Irańska broń atomowa

Źródło: Rzeczpospolita: Irańska bomba spod lady
13.01.2007

Nie można wykluczyć, że Teheran chce sprowokować Izrael do wyprzedzającego uderzenia. Wtedy społeczność międzynarodowa uzna atomowy kontratak ze strony Iranu za odpowiedź adekwatną, a nawet uzasadnioną

Wygląda na to, że ciągu najbliższych 12 miesięcy Amerykanie albo Izraelczycy, a prawdopodobnie jedni i drudzy, zaatakują Iran, aby zdruzgotać jego ambicje nuklearne. Te ataki mogą nastąpić raczej wcześniej niż później. Izraelscy analitycy wojskowi twierdzą, że interwencji trzeba dokonać, zanim naukowcy irańscy doprowadzą do końca cykl jądrowy, czyli w ciągu 2007 roku, i zaczną produkować uran bojowy. Sam prezydent Ahmadineżad chwalił się, że „cykl zostanie ukończony” podczas uroczystości Dziesięciu Dni Świtu na początku lutego, kiedy Irańczycy świętują rocznicę rewolucji islamskiej. Z tą chwilą Iran, jak mówią Izraelczycy, osiągnie „punkt, z którego nie ma powrotu”: będzie mógł uzyskiwać wzbogacony uran i gromadzić go z dala od instalacji nuklearnych, gdzie nikt już go nie znajdzie.

Kto ma uderzyć

Z szacunków wywiadu wynika, że Iran potrzebuje jeszcze dwóch lat na zgromadzenie potrzebnej do wyprodukowania bomby atomowej ilości uranu bojowego. Mniejsze ilości mogą na razie otrzymywać drobne grupki terrorystyczne wspierane przez Teheran, na przykład Hamas, Hezbollah czy Islamski Dżihad, do produkcji brudnych bomb łączących konwencjonalny ładunek wybuchowy z materiałem radioaktywnym. Niedawno Home Office potwierdziło, że zamierza przeszkolić większą liczbę policjantów do pracy z brudnymi bombami.

Tylko Amerykanie i Izraelczycy są gotowi powstrzymać Irańczyków, nim przekroczą punkt krytyczny, i tylko oni wykazują taką wolę. W tym miesiącu USA zamierzają wprowadzić do Zatoki dodatkowy lotniskowiec z grupą uderzeniową, by wzmocnić obecną tam już flotę krążowników, niszczycieli i okrętów podwodnych. Wyżsi urzędnicy zastrzegają, że wzmocnienie sił Marynarki Wojennej w rejonie nie musi oznaczać przygotowań do ataku, ale przyznają, że dzięki temu będą mieli większe możliwości uderzenia na Iran.

Być może jednak bolesne doświadczenia irackie były dla Waszyngtonu zbyt potężną traumą, by zdobył się na otwarcie kolejnego frontu na Bliskim Wschodzie. Pozostaje Izrael. A że prezydent Ahmadineżad raz po raz nawołuje do wymazania Izraela z mapy, a w zeszłym miesiącu zorganizował w Teheranie konferencję na której negowano Holokaust, Izraelczycy mają wyjątkowo silną motywację.

Niszczyć i czekać

– Zagrożone jest samo istnienie państwa izraelskiego, a w tej sprawie nie może być miejsca na żaden kompromis – powiedział mi pewien wysoko postawiony Izraelczyk. – Jesteśmy wytworem europejskiego Holokaustu i zrobimy wszystko, powiadam, wszystko, żeby nie dopuścić do następnego Holokaustu w Izraelu. Jeżeli nie zadziałają Amerykanie, to my zadziałamy. A ta chwila może być bliżej, niż ludzie mają śmiałość przypuszczać. W zeszłym miesiącu to samo podkreślił premier Izraela Ehud Olmert. Kiedy niemiecki tygodnik „Der Spiegel” pytał go, czy może wykluczyć atak wojskowy na Iran, odpowiedział krótko: „Niczego nie wykluczam”. Oczywiście Izraelczycy nie zamierzają opowiadać, jak może wyglądać ewentualna operacja wojskowa, ale panuje zgoda, że nie chodzi o jakieś ostateczne załatwienie sprawy. Jeżeli bowiem zdobycie broni nuklearnej nadal będzie dla Iranu priorytetem, w końcu ją zdobędzie i nie da się temu zapobiec. Można zniszczyć irańskie instalacje, ale kraj ten ma dość naukowców, inżynierów, umiejętności i pieniędzy, by zacząć od nowa.

