Leczenie gejów i lesbijek

Źródło: Rzeczpospolita: Chrześcijański ośrodek leczy gejów i lesbijki
30.08.2007

Oazowy ośrodek Odwaga w Lublinie prowadzi terapię dla homoseksualistów, po której część z nich ma zmieniać orientację. – Tego się nie da wyleczyć – uważają seksuolodzy

Lubelska Odwaga to jedna z pionierskich inicjatyw polskiego Kościoła wobec osób homoseksualnych. Jest wzorowana na podobnych ośrodkach, które prowadzą Kościoły chrześcijańskie w USA. Utrzymuje też kontakty ze świeckimi terapeutami z zagranicy. – Byłem w dwóch takich ośrodkach w Holandii i miały one kilkaset przypadków wyleczenia z homoseksualizmu. Rozmawiałem z osobami, które dzisiaj mają normalne rodziny – mówi Grzegorz Górny publicysta „Frondy”.

30 procent odmienionych

O podobnych sukcesach polskiego ośrodka na antenie diecezjalnego Radia eR wypowiedział się arcybiskup Józef Życiński: – Osoby o odmiennej orientacji seksualnej to niestety nie jest problem teoretyczny. Takich osób przybywa. Niektórzy głoszą, że trzeba je tylko zaakceptować. Tymczasem z praktyki wynika, że terapia prowadzona tą metodą, którą stosuje się w lubelskim ośrodku, w 30 proc. prowadzi do pozytywnych następstw. Nie jest prawdą, że geny albo przyzwyczajenie decydują o wszystkim – powiedział arcybiskup Życiński i przywoływał przykłady małżeństw, w których „jego interesowali bardziej chłopcy niż żona”. -Po terapii stają się typowymi małżeństwami – mówi abp Życiński.

W ciągu siedmiu lat z terapii w Odwadze skorzystało 400 homoseksualistów.

-Przychodzą do nas osoby, które tego chcą. Potrzebują zmiany swojego życia, przeżywają konflikt pomiędzy tym, kim są, a kim chcieliby być – mówi Barbara Badura, pracownik ośrodka. Na czym polega pomoc? -Najpierw są to indywidualne rozmowy z terapeutami, którzy próbują dotrzeć do przyczyn takiej orientacji -tłumaczy Badura. -Sprawdzają, czy może stało się coś w dzieciństwie albo młodości. Potem są rozmowy w grupach. A wszystko podparte jest modlitwą -opowiada.

Ci, którzy byli w Odwadze, twierdzą, że najbardziej pomogła im wiara. – Tyle razy słyszałem, czytałem „ty się taki urodziłeś, jesteś gejem, bądź sobą i nie próbuj się zmieniać, bo wtedy dopiero będziesz nieszczęśliwy” -mówi Krzysztof, który był gejem. -Jednak dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Dziś mam żonę i dwójkę dzieci, jesteśmy ze sobą bardzo szczęśliwi -opowiada. Ożenił się z Kamilą, która pomagała mu w terapii.

Starowicz: Można to tylko wyciszyć

Lekarze podchodzą sceptycznie do możliwości zmiany orientacji pod wpływem terapii.

-Nie można się wyleczyć ze swojej orientacji seksualnej – uważa seksuolog profesor Zbigniew Lew Starowicz. – Może się zdarzyć, że ktoś o takiej orientacji z powodu swoich przekonań religijnych męczy się z tym. W takiej sytuacji może wyciszyć swoje zachowania seksualne. Do takich ośrodków trafiają właśnie takie osoby – mówi prof. Starowicz. – Homoseksualistów można doprowadzić do zachowań heteroseksualnych. Jest to traktowane jako sukces. Jednak takie osoby najczęściej wracają później do homoseksualizmu – dodaje.

Posłanka Joanna Senyszyn z SLD jest oburzona słowami arcybiskupa. – Światowa Organizacja Zdrowia uznała, że homoseksualizm nie jest chorobą, i został wykreślony z listy chorób. Tak był traktowany w XIX i na początku XX wieku. Karano wtedy za niego więzieniem i leczono homoseksualistów za pomocą elektrowstrząsów. To, co mówi arcybiskup, wpisuje się w takie traktowanie homoseksualistów -mówi Senyszyn.

