Koszt ekologii

Opłaty ekologiczne do tej pory stanowiły margines w wydatkach polskich firm i w niewielkim stopniu przekładały się na nasze wydatki. Jednak Unia Europejska stawia na coraz czystsze technologie i ochronę środowiska, a Polska musi się do tego dostosować. Firmy, które dotąd zaniedbywały ekologiczne inwestycje, płacą wyższe kary, a koszty przerzucają na klientów. W najbliższych latach za wzrost opłat w coraz większym stopniu odpowiedzialna będzie więc ekologia. W przyszłym roku za wywóz śmieci zapłacimy prawdopodobnie o połowę więcej, w ciągu czterech lat woda podrożeje o 60 proc., a droższa energia pociągnie za sobą wyższe koszty ogrzewania.

Ekologia - koszty ekologii

Woda będzie drożała z powodu bardzo kosztownych inwestycji w modernizację i rozbudowę obecnej infrastruktury. Są one w dużej części finansowane z taryf dla mieszkańców. Firma Saur Neptun Gdańsk, dostarczająca wodę dla mieszkańców stolicy Pomorza, szacuje, że zobowiązania ekologiczne odpowiadają za podwyżki w około 40 proc. Teraz koszty opłat ekologicznych są w Gdańsku dużo niższe – za wodę i odprowadzanie ścieków czteroosobowa rodzina z Gdańska płaci rocznie niemal 200 zł. Kwoty te będą szybko rosły.

60 proc. – o tyle wzrosną w ciąguczterech lat opłaty za dostawy wody – prognozują eksperci

Nie lepiej jest w gospodarce odpadami. To jedna z najbardziej zaniedbanych dziedzin, więc rząd w ubiegłym roku pięciokrotnie podniósł opłatę ekologiczną za składowanie śmieci. Koszty firm wywożących śmieci wzrosły w ten sposób o 750 mln zł rocznie, a w przyszłym roku powinno to być już 1,5 mld zł, choć minister środowiska Maciej Nowicki nie podjął jeszcze ostatecznej decyzji. – Podnieśliśmy ceny, ale i tak są one śmiesznie niskie, bo np. w Niemczech za wywóz śmieci płaci się dziesięciokrotnie więcej – zauważa Tomasz Uciński, prezes Przedsiębiorstwa Gospdoarki Komunalnej w Koszalinie.

Polacy nie są w stanie płacić tak dużo za wywóz śmieci jak zachodni sąsiedzi. Teraz jest to obciążenie dla rodziny rzędu 24 zł miesięcznie. Jaka jest granica podwyżek? – Ceny wzrosną tak, by opłacało się spalanie odpadów – prognozuje Jerzy Ziaja z Ogólnopolskiej Izby Recyklingu. Opłaty za wywóz odpadów musiałyby więc być dwukrotnie wyższe od obecnych. Elektrownie produkują też za mało energii pochodzącej ze źródeł odnawialnych. W tym roku powinna ona stanowić 7 proc. sprzedaży dostawców energii. Zielony prąd jest jednak droższy od produkowanego z węgla – w efekcie jego udział jest mniejszy. Z tego powodu dostawcy energii zapłacili za ubiegły rok niemal 300 mln zł kar. – To jest podatek ekologiczny, który płacimy wszyscy, ale też inwestowanie na przyszłość – uważa Grzegorz Lot, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Vattenfalla.

Z szacunków tej firmy wynika, że każdy klient płaci teraz rocznie ok. 35 zł z powodu korzystania z zielonej energii. Te koszty możemy sobie powetować, wyłączając niepotrzebny sprzęt, albo gasząc światło. – Zużywamy stosunkowo dużo energii i powinniśmy ją oszczędzać. Zmiana oświetlenia na energooszczędne zmniejsza rachunek o ok. 50 zł rocznie – dodaje Lot.

Elektrownie alarmują, że wzrost cen produkcji energii tylko z powodu niższych limitów emisji dwutlenku węgla ma wynieść 15 proc. Ministerstwo Środowiska szacuje je na 12 proc. i optymistycznie przewiduje, że końcowi odbiorcy energii zapłacą tylko o 4 proc. więcej. Jak będzie rzeczywiście – okaże się za rok, kiedy przyjdzie pierwsze rozliczenie z limitów CO2. – Opłaty ekologiczne do tej pory nie stanowiły znaczącej pozycji w naszych kosztach, ale mogą na trwałe drastycznie wzrosnąć w najbliższym czasie z powodu potencjalnego deficytu uprawnień do emisji CO2. Taka sytuacja z pewnością odbije się na cenach ciepła – mówi Bogusław Regulski, wiceprezes Zarządu Izby Gospodarczej Ciepłownictwo Polskie.

Ale na tym nie kończą się kłopoty energetyki. W tym roku przedsiębiorstwa powinny dostosować się do unijnych norm emisji dwutlenku siarki, a potem do norm emisji tlenków azotu. – Za cztery lata w cenie energii różne obciążenia związane z wymogami ekologicznyczmi mogą stanowić aż jedną trzecią kosztów – szacuje Franciszek Pchełka, dyrektor Towarzystwa Gospodarczego Polskie Elektrownie.

