Koniec taniej energii i co dalej

Poziom życia jaki obecnie prowadzimy w ogromnym stopniu zawdzięczamy taniej energii. Dzięki niej mamy tanie jedzenie, transport, ciepło i mnóstwo rozrywek. Co się stanie jeśli skończy się tania energia czyli ropa, gaz i węgiel?
Pytanie jest źle postawione. Prawidłowe brzmi: ci się stanie kiedy za 5, 10, 15 a może 20 lat skończy się tania energia?
Odpowiedz znajdziesz w poniższych filmach.
(czas ok 60 min)






W Polsce w kraju, w którym zima co rok zaskakuje drogowców ludzie będą bardzo zaskoczeni. Dobrze, że mamy jeszcze trochę węgla. Miejmy nadzieję że Tusk nie odniesie kolejnego spektakularnego sukcesu i nie sprzeda kopalni za kieszonkowe Niemcom.

Kto popiera walkę z globalnym ociepleniem

Barack Obama przekonał Izbę Reprezentantów do przegłosowania ustawy klimatycznej. Ameryka ma emitować o 17 proc. mniej dwutlenku węgla i gazów cieplarnianych do 2020 roku, a do połowy tego stulecia aż o 83 proc. mniej niż teraz. Wygląda dobrze? Jedynie na papierze.

Amerykanie boją się wszędobylskiego rządu, ale tradycyjnie wspierają ochronę środowiska. Demokraci pokazują zatem Ameryce białe niedźwiedzie taplające się w topniejących śniegach lodowców, a jednocześnie przepychają w Kongresie ustawę, która doprowadzi do cichej ingerencji rządu w niemal każdą dziedzinę życia obywateli.

Białe dachy za białe niedźwiedzie

Analizy The Heritage Foundation wykazują, że nowa ustawa będzie rocznie kosztować przeciętną amerykańską rodzinę prawie trzy razy więcej w energopochodnych wydatkach. A to dopiero początek problemów.

Ustawa klimatyczna reguluje ceny energii. Koszt energii decyduje o kosztach utrzymania i stylu życia Amerykanów: od wyboru samochodu po cenę kubka kawy. Do widzenia ulubione, bezpieczne kolosy SUV, bye#-bye „umięśnione auta” (muscle cars) wyrywające setkę w kilka sekund. Witajcie nielubiane w Ameryce, bezpieczne dla środowiska (ale nie dla ludzi) samochodziki wyciskające 40 mil z galona benzyny.

Chcesz sprzedać dom? W myśl ustawy klimatycznej twój dom musi być o 30 procent bardziej energooszczędny niż obecnie. Zanim więc przyjdą chętni, wpadnie inspektor, który oceni, czy twój dom spełnia wymogi. Jeśli nie, wstaw nowe okna, zainstaluj biały dach odbijający promienie słoneczne (propozycja Arta Rosenfelda, członka Komisji Energii Kalifornii) i koniecznie zainstaluj (na swój, oczywiście, koszt) gniazdo elektryczne do tankowania baterii hydroaut. Przeciwnicy ustawy argumentują m.in., że ceny domów wzrosną niebotycznie, co ostatecznie pogrąży rynek nieruchomości, pogłębiając recesję.

Walka o ustawę klimatyczną w Senacie będzie zatem walką o charakter Ameryki, która z kraju wolnego wyboru i wolnorynkowej samoregulacji emisji zanieczyszczeń zamieni się w kraj sterowany instrukcjami polityków w Waszyngtonie, w którym o osobistych wyborach obywateli decyduje rząd. Walką, w której – zdaniem wielu – w istocie chodzi o kasę i o władzę.

Limit i handel

Limit i handel (cap and trade) to amerykańska wersja dyrektywy o handlu emisjami (EUETS – EU Emissions Trading Scheme). Limit określa dozwoloną w USA ilość emisji zanieczyszczeń, handel – obrót niewykorzystanymi limitami.

Europejski wariant, według analiz publikowanych w „Wall Street Journal”, nie działa. Firmy emitujące dwutlenek węgla ponad otrzymane przydziały wcale nie szukają sposobów na ograniczenie emisji, ale po prostu przekazują rachunek konsumentowi. Kowalski nie tylko płaci za energię więcej, ale i nabija kasę miliarderom nowego przemysłu, których stworzył handel emisjami.

Amerykańskimi pionierami tego przemysłu są m.in. kompanie dostarczające oprogramowanie kontrolujące emisję przedsiębiorstw. Rynek oprogramowania, wart dziś 2,5 mld dolarów, ma wzrosnąć dziesięciokrotnie, jeśli ustawa o limicie i handlu zostanie wdrożona.

