Postęp po Szwedzku

Polecam film „Postęp po szwedzku” (z cyklu Raport specjalny. Polsat 2005)

Kiedy nas to czeka? 10, 20 40 lat? Na ile stawiacie?
Kiedy nas czeka ta upragniona „Wolność”

Reklamy

Przeżyć aborcję by być spalonym

Abortowany chłopczyk, który został uznany za zmarłego, tuż przed skromowaniem, ku przerażeniu pracownika kostnicy, zaczął płakać. Lekarze odmówili jednak ratowania mu życia.

Pracownik kostnicy był zaskoczony gdy zobaczył ruszający się worek z napisem „ odpady medyczne”. Po jego otwarciu znalazł duszące się watą dziecko. Jak opisuje miejscowy Times, pracownik wyjął watę z ust dziecka i zobaczył, że chłopczyk zaczął normalnie oddychać. Pracownik natychmiast pobiegł z dzieckiem do szpitala, gdzie wcześniej próbowano zabić chłopca. Lekarze odmówili jednak pomocy. Chłopiec zmarł na korytarzu.

Dziecko zanim ponownie trafiło do pieca kremacyjnego zostało umieszczone w lodówce, bowiem władze chciały wyjaśnić dlaczego przeżyło ono aborcję. Władze Szpitala w Foshan City przekonują, że godzinę po aborcji sprawdzano czy siedmiomiesięczne dziecko żyje. I wówczas lekarze byli przekonani, że nie! Szpital nie chce odpowiedzieć na pytanie, czy lekarze odmówili chłopcu pomocy po przyniesieniu go przez pracownika kostnicy.

Jednak właściciele domu pogrzebowego dowodzą, że mają nagranie video dowodzące, że chłopiec żył przed włożeniem go do pieca krematoryjnego. Pozwolili oni swoim pracownikom kostnicy mówić mediom o tym incydencie.

Źródło: Fronda
* środa, 26 maja 2010

Manipulacja i autorytety

Polszczyzna się zmienia. Kiedyś na wyjątkowo tapeciarskie zachowanie mówiło się „robić coś na wydrę” (wariant: „na wyrwę”) − było to nawiązanie do najbezczelniejszego rodzaju złodziejaszków, wyrywających kobietom na ulicy torebki. Od niedawna na bezczelne wmawianie w oczy nieprawdy mówi się „na Wajdę”. Takim przykładem kłamstwa „na Wajdę” są słowa pani Paradowskiej w najnowszym numerze „Polityki”. Przekonując, że „to, co przestawiono w Moskwie [chodzi o raport Anodiny] ma wszelkie znamiona rzetelności, przynajmniej jeśli chodzi o dotychczasowe ustalenia” (nie, nie, to jeszcze nie jest „na Wajdę”, za chwilę; na razie mamy wręcz cudowny wzór pokrętności stylu, pozwalającej samej autorce zdystansować się dyskretnie od tego, w co każe wierzyć czytelnikom) oznajmia ona w końcu: „Jeżeli specjaliści twierdzą, że nie ma zazwyczaj jednej przyczyny katastrofy, to w tym przypadku te przyczyny kumulowały się właściwie od dnia, gdy po zaproszeniu premiera Polski przez premiera Rosji prezydent powiedział, że on też poleci do Katynia”.

Ta sprawa była wyjaśniana wielokrotnie, przedstawione zostały dokumenty, które nie pozostawiają żadnej wątpliwości: uroczystości katyńskie i udział w nich oficjalnej delegacji pod przewodnictwem prezydenta postanowione były już w styczniu, poinformowany był o tym oficjalnie i rząd polski, i strona rosyjska. To premier Tusk wtarł się jak przysłowiowy Piłat w credo, skuszony przez Rosjan możliwością wystąpienia przed Polską i Europą na katyńskich grobach jak współarchitekt „historycznego pojednania z Rosją”. Od tego momentu jego chłopcy zaczęli przećwiczoną już grę o obniżanie rangi wizyty prezydenckiej i jej pijarowskie „przykrycie”. Grę, w ramach której w ostatniej chwili wizycie prezydenta i licznych ważnych w państwie osób odebrano status wizyty oficjalnej, co m.in. zwolniło i nasz MSZ, i gospodarzy z dochowania pewnych procedur bezpieczeństwa i sprawiło, że na lotnisku nie było systemu bezpiecznego lądowania w warunkach ograniczonej widoczności. (W tym sensie faktycznie można rzec, iż Tusk „ma krew na rękach” i nie ma co robić z tych słów przypadkowych przechodniów jakiegoś horrendum).

Pani Paradowska dobrze to wie, ale upowszechnia kłamliwą wersję o uporze Kaczyńskiego, który w ogóle nie wiadomo po co się do tego Katynia pchał. Oczywiście, jest wielu ludzi, którzy w to święcie wierzą, nie dlatego, że to prawda, ale dlatego, że oni chcą w to wierzyć. Z ludźmi przekonanymi, że gorliwa miłość do Tuska i nienawiść do Kaczyńskiego czyni z nich członków inteligenckiej elity jest podobnie, jak z wyznawcami legendy o czterech tysiącach Żydów, którzy nie przyszli w dniu zamachu do WTC. Nie ma na nich siły, odpada nawet recepta Mackiewicza „strzelać”, bo i kula, co dopiero argument, odbije się od zakutego łba jak piłeczka. „Przecież” wiadomo − Żydzi uprzedzili swoich o zamachu, Kaczyński pchał się do Katynia, odkąd usłyszał, że ma tam być Tusk, a jeden biskup mówił, że żałuje, że jak już Pan Bóg musiał strącić ten samolot, to szkoda, że tego nie zrobił w środę.

Albo Lech Wałęsa. „Dziennik Bałtycki” bez słowa komentarza przytacza jego słowa o Sławomirze Cenckiewiczu „cieszę się, że wnuka byłego ubeka nie dopuszczono do kierowania Instytutem Pamięci Narodowej”. Sprawa jest dobrze znana, wiadomo, że mały Cenckiewicz wychowywany był przez matkę, że z ojcem, a tym bardziej z dziadkiem, nie miał żadnego kontaktu, a zresztą gdyby nawet miał, to nadawanie temu jakiegoś znaczenia jest po prostu nikczemne, podłe i żałosne, a jeśli się rękami i nogami wspiera wnuka żołnierza Wehrmachtu, to jeszcze i głupie. Wiadomo, że upadek byłego Wałęsy nie zna miary i szkoda by w ogóle o tym pisać, gdyby nie gazeta, która takiego „autoryteta” w ogóle prosi o wypowiedź, i zamieszcza jego haniebne słowa bez jakiegokolwiek komentarza, bez choćby zaznaczenia swego dystansu do nich.