Ze zdaniem arcybiskupa nie zgadza się też Robert Biedroń z Kampanii przeciw Homofobii. – Jeżeli można by leczyć z homoseksualizmu, to pierwszą wyleczoną instytucją byłby Kościół katolicki. Bardzo szybko by się skończyły skandale wywoływane przez księży homoseksualistów, a tak nie jest. Na świecie nie leczy się z homoseksualizmu, tylko z nienawiści do homoseksualistów – mówi Biedroń. Podważa także skuteczność terapii. -Takie leczenie może tylko prowadzić do większych zaburzeń i problemów z akceptacją swojej orientacji przez te osoby. To czyni je nieszczęśliwymi.
ELŻBIETA POŁUDNIK, JAROSŁAW STRÓŻYK

Reklamy

Rejestracja stron WWW (internetowych)

Źródło: Rzeczpospolita: Strony internetowe do rejestracji
29.08.2007

SĄD NAJWYŻSZY Kontrowersyjne postanowienie
Strony internetowe do rejestracji

Właściciele stron internetowych muszą je zarejestrować, jeśli nie chcą być ścigani przez prokuraturę. To efekt ostatniego postanowienia Sądu Najwyższego

Prokuratorzy coraz chętniej ścigają autorów stron internetowych za to, że nie zarejestrowali ich w sądzie jako dziennik lub czasopismo. Przekonał się o tym m.in. Leszek Szymczak, prowadzący serwis GazetaBytowska.pl, który został oskarżony o prowadzenie serwisu bez rejestracji. Organy ścigania zajęły się nim, ponieważ nie usunął z forum komentarzy internautów na temat komornika, o którym program wyemitowała TVN.

Szymczak czeka na wynik apelacji. W pierwszej instancji sąd w Słupsku co prawda umorzył postępowanie ze względu na niską szkodliwość społeczną czynu, ale jednocześnie uznał, że oskarżony rzeczywiście złamał prawo, gdyż nie zarejestrował swej strony. To samo dotknęło wydawców serwisu „Szycie po przemysku”. Co ciekawe, oni próbowali zarejestrować serwis, ale sąd im odmówił. A później prokuratura zaczęła ich ścigać za… brak rejestracji.

Ta sprawa doczekała się niedawno postanowienia Sądu Najwyższego. Może ono wstrząsnąć polskim Internetem. Wprawdzie sąd oddalił kasację prokuratury, gdyż uznał, że skoro wydawcom odmówiono zarejestrowania tytułu, to nie można ich teraz za to karać. Z drugiej strony doszedł do wniosku, że strony WWW muszą być rejestrowane tak samo jak czasopisma papierowe.

Co istotniejsze, dotyczy to zarówno profesjonalnych portali informacyjnych, jak i np. amatorskich stron ze zdjęciami rodzinnymi. – Zgodnie z prawem prasowym treść nie ma znaczenia do uznania publikacji za prasę – tłumaczy „Rzeczpospolitej” sędzia SN Jacek Sobczak, który był sprawozdawcą w opisanej sprawie. W praktyce oznacza to, że jeśli strona jest aktualizowana częściej niż raz w tygodniu, powinna zostać zarejestrowana jako dziennik. Jeśli rzadziej, ale przynajmniej raz w roku – jako czasopismo. Autorowi strony za brak rejestracji grozi grzywna, a nawet kara ograniczenia wolności.
SŁAWOMIR WIKARIAK

——————————————————–

Źródło: Rzeczpospolita: Strony WWW to dzienniki lub czasopisma
29.08.2007

Większość polskich stron internetowych działa niezgodnie z prawem. Ich autorzy narażają się nawet na karę ograniczenia wolności. To konsekwencje niedostosowanego do dzisiejszych czasów prawa prasowego

Co łączy filatelistę, który prowadzi serwis internetowy o znaczkach, fotografa amatora umieszczającego w sieci swoje zdjęcia i firmę prowadzącą duży portal informacyjny? Wszyscy powinni zarejestrować swe strony internetowe jako dzienniki lub czasopisma.

