Geje do kryminału marsz

Alexander McCall Smith, autor kryminalnych bestsellerów, zamierza wprowadzić homoseksualistów do swych książek

W ten sposób urodzony w dzisiejszym Zimbabwe Brytyjczyk, który pod koniec lat 90. osiągnął sławę cyklem powieści kryminalnych o pani detektyw z Botswany Mmie Ramotswe, chce rozwijać tolerancję dla gejów i lesbijek.

– Homoseksualiści powinni być traktowani w fikcji literackiej tak samo jak wszyscy inni – z szacunkiem. Mam nadzieję, że moje ksią- żki wpłyną pozytywnie na ich ocenę – podkreśla. W jego ostatniej powieści „Corduroy Mansions”, publikowanej w brytyjskim dzienniku „The Daily Telegraph”, pojawia się homoseksualista, który po latach odkrywa, że woli kobiety. – W następnych książkach będzie jeszcze więcej gejów, lesbijek i biseksualistów – obiecuje autor.

„Wciąż za mało homoseksualistów w literaturze popularnej – skarżą się aktywiści”

Organizacje broniące praw gejów są zachwycone.

– Wciąż jest za mało homoseksualistów w popularnej literaturze. Fikcyjni geje mogą pomóc ludziom zrozumieć problemy, z którymi na co dzień borykają się osoby o odmiennej orientacji seksualnej – uważa brytyjski działacz na rzecz ochrony praw gejów Peter Tatchell.

Zdaniem ekspertów pomysł McCall Smitha jest jednak ryzykowny. – Istnieje niebezpieczeństwo, że zgorszy sporą część czytelników. Brytyjczycy mimo afiszowania swej tolerancji w głębi serca mają konserwatywne poglądy – twierdzi w rozmowie z „Rz” literaturoznawca z Uniwersytetu w Reading prof. Mary Bryden. Jej zdaniem ludzie nie czytają kryminałów, aby poznać problemy gejów.

– Książki McCall Smitha osiągnęły popularność dzięki zawartym w nich prostym przesłaniom moralnym. Ludzie mogą przestać je czytać. – uważa prof. Bryden.

Uwzględnianie mniejszości etnicznych i seksualnych w telewizji, filmie, radiu i literaturze stało się powszechne w krajach anglosaskich.

Brytyjska pisarka Joanne K. Rowling ogłosiła rok temu, że profesor Albus Dumbledore, postać z książek o Harrym Potterze, jest gejem. W serialach telewizyjnych brytyjskiej stacji BBC część ról musi obowiązkowo przypaść aktorom z mniejszości seksualnych i etnicznych. W USA tej jesieni w serialach telewizyjnych pojawi się aż 16 gejów, biseksualistów i lesbijek, dwa razy więcej niż kilka lat temu.

Masz pytanie, wyślij e-mail do autorki: a.rybinska@rp.pl

Rzeczpospolita: Kryminał ma uczyć tolerancji dla gejów
Aleksandra Rybińska 30-09-2008

Reklamy

Holokaust w Niemczech wciąż trwa

Bundestag zajmie się wkrótce sprawą zaostrzenia przepisów o tzw. późnych aborcjach. Niemki usuwają ciążę nawet w szóstym miesiącu. Najczęściej – gdy lekarz wykrywa wady płodu.

– Pragniemy zachęcić rodziny, aby rozważyli możliwość życia z dzieckiem upośledzonym – mówi Johannes Singhammer z CSU. Wiele kobiet decyduje się na późną aborcję, kierując się wynikami badań prenatalnych, gdy okazuje się, że dziecku grozi upośledzenie. W przypadku diagnozy, że dziecko urodzi się z zespołem Downa, aborcję wybiera 90 procent kobiet w Niemczech. Nawet w szóstym i późniejszym miesiącu ciąży. I jest to zgodne z obowiązującym od 1995 roku prawem.

Bawarscy chadecy chcą wspólnie z CDU zmienić te przepisy. Nie zamierzają jednak zakazywać późnych aborcji. Proponują jedynie wprowadzenie kilkudniowego obowiązkowego okresu, w którym kobiety muszą się zastanowić nad tym, czy usunąć ciążę. Lekarze mieliby więc zostać zobowiązani – pod karą 10 tysięcy euro – do skierowania kobiet do specjalistycznych poradni. Aborcja byłaby możliwa dopiero po takich konsultacjach.

Podobna procedura obowiązuje w Niemczech kobiety, które noszą się z zamiarem usunięcia ciąży. Przedstawienie zaświadczenia z poradni jest w zasadzie jedynym warunkiem legalnego zabiegu. Tymczasem kobiety, które po badaniach prenatalnych decydują się na późną aborcję, podejmują decyzję szybko i często jedynie po konsultacjach z lekarzami. W takich przypadkach nierzadko brakuje nawet wyczerpującej dokumentacji medycznej o wadach płodu. To także ma ulec zmianie.

– Wszyscy musimy wiedzieć, ile się popełnia w Niemczech morderstw – mówi dziennikarzom Heribert Kentenich z jednej z berlińskich klinik. Ze statystyk wynika, że rocznie dokonuje się w Niemczech około 200 późnych aborcji. Organizacja Pro Familie twierdzi, że aborcji tego rodzaju jest o kilkaset więcej.

37-letnia Johanna Z. z Berlina zdecydowała się niedawno na aborcję, będąc w szóstym miesiącu ciąży. „Po tym zabiegu marzyłam o śmierci” – zwierzyła się reporterce jednej z niemieckich gazet. Miała wyrzuty sumienia i dopiero po kilku miesiącach odzyskała równowagę. Oskarża lekarzy, że nie informowali jej o psychicznych konsekwencjach tak późnej aborcji.

Zmianom w prawie aborcyjnym sprzeciwiają się SPD i Zieloni. Przekonują, że prawo nie jest złe, a większa liczba zabiegów wynika z rosnącej presji na dokonywanie badań prenatalnych, w wyniku których kobiety informowane są o wadach genetycznych płodu. Są to często informacje nieprawdziwe. – Zdarza się też, że kobiety decydują się na aborcję w przypadkach, kiedy zdiagnozowane wady nie są dolegliwe dla dziecka i można je usunąć w wyniku późniejszego leczenia – przekonuje „Rz” dr Gero Winkemann z organizacji Pro Life.

Rzeczpospolita: Późna aborcja podzieliła Niemców
Piotr Jendroszczyk 23-09-2008

Twoje dziecko nie jest już twoje

Sąd będzie mógł zawiesić prawa rodzicielskie osobom stosującym przemoc fizyczną lub psychiczną wobec swoich dzieci i skierować sprawców na przymusową terapię

Rząd chce walczyć z przemocą w rodzinie. W tym celu przygotował pakiet zmian m.in. w prawie karnym oraz rodzinnym, które mają ograniczyć to zjawisko w Polsce.

