Głos Wolności – rozmowa z Vaclavem Klausem

Rozmowa z Vaclavem Klausem prezydentem Republiki Czeskiej

Rz: Czy podczas czwartkowej wizyty w Pradze prezydent Lech Kaczyński próbował pana przekonać do traktatu lizbońskiego?

Vaclav Klaus: Prezydent Kaczyński nie próbował przekonywać mnie, że traktat lizboński jest piękny. Moje stanowisko w tej sprawie jest powszechnie znane i nie ma mowy, żeby się zmieniło.

Jak zareagowałby pan, gdyby prezydent Kaczyński ostatecznie podpisał traktat?

Zaakceptowałbym to bez mrugnięcia okiem. To jego prawo, by tak postąpić, i nigdy nie śmiałbym go za to krytykować. Ani publicznie, ani prywatnie.

Czy podpisze pan traktat? Niektórzy politycy w Czechach twierdzą, że powinien pan to zrobić, gdyż w przeciwnym razie naruszy pan konstytucję, a co za tym idzie – interes narodowy Czech…

Biorąc pod uwagę czeski interes narodowy, jeżeli już używamy tego terminu, nigdy nie powinienem podpisać traktatu lizbońskiego.

Osobiście dziękował pan mieszkańcom Irlandii za to, że głosowali przeciwko traktatowi. Czy Unia Europejska i Europejczycy w ogóle potrzebują traktatu lizbońskiego?

Taki dokument nie jest potrzebny do standardowego funkcjonowania Unii – w tym do jej dalszego rozszerzenia – i w przyszłości może zaszkodzić wolności i demokracji w Europie.

Leżąc niedawno w szpitalu po operacji biodra, żartował pan, że może sam napisać nowy europejski traktat. Co by pan w nim zamieścił? Co byłoby najważniejsze?

Najważniejszy byłby powrót do międzyrządowości (konfederacyjny model integracji europejskiej z 1961 r. oparty na unii suwerennych ojczyzn – przyp. red.) oraz jednomyślnego podejmowania decyzji. Powrót „unii” do „wspólnoty”.

Nie lubi pan być nazywamy Europejczykiem. Opowiada się pan przeciwko europejskiej biurokracji. Dziś mówi pan, że jest przeciwko Europie a la francaise. Dlaczego?

Jestem Europejczykiem (to jedna z moich cech tożsamości), ale to poczucie nie jest bardzo silne. Jest na przykład znacznie słabsze niż poczucie bycia Europejczykiem z Europy Środkowej czy Słowianinem. Nie jestem teraz przeciwko Europie a la francaise, ale jestem przeciwko tendencjom do coraz większego zacieśniania integracji europejskiej i przeciwko jej socjalizacji. Te tendencje są dziś wyraźnie obecne w ambicjach Francji podczas jej przewodnictwa w UE.

Od 1 stycznia 2009 r. to Czechy będą stać na czele Unii Europejskiej. Chciałby pan, żeby wszyscy członkowie UE mówili wtedy jednym głosem? Co będzie dla pana najważniejsze podczas tego przewodnictwa?

Nie mam wielkich ambicji, jeśli chodzi o przewodnictwo UE. To po prostu formalna, a nie rzeczywista, rola. Porównanie niemieckiego i słoweńskiego przewodnictwa całkiem wyraźnie to pokazuje.

Prezydenci Czech i Polski mówią dziś niemal jednym głosem, jeśli chodzi o sprawy Unii Europejskiej. Czy możemy się spodziewać nowego sojuszu polsko-czeskiego?

Zawsze będzie mi miło stać ramię w ramię z prezydentem Polski. Określenie „sojusz” jest jednak zbyt silne. Nie wierzę, by obywatele obu krajów byli do niego chętni.

Polska i Czechy są dziś sojusznikami USA. Łączy je też amerykańska tarcza antyrakietowa. Czy to może zaszkodzić obu krajom w relacjach z UE? Czy Polska i Czechy mogą być postrzegane w Unii jako konie trojańskie Ameryki?

Rzeczywiste interesy obu naszych krajów w pozytywnych stosunkach z USA są tak silne, że reakcje niektórych „antyamerykańskich” polityków w UE nie są uważane za istotne.

Istnieją obawy, że czeski parlament może nie ratyfikować umowy z Waszyngtonem w sprawie tarczy. Czy to możliwe? Czy jest pan pewien, że proces ten zakończy się w Czechach pozytywnie?