Scenariusz optymalny zakłada, że irańskie prace uda się zahamować do momentu aż powstanie skuteczny parasol antyrakietowy, a może w tym czasie w Teheranie pojawi się nowa władza, mniej przywiązana do wizji islamskiego podboju. Uderzenia będą więc miały na celu zakłócenie i spowolnienie działań Iranu przez zniszczenie kluczowych ogniw w łańcuchu nuklearnym.

Bezużyteczne pociski

Mapę nuklearnych ambicji Iranu, a tym samym głównych celów przyszłego ataku, wyznaczają cztery najważniejsze ośrodki: Buszehr, gdzie właśnie powstaje elektrownia atomowa, Natanz, gdzie mieści się główny zakład wzbogacania uranu, Arak, gdzie otwarto fabrykę ciężkiej wody do produkcji plutonu bojowego, oraz Isfahan, gdzie trzy tysiące uczonych uczestniczy w rozmaitych działaniach związanych z energią jądrową, od opracowywania projektów broni atomowej po produkcję gazu UF6 (sześciofluorku uranu) wykorzystywanego przy wzbogacaniu uranu w wirówkach.

Szacuje się, że Iran może posiadać nawet 70 ośrodków związanych z programem nuklearnym. Zdaniem amerykańskich analityków wystarczyłoby jednak piętnaście celnych uderzeń, aby opóźnić realizację programu i na wiele lat zahamować budowę irańskiej bomby. Problem w tym, że amerykańskie pociski konwencjonalne są w stanie przebić 9 metrów utwardzonego gruntu lub 30 metrów ziemi, tymczasem niektóre instalacje irańskie mieszczą się na głębokości 60 metrów. Co gorsza, większość irańskich urządzeń osłaniają naprzemiennie ułożone warstwy betonu i ziemi, skonstruowane tak, by amortyzować siłę uderzeniową bomb penetrujących.

Głównym elementem procesu wzbogacania uranu są wirówki. One właśnie stanowią najsłabsze ogniwo i główny cel ataku. Są to urządzenia bardzo czułe na ruchy ziemi, a w niestabilnym otoczeniu łatwo się psują i przestają działać. Zdjęcia satelitarne zakładów w Natanz wskazują, że dwie główne instalacje wirówkowe znajdują się na głębokości co najmniej 23 metrów, pod osłoną betonu zbrojonego i ziemi, poza zasięgiem rażenia amerykańskich bomb.

Neutronowa alternatywa

Działanie wirówek można jednak zakłócić, wprawiając ziemię w drżenie za pomocą uderzenia nuklearnego. Pewne źródło europejskie podaje, że do tego celu idealnie nadaje się bomba neutronowa. Ta czysta broń atomowa emituje ogromne ilości neutronów o wysokiej energii, które zdolne są przeniknąć najtwardszy pancerz czołgu, niszczą wszelką tkankę organiczną i każdy system elektroniczny, na jakie natrafią. Bomba neutronowa ma dwie zalety: zasięg jej niszczycielskiej siły ogranicza się do kilkuset metrów, a jej wybuch nie pozostawia właściwie żadnego skażenia radioaktywnego. Podobno w skład izraelskiego arsenału nuklearnego wchodzi solidny zapas bomb neutronowych. Przypuszcza się dziś powszechnie, że tajemniczy podwójny błysk nad Oceanem Indyjskim we wrześniu 1979 roku, wychwycony przez amerykańskiego satelitę, pojawił się podczas testu izraelskiej bomby neutronowej o mocy 3 kiloton.