Rodzina, która w ubiegłym roku płaciła za wodę, ciepło, energię i śmieci ok. 360 zł miesięcznie, teraz musi wydać na ten cel 400 zł, a w przyszłym roku zapłaci powyżej 450 zł.

Rachunki eksploatacyjne rosną z wielu względów. W ostatnich latach duży wpływ na ich wysokość miały ceny paliw, surowców i koszty pracy. Obecnie wzrasta znaczenie opłat ekologicznych.

Źródło : Rzeczpospolita: Za ekologiczne inwestycje zapłacą klienci
Magdalena Kozmana 26-04-2008

————————-

Portfele Polaków staną się cieńsze nie tylko z powodu rosnących cen paliw i żywności. Zaostrzane przez Unię Europejską przepisy ekologiczne poważnie zwiększą w najbliższych miesiącach koszty utrzymania naszych rodzin.

Teraz obowiązek spełniania norm środowiskowych podnosi wysokość rachunków za energię elektryczną, ciepło, wodę i wywóz śmieci o ok. 300 zł rocznie. W 2009 r. będzie to co najmniej 500 zł, a w niektórych wypadkach nawet 645 zł – wynika z szacunków „Rz”. – Mamy brudne i przestarzałe technologie, będziemy więc ponosili coraz wyższe koszty korzystania z nich – mówi Mateusz Walewski z Centrum Analiz Społeczno-Ekonomicznych. Koszty proekologicznych inwestycji przerzucane są na końcowych odbiorców. A prowadzić je muszą wszyscy: producenci energii i ciepła, dostawcy wody i odbiorcy śmieci. Każde opóźnienie kończy się karą, którą też ostatecznie płaci klient.

Według resortu środowiska, by dostosować się do unijnych norm, inwestycje w ekologię powinny wynieść w tym roku ok. 15 mld zł. W ostatnich latach były dwukrotnie mniejsze.

Polska jest niedostosowana np. do unijnych norm dotyczących recyklingu i składowania odpadów. Zajmujące się tym firmy zaniedbały inwestycje w selektywną zbiórkę i odbiór posegregowanych odpadów. Tymczasem do końca 2008 r. Polska powinna zamknąć niebezpieczne dla środowiska składowiska. Na pozostałych ceny wzrosną. Na pokrycie ekologicznych kar idzie już jedna trzecia naszych opłat za śmieci. Za rok udział ten będzie wyższy – suma rachunków za wywóz śmieci w 2009 r. wzrośnie w porównaniu z tym rokiem o ponad 110 zł – i sięgnie 400 zł.

Koszty ekologicznych dyrektyw stanowią też ok. 20 proc. ponoszonych przez Polaków opłat za usługi wodno-kanalizacyjne. I udział ten będzie rósł. – W Gdańsku przewiduje się przez cztery lata wzrost taryfy za wodę i ścieki o 15 proc. rocznie – mówi Zbigniew Maksymiuk, prezes Saur Neptun Gdańsk, firmy zaopatrującej to miasto w wodę.

Rachunki możemy obniżyć, zużywając mniej energii i produkując mniej śmieci. Można np. wymienić sprzęt AGD na energooszczędny. Niestety – jego ceny także podniesie wkrótce… ekologiczna opłata produktowa, dzięki której będzie można zutylizować stary sprzęt.
Źródło : Rzeczpospolita: Nasze drogie środowisko
Magdalena Kozmana 26-04-2008

Reklamy

Zwiazki Zawodowe terroryzują Polskę

Zgodnie z prawem firmy pokrywają koszty związkowych etatów i udostępniają pomieszczenia. W rzeczywistości jednak prawa związkowców są dużo szersze – w wielu firmach regulują je bowiem dodatkowe umowy – np. społeczne, od kilku lat powszechne m.in. w energetyce, górnictwie i sektorze paliwowym. Negocjowane za rządów SLD i PiS dokumenty przewidują m.in., że spółki muszą pokrywać wydatki na prawników i organizację negocjacji.

Kwoty te nie są małe. Z poufnych dokumentów jednego z koncernów energetycznych, do których dotarła „Rz”, wynika, że każda runda negocjacji ze związkami nt. restrukturyzacji kosztowała od 40 do 75 tys. zł. Trzydniowe rozmowy toczono bowiem w wynajętym na ten cel hotelu. Firma płaciła też faktury za usługi prawników wynajętych przez związkowców – blisko 190 tys. zł rocznie.

W sumie roczne wydatki na utrzymanie związków w owej firmie sięgnęły w 2007 roku 3 mln zł, co w jej przypadku daje 245 zł na zatrudnionego. Gdyby ten wskaźnik odnieść do zatrudnienia w państwowych firmach figurujących na Liście 500 „Rz”, otrzymalibyśmy kwotę 110 mln zł rocznie.

To jednak bardzo ostrożne szacunki – poziom tzw. uzwiązkowienia w poszczególnych branżach się różni. Do najwyższych należy w górnictwie – na utrzymanie związków w trzech największych spółkach węglowych wydaje się rocznie ponad 40 mln zł (czyli 377 zł na zatrudnionego). Dla porównania – to połowa kosztu budowy nowoczesnego taśmociągu w kopalni.