Za wcześnie, by o tym mówić, ale oczekuję, że parlament ratyfikuje tę umowę.

Polska wciąż jest w trakcie negocjacji w sprawie tarczy. Co pana zdaniem powinna teraz zrobić? Czy miałby pan dla Warszawy jakieś propozycje?

Nie mam żadnych propozycji dla Polski. Jestem przekonany, że Polacy sami wiedzą, co robić.

Źródło: Rzeczpospolita: Ten traktat szkodzi wolności

Katarzyna Zuchowicz  26-07-2008

————

Inne artykuły /wypowiedzi prezydenta Czech Vaclav Klausa

Prawdziwa twarz przedstawicieli Unii Europejskiej – skandaliczne zachowanie parlamentarzystów europejskich na spotkaniu z Prezydentem Vaclavem Klausem

Madry człowiek Vaclav Klaus – prezydent Czech

Głos Wolności – rozmowa z Vaclavem Klausem

Vaclav Klaus o integracji europejskiej, tarczy antyrakietowej i ekologach

Traktat Reformujący EU- Konstytucja Europejska

Reklamy

Biurokracja EU ogranicza demokrację

Coraz bardziej ograniczana demokracja staje się w UE pozorem. Lawinowo narastające unijne prawo przestaje wyznaczać ramy wolności, a staje się regulaminem życia

UE coraz szczelniej zabudowywana jest przez nowe normy prawne, regulacje i zarządzenia. Nad głowami jej obywateli jak miecz Damoklesa wisi Karta praw podstawowych. Prawa w Europie muszą zostać ujednolicone, tłumaczą nam prawodawcy z Brukseli. Dla naszego dobra zostaną „zharmonizowane” i aby „zwiększyć ich efektywność dla prawnej obrony jednostki”, dostaniemy w prezencie ich kolejny pakiet.

Im więcej dobrych praw, tym lepiej – tłumaczą europejscy mędrcy.Czy na pewno? Można odnieść wrażenie, że „żelazna klatka” racjonalnej biurokracji, o której pisał ojciec socjologii Max Weber, zamyka się w obecnym projekcie UE. Prezentowana jest jako spełnienie europejskiej historii, ale jak wszystkie utopie okazuje się raczej jej zaprzeczeniem.

Przyzwyczailiśmy się myśleć, że ujednolicenie norm prawnych jest niezbędne dla europejskiej integracji i z zasady pozytywne. Czy jest tak naprawdę? Stany Zjednoczone są krajem zintegrowanym, w którym żyje jeden naród mający silne poczucie swojej tożsamości. Dzieje się tak pomimo odmiennych praw, których przestrzegają składające się nań stany. W Europie w odmiennych państwach żyją odmienne narody. Generalną, cywilizacyjną wspólnotę realizują one w różnych kulturowo wariantach wypływających z innych historycznych doświadczeń, które przekładają się na zróżnicowane tradycje. Wyrażają się one także w odmiennych prawach.

Dwa modele integracji

Z grubsza rzecz biorąc, można przyjąć dwa modele integracji kontynentu.Jeden umownie nazwać można naturalnym. Narody stopniowo likwidują dzielące je bariery. Korzyści płynące ze współpracy prowadzą do eliminacji antagonizmów i wzmacniają tworzące się między nimi więzi. Rodzi się realna wspólnota interesu, nie tylko w wymiarze ekonomicznym, która z czasem doprowadzić powinna do integracji politycznej.

Tak działali ojcowie założyciele wspólnoty europejskiej. Po kataklizmie II wojny światowej, którą wielu uważało za kolejny etap europejskiej wojny domowej rozpoczętej w 1914 roku, a prowadzącej nieomal do samobójstwa naszego kontynentu, uznali oni, że trzeba zrobić wszystko, aby w przyszłości zapobiec tego typu konfliktom. Ich cel był polityczny, ale drogę do niego stanowić miała gospodarka. Europejska Wspólnota Węgla i Stali, która w życie weszła w 1952 roku, stanowiła doskonały fundament budowania przyszłej, nie tylko ekonomicznej, jedności. Potem powstawały kolejne wspólnoty, które prowadziły do zacieśniania się europejskich więzi.

