Lewica żąda zwolnienia terrorystów

Źródło: Rzeczpospolita: Prawdziwy bojownik nie zna skruchy
28.02.2007

FRANCJA Lewica żąda zwolnienia terrorystów

Miesiąc solidarności ze skazanymi na dożywocie członkami grupy terrorystycznej Action Directe (Akcja Bezpośrednia) ogłosiły dwie francuskie organizacje lewicowe. Domagają się uwolnienia więźniów.

Tydzień temu przypadła 20. rocznica rozbicia Action Directe przez oddziały antyterrorystyczne. Z tej okazji związane ze skrajną lewicą stowarzyszenia Nie Pozwólmy i Aktywna Obrona zorganizowały demonstracje przed więzieniami w Pirenejach, Alzacji i w pobliżu Calais.

Przebywają tam – celowo rozdzieleni -założyciele AD: Jean-Marc Rouillan, Georges Cipriani i Nathalie Menigon. Zostali oni dwukrotnie skazani na dożywocie za zamordowanie w połowie lat 80. generała René Audrana i prezesa koncernu Renault Georges’a Bessa. Cała czwórka mogła starać się o przedterminowe zwolnienie dopiero po spędzeniu w więzieniu 18 lat. Termin ten minął w 2005 roku.

Wniosek o warunkowe zwolnienie więźniów z AD jest właśnie rozpatrywany przez sąd penitencjarny. Sami skazani nie zamierzają jednak za nic przepraszać. Rouillan, główny ideolog AD, w wywiadzie udzielonym z więzienia powiedział, że wyrzuty sumienia i skruchę okazują tylko słabi.

Żeby odzyskać wolność, powinni jednak wyrazić skruchę. W poniedziałek w Paryżu około 150 osób manifestowało sprzeciw wobec „zemsty państwa”. Obok trockistów protestowali deputowani komunistyczni i przedstawiciele Ligi Praw Człowieka. – Nie chodzi nam o usprawiedliwianie zamachów i zabójstw Action Directe, od tamtych czynów minęło jednak dostatecznie dużo czasu – tłumaczył Gerard Miller, były maoista. Członków AD, która była siostrzaną organizacją niemieckiej Frakcji Czerwonej Armii (RAF) i włoskich Czerwonych Brygad, uważa on za więźniów politycznych.

Zdaniem Millera niedopuszczalne jest zwłaszcza uzależnianie przez francuski wymiar sprawiedliwości warunkowego zwolnienia skazanych od okazania przez nich skruchy.

– To żądanie czysto religijne, nie ma nic wspólnego z prawem i sprawiedliwością – przekonywał Miller. Powołał się na przypadek baskijskiego terrorysty Philippe’a Bidarta, zabójcy trzech policjantów, także skazanego na podwójne dożywocie w 1988 roku. Bidart wyszedł na wolność w połowie lutego, nie okazawszy skruchy. Takiego żądania nie postawiono również Brigitte Mohnhaupt z RAF, która ma opuścić niemieckie więzienie pod koniec marca.
Grzegorz Dobiecki z Paryża

Reklamy

Krucjata nad Rospudą, czyli po co chronić żaby

Źródło: Rzeczpospolita: Krucjata nad Rospudą, czyli po co chronić żaby
26.02.2007

Setki krzyży przynieśli do obozowiska ekologów mieszkańcy Augustowa. Chcieli w ten sposób przypomnieć śmiertelne ofiary wypadków drogowych w swoim mieście

Do ekologów protestujących przeciwko budowie obwodnicy przez dolinę Rospudy przyjechało wczoraj pół tysiąca zdeterminowanych augustowian. Nie chcą tysięcy tirów przejeżdżających codziennie przez ich miasto. Wyliczyli, że co 15 sekund przez Augustów przejeżdża samochód. W mieście pod kołami ginie 20 osób rocznie.

– „Darmozjady chronią żaby”, „precz z Zielonymi”, „do domu” – krzyczeli wzburzeni mieszkańcy, trzymając w rękach krzyże i znicze nagrobkowe. Większości ekologów nie było wtedy w obozie, bo spacerowali po dolinie Rospudy.

– To dobrze, że wyszli z obozu. Zetknęliśmy się z nieprawdopodobnym poziomem frustracji i agresji. My z Greenpeace jesteśmy przeszkoleni i odporni na takie emocje, ale jeszcze dochodzę do siebie. Obawialiśmy się, że komuś mogłyby puścić nerwy – tłumaczy rzecznik Greenpeace Jacek Winiarski.

Protestujących od ekologów oddzielał kordon policji. – Nie musieliśmy interweniować – mówi rzecznik podlaskiej policji nadkom. Jacek Dobrzyński.

Zdaniem Jacka Winiarskiego, gdyby nie obecność policji, mogłoby dojść do linczu.

– My żyjemy tu od zawsze i zachowaliśmy tę przyrodę. Niech ekolodzy jadą do domu, a nam pozwolą spokojnie żyć. To oni niszczą teraz nasz las, ale nikt ich bić nie będzie – zapewniali protestujący.

Podlasianie jak Salomon

Ponad połowa (51 proc.) mieszkańców województwa podlaskiego uważa, że wsporze o Rospudę „każda strona ma swoje ważne racje, które należy wziąć pod uwagę”. To wyniki sondażu przeprowadzonego przez GfK na zlecenie „Rzeczpospolitej”, w którym zapytaliśmy mieszkańców Podlasia o to, po czyjej stronie leży racja w sporze o Rospudę. Na drugim miejscu znalazła się odpowiedź, że rację mają ci, którzy popierają obecny plan przebiegu autostrady – 39 proc. Tylko co dziesiąty uważa, że rację mają ekolodzy.

Burmistrz Augustowa Leszek Cieślik ubolewa, że problem doliny Rospudy został upolityczniony i jest wykorzystywany w ogólnopolskich partyjnych debatach. – Jeżeli budowa dróg nie stanie się wspólnym programem wszystkich ugrupowań, to nigdy nie wykorzystamy pieniędzy z UE. Wezmą je inni – mówi.
Projekt czy kreska na mapie

Tymczasem pojawiają się wątpliwości wokół wariantu obwodnicy proponowanego przez ekologów. Jego projektant nie ma uprawnień. Przez trzy miesiące był za to stażystą w firmie, która opracowywała projekty obwodnicy Augustowa. Potwierdza to współautor projektu Robert Chwiałkowski.

– Ja i Jan Jakiel rzeczywiście nie mamy uprawnień i nigdy tego nie ukrywaliśmy. Praca ma trzech autorów i ten trzeci ma wszelkie uprawnienia. Poza tym nie jest projektem budowlanym, tylko propozycją – tłumaczy Chwiałkowski.

Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad twierdzi, że projekt ekologów to zwykła mapa z narysowaną drogą. Podobny wariant obwodnicy Augustowa był już rozpatrywany.

– To nierealna propozycja. Przecina nie tylko dziesięć wsi, ale również Rospudę i Dowspudę, na dodatek przebiega przez chronione obszary cieniowe – to tereny zgłoszone do sieci Natura2000. Dopóki nie powstanie szczegółowa inwentaryzacja przyrodnicza takiego obszaru, prawo unijne zabrania tam jakichkolwiek prac – tłumaczy rzecznik GDDKiA Andrzej Maciejewski.

Dokumentacja projektu obwodnicy Augustowa kosztowała ok. 4 mln zł. Kilka lat pracowali nad nią specjaliści z kilkunastu branż.

– To stosy dokumentów, które przywieziono do Augustowa 3,5-tonową ciężarówką. Ekolodzy nie wiedzą chyba, o czym mówią – twierdzi burmistrz Augustowa Leszek Cieślik.
ELŻBIETA POŁUDNIK, m.az.

Szkoci kontra homofobia

Źródło: Rzeczpospolita: Szkoci kontra homofobia
20.02.2007

Kuriozalne wytyczne dla pracowników służby zdrowia w Szkocji mogą się obrócić przeciwko homoseksualnemu lobby

Nowe przepisy, według których personel szpitala nie powi nien używać „homofobicznych” słów „mama” i „tata”, nie zaskoczyły ekspertów. – Szkocja ostro skręciła na lewo. Gdyby nie szkoccy wyborcy, nigdy nie rządziłaby nami Partia Pracy – powiedziała „Rz” brytyjska ekspert do spraw rodziny Lynette Burrows. – Za zmianami politycznymi poszły zmiany obyczajowe. Szkocka klasa polityczna całkowicie straciła kontakt z rzeczywistością – dodała.

Homoseksualizm już dawno wkroczył do szkockich szkół. Od siedmiu lat prowadzi się tam na ten temat rozmaite pogadanki i lekcje. Wprowadzane są programy mające na celu walkę z dyskryminacją i przemocą wymierzoną w dzieci uważające się za homoseksualistów.