Prócz pocisków zdolnych wprawiać ziemię w drżenie, Izrael posiada również zespół nader precyzyjnych systemów rakietowych. Chodzi o pociski, które można odpalić z ziemi, morza lub powietrza i za ich pomocą przenosić również ładunki nuklearne. Odległość między Izraelem a Iranem sprawia, że atak z powietrza jest opcją wątpliwą, ale Izrael ma też inne możliwości: może na przykład zaatakować urządzenia irańskie za pomocą jednego z trzech okrętów podwodnych klasy Delfin, które w ciągu ostatnich ośmiu lat sprowadził z Niemiec. Urzędnicy z Pentagonu, a także z Departamentu Stanu, twierdzą, że w roku 2000 izraelski okręt podwodny przeprowadził na Morzu Śródziemnym próbę rakietową z nieuzbrojonym pociskiem zdolnym do przenoszenia ładunków nuklearnych.

Retoryczne pytania

Atak wojskowy w wykonaniu USA lub Izraela będzie ostatecznością, świadectwem, że dyplomacja zawiodła, a Iran lada chwila zamierza przystąpić do produkcji materiałów bojowych. W ostatnich latach, a zwłaszcza w ciągu ostatnich 12 miesięcy, najprzeróżniejsze organizacje występujące w imieniu różnych stron (G8 w imieniu krajów wysoko uprzemysłowionych, EU3 w imieniu Europy, P6 w imieniu ONZ) wydawały gniewne pomruki, podczas gdy zręczni negocjatorzy irańscy krążyli wśród niewiernych, zajmując się odwracaniem uwagi. Hossein Mousavian, delegat Iranu w Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, powiedział to otwarcie w wywiadzie dla irańskiej telewizji: Iran przedłużał negocjacje z Wielką Brytanią, Francją i Niemcami, aby w ten sposób „kupić czas” na dokończenie swych instalacji nuklearnych.

W ubiegłym miesiącu Rada Bezpieczeństwa ONZ przyjęła wreszcie rezolucję nakładającą na Iran łagodne sankcje. Niekorzystny dla Ahmadineżada wynik tego głosowania najwyraźniej nie miał wpływu na wojowniczą treść ani na pełen pogróżek styl jego reakcji po kilku dniach. Iran – ogłosił Ahmadineżad – właśnie przystąpił do instalowania 3 tysięcy nowych wirówek. Czy to się podoba Zachodowi, czy nie – ciągnął – Iran jest mocarstwem atomowym, toteż inne kraje „we własnym interesie powinny ułożyć sobie z nim poprawne stosunki”. Dodał jeszcze, że sankcje Irańczykom nie zaszkodzą. Ostrzegł jednak, że „sygnatariusze tej rezolucji (…) wkrótce pożałują swojego nieprzemyślanego i nieskutecznego kroku”.

Oficjalne deklaracje Teheranu, że program nuklearny ma charakter wyłącznie cywilny, spotykają się dziś z powszechną niewiarą ekspertów wojskowych, którzy pytają: po co krajowi posiadającemu jedne z największych w świecie złoża ropy i gazu coraz bardziej rozbudowany i kosztowny program nuklearny? Skoro zamiary Iranu są pokojowe, dlaczego przez tyle lat zwodzono oenzetowskich inspektorów? Dlaczego irańskie instalacje budowane są pod ziemią? I wreszcie: po co Iranowi tysiące wirówek umożliwiających wzbogacanie uranu i produkcję materiału o charakterze wojskowym? Warto też dodać, że irańskiemu programowi nuklearnemu towarzyszy energiczna rozbudowa systemów rakietowych. Już teraz w zasięgu irańskich pocisków znajduje się cały Bliski Wschód i część południowej Europy. Pod koniec dekady ich zasięg obejmie całą Europę, po czym zacznie zmierzać w stronę wymiaru globalnego.

Świadectwo irańskiej wiarygodności

Izrael nie jest jedynym państwem w regionie, dla którego perspektywa Iranu jako mocarstwa nuklearnego jest powodem do niepokoju. W Iraku konflikty wewnętrzne coraz bardziej się komplikują, zasadniczo jednak linie podziału w świecie muzułmańskim nabierają ostrości. Arabia Saudyjska, główny ośrodek świata sunnickiego, ze szczególnym niepokojem przygląda się, jak szyicki Iran zdobywa pozycję hegemona w regionie Zatoki Perskiej, a być może nie tylko tam.

Władze Arabii Saudyjskiej, a także mniejszych krajów regionu, Kuwejtu, Bahrajnu, Omanu, Kataru i Zjednoczonych Emiratów Arabskich, podobno rozważają już możliwość uruchomienia wspólnego programu nuklearnego. Egipt ze swoimi nuklearnymi ambicjami będzie im deptał po piętach, podobnie Turcja.