Prokurator i sankcje

Najważniejszą zmianą jest wprowadzenie zakazu karcenia dziecka w sposób naruszający jego godność. Chodzi m.in. o kary fizyczne czy zadawanie cierpień psychicznych. Oskarżonemu o stosowanie przemocy sąd opiekuńczy będzie mógł zawiesić władzę rodzicielską. Co więcej, lekki lub średni uszczerbek na zdrowiu spowodowany przez osobę najbliższą będzie ścigany z urzędu przez prokuratora.Nowością są też dodatkowe sankcje wobec sprawców i środki zapobiegawcze. Sąd będzie mógł np. zmusić ich do udziału w specjalnych programach korekcyjno-edukacyjnych.

Sąd również będzie miał prawo wydać takiej osobie nakaz powstrzymywania się od kontaktów z pokrzywdzonym, a nawet zmusić do opuszczenia lokalu, jeżeli zajmuje go wspólnie z pokrzywdzonymi. Nie będzie miało przy tym znaczenia, czy sprawca przemocy jest jego właścicielem.

W zamian taka osoba będzie mogła być umieszczona w placówkach zapewniających miejsca noclegowe, np. schroniskach dla bezdomnych.

„W obecnym stanie prawnym nie wskazano sposobu izolowania sprawców od ofiar i sądy często podnoszą, że nawet gdyby takie orzeczenie zostało wydane, to i tak nie wiadomo, gdzie miałby się sprawca znaleźć. Takie rozwiązanie powinno więc usprawnić system i pozwolić na zabieranie sprawcy, a nie ofiary z dziećmi z ich domu. Wprawdzie w chwili obecnej są uregulowania prawne dotyczące eksmisji, procedura jednak trwa zbyt długo i często jest mało skuteczna” – uzasadnia Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej.

Przemoc ekonomiczna

Na tym nie koniec zmian. W ustawie o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie rozszerzona ma zostać definicja tej przemocy. Będzie to już nie tylko m.in. działanie narażające dziecko na niebezpieczeństwo utraty zdrowia i życia oraz zachowanie naruszające jego godność i nietykalność cielesną, ale również niezaspokojenie podstawowych potrzeb ekonomicznych.

Ponadto osoby dotknięte przemocą będą miały zapewniony nie tylko dostęp do bezpłatnego poradnictwa medycznego czy socjalnego, ale również badań lekarskich mających na celu ustalenie przyczyn i rodzaju uszkodzeń ciała związanych z użyciem przemocy.

W projektowanej ustawie wprowadza się też przepis, który pozwoli na to, aby przeszkoleni pracownicy socjalni mogli natychmiast zabrać dziecko z domu, w którym w wyniku przemocy zagrożone jest jego życie lub zdrowie (z pomocą policji).

Kontrowersyjny pomysł

Propozycje rządu budzą skrajne reakcje ekspertów.

– Stosowanie kar cielesnych jest już zakazane przez konstytucję. Pytanie jednak, jak definiujemy karę cielesną. Obecnie jest to kwestia czysto interpretacyjna – mówi prof. Andrzej Zoll.

Dodaje, że ze względu na to, co się dzieje w Polsce, ważne wydaje się podkreślenie ochrony godności i nietykalności każdej osoby, w tym również dziecka. – Dlatego uważam, że wprowadzenie takich przepisów jest potrzebne – mówi karnista.

Innego zdania jest Wiesław Johann, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku. – Obecny stan prawny gwarantuje dzieciom pełne bezpieczeństwo. Chodzi tylko o to, aby organy, które są za to odpowiedzialne – od rzecznika praw dziecka przez szkoły po policję i sądy – egzekwowały to, co do nich należy. Próby wprowadzenia jakiejś specjalnej kary to czysty populizm.

W jego opinii trzeba się odnieść wprost do konstytucji, która mówi, że rodzice wychowują dzieci, są odpowiedzialni za ich wychowanie i wszystko, co się z tym łączy. Dlatego źle się dzieje, że państwo zamierza ingerować w ich rolę. – Poza tym nie bardzo sobie wyobrażam, jak taka ingerencja miałaby wyglądać. Jeśli np. ojciec da dziecku klapsa, bo nie zachowywało się jak trzeba, to czy ma ono pójść na skargę i do kogo? – pyta.

Opinia: Marzena Bartosiewicz, Departament Pomocy i Integracji Społecznej MPiPS

Wobec rodzica, który stosuje przemoc względem dzieci, stosuje się sankcje przewidziane w kodeksie karnym, ponieważ jego zachowanie wyczerpuje znamiona przestępstwa. Tak np. zgodnie z art. 207 k.k., kto znęca się fizycznie lub psychicznie nad osobą najbliższą lub nad inną osobą pozostającą w stałym lub przemijającym stosunku zależności od sprawcy albo nad małoletnim lub osobą nieporadną ze względu na jej stan psychiczny lub fizyczny, podlega karze pozbawienia wolności od trzech miesięcy do lat pięciu. Jeżeli czyn połączony jest ze stosowaniem szczególnego okrucieństwa, sprawca podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat dziesięciu. Jeżeli następstwem czynu jest targnięcie się pokrzywdzonego na własne życie, sprawca podlega karze pozbawienia wolności od lat dwóch do 12.

Rzeczpospolita: Kary cielesne zakazane
Tomasz Pietryga 23-09-2008

Powiązane artykuły: Masturbacja dla małych dzieci – zalecana

Wojna o Islam w Niemczech

Muzułmanie w Europie. W Kolonii miał się odbyć europejski szczyt partii sprzeciwiających się islamizacji Europy. Impreza nie doszła do skutku. Lewaccy bojówkarze w imię tolerancji obrzucili przeciwników kamieniami, a władze Niemiec potępiły organizatorów szczytu.

„Nie dla meczetów. Nie dla minaretów. Nie dla modłów muezinów” – pod takimi hasłami miała się w piątek rozpocząć w Kolonii konferencja przeciwko islamizacji kraju. Organizatorzy, stowarzyszenie Pro Köln, zaprosili przedstawicieli nacjonalistycznych partii z całej Europy oraz dziennikarzy. Impreza zakończyła się jednak fiaskiem.

Spotkanie miało się odbyć w ratuszu dzielnicy Nippes. Potem przeniesiono je do ratusza dzielnicy Rodenkirchen. Dostępu do niego bronili zarówno lewicowi demonstranci, jak i służba bezpieczeństwa ratusza. – Spotykamy się na statku na Renie – ogłosili działacze Pro Köln. Ale i tam czekali demonstranci. Obrzucony kamieniami i butelkami statek odpłynął, zanim na pokładzie zdążyli się zainstalować przedstawiciele mediów i zaproszeni goście.

– Pokażemy swoją siłę w sobotę – zapowiedział Markus Wiener, jeden z liderów Pro Köln. Według niego w demonstracji przeciwko postępującej islamizacji Niemiec uczestniczyć będzie kilka tysięcy osób. Swój udział zapowiedzieli m.in. Mario Borghezio z Ligi Północnej oraz Filip Dewinter z flamandzkiego ugrupowania Vlaams Belang.