W zeszłym roku zorganizowano specjalne zajęcia, na których instruowano dzieci, w jaki sposób powinno się uprawiać „bezpieczny homoseksualny seks”. Oprócz wskazówek czysto technicznych opowiadano dzieciom o prezerwatywach, które mają uchronić przed AIDS, o”emocjonalnej stronie homoseksualizmu” oraz o tym, w jaki sposób skontaktować się z gejowskimi organizacjami.

Realizacja ideału sprawiedliwości społecznej

Wpływy tych ostatnich w minionych latach gwałtownie rosną. Jak przyznała rzeczniczka szkockiej Narodowej Służby Zdrowia (NHS), dyrektywy dotyczące „walki z językiem dyskryminacji” w szpitalach zostały opracowane przez znaną organizację zrzeszającą homoseksualistów Stonewall Scotland.

– My je tylko zaaprobowaliśmy. Od dawna ściśle współpracujemy z tym środowiskiem. Chcemy bowiem zapewnić jak najlepszą opiekę wszystkim pacjentom – powiedziała „Rz” rzeczniczka NHS. Dokument „Fair wobec wszystkich” sfinansowany został ze środków publicznych.Oprócz bardzo kontrowersyjnych wytycznych, dotyczących np. zamiany słów „mama” i „tata”na”opiekunowie” czy „strażnicy”, w szkockich szpitalach pojawią się też nowe formularze dla pacjentów i pracowników. Fragment dotyczący płci zostanie zmieniony ze zwyczajnego „Mężczyzna/Kobieta” na: „Mężczyzna”, „Kobieta” oraz „Inne”.

Jak bowiem podkreślają pracownicy NHS, komfortowo w szpitalu powinni czuć się nie tylko hetero- i homoseksualiści, ale również transwestyci. „Te przepisy to wyraz naszego przywiązania do ideału sprawiedliwości społecznej i pragnienia, aby służba zdrowia była przykładowym przedsiębiorstwem” -napisał we wstępie do dokumentu „Fair wobec wszystkich” wysoki rangą przedstawiciel NHS Paul Martin.

Słowo „gej” stało się obelgą

-Dzięki poparciu liberalnego establishmentu ugrupowania homoseksualistów stały się nietykalne. Ludzie boją się je skrytykować, żeby nie sprowadzić na siebie wściekłego ataku, nie zostać okrzykniętym homofobem – tłumaczy Lynette Burrows. Według niej środowiska te poczuły się jednak zbyt pewnie i forsując rozmaite karkołomne inicjatywy, strzelają sobie samobójczą bramkę.

– Ludzie są w stanie znieść wszystko, byle miało cień realizmu. Tymczasem zakaz mówienia „mama”, „tata” jest po prostu niemożliwy do wprowadzenia. Pielęgniarki i tak będą robiły oko do dzieci i szeptały ukradkiem: „mamusia przyszła”. A homoseksualiści staną się tylko obiektem drwin -podkreśla pani Burrows.

Z jej obserwacji wynika, że dzięki takim akcjom ludzie, którzy nigdy nie mieli nic przeciwko osobom o odmiennej orientacji seksualnej, diametralnie zmieniają zdanie. – BBC od dwudziestu pięciu lat angażuje się w nachalną promocję homoseksualizmu. Efekt jest taki, że dziś w Wielkiej Brytanii słowo „gej” to największa obelga. Takie rzeczy, zamiast zwalczać niechęć do homoseksualistów, wywołują ją -podkreśliła.
PIOTR ZYCHOWICZ

Atak na chrześcijaństwo
To chyba jakiś ponury żart. Przecież słowa „mama”, „tata” wypowiadamy jako pierwsze w naszym życiu. Tak jest w Wielkiej Brytanii, Polsce i Afryce. Czy to oznacza, że kilkumiesięczne dziecko jest homofobem? Takie działania homoseksualnego lobby przypominają mi działania komunistów; oni też chcieli zmienić to, w jaki sposób ludzie mówią i myślą. Wpisuje się to w szersze zjawisko: permanentnej wojny z chrześcijańskimi wartościami. Wartości te od stuleci są fundamentem europejskiej cywilizacji, teraz próbuje się je wyprzeć z przestrzeni publicznej. Co powinni robić chrześcijanie? Trzymać się prawdy. W przypadku sprawy, o której mówimy, szpitalny personel powi nien ostentacyjnie używać wszystkich rzekomo homofobicznych słów. Przecież nie aresztują wszystkich chrześcijan.

Daphne McLeod, przewodnicząca konserwatywnej katolickiej organizacji Pro Ecclesia et Pontifice

Wychować w tolerancji
Chodzi o to, żeby uwrażliwić personel szpitalny na ludzką odmienność. Proszę sobie wyobrazić sytuację, w której w szpitalu przebywa dziecko z gejowskiej rodziny. I pielęgniarka pyta, „jak się nazywa twoja mamusia”. Dziecku byłoby przykro. To by było okropne. Chcemy, żeby wszyscy pacjenci czuli się komfortowo, czuli, że się ich rozumie. Pobyt w szpitalu jest wystarczająco stresujący i homofobia jest w nim zupełnie niepotrzebna. W przeszłości doszło do wielu nieprzyjemnych incydentów w naszych szpitalach. Wieszanie plakatów przedstawiających homoseksualne rodziny w szpitalach jest niezbędne. Oswaja się w ten sposób dzieci z innym modelem rodziny. Dzięki temu już za młodu będą z nim oswajane i wychowywane w tolerancji.

John Church, członek organizacji homoseksualistów Stonewall Scotland

———————————-

KOMENTARZ
Słownik słów obelżywych

Jakie słowa obrażają homoseksualistę? Pedał, ciota, homek czy zboczeniec – dziś niemal nieobecne (i dobrze!) w dyskursie publicznym – już nie. Teraz słownik słów uznawanych za obraźliwe dla gejów poszerzył się o słowa „matka” i „ojciec”. Jakie są przyczyny wciągnięcia tych pierwszych wymawianych przez dziecko słów na listę obraźliwych? Otóż to, że gdy dziecko ma pecha być wychowywane przez dwóch panów, to może nie wiedzieć, co wpisać w rubrykach „ojciec” i „matka”. Podobne „nieszczęście” spotkać może także homoseksualistów (czy lesbijki), którzy oddają dziecko do szpitala i którzy mogą poczuć się urażeni ustaleniem, który z nich jest ojcem, a który matką.

Na szczęście na straży praw mających kłopoty z własną rodzicielską tożsamością homoseksualistów stanęli prawodawcy i lekarze. W Szkocji podjęto decyzję, że od tej pory w szpitalach niebędzie się stosowało terminów „ojciec” i „matka”. Hiszpanie nie tak dawno poszli jeszcze dalej, wprowadzając w dokumentach urzędowych określenia „rodzic A” i „rodzic B”.

Problem z tymi określeniami jest tylko jeden: one wcale nie sprawiają, że cokolwiek zostaje rozwiązane. Nadal bowiem jeden z rodziców jest A, a drugi B, czyli jakieś rozróżnienie trzeba stosować. Ktoś musi podejmować decyzję, kto jest A, a kto B. I ktoś może czuć się dyskryminowany przez samo bycie B, a nie A.

Konsekwentnie stosując logikę Szkotów i Hiszpanów, trzeba więc zakazać (dlaczego tylko w szpitalach? może też w szkołach czy nawet w domach?) stosowania terminów określających jakąkolwiek tożsamość. Terminy „kobieta” i „mężczyzna” mogą bowiem obrażać transseksualistów i transwestytów, terminy homo- i heteroseksualista dotknąć mogą tych, którzy lubią także zwierzątka, itd. I tak oto listą słów obelżywych stałyby się całe słowniki. Zwyczajny język trzeba by zastąpić nic niemówiącym bełkotem, bo tylko on nikogo nie obraża. Jednym słowem, jedynym poprawnym politycznie sposobem komunikacji okaże się język niemowlaków. A gugu, a gugu nikomu (mam nadzieję) nie sprawi przykrości.
Tomasz P. Terlikowski

Rospuda – ekologia w służbie polityki

Źródło: Rzeczpospolita: Rospuda – ekologia w służbie polityki
20.02.2007

Ekolodzy utrzymują, że poprowadzona ponad Rospudą droga obniży poziom wód gruntowych i zniszczy torfowisko. Jednak żaden autorytet z dziedziny budowy dróg i mostów, hydrografii, ekologii nie stwierdził w sposób poparty rzetelnymi badaniami, że musi nastąpić kataklizm – pisze socjolog, doradca ministra środowiska

Od co najmniej roku trwa multimedialna prezentacja problemu pt. „Zagłada doliny Rospudy” połączona z wezwaniem do ratowania tej doliny przed zagładą. Chodzi o budowę obwodnicy Augustowa, która wyprowadzi z miasta tranzytowy ruch tirów. Jednak obraz przedstawiany opinii publicznej jest dalece uproszczony, a przez to fałszywy. Żeby zrozumieć istotę konfliktu wokół Rospudy, niezbędny jest wstęp pokazujący krótką, ale bardzo burzliwą historię przedsięwzięcia.