Około 90 proc. kosztów związkowych stanowią pensje, i to niemałe. – Oddelegowany dostaje trzykrotność średniej pensji ze stanowiska, które zajmował przed pracą w związku – tłumaczy Madej. Związkowcy mają też inne przywileje, np. szef górniczej „S” Dominik Kolorz, który codziennie korzysta ze służbowego auta z kierowcą. – Nie mam prawa jazdy – tłumaczy związkowiec. W KGHM zatrudniającym 17,5 tys. osób, działa ponad 40 zakładowych organizacji związkowych. Z nieoficjalnych szacunków sprzed kilku lat wynika, że koszty wynagrodzeń i utrzymania infrastruktury związkowej w koncernie mogą sięgać nawet ok. 10 mln zł (588 zł na osobę).

Czy wydatki na związki zawodowe muszą być tak duże? Żeby je ograniczyć, rząd musiałby zmienić kilka ustaw, m.in. ustawę o związkach zawodowych, radach pracowniczych czy komercjalizacji i prywatyzacji. Najwięcej jednak zależy od samych pracodawców. – Płacimy za przychylność – mówią pracodawcy.

Źródło : Rzeczpospolita: Niebezpieczne związki
Agnieszka Łakoma, Karolina Baca 15-04-2008

Prądy morskie źródłem energii

Zanosi się na rewolucję: nowa technika umożliwia wykorzystywanie do wytwarzania energii elektrycznej prądów morskich, a nawet rzek – bez budowania zapór

Energia elektryczna, a raczej jej niedostatek, staje się problemem globalnym. Dlatego na całym świecie trwają próby opracowania nowych sposobów produkcji elektryczności. Gwałtowne zjawiska atmosferyczne, takie jak ostatnio w Polsce (brak prądu w regionie Szczecina po opadach śniegu), skłaniają specjalistów do formułowania nowej strategii energetycznej.

Powinna ona polegać na tym, aby produkować energią elektryczną w możliwie jak największej liczbie miejsc, wtedy awarie wielkich elektrowni lub linii przesyłowych biegnących z takich kolosów będą o wiele mniej dolegliwe. Jedną z takich propozycji jest prąd z prądu… morskiego.

W Europie

W Bretanii, u ujścia rzeki Odet, jej prąd i pływy morskie nakładają się, tworząc co kilka godzin rwący nurt. Właśnie w tym miejscu zainstalowano na głębokości 19 metrów eksperymentalną turbinę przetwarzającą ruch wody na energię elektryczną. Nazwano ją Sabella D03 (sabella to nazwa robaka żyjącego w przybrzeżnych wodach Bretanii). Waży 7 ton, ma 5,5 metra wysokości oraz rotor ze śmigłem o rozpiętości 3,3 metra. Obraca się powoli, dziesięć do 15 razy na minutę, podobnie jak śmigła przetwarzające wiatr w energię elektryczną.

Brzegi śmigła są zaokrąglone i nie stwarzają niebezpieczeństwa dla przepływających ryb – stanowią przeszkodę tej rangi co podwodne skały omywane prądem. Rotor ze śmigłem nie porusza się prędzej od wody. Żeby kontrolować na bieżąco ekologiczny aspekt podwodnej turbiny, zainstalowano na niej kamerę rejestrującą zachowanie ryb w jej pobliżu. Sabella D03 jest prototypem zbudowanym w skali jeden do trzech.

Możemy się obyć bez groźnej dla środowiska ropy naftowej. Zastąpi ją czysty ocean

Będzie pracować od czterech miesięcy do pół roku. Jeśli próba wypadnie pomyślnie, firma Hydrohelix Energies zbuduje sześć podwodnych turbin, trzy razy większych od prototypu (każda z nich dostarczy 200 kilowatów). Zostaną rozlokowane przy brzegach Bretanii, na przykład w Raz de Sein, gdzie prąd płynie z prędkością 3,5 metra na sekundę, lub Iles d’Ouessant (4 metry na sekundę).

– Potencjał prądów morskich we Francji jest taki, że wykorzystując je, można uzyskać rocznie ponad 10 tys. gigawatów. Eksploatacja podwodnych „złóż energetycznych” wymaga u nas rozlokowania 5 tys. turbin. Jeden kilowat wytwarzanego przez nie prądu kosztowałby 0,03 euro, podczas gdy jeden kilowat taniego prądu z elektrowni atomowych kosztuje 0,028 euro – wyjaśnia dr Jean-Francois Daviau, specjalista z Hydrohelix Energies. W Europie wykorzystywanie siły prądów morskich do produkcji elektryczności planuje także hiszpański koncern Iberdrola i szkocki Pelamis. Angielski Lunar Energy rozpocznie latem bieżącego roku rozmieszczanie ośmiu turbin przy półwyspie St. David, każda wysokości 15 i długości 25 metrów.

Na świecie

Poza naszym kontynentem 300 podwodnych turbin u swoich wybrzeży zamierza zainstalować w 2015 roku Korea Południowa (koncern Hyundai). Testowa turbina o mocy 1 megawata zostanie zanurzona w marcu 2009 roku w cieśninie Wando Hoenggan. Próby z turbiną AquaBuOY prowadzi kanadyjski koncern Finavera.