Obrońcy praw muzułmanów obiecują zgromadzić w sobotę 40 tysięcy przeciwników Pro Köln. W obawie przed zamieszkami policja ściąga do Kolonii posiłki z całej Nadrenii. Jeszcze w piątek Kongres potępiła jednak rzeczniczka federalnego ministerstwa spraw wewnętrznych, określając go mianem „inicjatywy populistów i ekstremistów”.

W Kolonii już od kilku lat trwa ostra konfrontacja pomiędzy przeciwnikami i zwolennikami budowy ogromnego meczetu z minaretami o wysokości 55 metrów. Przeciwnicy zrzeszeni w organizacji Pro Köln starają się temu zapobiec. Mają przeciwko sobie nieomal wszystkie siły polityczne w mieście. Zdaniem mediów Pro Köln jest organizacją „skrajnie prawicową”, ksenofobiczną i rasistowską. – Nic podobnego. Chcemy jedynie uwidocznić zagrożenie, jakie niesie uległość wobec ekspansji islamu. W końcu trzeba powiedzieć nie – tłumaczy Markus Wiener.

Przed meczetem Turecko-Islamskiego Związku Religijnego (Ditib) w tureckiej dzielnicy Ehrenfeld tłum nagradza oklaskami płynące z megafonu informacje o niepowodzeniu konferencji przeciwko islamizacji. „Naród przeciwko nienawiści i głupocie” – napis tej treści trzyma w ręku znany scenograf Jochen Schumacher. Obok plakaty i transparenty organizacji lewicowych. Są młodzi członkowie SPD i Zielonych. – Tak powinna wyglądać solidarność – mówi Ali Kizylkaya, szef Centralnej Rady Muzułmańskiej w Niemczech.

– Nie mam wątpliwości, że jest w tym wiele politycznej poprawności. Nikt w Niemczech nie chce uchodzić za ksenofoba. Ma to swe źródła w niemieckiej historii – tłumaczy natomiast Bekir Alboga z Ditib. Rozmawiamy przed meczetem mieszczącym się w budynku byłej mleczarni. Za kilka tygodni zostanie zrównany z ziemią i kosztem ponad 20 milionów euro rozpocznie się budowa nowej świątyni. – Zgromadziliśmy już część środków – zapewnia Alboga.

Takie plany spędzają sen z powiek w Niemczech nie tylko członkom takich organizacji jak Pro Köln. – Ludzie lękają się postępującej islamizacji i lęki te są całkowicie zrozumiałe – mówi Udo Ulfkotte, autor licznych książek o zagrożeniu islamskim dla Niemiec i Europy. Zwraca uwagę na coraz większą liczbę meczetów w Niemczech.

W budowie lub w stadium planowania są teraz 184 muzułmańskie świątynie z kopułami i minaretami. Do tego dochodzi 2600 tzw. meczetów podwórkowych, w odnowionych halach fabrycznych czy salach gimnastycznych. Liczba muzułmanów w Niemczech sięga już 3,4 miliona, w zdecydowanej większości są pochodzenia tureckiego. Nowe świątynie powstają we Frankfurcie nad Menem, w Berlinie, Monachium i innych wielkich miastach.

Zastrzeżenia do budowy nowych świątyń zgłaszają Kościoły, liczne organizacje społeczne i komitety obywatelskie. – Problemem nie są meczety, lecz islam – ogłosił niedawno znany pisarz Ralph Giordano, ściągając na swą głowę gromy ze strony liberałów.

Z badań wynika jednak, że ponad połowa Niemców jest zdania, że pomiędzy chrześcijaństwem a islamem trwa „wojna cywilizacji”. Jeszcze dwa lata temu większość obywateli Niemiec nie zauważała żadnego konfliktu tego rodzaju.

W Kolonii nie jest inaczej. Świadczy o tym sukces Pro Köln, która cztery lata temu zdobyła ponad cztery procent głosów w wyborach samorządowych. Liczącej zaledwie 300 członków organizacji udało się zebrać ponad 20 tysięcy pod-pisów przeciwko budowie świątyni.

Strona organizacji Pro Köln
http://www.pro-koeln-online.de

Rzeczpospolita: Zwyciężyli obrońcy islamu
Piotr Jendroszczyk 20-09-2008

————————————-

Fiasko „Kongresu przeciwko Islamizacji”. Większość zaproszonych nie zdołała dotrzeć do centrum miasta


Obrońcy tolerancji i wolności dla muzułmanów …


… i mała próbka ich działań.

Powybijane szyby, spalone kontenery na śmieci, sparaliżowana komunikacja w całym regionie Kolonii – taki jest wynik dwudniowych protestów lewicowych ugrupowań w Kolonii przeciwko kongresowi zorganizowanemu przez organizację Pro Köln (Dla Kolonii). Rannych zostało kilku policjantów. Zatrzymanych zostało też pół tysiąca demonstrantów ze środowisk lewackich i anarchistycznych. W areszcie znajduje się kilkunastu szczególnie agresywnych demonstrantów. Ich zachowanie potępił Fritz Schramma (CDU), burmistrz Kolonii, który sam występował na wiecu przeciwko inicjatywie Pro Köln.

Jak Sobieski

– Staramy się zrobić w Kolonii to, co Jan III Sobieski zrobił pod Wiedniem: powstrzymać islam – przekonuje Adriana Bolchini, przewodnicząca jednej z włoskich organizacji walczących z islamizacją Europy. Rozmawiamy na malowniczym Heumarkt, rynku starego miasta w Kolonii. Z dala tysiące gardeł skandują: „Nazi raus” („Naziści wynocha”). Na szczelnie otoczonym przez policję Heumarkt przygotowano scenę z wielkim napisem „Stop islam”. – To nie prowokacja ani wezwanie do przemocy, lecz jedynie wyraz sprzeciwu przeciwko rozprzestrzenianiu się islamu w Niemczech i Europie oraz nadmiernej tolerancji – tłumaczy Manfred Rouhs z ugrupowania Pro Köln. Od lat sprzeciwia się ono budowie największego w Europie meczetu w dzielnicy Ehrenfeld.

– Musimy zjednoczyć siły, bo za chwilę będzie za późno – grzmiał ze sceny Mario Borghezio, eurodeputowany z ramienia włoskiej Ligi Północnej, były podsekretarz stanu w pierwszym rządzie Silvio Berlusconiego. Prezentował przy tym książkę Oriany Fallaci „Wściekłość i duma”, w której słynna dziennikarka udowadnia, że nie istnieje żaden umiarkowany islam, a elity polityczne Europy tolerują ekspansję islamu w imię fałszywie pojętych wartości. – To nasz manifest – powtarzał Borghezio.