100 tysięcy tirów

Problem zaczął się wraz z upadkiem Związku Radzieckiego i otwarciem przejścia granicznego w Budzisku, które połączyło Litwę, Łotwę, Estonię, a nawet Finlandię z Europą Zachodnią. Z czasem ruch się zwiększał i obecnie przez Augustów – perłę polskich uzdrowisk – przejeżdża 100 tys. tirów miesięcznie. W mieście w wypadkach ginie 20 osób rocznie. Zrozumiałe jest, że w końcu cierpliwość mieszkańców się wyczerpała. O budowie obwodnicy słyszą od lat piętnastu, wiec na przełomie roku 2005 i 2006 rozpoczęli comiesięczne protesty blokujące ruch samochodów.

Niezbędne prace projektowe i procedury prawne rozpoczęły się w roku 1992. Osiem lat później wybrany (i zweryfikowany przez procedurę oceny oddziaływania inwestycji na środowisko) wariant przebiegu obwodnicy znalazł się w miejscowych planach zagospodarowania przestrzennego trzech gmin (Augustów miasto i gmina oraz Nowinka). Iwtedy budowa drogi powinna się rozpocząć, lecz konieczne były czasochłonne uzgodnienia i decyzje cząstkowe, od których można się było odwoływać, z czego część zainteresowanych skwapliwie korzystała.

Protest wszystkich istot

W roku 2004 weszliśmy do Unii Europejskiej. Od tego czasu Polska zobowiązana jest do ustanowienia na swoim terenie sieci obszarów chronionych Natura 2000. Sieć ta w części pokrywa się z terenami wcześniej obecnymi w polskim systemie ochrony przyrody, a w części stanowi jego uzupełnienie. Istotne znaczenie ma fakt, że funkcjonowanie sieci regulowane jest przez szczególne przepisy wspólne dla całej Unii, które zostały wprowadzone również do polskiej ustawy o ochronie przyrody.

Gdy w roku 2005 miała się rozpocząć budowa obwodnicy według przyjętego wcześniej wariantu, zdecydowanie zaprotestowało przeciw prowadzeniu inwestycji kilka organizacji ekologicznych. Szczególnie aktywne okazały się: Greenpeace, WWF, CMOK (Stowarzyszenie Chrońmy Mokradła), OTOP (Ogólnopolskie Towarzystwo Ochrony Ptaków) i Pracownia na rzecz Wszystkich Istot.

150 tysięcy podpisów

Ekolodzy stwierdzili, że obwodnica przetnie niezwykle cenną przyrodniczo dolinę rzeki Rospudy, zniszczy unikalne torfowiska i zagrozi bytowi kilku równie unikalnych gatunków fauny i flory. Kto wie, czy nie istotniejszy dla protestujących jest argument prawny. Otóż dolina Rospudy stała się elementem Natury 2000 i jako taka wymaga powtórzenia procedur wyboru najkorzystniejszego wariantu.

Dzięki wsparciu medialnemu, przede wszystkim „Gazety Wyborczej”, Radia TOK FM i innych mediów, cała Polska się dowiedziała, że jest cudo przyrody, czyli Rospuda, którą władze państwowe chcą zniszczyć w bezmyślnym antyprzyrodniczym i antyeuropejskim szale. W krótkim czasie zebrano podobno 150 tys. podpisów pod protestem i jest to dowód zarówno na ekologiczną wrażliwość naszego społeczeństwa, jak i na łatwość sterowania jego emocjami.

Równolegle przesłano do Komisji Europejskiej doniesienie o łamaniu prawa przez polskie władze. W efekcie UE zażądała od Ministerstwa Środowiska stosownych wyjaśnień. Do pełnego obrazu należy dodać, że ekolodzy zakasali rękawy i wzięli się również do projektowania, kreśląc swój lepszy wariant, który wędruje, ale niestety również przecina Rospudę.

Czy nastąpi kataklizm?

Ogłoszona przez protestujących strategia ma charakter alternatywny. W pierwszym wariancie Unia Europejska karze Polskę za łamanie prawa i nawet już wybudowanej obwodnicy nie dopuszcza do ruchu, a nadto nakłada kolosalne kary finansowe. Wariant drugi przewiduje, że protestujący zablokują budowę, przypinając się do drzew (Adam Wajrak – „Gazeta Wyborcza”) lub zastosują inne techniki sprzeciwu czynnego (Maciej Muskat – Greenpeace).

Co się stanie, jeśli dziś przed żądaniami ekologów ustąpimy i rozpoczniemy procedurę wyłaniania innego projektu obwodnicy? Po pierwsze – budowa zostanie wstrzymana na trzy lata, a niewykluczone, że w efekcie i tak zwycięży obecny wariant. Po drugie – czekają nas protesty mieszkańców Augustowa, w tym także blokowanie trasy na skalę znacznie większą niż dotychczas. Po trzecie – nieuniknione są duże straty finansowe.

Mamy wiec do czynienia z konfliktem o wielu aspektach: przyrodniczym, prawnym, społecznym, ekonomicznym i politycznym.

Jest też wymiar techniczny przedsięwzięcia. Ekolodzy jako pewnik uznają, że przejście drogi nad rzeką na ponad półkilometrowej estakadzie musi obniżyć poziom wód gruntowych i zniszczyć torfowisko. Inwestor przedstawił szereg ekspertyz, autorstwa poważnych specjalistów, mówiących, że tak nie będzie, nie spotkałem natomiast żadnej wypowiedzi autorytetu z dziedziny budowy dróg i mostów, hydrografii, ekologii, który by stwierdził w sposób poparty rzetelnymi badaniami, że musi nastąpić kataklizm.

Lista zdziwień

W pewnym momencie na krótko zaistniał pomysł poprowadzenia drogi przez Rospudę nie na estakadzie, lecz tunelem. Projekt upadł z oczywistych przyczyn ekonomicznych, lecz wcześniej zyskał akceptację ekologów. I to już naprawdę trudno zrozumieć. Zważywszy oczywisty fakt, że tego rodzaju inwestycja w obszarze podmokłym musi doprowadzić do poważnych zaburzeń warunków hydrograficznych.

Listę zdziwień można kontynuować. Od ponad trzydziestu lat istnieje konwencja z Ramsar o ochronie obszarów wodno-błotnych. W czasie sesji zorganizowanej 4 stycznia 2007 r. w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego jedna z organizatorek spotkania reprezentująca wspomniany już CMOK oświadczyła, że dolina Rospudy ma szansę stać się drugim w Polsce (po Biebrzańskim Parku Narodowym) obszarem objętym konwencją z Ramsar. Jest to przykład skrajnej ignorancji, gdyż w Polsce jest aż 13 obszarów objętych tą konwencją o łącznej powierzchni 125 tys. ha. Należy sądzić, że dla polskich ekologów ’07 ochrona przyrody w naszym kraju rozpoczęła się wraz z wejściem do UE i powołaniem sieci Natura 2000. Podobnie myśli i mówi redaktor Wajrak, który uważa, że 23 parki narodowe, 120 parków krajobrazowych i inne obszary chronione (ponad 30 proc. powierzchni kraju), z których część zaliczana jest do międzynarodowych systemów obszarów chronionych, takich jak Międzynarodowe Rezerwaty Biosfery, obszary Światowego Dziedzictwa Przyrodniczego to… fikcja.

Swoją drogą zastanawia fakt, że bardzo aktywni i skuteczni przecież przyrodnicy polscy nie spowodowali wcześniej objęcia Rospudy jakąś formą ochrony. Rzeka tyle lat czekała na swojego Kolumba – Adama Wajraka.

Ewolucja Wajraka

Do tej samej kategorii zdziwień należy fakt, że w całej akcji obrony Rospudy nie uczestniczą polskie autorytety naukowe. Owszem różne gremia podnoszą protesty, ale bez przedstawienia jakiejkolwiek analizy naukowej tego konkretnego przypadku. Chyba w desperacji sprowadzono ostatnio dwóch naukowców z Niemiec i Holandii, by świadczyli o walorach Rospudy.