Nowatorską technologią zainteresowane są władze San Francisco – istnieje projekt umieszczenia podwodnych turbin w cieśninie Golden Gate. – Nie chcę widzieć ani jednej platformy wiertniczej u wybrzeży Kalifornii, w produkcji elektryczności możemy się obyć bez ropy, zastąpi ją ocean – deklaruje burmistrz Gavin Newsom.

Zdaniem wielu amerykańskich naukowców, prądy i pływy morskie są w stanie generować więcej energii elektrycznej niż promienie słoneczne i wiatr. Specjaliści z Electric Power Research Institute w Palo Alto w Kalifornii obliczyli, że 10 proc. zapotrzebowania na elektryczność w USA można zaspokoić, wykorzystując energię fal, prądów i pływów.

Eksperyment z zasilaniem miasta w prąd wytwarzany z energii wody trwa w Nowym Jorku. W ramach projektu RITE – Roosevelt Island Tidal Energy – sześć prototypowych turbin umieszczono w ujściu East River. Ich śmigła obracają się 32 razy na minutę – taka prędkość, podobnie jak w przypadku prototypu francuskiego, nie zagraża rybom ani żadnym innym morskim stworzeniom.

Docelowo RITE przewiduje zainstalowanie 294 takich turbin zbudowanych przez Verdant Power Ltd. Ta podwodna „ferma prądowa” dostarczy elektryczności 8 tys. nowojorskich gospodarstw. Już w roku 2006 burmistrz Nowego Jorku Michael Bloomberg ogłosił, że dzięki nowej technologii ta metropolia zredukuje emisję gazów cieplarnianych o jedną trzecią.

Więcej informacji o projekcie Sabelle http://www.hydrohelix.fr

Najlepsze warunki do instalowania podwodnych turbin znajdują się na oceanicznych wodach przybrzeżnych, wszędzie tam, gdzie występują silne pływy, a jednocześnie do morza czy oceanu wpadają rzeki o silnym prądzie. Na akwenach wewnętrznych, takich jak Bałtyk czy Morze Śródziemne, pływy są minimalne. Jednak turbiny podwodne można będzie instalować także z dala od oceanów, na rzekach w głębi lądów, również z dala od ujścia, wszędzie tam, gdzie głębokość i prąd są wystarczające. W Polsce warunki takie występują m.in. w rzekach Pomorza, na Wiśle, Odrze, Sanie. Idealne do tego są np. wielkie rzeki Syberii, Chin czy kontynentów: Australii, Ameryki Północnej i Południowej

Źródło : Rzeczpospolita: Morze będzie wytwarzać prąd z prądu
Krzysztof Kowalski 10-04-2008

Energia elektryczna z pływów morskich

Energia elektryczna z prądów morskich

Zbrodniarze PRL są nietykalni

Sąd Najwyższy uznał, że zamykanie tak zwanych wrogów władzy ludowej było zgodne z przepisami.

Śledczym IPN już raczej się nie uda doprowadzić do skazania stalinowskiego prokuratora Kazimierza Graffa. Był oskarżony o dopuszczenie do bezprawnego przetrzymywania w latach 40. tzw. wrogów władzy ludowej, m.in. działacza podziemia Stanisława Figurskiego, który przez miesiąc był trzymany w areszcie bez postanowienia o tymczasowym aresztowaniu. W tym czasie siłą zmuszono go do przyznania się do winy.

Wojskowy Sąd Okręgowy w Warszawie, a potem Sąd Najwyższy, który rozpatrywał zażalenie prokuratorów IPN, nie dopatrzył się w działalności Graffa przestępstwa. Uznał, że działał zgodnie z ówczesnym prawem. – To już kolejna kuriozalna decyzja sądu w sprawach, w których oskarżeni są komunistyczni sędziowie i prokuratorzy – twierdzą nieoficjalnie śledczy IPN.

– Czekamy na uzasadnienie decyzji Sądu Najwyższego, a potem rozważymy, czy wystąpić z kasacją – mówi Andrzej Arseniuk, rzecznik IPN.

Graff ma więcej ciemnych plam w życiorysie. Osobiście uczestniczył m.in. w rozstrzeliwaniu żołnierzy państwa podziemnego w 1946 r., których sąd w Siedlcach w ciągu trzech dni skazał na śmierć. Jego roli w tej sprawie nie udało się jednak dowieść, gdyż nie zachowały się akta z tamtych wydarzeń.

Po umorzeniu sprawy Figurskiego śledczy IPN mają coraz mniej powodów do optymizmu. To już kolejna taka sprawa, która upadła. Tak było m.in. z tzw. sędziami stanu wojennego. Katowicki IPN zarzucał bezprawne stosowanie nieopublikowanego dekretu o stanie wojennym z 1981 roku.

– Sprawę ucięła uchwała Sądu Najwyższego z grudnia 2007 r. W efekcie ponad 20 sędziów i prokuratorów uniknie odpowiedzialności – mówi prokurator Piotr Nalepa z katowickiego oddziału IPN.

Zdaniem prof. Andrzeja Paczkowskiego tego rodzaju sprawy świadczą o przekonaniu przedstawicieli Temidy, że coś takiego jak zbrodnia sądowa nie istnieje. Akty oskarżenia są odrzucane, gdyż zdaniem sędziów nie mają odpowiedniego umocowania prawnego.