Skuteczne uderzenie w irańskie instalacje nuklearne, czy to w wykonaniu amerykańskim, czy izraelskim, wzbudzi dyskretną uciechę na całym Bliskim Wschodzie, ale reakcje publiczne i dyplomatyczne wyrazy oburzenia będą zapewne równie płomienne, jak te z 1981 roku, kiedy Izraelczycy dokonali wyprzedzającego uderzenia, niszcząc reaktor atomowy Saddama Husajna w Osiraku.

Niedawne sukcesy w Iraku i Libanie są dla Teheranu dodatkową zachętą. Nie oddając ani jednego strzału, bez ofiar w ludziach, Iran stał się w Iraku głównym rozgrywającym, bardziej wpływowym nawet od Amerykanów. – Irańczycy mają przed sobą wiele lat, kiedy będą mogli traktować Irak jak własne podwórko – powiedział mi w zeszłym tygodniu pewien wysoko postawiony polityk iracki. Równocześnie zaś, dzięki swoim syryjskim sojusznikom i podopiecznym z Hezbollahu, Iran zdobył dominującą pozycję w Libanie.

Poza tym Irańczycy starają się umacniać w świecie islamskim swoje wpływy ekonomiczne. Tu jednak pojawiają się dwie nieusuwalne przeszkody: po pierwsze Iran jest krajem szyickim w regionie zdominowanym przez sunnitów, po drugie jest krajem niearabskim w regionie zdominowanym przez Arabów. Aby przezwyciężyć te utrudnienia, musi dowieść swojej wiarygodności, a może to zrobić nie tylko przez zdobycie najpotężniejszej broni, ale również stając się pierwszym wśród równych pod względem wrogości do państwa żydowskiego, będącej symbolem jedności całego świata islamu.

Sen o potędze

Brak jeszcze odpowiedzi na dwa pytania: dlaczego Irańczycy tak bardzo obnoszą się ze swoim programem nuklearnym? I dlaczego w tak ewidentny sposób drażnią Izraelczyków, nieustannie grożąc im zagładą? Można wręcz odnieść wrażenie, że starają się sprowokować ich do ataku. Ale być może naprawdę to właśnie starają się osiągnąć.

Pojawiały się już doniesienia, że poza własnym programem nuklearnym Iran posiada kilka bomb atomowych, które sprzedali im spod lady zdeprawowani naukowcy z byłego ZSRR. Istnieje więc możliwość, że Irańczycy mają już w swoim arsenale kilka sztuk taktycznej broni jądrowej.

Być może Teheran przypuszcza, że jeżeli Izrael da się sprowokować do wyprzedzającego uderzenia, społeczność międzynarodowa uzna atomowy kontratak ze strony Iranu za odpowiedź adekwatną, a nawet uzasadnioną. Teherańscy mułłowie, których polityczny kompas stale prowadzi ku groźnemu skrzyżowaniu ideologicznej gorączki z religijnym fanatyzmem, mogą liczyć, że dzięki takiemu rozwojowi wydarzeń zdobędą poważanie w świecie islamskim, a zarazem ziści się ich kosmiczny sen o potędze.
Douglas Davis, przełożył Łukasz Sommer
Artykuł ukazał się na łamach tygodnika ‚‚Spectator” 6.01.2007

Reklamy

Nowa szkoła dziennikarstwa wg. Bogusława Woloszańskiego

Kiedy Bogusław Wołoszański tłumaczy dziś, że współpracował z wywiadem PRL, bo interesowało go to od strony dziennikarskiej, brzmi to dość zabawnie. Równie dobrze dziennikarz zajmujący się przestępstwami kryminalnymi mógłby wejść na jakiś czas do grupy przestępczej, włamać się do kilku sklepów i oświadczyć, że to bardzo pouczające zajęcie dla jego pracy dziennikarskiej.

Wołoszański uważa, że jako agent pracował z pożytkiem dla kraju. Zapewne w jego mniemaniu równie pożyteczne było wyznaczanie nowych standardów pracy dziennikarskiej – łączenia roboty korespondenta i szpiega. Jak rozumiem, chcąc być konsekwentnym, dziś powinien zalecać dziennikarzom śledczym równoczesną pracę dla Agencji Bezpieczenstwa Wewnętrznego.