Na koniec warto zwrócić uwagę na ewolucję Adama Wajraka. Gdy w 1998 r. ekolodzy przypinali się do drzew, żeby zaprotestować przeciw budowie autostrady przez Górę Świętej Anny, redaktor „Gazety Wyborczej” niemiłosiernie wyszydzał ich akcję. Kombatant tamtych bojów Olaf Swolkień z goryczą stwierdza, że ówczesną postawę Wajraka tłumaczy fakt, iż wtedy Unia Wolności współtworzyła rząd i miała wiceministra od środowiska.

Śledząc wrzawę wokół Rospudy, mam bardzo wyraźne uczucie déjá vu. W 2001 r. przez Polskę przetoczyła się podobna fala protestów w obronie zagrożonego Tatrzańskiego Parku Narodowego. Powodem zagrożenia była zmiana na stanowisku dyrektora parku, głównym oskarżonym był również minister środowiska, a na czele protestu stał redaktor Wajrak. Ale po kilku miesiącach już nikt się tą zbrodnią nie zajmował, gdyż w międzyczasie odbyły się wybory i do władzy doszedł SLD.

Jest jeszcze jedno wyjście, by Augustów był syty i Rospuda cała. Należy natychmiast zamknąć przejście graniczne w Budzisku. Tylko, co na to powie Unia?
Tadeusz Burger
Autor jest doradcą ministra środowiska, socjologiem od lat zajmującym się badaniem konfliktów ekologicznych oraz świadomości ekologicznej społeczeństwa polskiego

Rytualne mordy Żydów na chrześcijańskich dzieciach c.d.2

Źródło: Rzeczpospolita: Izraelski profesor wycofuje swoją książkę ze sprzedaży
16.02.2007

To zupełnie nieoczekiwana wolta profesora Ariela Toaffa. Izraelski historyk, który napisał, że Żydzi dokonywali rytualnych mordów na chrześcijańskich dzieciach, ugiął się pod presją oburzonej opinii publicznej.

Profesor zwrócił się do włoskiego wydawnictwa, które opublikowało jego książkę „Krwawa Pascha”, aby natychmiast wstrzymało jej dystrybucję do księgarń i bibliotek. Zamierza dokonać „niezbędnych poprawek, by lepiej wyjaśnić stwierdzenia, które zostały źle zinterpretowane”.

– Faktycznie autor zwrócił się do nas z takim żądaniem – powiedziała „Rz” rzeczniczka włoskiego wydawnictwa Il Mulino. – Niestety, wyprzedaliśmy już cały nakład w wysokości trzech tysięcy egzemplarzy. Właśnie zamierzaliśmy rozpocząć dodruk, ale w tej sytuacji oczywiście go wstrzymaliśmy – dodała.

Rzeczniczka podkreśliła, że sprzedaż tylu egzemplarzy książki w kilka dni jest wielkim sukcesem wydawnictwa i świadczy o ogromnym zainteresowaniu Włochów zaskakującymi teoriami izraelskiego historyka. Profesor Toaff twierdzi, że działająca w średniowieczu żydowska sekta aszkenazyjczyków używała krwi chrześcijańskich dzieci do wytwarzania macy i rozmaitych magicznych eliksirów. W ten sposób mieli się mścić za krzywdy, których zaznali wcześniej od chrześcijan.

Jeszcze kilka dni temu profesor zapewniał, że będzie bronił swoich teorii, „nawet gdyby miał zostać ukrzyżowany”. Dlaczego teraz zdecydował się na wstrzymanie dystrybucji książki? -Nie będę rozmawiać z prasą! Codziennie dzwoni do mnie sto osób z całego świata. Mam tego serdecznie dość – powiedział „Rz” wyraźnie zdenerwowany profesor. Nie chciał wyjaśnić motywów swojej decyzji. W oświadczeniu przesłanym do prasy stwierdził jedynie, że „przeprasza za to, iż swoją publikacją obraził naród żydowski”. Jednak nadal nie odwołał swoich teorii.

Ofri Ilani z dziennika „Haarec” wskazuje na powszechne oburzenie, jakie w Izraelu i w środowiskach żydowskich wywołała książka. W prasie opublikowano dziesiątki listów otwartych, protestów, deklaracji potępienia i ostrych artykułów. Profesora skrytykował nawet własny ojciec Elio, były naczelny rabin Rzymu, który przyjmował swego czasu Jana Pawła II w synagodze.

-Toaff nie przewidział, że jego naukowa publikacja spotka się z tak wielkim negatywnym odzewem. Myślę, że jak się zorientował, jaką burzę wywołał i jakie szkody może przynieść narodowi żydowskiemu, postanowił to choć trochę naprawić. Proszę nie zapominać, że otrzymywał także groźby -powiedział „Rz” Ilani.

Gwałtowna reakcja na książkę spowodowana jest tym, że twierdzenie, iż Żydzi rytualnie mordowali chrześcijańskie dzieci, uznawane jest za kanon antysemickiej ideologii. W przeszłości doprowadziło ono do szeregu krwawych pogromów ludności żydowskiej.

Właśnie dlatego Toaffa ostro potępiła nie tylko jego własna uczelnia -Uniwersytet Bar-Ilan pod Tel Awiwem – ale również zajmująca się zwalczaniem antysemityzmu Liga Przeciwko Zniesławieniu (ADL).

W odpowiedzi profesor zaoferował, że dochody ze sprzedaży książki przekaże właśnie tej organizacji. – Trudno powiedzieć, czy przyjmiemy te pieniądze. Decyzja nie została jeszcze podjęta. Najważniejsze dla nas jest jednak, że profesor Toaff uderzył się w piersi i przyznał do błędu. Bardzo się cieszymy – powiedział „Rzeczpospolitej” Arieh O’Sullivan z ADL.
Piotr Zychowicz

Kara śmierci wg. nauki Kościoła

Źródło: Rzeczpospolita: Świat bezkarnych zbrodniarzy
14.02.2007

Czy kara śmierci jest sprawiedliwa i dopuszczalna?

Papież, król i kat byli przez wieki trzema filarami ładu duchowego, moralnego i społecznego. Rewolucja zamordowała nam królów, wzgardziła autorytetem papieża, a teraz nawet papież chce zdelegitymizować kata. Wkroczyliśmy w świat bezkarności dla zbrodniarzy – pisze historyk idei

Niedawna wypowiedź Ojca Świętego Benedykta XVI, który w posłaniu do uczestników światowego kongresu abolicjonistów nazwał karę śmierci obrazą godności człowieka, wywołała nową falę dyskusji nad tą kwestią. Pojawiły się nawet głosy, iż sprzeciw wobec kary śmierci wyraża aktualnie obowiązującą – bo „zrewidowaną” pod wpływem refleksji moralnej śp. Sługi Bożego Jana Pawła II – naukę Kościoła, co, jakoby, obliguje katolików mających w tej materii odmienne przekonania do ich zrewidowania.

Dobrotliwa tyrania serca

W rzeczywistości rzeczy mają się zgoła odmiennie. Autentyczne nauczanie Kościoła w kwestii moralnej dopuszczalności kary śmierci jest jasne, stałe i niezmienne, toteż żadną miarą nie może podlegać rewizji. Uprawnienie władzy (wyłącznie świeckiej, albowiem „bojownik Boży nie wikła się w sprawy tego świata” – 2 Tm 2, 4) do stosowania kary głównej było potwierdzane przez urząd nauczycielski na przestrzeni prawie dwóch tysięcy lat, od apostołów św. św. Piotra i Pawła po najnowszą wersję katechizmu Kościoła Katolickiego, a zmienny bywał jedynie uprawniony zakres jej stosowania.

Kto twierdzi, że z „drugiego wydania” (w rzeczywistości chodzi o tzw. Corrigenda, czyli poprawki naniesione przez Kongregację Nauki Wiary) tego Katechizmu kara śmierci „zniknęła”, ten po prostu wprowadza w błąd skołatanych katolików; wystarczy dokładnie przeczytać kanon 2267, aby się przekonać, że tak kategorycznego rozstrzygnięcia tam nie ma. Płynąca stamtąd niewątpliwa niechęć do stosowania kary śmierci, jak również podobne osobiste przekonania obu ostatnich papieży również nie mają żadnej mocy zmieniania nauki Kościoła, która jest związana nieomylną tradycją (depozytem wiary). W Kościele niemożliwa jest bowiem niczyja arbitralna władza, nawet namiestnika Chrystusa, ani jakakolwiek tyrania – nawet dobrotliwa „tyrania serca”.

Godność – ale jaka?