Sąd Najwyższy interpretuje

O kłopotach wynikających z niedostosowanej do dzisiejszych realiów definicji prasy, dziennika i czasopisma wiadomo od dawna („Rz” pisała o nich więcej 26 marca w artykule: „Prawo nie odróżnia strony internetowej od papierowego dziennika”).

Niedawno problem nabrał jednak nowego wymiaru. Przepisy doczekały się bowiem interpretacji Sądu Najwyższego. Z postanowienia wydanego 26 lipca wynika (sygn. akt IV KK 174/07), że nie ma znaczenia, czy strona internetowa opisuje działania władzy, czy też hobbysta doradza na niej, jak założyć swoje pierwsze akwarium. Jeśli są aktualizowane częściej niż raz do roku, powinny zostać zarejestrowane w sądzie. Uzasadnienie tego precedensowego postanowienia jest już napisane, ale brakuje podpisów wszystkich sędziów. Jak dowiedzieliśmy się w SN, można się z nim będzie zapoznać po 10 września.

Treść nie ma znaczenia

Już teraz wiadomo jednak, co wynika z postanowienia sądu.

– Zgodnie z prawem prasowym treść publikacji nie wpływa na to, czy ma być uznana za prasę. Jeśli więc strona internetowa nie tworzy zamkniętej jednorodnej całości i jest aktualizowana co najmniej raz w roku, to jest prasą. Gdy nowe informacje pojawiają się na stronie częściej niż raz w tygodniu, to mamy do czynienia z dziennikiem, jeśli rzadziej, to z czasopismem. Zarówno jedno, jak i drugie trzeba zarejestrować – tłumaczy „Rz” sędzia Sądu Najwyższego Jacek Sobczak, który był sprawozdawcą w opisanej sprawie.

Cóż to oznacza w praktyce? Otóż to, że większość polskich stron internetowych działa nielegalnie. Tylko duże serwisy o charakterze stricte dziennikarskim rejestrują się w sądzie. Zapaleńcy, którzy piszą w siecidla własnej satysfakcji, po to, aby się podzielić swoimi spostrzeżeniami, nie zawracają sobie tym głowy.

Marcin R. prowadzi amatorską stronę internetową poświęconą muzyce elektronicznej. W związku z opisanym postanowieniem SN prosi, żeby nie podawać jej adresu.

– Chyba i tak ją zlikwiduję, skoro mam mieć przez nią nieprzyjemności – mówi.

Strona zawiera przede wszystkim informacje o płytach, które ukazały się na rynku, i ich autorskie recenzje.

– Najczęściej aktualizuję stronę dwa, trzy razy w miesiącu. Jak rozumiem, powinienem zarejestrować ją jako czasopismo. Nie będę tego przecież robił dla tych kilkudziesięciu osób, które od czasu do czasu zaglądają na moją stronę. Już wolę wysyłać im swoje teksty e-mailem – mówi Marcin R.

Serwisy urzędowe do rejestracji

Za wydawanie dziennika lub czasopisma bez rejestracji grozi grzywna, a nawet ograniczenie wolności. Co ważniejsze jednak, osoba prowadząca stronę w Internecie jest de facto redaktorem naczelnym z wszystkimi wynikającymi z tego obowiązkami, m.in. obowiązkiem publikowania sprostowań i odpowiedzialnością za teksty, w tym wpisy internautów.

O tym, jakie będą konsekwencje postanowienia, zdecydują prokuratura i policja, gdyż to one będą decydować o ewentualnym ściganiu autorów stron WWW.

Sądy nie muszą się kierować stanowiskiem SN, ale z pewnością będą je brały pod uwagę.

– Jeżeli sądy będą uznawały, że wydawanie serwisu internetowego należy traktować jako wydawanie dziennika lub czasopisma, to każdy obywatel ma moralne prawo zwrócić się do organów administracji publicznej z pytaniem, czy zarejestrowały swoje strony internetowe – zwraca uwagę Piotr Waglowski, autor serwisu VaGla.plPrawo i Internet. Zapytał Komendę Główną Policji, czy zarejestrowała swoją stronę, na której codziennie publikuje wiele informacji o działaniach funkcjonariuszy. Policja odpowiedziała, że nie, bo „prawo prasowe nie przewiduje uznania stron internetowych za dziennik czy czasopismo”.