– Takie działania to przykład sędziowskiego korporacjonizmu. Linia obrony jest zawsze podobna. Działano na podstawie ówczesnych przepisów, nie łamano więc prawa, nawet jeśli zapadały wyroki śmierci – dodaje historyk dr Antoni Dudek.

Źródło : Rzeczpospolita: Stalinowskie winy bez kary
Tomasz Pietryga 16-04-2008

—————–

Śledczy Graff nieuchwytny dla IPN

Akt oskarżenia przeciwko Kazimierzowi Graffowi śledczy IPN skierowali do sądu 18 października 2007 r. Oskarżono go, że w latach 40. jako nadrzędny prokurator dopuścił do bezprawnego aresztowania Stanisława Figurskiego, jednego z działaczy niepodległościowych podziemia związanego z organizacją Ruch Oporu Armii Krajowej oraz Narodowym Zjednoczeniem Wojskowym.

słynny stalinowski proces tzw. grupy Witolda Pileckiego, żołnierza Armii Krajowej - rok 1949

Figurskiego zatrzymano w grudniu 1947 r. Dopiero po miesiącu wydano postanowienie o jego tymczasowym aresztowaniu. W tym czasie siłą zmuszono go do złożenia obciążających go wyjaśnień. Na tej podstawie w akcie oskarżenia przypisano mu dążenie do obalenia państwa polskiego oraz udział w napadach rabunkowych z bronią w ręku.

Kazimierz Graff po zwolnieniu z prokuratury został radcą prawnym. Do dziś mieszka w Warszawie

Kazimierz Graff pełnił w tym czasie „zastępstwo” na stanowisku szefa wojskowej prokuratury rejonowej w Warszawie, która prowadziła śledztwo.

W 1968 r. Graff został zwolniony z wojskowej prokuratury. Później został radcą prawnym. Dziś ma 91 lat, mieszka w Warszawie. – IPN zarzucił mu, że dopuścił do bezprawnego pozbawienia wolności Figurskiego, mimo że na podstawie wojskowego kodeksu postępowania karnego zobowiązany był w takiej sytuacji do uchylenia aresztu i zwolnienia osadzonego. Śledczy IPN uznali to za zbrodnię komunistyczną i na tej podstawie skierowali akt oskarżenia do sądu – mówi Andrzej Arseniuk, rzecznik Instytutu. Prokuratorzy powołali się na obowiązek stosowania w latach 40. konstytucji marcowej, która określała zasady i czas zatrzymań. Zatrzymanie bez postanowienia o tymczasowym aresztowaniu było możliwe tylko przez 48 godzin. Koronnym argumentem w tej sprawie miało być orzeczenie Sądu Najwyższego z 1958 r., który w bardzo podobnej sprawie utrzymał wyrok skazujący m.in. Józefa Różańskiego. Sąd uznał ważność zasad konstytucji marcowej.

Argumentacja nie przekonała jednak Wojskowego Sądu Okręgowego w Warszawie, który 22 stycznia 2008 r. umorzył postępowanie z uwagi na brak znamion czynu zabronionego.

– Dla śledczych IPN była to kuriozalna decyzja. Stąd też szybko skierowano zażalenie na to postępowanie do Sądu Najwyższego. Ten jednak utrzymał w mocy decyzje warszawskiego sądu. Teraz czekamy na uzasadnienie. Po jego otrzymaniu śledczy będą się zastanawiać, czy nie wnieść o kasację– mówi Arseniuk.

Sprawa Figurskiego nie jest jedyną ciemną plamą w życiorysie Graffa. W kwietniu 1946 r. osobiście uczestniczył w wykonaniu egzekucji na 12 członkach państwa podziemnego, którzy po trzech dniach od zatrzymania zostali skazani na kary śmierci przez Wydział ds. Doraźnych Sądu Okręgowego w Siedlcach.

W tej sprawie nie udało się oskarżyć Kazimierza Graffa, gdyż większość dokumentów jej dotyczących została zniszczona.

masz pytanie, wyślij e-mail do autora

t.pietryga@rp.pl
Źródło : Rzeczpospolita: Śledczy Graff nieuchwytny dla IPN
Tomasz Pietryga 16-04-2008

————————-

Zbrodniarze śpią spokojnie

Postanowienie Sądu Najwyższego w sprawie prokuratora Kazimierza Graffa jest kolejną kuriozalną decyzją jednego z najwyższych organów prawa w Polsce, które kładzie się cieniem na polskim wymiarze sprawiedliwości.

W grudniu minionego roku uchwała Sądu Najwyższego zatrzymała śledztwo w stosunku do sędziów skazujących na wieloletnie wyroki za łamanie dekretu o stanie wojennym, który, nawet na mocy ówczesnych przepisów, nie był jeszcze prawem – bo nie został ogłoszony w Dzienniku Ustaw.

Sąd Najwyższy uznał, że skoro PRL nie był państwem prawa, to trudno pociągać do odpowiedzialności jego funkcjonariuszy, którzy naruszali fundamenty samej idei prawa. Wynika z tego bezspornie, że słudzy zbrodniczych reżimów, które z pewnością nie były państwami prawa, mogą spać spokojnie. Nawet jeśli naruszyli przepisy obowiązujące w ich państwie, które, skądinąd słusznie, trudno uznać za prawo.