Na okoliczność niefortunnej wypowiedzi Jego Świątobliwości można natomiast zauważyć, że w ten sposób dezawuuje on poniekąd swoich czcigodnych poprzedników sprawujących przez wieki władzę świecką w państwie kościelnym. Jeszcze w XIX wieku wykonywano tam statystycznie najwięcej ze wszystkich państw europejskich wyroków śmierci na zbrodniarzach pospolitych. Idąc za myślą papieża, należałoby zatem uznać, że Grzegorz XVI czy bł. Pius IX dopuszczali się systematycznej „obrazy godności człowieka”. Lecz o jakiej godności tu mowa – tego niestety się nie dowiadujemy. Czy chodzi tu o godność, nazywaną w tradycyjnej teologii początkową, która istotnie przysługuje każdej istocie ludzkiej, lecz została skaleczona i osłabiona grzechem pierworodnym? Czy o godność „ostateczną”, nabywaną jedynie za cenę odkupieńczej krwi ukrzyżowanego Syna Bożego?

Brak tego rozróżnienia niebezpiecznie zbliża wszelkie dywagacje „godnościowe” do ujęć humanitarystycznych i sentymentalnych, w istocie z gruntu laickich. Dlatego nie należy zapominać, że – jak w eseju o katolicyzmie, liberalizmie i socjalizmie pisał Juan Donoso Cortés – „gdyby Bóg mój nie stał się ciałem w łonie niewiasty i gdyby nie umarł na krzyżu za cały rodzaj ludzki, płaz ten, którego depczę swą stopą, byłby w oczach moich mniej godnym wzgardy niż człowiek”.

Kanon demokracji liberalnej

Jak się zdaje, w dotychczasowych debatach wyłożono już wszystkie możliwe argumenty pro i contra karze śmierci i trudno byłoby dorzucić tutaj coś oryginalnego. Wolałbym zatem zwrócić jedynie uwagę na samo „zakotwiczenie” argumentów obu stron w absolutnie wykluczających się koncepcjach antropologicznych oraz dotyczących wspólnoty politycznej i władzy.

Abolicjoniści często podkreślają, że zakaz stosowania kary śmierci należy do kanonu „standardów” moralnych i politycznych współczesnej demokracji liberalnej i laickiej. W zupełności podzielam ten pogląd. Rzeczywiście rodowodu stanowiska postrzegającego karę śmierci jako przejaw „barbarzyństwa” należy upatrywać w humanitarystycznej, liberalnej i demokratycznej rewolucji, której podstawy myślowe zbudowali w XVIII wieku ideolodzy tzw. oświecenia, a zaczęli ją wcielać w życie rewolucjoniści czynni, począwszy od francuskich. Przypomnijmy, iż krwawy Robespierre był za młodu działaczem komitetu na rzecz zniesienia kary śmierci, a z powieści Sołżenicyna pamiętamy, iż dwukrotne zniesienie kary śmierci przez Stalina skutkowało w „Archipelagu Gułag” pewnym, by tak rzec, bałaganem buchalteryjnym.

Należy jednak być konsekwentnym i dodać, że owa nieustająca i wielopostaciowa rewolucja, dla której abolicjonizm był ważnym segmentem ideologicznym, była ze swojej istoty i celu „przeciwchrześcijańska”. Jej fundamentem antropologicznym było, negujące grzech pierworodny, przekonanie o „naturalnej” dobroci człowieka, fundamentem politycznym zaś – negujące społeczną naturę człowieka i pochodzenie władzy od Boga – twierdzenie, iż jedynym źródłem prawomocności władzy jest „kontrakt” równych i wolnych jednostek.

Władza z bożego prawa

Ta ideologia, legitymizująca współczesne, „demokratyczne państwo prawa” i jego „standardy”, niszczy chrześcijańską wizję państwa, które – jak podkreśla luterański teolog Wilhelm Stapel – istnieje tylko jako „zepsuta wprawdzie”, ale „pozostająca w zasięgu Bożej cierpliwości” instytucja metafizyczna. Posiada ona, udzieloną jej przez Kościół (który sam nie może posługiwać się mieczem „fizycznym”), sankcję egzekutora bożej sprawiedliwości. Istotnie, sama w sobie, żadna władza nie ma prawomocnego roszczenia do czegokolwiek.

Żaden człowiek nie posiada w sobie samym uprawnienia do wydawania rozkazów innemu człowiekowi. Jakakolwiek władza – kościelna, państwowa, rodzicielska, nauczycielska etc. – prawomocnie czerpie swoje uprawnienie wyłącznie z prawa bożego. Metafizyczna sankcja udzielona przez Kościół, założony przez Boga, daje państwu prawo do posiadania i wykonywania czterech tzw. regaliów: prawa do prowadzenia wojny (ius belli), prawa przysięgi (ius jurandi) oraz właśnie prawa wymierzania kary śmierci (ius vitae et necis), zwanego też prawem miecza (ius gladii), i, będącego jego rewersem, prawa łaski (właściwie: ius juris intermittendi).

Pozbawienie któregokolwiek z tych regaliów sprowadza państwo do instytucji czysto administracyjnej i gospodarczej, co w istocie dzieje się w pozbawionym wszelkiej godności państwie współczesnym, traktowanym jako użytkowa maszynka do zapewniania obywatelom życia lekkiego, łatwego i przyjemnego („po pierwsze gospodarka”). Dlatego spór pomiędzy liberalną teorią państwa, traktującą wojnę, karę śmierci, przysięgę i ułaskawienie jako przeżytki epoki barbarzyńskiej, a konserwatywną teorią państwa, uznającą prawomocność wszystkich tych regaliów, jest sporem metafizycznym uniemożliwiającym osiągnięcie jakiegokolwiek konsensu. Albo „my”, albo „oni” – tertium non datur.

Ewangelia galerników

Papież, król i kat byli przez wieki cywilizacji chrześcijańskiej metafizyczną „świętą trójcą”, trzema filarami ładu duchowego, moralnego i społecznego. W sławnym „portrecie kata” z Wieczorów Petersburskich katolicki kontrrewolucjonista hr. Joseph de Maistre przestrzegał: „Zabierzcie światu ów niepojęty czynnik, a w jednej chwili ład ustąpi chaosowi, trony upadną i społeczeństwo zniknie”. Tak właśnie się stało: rewolucja zamordowała nam królów, wydając nas na pastwę demagogów, i wzgardziła autorytetem papieża, a teraz nawet papież chce zdelegitymizować kata. Wkroczyliśmy w świat bezkarności dla zbrodniarzy i negowania samej zbrodni (za którą odpowiedzialne jest ponoć samo społeczeństwo), gdzie wymierzanie śmierci stało się już wyłączną prerogatywą tych, którzy za nic mają i prawo boże, i godność człowieka; ich „abolicja” przecież nie obowiązuje.

Tam, gdzie kara śmierci została zakazana władzy publicznej, spełniło się ponure proroctwo Juana Donoso Cortésa, iż społeczeństwo, które ją zniesie, przekona się niebawem, „ile kosztują takie doświadczenia, bo krew poczyna się zaraz sączyć przez wszystkie jego pory”, a nową „dobrą nowinę” głosić będą i spełniać galernicy: „Racjonaliści nowożytni zbrodnię zdobią nazwą nieszczęścia; jeżeli to pojęcie zapanuje szerzej, przyjdzie dzień, w którym rządy społeczeństwa przejdą w ręce tych nieszczęśliwych, i wówczas zbrodnią będzie niewinność. Po szkołach liberalnych przyjdą socjaliści ze swoją nauką o świętych rewolucjach i o heroicznych zbrodniach; a nie będzie to jeszcze koniec? na dalekich widnokręgach poczynają krwawsze jeszcze przeświecać zorze. Na galerach piszą może nową ewangelię dla świata. Jeżeli świat będzie zmuszony do przyjęcia tych nowych apostołów i ich ewangelii, zaprawdę wart tego będzie”.
Jacek Bartyzel
Autor jest doktorem habilitowanym nauk humanistycznych, specjalizuje się w polityce. Profesor Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu i prezes Klubu Konserwatywnego w Łodzi

Zawsze trzeba się bać Rosji

Źródło: Rzeczpospolita: Zawsze trzeba się bać Rosji
13.02.2007

Rozmowa z Alainem Besanconem Rosja się nie rozwija. Zamiast nowoczesnego otwartego rynku Moskwa stawia na państwowy eksport ropy. Na dłuższą metę ta polityka doszczętnie zrujnuje kraj. Moim zdaniem Rosja jest krajem, który nie potrafi swym obywatelom nic zaoferować. To dlatego Putin inscenizuje takie występy jak w Monachium – mówi znany sowietolog

Rz: Na Konferencji Bezpieczeństwa w Monachium Władimir Putin ostro skrytykował Stany Zjednoczone i NATO. Był pan zaskoczony?