Napięcie rośnie

Nagle ucichły głośniki, gdyż policja cofnęła zezwolenie na organizację wiecu. – Napięcie w mieście rośnie. Nie możemy ryzykować – tłumaczy rzecznik policji. Na miejsce wiecu nie udaje się przedostać grupie kilkuset uczestników kongresu antyislamskiego. Przedstawiciele europejskich ugrupowań nacjonalistycznych otoczeni przez demonstrantów nie mieli szans wydostania się z lotniska w pobliskim Bonn. Wśród nich byli Filip Dewinter, szef Vlaams Belang, dużej partii flamandzkiej z Belgii, oraz wiceprzewodniczący austriackiej Partii Wolności (FPÖ) Andreas Mölzer.

Dziesiątki tysięcy przeciwników kongresu opanowały niemal całą Kolonię. Dostępu do Heumarkt bronili przez całą noc z piątku na sobotę. Grzali się przy płonących kontenerach na śmieci. – „Precz z nazistami” – głosiły transparenty. Pod jednym z plakatów wizerunek małpy ze swastyką na ramieniu i podpis: „Nie wszyscy załapali się na ewolucję”.

– Nie mamy nic wspólnego z nazizmem. Chcemy jedynie przedstawić swe argumenty. Mamy do tego prawo w demokracji – powtarzali działacze Pro Köln. – Nie damy się zwieść. Hasła antyislamskie to maskarada, za którą kryją się prawicowi ekstremiści. Nie chodzi już o meczet, ale o walkę z rasizmem i nietolerancją – mówi Paul Petzold, student psychologii z Kolonii i jeden z organizatorów protestu. Jego zdaniem zwłaszcza obarczone nazistowską przeszłością Niemcy nie mogą być miejscem tworzenia się w Europie prawicowej antyislamskiej koalicji.

Szowiniści czy rzecznicy większości

– Mamy kłopoty z organizacją europejskiego bloku przeciwko islamizacji – przyznaje Mario Borghezio. Powstała w roku ubiegłym w Parlamencie Europejskim grupa Tożsamość, Tradycja, Suwerenność, zrzeszająca przedstawicieli siedmiu skrajnie prawicowych ugrupowań, rozpadła się po kilku miesiącach.

– Sporo jest w Europie sił szowinistycznych. Zaliczamy się do ugrupowań umiarkowanych po stronie prawicy – zapewnia Manfred Rouhs z Pro Köln. Innego zdania są niemieckie media, kwalifikujące przeciwników budowy meczetu w Kolonii jako organizację ksenofobiczną i rasistowską. Z badań wynika jednak, że większość mieszkańców Kolonii ma zastrzeżenia do budowy meczetu.– Opór budzi wysokość minaretów – mówi jeden z kolońskich dziennikarzy. Sięgać będą 55 metrów w niebo, górując nad pejzażem zachodniej części miasta. Meczet stanie się atrakcją turystyczną, podobnie jak słynna katedra. – Nigdy się z tym nie pogodzimy – zaklinają się przedstawiciele Pro Köln.

Rzeczpospolita: Wojna o islam w Kolonii
Piotr Jendroszczyk 20-09-2008

—————————————–

Bitwa o islam, która rozegrała się w Kolonii, pokazuje, że zachodnioeuropejskie społeczeństwa nie radzą sobie ze zjawiskiem rosnącej roli muzułmanów. Nie chcą debaty na ten temat.

Lęki widać w sondażach, ale gdy wyrażają je – nieliczni – politycy czy intelektualiści, to większość mediów krzyczy o ksenofobii, obskurantyzmie czy neonazizmie.

To zrozumiałe, że wielu Niemców jest szczególnie wyczulonych na działania nacjonalistycznych radykałów. Nie da się zaprzeczyć, że część przeciwników budowy wielkich meczetów to znani z innych demonstracji zwolennicy porządków w stylu Trzeciej Rzeszy, gdy prawdziwy Niemiec miał pracę i poczucie dumy z tego, że jest Niemcem. Oni wykorzystują każdą okazję, by protestować przeciwko obcym.

Ale wznoszenie w Kolonii minaretów o wysokości 55 metrów nie podoba się znacznej części mieszkańców. Podobnie jest w wielu innych europejskich miastach, gdzie muzułmanie są coraz liczniejsi. Nie jest to – a w każdym razie nie tylko – wynik niechęci do innego wyznania. To lęk przed, na razie symboliczną, dominacją religii, która nie tylko jest nowa na tym terenie, ale i wiąże się z obyczajami oraz normami, które są sprzeczne z wartościami wyznawanymi przez zachodnich Europejczyków.

O tym trzeba dyskutować. Nie ma też powodu, by przeciwnicy rosnącej roli islamu nie mogli protestować na ulicach miast czy organizować kongresy. Chyba że będą na nich nawoływali do przemocy wobec muzułmanów, ale o tym w Kolonii nie było słychać.

W Niemczech i w wielu krajach zachodnich bez problemu można organizować protesty przeciw papieżowi. Co więcej marsze i wiece w centrach niemieckich miast mogą organizować prawdziwi neonaziści z NPD, byle nie pod hasłami antyislamskimi. Potępienie pod adresem organizatorów niedoszłego kongresu antyislamistów wygłaszali także politycy chadeccy. A to ich, najsilniejsza w Niemczech, partia nie chce w UE muzułmańskiej Turcji i to w ich partii dyskutuje się o wiodącej kulturze (niemieckiej), której podporządkować powinni się imigranci wyznający islam.

Ta mieszanka dławionych obaw i dławionej krytyki do niczego dobrego nie doprowadzi.

Rzeczpospolita: Czy można rozmawiać o islamie
Jerzy Haszczyński 21-09-2008

—————————————–

Komentarz

Islam is not a religion, nor is it a cult. In its fullest form, it is a complete, total, 100% system of life.

As long as the Muslim population remains around or under 2% in any given country, they will be for the most part be regarded as a peace-loving minority, and not as a threat to other citizens. This is the case in:

United States — Muslim 0.6%
Australia — Muslim 1.5%
Canada — Muslim 1.9%
China — Muslim 1.8%
Italy — Muslim 1.5%
Norway — Muslim 1.8%

At 2% to 5%, they begin to proselytize from other ethnic minorities and disaffected groups, often with major recruiting from the jails and among street gangs.. This is happening in:

Denmark — Muslim 2%
Germany — Muslim 3.7%
United Kingdom — Muslim 2.7%
Spain — Muslim 4%
Thailand — Muslim 4.6%

From 5% on, they exercise an inordinate influence in proportion to their percentage of the population. For example, they will push for the introduction of halal (clean by Islamic standards) food, thereby securing food preparation jobs for Muslims. They will increase pressure on supermarket chains to feature halal on their shelves — along with threats for failure to comply. This is occurring in:

France — Muslim 8%
Philippines — Muslim 5%
Sweden — Muslim 5%
Switzerland — Muslim 4.3%
The Netherlands — Muslim 5.5%
Trinidad & Tobago — Muslim 5.8%

At this point, they will work to get the ruling government to allow them to rule themselves (within their ghettos) under Sharia, the Islamic Law. The ultimate goal of Islamists is to establish Sharia law over the entire world.