W wypadku stalinowskiego prokuratora, który prześladował przeciwników politycznych i osobiście uczestniczył w egzekucjach, pojawia się nieco inne uzasadnienie. Graff działał zgodnie z ówczesnym prawem – czytaj przepisami – twierdzi Sąd Najwyższy. Zostawmy na boku fakt, że i to uzasadnienie przeczy prawdzie. Sąd Najwyższy zakwestionował wydawałoby się powszechnie przyjęte po II wojnie światowej normy, które mówią, że działanie zgodnie ze zbrodniczym prawem, czyli „ustawowym bezprawiem”, nie zwalnia z odpowiedzialności. Efektem tej zasady jest idea praw człowieka, zgodnie z którą można sądzić sprawców zbrodni przeciwko ludzkości niezależnie od lokalnego prawodawstwa.

Niby wszyscy zgadzamy się na to, niby akceptujemy trybunały przeciwko zbrodniarzom z Bałkanów czy Rwandy, ale jeśli przychodzi do polskiego podwórka, okazuje się, że zasady te przestają obowiązywać.

Czy tylko dlatego, że wśród prawników, którzy niedawno jeszcze byli sędziami Sądu Najwyższego, znaleźć możemy takich, którzy wydawali z pogwałceniem norm prawa wyroki w stanie wojennym? Czy dlatego, że wyrastające z PRL środowisko sędziowskie dba bardziej o korporacyjny interes niż o elementarne zasady prawa?

Źródło : Rzeczpospolita: Zbrodniarze śpią spokojnie
Bronisław Wildstein 15-04-2008

Bill i Hillary Clinton – jak zdobyli majątek?

W krótkim czasie Clintonowie awansowali do finansowej elity Ameryki. Gdy na początku 2001 r. Bill Clinton odchodził z Białego Domu, a jego żona zaczynała karierę w Senacie, mieli długi szacowane na około 12 mln dolarów. W ciągu ośmiu lat mocno odbili się od dna, zarabiając prawie 110 mln dolarów.

Od kilku miesięcy rywal Hillary Clinton w walce o demokratyczną nominację prezydencką Barack Obama nalegał, by opublikowała te dane. Sprawa była o tyle istotna, że Hillary występuje w wyborach w roli obrońcy grup najmocniej dotkniętych pogarszaniem się stanu amerykańskiej gospodarki. Tymczasem okazuje się, że w krótkim czasie Clintonowie awansowali do grona 15 tysięcy najbogatszych rodzin Ameryki. Jak zauważył „Los Angeles Times“, na samo utrzymanie rezydencji wydają wielokrotnie więcej, niż wynoszą średnie zarobki amerykańskiej rodziny.

Sztab Hillary Clinton stara się przedstawić sprawę w pozytywnym świetle. Sama była pierwsza dama podkreśla, że pieniądze przyszły same. – Ku mojemu i jego zaskoczeniu mój mąż zarobił od czasu odejścia z urzędu bardzo dużo pieniędzy, robiąc to, co lubi najbardziej: mówiąc do ludzi – wyjaśniała.

Po odejściu z Białego Domu Bill Clinton podróżował po całym świecie, wygłaszając przemówienia. W wyjątkowo pracowitym roku 2005 przemówień tych było 352, średnio niemal jedno dziennie. Eksprezydent zarobił w ten sposób aż 52 mln dolarów. Prawie 30 mln przyniosły mu dwie opublikowane przez niego książki.

Była pierwsza dama też nie może narzekać – jej autobiograficzna, 562-stronicowa książka wydana w 2003 r. przyniosła jej 10,5 mln dolarów, a senacka pensja kolejne 1,1 mln.

Szczególną uwagę mediów i ekspertów zwróciły jednak związki Billa Clintona z firmą inwestycyjną Yucaipa prowadzoną przez jego przyjaciela miliardera. W ostatnich pięciu latach były prezydent otrzymał od niej ponad 15 mln dolarów. Nie jest jasne, za co. Specjaliści zwracają jednak uwagę, że wysokość wynagrodzenia i to, że było wypłacane regularnie w równych sumach, wskazuje, iż stanowiło coś w rodzaju pensji, zapłaty za wykonywane usługi, a nie za występy publiczne.

Na takie pieniądze trzeba zwykle zapracować. Jeśli to szejk Dubaju płaci mężowi osoby, która może zostać prezydentem USA, dobrze byłoby wiedzieć, za co” – powiedział agencji Bloomberga profesor Uniwersytetu Yale i były urzędnik Departamentu Skarbu Michael Graetz.

Szejk Dubaju jest jednym z głównych udziałowców zarejstrowanej w Los Angeles Yucaipy.

W porównaniu z Hillary Clinton i jej mężem Barack Obama prezentuje się skromnie.

W 2006 r. zarobił wraz z żoną „zaledwie” milion dolarów, a rok wcześniej nieco ponad półtora miliona.
Źródło : Rzeczpospolita: Miliony państwa Clintonów
Piotr Gillert 06-04-2008

Dyskryminacja Chrześcijan przez Google

Chrześcijańskie lobby występujące w obronie życia poczętego, Christian Institute (CI), wystąpiło do sądu z powództwem przeciwko Google, internetowemu operatorowi i wyszukiwarce, zarzucając firmie dyskryminację, napisał dziennik „Daily Telegraph”.