W jednej z firm (Hara) poważne sumy zainwestował Al Gore, sztandarowa postać zielonego lobby, autor filmu „Niewygodna prawda”. Ironią losu jest, że najbardziej niewygodna prawda ujrzała światło dzienne już po zdobyciu przez byłego amerykańskiego wiceprezydenta Oscara, kiedy media obiegły rachunki za energię zużytą w posiadłości Gore’ów w Nashville. Wynikało z nich, że państwo Gore zużyli, bagatela, 22,619 kilowatogodziny energii elektrycznej w jednym tylko miesiącu, średnio dwa razy tyle, ile zwykły Amerykanin zużywa przeciętnie w ciągu całego roku.

Sam film Gore’a dofinansował Jeff Skoll, były prezydent eBay, partner inwestycyjny Gore’a, założyciel funduszu zaporowego (hedge fund) Capricorn Investment Group, LLC, w który Al Gore zainwestował 35 milionów dolarów.

Według źródeł Bloomberg News Al Gore zakończył karierę polityczną jako wiceprezydent z sumą 2 mln dolarów na koncie. Według danych Fast Company w 2007 r. jego fortuna sięgnęła już ponad 100 milionów dolarów uzyskanych z inwestycji w przedsiębiorstwa produkujące zielone technologie i ciągle rośnie. Największą kurą znoszącą zielone jajka jest dla Gore’a partnerstwo z firmą inwestycyjną Kleiner, Perkins, Caufield & Byers z Kalifornii, która m.in. chce wypuścić na amerykański rynek 50 tys. samochodów elektrycznych.

Na „zielony pociąg” załapali się inni promotorzy ustawy. Przewodnicząca Izby Reprezentantów, demokratka Nancy Pelosi, zainwestowała od 50 do 100 tys. dolarów w korporację Clean Energy Fuels. A współautor ustawy, demokrata z Massachusetts, Edward Markey podobne kwoty w Firsthand Technology Value Fund.

Niektórzy politycy w Kongresie tak się spieszyli z uchwaleniem ustawy, że opozycja republikańska w Izbie otrzymała do lektury 341 stron poprawek do ustawy o 3 nad ranem w dniu głosowania, a Agencja Ochrony Środowiska (EPA) nie ujawniła przed głosowaniem treści raportu wykazującego, że do 2030 roku czeka nas oziębienie klimatu. Powstałoby wówczas pytanie: jeśli nie ma globalnego ocieplenia, to po co nam ustawa klimatyczna?

Straszak zielonego lobby

Na ironię losu zakrawa fakt, że gdy w marcu w Dniu Ziemi aktywiści ochrony środowiska demonstrują przed Kapitolem przeciwko globalnemu ociepleniu, w Waszyngtonie sypie śnieg. Być może dlatego zielone lobby w Ameryce zarzuciło termin „globalne ocieplenie” na rzecz nowego: „zmiany klimatyczne”.

Innym straszakiem używanym przez zielone lobby w Ameryce jest węgiel. Węgiel dostarcza Ameryce niemal połowę energii. To także 40 proc. emisji dwutlenku węgla do atmosfery całej Ameryki. Zielonemu lobby to wystarcza, by straszyć: wyginą niedźwiedzie polarne, a wyspa Manhattan straci Downtown aż po Wall Street, która z ulicy Ościennej zamieni się w Portową, kiedy roztopione lodowce Alaski podniosą poziom wód o 6 metrów. Tych „prawd” uczy się dziś dzieci w amerykańskich szkołach.

Tymczasem brytyjska Antarctic Survey obsługująca pięć stacji badawczych na Antarktydzie stwierdza w „Geophysical Research Letters”, że w ciągu ostatnich 30 lat pokrywa lodowa Antarktyki rosła w tempie 100 tys. kilometrów kwadratowych co dziesięć lat. Również australijskie Centrum Badawcze na Antarktydzie w stacji Davis (Antarctic Climate and Ecosystems Co#-Operative Research Center) stwierdziło, że w ubiegłym roku średnia grubość pokrywy lodowej Antarktyki wynosiła 1,89 metra, najwięcej od dziesięciu lat.