Osobiście zresztą mniej się przejmuję kłamstwami „na Wajdę”, bo one służą tylko ugruntowaniu wiary już wiernych, ważniejsze jest zwrócenie uwagi na sposób manipulacji znacznie skuteczniejszy. Miałem kiedyś przyjemność rozmawiać z szefem republikańskiego „watch-doga”, prywatnego instytutu monitorującego manipulacje liberalnych mediów, Leo Brentem Bozzelem III (skontaktował nas zresztą obecny Minister Spraw Zagranicznych), który uczył, że dobrze robioną propagandę można pokazać tylko statystyką. Klasyczny przykład: w mniej więcej tym samym czasie w dwóch małych miasteczkach w USA doszło do dwóch zbrodni. W jednym dwóch zwyrodniałych homoseksualistów wielokrotnie okrutnie zgwałciło i na koniec zamordowało kilkuletniego chłopca. W drugim kilku podpitych osiłków skopało na ulicy na śmierć „geja”. O pierwszej sprawie amerykańskie gazety, wyłącznie lokalne, napisały łącznie 47 razy, wliczając w to wzmianki o kolejnych rozprawach sądowych. Drugie wydarzenie, pomijając w ogóle media lokalne, w ogólnokrajowych opisano prawie 2000 razy, w czym mieści się kilkadziesiąt materiałów okładkowych w największych dziennikach i tygodnikach.

Czy dziennikarze tyle uwago poświęcający tej sprawie kłamali? Trudno tak to nazwać. Ale propagandowa manipulacja jest oczywista. Przytaczam ten przykład obszernie, bo jest nim odpowiedź na oburzenie, które ogarnęło część dziennikarzy po wierszu Marcina Wolskiego. Nas nazywać „łajdakami”, kazać „sypać popiół na głowy”? A gdzie ja niby skłamałem, proszę mi pokazać, ja przecież tylko wyrażałem swoje opinie, mam prawo!

Przeczesując media metodą Leo Brenta Bozzela radzę zacząć liczyć, ile razy w ostatnich dniach padają mimochodem uwagi „najważniejsza jest dobra współpraca prezydenta z rządem”. Szczególne jest ich natężenie w wypowiedziach różnymi profesorów, w wywiadach zwykle zupełnie o czym innym, niejako mimochodem, na marginesie, jako o rzeczy oczywistej: najważniejsze dla państwa jest to, żeby prezydent dobrze współpracował z rządem. Tego trzeba oczekiwać od prezydenta, żeby dobrze współpracował z rządem. Nie wskazuję na kogo konkretnie głosować, mówi profesor (to akurat Leszek Balcerowicz w „Fakcie”) ale trzeba pamiętać, że najważniejsze dla naszej przyszłości jest wybrać takiego prezydenta, który będzie dobrze współpracował z rządem. Do wygłoszenia tej uwagi, po co jest prezydent, ściągnięto nawet zza oceanu profesora Brzezińskiego. Którego wszyscy, oczywiście, bardzo szanujemy, niekoniecznie jako „człowieka roku 2005” „Gazety Wyborczej”, ale, przyznam, odkąd przekartkowałem Jego archiwalne dzieło z roku 1988, w którym profesor perswadował, że Zachód musi iść na zasadnicze ustępstwa wobec ZSSR dla nawiązania z nim strategicznej współpracy na następnych 20 lat, bo światowe mocarstwo w przewidywalnej przyszłości przecież nie zniknie ani nie straci sił − to mój szacunek dla profesora jest zdecydowanie większy, niż gotowość uznawania jego teorii za prawdy objawione.

Po katastrofalnym występie Komorowskiego jako kandydata Unii Demokratycznej w warszawskim pałacu za jego kampanię wziął się ktoś sprawniejszy, sformułował główną tezę „Komorowski jako prezydent będzie dobrze współpracował z rządem” i zatrudnił pozyskane do kampanii autorytety tak, jak ich mądre podręczniki każą używać − nie do rzucania histerycznych bluzgów na konkurenta, bo to przeciwskuteczne, tylko do niedostrzeżonego sączenia ludziom w uszy stereotypu wzmacniającego przekaz kampanii (mówiąc fachowo: do upowszechniania memu).

A może to nieprawda, co tutaj, powołując się na republikańskiego ekscentryka, wypisuję? Może Brzeziński, Balcerowicz i pomniejsi tak po prostu dzielą się przekonaniami, które zawsze wyznawali? Może. Tylko jeśli tak, to powinni mówić to samo już parę lat temu. Czy któryś z nich komentował tak fakt obsadzenia obu najwyższych urzędów w państwie przez braci Kaczyńskich? Czy któryś powiedział wtedy „może się to wydawać dziwne, niektórym nawet niebezpieczne, ale najważniejsza jest dobra współpraca między rządem a prezydentem”? Znają Państwo jakąś taką wypowiedź? Bo ja guglam, guglam, i niczego wyguglać nie mogę.

Rafał A. Ziemkiewicz

Źródło: Rzeczpospolita: Kłamstwo wajdowskie i manipulacja statystyczna
27 maja 2010

Standard złota – Święty Graal czy Puszka Pandory- debata

Dla wszystkich, których interesuje złoto jako inwestycja. Instytut Misesa organizuje debatę na temat „Standard złota – Święty Graal czy Puszka Pandory”

Zapraszamy wszystkich serdecznie na debatę na temat “Standard złota – Święty Graal czy Puszka Pandory”, w której udział wezmą Robert Gwiazdowski, Mateusz Machaj oraz Waldemar Kozioł.

Debata odbędzie się 27 maja o godzinie 20:00 w sali 207 starego BUW (Krakowskie Przedmieście 26/28).

Źródło: http://mises.pl/3370/standard-zlota-swiety-graal-czy-puszka-pandory/

USA, Bliski Wschód, władz – streszczenie sytuacji

Polecam bloga Maxa Keisera. Max w prosty sposób przedstawia otaczający nas świat głównie pod kątem ekonomiczno/gospodarczym.

Ostatnim jego gościem był Gerald Celente.

W ciągu 25 min streszcza sytuację w USA. Porusza kwestię sytuacji ekonomicznej, bankowości i władzy, a także kwestię bliskowschodnie.

Prawa rodziców wg socjalistów

Fronda.pl.: Jaki władzę mają w Szwecji pracownicy socjalni?

Ruby Harrold-Claesson*: Mają dużo władzy a mało kompetencji potrzebnych do wykonywania tego zawodu. Mają prawo zabrać dziecko, bez oczekiwania na decyzję sądu.M mówią, że to zabierają dziecko z powodów, by go uratować. Ale często nie ma zupełnie żadnych powodów, ku temu. Najczęściej się zdarza tak, że jak już raz zabiorą dziecko, to już na zawsze. Nie oddają go nigdy dobrowolnie. A kiedy zabierają dziec rodzicom, one zawsze przeżywają traumę.