When Muslims approach 10% of the population, they tend to increase lawlessness as a means of complaint about their conditions. In Paris , we are already seeing car-burnings. Any non-Muslim action offends Islam, and results in uprisings and threats, such as in Amsterdam , with opposition to Mohammed cartoons and films about Islam. Such tensions are seen daily, particularly in Muslim sections, in:

Guyana — Muslim 10%
India — Muslim 13.4%
Israel — Muslim 16%
Kenya — Muslim 10%
Russia — Muslim 15%

After reaching 20%, nations can expect hair-trigger rioting, jihad militia formations, sporadic killings, and the burnings of Christian churches and Jewish synagogues, such as in:

Ethiopia — Muslim 32.8%

At 40%, nations experience widespread massacres, chronic terror attacks, and ongoing militia warfare, such as in:

Bosnia — Muslim 40%
Chad — Muslim 53.1%
Lebanon — Muslim 59.7%

From 60%, nations experience unfettered persecution of non-believers of all other religions (including non-conforming Muslims), sporadic ethnic cleansing (genocide), use of Sharia Law as a weapon, and Jizya, the tax placed on infidels, such as in:

Albania — Muslim 70%
Malaysia — Muslim 60.4%
Qatar — Muslim 77.5%
Sudan — Muslim 70%

After 80%, expect daily intimidation and violent jihad, some State-run ethnic cleansing, and even some genocide, as these nations drive out the infidels, and move toward 100% Muslim, such as has been experienced and in some ways is on-going in:

Bangladesh — Muslim 83%
Egypt — Muslim 90%
Gaza — Muslim 98.7%
Indonesia — Muslim 86.1%
Iran — Muslim 98%
Iraq — Muslim 97%
Jordan — Muslim 92%
Morocco — Muslim 98.7%
Pakistan — Muslim 97%
Palestine — Muslim 99%
Syria — Muslim 90%
Tajikistan — Muslim 90%
Turkey — Muslim 99.8%
United Arab Emirates — Muslim 96%

100% will usher in the peace of ‘Dar-es-Salaam’ — the Islamic House of Peace. Here there’s supposed to be peace, because everybody is a Muslim, the Madrasses are the only schools, and the Koran is the only word, such as in:

Afghanistan — Muslim 100%
Saudi Arabia — Muslim 100%
Somalia — Muslim 100%
Yemen — Muslim 100%

Unfortunately, peace is never achieved, as in these 100% states the most radical Muslims intimidate and spew hatred, and satisfy their blood lust by killing less radical Muslims, for a variety of reasons.

Very sad but true. Europa powinna sie obudzic kiedy nie jest zapozno.

W.

——————————-

A tak przedstawia sprawę niezależny „Der Dziennik”

Pomóżcie w naszej walce z islamizacją Niemiec” – wzywają działacze organizacji „Pro Koeln” i organizują w tym celu w Kolonii Kongres przeciwko islamizacji. A miasto juz wygląda jak oblężone. Przyjadą setki radykałów i tysiące zwolenników tolerancji (tolerancja różne ma twarze; lewacka ma twarz taką jak zdjęcia powyżej) i wielokulturowości. Policja boi się rozruchów.

„W całych Niemczech meczety rosną jak grzyby po deszczu, nawoływania muezinów i chusty przykrywające głowy dominują na ulicach” – alarmują działacze „Pro Koeln” na swojej stronie internetowej. Jutro na kongres do Kolonii przyjadą setki prawicowych radykałów, także spoza Niemiec.

Przywódcą radykałów jest Markus Beisicht, 45-letni adwokat z Leverkusen. Ostrzega nie tylko przed islamizacją społeczeństwa i wzywa do obrony „chrześcijańskiej kultury Zachodu”.

Za najlepszy przykład islamizacji Niemiec radykałowie uważają projekt bydowy w Kolonii wielkiego meczetu. Władze miasta zgodziły się na bydowę świątyni, która będzie zwieńczona prawie 37- metrową kopułą, a dwa minarety będą wysokie na 55 metrów.

Poglądy „Pro Koeln” i jej szefa mają zwolenników. Od czterech lat organizacja zasiada w miejskiej radzie. Jednak zdecydowana większość mieszkańców, z konserwatywnym merem Fritzem Schrammą chce bronić wielokulturowości miasta.Dlatego zwołano na sobotę wielki wiec, na który ma przyjść 40 tysięcy zwolenników tolerancji. Policja ściąga posiłki i ostrzega przed prowokacjami, które mogą przerodzić się w zamieszki.

Burmistrz Schramma wezwał 120 tysięcy Turków mieszkających w Kolonii, by w sobotę na znak protestu nie otwierali sklepów i barów. Zaś miejsowi restauratorzy od wczoraj organizują w swoich lokalach odczyty przeciwko radykałom, akcje informacyjne i występy muzyków pod hasłem „Nie ma piwa dla nazistów”.

Andrzej Geller/PAP

Źródło: Dziennik: W Kolonii nie chcą muzułmanów
czwartek 18 września 2008 20:24

Ofiary Simona Mola – wywiad

Nie zawsze kontakt seksualny z nosicielem HIV prowadzi do zakażenia. A Simon był, jeśli tak można powiedzieć, bardzo w tym skuteczny – mówi 23-letnia kobieta zakażona HIV przez Simona Mola.

Rz: Mówi pani, że się boi. Czego się jeszcze może bać osoba, którą już spotkało najgorsze – zakażenie wirusem HIV?

Wyobrażam sobie, że idę ulicą i nagle widzę Simona Mola. Nie wiem, jak bym się zachowała. A ten scenariusz jest możliwy. W tej chwili Molowi grozi, że dostanie maksymalnie dziesięć lat. Znamy polski wymiar sprawiedliwości – odsiedzi faktycznie tylko połowę za dobre sprawowanie. Ponieważ spędził w areszcie prawie dwa lata, to za trzy lata można go będzie spotkać w Warszawie. Zresztą nawet teraz, gdy jest za kratkami, nie czuję się do końca bezpiecznie.

Czym może pani zagrażać Simon Mol siedzący w areszcie?

Jeśli przed moją uczelnią pojawiają się jego znajomi i obserwują mnie ostentacyjnie, to trudno, bym czuła się komfortowo. Takie sytuacje spotykają też inne dziewczyny, które zdecydowały się zeznawać przeciwko niemu. Można by pomyśleć, że coś sobie wyobrażamy – ale naprawdę czarni mężczyźni wyczekujący, aż któraś z nas się pojawi, to nie zbieg okoliczności. Uważam, że Simon znalazł sposób, by być z nimi w kontakcie, i jakoś pociąga za sznurki.

Rozumiem, że utrzymuje pani kontakty z innymi kobietami, które też zostały skrzywdzone przez Mola.