Badania wykazują, że globalne ocieplenie przeżyli już nasi przodkowie między X a XIII wiekiem, kiedy na Ziemi panowała temperatura od 1 do 3 stopni wyższa niż obecnie. Od połowy XIX wieku temperatura wzrastała tylko o 0,5 stopnia Celsjusza, a w latach 1940 – 1975 zaczęła ponownie spadać. Jeżeli zatem w dobie powojennego boomu gospodarczego i związanej z nim emisji dwutlenku węgla do atmosfery temperatura malała, oznacza to, że relacja między emisją CO2 a temperaturą nie istnieje. Jeśli tej relacji nie ma, cała koncepcja globalnego ocieplenia traci sens.

Faktem jest także, że czynne dziś wulkany emitują więcej CO2 niż wszystkie nasze fabryki, samoloty i samochody razem wzięte. Zwierzęta i bakterie żyjące na Ziemi wytwarzają ok. 150 gigaton dwutlenku węgla rocznie, ludzie zaledwie 6,5 gigatony. Najwięcej dwutlenku węgla emitują oceany pokrywające ponad 70 proc. naszej planety. Sezonowe wahania temperatury wód oceanu odpowiedzialne są za powodzie, susze i inne klimatyczne zmiany, które obserwujemy od czasu do czasu, a które mają tyle wspólnego z apokalipsą co trąba powietrzna z tubą.

Do więzienia za wycięcie drzewa

Ameryka kocha przyrodę. Abraham Lincoln w 1864 roku oddał ziemię doliny Yosemite „w wieczyste publiczne władanie”, tworząc pierwszy park narodowy na świecie. Dumą napawają Wielki Kanion, bezdroża dzikiej Alaski czy bezkresne prerie Wyoming „piękne za bezkres nieba”, uwiecznione w popularnej pieśni XIX#-wiecznego organisty z New Jersey Sama Warda.

100 lat później hrabstwa w całej Ameryce przyjmują tzw. prawa drzew (tree laws). Były burmistrz Nowego Jorku Rudolph Giuliani za swej kadencji podniósł kary za nielegalne ścięcie drzew w metropolii do jednego roku pozbawienia wolności i 15 tys. dolarów grzywny.

Dziś jednak, po raz pierwszy w historii sondaży Gallupa, 51 proc. Amerykanów uważa poprawę gospodarki za ważniejszą od ochrony środowiska. Mimo to prezydent Barack Obama przeforsował ustawę klimatyczną w Izbie Reprezentantów. Choć przypuszczać należy, że polegnie ona w Senacie, zastanawia tempo narzucania społeczeństwu rozwiązań majstrowanych w gabinetach lobbystów, bankierów i innych wizjonerów przyszłej Ameryki spod znaku „Yes, we can”. To, że możemy, nie znaczy, że powinniśmy. Prezydent George W. Bush nie podpisał protokołu z Kyoto, uznając go za szkodliwy dla amerykańskiej gospodarki.

Wydaje się jednak, że prezydent Obama będzie chciał nadal polerować swój image i pojawi się w grudniu na konferencji klimatycznej w Kopenhadze, by popychać Amerykę w objęcia zbiorowych układów ekologicznych Narodów Zjednoczonych. W grudniu może być tam zimno. Tak zimno, że amerykańska delegacja może wspomnieć słowa Boba Dylana z wywiadu dla „The Rolingstones”: „Czy niepokoi pana globalne ocieplenie? – Gdzie jest to ocieplenie? – odpowiada ikona rocka. – Tu można zamarznąć”.

Autor jest dziennikarzem, byłym korespondentem TVP i TVN w USA. Publicysta, prezenter i producent telewizyjny.W Stanach Zjednoczonych od 1988 roku http://www.maxkolonkoblog.com

Rzeczpospolita: Globalne ocieplenie czy globalna ściema?
Mariusz Max Kolonko 14-07-2009,

Energetyczny cud czy mrzonka

Te mikroskopijne grzyby zostały odkryte w owianym tajemnicą miejscu w lasach Patagonii. Żyją w tkance jednego z gatunków drzew. Mają szansę doprowadzić do ograniczenia dominacji ropy naftowej jako źródła paliwa do samochodów
– To jedyne na świecie organizmy, jakie dotychczas znamy, które potrafią wyprodukować najważniejsze składniki paliwa – powiedział Gary Strobel, profesor biologii na Uniwersytecie Stanu Montana w Bozeman. – Mogę sądzić, że gazy, jakie uwalniają wystarczyłyby do poruszenia silnika spalinowego. Co więcej, grzyby potrafią wytwarzać te gazy z celulozy, która może być najobfitszym źródłem paliwa, jakim dysponujemy.

grzyb gliocladium roseum

W jaki sposób jest to możliwe? Grzyby zwane po łacinie Gliocladium roseum dysponują unikalnym zestawem enzymów, które potrafią rozłożyć celulozę.Niezwykłe właściwości grzybów i szanse na otrzymywanie substancji, którą badacz nazwał – “myco-dieslem” (od systematycznej nazwy królestwa grzybów – Mycota), opisał wraz ze współpracownikami w listopadowym numerze magazynu “Microbiology”.