Nie trzeba rejestrować stron zamieszczonych w Biuletynie Informacji Publicznej. Cała reszta urzędowych serwisów również może być uznana za dzienniki lub czasopisma.

Masz pytanie do autora, e-mail: s.wikariak@rzeczpospolita.pl
SŁAWOMIR WIKARIAK


Jak zarejestrować stronę WWW

Wniosek o rejestrację dziennika lub innego czasopisma składa się w sądzie okręgowym właściwym dla siedziby wydawcy.

Musi on zawierać:

* – tytuł dziennika lub innego czasopisma oraz siedzibę i dokładny adres redakcji,
* – dane osobowe redaktora naczelnego,
* – określenie wydawcy, jego siedzibę i dokładny adres,
* – częstotliwość ukazywania się.

Sąd sprawdza, czy zgłoszony tytuł nie został wcześniej zarejestrowany oraz czy spełnia warunki rejestracji. Jeśli jest identyczny z innym, sąd odmawia rejestracji. Może natomiast być podobny.
Jeżeli postanowienie sądu nie zostanie wydane w ciągu 30 dni, można wydawać dziennik lub czasopismo bez rejestracji.
Rejestracja jest płatna, kosztuje 40 zł.

——————————————————–

Źródło: Rzeczpospolita: Internet do rejestracji
29.08.2007

KOMENTARZ Igor Janke

Sąd Najwyższy uznał, że każda strona internetowa, która jest aktualizowana częściej niż raz do roku, powinna być rejestrowana w sądzie.

Postanowienie to jest być możne zgodne z literą prawa prasowego, ale nie ma żadnego związku z rzeczywistością. A to jest niebezpieczne.

Bo co oznacza? Po pierwsze, że tak jak dziennik i inne czasopisma traktowane będą nie tylko strony internetowe zbieraczy kapsli, właścicieli sklepów internetowych, ale też administratorzy strony Sądu Najwyższego (ciekawe czy sędziowie zarejestrowali swoją stronę WWW).

Do sądu musi pójść właściciel rodzinnej strony, na której umieszcza zdjęcia swoich dzieci, i opiekujący się listą dyskusyjną mieszkańców osiedla. I tak dalej.

Zapewne okaże się, że każdy bloger obowiązany jest zarejestrować swój blog jako czasopismo. Kilkumilionowa rzesza polskich anonimowych blogerów będzie musiała oficjalnie rejestrować się i podawać swoje dane osobowe. Swobodna dyskusja w Internecie może zostać mocno ograniczona.

Niewykluczone, że to zbyt czarna wizja, ale na razie każdy sąd będzie mógł skazać właściciela dowolnej strony internetowej, który nie będzie chciał czy nie będzie w stanie dopełnić tego obowiązku. A chodzi o miliony stron. Ciekawe zresztą, jak sądy obsłużą tylu klientów?

Można się zżymać na decyzję Sądu Najwyższego, żartować z parlamentarzystów, którzy nie zmienili absurdalnego dziś prawa prasowego. Ale przestaniemy się śmiać, kiedy zapadną pierwsze wyroki.

Problem w tym, że Sąd Najwyższy wydał w tej sprawie postanowienie. Czemu służy taka decyzja? Po co państwo ma to wszystko kontrolować? To realne zagrożenie wolności słowa. Sędziowie – wierzę, że bez złej woli i nieświadomie – podjęli decyzję, która może doprowadzić do wydawania wielu niepotrzebnych i szkodliwych wyroków.

Wyjście z tej sytuacji jest tylko jedno: trzeba natychmiast zmienić prawo prasowe.
Igor Janke

Oby nie urazić wyznawców Allaha

Źródło: Rzeczpospolita: Oby nie urazić wyznawców Allaha
20.08.2007

Pracownicy szkockiej służby zdrowia nie mogli uwierzyć własnym uszom, gdy ogłoszono im nowe zarządzenie szefostwa: od 12 września przez miesiąc nie będą mogli jeść przy swoich biurkach.