Christian Institute chciał zamieścić odpłatnie link do swoich internetowych stron, pojawiający się automatycznie w prawym górnym rogu przy wstukaniu w wyszukiwarce hasła „abortion” (ang. aborcja), ale spotkał się z odmową.

Takie sponsorowane linki są jednym z głównych źródeł przychodów pozwanej wyszukiwarki. Reklamodawca płaci w zależności od liczby wizyt na swoich stronach za pośrednictwem linku w Google’u.

Google argumentuje, iż przyjęta przez niego polityka zabrania mu reklamowania i promowania stron, które łączą religię z takimi kwestiami jak aborcja. CI uważa z kolei, iż takie podejście jest przejawem dyskryminacji organizacji chrześcijańskich i zasad wolności światopoglądowej wyrażonej w ustawie z 2006 r.

Rzecznik CI Mike Judge wskazuje, iż dla wielu ludzi, Google jest bramą do Internetu. Co więcej, operator zamieszcza ogłoszenia od klinik dokonujących zabiegów sztucznego przerywania ciąży czy organizacji wojujących ateistów.

– Jeżeli swobodna wymiana idei ma się urzeczywistnić, to Google nie może dawać specjalnych praw do wypowiedzi grupom głoszącym świeckie poglądy, cenzurując zarazem poglądy religijne – wskazuje Judge.

– Mówienie o tym, że internetowe strony o aborcji zawierają”niedopuszczalne treści”, podczas gdy reklamuje się pornografię jest podejściem absurdalnym – dodaje.

Christian Institute domaga się od Google’a odszkodowania za powstałe szkody, zwrotu poniesionych kosztów i pozwolenia na zamieszczenie linku do jego stronach. Powództwo popiera m. in. konserwatywna posłanka do Izby Gmin Ann Widdecombe, minister spraw wewnętrznych w konserwatywnym rządzie Johna Majora.
Źródło : PAP

Oglądanie telewizji przez dzieci

Niższe oceny w szkole, gorsza dieta i niechęć do ćwiczeń fizycznych – to efekty obecności telewizorów w sypialniach dzieci. Wbrew pozorom nie jest to problem w zamożnych rodzinach, lecz w tych najbiedniejszych

– Gdy kupujecie nowy telewizor do salonu i macie mniejszy odbiornik, wprawdzie starszy, ale nadal działający, nie powinniście wstawiać go do pokoju dziecka – radzi rodzicom Daheia Barr-Anderson z Uniwersytetu Minnesoty. Jej zespół przeprowadził badania nad wpływem telewizji na kondycję psychiczną i fizyczną nastolatków. – Musicie oprzeć się żądaniom waszych dzieci, by telewizor trafił do ich sypialni – uważa Barr-Anderson.

Analizy przeprowadzone przez Wydział Zdrowia Publicznego Uniwersytetu Minnesoty koncentrowały się na efektach obecności odbiornika TV w pokojach dziecięcych. Jak podkreślają naukowcy, choć przeprowadzono już badania nad wpływem telewizji na najmłodszych, dotąd niewiele wiadomo było o jej oddziaływaniu na zdrowie młodzieży. Zapytano o to blisko 800 amerykańskich nastolatków (w wieku między 15 i 18 lat). Dwie trzecie spośród ankietowanych przyznały, że mają telewizor przy łóżku.

Wyniki badania są zaskakująco jednoznaczne. Obecność odbiornika w sypialni oznacza, że dzieci oglądają tygodniowo od czterech do pięciu godzin programów więcej niż te, które telewizor mają tylko w salonie. W tej grupie było również dwukrotnie więcej uzależnionych od telewizji, czyli takich, którzy przed ekranem spędzają powyżej pięciu godzin dziennie.

Co w tym złego? Badacze z USA twierdzą, że nastoletnie dziewczęta oglądające telewizję w łóżku mniej czasu poświęcają na ćwiczenia, jedzą mniej warzyw i owoców, mniej czasu spędzają z rodziną, piją za to więcej słodzonych napojów gazowanych (przyczyniających się do nadwagi).

U chłopców obniżała się średnia ocen w szkole. Nastolatki spędzały też mniej czasu na odrabianiu zadań domowych. – To naprawdę wskazuje, że coś jest w tym, by nie pozwolić dzieciom na posiadanie telewizora w sypialni – uważa Daheia Barr-Anderson. Naukowcy przypominają, że Amerykańska Akademia Pediatrii zaleca rodzicom usunięcie telewizora z pokoju dziecięcego.

Mimo wszystkich tych wątpliwości naukowcy przyznali, że nie udało się połączyć występowania otyłości u nastolatków z oglądaniem przez nich telewizji. Ale wcześniejsze badania wśród młodszych dzieci (chodzących do szkoły podstawowej) wskazywały, że zbyt długie codzienne oglądanie programów sprzyja powstawaniu otyłości.

Co najciekawsze, w USA problem dotyczy mniej zamożnych rodzin. Wśród tych, które zgłaszały najwyższy dochód roczny, odbiorników w sypialniach dzieci było najmniej. Najwięcej zaś u rodzin afroamerykańskich (82 proc. dzieci w takich rodzinach ma telewizor w sypialni) i latynoskich (66 proc.).