Co najmniej jednak od początku lat 90., od traktatu w Maastricht, a w rzeczywistości już wcześniej, mamy do czynienia z radykalnym odwróceniem tej metody. Europę dominować zaczyna idea stworzenia odgórnego projektu, który kraje członkowskie zmuszone będą wprowadzać w życie. O ile pierwszy model integracji wdrażany był przez „europejskich funkcjonalistów”, o tyle obecnemu patronują „kreacjoniści”, wyznawcy inżynierii społecznej. Pociąga on za sobą lekceważenie dla partykularnych kultur, czyli odrębności kształtowanych przez pokolenia odmiennych dziejów. Przyświeca mu wiara we wszechmoc „oświeconego rozumu”, którego adepci, planiści doskonali, są w stanie zaprojektować idealny ustrój kontynentu.

Ów ustrój realizowany będzie przez system niesłychanie rozbudowanych regulacji, które funkcjonują jako europejski system prawny. Od Karty praw podstawowych przez kolejne zakazy i nakazy tworzony jest drobiazgowy projekt Europy, w której prawo wypiera politykę i narzuca ostateczny i jednoznaczny kształt naszej rzeczywistości. Owe prawne regulacje zastąpić mają tradycyjne, kulturowe fundamenty, etykę i obyczaj. Ostatnim przykładem takiego aktu jest przyjęty przez Komisję Europejską „zakaz dyskryminacji w dostępie do towarów i usług, edukacji, opieki zdrowotnej czy socjalnej”.

Dyskryminacja: i śmieszna i straszna

Na pierwszy rzut oka zakaz dyskryminacji jest oczywistością. Kiedy jednak się zastanowimy, okazuje się, że jest to przykład regulacji na tyle mętnej, że nie może ona stanowić prawa w klasycznym tego słowa znaczeniu. Wprowadzenie jej daje natomiast ogromną władzę w ręce biurokratycznej instytucji, która będzie usiłowała zakaz taki egzekwować, wszystko jedno, czy będzie to jakaś komisja czy sąd.

Zarówno w prawie unijnym, jak i normach krajów członkowskich występuje zakaz wszelkiego typu dyskryminacji rasowej czy płciowej. Czy nie wystarczy? Co oznacza wzbogacenie go o wyszczególnienie dostępu do towarów i usług? Jeśli nie mogą istnieć oficjalne przepisy dyskryminacyjne – a nie mogą – to trudno zrozumieć wprowadzenie tego kolejnego zakazu. Czy jest to żądanie wyrównania dochodów, aby każdy miał jednakowy dostęp do wszelkich dóbr? Czy kryje się za nim chęć wyeliminowania bardziej elitarnych szkół i uczelni, na które trudniej się dostać, oraz prywatnej służby zdrowia, dostęp do której wiąże się z dodatkowymi opłatami? Czy egzaminy badające sprawność intelektualną nie są przejawem dyskryminacji inteligentnych inaczej?

Sprawa jest śmieszna, ale ma poważne konsekwencje, o czym świadczy niepokój przedsiębiorców europejskich traktujących ten przepis poważnie. Dla nich jest jasne, że jest on kolejnym instrumentem biurokracji europejskiej umożliwiający jej ingerencję w procesy rynkowe i działalność gospodarczą.

Cała władza w ręce sądów

Czy ten groteskowy zapis pozostanie kolejną martwą regulacją spośród tysięcy wyprodukowanych przez unijną biurokrację czy okaże się uniwersalną bronią w rękach pyszałkowatych sędziów, zależy od przedstawicieli europejskiego wymiaru sprawiedliwości. Zaufania do nich, jak do żadnej grupy, która uzyskała zbyt wiele kompetencji, mieć nie można.

Zresztą pomysł, aby powierzać przedstawicielom pewnej wąskiej korporacji tak daleko idącą władzę, jeży włosy na głowie. Twórca koncepcji trójpodziału władzy, Montesquieu, na którego jak na objawienie powołują się wszyscy ci, którzy nigdy nie zajrzeli do „O duchu praw”, zaznaczał, że fundamentem wymiaru sprawiedliwości winni być wybierani doraźnie ławnicy, gdyż powierzenie takiej „strasznej” władzy jakiejś zamkniętej grupie prowadziłoby do opłakanych konsekwencji.

Podczas dyskusji nad projektem konstytucji europejskiej zorientowałem się, że niewielu jej polskich zwolenników ma choćby elementarną wiedzę o jej treści. Propozycje płynące z Brukseli przyjmowali jako prawdy objawione. Nieliczni, którzy zapoznali się z tekstem, na pytanie o jego wewnętrzne sprzeczności odpowiadali, że problemy z nich wynikające rozstrzygnięte zostaną przez orzecznictwo Trybunału Europejskiego. Bezrefleksyjnie powierzali więc swoją (i swoich narodów) przyszłość niekontrolowanej przez nikogo grupce, która wyłoniona została w szerzej nieznanych procedurach.