Z korytarzy znikną również wózki rozwożące kanapki i napoje, a nawet maszyny z batonikami. Wszystko po to, żeby nie drażnić widokiem jedzenia muzułmańskich pracowników i pacjentów. W połowie września zaczyna się bowiem święty dla muzułmanów miesiąc – ramadan. W jego trakcie wyznawcy Allaha muszą pościć od świtu do zmierzchu.

-To kwestia tolerancji. Te przepisy mają pomóc w ugruntowaniu dialogu międzyreligijnego w miejscu pracy. Dzięki nim ludzie będą mogli poznać muzułmańskie obyczaje i uwrażliwić się na problemy tej społeczności – powiedział „Rz” Na’eem Raza z pozarządowej organizacji Meem, pod wpływem której służba zdrowia wprowadziła zakaz.

Wieprzowina na indeksie

Jego argumenty nie przekonują jednak szkockich konserwatystów, którzy nie ukrywają swojej irytacji. -Co za idiotyzm! Jeżeli muzułmanie chcą się przez miesiąc głodzić, to proszę bardzo. Ale jak można narzucać podobne obyczaje innym -oburzał się w rozmowie z „Rz” Bill Aitken, parlamentarzysta Partii Konserwatywnej.

Powyższa historia w krajach zachodniej Europy nie jest jednak niczym wyjątkowym. Brytyjskie Towarzystwo Skautyzmu zabroniło ostatnio swoim podopiecznym jedzenia kiełbasek z ogniska, co było odwieczną tradycją na harcerskich obozach. Powód: widok skwierczącej na ogniu wieprzowiny mógłby urazić uczucia muzułmanów.

Od tego roku skauci podczas wypraw muszą się więc zadowolić wegetariańskimi potrawami z plastikowych pudełek. – Dzieci są zachwycone – przekonują przedstawiciele Towarzystwa. W rzeczywistości jednak skauci, z którymi rozmawiali brytyjscy dziennikarze, są bardzo zawiedzeni.

Podobne przykłady można mnożyć. Kilka miesięcy temu w jednej z angielskich szkół zabroniono dzieciom śpiewać piosenkę o trzech świnkach (świnia to dla muzułmanów nieczyste zwierzę) i zamiast tego kazano zaśpiewać o „trzech szczeniaczkach”. W brytyjskich szkołach nauczyciele unikają również mówienia o Holokauście, żeby nie wywołać gniewnej reakcji muzułmańskich uczniów i wzrostu antysemickich nastrojów.

Woda na młyn prawicowych radykałów

Inną sprawą jest usuwanie z przestrzeni publicznej symboli chrześcijańskich. Pod wpływem nacisku Włoskiego Związku Muzułmanów ze szpitali na Półwyspie Apenińskim znikają krzyże.

W wielu francuskich szkołach podczas świąt Bożego Narodzenia nie wolno z kolei śpiewać kolęd czy rysować Świętego Mikołaja. -Obawiam się, że podobne działania mogą odnieść skutek odwrotny do zamierzonego i wywołać niechęć Europejczyków do ich muzułmańskich współobywateli. To woda na młyn dla wszelkiego rodzaju ekstremistów grających na antyimigranckim resentymencie -uważa Bill Aitken z Partii Konserwatywnej.

I rzeczywiście w Wielkiej Brytanii najostrzej przeciw politycznej poprawności występuje skrajnie prawicowa Brytyjska Partia Narodowa (BNP). -Jak słyszę o czymś takim jak zakaz jedzenia dla białych Brytyjczyków podczas ramadanu, to nóż mi się w kieszeni otwiera -mówi „Rz” działacz tego radykalnego ugrupowania Phil Edwards. -Wielka Brytania to nasz kraj i to my powinniśmy tu rządzić, a nie przybysze z Afryki. To oni ze swoimi dziwacznymi obyczajami powinni być obywatelami drugiej kategorii, a tymczasem jest odwrotnie – podkreśla.
PIOTR ZYCHOWICZ

Opinie
Miriam Roberts, organizacja Wielokulturowe Zjednoczone Królestwo (Multicultural UK)