Gary Strobel, 70 – letni weteran badań ekosystemu lasów deszczowych, powiedział agencji AFP, że odkrycie właściwości Gliocladium roseum zawdzięcza dwóm bardzo szczęśliwym zbiegom okoliczności. Pierwszy z nich miał miejsce w późnych latach 90., kiedy zespół, którym kierował badacz, pracując w Hondurasie, natrafił na nieznany wcześniej gatunek grzybów Muscodor albus.

Przypadkiem okazało się, że gatunek ten uwalnia silną, lotną substancję, która działa jak antybiotyk. Naukowcy postanowili sprawdzić, czy te grzyby dadzą się wyhodować na tkance drzewa zwanego przez miejscowych ulmo. Włókna tego drzewa znane były jako znakomite środowisko dla wielu gatunków grzybów, opisywanych z zapałem przez rzesze naukowców badających faunę i florę lasów deszczowych.

– Przypadkowo okazało się, że gazy uwalniane przez grzyby Muscodor albus zupełnie nie przeszkadzają Gliocladium roseum, mimo że unicestwiły inne gatunki grzybów – wyjaśnia Strobel.

Przy okazji wyszło na jaw, że także ten ostatni gatunek produkuje gazy o właściwościach antybiotyku. – Potem, kiedy przeanalizowaliśmy skład gazów produkowanych przez Gliocladium roseum, byliśmy zaskoczeni obfitością węglowodorów i związków pochodnych. Rezultaty były tak ekscytujące, że dostałem gęsiej skórki – przyznał naukowiec.

Zespół rozpoczął doświadczenia w laboratorium, hodując grzyby Gliocladium roseum, stosując pożywkę z galaretki z płatków owsianych i celulozy. Naukowcy nie mogli się mylić: powstało w formie gazowej osiem najważniejszych składników paliwa dieslowskiego! – Grzyby Gliocladium roseum mogą produkować “myco-diesla” bezpośrednio z celulozy, podstawowego składnika roślin, a także z odpadów, takich jak choćby papier – uważa Strobel. Dzięki temu proces produkcyjny może być stosunkowo prosty.

Zamiast zajmować wielkie powierzchnie na uprawianie roślin, z których wytwarza się biopaliwo, można hodować grzyby na skalę przemysłową w podobny sposób, jak dzisiaj wytwarza się drożdże piekarskie. Powstające w tym procesie gazy mogłyby być bez trudu skraplane w paliwo ciekłe, gotowe do użycia w silnikach. Dalszym krokiem – według amerykańskiego naukowca – byłoby wyodrębnienie genów, które u grzybów są odpowiedzialne za produkcję enzymów i użycie ich do rozkładu celulozy na skalę wielkoprzemysłową. Dlatego kolejnym etapem badań będą zakrojone na szeroką skalę eksperymenty genetyczne.

Tym zadaniem już zajmuje się zespół z Yale Univerisity. Jednym z jego członków jest syn Strobla, Scott, który jest profesorem w Howard Hughes Medical Institute. – Główne znaczenie tego odkrycia to nie same organizmy, ale geny odpowiedzialne za produkcję tych gazów – twierdzi Gary Strobel. – Najważniejszym problemem, który musimy rozwiązać, to odpowiedź na pytanie, jakie związki są odpowiedzialne za ten proces. Jeżeli je poznamy, będziemy naprawdę mogli pomyśleć o produkcji podstawowych składników paliwa naprawdę na wielką skalę – uważa Scott Strobel.

Proces, który może zrewolucjonizować produkcję paliwa, został zastrzeżony patentem przez Uniwersytet Stanowy Montany. Ale, jak twierdzi Gary Strobel, zostanie udostępniony lokalnym społecznościom. Wedle słów Strobela Gliocladium roseum może być pospolitym gatunkiem występującym w wielu obszarach lasów deszczowych. Na pytanie, gdzie konkretnie, naukowiec nie chciał odpowiedzieć.

Masz pytanie, wyślij e-mail do autora: k.urbanski@rp.pl
Rzeczpospolita: Biodiesel na grzybkach
Krzysztof Urbański 05-11-2008,

Czy jesteś wyznawcą nowej religii?