Alain Besancon: Ależ skąd. Powiedzmy sobie szczerze: zimna wojna między USA a Rosją nieprzerwanie toczy się do dziś. Putin nigdy nie był przyjacielem Ameryki. Jestem przekonany, że jego celem jest odtworzenie Związku Radzieckiego – olbrzymiego imperium, które straszy nie tylko Europę i USA, lecz wszystkie państwa, które mogą stanąć na jego drodze. To, że Putin właśnie teraz pozwala sobie na takie wypowiedzi, to głównie wina Amerykanów. Po 11 września utworzyli z Rosją koalicję w walce z terroryzmem. Co chwila o coś Putina proszą. Putin oczywiście pomaga, lecz nigdy za darmo. Na tym polega zręczność rosyjskiej dyplomacji. Niedługo dojdzie do tego, że Rosja będzie sprzedawała swe względy jak jakaś prostytutka.

Co ma pan na myśli?

Weźmy na przykład możliwą interwencję USA w Iranie. Już sobie wyobrażam, jak to będzie wyglądało. Putin powie Bushowi: wesprzemy was, jeżeli dostaniemy gwarancję wpływów na Ukrainie, Gruzji lub Mołdawii. Oczywiście Amerykanie wyjdą na tym jak Zabłocki na mydle.

Putin grozi, krytykuje i poucza. Można odnieść wrażenie, że Rosja jest światowym imperium, z którym trzeba się liczyć. Może nawet się bać?

Problem polega na tym, że Rosja się nie rozwija. Zamiast nowoczesnego otwartego rynku Moskwa stawia na państwowy eksport ropy. Na dłuższą metę ta polityka doszczętnie zrujnuje kraj. Czy pani kiedyś widziała rosyjskie produkty w europejskich sklepach? Nie! Nic dziwnego, bo ich nie ma. Rosja na tych rynkach nie istnieje. Moim zdaniem Rosja jest krajem, który nie potrafi swym obywatelom nic zaoferować. To dlatego Putin inscenizuje takie występy jak w Monachium. Rosjanie mają zrozumieć, że są wielcy, choć w rzeczywistości przeżywają wielką katastrofę demograficzną związaną z nieustającym pijaństwem. Co to za imperium?!

Ale czy Europa i Stany Zjednoczone powinny brać groźby Putina na poważnie?

Zawsze trzeba się bać Rosji, dlatego że jest niebezpiecznym krajem autokratycznym, który dysponuje wyspecjalizowaną w kłamstwie dyplomacją. Nic nie jest tak fałszywe jak rosyjska dyplomacja. Dwulicowość Rosji może drogo kosztować i Europę, i USA. Rosji nie można ufać. Zachodni politycy powinni to wreszcie zrozumieć. Rosja już teraz zdołała podzielić Europę w sprawach polityki energetycznej. Zgodnie z hasłem divide et impera Putin z jednej strony prowadzi rozmowy z Unią Europejską, a z drugiej utrzymuje dwustronne kontakty z Niemcami, Węgrami, Włochami i Rumunią.

Jak Unia Europejska powinna zareagować na wypowiedzi Putina?

Powinna się wreszcie obudzić. Wystarczyłoby, żeby postarała się o wspólne stanowisko w rozmowach z Rosją. Na razie wiele państw Unii prowadzi własną politykę wobec Moskwy. To bardzo ryzykowne.

Amerykanie próbowali obrócić wypowiedzi Putina w żart. Czy powinno im być do śmiechu?

Nie. Amerykanie zachowują się głupio wobec Moskwy. Putin nie jest odpowiednim partnerem dla takiego światowego mocarstwa, jakim są Stany Zjednoczone. Rosję trzeba próbować odizolować, oczywiście do takiego stopnia, do jakiego jest to możliwe. Amerykanie powinni sobie uświadomić, że muszą się jakoś przed Rosją chronić.
rozmawiała Aleksandra Rybińska
Alain Besancon jest historykiem myśli społecznej i sowietologiem, prof. w Wyższej Szkole Nauk Społecznych w Paryżu

Polska nie powinna być klientem USA

Źródło: Rzeczpospolita: Polska nie powinna być klientem USA
13.02.2007

Jeśli Polska automatycznie zaakceptuje wątpliwą nawet pod względem technicznym propozycję tarczy antyrakietowej, to nie przysłuży się budowaniu wzajemnego zaufania. Polska powinna wyraźnie mówić, kto jest jej przyjacielem. Jeśli są nim USA – to dobrze. Gorzej, gdy rolę przyjaciela zamienia się na rolę klienta – mówi strateg polityki zagranicznej Kremla

Rz: Przemówienie rosyjskiego prezydenta na konferencji w Monachium wywołało konsternację na Zachodzie. Zaczęto nawet mówić o sięgnięciu przez Władimira Putina po retorykę z czasów zimnej wojny. Skąd tak ostry ton?

Gleb Pawłowski: Nie uważam, żeby było to ostre wystąpienie. Było ono konkretne. Prezydent mówił o zasadach i chciał, żeby każdy jasno zrozumiał, iż Rosja nie akceptuje określonego stylu i filozofii w polityce. Putin przemówił w pewnym sensie w imieniu wielu państw świata dosyć krytycznie postrzegających hegemonię USA. Skrytykował on uzurpowane przez Zachód prawo do narzucania reszcie świata norm postępowania. Wystąpił przeciwko amerykańskiej tarczy antyrakietowej w centralnej Europie jako symbolu prymatu USA na arenie międzynarodowej.

Amerykanie twierdzą, że tarcza antyrakietowa nie jest skierowana przeciwko Rosji. Skąd więc tak zaciekła krytyka zamiarów jej rozmieszczenia w Polsce i Czechach?

Argumenty USA dopuszczają tylko dwie możliwości interpretacji. Jeśli założymy, że tarcza ma chronić Amerykanów przed Iranem i Koreą Północną, to musimy stwierdzić, iż mamy do czynienia z niesłychaną głupotą. Aż tak złego zdania o zdolnościach intelektualnych USA i ich sojuszników jednak nie mamy. Dlatego chcielibyśmy poznać rzeczywiste powody podjęcia tej decyzji. Jeśli budowa tarczy wiąże się ze stworzeniem systemu bezpieczeństwa w Europie, to nie może się to odbywać bez konsultacji z nami. O tym właśnie mówił Putin. Zamiast odpowiedzi na pytanie usłyszeliśmy jednak nadzwyczaj demagogiczne stwierdzenie sekretarza generalnego NATO Jaapa de Hoopa Scheffera o tym, że nie możemy się obawiać, gdy do naszych granic zbliża się demokracja i państwo prawa. Jest to argumentacja niemal identyczna jak ta, której w 1968 roku użył Leonid Breżniew, mówiąc, że nie wolno protestować przeciwko wejściu sił socjalizmu do Czechosłowacji, gdyż socjalizm jest dobrem.

Niektórzy odebrali słowa Putina jako zapowiedź tego, że Rosja może stanąć na czele międzynarodowej koalicji antyamerykańskiej…

To przesada i myślenie w kategoriach świata dwubiegunowego. Charakterystyczny jest pod tym względem komentarz Johna McCaina, który najpierw uznał wielobiegunowość świata – co przyjemnie słyszeć od kandydata na prezydenta USA – lecz potem oświadczył, iż zimną wojnę wygrały nawet nie USA, lecz sojusz północnoatlantycki. Z naszego punktu widzenia koniec zimnej wojny nastąpił, gdy demokratyczna społeczność Rosji i ZSRR postanowiła bez przymusu z zewnątrz zakończyć tę konfrontację. Dzisiaj Rosja także nie chce powrotu do czasów zimnej wojny, ani samodzielnie, ani na czele jakiejś koalicji antyamerykańskiej.

W Polsce toczy się dyskusja na temat tarczy antyrakietowej. Jakich argumentów użyłby pan, aby przekonać Polaków, żeby nie godzili się na rozmieszczenie elementów tarczy antyrakietowej?

O ile wiem, w Polsce toczy się także debata o tym, jak polepszyć stosunki polsko-rosyjskie. Jeśli Polska automatycznie zaakceptuje wątpliwą nawet pod względem technicznym propozycję tarczy antyrakietowej, to nie przysłuży się budowaniu wzajemnego zaufania. Polska powinna jasno i twardo mówić o tym, kto jest jej przyjacielem. Jeśli są nim USA – to bardzo dobrze. Gorzej, gdy rolę przyjaciela zamienia się na rolę klienta. Rosja nie może budować partnerskich stosunków z Polską, jeśli Warszawa będzie prowadzić wobec Waszyngtonu politykę klienta. Rosja może mieć dobre stosunki z Polską, jeśli zarówno dla Waszyngtonu, jak i dla Moskwy Warszawa będzie partnerem.

Kilka dni temu na konferencji z okazji 125. rocznicy urodzin amerykańskiego prezydenta Franklina Roosvelta przeprowadził pan analogię między sytuacją w USA w latach 30. a dzisiejszą Rosją. Co pan miał na myśli?