Wspaniała idea, jaką jest zgodne współżycie przedstawicieli rozmaitych ras, narodowości i kultur, wymaga poświęceń. Wszyscy mieszkańcy Wielkiej Brytanii, niezależnie od koloru skóry, powinni się czuć u nas dobrze, komfortowo. Właśnie dlatego nie powinniśmy zachowywać się w sposób, który mógłby sprawić komuś przykrość. Większość Brytyjczyków to rozumie. Niestety, idee wielokulturowości cały czas usiłują skompromitować prawicowe brukowce. Wykorzystują drzemiące w niektórych ludziach uprzedzenia i judzą przeciwko imigrantom.
John Midgley, brytyjska Kampania przeciwko Politycznej Poprawności

Wielu Europejczyków w kontaktach z muzułmanami zachowuje się jak kompletni szaleńcy. Nie widzą, że sami się ośmieszają. Wypierają się własnej tradycji, żeby przypadkiem nikogo nie urazić. Najzabawniejsze jest to, że większość muzułmanów również się z tego śmieje. Polityczna poprawność jest wytworem liberalnych białych ludzi z klasy średniej. Jedni starają się w ten sposób odpokutować za grzechy kolonializmu. Inni – radykalni marksiści – uważają, że to idealny sposób na zwalczanie tradycyjnych brytyjskich wartości.

Źródło: Rzeczpospolita: Nie zmuszać do tolerancji
20.08.2007


Rz: Zachodni Europejczycy bardzo starają się nie urazić swoich muzułmańskich współobywateli. W Szkocji służba zdrowia nałożyła na pracowników zakaz jedzenia w pracy podczas trwania świętego dla muzułmanów miesiąca ramadan. Co pan sądzi o tych pomysłach?

Bogusław Zagórski: Że są absurdalne. Czy to oznacza, że jeżeli w pracy jest jeden wegetarianin, wszyscy muszą przestać jeść mięso? Oczywiście należy brać pod uwagę to, że muzułmański kolega podczas ramadanu może być zmęczony i głodny, lepiej więc nie zajadać się przy nim w demonstracyjny sposób. Nie podkładać mu pod nos jedzenia. Ale to kwestia kultury osobistej. Odgórne zakazywanie jedzenia w pracy jest po prostu śmieszne.

A chrześcijańskie symbole religijne? W wielu krajach usuwa się je z miejsc publicznych, argumentując, że mogą one urazić wyznawców Allaha.

Chrześcijańskie symbole w niczym im nie przeszkadzają. Oczywiście w każdej społeczności znajdą się oszołomy, ale większość muzułmanów to tolerancyjni ludzie, którzy uważają, że każdy ma prawo do kultywowania swojej religii. Nie mają nic przeciwko temu, żeby – na swój sposób i według swego zwyczaju – robili to chrześcijanie.

A czy jest coś takiego, co może obrazić muzułmanina, coś, czego nie powinniśmy przy nim robić?

Nie powinno się go skłaniać do łamania jego tradycji. Czyli na przykład lepiej nie namawiać go do picia alkoholu lub jedzenia wieprzowiny. To tak jakby zaproponować katolickiemu księdzu wspólne wyjście na podryw. Chyba że muzułmanin jest pańskim dobrym przyjacielem i wie pan, że nie przestrzega tego zakazu. Dodajmy, że dla większości wyznawców islamu jedzenie wieprzowiny jest równie obrzydliwe, jak dla przeciętnego Europejczyka zjadanie mięsa psiego. Poza tym w stosunku do muzułmanów powinno się stosować zasady dobrego wychowania. Tak samo jak w stosunku do wszystkich innych ludzi.

A czy pan jako muzułmanin spotkał się w Polsce z czymś, co by pana uraziło?

Nic takiego sobie nie przypominam. Pamiętam natomiast, że po zamachach z 11 września 2001 roku moi znajomi o ciemnym kolorze skóry mieli na ulicy kilka sytuacji, w których nie czuli się najlepiej. Nie miało to jednak nic wspólnego z uprzedzeniami religijnymi.

Co zatem myśli pan o rozmaitych zakazach nakładanych w trosce o komfort psychiczny muzułmanów?