Oto jeden z dogmatów nowej religii: CO2

Unia Europejska musi ponownie zacząć wyznaczać globalne standardy i zapobiegać zgubnej rywalizacji o energię – apeluje David Miliband, brytyjski szef dyplomacji

W momencie globalnego spowolnienia gospodarczego kusząca staje się chęć potraktowania konieczności przejścia na gospodarkę niskowęglową jako rzeczy drugorzędnej. Tymczasem zjawisko to jest ściśle związane z poprawą naszej kondycji gospodarczej.

Przy wysokich cenach ropy i gazu, które napędzają inflację, uzależnienie od energii wysokowęglowej (produkowanej przy dużym zużyciu węgla i wysokim poziomie emisji CO2) w rzeczywistości dodatkowo zwiększa nasze problemy gospodarcze. Zagraża także bezpieczeństwu środowiska i stabilności geopolitycznej. Musimy wykorzystać Unię Europejską, by wyznaczyć światu nowy kierunek – ku gospodarce niskowęglowej.

Ryzyko globalnych zmian

Skutki, jakie nasze przywiązanie do paliw kopalnych przynosi środowisku naturalnemu, są powszechnie znane: emisja gazów cieplarnianych spowoduje więcej susz i innych ekstremalnych zjawisk pogodowych, pokrywa lodowa będzie topnieć, a poziom mórz się podnosił. Jednak nie są to wyłącznie problemy środowiska naturalnego – efekty te zaszkodzą także gospodarce i zagrożą naszemu bezpieczeństwu.

Zapotrzebowanie na energię już teraz zresztą niesie ryzyko zmian na mapie geopolitycznej – poczynając od napięć na tle rywalizacji o zasoby ropy i gazu w Arktyce, po gwałtownie rosnące przychody ze sprzedaży tych surowców, które dodają pewności siebie krajom bogatym w surowce energetyczne. Istnieje ryzyko, że konstruktywna współpraca międzynarodowa ustąpi miejsca destruktywnej rywalizacji.

I choć nasza uwaga skierowana jest obecnie na Wall Street, to uzależnienie od dostaw ropy i gazu w tej chwili jest główną przyczyną inflacji na świecie oraz czynnikiem powodującym spowolnienie gospodarcze. Banki centralne stanęły przed podwójnym wyzwaniem – jak załagodzić kryzys kredytowy bez wzrostu inflacji.

W sytuacji, gdy liczba ludności świata ma wzrosnąć z 6,6 miliarda do 9 miliardów w roku 2050, kiedy kraje rozwijające się przeżywają gwałtowny boom gospodarczy (na chińskich drogach każdego dnia pojawia się 20 tysięcy nowych pojazdów), mamy do czynienia ze zmianą strukturalną, a nie z chwilową aberracją.

Mamy wyjście

Łatwo przyjąć postawę fatalistyczną i stwierdzić, że coraz większy brak poczucia bezpieczeństwa – zarówno fizycznego, jak i gospodarczego – jest czymś nieuniknionym. A jednak alternatywa istnieje.

Różnicując źródła dostaw energii, możemy uniknąć nowej globalnej – i zaciętej – rywalizacji o surowce, w której stajemy się zakładnikami państw bogatych w paliwa. Budując zaś gospodarkę niskowęglową, możemy nie tylko zahamować emisję gazów cieplarnianych i ograniczyć presję inflacyjną, ale także stworzyć ekologiczne miejsca pracy i przyczynić się do ekologicznego rozwoju gospodarczego.

Technologia, dzięki której można tego dokonać, już istnieje lub właśnie powstaje. Przechodząc na energię atomową oraz odnawialną, a także „oczyszczając” używany węgiel dzięki wychwytywaniu i składowaniu dwutlenku węgla, możemy produkować niskowęglową energię elektryczną. Bardziej energooszczędne urządzenia domowe oraz ich lepsza izolacja pomogą ograniczyć zużycie energii w naszych domach. Dzięki producentom samochodów, którzy opracowują technologie pojazdów hybrydowych, łączących silnik elektryczny i benzynowy, realne staje się powstanie – w dłuższej perspektywie – transportu ery postbenzynowej wykorzystującego wyłącznie elektryczność lub wodór.

Powrót do korzeni

Najważniejsze pytanie, to jak przyspieszyć ten proces – jak zbudować polityczne poparcie, które popchnie inwestycje w kierunku rewolucji niskowęglowej.

Unia Europejska – organizacja, której początki stanowiła współpraca w zakresie węgla i stali, mająca zapobiegać konfliktom i zapewnić stabilność Europie – musi wrócić do korzeni. Musi użyć wszystkich narzędzi, jakimi dysponuje – regulacji rynków i pozycji negocjacyjnych – by wyznaczać globalne standardy i zapobiegać rywalizacji o energię prowadzącej do konfliktów. Priorytety są trzy.