Czy prawo precyzuje w jakich przypadkach pracownik socjalny może zabrać dziecko?

Oczywiście są sprecyzowane przypadki w ustawie. Ale jest także stwierdzenie, które mówi, że „również we wszystkich innych pozostałych przypadkach”. Pod taki zapis można wszystko podciągnąć, wytłumaczyć każdą interwencję.

A z drugiej strony, jaki status mają w Szwecji rodzice?

Rodzicie w Szwecji nie mają żadnych praw. Samo słowo „rodzice” już nie istnieje w szwedzkim prawie. Mówi się o „opiekunach” dziecka. W innych krajach mówi się jeszcze o rodzicach, o matce i ojcu. W szwedzkim kodeksie cywilnym jest napisane, że dziecko ma prawo do szacunku, do swojej osobowości i nie wolno go traktować w sposób upokarzający. Nie wolno go również nigdy uderzyć, bez względu na to, co złego zrobiło.

Nie mówi się dzieciom, że mają być posłuszne swoim rodzicom i wyrażać wobec nich szacunek. To nie istnieje w ogóle w sposobie myślenia. Mówi się dzieciom w przedszkolach i szkołach podstawowych, że rodzice nie mają prawa im dać klapsa, przeszkadzać im. Nawet już w żłobkach uczy się 3-letnie dzieci, że mogą powiedzieć do swoich „opiekunów”: ja mogę cię uderzyć, ale ty mnie nie.

Jak reagują na to wszystko rodzice? Przyzwyczaili się już?

Są zobligowani do przechodzenia do porządku dziennego wobec takiej sytuacji, pod groźbą więzienia czy zabrania im dzieci. PO prostu, problemem w Szwecji jest to, że ciągle się mówi dzieciom jakie mają prawa. Nie mówi się im o żadnych obowiązkach czy odpowiedzialności. Dodatkowo zachęca się dzieci do zaskarżania swoich rodziców. Ale nikt im nie mówi, jakie będą tego konsekwencje.

Powiedziała Pani, że słowo „rodzice” już nie istnieje, a słowa dyscyplina, wychowanie, są znane?

A co to jest? Oni nie znają takich słów. Dyscyplina to jest krzywdzenie, złe obchodzenie się z dzieckiem. Klaps to jest przemoc wobec dziecka. Podobnie jak uderzenie w dłoń.

A podniesiony głos?

Tak samo. To upokarza dziecko. Tylko, że trzyletnie dziecko nie wie, co to jest upokorzenie, ono tego jeszcze nie rozumie. Ale bardzo dobrze rozumie, co do niego mówi ojciec, gdy chce mu zwrócić uwagę, czegoś nauczyć czy wyegzekwować.

Nie jest natomiast upokarzające dla dziecka znalezienie się pośród ludzi, których dziecko nie zna, obcych, których nigdy wcześniej nie widziało. Widywanie się z rodzicami raz na pięć tygodni na godzinę i to w dodatku pod nadzorem innych ludzi.

Jak to się stało, że zaangażowała się pani w działalność w komitecie obrony praw człowieka? Z powodów osobistych?

Nie. W 1988 roku usłyszałam w radiu informację o procesie przeciwko ojcu. To był pierwszy przypadek oskarżenia, od kiedy wprowadzono ustawę zakazującą dawania klapsów. Usłyszałam w radio, że ojciec dał klapsa swojemu synowi. Chłopiec miał 12 lat. Wsiadł na rower biorąc na tylne siedzenie swojego młodszego brata. Wcześniej, ojciec wielokrotnie mu powtarzał, żeby nigdy tego nie robił, ponieważ młodszy brat może włożyć stopy w szprychy. Starszy brat uparł się i postawił na swoim.

Stało się to, co przewidywał ojciec. Zdarzył się wypadek, mały włożył nogi w szprychy, rower się przewrócił i rodzice spędzili cały dzień w szpitalu z młodszym synem, który miał oczywiście zranioną stopę. Po przyjściu do domu ojciec dał klapsa starszemu synowi za karę, że go nie posłuchał. Syn poszedł do kolegi z sąsiedztwa i opowiedział mu, co się stało. Ten z kolei opowiedział wszystko swojej mamie. Jego mama była pielęgniarką i zwolenniczką panującej ideologii ochrony dzieci przed przemocą i złożyła skargę na swojego sąsiada, za to, że dał klapsa synowi.

Dziwne, że rodzice nie są solidarni wobec tego dyskryminującego ich prawa.

Ale ona chciała chronić dziecko przed złym traktowaniem ojca. Prawo zakazujące klapsów zostało przedstawione jako mające chronić dziecko. A przecież wszyscy chcą chronić dzieci.

To, co się wyczynia to jest całkowita destrukcja tych dzieci. Są straumatyzowane z powodu separacji od rodziców. Całe ich dotychczasowe życie jest zupełnie przewrócone do góry nogami.

Ale jak to się stało, że Pani się zaangażowała w obronę praw rodziców?

Sytuacja, o której usłyszałam w radio bardzo mnie zdenerwowała. Ja pochodzę z Jamajki i wiem, że rodzice mają prawa. Na Jamajce jeśli dziecko poszłoby się pożalić do sąsiada, to ten by przyszedł do jego rodziców i powiedział, że dziecko się żali, może mu czegoś brakuje.

Słuchając audycji w Szwecji byłam zdziwiona, że coś takiego może się w ogóle dziać. Kończyłam studia we Francji i kiedy przyjechałam do Szwecji, musiałam no nowo zrobić dyplom. Od samego początku najbardziej interesowała mnie ta ustawa. Pewnego razu zostałam zaproszona przez organizację broniącą praw rodziców i rodziny. Wówczas jej przewodnicząca opowiedziała mi najnowszą historię, którą się zajmują. I to była moja pierwsza sprawa, którą się zajęłam jako szwedzka adwokat. Kiedy zobaczyłam jak się postępuje w tego typu przypadkach, byłam bardzo zdziwiona. Prawo to zostało przedstawione jako korzystne dla dziecka. Nie zajmowano się problemami, jakie może spowodować zabranie dziecka rodzicom.

W międzyczasie, w 1988 roku, moja koleżanka Siv Westerberg wygrała proces w Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu przeciwko państwu szwedzkiemu w sprawie zwanej Olsson. Zabrano rodzicom dzieci i umieszczono je w rodzinach zastępczych, bo, według opieki społecznej, nie byli zbyt inteligentni.