Zgodnie z klasycznymi zasadami prawo winno być jasne i jednoznaczne. Jeśli prawodawcy przestrzegają tych zasad, sędziom pozostaje jedynie stosowanie prawa. Obecne prawo europejskie jest zaprzeczeniem klarowności. Przykładem może być przywołany już zakaz dyskryminacji. Im więcej zresztą prawo chce regulować, tym bardziej tracić musi na precyzji. Staje się instrumentem władzy, który jej depozytariusze stosować mogą arbitralnie.

Planiści z paragrafem

Obecni kreatorzy Unii odwołują się zwykle do tych samych haseł, co ich poprzednicy, ale sposób ich rozumienia budzi podejrzenie, że chodzi o zgoła odmienne projekty. Eliminacja protekcjonizmu i barier dzielących poszczególne kraje z pewnością sprzyja wolnemu rynkowi. Czy służy mu jednak ujednolicenie norm prawnych i narzucenie odgórnych rozwiązań? Można mieć uzasadnione wątpliwości. Działania te motywowane są również potrzebami rynku. Dlaczego więc sprawa nie została pozostawiona mechanizmom konkurencji, która z czasem wymusiłyby na przedsiębiorcach dostosowanie się do optymalnych rozwiązań?

Fundamentalną zasadą rynku jest cena płacona za błędne posunięcia. Wyobrażenie, że odgórnie wyeliminujemy wszystkie koszty gospodarki rynkowej, zachowując jej przewagi, jest nieporozumieniem.

Brukselskimi planistami kieruje impuls podobny do tego, który ożywiał planistów socjalistycznych. Wydaje się im, że mogą zaprojektować precyzyjnie kosmos gospodarki, który nie poddaje się takim działaniom. Warto przypomnieć, że Marks wymyślał swoją teorię również jako projekt racjonalnego uporządkowania rynkowego chaosu, gdyż w ten właśnie sposób jawił się autorowi „Kapitału” świat konkurencji.

Rynek działa w ramach prawa. System prawny może jednak gospodarce sprzyjać lub jej przeszkadzać. Nadmierne regulacje jej nie służą. Rynek to przestrzeń wolności. Jasno wytyczone ramy pozwalają mu się rozwijać. Próba nadmiernego uporządkowania międzyludzkich relacji blokuje ich rozwój. We współczesnej UE prawo zaczyna zastępować rynek, czego przytoczone regulacje były tylko przykładem.

Metoda, którą posługują się obecni inżynierowie UE, narzuca już pewien określony model stosunków społecznych. Jest to biurokratyczny, scentralizowany system, który opiera się na wierze, że oświecony rozum odgórnie jest w stanie narzucić optymalny ład ludzkiemu kosmosowi, w tym wypadku kosmosowi europejskiemu. Przy takim podejściu ludzkie jednostki i zbiorowości stają się tworzywem w rękach inżynierów społecznych. A ci nie liczą się ani z ich specyfiką, ani z tradycjami. Co najwyżej traktują je jako przeszkodę. Socjalistyczni inżynierowie posługiwali się władzą polityczną. Inżynierowie UE zastąpili je paragrafem.

Rewizja tożsamości

Obecny model tworzenia Europy musi prowadzić w kierunku biurokratycznego państwa opiekuńczego. Nie sposób wyobrazić sobie innego ładu budowanego przez system nakazowo-rozdzielczy. Dzieje się tak bez względu na retorykę, do której odwołują się – często świadomie instrumentalnie – twórcy obecnej Unii.

Przykładem bywa zasada pomocniczości, którą tak obficie szermują dokumenty europejskie i której pełno było w projekcie konstytucji unijnej.

Zasada ta (dziś w Polsce, stosując kalkę językową, nazywamy ją subsydiarnością, co świadczy, że zapomnieliśmy o jej źródle) była droga ojcom założycielom europejskiej wspólnoty. Wywodzi się z katolickiej doktryny społecznej i zakłada, że instancje szczebla wyższego zajmują się tylko tymi sprawami, których nie sposób załatwić na szczeblu niższym, a więc samorządowym.