Podobnie jak w latach 30. dostrzegam kryzys akceptowanego powszechnie i skutecznego systemu współpracy międzynarodowej. Oznacza to, że świat będzie dążył do wypracowania nowego systemu, w którym będą uwzględnione współczesne zagrożenia i układ sił na świecie. Czekają nas kryzysy – zarówno w sferze gospodarczej, jak i wojskowo-politycznej. W tej sytuacji naród rosyjski będzie potrzebował niekwestionowanego lidera. Obecnie – potwierdzają to wszystkie badania opinii – dla ponad 80 procent Rosjan jest nim Putin. Zakładam, że pozostanie nim także po tym, jak opuści urząd prezydenta. Problem polega więc na tym, żeby odpowiedzieć na pytanie: jak będzie wyglądała polityka Rosji po odejściu tego lidera. Nie namawiam oczywiście, aby – podobnie jak Roosevelt Putin ubiegał się o prezydenturę przez cztery kadencje. Siły polityczne w Rosji powinny się jednak porozumieć co do zasad funkcjonowania systemu politycznego, w którym człowiek będący liderem dla większości społeczeństwa – nie będzie zajmował stanowiska prezydenta. Chodzi o to, by w ramach obowiązującej konstytucji wypracować taki mechanizm, który pozwoliłby Putinowi mieć wpływ na podejmowanie kluczowych dla państwa decyzji.

Gleb Pawłowski, rozmawiał w Moskwie Andrzej Pisalnik
Gleb Pawłowski jest prezesem Fundacji Skutecznej Polityki, strategiem polityki zagranicznej Kremla

Zbyt krzywe zwierciadło

Źródło: Rzeczpospolita: Zbyt krzywe zwierciadło
15.02.2007

Styl pisania o Polsce, do jakiego powoli przyzwyczajają się niemieckie gazety, powinien zaniepokoić nie tylko rząd, ale i opozycję. Niedobre stereotypy na temat naszego kraju i przyzwyczajenie, że w razie konfliktu zawsze winna jest Polska, za Odrą mogą trwać znacznie dłużej niż rządy braci Kaczyńskich – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”

Relacje niemieckich gazet dotyczące naszego kraju przypominają raporty z ponurych środkowoazjatyckich dyktatur postsowieckich. Oto przegląd z ostatniego tygodnia. „Die Welt” zarzuca polskim władzom „politykę rodem z komunizmu”. „Obojętność ma czasami dobre strony” – pisze komentator „Die Welt” Jacques Schuster, który dodaje: „Co za szczęście, że większość Niemców nie interesuje się Polską, bo gdyby dokładniej przyjrzeli się sąsiadowi, wydaliby prawdopodobnie okrzyk przerażenia”. Niemiecki publicysta uważa, że Kaczyńskim forsującym lustrację nie chodzi tylko o zlikwidowanie dawnych układów, ale o zemstę na kolegach z „Solidarności”.

Wylicza grzechy rządu: już drugi rok blokuje pieniądze dla niemiecko-polskiej wymiany młodzieży, uparcie nie odpowiada na ofertę Angeli Merkel, która usiłuje gazociąg północny uczynić znośnym dla Polski, pielęgnuje też nienawiść do Niemców. Skutki są opłakane: Polska przestaje być poważnie traktowanym partnerem. A Niemcy? Muszą czekać, aż ich sąsiad się opamięta.

W podobnych duchu pisze „Sueddeutsche Zeitung” – stosunki z sąsiadami zostały zdominowane przez spory o przeszłość, czego przejawem są „trudne do zrozumienia” ataki na Niemców. Korespondent dziennika w Polsce Thomas Urban wyjaśnia, że Kaczyńscy zarzucają Niemcom rewizjonizm historyczny, a Rosji – odrodzenie radzieckiego imperializmu. „W Berlinie nikt nie jest w stanie zrozumieć tych zarzutów, ponieważ odpowiedzialności Republiki Federalnej za skutki drugiej wojny światowej nie kwestionuje żadna poważna siła polityczna, nawet Związek Wypędzonych” – podkreśla.

Tygodnik „Der Spiegel” przepytuje Władysława Bartoszewskiego i w rozmowę wplata tezę, że bracia Kaczyńscy są „opętani ideą walki przeciwko komunistycznym układom, która to walka dzieli kraj”.

I wreszcie „Tagesspiegel”: niemieccy politycy nie powinni dłużej milczeć ani wobec reakcyjnych wypowiedzi i zachowań w Niemczech, ani wobec nonsensownych propozycji płynących z Polski – apeluje i przestrzega: „stosowana przez Niemców dżentelmeńska maniera milczenia oznacza w rzeczywistości tolerowanie powrotu do nacjonalistycznych wzorów myślenia”.

Polska wina

Polscy komentatorzy smętnie na to kiwają głowami i utyskują, jak bardzo niedobre efekty dla wizerunku Polski przynosi polityka braci Kaczyńskich. Czy naprawdę wszystko da się usprawiedliwić kiksami obecnej koalicji?

O błędach tych „Rzeczpospolita” pisała nieraz. Echa słynnej sprawy „dziadka Tuska” w kampanii wyborczej, zbyt nerwowa reakcja na karykatury kartofli czy niezręczna krytyka obecności prezydenta Koehlera na zjeździe ziomkostw – wszystko to boleśnie dotknęło Niemców.

Minister Fotyga powinna pewnie rozróżniać traktaty polsko-niemieckie, ale trzeba też zaznaczyć, że jedną pomyłkę z porannej rozmowy radiowej w wielu niemieckich mediach wykreowano na tezę, że oto Polacy chcą zakwestionować granice na Odrze i Nysie.

Do spisu win Polaków dopisywano również inne. Krytyczne wypowiedzi członków polskiego rządu o wystawie Eriki Steinbach wywołały neurotyczną reakcję niemieckiej prasy. A to już nad Wisłą może budzić uzasadnione obawy.

Polski rząd miał prawo krytykować wystawę, która wprowadza do debaty o losie Niemców niepokojące porównania – powojenne deportacje ludności niemieckiej z Polski zestawia się z masakrą Ormian przez Turków.

W podobnie nieuczciwy sposób nadinterpretowano uwagi polskiej szefowej dyplomacji o drastycznych przypadkach, gdy urzędnicy z Jugendamtów zabraniali rodzicom z mieszanych polsko-niemieckich małżeństw rozmawiać z dziećmi po polsku. Śmiem twierdzić, że w podobnie nieprzychylnym stylu niemieckie media nie piszą o żadnym innym swoim sąsiedzie.

Nierówne boki trójkąta

– Nie ma tygodnia bez antyniemieckiej tyrady – głosi wszem i wobec „Der Spiegel”. Problem w tym, że coraz częściej każda polemika z niemieckim punktem widzenia bywa uznawana za przejaw antygermańskich fobii.

Raz po raz obracamy się zatem w dziwnym trójkącie akcji i reakcji. Jeden bok tego trójkąta stanowią – niekiedy niezręczne, a niekiedy odnoszące się do realnych problemów – wypowiedzi polskich polityków. Drugi bok to reakcje niemieckich polityków i gazet. Wreszcie jako trzeci bok – reakcje na takie spory polskiej opozycji i mediów. W proporcjach tego trójkąta nie ma równowagi. W Niemczech zarówno politycy, jak i media głoszą niemal powszechnie, że wszystkie problemy są wyłączną winą polskiego rządu.

Podobne treści można wyczytać w „Gazecie Wyborczej” czy „Polityce”, gdzie zbagatelizowano na przykład postulat zamknięcia kwestii własnościowych aneksem do traktatu z 1991 r., a wystawę pani Steinbach uznano za „gazetkę ścienną”.

W Niemczech lewica i prawica prowadzą wspólną politykę zagraniczną uzgodnioną w ramach wielkiej koalicji. Jej dogmaty w kwestiach polsko-niemieckich popierają zgodnie niemal wszystkie media. A w Polsce trwa propagandowa wojna na śmierć i życie między PiS a PO oraz obozem liberalnym w mediach. To osłabia skuteczność naszej polityki zagranicznej. Nietrudno zgadnąć, że pozycja Niemiec jest zatem o wiele lepsza niż Polski.

W niemieckich gazetach rzadko można znaleźć dociekliwe analizy na temat taktyki Eriki Steinbach, niesmak po kartoflanych karykaturach czy choćby polskie argumenty przeciw rurze pod Bałtykiem.

Trzeba przyznać, że niekiedy dzienniki z RFN usiłują wskazać problemy po obu stronach, ale ich waga rzadko bywa równa. Przywołajmy jeszcze raz publikację „Tagesspiegla”, wzywającego, by nie milczeć ani wobec przejawów szowinizmu w Niemczech, ani wobec retoryki antyniemieckiej w Polsce. Jednak podczas gdy za przykład niedobrych relacji z Polską podaje się obraźliwy dla Polaków transparent, który pojawił się na finałowym meczu piłki ręcznej w Kolonii, to po drugiej stronie na ławie oskarżonych sadza się polski rząd z premierem Kaczyńskim jako naczelnym podżegaczem.