W mojej sprawie, zmusiłam adwokata dziecka do poznania tego dziecka, do poznania jego rodziny, ponieważ on mówił wszystko to, co opiekuni społeczni wcześniej, że dziecko trzeba umieścić w rodzinie zastępczej. Lecz kiedy zobaczył matkę i dziecko razem stwierdził, że nie ma potrzeby oddawania go do rodziny zastępczej.

Jego decyzja była taka nadzwyczajna? Adwokaci nie mają w zwyczaju dociekania, zadawania pytań?

Nie. Zazwyczaj adwokaci są przedłużeniem ręki opiekunki społecznej. To jest najłatwiejszy sposób na zarabianie pieniędzy. Oni nie muszą nic robić. Oczywiście jest proces i wszystko odbywa się zgodnie z prawem, ale adwokaci przedstawiają argumenty opieki społecznej. W taki sposób zarabiają pieniądze nic nie robiąc.

Takie procesy prowadzi się już automatycznie?

Tak i to jest dobry biznes. To wszystko mnie bulwersuje jako prawnika i również jako prawnik cierpię z tego powodu. Ja reprezentuję prawa moich klientów, prawa dzieci do swoich rodziców, prawa człowieka. Szwecja podpisała i ratyfikowała wszystkie traktaty międzynarodowe, dlatego powinna ich przestrzegać. Ale państwo tego nie przestrzega. To tak jak z ZSRS. Wszystko się podpisywało, ale niczego się nie respektowało. Dlatego spotykają mnie w Szwecji różne przykrości i trudności. Jestem nielubiana, ponieważ zadaję kwestionujące system pytania i pracuję przeciwko systemowi. Jest się albo za systemem, albo przeciwko niemu. Tych, którzy są przeciwko próbuje się uciszyć, mnie próbuje się uciszyć pomawiając, że jestem za krzywdzeniem dzieci, bo twierdzę, że klaps nie robi dziecku krzywdy.

Może z dzieckiem trzeba przede wszystkim rozmawiać i tłumaczyć mu.

Dzieci nie robią sobie nic z naszych słów. W telewizji był kiedyś reportaż, w którym o krzywdzenie dziecka oskarżyła policjanta jego córka. On wtedy zapytał, czy jak widzimy dziecko, które zaraz wpadnie pod samochód, to czy mamy prawo je złapać i uratować, mimo że nie chce nas słuchać, ponieważ jest w niebezpieczeństwie. Odpowiedziano mu, że może odepchnąć siłą dziecko, ale później musi je za to przeprosić.

Czy w Szwecji nie ma partii politycznej czywpwowego środowiska, które poddawałoby w wątpliwość te prawa? Czy po 20 , 30 latach nikt nie zauważył, jakie są konsekwencje takiej polityki?

Nie ma. Prawo to zostało przyjęte w dramatycznej sytuacji, na fali szoku wywołanego głośnym przypadkiem córki pobitej przez ojca na śmierć. Ale do takich skrajnych przypadków przemocy w rodzinie wciąż dochodzi! Prawo tego nie rozwiązało! Natomiast to, co udało się wprowadzić ustawodawcom, to zrobienie z normalnych rodziców kryminalistów. Z normalnych rodziców, którzy chcą jedynie wychowywać swoje dzieci. Dzieci w Szwecji plują swoim rodzicom w twarz, kopią ich, przeklinają ich, po prostu biją ich. I rodzice nie mogą nic zrobić.

Nie ma jeszcze stowarzyszeń rodziców bitych przez dzieci i dyskryminowanych przez państwo?

Nie ma. Był w 2006 roku przypadek, kiedy 14-letnia córka napluła w twarz swojemu ojczymowi. Chciała kupić jakieś dvd a ojczym jej na to nie pozwolił, mówiąc, że nie ma takiej potrzeby. Obraziła się więc i napluła mu w twarz. On ją wtedy uderzył w twarz i popchnął ją tak, że upadła w śnieg. Ktoś widział scenę i wniósł skargę przeciwko ojcu. Ale w trybunale ojciec został uwolniony od zarzutów, ponieważ oskarżyciel powiedział, że ta dziewczyna powinna być lepiej wychowana i nie może zachowywać się w ten sposób. Organizacja broniące dzieci były wściekłe, bo nie wolno nigdy uderzyć dziecka. W tym wypadku dziewczyny 14,15-letniej.

W Szwecji dziewczęta w tym wieku są już często po rozpoczęciu życia seksualnego – do inicjacji dochodzi nawet w wieku 12 lat. Ale jeśli o to chodzi, to wspomniane organizacje nie mają nic przeciw, nawet jeśli prawo mówi, że nie wolno rozpoczynać współżycia seksualnego przed 15 rokiem życia.

Ale dla organizacji ochrony praw dzieci 14-latka, które pluje w twarz ojczymowi, to jeszcze dzidziuś. Jest tyle nadużyć, kłamstw i hipokryzji…

Czy naprawdę jest aż tak źle?

Konsekwencje społeczne prowadzonej od wielu już lat polityki ochrony dzieci są ogromne. Np. w społeczeństwach normalnych, kiedy wchodzimy do autobusu czy pociągu, dzieci nie szturchają starszych osób, natomiast dzieci w Szwecji nie mają szacunku dla nikogo. Widok w autobusach jest taki, że dzieci siedzą, a starsze osoby stoją. Dorośli nie mają odwagi zwracać dzieciom uwagi. Dziecko beztrosko rozbija butelkę na ulicy i ludzie w ogóle nie reagują, jak gdyby nic się nie stało. W Szwecji jest prawo, które zakazuje noszenia noży w miejscach publicznych, ale większość młodych jest w nie uzbrojona. Podobnie z narkotykami, nikt nie zwraca na nie uwagi. Skoro nawet rodzice nie mają odwagi zwracać uwagi swoim dzieciom. Rodzic nie ma prawa nawet odesłać dziecka do jego pokoju.

Bo to już przemoc psychiczna?

I fizyczna! Bo dziecko jest odseparowane od towarzystwa swoich rodziców. Ale kiedy opieka społeczna zabiera dzieci do rodzin zastępczych to nie jest przemoc? Jakie proporcje są tutaj zachowane? Oni nie rozumieją tego, że to co robią tym dzieciom, to jest dopiero przemoc! Oni nie chcą, żeby w rodzinach były napięte sytuacje, ale tego wszystkiego nie da się nawet porównać z administracyjną przemocą.

Gdzie trafiają dzieci zabrane rodzicom? Publiczne palcówki, rodziny zastępcze, adopcja?

Dzieci trafiają do rodzin zastępczych. Są także nielegalne adopcje, kiedy dzieci zabiera się samotnym matkom i daje bezdzietnym parom. Przeważnie są to szwedzkie, białe dzieci, żeby nie różniły się od adoptującej je rodziny.

