam bliżej powierzchni ziemi.

Na początku kwietnia tego roku w Kijowie zbadano poziom promieniowania. Najniższe stwierdzono na brzegu Dniepru: tam, gdzie należało oczekiwać osadu izotopów pochodzących z nurtów rzeki. Najwyższe zaś (wyraźnie przekraczające normę) – przed gmachem merostwa i u stóp pomnika Szewczenki. W obu przypadkach źródłem jest lokalna koncentracja granitu. Nawet jeśliby uznać, że dziś na Ukrainie rak zawsze wiąże się z promieniotwórczością – to z którym jej źródłem?

Ekologiści (nie „ekolodzy” – ekologia jest nauką, ekologizm ruchem społecznym i ideologią) nie przyjmują tych danych do wiadomości, domagając się uwzględnienia przyszłego skumulowanego wpływu niewielkich dawek promieniowania. To prawda, nie możemy wykluczyć takiego skumulowanego wpływu, choć można wątpić, czy da się on kiedykolwiek zidentyfikować czy to narzędziami medycyny, czy statystyki. Na razie to tylko obawa, nie fakt.

Tymczasem skutki powszechnego strachu przed promieniowaniem są faktem. Okazały się poważne, między innymi dlatego, że problem ten został zlekceważony (i jest lekceważony do dziś), a samo zjawisko jedni traktowali z pogardą jako nieuzasadnioną „radiofobię”, inni zaś zaprzeczali mu, twierdząc że miliony Ukraińców straciły zdrowie w następstwie oddziaływania promieniowania przenikliwego. Nikt nie usiłuje leczyć, ba, nawet opisać rzeczywistego schorzenia będącego konsekwencją katastrofy, które określiłbym mianem „syndromu depresji poczarnobylskiej”, a na Ukrainie przybrało rozmiary choroby społecznej. Ale to schorzenie (i wszystkie odeń pochodne, bo depresja pociąga ogólne obniżenie odporności) nie jest skutkiem promieniowania przenikliwego.

Na potwierdzenie jeden przykład: większość czarnobylskich energetyków, którzy po katastrofie przenieśli się do Kijowa, choruje i już 10 lat temu była niezdolna do pracy, podczas gdy ci, którzy pozostali w elektrowni, są na ogół zdrowi i żywotni, mimo że codziennie narażają się na znacznie podwyższone promieniowanie.

To, że przyczyną depresji poczarnobylskiej nie jest promieniowanie, ale wysiedlenie z rodzinnych stron, utrata majątku, strach, stres, wreszcie oficjalne zaliczenie do kategorii „ofiar”, nie umniejsza cierpienia. Ci ludzie rzeczywiście są chorzy. I są ofiarami katastrofy czarnobylskiej. Ale nie radioaktywności, lecz określonych działań i zaniechań władzy publicznej. A także nieodpowiedzialności mediów, podchwytujących każdą bzdurę o Czarnobylu.

Nawet jeśli „czarnobylska nadwyżka” przypadków raka wyniesie w najbliższych dziesięcioleciach nie kilka, a kilkadziesiąt tysięcy (czego nigdy nie będziemy mogli wykazać jednoznacznie), straty zdrowotne spowodowane czarnobylską depresją są daleko większe. Już dziś.

Jest wszakże jeszcze jedna grupa niewątpliwych, a śmiertelnych ofiar Czarnobyla, o którą, o ile wiem, nikt się dotychczas nie upomniał. To kilkaset tysięcy, może ponad pół miliona nienarodzonych, zamordowanych w ciągu kilku miesięcy po katastrofie w całej Europie. Zamordowanych w dużej mierze z inicjatywy lekarzy, obawiających się uszkodzeń wrodzonych, związanych z napromieniowaniem. To, że dzieci, którym pozwolono wówczas żyć, nie miały tych wad więcej niż starsze roczniki, przekonuje, że lekarze się mylili.

W realnym bilansie ofiar Czarnobyla nienarodzeni są grupą najliczniejszą. Co do tego nie ma wątpliwości. Ale znów: to nie są ofiary promieniowania przenikliwego, ale panicznego strachu, cynizmu i podłości.