W nowym kodeksie etyki zawodowej pewnie umieściłby zapis o celowości współpracy dziennikarzy ze specsłużbami – zwłaszcza ze specsłużbami totalitarnego państwa. Władze Białorusi na pewno chętnie zaprosiłyby go do opracowania zasad etycznych dla tamtejszych dziennikarzy.

Być może Wołoszański nie popełnił czynów haniebnych. Ale przekroczył dopuszczalne granice. To jest chyba oczywiste. I myślę, że sam zdawał i zdaje sobie z tego sprawę. Bo przecież, jeśli jego współpraca ze służbami PRL była w porządku, to w czym problem? Dlaczego tak się denerwuje? Skoro nie było w tym nic złego, to skąd ta złość znanego dziennikarza? Jeśli jest dziś z tego powodu dumny, to powinien być chyba zadowolony z publikacji „Rzeczpospolitej”?

A jeśli jego działalność była tak pożyteczna dla kraju i pouczająca dla niego jako dziennikarza, dlaczego nie pochwalił się tym w jednym z licznych programów czy książek? I o co chce wytoczyć „Rzeczpospolitej” proces? Dlaczego twierdzi, że nasza publikacja jest haniebna i przypomina mu ubeckie metody z 1968 roku?

Coś tu chyba jednak jest nie tak. Dziennikarz pewnych rzeczy robić nie powinien. Zwłaszcza dziennikarz pracujący w totalitarnym, zależnym od innego mocarstwa kraju.

Igor Janke

Wołoszański: współpracowałem z wywiadem PRL

Źródło: PAP: Bogusław Wołoszański – agent wywiadu SB
17.01.2007

Dziennikarz Bogusław Wołoszański przyznał, że będąc w latach 80. korespondentem Polskiego Radia i Telewizji w Londynie, współpracował z wywiadem PRL. Zaprzeczył jednak, by na kogokolwiek donosił.

Wołoszański zapowiedział proces przeciwko dziennikowi „Rzeczpospolita”, który opublikował, jego zdaniem, szkalujący go artykuł pt. „Wołoszański szpiegował brytyjską Polonię”. Redakcja „Rz” odpiera zarzuty, podkreślając, że artykuł był oparty „wyłącznie na archiwach”.

Wołoszański zamierza też wytoczyć proces autorowi artykułu historykowi Piotrowi Gontarczykowi, wiceszefowi archiwów IPN.

Nie zaprzeczam, że 19 października 1985 r. podpisałem zobowiązanie do współpracy z wywiadem zagranicznym Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, nie ze Służbą Bezpieczeństwa (…) Chciałbym natomiast zaprzeczyć z całą siłą temu, co stało się dzisiaj w +Rzeczpospolitej” – metodom oczerniania, szkalowania, poczynając od wielkiego tytułu” – powiedział Wołoszański na konferencji prasowej. Tytuł „Wołoszański donosił na Polonię brytyjską” uznał za „haniebny”. „Nie ma żadnego dokumentu, żadnego świstka papieru podpisanego przeze mnie, żebym donosił na Polonię; moje kontakty z Polonią były nadzwyczaj rzadkie” – powiedział.

Naczelny „Rz” Paweł Lisicki powiedział PAP, że „nie wie, na czym to szkalowanie czy oczernianie przez gazetę miałoby polegać. „Przecież Wołoszański sam się do wszystkiego przyznał. Przecież na tym chyba polega praca agenta, na szpiegowaniu” – zaznaczył.

Wołoszański tłumaczy, że współpracę z wywiadem podjął ponieważ uznał, że to dla niego „wspaniała okazja poznania metod funkcjonowania wywiadu i tajnych służb”. „I w istocie była to wiedza fascynująca” – powiedział.

Podkreślił, że nie miał z tego powodu wyrzutów. „Dlatego, że wiedziałem, że jadę tam by przygotowywać analizy, oceny, przygotowywać informacje, które dla tego kraju są ważne. Dla tego kraju, dla Polski – bez względu na to jaka ta Polska była”.