Dzieci w rodzinach zastępczych są utrzymywane przez państwo. Taka rodzina nie ponosi absolutnie żadnych kosztów związanych z utrzymaniem dziecka. Kobiety często nie pracują zawodowo, bo bycie matką zastępczą, to dobrze płatny zawóda. Ale przecież nikt się nimi nie zajmuje cały dzień, one chodzą przecież do żłobków, przedszkoli. To jest więc duży biznes. Często pracownik socjalny ma pewne powiązania z rodziną zastępczą.

Państwo jeszcze nie zbankrutowało z tego powodu?

W ciągu roku zabieranych jest ok. 20 tysięcy dzieci. Na ich utrzymanie idą pieniądze z wysokich podatków.

Czy są przypadki rodzin, którym udało się wygrać i odzyskać dziecko czy dzieci?

Mi samej udało się wygrać w przeciągu ponad 20 lat pracy 49 takich spraw, mam również kolegów, którym też udawało się wygrać. Myślę, że dla władzy te nieliczne przypadki to jakby kwiatek do kożucha.

Większość rodziców, których praw do ich własnych dzieci broniłam przed sądami, po odzyskaniu dzieci opuściło Szwecję. Od samego początku, kiedy pojawiały się problemy z opieką społeczną, powtarzałam im, że jeśli tylko mają możliwość, to niech wyjeżdżają ze Szwecji… jak najszybciej.

Często są to rodzice, z których jedno jest obcokrajowcem. Rozmawiałam w poniedziałek z Żydówką, która zaczynała mieć problemy z opieką społeczną. Powiedziałam jej, że jak ma gdzie, niech wyjeżdża jak najszybciej. Była zdziwiona moją radą i powiedziała, że się zastanowi. W piątek zadzwoniła do mnie już z Izraela. Zrozumiała, że to była jedyna rzecz którą można było zrobić w takiej sytuacji.

A szwedzcy rodzice?

Też uciekają. W 2004 roku udało mi się uratować dziecko wraz z matką, znaleźli schronienie we Francji i nadal tam mieszkają. To była rodzina z siedmiorgiem dzieci, co się w Szwecji już bardzo rzadko zdarza. Matka była adoptowanym dzieckiem i zawsze chciała mieć liczną rodzinę. Siódemka dzieci urodziła się między 1990 a 1999 rokiem, ojca oskarżono o złe traktowanie dzieci.

Kiedy przyszli do mnie, matka była w ciąży z ósmym dzieckiem, a ojciec był już uniewinniony przez sąd. Jednak w momencie, kiedy go wcześniej oskarżono zabrano im całą siódemkę dzieci, mimo iż matka nie była o nic oskarżona! Kiedy u mnie byli powiedziałam jej, że jeśli chce uratować to ósme dziecko musi zniknąć, w taki czy inny sposób, ze Szwecji. Ponieważ jako dziecko spędziła kilka lat we Francji i znała ten język, to zdecydowała się wyjechać do Francji.

A co się stało z mężem i siódemką dzieci?

On musiał zostać w Szwecji, by móc odwiedzać swoje dzieci w trzech różnych rodzinach zastępczych. Dzieci zabrało państwo, rodzina została zniszczona.

Tzw. ustawa przeciwko przemocy w rodzinie, która została przegłosowana w polskim parlamencie, ale jeszcze nie jest podpisana przez prezydenta, ma na celu chronić dzieci z rodzin patologicznych. Cel podobny jak w Szwecji. Skutki mogą być też podobne?

Szwedzka rodzina jest zupełnie zniszczona przez tą ustawę. Dzieci są zachęcane, by donosić i skarżyć rodziców. Pewien ojciec opowiadał mi, że oskarżyła go córka, ale pod naciskiem nauczycielki, że rzekomo ojciec ją bije.

Dlaczego nauczycielka to zrobiła?

Bo chciała chronić dziecko! Być może widziała w tym możliwość wzięcia dziecka do siebie, bo jak już wcześniej powiedziałam, jest to zawód bardzo dobrze płatny. Szwedzki budżet przeznacza 30 miliardów koron szwedzkich na sektor socjalny.

Kto był w Szwecji inicjatorem ustawy z 1979 roku zakazującej klapsów?

Inicjatorem byli komuniści i socjaliści, ale ostatecznie przeważyły głosy liberałów.

Od tego czasu opiekunki społeczne uzyskały prawo do zabierania dzieci?

Nie. Taka możliwość istniała już wcześniej. Ale rok później, w 1980 roku wprowadzono ustawę, która poszerzała kompetencje pracownika socjalnego w tym zakresie. Dodatkowo odbyła się olbrzymia rekrutacja do sektora socjalnego, przede wszystkim kobiet. To jest ich praca i one chcą zarabiać jak najwięcej pieniędzy. W Szwecji na 9 milionów mieszkańców 330 tysięcy to pracownicy socjalni. Stasi w Niemczech Wschodnich miało o wiele mniej urzędników.

To wszystko o czym pani opowiada brzmi jak opowieści z państw  totalitarnych.

To wszystko jest po to, by kierować ludźm. W Szwecji socjalizm opanował na tyle umysły, że szwedzcy konserwatyści są bardziej socjalistyczni niż socjaliści np. w Niemczech. W Szwecji przez dekady odbyło się takie pranie mózgów, że niemal wszyscy ludzie są już zindoktrynowani. Rzeczywistość jest inaczej postrzegana. W Paryżu były ostatnio np. blokady ponad tysiąca traktorzystów, w Szwecji jest to nie do pomyślenia.

Nie ma strajków w Szwecji?

Już dawno nikt nie strajkował.

Może wszyscy są zadowoleni z tego jak jest?

Nie, ludzie po prostu zaciskają zęby, ale nie mają odwagi.

To jak w państwach totalitarnych? Ale przecież w Szwecji są wolne wybory, wolna prasa…

Wszyscy się boją. Ale nie policji czy wojska, ale właśnie pracowników socjalnych, ponieważ oni mogą zabrać dzieci i zniszczyć rodzinę.

Na koniec chciałabym opowiedzieć o przypadku, którym się zajmuję od lutego. To zdarzyło się 25 czerwca ubiegłego roku. Małżeństwo, w którym żona pochodziła z Indii, a mąż był Szwedem, postanowiło wyjechać do Indii. Oboje pracowali na uniwersytecie i on chciał współpracować z krajem pochodzenie swojej żony. Ich 7-letni syn Dominik miała zacząć skolaryzację już w Indiach. Rodzicie zdecydowali, że przed wyjazdem Dominik nie będzie podejmował nauki w szkole, by później nie było mu ciężej rozstawiać się z kolegami i nauczycielką. Poinformowali odpowiednie władze o swojej decyzji.