Po pierwsze, musimy wykorzystać naszą siłę negocjacyjną, by doprowadzić do osiągnięcia porozumienia co do działań wobec zmian klimatycznych po roku 2012. Najtrudniejsze pytania na przyszłorocznym światowym szczycie w Kopenhadze dotyczyć będą celów, jakie sobie wyznaczymy, oraz tego, kto powinien zapłacić za łagodzenie skutków zmian klimatycznych oraz dostosowanie się do nich.

Przywództwo UE jest kluczowe – jeśli mamy osiągnąć ambitne globalne porozumienie, musimy wskazywać innym drogę. Wartości docelowe, które przyjęliśmy w ubiegłym roku – ograniczenie emisji gazów o 20 proc. do roku 2020 oraz o 30 proc. w kontekście porozumienia międzynarodowego – stawiają nas w awangardzie walki ze zmianami klimatu. Nasze rynki obrotu emisjami gazów przydadzą się zaś przy transferach finansowych mających pomóc krajom rozwijającym się przeskoczyć od razu do energii niskowęglowej.

Po drugie, świat potrzebuje globalnego rynku emisji gazów, dzięki któremu kraje rozwinięte będą mogły znaleźć sektory najbardziej opłacalne z punktu widzenia redukcji emisji. Unijny system obrotu emisjami gazów jest tu podstawą. Musimy zapewnić jego długotrwałe funkcjonowanie, z limitami ustalanymi centralnie, tak jak proponuje Komisja Europejska, a nie przez państwa członkowskie. Ale musimy także powiązać go z rynkami emisji gazów cieplarnianych, które powstają w USA, Kanadzie i Nowej Zelandii. Po trzecie, możemy wspierać globalne inwestycje w technologie ekologiczne. Wyznaczając ambitne unijne standardy wymagane przy produkcji nowych pojazdów i urządzeń, możemy wykorzystać siłę największego jednolitego rynku na świecie do stymulowania innowacji w skali globalnej. Dzięki zaś uzgodnieniu mechanizmu zachęt na poziomie europejskim możemy przyspieszyć rozwój elektrowni pokazowych z instalacjami do wychwytywania i składowania dwutlenku węgla do roku 2015, dzięki czemu UE będzie w stanie wdrożyć tę technologię do roku 2020.

Potrzebne przyspieszenie

To niezwykle ważne – tylko dzięki zastosowaniu tych technologii w odpowiedniej skali zdołamy obniżyć koszty oraz doprowadzić do globalnego wykorzystania technologii wychwytywania i składowania CO2. A potrzebujemy ich nie tylko po to, by wypełnić nasze zobowiązania dotyczące limitów emisji gazów, ale także po to, by obniżyć ich poziom we wszystkich krajach, które do produkcji energii wykorzystują głównie węgiel.

Unia będzie rozliczana z tego, czy dotrzyma zobowiązań dotyczących roku 2020. Ich niedotrzymanie podważy aspiracje UE do przewodzenia światu, gdyż niezależnie od tego, czy patrzymy w kategoriach ekonomicznych, ekologicznych czy geopolitycznych, staje się coraz bardziej oczywiste, że nie możemy dłużej być uzależnieni od energii wysokowęglowej. Trudna sytuacja gospodarcza nie jest argumentem na rzecz opóźnienia przejścia na gospodarkę niskowęglową. To argument za tym, by proces ten przyspieszyć.

David Miliband

Jest politykiem i politologiem, członkiem Partii Pracy. Urodził się w Londynie w 1965 roku w rodzinie imigrantów z Polski: Marion Kozak i belgijskiego marksisty teoretyka Ralpha Milibanda. Jego dziadkowie ze strony ojca mieszkali w żydowskiej dzielnicy Warszawy, a dziadek Samuel Miliband w czasie wojny polsko-bolszewickiej walczył w Armii Czerwonej. Potem wyemigrował do Belgii. David Miliband studiował w Corpus Christi College w Oksfordzie filozofię, ekonomię i politologię. W 1994 r. został etatowym działaczem Partii Pracy i szefem zespołu doradców politycznych Tony’ego Blaira. W 2001 r. po raz pierwszy został wybrany do Izby Gmin. Od 2002 r. pełni różne funkcje w rządzie. 28 czerwca 2007 r. został mianowany na stanowisko ministra spraw zagranicznych w rządzie Gordona Browna, stając się najmłodszym – od 1977 roku – politykiem piastującym do stanowisko.