Powiedział, że zajmował się w istocie „białym wywiadem”. „Spotykałem się z dziennikarzami, głównie brytyjskimi i z innych krajów, prowadziliśmy rozmowy wymieniając się informacjami” – dodał. „Bardzo często odnosiłem wrażenie, że wiedząc iż jestem korespondentem polskim przekazywali mi informacje, bo chcieli by dotarły one do polskiego rządu” – podkreślił.

Według Wołoszańskiego jego współpraca z wywiadem zakończyła się tuż po jego powrocie do Polski w grudniu 1988 r, choć zaproponowano mu jej kontynuowanie i grożono, że gdy zrezygnuje, dokumenty na temat jego współpracy mogą zostać upublicznione. „Odrzuciłem ten szantaż dlatego, że uznawałem, ze nie mam sobie nic do zarzucenia i mogę spokojnie przyznawać się do tego, że w okresie trzech lat współpracowałem z polskim wywiadem” – powiedział Wołoszański.

Dodał, że za współpracę nie pobierał wynagrodzenia, zwracano mu jednak koszty spotkań wywiadowczych w restauracjach. W sumie miało to być kilkaset funtów w ciągu trzech lat w Londynie.

Wołoszański zaprzeczył też zawartym w tekście informacjom m.in. o tym, że chciał wciągnąć do pracy w wywiadzie swoją teściową. „To jest jedna z wielu bzdur, które tam funkcjonują” – powiedział, dodając też, że nigdy nie donosił na księży.

„Autor artykułu do mnie przykleja słowa, których nigdy nie wypowiedziałem, do mnie przykleja oceny poczynione przez ludzi, którzy być może usiłowali walczyć o uznanie przełożonych i dlatego tam coś wypisywali”. Dlatego właśnie będę podejmował kroki prawne, broniąc swojego dobrego imienia, „przeciwko +Rzeczpospolitej+ oraz autorowi artykułu, który stosuje niedozwolone techniki łącząc jakieś tam dokumenty, jakieś tam materiały ze mną” – zapowiedział Wołoszański.

Redaktor naczelny „Rz” odpiera zarzuty mówiąc, że artykuł na temat dziennikarza „opiera się wyłącznie na archiwach”. „Każda z tez, które się w tekście znalazły, ma oparcie w dokumentach” – zapewnił. Lisicki zapowiedział, że w czwartkowym wydaniu „Rz” opublikuje dalsze dokumenty, obrazujące fakt współpracy Wołoszańskiego z wywiadem oraz zadania, jakie wykonywał na zlecenie wywiadu, w tym m.in. instrukcję wyjazdową.

Wołoszański zarzucił też „Rz”, że rozmawiający z nim na temat współpracy z wywiadem dziennikarz nie powiedział, że rozmowa ukaże się jako wywiad.

Dziennikarz „Rz” Jarosław Murawski powiedział, że kiedy zadzwonił do Wołoszańskiego, przedstawił się i przeczytał mu główne tezy tekstu Gontarczyka z prośbą, by się do nich ustosunkował. „Zrobił to chętnie, odpowiadał na pytania. Nie rozumiem, co znaczy stwierdzenie red. Wołoszańskiego, że przerobiłem tę rozmowę na wywiad” – powiedział Murawski.

„Rz” napisała w środę m.in., że Wywiad Służby Bezpieczeństwa zainteresował się Wołoszańskim, gdy w 1985 roku został kandydatem na korespondenta Polskiego Radia i Telewizji w Londynie. W październiku 1985 r. autor „Sensacji XX wieku” pierwszy raz spotkał się z esbekiem w restauracji Budapeszt na ul. Marszałkowskiej w Warszawie. Według „Rz” nowo pozyskany agent wybrał sobie pseudonim Ben i własnoręcznie sporządził zobowiązanie do współpracy. Następnie został zarejestrowany w ewidencji jako kontakt operacyjny. Na własne potrzeby Służba Bezpieczeństwa nadała mu drugi pseudonim Rewo.

Według gazety działalność wywiadowcza Wołoszańskiego w Londynie nie była pasmem sukcesów, okazało się bowiem, że agent nie potrafi zdobyć zaufania ani Brytyjczyków, ani środowisk polonijnych.,