Byli już w samolocie do Indii, przeszli przez odprawę i załatwili wszelkie formalności, gdy wpadła uzbrojona policja i zabrała im syna. Rodzice byli zmuszeni opuścić samolot. To opiekunki społeczne poinformowały policję, że wyjeżdżają ze Szwecji.

Dlaczego?

No właśnie. Do tej pory nie mogę tego zrozumieć. Europejska konwencja praw człowieka zawiera protokół dodatkowy 4 art. 2, mówi o „wolności poruszania się”. Ale tej rodzinie nie pozwolono wyjechać. Zabrano im dziecko do rodziny zastępczej i rodzice mogą je widywać raz na pięć tygodni na godzinę. Chłopiec przeszedł pranie mózgu i po siedmiu miesiącach na rodziców zastępczych woła już mama i tata. Zanim do nich trafił przebywał w tzw. domu tymczasowym.

Matka, młoda kobieta, miała już wiele kryzysów, w tym dwa zawały serca. Przeszli już przez sąd administracyjny, apelację, najwyższy sąd administracyjny a teraz złożyli skargę do Strasburga.

Po co Pani przyjechała do Polski?

Zaproszono mnie, by opowiedzieć wam, co się dzieje w Szwecji, w nadziei, że to wpłynie na zmianę zdania polskich polityków. To, co się dzieje z dziećmi w Szwecji, kosztuje poza wszystkim bardzo dużo pieniędzy. Procesy, adwokaci, rodziny zastępcze – to wszystko opłaca podatnik. Ponadto, kiedy się zniszczy dziecko, kiedy jest małe, trzeba się później nim specjalnie opiekować, a to też kosztuje

14 stycznia tego roku został przedstawiony raport dotyczący złego traktowania dzieci. W 2005 roku powołano komisję do zbadania tego, co się stało z dziećmi wychowywanymi w domach dziecka między 1930 a 1980 rokiem. Przesłuchano 500 osób, wszyscy mówili, że cierpieli. Brak ciepła, czułości, rodzicielskiej miłości.

To tak jak w przypadku Dominika.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Magdalena Romaniuk

* Ruby Harrold-Claesson, prezes Skandynawskiego Komitetu Praw Człowieka ds. Ochrony Praw Rodzinyh

Mam dużo pytań – rozmowa z Małgorzatą Wassermann

“Rosjanie chcieli, żebym podpisała oświadczenie, że mogą spalić rzeczy ojca. Rosyjska psycholog powiedziała mi, że są to strzępy ubrania pobrudzone krwią, benzyną i błotem i właściwie nic z nich nie zostało. Zgodziłam się. Tymczasem wśród rzeczy ojca, które mi potem oddano, były prawie niezniszczone blankiety biletów LOT, różaniec, harmonogram pobytu w Katyniu, telefon komórkowy, który nie był uszkodzony i działał.” Z Małgorzatą Wassermann, córką posła PiS, rozmawia Dorota Kania (“Gazeta Polska”).

W jaki sposób dowiedziała się pani o śmierci ojca w katastrofie prezydenckiego samolotu Tu-154?
W sobotę rano z mediów. Radio RMF przerwało program, by przekazać tę informację. Później w telewizji została podana infolinia, na którą mogły telefonować rodziny. Pierwszy raz zadzwoniłam tam około 13.00. Usłyszałam, że tata wsiadł na pokład samolotu, a na chwilę obecną jedynie mogą nam zaoferować pomoc psychologa i na tym rozmowa się skończyła. Kilka godzin później na pasku informacyjnym w telewizji przeczytałam, że jest organizowany wyjazd rodzin ofiar katastrofy do Moskwy. Ponownie zadzwoniłam na infolinię – rozmawiająca ze mną kobieta powiedziała, że jest to „plotka medialna”.

Czy w sobotę zgłosił się do pani lub rodziny ktoś ze strony polskich władz?
Nie. W niedzielę rano z telewizji dowiedziałam się, że w Warszawie gromadzą się rodziny, które mają lecieć do Moskwy. Zadzwoniłam na infolinię i ustaliłam, że my dojedziemy. Około południa poinformowano nas telefonicznie, że ojciec został na sto procent zidentyfikowany i czy w takiej sytuacji nadal chcemy jechać. Kolejne telefony z taką samą informacją otrzymaliśmy z MSZ oraz infolinii. Ponieważ powiedziano nam trzykrotnie, że ojciec został zidentyfikowany na pewno i informowano nas, że nie trzeba jechać, zrezygnowaliśmy z wyjazdu do Moskwy. Poinformowano mnie również, że mogę w imieniu rodziny ustanowić pełnomocnika. W niedzielę pobrano od nas także DNA. W poniedziałek usłyszałam, jak minister Ewa Kopacz czyta listę zidentyfikowanych osób – ojca na niej nie było.

Poinformowano panią, kto rozpoznał ciało Zbigniewa Wassermanna?
Nie, ale w mediach pojawiła się wiadomość, że Jarosław Kaczyński, który był w Smoleńsku identyfikować ciało brata, prezydenta Lecha Kaczyńskiego, dokonał tej identyfikacji. Zadzwoniłam do posła Adama Bielana, który stwierdził, że identyfikacja ojca nie miała miejsca. Skontaktowałam się z biurem PiS i posłowie zaczęli ustalać, jaki jest stan faktyczny. Poseł Beata Kempa i Andrzej Adamczyk wielokrotnie dzwonili w różne miejsca, by cokolwiek ustalić. Zdecydowaliśmy, że jedziemy do Moskwy: ja, moja bratowa i dyrektor biura ojca. Bardzo szybko załatwiono nam wizy i we wtorek przed południem wylecieliśmy do Moskwy.

Co się działo po przylocie?
Od razu pojechaliśmy do instytutu medycznego, gdzie wprowadzono nas do dużej auli. Było tam mnóstwo ludzi, do których podchodzili rosyjscy prokuratorzy, tłumacz i psycholog. Gdy przyszła nasza kolej, zapytano nas o znaki szczególne ojca, wygląd i ubranie. Po ich opisaniu powiedziano nam, żeby zejść na dół, gdzie są przechowywane ciała. Ponieważ już wcześniej ustaliliśmy, że identyfikacji dokonają moja bratowa i dyrektor biura ojca, ja zostałam, a oni poszli z rosyjskim prokuratorem, tłumaczem i psychologiem.

Długo pani na nich czekała?
Zaraz po ich odejściu podeszła do mnie kobieta świetnie mówiąca po polsku, bez żadnego akcentu. Zapytała, czy zgodzę się na kilka formalności, bo będzie szybciej.