Badania te ukazały się niemal jednocześnie z innymi, dotyczącymi braku snu najmłodszych. Według naukowców z Harvard Medical School zbyt krótki sen sprzyja nadwadze, a także depresji w późniejszym życiu. Według dr Elsie Taveras z Harvard Medical School brak snu to właśnie efekt obecności w sypialniach dzieci telewizorów, jak również komputerów i konsol gier wideo. Jej zespół zbadał ponad 900 najmłodszych dzieci (do drugiego roku życia).

– Istnieją poważne konsekwencje braku snu, nawet u dzieci w tak młodym wieku – podkreśla dr Taveras. – To ważne, aby rodzice nauczyli się, jak zapewnić swoim dzieciom odpowiedni czas niezakłóconego niczym odpoczynku. Jej zdaniem wyniki te potwierdzają wcześniejsze ustalenie, iż zbyt mało snu podwyższa poziom hormonów związanych z poczuciem głodu, a tym samym prowadzi do nadwagi.

Źródło : Rzeczpospolita: Telewizja dzieciom szkodzi
Piotr Kościelniak 09-04-2008

Dyskryminacja ze względu na stosunek do gajów

Zaledwie kilka tygodni po tym, gdy trybunał w Strasburgu uznał, że zakaz adopcji dzieci przez homoseksualistów stanowi naruszenie ich praw, po raz pierwszy mamy przykład dyskryminacji w drugą stronę. Brytyjski urząd adopcyjny odmówił przyznania praw do opieki nad dzieckiem doświadczonemu małżeństwu. Oboje – zdeklarowani chrześcijanie – zostali zdyskwalifikowani za nietolerancyjny stosunek wobec homoseksualizmu.

Eunice i Owena Johnsów zapytano o stosunek wobec mniejszości seksualnych. Odpowiedzieli, że są członkami Kościoła zielonoświątkowego i że homoseksualizm jest nie do pogodzenia z ich wiarą. „Nie jesteśmy homofobami” – przekonywali – ale nie będziemy uczyć dziecka, że to coś dobrego”.

Otrzymali odmowę. Dla urzędników nie miało znaczenia, że państwo Johns zajmowali się dotychczas niemal 20 sierotami i wychowali czworo własnych dzieci.

Pracownicy socjalni powołują się na ustawodawstwo antydyskryminacyjne, tzw. Equality Act z kwietnia ub.r., który zakazuje dyskryminacji z powodu orientacji seksualnej.

Środowiska chrześcijańskie już są oburzone wyrokiem. „Homoseksualizm jest poza wszelką krytyką. Ma być nie tylko akceptowany, ale promowany i afirmowany” – mówi z rozmowie z DZIENNIKIEM redaktor naczelny brytyjskiego pisma „The Christian Voice” Stephen Green.

Adwokat państwa Johns Andrea Williams zapewnia, że jeśli urzędnicy nie zmienią swojej decyzji, to sprawa trafi do sądu.

O bulwersującym przypadku rozmawialiśmy z samymi poszkodowanymi.

ARTUR CIECHANOWICZ: Kiedy zaczęły się państwa problemy z adopcją?
EUNICE JOHNS*: Wtedy gdy powiedziałam, że nie będę uczyła dzieci, że homoseksualizm jest w porządku. Powiedziałam, że jestem chrześcijanką, czytam Biblię i po prostu tak nie uważam, więc nie będę nikogo przekonywać do czegoś, w co sama nie wierzę. Mówiłam im, że nie ma dla mnie znaczenia ani płeć dziecka, ani kolor skóry, ani nic innego – kochałabym je równie silną miłością. Ale nie będę ich uczyć, że homoseksualizm jest czymś dobrym.

Jaka była reakcja urzędników?

Powiedziano mi, że obowiązuje u nas prawo o równym traktowaniu mniejszości seksualnych i że to, co zamierzam robić, to dyskryminacja.

Czy na inne pytania odpowiedzieli państwo zgodnie ze standardami?

Nie, bo o nic innego nas w zasadzie nie zapytano. Ciągle drążyli temat naszego podejścia do homoseksualistów i tego, jak o tym będziemy rozmawiać z dziećmi.

Aplikowali państwo o adopcję nastolatka?

Nie. Tu chodziło o kilkuletnie dziecko. Pomijając nasz stosunek do sprawy, uważam, że z takimi dzieciakami nie powinno sie jeszcze rozmawiać na podobne tematy. Jest mnóstwo innych, ciekawych spraw.

Ale przecież oprócz tego mogły być do państwa jakieś inne zastrzeżenia?

Proszę pana, wychowałam czworo własnych i 18 adoptowanych. To chyba wystarczający dowód, że umiemy się zająć dzieciakami.

Zamierzają państwo nadal walczyć?

Na razie mamy nadzieję, że urzędnicy zmienią swoją decyzję. Ale przede wszystkim to prawo musi zostać zmienione. Anglia jest mimo wszystko chrześcijańskim krajem. Więc dlaczego chrześcijan traktuje się tu jak obywateli drugiej kategorii?

Artur Ciechanowicz

Źródło: Dziennik.pl
4 marca 2008