To klasyczne uszczęśliwianie na siłę. Przypomina mi się taka scena ze wspomnień pewnego przedwojennego oficera. W niedzielę żołnierze maszerują do kościoła. W ramach równouprawnienia Żydów posyła się w zorganizowanej grupie do bożnicy. Tymczasem oni się zapierają rękami i nogami i krzyczą, że już ich dziadowie nie chodzili do synagogi, i wcale nie chcą tam iść. Skutek takich działań musi być zawsze odwrotny od zamierzonego. Psucie krwi wśród obydwu społeczności i w efekcie pogorszenie, a nie polepszenie, panujących pomiędzy nimi relacji. Nie można kogoś zmusić do tolerancji.
rozmawiał Piotr Zychowicz

Bij córkę – masz do tego prawo

Źródło: Rzeczpospolita: Muzułmanie mogą maltretować kobiety
07.08.2007

Włoski Sąd Kasacyjny uniewinnił muzułmańskich imigrantów, którzy bili nastoletnią córkę i przywiązywali ją do kaloryfera za to, że spotykała się z Włochem

W uzasadnieniu sąd tłumaczył, że dziewczyna została pobita „zaledwie” trzy razy. Jego decyzja wywołała we Włoszech powszechne oburzenie i ostrą krytykę ze strony minister do spraw równouprawnienia Barbary Pollastrini. To jednak wyroku nie zmieni, bo jest on ostateczny.

O sądzonej rodzinie wiadomo niewiele. Przybyła do Włoch kilkanaście lat temu z jednego z krajów Maghrebu. Fatima, która za kilka miesięcy skończy 18 lat, wychowywała się w Bolonii. W szkole podobno znakomicie integrowała się z włoskimi uczniami.

Wszystko było dobrze, dopóki nie zaczęła się spotykać z jednym z włoskich kolegów i prowadzić stylu życia zdaniem rodziny niezgodnego z kulturą islamu. Ojciec i brat trzykrotnie pobili ją tak dotkliwie, że szukała ratunku na posterunku policji. Gdy to nie pomogło, rodzina zaczęła dziewczynę krępować po jej przyjściu ze szkoły i przywiązywać do kaloryfera.

Sąd Kasacyjny w uzasadnieniu napisał, że Fatima „pobita została tylko trzy razy w ciągu całego życia, dlatego, że zachowywała się nieodpowiednio”, a do kaloryfera trzeba ją było przywiązywać, bo groziła samookaleczeniem. Zdaniem sędziów zdecydowana postawa rodziny pozwoliła uniknąć tragedii.

Sprawa toczyła się od dwóch lat i przeszła przez wszystkie instancje. Pierwszy wyrok skazujący rodzinę dziewczyny uchylił sąd apelacyjny, a w ubiegłym tygodniu Sąd Kasacyjny odrzucił odwołanie prokuratury. Zdaniem oburzonych Włochów to wyraźny sygnał pod adresem społeczności islamskiej, że może maltretować do woli nieletnie dziewczęta.

Kiedy Fatima skończy18 lat, teoretycznie będzie mogła robić, co zechce. Jednak – jak przypominają włoskie media – może przecież podzielić los 20-letniej Hiny Saleem, którą w zeszłym roku wuj i szwagier zarżnęli kuchennym nożem w Sarezzo za to, że związała się z Włochem i zamieszkała z nim pod jednym dachem w Brescii. Proces morderców jest w toku. Obaj czują się niewinni. Chodzą po celi, recytując wersety Koranu.

Tego rodzaju przestępstwa znajdują zresztą usprawiedliwienie nawet w oczach starszych wiekiem Włochów. Dopiero 26 lat temu z włoskiego kodeksu karnego zniknął paragraf o „Delitto d’onore” (zbrodni w imię honoru).

Wcześniej plamę na honorze uważano za okoliczność łagodzącą. Za zamordowanie z tego powodu córki, żony czy kochanki groziło zaledwie od trzech do siedmiu lat więzienia. Dziś za taki mord można dostać dożywocie, a mimo to o tego rodzaju zabójstwach popełnianych przez Włochów tutejsze media donoszą co najmniej dwa razy w miesiącu.
Piotr Kowalczuk z Rzymu