Obecny model tworzenia Unii, czyli narzucania jej odgórnie drobiazgowych praw i regulacji, jest zaprzeczeniem pomocniczości.

Projekt konstytucji europejskiej ciągle powoływał się na pomocniczość, zaznaczając, że zasada ta obowiązuje we wszystkich sprawach, chyba że dotyczą one europejskiej integracji. Tego, że każde zjawisko społeczne w Europie może mieć związek z integracją, dowodzić chyba nie trzeba.

System praw socjalnych gwarantowanych obywatelom w Karcie praw podstawowych i wszelkich regulacjach, jak choćby owym zakazie dyskryminacji prowadzi do przekształcenia Europy w opiekuńcze superpaństwo. Ale projekt europejski idzie dalej. To także próba przebudowy świadomości Europejczyków, zasadniczej reorientacji ich kultury.

Twórcy projektu konstytucji europejskiej jednoznacznie przeciwstawili się umieszczeniu w preambule odniesienia do jej chrześcijańskiego rodowodu. Gotowi byli odwoływać się do tradycji antycznej i oświeceniowej, natomiast za żadną cenę nie zgodzili się na odnotowanie najważniejszego składnika europejskiej tożsamości. Biorąc pod uwagę, że chodziło wyłącznie o potwierdzenie oczywistości, a nie deklarację ideową, deklaracją ideową staje się właśnie ta odmowa.

Uznanie, że Europa jest przede wszystkim wspólnotą kultury, co wydaje się bezdyskusyjne, w wydaniu twórców projektu konstytucji, czyli establishmentu unijnego, nie oznacza akceptacji europejskiej tożsamości, ale jej rewizję. Wyraźnie wskazuje to Karta praw podstawowych tudzież inne prawa ,w tym nawet przytoczony zakaz dyskryminacji.

Europę napędzać ma impuls walki z wszelkimi nierównościami czy dyskryminacjami, który przybiera charakter radykalnego egalitaryzmu wymierzonego w tradycyjnie dominujący w Europie ład kulturowy.

Zakwestionowane mają zostać wszelkie klasyczne role społeczne, nawet wynikające z biologii (jak podział płciowy), wszelkie hierarchiczne porządki, jak na przykład relacje miedzy rodzicami a dziećmi, między kulturą dominującą a kulturami przyniesionymi przez przybyszy spoza kontynentu.

Laickość staje się agresywną quasi-religią eliminującą Kościół z przestrzeni publicznej, na cenzurowanym staje tradycyjnie najważniejsza instytucja kultury, czyli rodzina. Dopiero niezróżnicowana zbiorowość stanie się łatwym obiektem kurateli oświeconej elity.

Kontrkultura instytucjonalna

Według lewicowej antropologii, która dominuje współcześnie w Europie i którą w dużej mierze przyswoiła sobie również polityczna prawica europejska, człowiek jest bezgrzeszny, zło musi więc pochodzić z kultury. To przesądy „paternalistycznej” kultury mają być odpowiedzialne za dyskryminację i nierówności Ponieważ jednostki i zbiorowości są kulturowo zdeterminowane – oczywiście poza tymi, którzy dostąpili oświecenia, a więc należą do europejskiej elity – same wyzwolić się z okowów tradycji nie potrafią. Dopiero odgórna interwencja pozwoli im się wyemancypować – to kolejne słowo klucz dominującego europejskiego żargonu. Służyć ma temu prawo.

Dla realizacji tego postępowego celu tradycyjne, demokratyczne mechanizmy stanowienia prawa okazują się mało skuteczne. Jeśli jesteśmy kulturowo uwarunkowani, to wybierani (i odwoływani) przez nas reprezentanci będą unikali tworzenia prawa w niezgodzie z opiniami ogółu. Prawo europejskie stanowione przez establishment, który oderwał się od swoich wyborców, ma inny charakter. Prace nad projektem europejskiej konstytucji są tego dobitnym przykładem. Utworzona w ramach gabinetowych zabiegów grupa, która miała uporządkować dziesiątki tysięcy stron regulacji, przekształciła się w samozwańczą konstytuantę i drogą manipulacji (wielodniowe dyskusje o drobiazgach i zatwierdzane w ostatnich momentach najważniejsze decyzje) uzyskała zgodę na przygotowany wcześniej projekt łącznie z dokumentem tak fundamentalnym, jak Karta praw podstawowych. Gdy projekt odrzucony został w referendach, wprowadzono go w wersji integralnej do międzyrządowego traktatu. Ponieważ Irlandczycy w referendum nie przyjęli go, europejskie elity usiłują wymusić na nich zmianę decyzji.