Etykietki i polskie kiksy

Powtórzmy zatem raz jeszcze. Polskę i Niemcy dzielą trzy kwestie sporne: kwestia rury bałtyckiej, kwestia sposobu zamknięcia ewentualnych roszczeń ludzi w rodzaju Rudiego Pawelki i kwestia kształtu Centrum przeciw Wypędzeniom. We wszystkich tych sprawach niemieccy dyplomaci i media udowadniają Polakom, że w żadnym razie nie naruszy to polskich interesów. Ale gdy Polacy mają wątpliwości, to zbyt prędko pojawia się zniecierpliwienie i oburzenie.

Niemieckie gazety dziwią się, dlaczego Polska nie chce zadowolić się dostępem do rurociągu. Dlaczego Polaków nie satysfakcjonuje deklaracja, że ekspozycja w Centrum nie będzie tworzyć historii na nowo? W kwestii pozwów Rudiego Pawelki powinniśmy zapomnieć o nowelizacji traktatu i uznać, że sprawę zamyka deklaracja o tym, iż na forum międzynarodowym rząd RFN będzie występować przeciw pozwom. A kto tego nie akceptuje, szybko otrzymuje deprecjonującą etykietkę.

Bo kogo niepokoi Erika Steinbach, ten „kopiuje resentymenty z lat PRL”, kto nie chce bałtyckiej rury, ten wykazuje chorobliwą nieufność wobec niemieckich intencji, a kto chce uzupełniania traktatu z 1991 roku o aneks zamykający kwestie własnościowe, ten chce wywrócić do góry nogami fundamenty stosunków między naszymi krajami.

Teraz wystarczy już tylko do każdej z tych kwestii dokleić jakiś polski kiks i już można poczuć się zwolnionym z analizy. W sprawie wystawy Steinbach wystarczy nagłośnić rządowe naciski na wycofanie polskich eksponatów, a w kwestii rury – pooburzać się na porównanie rury do paktu Ribbentrop-Mołotow.

Jeśli jednak polemika z takimi poglądami w Berlinie nie jest uważana za równouprawniony pogląd, ale za przejaw antyniemieckiej fobii – to mamy problem.

Wilcze prawa opozycji

Prawem opozycji jest pokazywanie, że rząd Kaczyńskiego w relacjach z Niemcami nie może na ostrzu noża stawiać zbyt wielu kwestii, a jeśli już to czyni, to nie powinien popełniać szkolnych błędów.

Czy jednak wśród oponentów rządu ma to usprawiedliwiać brak refleksji na temat tonu, w jakim niemiecka prasa zwykła pisać o Polsce? Opozycja powinna też reagować, gdy w Berlinie głosi się tezę, że niedemokratyczny rząd Kaczyńskich używa antygermańskiej ideologii jako głównego elementu swojej propagandy. Dlaczego publicyści utożsamiani z Platformą Obywatelską milczą, gdy na łamach „FAZ” politykę historyczną i np. Muzeum Powstania Warszawskiego przedstawia się jako narzędzie kreowania wrogości wobec Niemców. Tezy, że lustracja miała w Polsce upokorzyć konkurencyjne wobec PiS solidarnościowe elity i zniszczyć Kościół, brzmią równie absurdalnie. Dlaczego sympatyzujący z PO analitycy nie przypomną, że działacze postkomunistycznej PDS głoszą podobne tezy: lustracja w byłej NRD została zaplanowana po to, by upokorzyć elity Ossi dla uzyskania pełnej dominacji Wessi.

Przykro pisać, ale polscy politycy opozycyjni pozwalają sobie na ton krytyki wobec rządu w stylu, jaki nigdy nie pojawia się u niemieckich polityków opozycji. Tym bardziej przykro, że w niemal wszystkich kluczowych sprawach PO zajmuje podobne stanowisko jak PiS. Sygnalizował to choćby Bronisław Komorowski w czasie swojej wizyty w Berlinie w październiku zeszłego roku.

Gdy jednak tematem wypowiedzi staje się kryzys w stosunkach polsko-niemieckich, politycy opozycji z niezwykłą łatwością akceptują tezę, że jedynymi winowajcami są bracia Kaczyńscy.

Stereotyp, że wina leży zawsze po polskiej stronie, może zakorzenić się w niemieckim myśleniu na długo. I przetrwać nawet, gdy do władzy dojdzie opozycja. A wtedy to politycy obecnej opozycji zderzą się ze stereotypami, które dziś nazbyt często tolerują.
Piotr Semka

Demokracja w Rosji

Źródło: Rzeczpospolita: Monachijskie straszenie
13.02.2007

Eksperyment demokratyzacji dawnego imperium poniósł porażkę. Jaskrawym przykładem tej klęski było onegdajsze wystąpienie rosyjskiego cara gazu i nafty, prezydenta Putina na monachijskiej konferencji politycznych elit z Zachodu i Wschodu – pisze politolog i sowietolog

Straszenie bliższych i dalszych sąsiadów Rosji zemstą za nieposłuszeństwo jest ulubionym chwytem Kremla od czasów niewoli mongolskiej. Czynił to car Iwan Groźny, kontynuował Piotr Wielki. Mało tego, metoda groźby i nacisku spodobała się nawet pochodzącej z Niemiec carycy Katarzynie. Skorzystali z tego ich bolszewiccy następcy pod wodzą zrusyfikowanego Gruzina Dżugaszwilego-Stalina i nie wykorzenili metody tej postkomunistyczni władcy Jelcyn i Putin.

„Rosja tylko raz była wolna – powiedział kiedyś jeden z dysydentów – kiedy przed Niemcami uciekło NKWD, a gestapo jeszcze nie przyszło”. Istotnie eksperyment demokratyzacji dawnego imperium poniósł porażkę. Jaskrawym przykładem tej klęski było onegdajsze wystąpienie rosyjskiego cara gazu i nafty, prezydenta Putina na monachijskiej konferencji politycznych elit z Zachodu i Wschodu. Jej organizatorem jest mój dawny student z Wolnego Uniwersytetu w zachodnim BerlinieHorst Teltschik, syn wysiedlonych z Czechosłowacji Niemców sudeckich. Karierę zaczął od pracy w kancelarii ówczesnego kanclerza Helmuta Kohla, a potem wszystko poszło jak po maśle. Był głównym lobbystą koncernu samochodowego BMW w Monachium, koncernu Bertelsmanna, a do niedawna producenta amerykańskich samolotów Boeing.

Przed kilku laty Teltschik przejął kierownictwo nieformalnego Towarzystwa Nauk Wojennych, które dawniej urządzało w Monachium nudne dyskusje wśród wojskowych i dyplomatów. Odkąd jednak kierownictwo przejął gibki Teltschik, zebrania zajaśniały stylem i poziomem.

Tak się też stało teraz, dzięki Putinowi. Władimira Władimirowicza zna Niemców od podszewki – jeszcze z czasów, kiedy służył jako agent zagranicznego biura KGB w enerdowskim wówczas Dreźnie. Stąd znajomość niemieckiego nie tylko u niego, ale i u dzieci, co zresztą bardzo imponowało ówczesnemu kanclerzowi Schröderowi, który po przegranych wyborach poszedł na służbę w koncernie Gazprom. Proklamując putinowską doktrynę nowego imperium, jej autor obrał korzystny czas. Francja jest unieruchomiona prezydenckimi wyborami, Anglia – upadkiem Blaira, Włochy i Hiszpania – wewnętrznymi sprawami. Na placu boju pozostały wśród „imperialistów” tylko Niemcy.

Ale Niemcy są miękkim podbrzuszem zachodniego obozu z dwóch powodów: zależności od rosyjskich surowców, głównie gazu i nafty, oraz mocnych rusofilskich ciągotek z dawnych i nowych czasów. Putin się nie pomylił.

Siła rosyjskiej pięści sprawiła, że prawie wszyscy niemieccy dyskutanci poszli za Putinem, szczególnie przywódca socjaldemokratów Beck, a po nim kierownik specjalnej misji niemieckiej w USA Voigt. Obecna na sali trójka rządu Niemiec, kanclerz Merkel, minister spraw zagranicznych Steinmeier i szef resortu obrony Jung, zachowywała się tak, jakby nie dosłyszała, co mówił Putin.

Bohdan Osadczuk
Autor jest ukraińskim politologiem i sowietologiem, profesorem i wieloletnim wykładowcą uniwersytetu w Berlinie