To jeden z powodów, dla których zdecydowałam się na tę rozmowę. Chcę powiedzieć, co się nam przydarzyło. Spotkałyśmy się, bo jestem w znacznie lepszej formie niż one. Psychicznej, ale również fizycznej. Niektóre z dziewczyn są skrajnie wyniszczone, rozwinął się już u nich AIDS. To niesamowite z punktu widzenia medycyny, bo zdarzało się, że po czterech miesiącach od zakażenia zaczęły występować objawy choroby. Normalnie jest inaczej, rozciągnięte jest to na lata, czasem mija nawet bezobjawowo 10 – 15 lat.

Zakażenie przez Mola specyficznym subtypem wirusa występującym w Kamerunie podziałało na białe kobiety jak zastrzyk śmierci. U niego wszystko przebiega w zupełnie innym tempie. Dopiero teraz widać, że choroba robi postępy. Wystarczy porównać jego zdjęcia z momentu zatrzymania z obecnym wyglądem.

Umawiając się na rozmowę, bardzo się pani bała, że jej anonimowość może zostać naruszona.

W pewien sposób wystawiam się, by chronić całą grupę. Bo czujemy się jak zwierzyna, na którą polują media. Proces odbywa się za zamkniętymi drzwiami. Na razie udało się doprowadzać nas na salę sądową tak, że nikt postronny nie ma z nami kontaktu. Ale sąd to nie tylko sędziowie, adwokaci i prokuratorzy, wie o nas dużo osób i prędzej czy później może dojść do jakichś przecieków. Mówiąc teraz o pewnych faktach, chciałabym, by dano nam już spokój.

Formułuje pani czytelny przekaz: kara, jaka może spotkać Simona Mola, jest za mała.

Chciał nas zabić. Nie ma różnicy, czy ktoś wbija nóż w plecy, strzela w głowę czy wprowadza komuś do krwi śmiercionośny wirus. Lekarstwo, które zwalcza HIV, nie istnieje. Osoba zakażona w końcu umiera z tego powodu. Słyszałam to wielokrotnie od lekarzy, którzy mówili o mojej sytuacji. Dlatego i ja, i inne kobiety nie możemy się zgodzić z kwalifikacją czynu Simona Mola: „spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu w postaci długotrwałej choroby”. Nie mówimy o chorobie, mówimy o śmierci.

Jest pani przekonana, że Mol chciał was zabić.

Tak, sposób, w jaki uprawiał seks…

Chodzi o to, że nie chciał używać prezerwatywy? To znany fakt – kobiety mówią, że w ogóle nie był zainteresowany seksem, jeśli miałby się zabezpieczać.

Nie chcę wchodzić w pewne szczegóły, bo graniczą z pornografią. Powiem tylko, że za każdym razem starał się doprowadzić kobietę do krwawienia. To wyjaśnia też, dlaczego zakaził ich tak wiele. Przecież nie zawsze kontakt seksualny z nosicielem HIV prowadzi do zakażenia. A Simon był, jeśli tak można powiedzieć, bardzo w tym skuteczny. Udawało mu się przekazać wirusa nawet po jednorazowym kontakcie seksualnym.

Powiedziałabym wręcz, że nie był specjalnie zainteresowany seksem jako źródłem rozkoszy, specjalnie się tym nie delektował. Kiedy patrzę na to z dystansu, widzę, że to nie seks go kręcił, ale to, że poprzez seks zabija.

Dlaczego miałby chcieć zabić panią i inne kobiety?

Mieszkałam z nim pół roku. Wtedy pewnych rzeczy nie widziałam – byłam bardzo naiwna. Byłam nastolatką – to, co podaje prasa, powołując się na policję, że celem Mola były młode wykształcone kobiety w wieku 20 – 25 lat, nie jest prawdą, były i młodsze.

Dopiero z dystansu zobaczyłam wszystko w innym świetle. Różne dziwne sytuacje, zdarzenia stały się oczywiste. Zrozumiałam, że cały czas mnie nienawidził. Bo reprezentowałam świat, który chciał zniszczyć.

Co chciał zniszczyć Simon Mol?

Świat Zachodu. Nie mam wątpliwości, że Mol jest wyznawcą islamu.

Chyba pani żartuje. Często mówił, że jest chrześcijaninem, wydał nawet wiersze w jednej z katolickich oficyn. Co prawda nie ukrywał fascynacji szamanizmem, ale islam?

Byłoby dziwne, gdyby zadeklarował się jako wyznawca islamu. W pewien sposób by go to przekreślało. To oczywiste, że nie chciał się do tego przyznać. Ale wszystko w jego zachowaniu, łącznie ze stosunkiem do kobiet, które traktował jak rzecz, było typowe dla islamu.

Takie traktowanie kobiet jest też w jakiś sposób typowe dla Afryki.

Codziennie rano brał dywanik i szedł się modlić. Gdyby przy mnie zaczął nagle walić głową w podłogę, wyglądałoby to dziwnie. A więc wychodził z domu. Nazywało się to, że idzie pobiegać i bierze ręcznik. Wracał świeżutki i tak było codziennie, nigdy nie odpuszczał. Nie jadł wieprzowiny, wtedy mówił, że nie lubi mięsa. Nie pił alkoholu. Co charakterystyczne – udawał np., że pije z innymi piwo, a w rzeczywistości nieruszona butelka stała na stole. Jak jest wiele osób, to trudno się zorientować. Nienawidził Ameryki, a także Izraela. Tego nie potrafił już ukryć, choć zawsze sprzedawał to w opakowaniu niechęci do globalizacji i współczucia dla Palestyńczyków. Czasem mówił tajemniczo, że jest męczennikiem.

Wtedy nic pani nie dziwiło? Dopiero teraz układa się jak puzzle?

Kiedy ochłonęłam już z szoku po wiadomości, że jestem zakażona, przyszedł czas na analizę. Zrozumiałam też, że jego znajomi wiedzieli, iż jest chory.

Naprawdę pani uważa, że wiedzieli o tym, iż Simon jest nosicielem HIV?

Kiedy ktoś się z kim wita, czy zawsze pyta, „jak się czujesz?”. Raczej nie. Zwykle pytamy: „co u ciebie”, „jak leci”. Ale Simona zawsze jego znajomi pytali, jak się czuje.

Ma pani na myśli czarnych znajomych?

Tak. Wiedzieli, co robi Simon. I czy myśli pani, że w Polsce jest tylko jeden Simon Mol? Wiem, że na pewno nie.

Idzie pani bardzo daleko. Sugeruje nie tylko złą wolę czy wręcz zbrodnicze intencje Simona Mola, ale istnienie jakiegoś spisku.

Czy nie zastanawia się pani, kim w rzeczywistości jest Simon Mol? Przecież w reportażu opublikowanym w „Rz” w zeszłym roku, kiedy pojechała pani do Kamerunu, widać było, z jakiego środowiska pochodzi. Wychował się w lepiance bez wody i kanalizacji, w bardzo prostej rodzinie. I nagle taki facet, w zasadzie bez wykształcenia, pojawia się w Polsce i funkcjonuje jak ktoś, kto swobodnie porusza się wśród elit. Ma spore wiadomości i perfekcyjną umiejętność manipulowania ludźmi.