Obok jednak traktatów normujących działanie całej Unii Bruksela produkuje ogromne liczby regulacji, których w rzeczywistości nie kontroluje nikt, a które pełnią w niej funkcję prawa.

Prawo zamiast polityki

Wbrew obiegowym opiniom demokratyczna polityka jest domeną wolności. Obywatele zgodnie ze swoją wolą kształtują stosunki w swoim państwie. Oddelegowują czasowo rządy swoim przedstawicielom, których wybierają ze względu na ich programy i kwalifikacje, oraz rozliczają z ich działań. Prawo wyznacza ramy polityce. Z zasady jest czymś definitywnym. Dlatego powinno być czytelne i ograniczone. Prawo współczesne, a prawo unijne w szczególności, jest tego zaprzeczeniem. Porządek prawny w systemie demokratycznym może być ostatecznie rewidowany przez obywateli, którzy wybierają swoich prawodawców. Granicą wolności winny być prawa podstawowe zawarte w konstytucji (pisanej albo nie). Nadmiernie rozbudowane konstytucje odbierają obywatelom wolność, narzucają im bowiem coraz bardziej szczegółowe i niezwykle trudne do zmiany regulacje, które są już wyłączone spod ich woli.

Proces ten w UE przebiega w sposób lawinowy. Normy przyjmowane przez Komisję Europejską pętają prawa narodowe i są właściwie niekonsultowane z nikim. Coraz bardziej ograniczana demokracja staje się w UE pozorem. Europejski establishment traktuje ją zresztą jako zło nie do końca konieczne, a w każdym razie możliwe do obejścia. Przecież nie można powierzać przyszłości kontynentu nieoświeconej i uwięzionej w kulturowych przesądach zbiorowości – czasami nieomal wprost mówią unijne elity.

Tę postawę pokazuje kazus referendów, których europejscy decydenci starają się unikać jak ognia. Jeśli jednak są zmuszeni je zaakceptować, a wyniki okazują się dla nich niepomyślne, usiłują powtarzać je aż do oczekiwanego przez siebie rezultatu. W tym momencie uznane zostają za definitywne. Ich wyniki można zresztą próbować omijać, co pokazuje przykład projektu konstytucji odrzuconej w referendach i przyjętej (nie do końca) jako traktat rządowy.

Tradycyjnie prawo wyrasta z i winno być kontynuacją moralności, etyki i obyczaju. Jego zapisy dotyczą tylko jego szczególnego wymiaru i spraw ogólnych. Zgodnie ze zdrowym rozsądkiem relacje w życiu codziennym, w rodzinie, pracy, środowisku sąsiedzkim, grupie koleżeńskiej kształtowane powinny być w sposób spontaniczny, a nie poprzez prawo, które siłą rzeczy przybierać musiałoby w takiej sytuacji charakter regulaminu naszego życia. Regulaminy nie są w stanie objąć jego bogactwa, skutecznie natomiast pętają wolność.

Oczywiście ramy dla ludzkich spraw budowane są przez prawo, ale nadmierna rozbudowa podważa jego fundament i niszczy naturalny porządek ludzkich relacji. Wypierać zaczyna etykę, obyczaj, moralność. Konstruktywiści unijni uznają to za proces pozytywny. Naturalny ludzki porządek rodzi się z tradycji, zwyczajów utrwalonych przez pokolenia. Tradycja jest z natury konserwatywna, zgodnie z progresistowskim credo musi być więc źródłem zła. Dlatego, zgodnie z dominującą w UE tendencją, należy zastąpić ją odgórnie zaplanowanym przez oświecone umysły ładem, który wyrażał się będzie przez kolejne prawne regulacje.

Temu dominującemu obecnie UE kierunkowi towarzyszy odradzanie się nacjonalizmu państw ją tworzących. Dotyczy to zwłaszcza Niemiec, które pozbyły się już swoich historycznych kompleksów i aspirują do dominującej w Europie roli. Ale to już nieco inny wymiar problemu.

Źródło: Rzeczpospolita: Utopia Eurokratów

Bronisław Wildstein  26-07-2008

Praktyki szpiegowske – czyli jak działa wywiad

Doradca premiera Wielkiej Brytanii cały wieczór przetańczył w objęciach pięknej dziewczyny w dyskotece w Szanghaju. Potem zaprosił ją do hotelu. Rano urzędnik stwierdził, że dziewczyna zniknęła, a razem z nią urządzenie do wysyłania i odbierania poczty elektronicznej.