Rzeczpospolita: Europa w energetycznej awangardzie
David Miliband 09-10-2008

———————-

Odpowiedz na dogmat

Polska produkująca ponad 95 proc. energii elektrycznej z węgla nie może sobie pozwolić na uleganie presji „europejskiej awangardy” – pisze prawnik Tomasz Chmal

Szef dyplomacji brytyjskiej David Miliband („Europa w energetycznej awangardzie”) uważa, iż kluczowym wrogiem Europy i świata jest dwutlenek węgla, a szansą Unii Europejskiej na przewodzenie światu jest gospodarka niskowęglowa. Poglądów tych, szczególnie w Polsce, nie można zaakceptować.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że kwestia konieczności ograniczania emisji CO2 traktowana jest w państwach Europy Zachodniej jako dogmat, a – jak wiadomo – z dogmatami się nie dyskutuje. Przyjmowanie go świadczy o przynależności do swoistego klubu: bogatych, ekologicznie świadomych i wrażliwych. Polemika zaś z tymi poglądami lub sceptycyzm wobec nich uznawane są za atak na to, co oczywiste, oraz przejaw poglądów rodem z ciemnogrodu.

Świat bez CO2

Problem polega na tym, że klimat – podobnie jak inne zjawiska w przyrodzie – ma charakter cykliczny. Jeszcze w XII wieku w Wielkiej Brytanii i Szkocji rosły winogrona, a już w XVII w. z Polski do Szwecji można było przejechać na saniach przez Bałtyk. Ale po co zastanawiać się nad takimi drobiazgami, kiedy budujemy „nowy wspaniały świat”. Świat bez CO2, oczywiście.

Stara gospodarka się nie skończyła. Tak jak nie skończyła się historia. Nadal będziemy potrzebować paliw kopalnych. Polska, produkująca ponad 95 proc. energii elektrycznej opartej na węglu nie może sobie pozwolić na uleganie presji „europejskiej awangardy” z kilku powodów. Po pierwsze, politycy europejscy mają dużą skłonność do składania deklaracji, a dopiero potem refleksji nad nimi.

W tym kontekście należałoby zapytać, co się stało ze strategią lizbońską. Jak po ośmiu latach od deklaracji wygląda konkurencyjność europejskiej gospodarki?

Po wtóre, obywatele UE mają prawo do energii odnawialnej, ale powinni ponosić konsekwencje swoich decyzji, a nie przerzucać obciążenia z tym związane na wszystkich konsumentów, szczególnie tych mniej wrażliwych ekologicznie, nieprzekonanych, a być może po prostu biedniejszych. Nadto trzeba stale przypominać, że przestawianie się z energetyki konwencjonalnej na odnawialną wiele kosztuje.

„Czarna” energia na cenzurowanym

Energia odnawialna korzysta ze wsparcia np. poprzez zielone certyfikaty. System wsparcia, jak pokazała dotychczasowa praktyka w Polsce, spowodował zaburzenia na rynku drewna. Okazało się, że łatwiej i korzystniej jest spalać drewno i dostać „zielony certyfikat”, niż przetworzyć ten surowiec na płyty wiórowe czy papier.

Z drugiej strony, aby stawiać na „zieloną” energię, trzeba doprowadzić do ograniczenia produkcji energii „czarnej”. W tym celu wprowadza się system aukcji na uprawnienia do emisji CO2, co także będzie miało wpływ na wzrost ceny energii.

Mechanizm ten najbardziej odczują takie państwa, jak Polska, które będą zmuszone dyskryminować sektor wytwarzania energii opartej na węglu. A za wszystko zapłacą odbiorcy energii w naszym kraju.

To interesujące, że pan Miliband przedstawia swoje ekologiczne credo w Polsce. Być może Francji produkującej ponad 70 proc. energii z atomu mógłby złożyć równie „dyplomatyczną” propozycję zakończenia produkcji odpadów radioaktywnych. Być może gospodarkom wykorzystującym tanią energię jądrową powinien zaproponować dociążenie dodatkowymi kosztami specjalnych pozwoleń ekologicznych.

Takich propozycji jednak nawet się nie rozważa. To węgiel i emisja CO2 jest najważniejszym problemem pana Milibanda i Wspólnoty Europejskiej. Trudno oprzeć się wrażeniu, że więcej w tych pomysłach ideologii niż refleksji.