Myśli pani, że ktoś go do tej roli przygotował? To brzmi jak z powieści sensacyjnej. Trudno w to uwierzyć. Ale przyznam, że sama się zastanawiałam nad pewną zagadką życiorysu Simona Mola. W opublikowanej w Internecie „True story of my life”, w której rozwodził się nad prześladowaniami politycznymi, jakich rzekomo doświadczył w Kamerunie, a potem Ghanie, jest luka. Od momentu, w którym wyjechał z Kamerunu i dotarł do Ghany, minęły prawie dwa lata. Prześlizguje się nad tym w paru enigmatycznych zdaniach.

W jego życiu jest więcej dziwnych rzeczy. Z czego właściwie żył? A potrafił wydawać naprawdę dużo, wiem coś o tym. Jak biedny uchodźca mógł jednego dnia wydać na przykład 2 tys. zł? Dlaczego, będąc już w Polsce, ciągle podróżował za granicę? Chwalił się, że jest wysłannikiem polskiego Pen Clubu.

Polski Pen Club raczej się od niego dystansował.

Ale nie da się ukryć, że Mol uwiódł nie tylko wiele Polek, ale i sporo polskich instytucji. Dostał azyl polityczny i był traktowany jako autorytet w kwestiach praw człowieka i walki z rasizmem.

Mam wielką pretensję do polskich władz. Dlaczego go nie sprawdzono, przyznano mu azyl? Przecież nie był uchodźcą politycznym, nie był prześladowany w swej ojczyźnie, co wynika z reportażu z Kamerunu, jaki opublikowaliście rok temu w „Rz”. Gdyby Molowi nie przyznano azylu, nie byłoby tylu zakażonych kobiet.

Ale z faktu, że ktoś dostał azyl, nie wynika, że musiał mieć stosunki seksualne z tak dużą liczbą kobiet, w dodatku bez prezerwatywy. Ma pani pretensje do różnych instytucji. Nie ma pani pretensji do siebie?

Nie mówię, że jestem zupełnie bez winy. Pyta pani, dlaczego ja i inne kobiety chodziłyśmy do łóżka z Simonem? A dlaczego ludzie w ogóle chodzą ze sobą do łóżka? Nie udawajmy, że jesteśmy świętym społeczeństwem. Simon nie był takim zwykłym Murzynem. Był bardzo inteligentny, potrafił zaimponować wiedzą. Sprawiał, że kobieta czuła się z nim bardzo dobrze.

Nie rozmawiamy w tej chwili o aspekcie moralnym. Ale dlaczego zgadzałyście się na seks bez zabezpieczeń?

Jest nastrój, dwie butelki wina. Nie myśli się wtedy o prezerwatywie. Tak uważam. Zresztą spytałam, czy jest zdrowy. Powiedział, że tak. Dlaczego miałam sądzić, że kłamie i chce mnie zabić? Był osobą publiczną, dostał tytuł Antyrasisty Roku. Widywałam go w towarzystwie polityków lewicy, ludzi, których znałam z gazet. Czy nastolatka nie może uznać, że komuś takiemu wolno zaufać? Kiedy pierwsza dziewczyna zgłosiła, że Mol ją zakaził, policja była skonsternowana. Czekano z aresztowaniem, bo – jak mówiono – jeśli chodzi o takiego człowieka, nie można sobie pozwolić na pomyłkę.

Była pani nim zafascynowana. Dlaczego Mol pociągał tyle kobiet?

Kiedyś siedziałyśmy razem, dziewczyny, które zostały zakażone przez Mola, i opowiadałyśmy sobie nasze historie. I zrozumiałyśmy, że gdyby słuchał ktoś postronny, mógłby pomyśleć, że mówimy o różnych mężczyznach.Bo za każdym razem Mol był inny. Dla jednej był szarmancki i elegancki. Dla drugiej – biednym Murzynkiem potrzebującym pomocy. W stosunku do następnej zachowywał się jak macho. Niektóre, gdy go poznały, myślały, że nigdy nie poszłyby z kimś takim jak on. Po pięciu minutach rozmowy zmieniały zdanie. Genialnie wyczuwał dziewczyny, wiedział, czego szukają w mężczyźnie. Żadna z nas nigdy przedtem nie zetknęła się z czymś takim. Normalny człowiek tak nie potrafi.

Wie pani, że nie wzbudzacie w naszym społeczeństwie współczucia? Na forach internetowych ludzie piszą, że same jesteście sobie winne.

Na początku wszystko czytałam, potem dałam sobie spokój. Wiem, że nas wyzywają, że padają pod naszym adresem epitety. Kiedyś znalazłam wpis internauty wstrząśniętego, bo przeczytał, że Simon Mol mógł zakazić nawet 64 kobiety. Napisał: „jaki polski mężczyzna ma w ciągu całego życia aż 64 kobiety!”. Zrozumiałam, że ta niechęć do nas bierze się też z zawiści wobec Mola.

Naprawdę Mol mógł zakazić aż tyle kobiet?

Nie chcę spekulować. Ale jeśli rozmawia ze sobą 11 kobiet zakażonych przez Mola i okazuje się, że cztery z nich zaraził w tym samym miesiącu, to jaka była jego aktywność? Ile kobiet mógł zarazić, jeśli działał w Polsce dziesięć lat? Ja sama myślę o tym jak o gigantycznej pajęczynie, bo przecież te kobiety zakażały dalej. W centrum pajęczyny jest Simon Mol.

Wspominała pani, że w Polsce działał, a nawet działa, tak jak Mol jeszcze ktoś inny.

Jestem wręcz tego pewna. Nie chcę nikogo wskazywać palcem, ale wiem o takim przypadku. Uchodzi mu to na razie bezkarnie. Podejrzewam, że pobudki działania tego człowieka są takie same jak te, które – jak myślimy – miał Mol. Mam nadzieję,że wreszcie ktoś go powstrzyma.

W czasie całej rozmowy używa pani uparcie słowa „Murzyn”. Chyba odpuściła pani sobie poprawność polityczną. I powtarza też, że władze powinny zrobić wszystko, by nie wpuszczać tylu Murzynów do Polski. Chyba kiedyś miała pani inne poglądy.

Władze powinny chronić swoich obywateli. Każdy , kto dostanie azyl powinien wiedzieć ,że nie może bezkarnie zakażać innych.

Źródło: Rzeczpospolita: Chciał nas zabić
Maja Narbutt 20-09-2008

Powiązane artykuły:
AIDS w Afryce
Afrykanin świadomie zaraża HIV
Simon Mol, zawodowy uchodźca

Ofiary wojny w Gruzii (Osetii Południwej)

Mniej niż 100 cywilów zginęło w ubiegłym miesiącu podczas wojny w Gruzji – poinformowała organizacja Human Rights Watch. Jest to znacznie mniejsza liczba od podawanej przez przedstawicieli Rosji i Osetii Południowej.