Do zdarzenia doszło na początku roku podczas oficjalnej wizyty Gordona Browna w Chinach. Współpracownik premie-ra natychmiast poinformował o kradzieży służby bezpieczeństwa. Zdaniem ekspertów chiński wywiad najprawdopodobniej bez trudu odzyska wszystkie informacje zapisane w malutkim komputerze, a nawet może wykorzystać go do włamania się na serwer Downing Street. Brytyjski kontrwywiad jest niemal pewien, że chiński wywiad zastawił „honey-trap” – słodką pułapkę nagminnie stosowaną w czasach zimnej wojny.

W Chinach czy na Białorusi agentki wywiadu są gotowe iść do łóżka z osobą, od której mają wydobyć tajne informacje

Władze w Tokio są przekonane, że w podobną pułapkę wpadł trzy lata temu jeden z pracowników japońskiej ambasady w Pekinie. Dyplomata, który miał być szantażowany przez pracownicę baru karaoke, popełnił samobójstwo. Chińskie władze zapewniają, że to bezpodstawne pomówienia.

Seks na rozkaz

– W takich metodach przodowali Rosjanie, a teraz świetni są w nich także Chińczycy. Ta technika operacyjna najlepiej sprawdza się w krajach niedemokratycznych, gdzie można agentce kazać iść do łóżka z osobą, którą interesuje się wywiad. Ale sięgają po nie także kraje demokratyczne. Jako przynęty stosują na przykład prostytutki – mówi „Rz” Yossi Melman, komentator ds. bezpieczeństwa i służb wywiadowczych izraelskiej gazety „Haarec”.

Polscy dyplomaci nie mają wątpliwości, że obce służby także stawiają na ich drodze atrakcyjne kobiety, a czasem przystojnych mężczyzn. – W kobiecie w sile wieku na naszej placówce zakochał się dwudziestoletni Ukrainiec. Jej oczywiście zaszumiało w głowie i była zachwycona, że jest atrakcyjna. Ja jestem pewien, że chłopak był podstawiony – opowiada „Rz” jeden z polskich ambasadorów. Jego zdaniem w wielu przypadkach nie da się na 100 procent stwierdzić, czy chodzi o działania tajnych służb.

– Czasami są to zwykłe romanse. Ale nie mam złudzeń co do tego, że np. na Białorusi romanse są aranżowane przez służby wywiadowcze. Najczęściej do takich przypadków dochodzi właśnie w krajach byłego ZSRR – przekonuje dyplomata.

30 lat więzienia za romans z Polką

Do historii tajnych służb przeszła pułapka, jaką zastawiono w Polsce w 1963 r. Polska agentka oczarowała amerykańskiego dyplomatę Irvina Scarbecka, któremu zrobiono ukradkiem kompromitujące zdjęcia i zmuszono do współpracy przeciw USA. Gdy sprawa wyszła na jaw, został skazany na 30 lat więzienia.

Adepci tajnych służb uczą się też o przypadku z 1987 roku w amerykańskiej ambasadzie w Moskwie. Clayton Lonetree, szef straży tej placówki, dał się uwieść rosyjskiej tłumaczce, która pracowała dla KGB. Szantażowany przekazywał tajne dokumenty jeszcze po przeniesieniu do Wiednia. W końcu jednak przyznał się do współpracy.

Najsłynniejsza w historii słodka pułapka została zastawiona w 1986 r. w Londynie. Wpadł w nią Mordechaj Vanunu, izraelski inżynier nuklearny, który ujawnił brytyjskiej prasie, że Izrael posiada bombę atomową. Izraelskie służby postanowiły przekonać mężczyznę do wyjazdu z Wielkiej Brytanii, aby można było go porwać, nie wywołując kryzysu w stosunkach z Londynem. – Mossad doskonale znał portret psychologiczny Vanunu. Podstawiono mu kobietę, która tak mu zawróciła w głowie, że przekonała go do wyjazdu do Rzymu. Tłumaczyła, że ma tam mieszkanie, gdzie nikt im nie będzie przeszkadzał. A z Rzymu Vanunu został uprowadzony do Izraela – opowiada Melman.