Zgodziła się pani?
Oczywiście, że tak. Powiedziano mi, żebym podpisała dokument, że są to zwłoki ojca. Zadzwoniłam do bratowej, która potwierdziła identyfikację. Podpisałam dokument i wtedy rozpoczęło się przesłuchanie. W pewnym momencie pani psycholog, która wcześniej do mnie podeszła, powiedziała mi, że przesłuchujący mnie rosyjski prokurator, do którego zwracała się po imieniu, jest szefem wszystkich prokuratorów. Zapytałam wtedy, czy ona jest Rosjanką – powiedziała, że tak. Byłam zaskoczona, bo mówiła w naszym języku jak rodowita Polka.

“Rosjanie chcieli, żebym podpisała oświadczenie, że mogą spalić rzeczy ojca. Rosyjska psycholog powiedziała mi, że są to strzępy ubrania pobrudzone krwią, benzyną i błotem i właściwie nic z nich nie zostało. Zgodziłam się. Tymczasem wśród rzeczy ojca, które mi potem oddano, były prawie niezniszczone blankiety biletów LOT, różaniec, harmonogram pobytu w Katyniu, telefon komórkowy, który nie był uszkodzony i działał.” Z Małgorzatą Wassermann, córką posła PiS, rozmawia Dorota Kania (“Gazeta Polska”).

Była cały czas podczas pani przesłuchania?
Tak, siedziała przy mnie i cały czas do mnie mówiła.

Ile trwało przesłuchanie?
Prawdopodobnie około sześciu godzin.

Dlaczego tak długo?
Zaczęło się od spisywania moich danych. Prokurator mając przed sobą mój paszport, w którym były moje dwa imiona, zapytał mnie, czy używam jednego imienia, czy dwóch. Odpowiedziałam, że jednego. Wpisał jedno imię w protokół, a ja na chwilę wyszłam. Po powrocie stwierdził, że w paszporcie są dwa imiona i trzeba na nowo spisać protokół. Wówczas odpowiedziałam, że przecież o tym wiedział, mało tego, dokładnie mnie o to pytał. Powiedziałam, że jestem prawnikiem i z mojej wiedzy wynika, że na dole protokołu możemy dopisać informacje o drugim imieniu. Usłyszałam, że tego nie przewiduje rosyjska procedura i wszystko trzeba spisać na nowo. Pytano mnie, gdzie pracuję, jaki jest adres mojej pracy i telefon, gdzie mieszkam. Po zakończeniu odbierania danych ponownie na moment opuściłam pokój. Kiedy wróciłam, któraś z tych osób podała mi długopis i ja się podpisałam. Za chwilę okazało się, że znowu pojawił się problem, bo na jednej stronie podpisałam się na niebiesko, a na innej na czarno. I znów prokurator powiedział mi, że wszystko musimy zrobić od nowa, ponieważ w rosyjskiej procedurze dokumenty muszą być podpisane jednym kolorem długopisu. Po jakimś czasie odmówiłam udziału w dalszych czynnościach, na co Rosjanka przedstawiająca się jako psycholog, tłumaczyła mi, że jestem w szoku, dlatego nic nie rozumiem, i chciała podać mi leki uspokajające

Zażyła je pani?
Nie byłam w szoku, wiedziałam, co się dzieje, i żadne leki nie były mi potrzebne. Zresztą polscy psychologowie powiedzieli później, że byliśmy jednymi z najbardziej opanowanych i spokojnych ludzi, którzy przyjechali na identyfikację.

Po spisaniu danych przesłuchanie trwało nadal?
Tak. Samo spisywanie danych i poprawki trwało ponad dwie godziny. Później prokurator pytał mnie, kto mieszka z ojcem w domu, jak ma na imię druga wnuczka i po co przyjechał do Rosji. Odpowiedziałam, że siedemdziesiąt lat temu zostali tutaj zamordowani polscy oficerowie i przyjechał oddać im hołd.

O co jeszcze pytał rosyjski prokurator?
Czy przyjechałam razem z ojcem do Rosji, kiedy ostatni raz się z nim widziałam, kiedy przekraczałam razem z nim granicę. Kolejne pytanie dotyczyło tego, kto z nim przyjechał. Zapytałam, czy mam wymienić nazwiska wszystkich pozostałych 95 osób, które zginęły w katastrofie. Po tym pytaniu powiedziałam, że chcę już zakończyć czynności i nie będę dalej zeznawać. Tym bardziej że moja bratowa i dyrektor biura ojca czekali na mnie na dole. Stwierdziłam, że chcę zabrać rzeczy taty, i mimo że wcześniej powiedzieli, że będę musiała oddać krew – bo ich nie interesuje materiał genetyczny pobrany w Polsce – odmówiłam. Wówczas dowiedziałam się, nie oddadzą ciała ojca, dopóki nie pobiorą mi krwi.

Zgodziła się pani?
Tak, ale zanim to nastąpiło, prokurator zapytał mnie, na ile wyceniamy to, co się stało. Odpowiedziałam, że ta tragedia nie ma ceny
i nie jest w stanie
wyobrazić sobie, co przeżywamy. Dodałam, że nie będziemy skarżyć państwa rosyjskiego za tę katastrofę, na co on stwierdził, że nigdy nic nie wiadomo.

Po oddaniu krwi pojechała pani do hotelu?
Ponieważ towarzyszące mi osoby musiały opuścić budynek, zadzwoniłam do polskiej ambasady i po kilkunastu minutach przyjechał nasz przedstawiciel, który towarzyszył mi do końca czynności. Nie skorzystałam z propozycji prokuratora, że osobiście odwiezie mnie do hotelu.

Jak zakończyło się przesłuchanie?
Powiedzieli mi, żebym podpisała oświadczenie, że mogą spalić rzeczy ojca. Zadzwoniłam do mamy, ona chciała je odzyskać. Wtedy rosyjska psycholog stwierdziła, że są to strzępy ubrania pobrudzone krwią, benzyną i błotem i właściwie nic z nich nie zostało. Ostatecznie zgodziłam się więc na ich spalenie i podpisałam dokumenty. Teraz tego żałuję.

Dlaczego?
Bo czas na analizę i przemyślenia przyszedł w Polsce. Rozpoznałam rzeczy ojca, które mi oddano: prawie niezniszczone blankiety biletów LOT, z których korzystał w Polsce na trasie Kraków–Warszawa, różaniec i etui, harmonogram pobytu w Katyniu, telefon komórkowy, który nie był uszkodzony i działał. Jeżeli ubranie było kompletnie zniszczone, to gdzie był telefon i dlaczego ocalał? Skąd Rosjanie wiedzieli, że to jest właśnie jego telefon? Dlaczego w tak dobrym stanie zachowały się papierowe bilety i harmonogram, które ojciec miał przy sobie, a ubranie w katastrofie zostało całkowicie zniszczone? Na te pytania chyba mi już nikt nie odpowie.

http://www.niezalezna.pl/

MIJI czyli jak sprowadzić samolot na ziemię

Z prof. Markiem Janem Chodakiewiczem, historykiem, dziekanem Instytutu Polityki Międzynarodowej w Waszyngtonie (The Institute of World Politics), rozmawia Marta Ziarnik

Jak w Ameryce komentowano katastrofę prezydenckiego tupolewa?