Tatiana Łokszyna, rosyjska obrończyni praw człowieka, która w imieniu Human Rigths Watch dwukrotnie pojechała do regionu, oznajmiła, że wizyty w szpitalu i na cmentarzu oraz rozmowy z lokalnymi mieszkańcami nie potwierdziły twierdzeń Rosji i Osetii Południowej, że w wojnie zginęło około 1500 cywilów.

– Nie wiem, skąd wzięto liczbę 1500 ofiar – powiedziała Łokszyna. – Bogu dzięki cywilne ofiary śmiertelne nie idą w tysiące”. Jak dodała, wszystko wskazuje na to, że zginęło „mniej niż 100” cywilów.

Zaznaczyła, że na obecnym etapie nie sposób określić dokładnej liczy ofiar.

Jej zdaniem liczba 1500 najwyraźniej obejmuje także zabitych rebeliantów osetyjskich oraz rannych cywilów, którzy zapewne zostali zabrani na leczenie przez wycofujące się wojska gruzińskie.

Aleksandr Czerkasow ze znanej rosyjskiej organizacji obrony praw człowieka Memoriał podkreślił natomiast, że historia dowodzi, iż liczba zabitych cywilów nie może być większa niż liczba rannych cywilów. Jak zaznaczył, w głównym szpitalu w Osetii Południowej, gdzie leczono ofiary konfliktu, zarejestrowano tylko 273 rannych.

Łokszyna powiedziała też, że wbrew oskarżeniom Rosji i Osetii Południowej osoby gromadzące dane nie znalazły dowodów okrucieństw, tortur i gwałtów, których mieli się dopuścić żołnierze gruzińscy.

Powiedziała jednak, że jej pobyty w regionie wykazały, że gruzińskie czołgi umyślnie ostrzeliwały piwnice budynków mieszkalnych, gdzie ukrywali się cywile.

Czerkasow powiedział natomiast, że mieszkańcy Osetii Południowej więzili gruzińskich cywilów i ich bili. Jak podkreślił, południowooestyjscy bojownicy wciąż plądrują i niszczą wioski gruzińskie.
PAP
11-09-2008

Ostatnie podrygi wolności w Hiszpanii

Hiszpańscy socjaliści oskarżyli o dyskryminację Kolegium Świętego Stanisława Kostki (SEK), które odmówiło przyjęcia dzieci dwóch mam

Perypetie kobiet, które opisał ze szczegółami lewicowy dziennik „El Pais”, pokazują, że socjalistyczny rząd Hiszpanii nie zdołał narzucić społeczeństwu swojej awangardowej wizji rodziny.

„Nie ma miejsc dla dzieci w tym wieku” – usłyszały Maria i Julia, gdy przyszły zapisać dwuletnie bliźniaczki do prywatnego katolickiego przedszkola prowadzonego przez SEK na przedmieściach Madrytu. Julia natychmiast poleciła swojej sekretarce, by tam zadzwoniła i spytała o miejsca dla dwulatków. Okazało się, że jednak są.

Kobiety żyją ze sobą siedem lat. Ślub cywilny wzięły w 2006 roku, gdy Julia była w ósmym miesiącu ciąży po kolejnym sztucznym zapłodnieniu i paru poronieniach. Chciały, by bliźniaczki zostały zapisane w urzędzie stanu cywilnego pod nazwiskami jednej i drugiej. Urzędnicy uświadomili im jednak, że jest to niemożliwe. W książeczce rodzinnej dziewczynki figurują więc jako dzieci samotnej matki. Podobnie jest w świadectwie chrztu. Gdyby Julia umarła podczas porodu, Maria nie mogłaby przejąć opieki nad jej córeczkami, choć łączył je związek zawarty w majestacie prawa i potwierdzony powagą państwa hiszpańskiego. Maria wystąpiła więc o adopcję bliźniaczek. Procedura ciągnie się do dziś. Według organizacji homoseksualistów takich skomplikowanych przypadków jest w Hiszpanii więcej.

Ponad trzy lata temu socjalistyczny rząd zrównał w prawach związki osób tej samej płci z małżeństwem kobiety i mężczyzny. Połączonych formalnie par gejów i lesbijek są dziś w Hiszpanii tysiące. Ale wielu urzędników nadal uchyla się od udzielania im ślubów, zasłaniając się obiekcjami natury moralnej. Wesela gejów nie wszędzie są mile widziane. Brak społecznej akceptacji dla nowego rodzaju związków dotyka też dzieci. Zdarza się, że ojciec uzyskuje prawo do opieki tylko dlatego, że matka żyje z kobietą.

Jose Luis Malaga, rzecznik SEK, do którego placówek uczęszcza w całej Hiszpanii 7 tys. dzieci i nastolatków, twierdzi, że nikt nie jest w nich dyskryminowany. – Te dziewczynki znajdują się na liście oczekujących – mówi. Zapewnia, że jeśli tylko znajdą się wolne miejsca, bliźniaczki zostaną przyjęte „bez problemu”.

Rzeczpospolita: Przedszkole nie dla dzieci lesbijek
Małgorzata Tryc-Ostrowska 12-09-2008

Film o aborcji zakazany

Na obozie dla fińskiej młodzieży, która ma przystąpić do protestanckiej konfirmacji, pastor pokazał drastyczny film o aborcji. Policja zbada, czy duchowny nie złamał prawa

Jako „rzeczywiście nieprzyjemny” określił film biskup diecezji Pori Gustav Björkstrand. – Na białym prześcieradle rozłożono części rąk i nóg płodu – powiedział dziennikowi „Huvudstadsbladet”. Udzielił też pastorowi Halvarowi Sandellowi pisemnej reprymendy.

Na drastyczny film zwróciła uwagę radna z rady miejskiej Helsinek Birgitta Dahlberg. Poprosiła policję o zajęcie się sprawą. Według niej to, co uczynił pastor, jest porównywalne z pokazywaniem osobom nieletnim filmów porno. Treść obrazu zweryfikowało już Biuro Kontroli Filmów i doszło do wniosku, że nie powinno się go pokazywać dzieciom poniżej 18. roku życia, ponieważ może szkodliwie wpłynąć na ich rozwój.

Jako 14-latka Birgitta Dahlberg widziała film o Sarah Graham. To kobieta, która została skazana za morderstwo, choć była niewinna. Scena, w której wykonywa-ny jest wyrok na Sarah Graham, prześladuje ją przez całe życie. Dahlberg obawia się, że wyprodukowany w celach propagandowych film o aborcji może wywrzeć podobny efekt na konfirmującą się młodzież. Jej zdaniem fakt, że film jest dostępny w Internecie, nie stanowi okoliczności łagodzącej dla pastora Sandella.

Według prawa za pokazywanie niepełnoletnim zakazanego materiału grozi mandat lub sześć miesięcy więzienia. Policja w ciągu tygodnia oceni, czy sprawa wymaga dalszego dochodzenia.

Masz pytanie, wyślij e-mail do autorki: a.nowacka@rp.pl

Rzeczpospolita: Finlandia: film o aborcji na cenzurowanym
Anna Nowacka-Isaksson 12-09-2008