Osłabiona czujność

Dziś kraje zachodnie przygotowują swoich polityków i dyplomatów na możliwość spotkania ze szpiegiem w przebraniu. Ale nie zabrania się im zawierania przelotnych znajomości. Urzędnik wyższego szczebla dopuszczony do tajemnic państwowych ma jednak obowiązek poinformować o dokładnych okolicznościach takiego spotkania. – Tak jest m.in. w Izraelu. Chodzi o to, aby nie można było potem takiego spotkania wykorzystać do szantażu – mówi Yossi Melman. Zachodni dyplomaci regularnie wzywani są też na rozmowy z przedstawicielami kontrwywiadu, którym muszą zdać dokładną relację ze wszystkich podejrzanych wydarzeń.

O dziwo, słabo przygotowani na tego rodzaju pułapki są dyplomaci rosyjscy. – Nie mają specjalnych szkoleń, ostrzegających przed różnego rodzaju „wpadkami”. Zakładamy, że każdy powinien o nich wiedzieć, a także dbać nie tylko o moralność państwową, ale i prywatną, co pozwoli uniknąć kłopotów – mówi „Rz” Artion Małgin, doradca ds. międzynarodowych rektora Instytutu Stosunków Międzynarodowych przy rosyjskim MSZ (MGIMO).

Również polscy dyplomaci nie przechodzą szkoleń w tej sprawie. – Mamy procedury na wypadek kontaktu z obcym agentem, ale mało kto o nich wie. Jeżeli ma się podejrzenia, że doszło do takiej sytuacji, trzeba zawiadomić ambasadora. A on, żeby informacja nie została przejęta przez obcy wywiad, powinien osobiście pojechać do kraju i spotkać się z pracownikiem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego lub wywiadu. Ale nie słyszałem, by ktoś to robił – mówi jeden z polskich dyplomatów. Jak się dowiedziała „Rz”, w polskim MSZ trwają prace nad powołaniem biura bezpieczeństwa dyplomatycznego, które ma opracować nowe procedury i pilnować ich przestrzegania.

Ośrodek badań nad kontrwywiadem http://www.cicentre.com
Źródło : Rzeczpospolita: Erotyczna pułapka na dyplomatów
Wojciech Lorenz 22-07-2008

Izraelski humanitaryzm

Izraelska organizacja pozarządowa Betselem działająca w obronie praw człowieka rozpowszechniła film wideo, na którym izraelski żołnierz strzela z małej odległości do Palestyńczyka w kajdankach

Izraelscy żołnierze pod dowództwem kilku oficerów zatrzymali 7 lipca we wsi Nilin na Zachodnim Brzegu 27-letniego Palestyńczyka, który brał udział w demonstracji przeciwko izraelskiemu „murowi bezpieczeństwa”. Na pierwszych ujęciach filmu widać mężczyznę w zielonej koszuli wymachującego palestyńską flagą i pokazującego znak „V” uniesioną dłonią.

Następne ujęcie: ten sam mężczyzna z zawiązanymi oczami i kajdankami na rękach, trzymany za ramię przez izraelskiego wojskowego w mundurze pułkownika służy za cel innemu izraelskiemu żołnierzowi, który ładuje karabin pociskiem stalowym oblanym gumą. Strzela Palestyńczykowi w nogi z odległości półtora metra.

Kolejne ujęcie: Palestyńczyk leży na ziemi, postrzelona noga ofiary drga konwulsyjnie.

Ofiara, Ashraf Abu Rama, został zatrzymany na pół godziny przez izraelskich żołnierzy i był przez nich bity. Po „eksperymencie” ze strzałem kulą gumową z bliskiej odległości został opatrzony przez lekarza wojskowego i wypuszczony.

Betselem informuje, że sceny znęcania się nad palestyńskim demonstrantem nakręciła ukradkiem ze swego okna kamerą wideo 14-letnia Palestynka, która w niedzielę rano dostarczyła film tej organizacji pozarządowej.

Izraelska organizacja praw człowieka nie ma informacji, czy w tej sprawie toczy się dochodzenie.

Betselem przypomina, że członkowie izraelskich służb specjalnych mają rozkaz informowania przełożonych o tego rodzaju nadużyciach. Komunikat podkreśla, że Betselem zażądała śledztwa w tej sprawie, „szczególnie poważnej” ze względu na udział w wydarzeniu izraelskiego oficera w randze pułkownika.

http://www.btselem.org
Źródło : Rzeczpospolita: Izraelski żołnierz strzelał do zakutego w kajdanki Palestyńczyka
EB 20-07-2008