Po 20 latach

W 1991 r. wyłączono drugi blok Czarnobylskiej Elektrowni Atomowej, w 1996 r. – pierwszy, wreszcie w 2000 r., pod presją międzynarodową – trzeci, bezpośrednio sąsiadujący z sarkofagiem. Ale tylko drugi blok jest rzeczywiście nieczynny; w dwu pozostałych wciąż jest paliwo jądrowe. Nie można go wyjąć, bo nie ma dodatkowego basenu „chłodzenia”, w którym elementy paliwowe, bardziej radioaktywne niż przed wykorzystaniem, muszą spoczywać co najmniej kilkanaście lat.

Elektrownię zamknięto nie dlatego, że była niebezpieczna, ale dlatego, że była symbolem katastrofy czarnobylskiej. Za tę cenę Ukraina ocaliła swój program jądrowy, istotny z punktu widzenia jej niezależności energetycznej.

Sarkofag okazał się budowlą niedoskonałą, co nie może dziwić, skoro był konstrukcją eksperymentalną. Nie ma wątpliwości, że trzeba zbudować nad nim nowy obiekt. Niestety, wiele wskazuje, że prace studyjne obliczone były dotychczas głównie na wyciągnięcie środków od zachodnich sponsorów. Wciąż niezbyt rozumiemy też, co dzieje się w ruinach reaktora, gdzie od czasu do czasu spontanicznie rośnie – i ponownie spada – emisja neutronów.

Na „likwidację skutków katastrofy” wydano już – tylko na Ukrainie – 12 miliardów dolarów. Nikt nie wie, jaką część tych środków rozkradziono lub zmarnotrawiono, jednak z pewnością znaczną. Pierwsze ujawnione afery z tym związane miały miejsce w 1998 r.

Uznani za poszkodowanych z jednej strony otrzymują śmieszne dodatki do emerytur, z drugiej – korzystają z licznych ulg socjalnych, które w istocie umacniają postsowiecką kulturę zależności od państwa. W marcu tego roku parlament Ukrainy przyznał dzieciom „czarnobylców”, bez względu na wiek (!), 50-procentową ulgę w opłatach za mieszkanie i telefon. Na szczęście prezydent Wiktor Juszczenko zawetował ten absurd.

Do zony powraca życie. Zdziczała przyroda ma się świetnie (pojawiły się nawet rysie), prowadzona jest gospodarka leśna, a na terenach objętych pełnym wysiedleniem mieszka znów prawie 10 tys. ludzi (tylko na Ukrainie). Nie są to wyłącznie starcy; w zeszłym roku otwarto tam pierwszą nową szkołę. A od 2001 r. elektrownia i jej okolice są dostępne dla turystów.

Na Ukrainie coraz śmielej mówi się o możliwości powrotu ludzi i gospodarki rolnej na słabiej skażone tereny. Na Białorusi program taki jest realizowany od kilku lat. O tym, co się dzieje na skażonych terenach Rosji, wiadomo najmniej.

W co chcemy wierzyć?

Wspomniane wyżej raporty Komitetu Naukowego ONZ ds. Skutków Promieniowania Jądrowego z 2001 r. zostały na Ukrainie przyjęte z niechęcią lub wręcz wrogością. Padły nawet słowa o „szyderstwie nad grobami”. Można oczekiwać, że międzynarodowa konferencja w rocznicę katastrofy, organizowana w tych dniach w Kijowie pod egidą Greenpeace i frakcji Zielonych w Parlamencie Europejskim, rozpropaguje martyrologiczną wizję skutków katastrofy, utrudniając dyskusję zarówno nad jej konsekwencjami, jak i perspektywami energetyki jądrowej.

Znów zapewne usłyszymy, że „od tragicznego świtu 26 kwietnia 1986 r. zaczęła się nowa rachuba czasu w historii ludzkości, w historii cywilizacji”, czy że „odtąd historia świata jest historią czarnobylskiej katastrofy”.

I znowu będziemy musieli wybrać, czy chcemy widzieć w tej katastrofie apokaliptyczne wydarzenie, potwierdzające immanentne zło technologii (jak chcą ekologiści), czy też oprzemy się pokusie odmowy wiary w dobre wiadomości i poddania się negatywnym emocjom.

TADEUSZ A. OLSZAŃSKI (ur. 1950) jest politologiem, pracownikiem Ośrodka Studiów Wschodnich, opublikował m.in.: „Historia Ukrainy XX wieku” i „Trud niepodległości. Ukraina na przełomie tysiącleci”. Mieszka w Warszawie.