Brudny węgiel

Oczywiście konieczne są dalsze prace nad rozwojem energetyki odnawialnej. Jeżeli Wielka Brytania czy Niemcy chcą zostać awangardą energetyki, wszyscy w Europie powinniśmy im kibicować. Przedsiębiorcy doskonale zdają sobie sprawę, że inwestycje obarczone są ryzykiem, ale mogą zaprocentować. Podobnie mogą myśleć rządy tych państw.

Nie do zaakceptowania jest jednak promocja źródeł odnawialnych poprzez sztuczne kreowanie rynku i wymuszanie zachowań, których wszyscy nie akceptujemy. Europa Zachodnia zdaje się mówić Polakom i innym obywatelom Europy Środkowej: Europa musi być czysta, węgiel jest brudny, musimy wycofywać się z energetyki opartej na węglu, potrzebne są inwestycje proekologiczne. Dla Polski i innych producentów energii z węgla oznacza to: kupcie pozwolenia na emisję CO2 , podnieście ceny energii do poziomu nie do zaakceptowania dla odbiorców, w konsekwencji zlikwidujcie wasze górnictwo i energetykę, chętnie dostarczymy wam nasze ekologiczne technologie.

Jeżeli Europa chce stworzyć spójną politykę energetyczną, to powinna nakreślić spodziewany miks energetyczny dla wszystkich źródeł energii, a nie tylko dla energii odnawialnej. Do kwestii energii nie można podchodzić ideologicznie, lecz pragmatycznie. W tym kontekście nie można zakończyć dyskusji na chwytliwym sformułowaniu o 20 proc. energii odnawialnej do 2020 r., lecz należy określić spodziewany udział energii także z innych źródeł, w tym z węgla.

Tego można by oczekiwać od przywództwa europejskiego. Jakkolwiek w przypadku Polski utrzymanie produkcji 95 proc. energii z węgla jest nie do utrzymania w dłuższym okresie, to wydaje się, iż chociażby ze względu na bezpieczeństwo energetyczne Wspólnoty polskie zasoby węgla mogą okazać się bardzo cenne i nie powinny być dyskryminowane.

Autor jest adwokatem związanym z kancelarią White and Case. Powyższy artykuł wyraża jego osobiste poglądy

Rzeczpospolita: Dwutlenek węgla, czyli nowa religia lewicy
Tomasz Chmal 13-10-2008

40 mld zł na ekologiczną energię z naszych kieszeni

W ciągu 12 lat powstanie w Polsce 2500 zakładów produkujących energię z odpadów. Koszt inwestycji może sięgnąć 40 mld zł

Program „Innowacyjna energetyka – rolnictwo energetyczne” jest w końcowej fazie przygotowań. Zakłada, że do 2020 r. w każdej polskiej gminie powstanie przynajmniej jeden zakład produkujący energię z roślinnych kiszonek i wszelkich odpadów.

– Wykorzystanie biomasy w małych, wydajnych jednostkach pozwoli na uzyskanie łącznej mocy rzędu 3 tys. MW – twierdzi Zbigniew Kamieński, dyrektor Departamentu Energetyki w Ministerstwie Gospodarki.

Oprócz tego resortu w prace nad programem zaangażowane są także Ministerstwo Rolnictwa oraz – jak się dowiedziała „Rz” – cztery organizacje pozarządowe, a wiodącą rolę wśród nich odgrywa Stowarzyszenie Energii Odnawialnej. Te właśnie organizacje przekazały w lipcu do Ministerstwa Gospodarki projekt budowy biogazowni w każdej gminie. Resort nanosi teraz na ten program swoje uwagi.

Budowa 2,5 tys. zakładów produkujących energię z rolniczej biomasy będzie kosztowała 35 – 42 mld złotych. Zakłady te wymagają dwukrotnie więcej nakładów na 1 MW mocy niż farmy wiatrowe czy konwencjonalne elektrownie.

Realizacja programu będzie ogromnym wydatkiem, nawet jeżeli część kosztów pokryją fundusze Unii Europejskiej. Jednak gorącym zwolennikiem biogazowni jest minister rolnictwa Marek Sawicki. Budowa minielektrowni na biomasę ma bowiem przede wszystkim ożywić tereny wiejskie.

Stowarzyszenie Energii Odnawialnej oblicza, że pod uprawę roślin używanych w energetyce będzie można wykorzystać jedną trzecią terenów traktowanych teraz jako nieużytki. Biogazownie dadzą szansę na stworzenie na wsi dodatkowo 80 – 100 tysięcy miejsc pracy.

O opłacalności biogazowni

Rzeczpospolita: Energia z kiszonek i odpadów
Magdalena Kozmana 09-08-2008