– Katastrofa była omawiana przez wszystkie media przez kilka dni, ale teraz zapanowała cisza. Media uznały, że sprawa przeszła, więc nie jest to już nic ciekawego. Wśród elit jest consensus, że najważniejsze są dobre stosunki z Rosją. Polska jest tylko przypisem, który zwykle przeszkadza w dogadywaniu się z Kremlem.

Amerykańscy eksperci wskazują przyczyny wypadku?

– Naturalnie, wszyscy wyrazili smutek z powodu katastrofy. Jednak głębszych analiz właściwie nie było. Powtarzam: większość chce dobrych stosunków z Rosją. Dlatego prawie odruchowo przejęto rosyjską propagandę na temat katastrofy. Prawie wszyscy od razu pisali o winie polskich pilotów. Skąd taka wiedza? Tutaj, w USA, czasami pracuje się kilka lat, zanim oficjalnie ustali przyczynę wypadku lotniczego. Trzeba zbadać wszystkie możliwości. Tylko garstka ekspertów związana z obronnością i służbami specjalnymi nieoficjalnie stawia trudne pytania, włączając w to możliwość zamachu.

Śledztwo prowadzą Rosjanie. Jak ten fakt odbierany jest w USA?

– Po raz kolejny reakcja Ameryki odzwierciedla chciejstwo dobrych stosunków z Moskwą. Samolot spadł na terytorium rosyjskim, a więc śledztwo prowadzą Rosjanie. To normalne. Poza tym polski rząd się z tego rozwiązania cieszy i temu przyklaskuje. To odpowiada oczekiwaniom właściwie wszystkich: USA, UE i Rosji. A to, że Polacy nie są poinformowani, to normalne. Jak już wspominałem, amerykańska opinia publiczna czeka czasami kilka lat na ekspertyzę. Różnica jest taka, że amerykańscy eksperci stawiają trudne pytania i sprawdzają wszystkie możliwości. Co robią rosyjscy czy polscy eksperci rządowi, trudno powiedzieć. Proszę sobie wyobrazić, co by było, gdyby samolot z amerykańskim prezydentem na pokładzie spadł we Francji. Amerykanie wychodziliby ze skóry, żeby ustalić, co się stało. Takiej postawy ze strony polskiej nie widać. Jest to na rękę światowemu filomoskiewskiemu consensusowi.

W jednym z artykułów poruszył Pan wątek techniki zwanej meaconingiem.

– Wspomniałem o pewnych aspektach „wojowania elektronicznego” – electronic warfare. Chodzi o MIJI (Meaconing, Intrusion, Jamming, and Interference). Jak pisałem, meaconing to przechwytywanie i ponowne odgrywanie sygnałów nawigacyjnych na tych samych falach, co powoduje zanik orientacji i utratę zdolności nawigacyjnych zaatakowanego elektronicznie celu (czyli np. samolotu, statku itp.). Rezultatem tego jest zamieszanie i uzyskiwanie przez załogi powietrzne bądź naziemne nieprawidłowych wskaźników lokacyjnych. W ten sposób można wciągnąć samolot w pułapkę, wysłać pilota nad fałszywy cel, a nawet spowodować katastrofę maszyny. Podobnym celom służą elektroniczne włamywanie się (intrusion), zagłuszanie (jamming) i przeszkadzanie (interference).

Na jakich danych opiera Pan swoją wiedzę w tej materii?

– Na literaturze specjalistycznej. Służę bibliografią. A literaturę wskazali mi moi koledzy i przyjaciele z pracy. Wytłumaczyli, na czym to wszystko polega z technicznego punktu widzenia. Tak się składa, że jestem dziekanem w jedynej na świecie prywatnej uczelni podyplomowej – The Institute of World Politics, która kształci dyplomatów, specjalistów od obronności i oficerów wywiadu i kontrwywiadu.

Na ile technika meaconingu jest znana w Rosji? Czy może Pan podać przykłady jej użycia?

W czasie zimnej wojny Zachód stracił kilkaset samolotów, które zostały zwabione w przestrzeń powietrzną Związku Sowieckiego. Zestrzelono ok. 70 samych tylko amerykańskich samolotów. Na przykład 2 września 1958 roku dwa MiGi-19 zestrzeliły amerykańskiego EC-130 Hercules nad Armenią. Sowieci mieli tam potężny nadajnik radiowy, który wysyłał fałszywe sygnały do amerykańskiej załogi, która bezwiednie wleciała nad ZSRS.

Czy, Pana zdaniem, ta tragedia zmieniła coś w sposobie postrzegania Polski przez rząd USA?

– Nic nie zmieniła. Co najwyżej Biały Dom cieszy się, że rząd Tuska siedzi cicho, czy też robi dobrą minę do złej gry.

Jak Amerykanie komentowali zapowiedź Baracka Obamy o wzięciu udziału w pogrzebie Lecha Kaczyńskiego, a w końcu rezygnację z tych planów?

– Minimalnie. Głównie Polonia ekscytowała się tymi zapowiedziami. A gdy wizytę odwołano, nie zrobiło to na nikim wrażenia. Większość i tak nie wiedziała, że Obama wybierał się do Polski.

Prezydent Gruzji, chcąc być na pogrzebie prezydenta, wiele godzin spędził w samolocie.

– Tak, ale prezydentowi Gruzji na tym zależało. Obamie, widać, nie.

Dziękuję za rozmowę.

Źródło: http://chodakiewicz.salon24.pl

Demokracja w EU według kanclerz Niemiec Angeli Merkel

W przyszłości musi być możliwe, by w ostateczności pozbawiać – przynajmniej przejściowo – prawa głosu państwo, które nie dotrzymuje swych zobowiązań. Niemcy uważają to za nieodzowne” –
kanclerz Niemiec Angela Merkel dla „Bild am Sonntag”
01.05.2010

Ciekawe ile takich ograniczeń dla Państw członkowskich i z jakich powodów zostanie wprowadzonych w przyszłości?
Obstawiam, że bardzo wiele.

Źródło: Rzeczpospolita: Merkel chce karać zadłużone państwa strefy euro
01-05-2010

Merkel chce karać zadłużone państwa strefy euro